uzavrano

  • Dokumenty11 087
  • Odsłony1 728 908
  • Obserwuję754
  • Rozmiar dokumentów11.3 GB
  • Ilość pobrań1 012 257

Wojciech Jagielski - Nocni wędrowcy

Dodano: 7 lata temu

Informacje o dokumencie

Dodano: 7 lata temu
Rozmiar :1.9 MB
Rozszerzenie:pdf

Wojciech Jagielski - Nocni wędrowcy.pdf

uzavrano EBooki W Wojciech Jagielski
Użytkownik uzavrano wgrał ten materiał 7 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 349 osób, 149 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 164 stron)

nocni wędrowcy Max Cegielski Pijani Bogiem Oko świata. Od Konstantynopola do Stambułu Barbara Ehrenreich Za grosze. Pracować i (nie) przeżyć Adam Elbanowski Nowe Królestwo Grenady Marc Fernandez, Jean-Christophe Rampal Miasto – morderca kobiet Peter Godwin Gdzie krokodyl zjada słońce Tony Horwitz Błękitne przestrzenie Wojciech Jagielski Dobre miejsce do umierania Modlitwa o deszcz Wieże z kamienia Tobias Jones Sny o Utopii. Podróże w poszukiwaniu dobrego życia Krystyna Kurczab-Redlich Głową o mur Kremla terra incognita Murat Kurnaz Guantanamo. Pięć lat z mojego życia Juliette Morillot, Dorian Malovic Uchodźcy z Korei Północnej Cees Nooteboom Drogi do Santiago Walerij Paniuszkin, Michaił Zygar Gazprom. Rosyjska broń Asne Seierstad Księgarz z Kabulu Kamila Sławińska Nowy Jork. Przewodnik niepraktyczny Fabienne Verdier Pasażerka ciszy Marcin Wojciechowski Pomarańczowy majdan Xue Xinran Dobre kobiety z Chin

Copyright © by Wydawnictwo W.A.B., 2009 Wydanie I Warszawa 2009

Rodzicom Jest to opowieść prawdziwa, podobnie jak prawdziwe jest miasteczko Gulu, w którym się ona rozgrywa. Prawdziwi są też bohaterowie opowieści: opętani przez duchyJoseph Kony, stary Severino, Kenneth Banya, król Aczolich, ich wodzowie, księża, żołnierze, a także dzieci, z których nocami duchy czynią okrutnych i bezlitosnych partyzantów. Nora, Samuel i Jackson na potrzeby tej opowieści stworzeni zostali z kilku rzeczywistych postaci. Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o. virtualo.eu

Spis treści I II III

W Gulu kończył się dzień. Miasteczko pospiesznie zbierało się do snu, jak zwykle w porze deszczowej, by zdążyć ze wszystkim przed burzą, która dojrzewała na ciemniejącym niebie w spęczniałych, gniewnych chmurach, czekając tylko zmroku, żeby dać upust złości nagromadzonej podczas upalnego dnia. Rozpalone skwarem miasto opadało z sił, stygło, cichło. Znękani sklepikarze już nawet bez żalu chowali do magazynów towary, których w ciągu dnia nie udało się sprzedać. Usmoleni czeladnicy z warsztatu wulkanizacyjnego, mocując się i przeklinając, wtaczali na zaplecze opony

olbrzymie jak koła młyńskie. Wystawione na trotuarze, zawalały drogę i zmuszały przechodniów do zwolnienia kroku, zatrzymania się choć na krótką chwilę, wystarczającą, by zakiełkowała pokusa kupna nowych kół do samochodu. W śródmieściu zamykano urzędy. Zgrzytliwie, z hukiem, jedna po drugiej opadały żaluzje w kramach i warsztatach, ukrytych w głębokim cieniu krużganków niskich kamienic przy głównej ulicy. Właściciele oberż zapuszczali generatory prądu – zewsząd dochodził ich warkot. Czuć już było nadchodzącą nawałnicę. Zdawało się, że ciężkie krople ciepłego deszczu wiszą w powietrzu i lada chwila spadną na czerwoną zakurzoną ziemię, przemieniając ją w oślizłe krwiste błoto. Niebo grzmiało coraz donośniej, śmielej i bliżej, a jasne, krótkie kreski błyskawic rozcinały chmury nadciągające nad miasto. Mieszkańcy miasteczka wymykali się ze śródmieścia, by zdążyć do domów przed burzą i nocą. Podczas burz zazwyczaj wyłączano prąd. Stojące w mieście wojsko też wolało, by ludzie nie kręcili się po zmroku bez potrzeby. Łatwo ich było wziąć za partyzantów, którzy podczas ciemnych, chmurnych nocy pory deszczowej wypuszczali się ze swoich kryjówek w buszu i docierali aż do Gulu. Jackson czekał na mnie, jak zwykle, w gospodzie „U Franklina” przy głównej ulicy. Siedział nieruchomy, oparty o kamienną kolumnę. Był dziennikarzem z miejscowej rozgłośni radiowej „King FM”. Jej redakcja mieściła się naprzeciwko hotelu „Aczoli Inn”, w którym mieszkałem. Popołudniami, gdy kończył pracę, spotykaliśmy się w tej gospodzie. Ja zamawiałem piwo, a Jackson opowiadał. O wojnach, królach dawnych i dzisiejszych, dobrych i złych, o czarownikach i o duchach, które wtrącały się w życie ludzi i wpływały na ich losy. W soboty zaś i niedziele przychodziliśmy do „Franklina”, żeby w zatłoczonym i zadymionym barze, na wielkim ekranie zawieszonego pod sufitem telewizora, oglądać mecze piłkarskiej ligi z Wielkiej Brytanii. Jackson nie poruszył się nawet wówczas, gdy podszedłem do stolika. Wydawał się zmęczony i najwyraźniej nie miał ochoty na rozmowę. Burza krążyła już nad miastem, wyczekując odpowiedniego miejsca i czasu, by się na nie rzucić, ogłuszyć błyskawicami, grzmotami i strugami deszczu. Miasto zamarło, jakby bało się, że zaprzątnięte zwyczajną krzątaniną przegapi pierwsze uderzenie nawałnicy. Przytłoczone swoim ciężarem niebo opadało coraz niżej, jakby chciało dotknąć ziemi. Wtem wiatr, który szarpał widoczne za miastem palmy, dmuchnął piachem wzdłuż głównej ulicy. Nagle ożywione, zawirowały w tańcu nad popękanym asfaltem strzępy starych gazet, kawałki kolorowej folii, pożółkłe trawy. Jackson trwał w bezruchu jak drapieżne zwierzę wstrzymujące oddech. – Widziałeś? – zapytał. Wzruszyłem ramionami. – Przecież przeleciał prawie nad twoją głową – powiedział z pretensją w głosie. – Kto? Pierwsze krople spadły, rozpryskując się głośno na dachach i ziemi. Potem do miasta zaczęły się schodzić dzieci. Pojawiły się nagle, prawie niepostrzeżenie. Wyłaniały się z ciemności, spod ziemi jak zjawy. Zmierzały pieszo, dziesiątkami, ze wszystkich stron, do niemal wymarłego, pogrążonego w przedburzowej ciszy miasta. Szły pewnie, bez pośpiechu, jak ktoś powtarzający po raz tysięczny czynność doskonale mu znaną i niekryjącą już żadnej tajemnicy. Niektóre ubrane były w szkolne mundurki, na plecach niosły tornistry z książkami i zeszytami. Inne, w łachmanach i boso, dźwigały w rękach koce, jakieś toboły i zawiniątka, a także zebrane w przydrożnych rowach czy też rynsztokach płachty gazet i kawałki kartonu.

Starsze dzieci prowadziły za ręce mniejsze, kilkuletnie, a dziewczęta, niby wieśniaczki udające się do pracy w polu, wędrowały z przytroczonymi do pleców niemowlętami. Na rynku szara, szemrząca cicho w mroku rzeka dzieci rozdzieliła się na kilka mniejszych. Największa z odnóg skręciła w kierunku dworca autobusowego, mniejsza kończyła bieg na dziedzińcu wielkiego, zbudowanego z czerwonej cegły kościoła pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny. Inne toczyły się ku podwórzom miejscowych szkół, szpitali. Reszta dzieci kończyła marsz na głównej ulicy, w podcieniach 12 domów, gdzie rozkładały na ziemi legowiska. Większość szukała miejsca na spoczynek i kładła się do snu jeszcze przed nocą, która czyniła miasto niewidzialnym. Ale niektórzy chłopcy, ulegając pokusie niczym nieograniczonej swobody, długo jeszcze biegali z wrzaskiem, zaczepiali dziewczęta i bawili się w wymarłym mieście, którego władcami stawali się, gdy zapadał mrok. Ulica, już niemal niewidoczna w gęstniejących ciemnościach, znów rozbrzmiewała gwarem. Głosy krążyły, to się zbliżały, to oddalały. Przed sklepem żelaznym naprzeciwko ktoś zapłakał. W pustym barze „U Franklina” cicho grał telewizor, przez otwarte okno w kuchni słuchać było, jak oberżysta popędza pomywaczy, którzy po całym dniu pracy nie potrafili już zdobyć się na pośpiech. Ze smolistego mroku ulicy tuż przy naszym stoliku wyłoniły się dziewczynki. Jak ćmy, skuszone żółtawymi smugami resztek światła z baru, w milczeniu zabrały się do rozkładania nocnych legowisk na trotuarze, którego część zagarnęła dla siebie oberża „U Franklina”. Nie zwracając uwagi na ostatnich spóźnionych klientów, rozścielały na ziemi kartony i koce, układały się do snu. Na ich widokJackson rozejrzał się nieprzytomnie, jak człowiek, który stracił poczucie czasu i okropnie się zasiedział. Odstawił butelkę z niedopitym piwem i głową dał znak do wyjścia. Nie czekając nawet, aż ureguluję rachunek, wstał od stolika i zniknął w ciemnościach. Wychodząc za nim z kręgu światła, potrzebowałem dłuższej chwili, by wyłowić z mroku jego postać. Szedł szybko środkiem ulicy, wyprostowany, nie patrząc na boki, gdzie w podcieniach dzieci szykowały się do snu. Nie oglądał się na mnie ani nie czekał. Kiedy minął pierwszą przecznicę, jeszcze bardziej przyspieszył. Dopiero wtedy, jakby zwabił je odgłos kroków, z podcieni wyłoniło się kilka drobnych postaci. Ktoś krzyknął nagląco wysokim, dziecięcym głosem, ktoś puścił się w krótką, zaraz przerwaną pogoń. Jackson zniknął u wylotu ulicy i na trotuarze znów zrobiło się cicho. Nazajutrz o poranku po dzieciach nie było w mieście ani śladu. Ziemia znów czerwieniała w słońcu, ale po nocnej ulewie stały na niej jeszcze parujące kałuże. Powietrze po burzy było wciąż rześkie, jasne i przejrzyste, a zieleń liści i traw, obmytych z kurzu, tryskała świeżością, czystością i życiem. Główna ulica, jak co dzień, pełna była przechodniów i przekupniów, spieszących się, by zdążyć z załatwieniem najważniejszych spraw przed południem, zanim wszystko znów ulegnie upałowi i pogrąży się w otępiałym bezruchu. Aż do wieczora. Na ulicznym targowisku przy kościele wieśniaczki, które ściągnęły do Gulu o świcie, donośnie zachwalały wystawione na sprzedaż warzywa i owoce. Z pobliskiego placu, zajętego przez firmy przewozowe, wyruszały w drogę autobusy pełne pasażerów i bagaży. W podcieniach przed oberżą „U Franklina” kelnerzy w zszarzałych ze starości fartuchach ustawiali stoliki. Kubłami wody zlewali betonowy trotuar. Za widocznym z ulicy barem, nad którym, jak zwykle, grał telewizor, pierwsi klienci pili już kawę i palili papierosy. Jacksona odnalazłem w jego redakcji, gdy przeglądał poranne depesze z Kampali i ze

