uzavrano

  • Dokumenty11 087
  • Odsłony1 785 779
  • Obserwuję782
  • Rozmiar dokumentów11.3 GB
  • Ilość pobrań1 052 489

Zygmunt Zeydler-Zborowski -Inspektor ze Scotland Yardu

Dodano: 7 lata temu

Informacje o dokumencie

Dodano: 7 lata temu
Rozmiar :2.9 MB
Rozszerzenie:pdf

Zygmunt Zeydler-Zborowski -Inspektor ze Scotland Yardu.pdf

uzavrano EBooki Z Zygmunt Zeydler-Zborowski
Użytkownik uzavrano wgrał ten materiał 7 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 121 osób, 97 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 173 stron)

1 Pogoda była wspaniała. Podobno najstarsi ludzie nie pamiętali takiej słonecznej i ciepłej jesieni. Wprawdzie złośliwi twierdzą, że najstarsi ludzie w ogóle niewiele pamiętają, ale fakt pozostawał faktem, iż w listopadzie słońce przygrzewało jak w sierpniu. Na drzewach można było jeszcze zobaczyć zielone liście, a na ulicach widziało się mężczyzn w samych tylko garniturach i kobiety w wiosennych kostiumikach. Przepowiadano, że zimy w ogóle nie będzie, co napełniało melancholią sportowców, przygotowujących sprzęt narciarski. Niedaleko palmiarni siedział na ławce Downar. Miał coś do załatwienia w Ministerstwie Spraw Zagranicznych i korzystając z okazji, poszedł na wagary do Łazienek. Lubił ten królewski park, którego stare drzewa tak dobrze odgradzały od wielko- miejskiego gwaru. Panował tu ogromny, kojący nerwy spokój. Ludzie nie spieszyli się, nie biegli, nie spoglądali co chwila na zegarek. W rytm powolnych kroków szeleściły zeschnięte liście. Downar patrzał na kolorowe drzewa i rozkoszował się ciszą. Dalekie odgłosy ulicy wydawały się tutaj czymś zupełnie nierealnym. Miasto było gdzieś daleko, nie narzucało się swym męczącym hałasem, Ach, jak przyjemnie. Byłoby jeszcze przyjemniej, gdyby nie wyrzuty sumienia. Dosyć już tych wagarów. Trzeba wracać do Komendy. Nie miał co prawda na tapecie nic specjalnie pilnego, ale w każdej chwili mogło coś się zdarzyć. Spojrzał na zegarek. Dochodziła pierwsza. Psiakrew, jak ten czas niemiłosiernie leci. Już podnosił się z ławki, kiedy tuż koło siebie posłyszał młodzieńczy głos: — Dzień dobry. — Wojtek! A ty co tu robisz?

Opalona twarz chłopaka rozjaśniła się szelmowskim uśmiechem. — Urwałem się z wykładu. Wagaruję. — I tak się otwarcie do tego przyznajesz? — A co mi z tego przyjdzie, że skłamię? Downar pogroził mu palcem. — Napiszę do rodziców, jak ty się prowadzisz. Uważaj. — Tego się nie robi. Po co denerwować staruszków? — Jak będziesz opuszczał wykłady, to cię wyleją. Pamiętaj, że na politechnice nie ma żartów. — Nie wyleją. A zresztą mam w nosie politechnikę. Wcale mnie to nie interesuje, ale ojciec się uparł, żebym został inżynierem. — Ciągle jeszcze marzysz o MO? — Coraz bardziej. Downar uśmiechnął się i poklepał chłopca po szerokich plecach. — Daj spokój. Nie orientujesz się, jaka to ciężka, odpowiedzialna i niebezpieczna praca. — Nie boję się niebezpiecznej pracy. To jest właśnie fajne. Pistolet w garść i jazda na całą bandę oprychów. To jest dopiero życie, a nie jakieś tam ślęczenie nad rajzbretem. O, proszę, jakie mam mięśnie. Z kilkoma dałbym sobie radę nawet i bez broni. Trener powiedział, że jak się postaram, to niedługo pojadę na mistrzostwa za granicę. — Trenujesz boks? — Jasne. Boks, dżudo, szermierkę. Ale najlepiej lubię boksować. To mi leży. Mam fantastyczny lewy prosty. — Przyjdę kiedyś na trening. Ciekaw jestem, jak się ruszasz na ringu. W jakiej wadze walczysz? — W ciężkiej. Przecież ważę prawie dziewięćdziesiąt kilo. — Dziewięćdziesiąt kilo? — zdziwił się Downar. — No, no, nigdy bym nie przypuszczał. — E, bo tobie się zdaje, że ja mam zawsze dwanaście lat. A ja kończę dwadzieścia trzy. — No tak, to poważny wiek. Wiesz, co ci powiem? Skończ jednak tę swoją politechnikę. Na którym jesteś, roku?