świata. Na pytanie, co słychać, odparł, że w Bagdadzie doszło znowu do zamachu bombowego i że w ogóle, według niego, sprawy mają się tam coraz gorzej. Za to z Konga, gdzie właśnie wybierano prezydenta i dokąd miałem pojechać z Ugandy, nie było żadnych nowych 14 wieści. Ani złych, o zamieszkach i zbrojnych buntach, ani pocieszających. Ten brak wiadomości miał, zdaniem Jacksona, dobrze Kongu wróżyć. Kiedy zapytałem o poprzedni wieczór i o dzieci w mieście, zdawał się nie pojmować, o czym mówię. – Dlaczego uważasz, że to dziwne? – Wzruszył ramionami, nie odrywając wzroku od ekranu komputera. – Wybierasz się dzisiaj do Atiaku? Pochodził z tej wioski. Był nastolatkiem, gdy przed dziesięciu laty napadli na nią partyzanci. Przewodził im ulubiony z jego stryjów, Vincent Otti, były oficer ugandyjskiego wojska. Jackson pamiętał, jak wystrojony w paradny mundur przyjeżdżał do wsi, sadzał go sobie na kolanach i pozwalał przymierzać żołnierską czapkę ze sztywnym daszkiem. Kiedy dowodzeni przez Ottiego rebelianci napadli wieś i wymordowali na rynku trzystu pięćdziesięciu mieszkańców, rodzice odesłali Jacksona do krewnych w Gulu, a sami uciekli do jednego z obozów, utworzonych i ochranianych przez rządowe wojsko. Z Atiaku, ze strachu przed zemstą sąsiadów, uciekli też bracia Ottiego. – Co to były za dzieci, te, które widzieliśmy wieczorem? – zapytałem ponownie. – Dzieci jak dzieci – rzucił. – Chcesz, żebym z tobą jechał? Bo jeśli mam jechać, muszę spytać szefa, czy się zgodzi… – Nie jadę do Atiaku, tylko do Palengi. Wiesz dobrze. Skąd się tu te dzieci wzięły? – Przyszły do miasta na noc, i tyle. Co w tym dziwnego? – Napędziły ci stracha. – Opowiadasz bzdury. – Dobrze widziałem. Naprawdę wystraszyłeś się dzieci? – Nie rozumiesz. U nas dzieci są inne. – Co to znaczy? – Są inne. Po prostu. W hotelu „Aczoli Inn”, za trawnikiem, na którym wieczorami rozstawiano stoły do kolacji, był niewielki basen. Niedzielne popołudnia spędzali tam oficerowie z miejscowego garnizonu. Drobni, o twarzach tak młodzieńczych, że w zsuniętych na oczy czapkach z daszkiem, kolorowych koszulkach i jasnych lnianych spodniach w żaden sposób nie przypominali żołnierzy. Bujając się na chybotliwych wysokich zydlach przy barze, popijali piwo, palili papierosy i rozmawiali, z każdą godziną i z każdą kolejną butelką g łośniej i głośniej, pochłonięci wyłącznie sobą. Przytomnieli i cichli tylko wtedy, gdy przy basenie pojawiały się białe kobiety z organizacji dobroczynnych, których w Gulu było pełno. Nieukrywane i pożądliwe zaciekawienie, jakie wzbudzały, szybko je jednak krępowało i zazwyczaj, po krótkiej kąpieli i kilku chwilach na słońcu, na niewygodnym leżaku, wycofywały się do hotelowych pokojów. Siedząc nieopodal, pod drzewem mangowym, czekałem na wezwanie adiutanta pewnego ważnego pułkownika z dowództwa garnizonu. Od jego zgody zależało, czy spotkam się z wziętym do niewoli i przetrzymywanym ponoć w Gulu jednym z partyzanckich przywódców. Obiecując, że mnie z nim zapozna, adiutant doradził z naciskiem, żebym lepiej, bez uzgodnienia tego zawczasu z pułkownikiem, nie ruszał się z Gulu na krok. Choć mówiono, że partyzanci, wymknąwszy się wojsku, wywędrowali aż do Sudanu, nawet stamtąd dokonywali zbrojnych rajdów i okolica wciąż uchodziła za niespokojną. Kazał mi przyjść nad basen pod wieczór. Ważny pułkownik, któremu miałem zostać przedstawiony, pływał w basenie. Pozostali

żołnierze przyglądali się pływającemu dowódcy i odpowiadali na rzucane przez niego z wody pytania, uwagi i żarty. Pułkownik był postawnym, tęgim mężczyzną o ogolonej czaszce i bardzo ciemnej, niemal czarnej skórze. Długie szare szorty oblepiały mu masywne pośladki i uda. Pływał od brzegu do brzegu niespiesznie, niemal nie wykonując ruchów, jakby się unosił na wodzie. Od czasu do czasu, głośno prychając i sapiąc, przewracał się z brzucha na wznak lub z boku na bok, by po chwili wrócić do poprzedniej pozycji. Znużony oczekiwaniem i szmerem rozmów prowadzonych w niezrozumiałym dla mnie języku, przyglądałem się zwisającym z gałęzi szarym nietoperzom. O zmierzchu budziły się i odrywały od drzewa jak przejrzałe owoce. Zamiast jednak spadać ciężko na ziemię, wzbijały się w powietrze, tnąc je skrzydłami jak sztylety, rozpiętymi nagle do walki. Wirowały nisko, tuż nad ziemią, jakby próbowały coś wypatrzyć w trawie. Mknęły niczym straceńcy upojeni prędkością, gotowi na śmierć albo jej zupełnie nieświadomi. Spod drzewa dostrzegłem, że adiutant daje mi znak – przywołuje na audiencję. Gdy stanąłem na brzegu basenu, pułkownik jednym mocniejszym machnięciem ręki obrócił się w moim kierunku. Chwilę pokręcił się w miejscu, po czym stanął na ugiętych kolanach, zanurzony po szyję w wodzie. – A więc jest pan dziennikarzem. I cóż to takiego sprowadza pana w nasze strony? Nic ciekawego się u nas od dawna nie wydarzyło. A może tylko my sami o czymś nie wiemy? Żołnierze głośno się zaśmiali i nadstawili uszu. Uśmiechnął się nawet adiutant, który stał obok mnie, pociągając piwo z butelki. – Powiedziano mi, że to od pana dowiem się wszystkiego. – Ode mnie? Kto tak powiedział? Ja tam nic nie wiem. My, żołnierze, jesteśmy prostymi ludźmi. Baczność, spocznij, pobudka, capstrzyk. Podpierając się jedną nogą, pułkownik przewrócił się na plecy. – Chciałbym się tu trochę pokręcić, dowiedzieć czegoś więcej o waszej wojnie. – Naszej wojnie? A sądzi pan, że mamy tu jakąś wojnę? Oficerowie znów wybuchnęli głośnym śmiechem, a ich dowódca, jakby znudzony rozmową, schował się pod wodą i odpłynął wolno na drugą stronę basenu. Tam wynurzył się i zawołał coś chrapliwie do adiutanta. Pozostawiony sam sobie, spojrzałem w niebo. Po wczorajszej burzy noc zapowiadała się parna, nieobiecująca wytchnienia. Po chwili przy basenie pojawiły się dwie dziewczyny w strojach kąpielowych. Jedna poszła do baru, druga usiadła niedaleko ode mnie i zanurzywszy nogi, przebierała stopami w wodzie. – Proszę uważać! Mamy tu krokodyle – zawołał z drugiego brzegu pułkownik. – Zawołam, gdyby się jakiś pojawił – odpowiedziała, nie podnosząc głowy. – Stawię się na każde skinienie. Lepszego w tych sprawach pani tu nie znajdzie. Bar zahuczał żołnierskim śmiechem. Pułkownik zanurkował w moją stronę. Nie dopłynął do brzegu, lecz stanął w pobliżu na rozkraczonych nogach. – Do Kitgum czy Pader nie radziłbym się wyprawiać bez żołnierzy. Zresztą, po co w ogóle włóczyć się po próżnicy – mówił do mnie, ale patrzył w kierunku dziewczyny pochłoniętej widokiem swoich stóp w mętniejącej w ciemnościach wodzie. – Ale do Palengi proszę bardzo, droga wolna. To niedaleko od Gulu, za dnia nie powinno być kłopotów. Lepiej jednak nie czekać z powrotem do zmierzchu. Na chwilę zniknął pod wodą, a gdy się wynurzył, rzucił jeszcze, żebym po drodze uważał na dzieci. – Jeśli zobaczy pan, że wychodzą z lasu, proszę kazać kierowcy natychmiast zawracać.

A gdyby pojawiły się blisko i na odwrót byłoby już za późno, niech jedzie całym pędem naprzód. Pod żadnym pozorem nie wolno się zatrzymać – powiedział, strzepując palcami krople wody z twarzy. – Proszę pamiętać, to dobra rada, prosto z serca. Z dziećmi nie ma żartów. I choć odniosłem wrażenie, że te ostatnie słowa wypowiadał z całkowitą powagą, żołnierze w barze zanieśli się śmiechem. Palengę spowijał siwy dym. Wydobywał się wielką, bezkształtną chmurą z wilgotnych strzech i ociężały opadał na ziemię, snując się, błąkając między stożkami chat. Domostwa niemal właziły sobie nawzajem na plecy, ustawione gęsto, jedno przy drugim. Z powodu deszczu kobiety nie mogły gotować na podwórzach, cała wieś niknęła więc w szarych, nieruchawych obłokach dymu z palenisk. Dusiła się w oparach przyrządzanych potraw oraz zaduchu śmieci i nieczystości. Rozpłatana na dwoje asfaltową drogą z Gulu do Kampali, rozciągała się po obu jej stronach aż po horyzont, z jednej strony wykreślony mroczną w niepogodzie gęstwiną niskich, poskręcanych drzew, z drugiej zlewający się z niebem nad porośniętą wysokimi trawami równiną. Nigdy nie słyszałem, by któryś z kilkunastu tysięcy mieszkańców nazwał Palengę wioską. W ogóle rzadko i niechętnie o niej mówili, a jeśli już wspominali, używali słowa „obóz”. Mówili „mieszkam w Palendze”, ale nigdy „jestem z Palengi”. Odmawiali nazywania jej wioską, jakby nie chcąc pogodzić się z jej istnieniem. Bali się, że wystarczy wypowiedzieć jej nazwę, a to, co woleli postrzegać jako zjawę, ułudę, stanie się rzeczywiste i nieodwracalne. Nie byłoby ich tu, tak jak nie byłoby samej Palengi, gdyby nie wojna, która przed ponad dwudziestoma laty przywędrowała na ich ziemie. Nie pierwszy raz wojenne zawieruchy przewalały się przez krainę ludu Aczoli. Tym razem jednak, zamiast – nasyciwszy się nieszczęściem i zniszczeniem – popędzić gdzieś dalej, wojna, jak strudzony wędrówką nieproszony gość, zatrzymała się u Aczolich na dłużej. Nie opuszczała ich tak długo, że młodzi nie wiedzieli nawet, jak może wyglądać życie bez niej. Pamiętali to już tylko starsi. I to oni, pytani o rodzinne strony, przywoływali nazwy dawno nieistniejących wiosek. Czynili to z namaszczeniem, jakby wypowiadali czarodziejskie zaklęcia, które miały te wioski wskrzesić, cofnąć czas, odwrócić kolej rzeczy. Ich wsie, domy i dawne życie zburzyli żołnierze albo puścili z dymem partyzanci. A w końcu pożarła je zachłanna i zawsze nienasycona dżungla. Partyzanci zachodzili do wiosek po żywność i rekrutów. Mówili wieśniakom, że są im to winni. Przecież walczyli w ich imieniu i za ich sprawę. Tych, którzy odmawiali, zabijali na rynku. Potem do wsi przychodzili żołnierze. Tylko niektórzy z nich znali mowę Aczolich. Większość pochodziła z południa kraju, aż znad Jeziora Wiktorii, i z zachodu, znad Jeziora Alberta. Wypytywali chłopów o partyzantów, mówili, że nie muszą się bać zemsty, że ich przed nią obronią. Wieśniacy, nie wiedząc, co począć ani które zło wybrać, milczeli. Żołnierze wpadali w złość, tłukli ich pięściami po twarzach, uderzeniami karabinowych kolb powalali na ziemię. Wyzywali od zdrajców, wlekli do miast i zamykali w więzieniach. Aż w końcu wojna wypędziła Aczolich z ich domów. Udręczeni przez żołnierzy za dnia i przez partyzantów nocą, porzucając swoje chaty, cmentarze i wydarte buszowi poletka, uciekli do miast, których rebelia nie zajęła. Tych, którzy nie zostali, wywiozły z wiosek pod przymusem wojska rządowe. Wojskowi ogłosili, że wobec braku wystarczających sił, by ustrzec Aczolich przed partyzantami, muszą ich przesiedlić z rozrzuconych po całym kraju wiosek i osadzić w specjalnych obozach, gdzie pod bokiem rządowych garnizonów będą bezpieczni. Spędzenie Aczolich do obozów oznaczało też skazanie na śmierć ich wiosek i pól, które – raz porzucone –

odbierała sobie dżungla. Żołnierzy zdawało się to jednak nie martwić. Skazując wsie na zagładę, mieli nadzieję, że nie tylko pozbawią partyzantów możliwości brania rekruta, ale skażą ich na powolną głodową śmierć. Miejscowe rozgłośnie radiowe przez wiele dni powtarzały komunikaty władz. „Wszyscy prawomyślni Aczoli z wiosek w powiatach Gulu, Pader i Kitgum muszą niezwłocznie opuścić te tereny i udać się do specjalnych obozów, znajdujących się pod opieką wojska. Musicie to zrobić, by nie paść ofiarą zbrodniczych rebeliantów, którzy nie potrafiąc stawić czoła naszym żołnierzom, zdradziecko kryją się przed nimi w wioskowych chatach”. W ten sposób cały lud Aczoli – dwa miliony dusz, nie licząc mieszkańców miast i stu tysięcy zabitych na wojnie – został spędzony i osadzony w dwustu zatłoczonych obozach takich jak Palenga, będących dla nich zarazem ratunkiem i więzieniem. Żołnierze zapowiedzieli, że po zmroku nikomu nie wolno opuszczać obozów, a każdy, kto nie posłucha rozkazu, zostanie uznany za partyzanta i bez ostrzeżenia zabity. Jednak nawet najpilniej przestrzegając wojskowych przepisów i wytycznych, i zamykając się po zmierzchu w swoich chatach, Aczoli nie zaznali spokoju. Porzucone przez nich wioski i poletka nie starczyły partyzantom na długo. Splądrowawszy opuszczone chaty i zagony dziczejących upraw manioku, kukurydzy, sorgo i słoneczników, oberwawszy gnijące owoce drzew mangowych i papai, wygłodzeni partyzanci zmierzali krok w krok za wieśniakami. Podchodzili tuż-tuż, czaili się w zaroślach nieopodal strzeżonych przez wojskoobozów. Albo nawet w otaczającej je trawie, tak wysokiej, że kryła dorosłych ludzi. Za dnia, niczym dzikie drapieżne zwierzęta, czyhali w swoich kryjówkach na zbłąkane ofiary, nieroztropnych, którzy zanadto oddalali się od obozu. Po zmierzchu sami podkradali się do chat i kramów, a nawet do pilnowanych przez żołnierzy spichrzów i magazynów. Rabowali żywność, porywali dzieci. Podkładali ogień pod słomiane strzechy chat i zabijali ich mieszkańców. Zadawali przy tym śmierć w sposób okrutny, bez wyraźnej potrzeby, jakby z koszmaru zbrodni, palenia ludzi żywcem lub ćwiartowania ich maczetami czerpali zmysłową przyjemność. Napadali nocą, nie bojąc się trzymających straż żołnierzy. Głód, wyniszczający i otumaniający, był zawsze silniejszy niż strach. Zanim zaalarmowani wartownicy mogli przybiec z odsieczą, partyzanci z łupem znikali w zaroślach i ciemności, gdzie nikt nie zamierzał ich ścigać. Po zapadnięciu zmierzchu wojsko nigdy nie wypuszczało się przeciwko partyzantom. Żołnierzy do pilnowania obozów było zazwyczaj niewielu i wobec liczebnej przewagi napastników ani myśleli ryzykować życie. W największym z obozów, Pabbo, wojsko upchnęło prawie siedemdziesiąt tysięcy ludzi, więcej niż w miasteczkach Gulu, Pader i Kitgum razem wziętych. Do pilnowania Pabbo wyznaczono zaledwie sześciu policjantów. Nic dziwnego, że w ciągu jednego miesiąca partyzanci potrafili napadać na Pabbo nawet po kilka razy. Marnie opłacani i okradani z żołdu przez oficerów, żołnierze sami klepali biedę i tęsknili za rodzinnymi stronami w dalekich Bugandzie, Toro i Ankole. Los Aczolich niewiele ich obchodził. Nie na tyle, by mieli za nich ginąć. Udawali więc, że nie dają wiary wieśniakom, którzy przybiegali z wieściami o partyzantach w buszu, albo ociągali się z wyruszeniem na ratunek, by napastnicy zdążyli zbiec. Partyzanci doskonale o tym wiedzieli. Mieli swoich szpiegów w Palendze i innych obozach, donoszono im, ilu żołnierzy zostaje na noc na służbę i czy wieczorem widziano ich pijących tęgo w którymś z przydrożnych barów. Mieszkańcy Palengi utrzymywali nawet, że niejednokrotnie w dniu poprzedzającym nocny napad zdarzało im się widzieć, jak pilnujący obozu żołnierze rozmawiali z obcymi, pili z nimi, a nawet grali w karty czy piłkę nożną. Widok nieznajomych, zwłaszcza dzieci, które partyzanci również posyłali na przeszpiegi,

wprawiał wieśniaków w popłoch. Niektórzy, nie wierząc, że żołnierze uchronią ich przed niebezpieczeństwem, skrzykiwali się wieczorami i wystawiali warty przed obejściami na skraju obozu. Pozostali zapadali w niespokojny, nieprzynoszący ulgi sen, nie wiedząc, co przyniesie noc, której nieuchronność i groza odbierały wartość dniom, radość z życia. Może to właśnie sprawiało, że życie w Palendze nie toczyło się, ale trwało, znieruchomiałe. Czas nie gnał do przodu, lecz przeciekał przez palce, bez żalu, że mija, bez żadnej tęsknoty, bez wspomnień. Chowając się pod strzechami chat przed deszczem i słońcem, oparci plecami o chropawe gliniane ściany, mężczyźni w milczeniu palili tytoń. Siedzieli tak całymi dniami, pozbawieni wszelkiego zajęcia, nie wiedząc, co począć z czasem, z bezczynnymi rękami, wielkimi i sękatymi od ciężkiej pracy na polu. Zwijali je z chrzęstem w pięści, wciskali w kieszenie spodni, prostowali, zaplatali na piersiach, kościstymi palcami chwytali z ziemi źdźbła trawy, kamienie. Prędzej czy później sterane ręce i tak zwisały niezdarnie w geście kapitulacji, jakby niedopasowane, do niczego niepotrzebne, do niczego niepasujące. Wystawali też przy drodze, przed drzwiami kilku sklepów, które rozepchnęły się tam wśród stożkowatych chałup. Można w nich było kupić przeterminowaną żywność, papierosy, lemoniadę i piwo. Piwo było ciepłe, bo w Palendze wciąż wyłączano prąd, ale i tak nigdy nie brakowało na nie chętnych. Żołnierze z miejscowego posterunku i kierowcy ciężarówek zmierzających do Kampali przysiadali z otwartymi butelkami na drewnianych skrzyniach. Pili piwo powoli, z przymkniętymi oczami, zdając się nie zauważać mężczyzn, którzy obstępowali ich nieśmiałym, niepewnym, ale zacieśniającym się kręgiem. Przysiadali tuż obok, niby nie zwracając na nic uwagi, a naprawdę czujni, wypatrujący przekrwionymi oczyma najmniejszego gestu zachęty ze strony żołnierzy czy kierowców, każdej okazji do pogawędki, która przy odrobinie szczęścia mogłaby się przecież okazać także zaproszeniem do miłej i darmowej biesiady. Sprzedawane w sklepach butelkowe piwo było zbyt drogie, by się nim upijać. Ci więc spośród mieszkańców Palengi, którzy codziennej beznadziei nie potrafili już znieść na trzeźwo, odurzali się pędzonym przez miejscowe kobiety kwete, piwem z sorgo, bananów i kukurydzy. Upijali się także dlatego, że nic lepszego do roboty po prostu nie mieli. Najpierw stracili na wojnach stada długorogiego bydła, będącego dla Aczolich nie tylko symbolem dostatku, ale i godności, powodem do dumy. Potem odebrano im ziemię, wioski, a nawet cmentarze, gdzie spoczywały prochy przodków. Straciwszy ostatnie źródła dochodów, nie mogli już dłużej utrzymywać swoich rodzin, a po ucieczce przed partyzantami, spędzeni przez żołnierzy do przydrożnych obozów, nie potrafili nawet zadbać o bezpieczeństwo własnych dzieci. Nienawidzili swego losu, samych siebie i wszystkich dokoła. Nie mogąc zaś w czymkolwiek zmienić życia, które zdawało im się tak nieznośne, wyrzekali się go i marnieli, umierali jak ich porzucone i obracające się w ugory poletka. Ostatnimi uczuciami, jakie w nich jeszcze drzemały, były złość i pożądanie. Złość, bezradna, mściwa i ślepa, zwracająca się nie przeciwko sprawcom ich nieszczęścia – ci byli potężni, nieosiągalni – lecz przeciwko wszystkim tym, którzy z dobroci serca próbowali im pomagać. Pomagając, stawali się świadkami ich upadku i upokorzenia, a więc winowajcami. Ze złości, a nie z miłości brało się też pożądanie. Nie było w nim żaru, troski czy czułości, lecz przemoc, chęć niszczenia, zadania bólu, zatracenia się w wyrządzonej krzywdzie i czerpania z niej siły. Abola Imbakasi, naczelnik Palengi, uważał, że te złe, mroczne uczucia brały się z tego, iż miejscowi mężczyźni za wiele kobietom zawdzięczali, zanadto stali się od nich zależni. Nie