— Na trzecim. — No właśnie. Ponad połowa roboty odwalona. Szkoda byłoby teraz rzucać. Skończ, zostań inżynierem, a. potem pogadamy. Jeżeli w dalszym ciągu będziesz miał ochotę pracować w milicji... — Mnie interesuje kryminalistyka. Gromadzę literaturę. To są bardzo ciekawe rzeczy. Zresztą co ja będę mówił... — No dobra. Jak po skończeniu politechniki będziesz chciał poświęcić się kryminalistyce, to obiecuję, że ci w tym pomogę. A wiadomości z dziedziny elektrotechniki zawsze ci się przydadzą, nawet i w pracy śledczej. — Poszedłbym do ciebie na praktykę. Toby dopiero była bomba — zapalił się Wojtek. — Razem chodzilibyśmy na akcję. Ja się byle czego nie boję. — Muszę już iść — powiedział Downar, spoglądając na zegarek. — Zostajesz? — Zostanę jeszcze trochę. Mam się tu spotkać... — Z kim teraz flirtujesz? Przyznaj się. — Wierny jestem. Ciągle z Danką. Z tą, którą poznałeś w kawiarni. — Pamiętam. Ładna i miła dziewczyna. Co ona studiuje? — Prawo. Jest teraz na drugim roku. Chciała iść na AWF, ale się rozmyśliła. — Czuję, że niedługo zaprosisz mnie na wesele. — E, jeszcze nie tak zaraz. Trzeba mieć forsę, mieszkanie. — A jak ci leci w akademiku? — Jak to w akademiku. Luksusu nie ma, ale można żyć, jak się zgrana paczka dobierze. Downar wyciągnął rękę na pożegnanie. — Bądź zdrów. Wpadnij kiedy do mnie. Pogadamy. A pamiętaj, żebyś nie chodził na wagary. Pilnuj wykładów. — A niektórzy to pewnie służbowo dzisiaj w Łazienkach — powiedział z udaną powagą Wojtek. Spojrzeli sobie! w oczy i roześmieli się. Downar oddalił się szybkim krokiem. Idąc w kierunku wyjścia, myślał o tym, jak bardzo lubił tego chłopaka. Tak niedawno woził małemu Wojtusiowi, synkowi

przyjaciół, zabawki do Zagnańska, a teraz to już dorosły mężczyzna, student trzeciego roku politechniki, kawał chłopa. Te szerokie bary i ramiona atlety odziedziczył po ojcu. Po matce wziął śniadą, pociągłą twarz, leciutko skośne oczy i trochę za szeroki nos. Downar przyjechał do Zagnańska zaraz po urodzeniu chłopca i pamiętał swoje przerażenie na widok pomarszczonego, rozwrzeszczanego stwora. Od tamtej chwili upłynęło dwadzieścia trzy lata. Cholera, jak ten czas leci. I znowu jesień, znowu minęło kolejne lato, a na skroniach przybyło kilka siwych włosów. W Alejach obejrzał się za zgrabną, ciemnooką blondyną, która posłała mu powłóczyste spojrzenie, i zaraz zgubił melancholijny nastrój. Lubił ładne dziewczyny na tle jesiennego krajobrazu, a prawdę mówiąc lubił je o każdej porze roku. Odruchowo sięgnął do kieszeni po papierosy i natychmiast przypomniał sobie, żel przecież odzwyczaja się od palenia. Strzelił więc tylko w palce i raźnym krokiem ruszył przed siebie. Na rogu Wilczej zatrzymał taksówkę. Nie chciało mu się czekać na setkę. W komendzie spotkał na korytarzu Olszewskiego. — Czeka na ciebie ten wariat — szepnął porucznik. — Jaki wariat? — No, ten inżynier z Mokotowa. Powiedziałem, że cię nie ma, ale się uparł i czeka. Z takim niełatwa sprawa. Co mam z nim zrobić? Downar westchnął. — No cóż... Trzeba z nim pogadać. Nie ma rady. Każ mu wydać przepustkę. Po upływie dziesięciu minut do gabinetu Downara wszedł Seweryn Grudecki. Wysoki, dobrze zbudowany, szare oczy, pod gęstymi, krzaczastymi brwiami. Siwa, bujna niegdyś czupryna była już mocno przerzedzona. Sprężyste, energiczne ruchy zdradzały byłego wojskowego. Czuło się, że jest to człowiek przywykły do rozkazywania i do szybkich decyzji. Lewy rękaw marynarki miał pusty. Pamiątka po wojnie. Mocno uścisnął wyciągniętą dłoń i usiadł, nie czekając na zaproszenie. — Zapewne dziwi pana, panie majorze, moja wizyta —