mogąc, a może po prostu nie chcąc wyrwać się z wygnańczego odrętwienia, pozwolili, by ich kobiety wzięły na siebie ciężar utrzymania rodzin, wychowania dzieci. Wypalały cegły i węgiel drzewny, warzyły piwo i sprzedawały je potem w przydrożnych kramach. Zarobione pieniądze musiały dobrze ukrywać przed mężczyznami, by ich nie wykradli i nie roztrwonili na tani, gorzki dżin albo na dziewczyny z Gulu, które za garść szylingów szły z żołnierzami do lasu za wsią. Mężczyźni z Palengi nie mieli pieniędzy i nie mogli kupować sobie miłości. Brali więc kobiety siłą, jakby tylko zadawanym gwałtem budzili się do życia z martwoty, w którą zaraz na powrót zapadali. Naczelnik Imbakasi podejrzewał też, że u podłoża tego, co rozdzielało kobiety i mężczyzn z Palengi, tkwiła jakaś nieczysta siła. Zło nie wzięło się znikąd. Było coś, co postawiło na głowie kolej rzeczy. – U nas przyjęte jest, że kiedy mężczyzna przemawia, kobieta ma milczeć – kręcił głową z niedowierzaniem i bezradnie. – A nasze kobiety przestały słuchać mężczyzn. Naczelnik Imbakasi szedł żwawo między chatami ustawionymi tak gęsto, że wychodząc z jednej, wkraczało się prosto w drzwi sąsiedniej. To żołnierze kazali Aczolim tak budować domy w obozach. Im bliżej siebie, powiadali, tym bezpieczniej. Bliskość okazała się jednak przekleństwem. Wystarczyło, że w którymś domu zaprószono ogień, a płomień, wdrapawszy się błyskawicznie na słomianą strzechę, przeskakiwał na sąsiednie, popędzany wiatrem gonił dalej i dalej, znacząc ognistymi smugami swoją drogę przez Palengę. Strzechy paliły się jasno, z chrzęstem, a gliniane mury pękały i kruszyły się pod wpływem gorąca. Pożar, gwałtowny, nie do powstrzymania, wędrował od chaty do chaty, aż wreszcie znużony sam przygasał. Podobnie pielgrzymowały po Palendze zakaźne choroby. Bliskie sąsiedztwo sprawiało też, że żaden z mieszkańców Palengi ani przez chwilę nie był sam. Wszystko działo się na oczach innych. W chatach – na oczach żon, dzieci, rodziców, kuzynów; za drzwiami – na oczach bliższych i dalszych sąsiadów, przechodniów, obcych. Pozostając tak blisko siebie, niemal twarzą w twarz, czując na sobie ciepły oddech sąsiada, mieszkańcy Palengi wciąż na siebie wpadali, potrącali się nawzajem, popychali, dotykali, szarpali, przyciskali, głaskali. Nie sposób było wyrwać się z uścisku, nie było ucieczki w samotność. Odwiedziny w afrykańskich wioskach zaczyna się od posłuchania u miejscowego przywódcy, naczelnika, wodza. Naczelnika Palengi, Imbakasiego, odnalazłem w przerobionym na kościół magazynie, ceglanym pobielonym baraku pod jedynym ocalałym w okolicy drzewem. Zamiast kościelnej wieży na blaszanym dachu był krzywy, zbity z heblowanych desek krzyż. Abola Imbakasi pożegnał się właśnie z księdzem w przybrudzonej sutannie i wracał do domu. Skinął ręką, bym z nim 26 szedł, i przyspieszył kroku. Niczym doświadczony tropiciel znajdował właściwą drogę w błotnistej, cuchnącej gęstwinie zaułków i podwórzy, nawet jej nie szukając. Zobaczywszy, że za nim nie nadążam, chwycił mnie mocno za rękę i prowadził, jak dziecko, między chatami. Pochód zamykał Robert, syn Imbakasiego, który nie odstępował ojca. Przyczyną nerwowego pośpiechu naczelnika były wieści, jakie mu przyniesiono. Kilkanaście kobiet wybrało się z dziećmi do lasu po drewno na opał, dzikie owoce i wodę ze strumienia. Wyruszyły z wioski o świcie i dotychczas nie wróciły, choć już minęło południe. Imbakasi, za radą starców z Palengi, dawno zabronił ludziom wypraw za strumień. W nadbrzeżnych zaroślach lubili się kryć partyzanci, którzy, jak drapieżne zwierzęta, przyczajali się na ofiary przy wodopoju. W dodatku żołnierze nie raz brali buszujących wśród drzew wieśniaków za partyzantów i strzelali do nich z rozmieszczonych we wsi karabinów maszynowych. Było jednak coś jeszcze, o czym Imbakasi mówić najwyraźniej nie chciał albo nie widział

sensu, by mnie, przybysza, wtajemniczać w sprawy tak mi obce. Kiedy z gąszczu chat wyszliśmy na drogę wiodącą do Gulu i Kampali, naczelnik, nie zwalniając kroku, wymruczał pod nosem, że wojna, jaką ludzie wywołali w kraju Aczolich, zakłóciła właściwy porządek. – To, co kiedyś żyło ze sobą w zgodzie, dziś zwraca się przeciwko sobie i staje się wrogiem – powiedział, zerkając spode łba. Szliśmy mokrym asfaltem przez obóz, tam gdzie droga za ostatnimi chatami Palengi zakręcała szeroko i znikała za pagórkiem porośniętym z rzadka niewysokimi drzewami. Dalej, zsuwając się ze wzgórza ku równinie, drzewa zbijały się w gęstwinę, aż w pewnej chwili przemieniały się w czarny las, którego granicę wyznaczać miała niewielka rzeczułka, niewidoczna w wysokiej, żółtej trawie. – Lepiej tam nie chodzić – ciężko westchnął Imbakasi, spoglądając na idącego obok syna. – Żeby nie wciągnęło. Mówił, że wystarczy stanąć na brzegu strumienia, aby poczuć, jak coś chwyta człowieka i każe mu robić to, czego robić nie chce i o czym wie, że mu tego robić nie wolno. Drzewa i rzeka mamią, kuszą, by wejść dalej i dalej. Nie wolno tego słuchać. Kiedyś, za jakiś czas, może tak. Ale jeszcze nie dziś, nie teraz, gdy ludzie nawet sami ze sobą nie potrafią dojść do ładu. Głupcy mają za nic to, co się im mówi. Wchodzą do strumienia, między drzewa i przepadają. Niektórzy czasami się odnajdują, ale tak odmienieni, że już nie ci sami, jakby obcy. Ale większość z tych, co przepadają, nie wraca nigdy. Za pagórkiem, na wydeptanej w trawie ścieżce wiodącej do strumienia, stała gromadka ludzi. Mężczyźni ściskali w dłoniach maczety o srebrzystych ostrzach, oblepionych ściętą mokrą trawą. Pozdrowili Imbakasiego, a naczelnik wdał się z nimi w rozmowę. Jego syn Robert stał przy nim, nie odzywając się, jakby nieobecny, przemierzający duszą i myślami zupełnie inną rzeczywistość. Imbakasi mówił, że Robert ma piętnaście lat, ale wydawał się dużo młodszy. Niski, drobny, nieśmiały, w niczym nie przypominał chłopaka, który wkrótce miał się stać mężczyzną. Potrafił mówić po angielsku, ale nagabywany uśmiechał się niepewnie, odpowiadał cicho pojedynczymi słowami. Mężczyźni w barze przy drodze, których pytałem, jak mogę znaleźć naczelnika, powiedzieli mi, że jego syn był w partyzantce. – To prawda? – zapytałem. – Byłeś prawdziwym partyzantem? Wieśniacy na ścieżce zaczęli wołać głośno i pokazywać rękami w kierunku lasu. Wiatr, który się nagle zerwał, szarpałgałęziami drzew, przyginał do ziemi korony, jakby gorączkowo usiłując coś w nich odszukać. Od splecionej ściany lasu odrywały się, jedna po drugiej, ciemniejące w trawie sylwetki. Zmierzające do Palengi kobiety, przygięte do ziemi ciężarem dźwiganego na plecach opałowego drewna, zdawały się bić pokłony. Chata naczelnika Imbakasiego stała pośrodku wsi. Była nieco większa od innych, ale wcale nie okazalsza. Od sąsiednich obejść różniło ją tylko niewielkie, schludne podwórze i wystawione przed drzwi drewniane zydle, na których naczelnik udzielał posłuchań. Pod strzechą, przytulone do glinianych ścian i oblazłe rojami much, leżały płowe wychudłe psy; zerkały strachliwie na ludzi i co chwila podrywały się do ucieczki. Stadko kur, kilka kóz i łaciate prosię grzebały w śmieciach za domem. Poza Robertem, synem naczelnika, w Palendze nie widziałem prawie dzieci, które w afrykańskich wioskach natychmiast wypatrują przybysza, otaczają natrętnym mrowiem i nie odstępują na krok. – Wielu odsyła dzieci na wychowanie do miasta do krewnych albo znajomych – powiedział naczelnik Imbakasi. – Tu dla dorosłych nie ma żadnego zajęcia, a co dopiero dla

dzieciaków. To nie jest miejsce dla nich. Więc się je odsyła, a te, co zostają, trzyma się w dzień w kościele. Tam ksiądz, który przyjeżdża do nas z Gulu, uczy je pisania, czytania i wiary, a także modlić się do Pana Boga i śpiewać pobożne pieśni. Jest z tego przynajmniej jakiś pożytek. No i ksiądz ma je na oku, można się więc nie obawiać, że coś nabroją, czy że coś im się niedobrego przytrafi. Albo że polezą tam, gdzie nie trzeba. Choćby za strumień, między drzewa. To było dwa lata temu, gdy Robert, syn naczelnika, poszedł z kolegami nad strumień strącać kamieniami z drzew dojrzałe dzikie owoce mango. Drzewa rosły na drugim brzegu, więc – choć dorośli ich przed tym ostrzegali – weszli do wody. W dodatku przeszli strumień, nie zzuwszy sandałów. Czterej chłopcy wrócili pod wieczór do Palengi, ale Robert i dwóch innych przepadło jak kamień w wodę. Dorośli, którzy wybrali się nazajutrz na poszukiwania, nie znaleźli ani ich zwłok, ani żadnych śladów. W Palendze zaczęto mówić, że chłopców zabrali ze sobą partyzanci, których widywano nad strumieniem. I choć nie było na to żadnych dowodów, za każdym razem, gdy rozchodziła się wieść o kolejnym napadzie i nowej rzezi dokonanej przez partyzantów, ludzie patrzyli na Imbakasiego spode łba, bojąc się rzucić mu wprost oskarżenie: może to zrobił twój Robert! Może to on zabił, spalił żywcem, poderżnął gardło, odrąbał maczetą ręce! Po trzech miesiącach Robert się odnalazł. Rzeczywiście, partyzanci pojmali go nad strumieniem. Wydawali mu się niewiele starsi od siebie. Postarzały ich tylko karabiny i podarte, za duże wojskowe drelichy. Pędzili jeńców przez las, wiele, wiele dni. Aż któregoś wieczoru, gdy zatrzymali się na postój, chłopcu udało się umknąć między drzewa. Nikt go nie gonił. Partyzanci byli tak udręczeni wędrówką i głodem, że nie mieli siły na pościg za zbiegiem. – I tak zdechniesz! Pożrą cię dzikie zwierzęta – wołali za nim. – Jeszcze cię znajdziemy, a wtedy popamiętasz! Jakiś czas błąkał się wśród zarośli i drzew, aż w końcu przypadkiem wyszedł na biegnącą przez las drogę. Tam odnaleźli go żołnierze i odwieźli do Gulu, do specjalnego ośrodka, w którym uzdrawiano, oczyszczano i przywracano do życia takich, co choćby wbrew woli przeszli partyzantkę. Naczelnik Imbakasi dowiedział się o odnalezieniu Roberta, gdy posłano po niego z Gulu. Tam powiedziano mu, że aby syn mógł wrócić do domu, musi najpierw zostać wyleczony. Zanim to nastąpi, można go tylko odwiedzać. Po pewnym czasie znów po niego posłano i powiedziano, że chłopak został już oczyszczony i jest gotów do powrotu. Ale już w Palendze Imbakasiemu wydało się, że Robert nie jest jeszcze całkiem wyleczony. Przypominał przestraszone zwierzę, w nocy, przez sen, coś wołał, ale jakimś dziwnym, obcym głosem, i wypowiadał słowa w niezrozumiałej dla nikogo mowie. Czasami zachowywał się jak opętany. Naczelnik zamierzał już nawet odwieźć go z powrotem na leczenie do ośrodka w Gulu, ale przedtem wezwał do niego księdza. Ten zamknął się z chłopakiem w chacie i długo z nim rozmawiał. Odtąd Robert ucichł; zmory, które go prześladowały, zniknęły jak ręką odjął. Na odchodnym ksiądz poradził tylko, żeby, przynajmniej przez jakiś czas, nie spuszczać chłopaka z oczu. Żeby nie zrobił czegoś złego sobie albo innym. Należało też pilnować, by ci w Palendze, którzy doznali krzywd ze strony partyzantów, nie zrobili lub nie powiedzieli Robertowi czegoś, co by go znowu odmieniło, obudziło drzemiące w nim demony. Naczelnik Imbakasi twardo zapewniał, że nie przejmuje się złymi ludźmi, którzy za plecami złorzeczyli jego synowi i nazywali go partyzantem. – A czy to on sam chciał iść do lasu? Czy z własnej woli i ochoty do nich przystał? – Wzruszał ramionami i dodawał, że sto dni, jakie jego syn spędził w partyzantce, to za mało, żeby mógł zrobić coś naprawdę złego, którąś z tych strasznych rzeczy, o jakich opowiadano w kraju Aczolich.

– To było za krótko, on nie zrobił, nie mógł zrobić nic złego. Nie dali mu nawet karabinu – mówił, zerkając na milczącego Roberta, siedzącego obok na zydlu. – Chłopak zamartwia się tylko, że partyzanci przyjdą do Palengi i za karę, że uciekł, spalą wieś i pozabijają nas wszystkich, całą rodzinę. Boi się, że go rozpoznają po piętnie, jakim go po porwaniu naznaczyli. Mówili, że tego piętna nigdy nie da się zetrzeć. Ja mu powtarzam, że lekarze z Gulu są silniejsi niż partyzanci i piętno zmyją. Z kościoła pod drzewem wysypała się na asfaltową drogę gromadka dzieci. – Wieczorem wyprawia się je do miasta. Żeby nie kusić złego. Wracając z Palengi do Gulu, mijaliśmy po drodze żołnierzy w mokrych brezentowych pelerynach, pobranych z magazynów wraz z nadejściem pory deszczowej. Po twarzach spływały im strużki deszczu, lecz zdawali się ich nie zauważać. Dopiero gdy deszcz się nasilał i zacinał na zimnym wietrze, kryli się wśród bananowców i drzew mangowych. Schowani w zaroślach, wtapiali się w liście i słotę. Gulu wyłoniło się za zakrętem, za torami kolejowymi, mokre, skulone. Ośrodek, gdzie trzymano dzieci i leczono je z koszmarów, stał nieco z boku od głównej ulicy, w połowie drogi między hotelem „Aczoli Inn” a barem „U Franklina”. Gdy przejeżdżałem tamtędy, zdawało mi się, że między krużgankami dostrzegłem sylwetkę Jacksona. Ośrodek dla dzieci stał wśród parterowych, rozłożystych domów o płaskich dachach. Od sąsiadów odgradzał go wysoki bielony mur. Szara żeliwna brama była zamknięta, a wyrwany pukaniem ze snu wartownik nie potrafił odnaleźć w pamięci żadnego z angielskich słów. Przez wycięte w metalu okno powtarzał coś po swojemu. W końcu, coraz bardziej utrudzony i zniechęcony, machnął mi dłonią i zniknął. Uznałem, że poszedł po pomoc. Przez wartownicze okienko w bramie widać było rozległy, wysypany rudawym żwirem dziedziniec i ustawione wokół niego w czworobok białe zabudowania z zakratowanymi oknami. Na zbitych z desek ławkach, poustawianych pod 32ścianami, siedziały dziewczęta w pomarańczowych spódnicach. Niektóre niańczyły niemowlęta. Karmiły je piersią albo kołysały do snu na kolanach. Chłopcy stali nieruchomo, bezczynnie pod jedynym drzewem, zbici w gromadę, jakby niepokoiła ich, onieśmielała przestrzeń, jaką dawało podwórze. Jednakowo ubrani i w podobnym wieku, przypominali więźniów wyprowadzonych z cel na spacer. Wartownik wciąż się nie pojawiał i zbierałem się już do odejścia, gdy z jednego z budynków wyszedł niewysoki, drobny chłopiec i zdecydowanym, choć niespiesznym krokiem ruszył w kierunku bramy. – On nie potrafi mówić w twoim języku – powiedział. – A ty skąd go znasz? – Ze szkoły – odparł. – Przedtem chodziłem do szkoły. Dawałem mu nie więcej niż dziesięć lat, ale Robert, syn naczelnika Imbakasiego z Palengi, też nie wyglądał na swoje piętnaście. – Jesteś ojcem? – zapytał. – Ojcem? Nie, nie jestem księdzem. – To co tu robisz? – Jestem dziennikarzem. – To znaczy, że co robisz? – Piszę o tym, jak żyją ludzie. A ty kim jesteś? – Ja jestem Samuel. Przyjdź do mnie jutro, teraz tu nikogo nie ma. – A ty? Przecież jesteś, rozmawiasz ze mną. – Teraz tu nikogo nie ma. Dorośli już poszli. Dziś późno. Przyjdź jutro, kiedy będzie dzień. Przyjdź jutro, jak będzie Nora.

Słońce z wolna gasło, a niebo zrobiło się granatowe. Miasteczko znikło w szarej poświacie. Nazajutrz dzień znów wstał mokry i szary od deszczu. Słońce, które zwykle o poranku niczym rozbrykany szczeniak rozpędzało ciężkie, przygnębione chmury, tym razem dało za wygraną, ledwie rozświetlało niebo. Długie wstęgi liści bananowców skrzyły się kropelkami wody. Ziemia o ceglanej barwie wyślizgiwała się spod stóp. Ciężka brama w murze otaczającym ośrodek dla dzieci zdawała się zamknięta na głucho, jak poprzedniego wieczoru. Przed nią jednak, na niewielkim, porośniętym trawą placu uwijała się gromadka dzieci. Z daleka widać było pomarańczowe spódnice dziewcząt. Obstąpiwszy rosnące przed ogrodzeniem wielkie drzewo, wymachiwały rękami i podskakiwały do gałęzi, jakby chciały się wzbić w powietrze. Z oddali przypominały kukiełki w teatrze lalek, podrywane do góry niewidocznymi sznurkami. Opadały na ziemię niezdarnie, potykając się i przewracając. Podnosiły się i z zadartymi głowami, wpatrzone w niebo, znów podrywały się do niezgrabnego, krótkiego lotu, nie wydając przy tym żadnego dźwięku. Nikt nie wołał, nikt się nawet nie śmiał podczas tego dzikiego tańca wokół świętego drzewa. Dopiero zbliżywszy się, dostrzegłem krążącą nisko wśród gałęzi chmarę chrabąszczy. To ich wypatrywały dziewczęta; podskakiwały, by pochwycić ociężałe owady albo chociaż strącić je na ziemię, a potem odszukać w trawie. Wrzucały je do foliowych toreb, podsuwanych im przez młodsze koleżanki, asystentki w łowach. Podszedłem bliżej. W pewnej chwili chrabąszcz przeleciał mi nad głową, głośno bzycząc. Machinalnie wyciągnąłem rękę i chwyciłem go w dłoń. Był duży, brunatnoszary, miał twardy pancerzyk. Przypominał te, które łowiłem jako dziecko wśród wierzb. Polowania na chrabąszcze urządzaliśmy o zmierzchu, gdy robiło się już zbyt ciemno, żeby grać w piłkę. Szarówka utrudniała łowy i czyniła zabawę ciekawszą. Póki nie zapadła noc, uganialiśmy się za latającymi nisko owadami, podskakiwaliśmy, próbując schwycić je w locie, tarzaliśmy się ze śmiechem w mokrej trawie. Złowione chrabąszcze upychaliśmy do butelek, a kiedy robiło się ciemno, liczyliśmy łup. Wytrząsaliśmy owady z butelek na ziemię i przyglądaliśmy się, jak otumanione odzyskiwały przytomność, nieufnie prostowały skrzydełka i zrywały się w powietrze pospiesznie, jakby pragnąc umknąć pogoni. Jedna z dziewczynek przyglądających się polowaniu podsunęła mi foliową torebkę. Otworzyłem dłoń i wrzuciłem chrabąszcza do środka. – Kto wygrywa? – zapytałem. Nie odpowiedziała. Spuściła oczy. – Kto złapał najwięcej? – powtórzyłem pytanie, wskazując na torbę, którą trzymała w zaciśniętej dłoni. Pokręciła przecząco głową, a ręką wskazała szarą, zamkniętą bramę w murze. – Pokażesz mi, ile złowiłaś? Dzieci spod drzewa przerwały polowanie i wpatrywały się w nas w milczeniu, jakby z wyrzutem. Czułem, że w czymś im przeszkodziłem, coś popsułem. Dziewczynka wsunęła rękę do torby i wyłowiła z niej owada. Szybkim, wprawnym ruchem oderwała mu skrzydełka i pancerzyk i włożyła chrabąszcza do ust. Poczułem, że ktoś mnie chwyta za rękę. Była to młoda kobieta w jasnej sukience z taniego kretonu. Na jej widok dziewczynka pisnęła i przytuliła się do jej brzucha. – Jestem Nora. – Miała niski, gardłowy głos. – To ty byłeś tu wczoraj, prawda? – Tak, ale za późno. Przyszedłem wieczorem, gdy nikogo już nie było. – Sam mi powiedział. – Sam?

– Ten chłopiec, który z tobą wczoraj rozmawiał. Ma na imię Samuel. Wciąż ściskając moją dłoń, przeprowadziła mnie przez bramę. W kącie podwórza kilka dziewcząt pochylało się nad paleniskiem; w płaskim czarnym naczyniu skwierczał olej. – Sądziłem, że się bawią – powiedziałem. – Znam tę zabawę z dzieciństwa. – Nie, oni to jedzą. Smażą i jedzą. Nazywają to nsenene. Mówią, że to lubią – odparła. – A jeśli się bawią, to tylko tu, za murem. Na podwórzu, za murem, dzieci zaczęły zabawę w wojnę. Najpierw, przepychając się i wpadając na siebie w kolejce, czekały, aż opiekujący się nimi nauczyciel powyciąga z komórki i rozda wystrugane z drewna karabiny, maczety i pałki. Potem, już uzbrojone, ale wciąż się między sobą spierając, podzieliły się na te, które miały odgrywać partyzantów, te, które miały odgrywać żołnierzy, oraz te, którym przypadła rola mieszkańców napadniętej wioski. Żaden z chłopców nie chciał zostać włączony do tej trzeciej grupy. Wyrywali się nauczycielowi, chowali jeden za drugiego jak chłopcy na szkolnym boisku, zmuszani do gry ze słabeuszami w drużynie skazanej na przegraną. W końcu mieszkańcami napadniętej wioski zgodziło się zostać kilka starszych dziewczyn, które z niemowlętami na rękach przyglądały się kłótniom z boku. Dołączyły do nich najmłodsze, kilkuletnie maluchy. Chłopcy wyznaczeni do odgrywania roli żołnierzy odeszli pod bramę, pozostawiając na środku podwórza dziewczyny z niemowlętami. Partyzanci, których było najwięcej, zebrali się pod samotnym drzewem. Razem z Norą i nieodstępującym jej Samuelem przysiedliśmy w cieniu na ławce. Dowódcą partyzanckiego oddziału został krępy chłopak w porozciąganej bawełnianej koszulce. Ustawił swoich poddanych w szereg i władczym tonem wygłosił do nich przemówienie. Potem, podchodząc do każdego z osobna, kreślił palcem znaki na ich czołach. Skończywszy, wyrzucił w niebo ręce i zaintonował pieśń. Brzmiała smutno i znajomo. Byłem przekonany, że już ją gdzieś słyszałem. Kiedy śpiew umilkł, a chłopcy, spuściwszy w skupieniu głowy, zawołali „Amen”, przypomniałem sobie, że podobną pieśń śpiewał dziecięcy chór w katedrze w Gulu podczas niedzielnej mszy. Dowódca w czerwonej koszulce dał znak i partyzanci ruszyli w kierunku dziewcząt z wioski. Przygarbieni, skradali się z wolna, w milczeniu, porozumiewając się ruchami rąk. Kiedy byli już blisko, komendant podniósł rękę, a chłopcy, przyczajeni, zastygli nieruchomo przed wioską. Dziewczęta, przyszłe ofiary, na widok groźnych min prześladowców krztusiły się ze śmiechu i pokazywały ich sobie palcami. W głos śmiała się też Nora, trzymająca za rękę Samuela. Wtem rozległ się okrzyk dowódcy, wysoki, przeszywający, pobrzmiewający groźbą, ale także trwogą, przerażeniem. Skamieniali dotąd w bezruchu chłopcy jak za czarodziejskim zaklęciem rzucili się na upatrzone ofiary, wymachując karabinami, pałkami i maczetami. Wołali też głośno, na podobieństwo dowódcy, jakby chcieli zagłuszyć wszystko dokoła, także swój własny strach i wątpliwości, a jednocześnie porazić i obezwładnić tych, którym mieli zadać cierpienie. By się nie bronili, nie błagali, nie próbowali odwrócić losu, jaki był im pisany. Nad podwórze uniosła się chmura rudego pyłu, która przesłoniła kłębowisko dzieci. Gdy powoli opadła, odkryła pole bitwy. Napadnięte przez partyzantów dziewczyny leżały nieruchomo, twarzami do ziemi, udając nieżywe. Kilka próbowało się wymknąć, ale zostały dogonione i powalone. Tę, która odbiegła najdalej, partyzanci ciągnęli teraz na środek podwórza za ręce i nogi. Zadarta wysoko spódnica odsłoniła poznaczone sinymi bliznami uda. Nora wciąż się śmiała. Chłopcy stali nad ofiarami, wymierzając w zapamiętaniu udawane ciosy pałkami i maczetami. Najmniejszy z nich, kilkuletni bosy malec, przepychał się między

starszymi, głośno wołając. Dzieci na ławce zaniosły się śmiechem. Zachowywały się jak widzowie na przedstawieniu, oklaskujący szczególnie udane występy. – Co woła ten mały? – spytałem. – On mówi: ja też! ja też! Dajcie i mnie kogoś zabić! – odpowiedziała Nora, odwracając wzrok od dzieci na podwórzu. Partyzanci obsypali ciała zabitych suchymi liśćmi i trawą i udawali, że rozpalają na nich ogień. Kilku wziętym do niewoli dziewczynkom związali sznurkiem ręce, a pozostałym rozkazali zbierać z ziemi porozrzucane zabawki, łupieżcze trofea. Ustawiwszy jeńców w szereg, zbierali się już do wymarszu, gdy zza rogu wypadli żołnierze i ruszyli do natarcia. Rozpoczęła się kolejna bitwa, nowe widowisko. Wojsko szybko wzięło górę nad partyzantami, którzy rzucili się do rozpaczliwej ucieczki. Chłopcy-żołnierze pędzili za nimi po całym podwórzu, a nawet między budynkami. Pogoń nie przypominała już zabawy, lecz rozgrywany ze śmiertelną powagą wyścig, w którym nikt nie zamierzał godzić się z porażką. Złapani partyzanci nie poddawali się jak mieszkańcy napadniętej wioski, lecz walczyli do końca, zabijani w końcu na niby przez liczniejszych i silniejszych żołnierzy. Tylko najmniejsi dawali się wziąć do niewoli. Najdłużej nie dawał się pojmać partyzancki komendant, w czerwonej porozciąganej koszulce. Kilka razy ścigający dopadali go, ale wyrywał się im jak dzikie zwierzę i biegł dalej, mokry od potu, umorusany kurzem i ziemią. Osaczyli go w końcu przy bramie, skąd, choć była uchylona, nie miał już dokąd uciec. Bawiono się tylko na podwórzu. Opadnięty przez wielu prześladowców, szarpał się i bronił, ale już pogodzony z przegraną. Powalili go na ziemię tuż przy ławce, na której siedzieliśmy z Norą i Samuelem. Walczący zdawali się nas w ogóle nie zauważać. Nie było nas w świecie, w którym teraz przebywali. Przygnieciony kolanami czterech nieprzyjaciół, partyzancki komendant ciężko dyszał. Zabawę zakończył nauczyciel głośnym gwizdkiem. Otrzepując się z kurzu i omawiając przebieg bitwy, dzieci poszły na lekcję rachunków. – Sami ich namawiamy do takiej zabawy – powiedziała Nora. – Czasami tylko w ten sposób można dowiedzieć się, co im się przydarzyło naprawdę. Kiedy na dziedzińcu rozgrywały się bitwy podobne do tej, którą widziałem, nauczyciele i opiekunowie uważnie przyglądali się każdemu z dzieci, wpatrywali się w ich twarze, wsłuchiwali w to, co wołały. Nora mówiła, że podczas zabawy w wojnę dzieci powtarzały dokładnie to, co widziały, a najczęściej to, w czym same uczestniczyły. Jakby wracały na chwilę do poprzedniego wcielenia. – Czasami nie potrafią o tym mówić – powiedziała Nora, wystawiając twarz na południowe słońce. – Że zabijali? – Uhmm – zamruczała rozleniwiona, nie otwierając oczu. Zapytałem, czy któreś z bawiących się na podwórzu dzieci zabijało ludzi. – Z wyjątkiem tych najmłodszych, kilkuletnich, wszystkie. Samuel nie bawił się na podwórzu w wojnę, za to ją rysował. Może dlatego tak lgnął do Nory, która prowadziła lekcje rysunków. Przynosiła papier i kolorowe kredki, zachęcała dzieci, by malowały to, co zapamiętały najlepiej, co uważały za najważniejsze. Bielone ściany w świetlicy, do której mnie zaprowadziła, oblepione były obrazkami płonących chat, trupów w kałużach krwi, partyzantów zabijających ludzi maczetami i siekierami, strzelających z karabinów. Nora chwaliła Sama za jego rysunki.

– Ma wyczucie kompozycji. Jego rysunki żyją. Maluje nie tylko główny plan, ale także drugi i trzeci. Zobacz choćby ten. – Pokazała palcem jeden z obrazków na ścianie. Trzech partyzantów okładało pałkami leżącego na ziemi, okrwawionego mężczyznę. Za nimi widniała chata z płonącą strzechą, obok chaty uwiązany na łańcuchu, wyrywający się pies. – No i popatrz, jak miesza barwy. Nora mówiła, że większość dzieci z ośrodka nie potrafi albo nie chce opowiadać o tym, co się z nimi działo, gdy zniknęły ze swoich wiosek i odnalazły się w buszu w obozowiskach i świecie partyzantów. Niektóre się bały, spętane poczuciem winy, podejrzewały, że po wyjawieniu całej tajemnicy spotka je kara. Inne nie potrafiły dobrać słów, przerywały opowieść przy pierwszym, zbyt trudnym do nazwania zdarzeniu. Nie umiały dobrze opowiedzieć nie tylko o tym, co myślały lub czuły, ale nawet o tym, co widziały. Próbowały mówić, ale myśli, wspomnienia i lęki, nazwane i wypowiedziane na głos, wydawały się kalekie, nieodpowiednie, nie takie. Ze strachu, że zostaną źle zrozumiane i ocenione, zapadały się w ciszę. Zabawy w wojnę i rysunki miały przynieść pomoc i ulgę. O zdarzeniach namalowanych kolorową kredką na papierze lub odegranych na zakurzonym podwórzu mówiło się już łatwiej. Samuel chętnie opowiadał o wojnie i o wszystkim, co przeszedł. Tak przynajmniej zapewniała mnie Nora. – Wszystko ci opowie – mówiła. – Tylko go o to zapytaj. Musiało jednak minąć wiele dni, zanim mi powiedział, że zabijał ludzi. Zabił dziesięciu, a może więcej. Dużo, dużo więcej. Zbyt wielu, by spamiętać. Zbyt wielu, by pamiętać. Spodziewałem się tego wyznania. Przyjechałem tylko po to, by je usłyszeć. A jednak, gdy padło, poczułem się bezradny. Nie odczuwałem nigdy niezręczności w zetknięciu z ludźmi, którzy zabijali albo kazali zabijać. Z żołnierzami, partyzantami, ich komendantami, politycznymi przywódcami, którzy rozpętywali wojny w świętym przekonaniu, że są one jedynym sposobem zaprowadzenia sprawiedliwości, jedynym ratunkiem. Rzadko postrzegali siebie w roli sprawców zbrodni. Szukali usprawiedliwień, okoliczności łagodzących, pomniejszali zło, obwiniali o nie innych. Rozmowy z nimi stawały się prostym pojedynkiem na spryt i kompetencję, rozgrywką, w której podstęp bywał zasadą, a przechytrzenie rywala oznaczało wygraną. Trudniej rozmawiało się z ofiarami wojennych zbrodni, ich jedynymi zazwyczaj świadkami. Dzieląc się z dziennikarzem opowieścią o nieszczęściu, które ich spotkało, liczyli, że zapewnią sobie pomoc, odmianę losu. Swoją krzywdę uważali za największą i najniesprawiedliwszą, była to jedyna cenna rzecz, która im pozostała. Nie mieli wątpliwości, że świat, dowiedziawszy się o ich nieszczęściu, nie pozostanie obojętny. A kiedy nic się nie zmieniało, popadali w zgorzknienie i jeszcze większe poczucie krzywdy. Nie chcieli opowiadać, strzegąc resztek skarbu, jakim była pamięć o tym, co widzieli i co przeszli. Nie chcieli opowiadać, bo bali się bólu, żalu i poczucia winy. Dlaczego nie uciekłam wcześniej? Dlaczego otworzyłem drzwi? O ile rozmowy z tymi, którzy zabijali, przypominały przesłuchanie, to spotkania z ich ofiarami były spowiedzią, która jednak nie prowadziła ani do wyznaczenia pokuty, ani do rozgrzeszenia. Nie dawała pociechy, ani nawet ulgi. W dodatku, aby opowieść była jak najlepsza, najprawdziwsza, należało dowiedzieć się jak najwięcej. Wypytywać o szczegóły, drobiazgi, sprawy, zdawałoby się, niedorzeczne, niestosowne. Która to była godzina, gdy partyzanci weszli do wsi? Czy świeciło słońce? Co pan wtedy robił? Czy grało radio? Nie pamięta pani, o której godzinie bomba spadła na pani dom? A jak wyglądał ten, który zastrzelił pani męża? Czy pamięta pani jego twarz? Jak był ubrany? Ile

razy wystrzelił? Jak to było? Proszę mówić, proszę opowiedzieć wszystko. Trudność rozmowy z Samuelem polegała na tym, że był jednocześnie ofiarą i katem. Chciałem go poznać w obu rolach, zrozumieć, jak przechodził z jednej w drugą, a potem jeszcze raz w tę pierwszą, wyjściową. Odwlekałem rozmowę, choć wiedziałem, że muszę ją przeprowadzić. I że tego właśnie chcę. Kiedy rano przychodziłem do ośrodka, wśród dzieci na podwórzu szukałem wzrokiem Samuela. Uśmiechałem się i machałem ręką, gdy odnaleziony spojrzeniem odwracał głowę. Odpowiadał pozdrowieniem, ale sam do mnie nie podchodził, a ja go nie przywoływałem. Siadałem na ławce w oczekiwaniu na Norę, a gdy przychodziła, zaraz pojawiał się także Samuel. Czasem, jak małe dziecko, wdrapywał jej się niezgrabnie na kolana, nie zwracając uwagi na protesty i pełne udręki narzekania. – Sam! Co robisz?! Złaź ze mnie natychmiast – mówiła, rozcierając zbolałe uda. – Jesteś za ciężki, zgnieciesz mnie. Co z ciebie za partyzant? Chłopak droczył się z nią i specjalnie wciskał łokcie w jej nogi. Zwykle jednak na widok Nory przenosił się z zabawą nieopodal ławki. Zerkał nieustannie w naszą stronę, przysłuchując się rozmowie, której nie mógł rozumieć. Choć wyglądał na dziesięć, naprawdę miał lat trzynaście. Było w nim jednak coś, może wiecznie poważne oczy, co sprawiało, że czasem wydawał się jeszcze starszy, niż był. Miał dużą, ogoloną głowę, żylaste, pełne blizn dłonie i zniszczone stopy, wielkie jak u dorosłego człowieka. Nie różnił się od dzieci w ośrodku, a jego historia nie była wcale drama-tyczniejsza czy bardziej niezwykła. Spośród innych wybrała go Nora. A może to on sam dokonał za mnie wyboru? Nie odstępując Nory, stał się także moim towarzyszem. – Sam, pokaż, jak złapałeś w buszu żmiję – mówiła Nora, a chłopiec odgrywał przed nami scenę polowania. – Uwierzysz? Zaszedł od tyłu węża, schwycił go gołymi rękami i żywego wrzucił do garnka z wrzątkiem. – Smaczny był, prawda? Samuel kiwał głową i szczerzył w uśmiechu zęby. – A opowiedz, jak zgubiliście się w nocy. Opowiedz, jak ci dali karabin. Nie znał wielu słów w języku angielskim, co sprawiało, że jego opowieści były rzeczowe i proste. Mówił wolno, wyraźnie, starannie dobierając określenia jak dobry, przygotowany do lekcji uczeń odpytywany przez nauczyciela. Nora słuchała go uważnie. Wpatrywał się w nią, a jej potakiwania odbierał jako pochwałę i zachętę. – Najważniejsze to zadać dobre pytanie. Musi wiedzieć, o co pytam. Jeśli nie zrozumie, przestraszy się i zamknie w sobie – powiedziała Nora. – Prawda, Sam? Zamkniesz się i będziesz milczeć jak głaz. Albo rozpłaczesz się jak mały brzdąc. – Nora jest brzdąc – zawołał ze śmiechem, pokazując dziewczynę palcem. – Nora brzdąc! Nora mały brzdąc! – Samuel! Bo pożałujesz! – pogroziła. – Zapytaj go o szkołę. Pytałem go o ulubione przedmioty w szkole i nauczycieli, o piłkarskie drużyny, których nazwy i barwy znał z telewizji. – Lubię rysunki i lubię Norę – odpowiadał poważnie. – A matematykę? Ja nie lubiłem matematyki. – Ja też nie lubię matematyki. – A gimnastykę? Lubisz gimnastykę? Bo ja lubiłem. – Ja też lubię gimnastykę. I lubię przyrodę. – Ja też bardzo lubiłem przyrodę. Któregoś dnia, po lekcjach, siedzieliśmy we trójkę z Samuelem na surowych, wylanych z betonu schodach przed świetlicą. Patrzyliśmy, jak pozostałe dzieci bawią się, biegają po

zakurzonym podwórzu, grają w piłkę. W biurze zadzwonił telefon. – Nora! – ktoś zawołał. – To do ciebie! Nora podniosła się ociężale i zniknęła za drzwiami. Nigdy wcześniej nie zostawałem z Samuelem sam na sam. Zawsze była z nami Nora. Zresztą Sam pojawiał się tylko wtedy, gdy znajdowała się w pobliżu. Jej obecność była warunkiem moich spotkań z chłopcem, a jednocześnie przeszkodą. Siedzieliśmy z Samuelem obok siebie i patrzyliśmy na kopiących piłkę chłopców. Milczenie stawało się niewygodne, nieznośne. Przez niedomknięte drzwi dochodził śmiech Nory. – Grasz w piłkę? – odchrząknąłem, zerkając na Samuela. – Gram – odparł. – Ale teraz z tobą rozmawiam. – Ano tak – przytaknąłem. Palcem u stopy Samuel kreślił na piachu koła. – A jakiego piłkarza lubisz najbardziej? Sam roztarł piaskowe koła. – Ronaldo z Brazylii – powiedział. Wydawało mi się, że domyślał się, o czym naprawdę chcę z nim rozmawiać. W Gulu było przede mną wielu dziennikarzy, a każdy chciał, by Samuel i jego koledzy opowiadali o tym, jak zostali porwani ze swoich wiosek do buszu przez 44 partyzantów i nie mając innego wyjścia, przystali do rebelii i sami zabijali. Czasami wydawało mi się, że Samuel czekał, kiedy i ja wreszcie go o to zapytam. Ale nie wyglądał na zdziwionego czy rozczarowanego, kiedy nie pytałem. Wolałem rozmawiać o Samuelu z Norą, jego nauczycielką, opiekunką, spowiedniczką i uzdrowicielką. Wiedziała o chłopaku wszystko. Rano przychodziłem do ośrodka i czekałem na Norę. Parzyła kawę, a potem, zanim poszła na lekcje z dziećmi, prowadziła mnie do swojego biura, otwierała wielką pancerną szafę, w której trzymano kartoteki dzieci. Powiązane tasiemkami teczki z szarej tektury kryły tajemnice nie tylko chłopców i dziewcząt, które jak Samuel bawiły się na podwórku, ale wszystkich, które – porwane do buszu, jak Robert, syn naczelnika z Palengi – trafiały do ośrodka i wyleczone wracały do swoich rodzin i wiosek. Ich opowieści o wszystkim, co przeszły i co widziały, były spisywane przez nowych opiekunów i zamykane w żelaznej szafie. Nora notowała odręcznie, długopisem. Uważała, że stukot klawiszy maszyny do pisania onieśmielał dzieci, odbierał im resztki odwagi i rodzące się dopiero zaufanie. Aby ułatwić spowiedź i następującą po niej terapię, sporządzono listę pytań, na które dzieci miały dać odpowiedź. Czy zmuszano cię, byś zabił któregoś z krewnych lub sąsiadów? Czy zmuszano cię, byś maczetą odrąbywał ludziom ręce lub nogi? Czy zmuszano cię, byś wydłubywał ludziom oczy? Czy zmuszano cię, byś gwałcił kobiety? Czy zmuszano cię, byś palił ludzi żywcem? Na większość pytań padała odpowiedź „tak”. Wypełnione ankiety zdobiły fotografie dzieci. Takie same robi się do szkolnych legitymacji. Potem Nora i jej koledzy rozmawiali jeszcze z każdym z dzieciaków dziesiątki razy. Jedne opowiadały chętnie, inne zbywały pytania zaprzeczeniem lub potaknięciem, jeszcze inne nie chciały mówić w ogóle. Nora nie nalegała, cierpliwie czekała sposobności, by zagadnąć raz jeszcze. I jeszcze. Aż w końcu przełamywała strach i nieufność, które krępowały słowa, i dowiadywała się o wszystkim. Zanim pozwoliła mi grzebać w pancernej szafie, sama wyciągała szare teczki i rozkładała

je przede mną na biurku niczym fotografie z rodzinnego archiwum. – To Roger. Był u nas ponad rok, a to Emma z córką. Podobne do siebie, prawda? Emma umarła kilka miesięcy temu. A to Richard, widziałeś go dziś rano. To ten, co stał na bramce. Albo to! Przejrzyj koniecznie historię Benjamina. Wierzyć się nie chce, że to przydarzyło mu się naprawdę. A oto i nasz Samuel! Nasz Samuel! Tak go nazywała, odkąd zacząłem przychodzić do ośrodka i wypytywać ją o chłopca. Wybuchała śmiechem, trochę zalotnie, a trochę zaczepnie. Zdawało mi się, że wyczuwam nawet nutki ironii. – Nasz Samuel, nasz chłopiec – mówiła. – Nasza wspólna sprawa. Samuel wpatrywał się we mnie z fotografii. Kiepski papier i czarno-białe barwy sprawiały, że cała twarz niknęła za wielkimi, jaśniejącymi białkami szeroko otwartych oczu. Kiedy rozlegał się dzwonek, Nora prostowała się, wygładzała dłońmi spódnicę i szła na lekcję rysunków, zostawiając mnie przy rozrzuconym na stole stosie fotografii i spisanych na poszarzałym papierze życiorysów. Samuel miał dziewięć lat, gdy partyzanci wzięli go do niewoli. Wpadł na nich w zagajniku nieopodal wioski. Wraz z wujem i kilkoma kuzynami poszli do lasu po drewno na opał, dzikie banany, mango. Słońce chyliło się ku zachodowi, ale było jeszcze dość wysoko. Wracali, dotarli już w pobliże wioski. Przez busz dobiegały nawet nawoływania matek, widać było dymy unoszące się nad słomianymi dachami. Nie spieszyli się, byli pewni, że zdążą, zanim nadejdzie noc, kiedy to pod osłoną ciemności partyzanci wyruszali ze swoich kryjówek na łowy. Samuel wiedział o partyzantach. W wiosce mówiło się w zasadzie tylko o nich. Dorośli zaklinali dzieci, by nawet za dnia nie zapuszczały się zbyt daleko od wsi, a już pod żadnym pozorem nie chodziły same do lasu, gdzie wśród drzew i zarośli mieli czyhać partyzanci. Mówiono, że łapią nie tylko dzieci, które – nieposłuszne rodzicom i starszym – nieroztropnie oddalają się od domów, ale napadają nawet na szkoły, by wyciągnąć uczniów prosto z ławek. Opowiadano, że partyzanci sami zostali kiedyś porwani do lasu, gdzie z dzieci poprzemieniali się w dzikie, okrutne bestie, żywiące się ludzką krwią i mięsem. Mówiono też, że jeśli tylko chcą, potrafią, jak duchy, znikać i pojawiać się w kilku miejscach na raz. Nie tylko w okolicach Gulu, ale także w powiatach Kitgum i Pader. Widziano ich nawet w Lirze, Soroti i Teso. Znali zaklęcia broniące ich przed pociskami, co czyniło ich niezwyciężonymi. Zanim ich spotkał, a potem został jednym z nich, Samuel często bawił się w partyzantów z rówieśnikami w wiosce. Wyrośli nagle niczym leśne zjawy. W podartych mundurach, długowłosi, brudni, z wycelowanymi karabinami i podniesionymi do uderzenia maczetami. Samuel i jego krewni byli tak zaskoczeni i przerażeni, że nie stawiali najmniejszego oporu, nie próbowali ucieczki, żaden zapewne nawet o niej nie pomyślał, choć była wtedy możliwa jak nigdy potem. Partyzanci powalili ich na ziemię i związali powrozami. Samuel ze zdumieniem odkrył, że rozumie, co mówią. Zduszonymi głosami wydawali komendy w mowie Aczolich. Kazali jeńcom wstać i popędzili ich w stronę lasu. Dopiero wtedy, oddalając się coraz bardziej od wioski, Samuel usłyszał głośny, przeraźliwy gwizd, jakim dorośli ostrzegali się przed niebezpieczeństwem. Potem od strony wsi padło kilka strzałów. Nie widział, co działo się w napadniętej przez partyzantów wiosce. Nie słyszał żadnych krzyków, nie widział ognia trawiącego słomiane strzechy ani zabijanych ludzi. Potykając się i przewracając, poganiani w ciemnościach przez partyzantów, długo wędrowali przez busz, aż wyszli na niewielką, pełną ludzi polanę. Uprowadzonych wieśniaków zbierano pod starym

drzewem mangowym. Z lasu co jakiś czas wychodziły kolejne grupy partyzantów z łupami i nowymi jeńcami. Zrobiła się noc; szukając drogi przez gąszcz, partyzanci przyświecali sobie latarkami. Widząc to, Samuel przypomniał sobie, jak starsi kuzyni tłumaczyli mu, że właśnie po migotliwych słupach światła z latarek najłatwiej ich w nocy poznać. Tak to musiało wyglądać. Tak to widziałem, czytając historie spisane przez Norę, a także słuchając jej opowieści o dzieciach z ośrodka i toczącej się w okolicy wojnie. Z wolna zacząłem również wypytywać Samuela. – Bałeś się? – zagadnąłem, gdy powtarzał mi swoją historię uprowadzenia z wioski. – To byli mali chłopcy, ci partyzanci. Tacy mali jak ja. Mniejsi niż większość dzieci, które wzięli do niewoli – powiedział, wpatrując się we mnie badawczo, jakby chciał odgadnąć, czy strach, o który pytałem, był w czymś podobny do tego, jakiego doznawał. – No pewnie, że się bałem. Ale nie płakałem. – Bili cię? – Dopiero potem. Potem się bałem. – Bardzo bili? – Bardzo. Ale nie za bardzo. Odpowiadał na każde pytanie. Zwięźle i wprost, co brałem za bezbronną, szczerą otwartość i co czyniło dla mnie rozmowę jeszcze trudniejszą. To ja miałem kłopoty z formułowaniem pytań, na które, jak wzorowy uczeń, Sam natychmiast udzielał odpowiedzi. Nie potrafiłem znaleźć właściwych słów, wszystkie wydawały mi się nieodpowiednie do tego, o co chciałem zapytać, nie takie jak trzeba. A przecież już wcześniej spotykałem chłopców, porywanych, walczących w rozmaitych wojskach i oddziałach partyzanckich. W Sudanie, Ruandzie, Burundi, w Afryce Zachodniej, w kongijskich Bukawu i Lubumbaszi. Dobrze zapamiętałem nieletniego żołnierza, napotkanego przed laty w kongijskim Kisangani. W zielonym drelichu i wielkich gumowych butach stał na warcie przed sztabem komendanta Josepha Kabili, syna Laurenta-Desire, przywódcy partyzanckiego wojska, które podniosło bunt przeciwko prezydentowi Mobutu. Chłopak nazywał się Claude i miał jedenaście lat. Ściskał w garści wielki karabin maszynowy i opowiadał mi, jak w szeregach partyzantów bił się z żołnierzami Mobutu. Kiedy w końcu zawołano mnie do sztabu, poprosił, żebym mu zostawił papierosy. Dorosłymi mężczyznami nie byli też z pewnością Czecze-ni, którzy w Duba-jurcie pilnowali mnie nocami, żebym nie został porwany przez handlarzy niewolników. Trzymali straż przed izbą, w której spałem, nie odstępowali mnie na krok. Nie pytałem mojego gospodarza, ale wiedziałem, że kupił im karabiny za pieniądze, które wcześniej przyjął ode mnie na wydatki związane z moją wizytą. Dzieci-żołnierzy widywałem również w Afganistanie. Ich widok ani mnie nie dziwił, ani nie przerażał, a rozmowa z nimi nie wprawiała w zakłopotanie. Może dlatego, że wydawali się dorośli. Może dlatego, że brali udział w wojnach, które przywykło się uważać za sprawę dorosłych. A może dlatego, że w ich stronach, nawet gdy nie wybuchały wojny, życie przemijało szybciej. Tam gdzie ludzie umierają przed pięćdziesiątką, krócej trwa także młodość, a dzieci wcześniej dorośleją. Kilkunastoletnie dziewczęta są już matkami, a kilkunastoletni chłopcy żywicielami rodzin. Albo zabijają, walcząc na wojnach. Claude'a znad rzeki Kongo zapamiętałem tylko dlatego, że słuchając jego opowieści o wojnie i partyzanckich pochodach, uświadomiłem sobie, że był niewiele starszy od mojego syna, którego wciąż obawialiśmy się puszczać samego do szkoły. Może gdybym spotkał Samuela w jego poprzednim wcieleniu – jako partyzanta z lasu – rozmowa z nim byłaby dla mnie łatwiejsza. Zdążył jednak wrócić do postaci dziecka, a raczej