powiedział niskim, ciepłym głosem. — Czy znowu coś się zdarzyło? — spytał Downar. — Tak, wczoraj wieczorem. — Co takiego? — Znowu chcieli mnie zabić wozem. Uskoczyłem w ostatniej chwili. Na szczęście nadjechał milicyjny radiowóz. Uciekli. — Może mi pan to dokładniej opowie — zaproponował Downar. Grudecki poprawił się na krześle. — No więc, to było tak. Wybrałem się wczoraj na brydża do przyjaciół, którzy mieszkają na Ochocie, na Radomskiej. Zasiedzieliśmy się trochę. Było już po pierwszej, kiedy od nich wyszedłem. Noc ciemna, deszcz zaczął kropić, tramwaju ani śladu. Postanowiłem dojść do placu Narutowicza, bo tam łatwiej o taksówkę. Idę dziarskim krokiem, aż tu koło kina jedzie na mnie wóz. — Szedł pan jezdnią? — Ale skąd, chodnikiem. Skręcił drań wprost na mnie i gdybym nie uskoczył błyskawicznie w bok, byłby mnie rozkwasił o ścianę. Zobaczył widocznie za sobą światła, bo cofnął się zaraz na jezdnię i uciekł. Narobiłam krzyku, zatrzymałem radiowóz milicyjny, powiedziałem, co i jak. Zaczęliśmy gonić, ale gdzie tam. Musiał łobuz skręcić od razu gdzieś w bok, bo ani śladu. — Czy pan przypuszcza, że to tein sam wóz, który we wrześniu... Grudecki skinął głową. — Tak. Jestem prawie pewien, że to ten sam opel, czarny opel. — Numeru rejestracyjnego pan nie zauważył? — Skądże. Za szybko się to wszystko stało. — To już czwarty zamach na pańskie życie — powiedział Downar. — Piąty, panie majorze, piąty. Zapomina pan o tej cegle, która spadła z rusztowania i o mało mnie nie zabiła. — To mógł być przypadek. — Ładny przypadek. Gdybym dostał w głowę, to dzisiaj był z

panem nie rozmawiał. Nie było wtedy na rusztowaniu robotników i nie było cegieł. W ogóle nikt nie pracował. Specjalnie to sprawdzałem. A ten strzał w lesie, w Leśnej Podkowie, to także, według pana, przypadek? — Trudno powiedzieć... Twarz Grudeckiego nabiegła krwią. — Panie majorze, odnoszę wrażenie, że pan uważa mnie za maniaka, którego prześladują jakieś urojenia. Niech mi się pan dobrze przyjrzy. Czy wyglądam na człowieka, którego łatwo przestraszyć? W czasie wojny służyłem w RAF-ie, brałem udział w najbardziej ryzykownych nalotach na tereny nieprzyjaciela i nikt nigdy nie widział, żebym się bał. — A1QŻ ja nie to miałem na myśli — pospiesznie wyjaśnił Downar. •— Tylko nie bardzo wiem, w jaki sposób mógłbym panu pomóc. Grudecki poruszył się niecierpliwie. — Sytuacja jest zupełnie jasna. Ktoś nastaje na moje życie, chce mnie zabić. Do kogo mam się zwrócić o opiekę? Do milicji. To chyba logiczne. Bo jeżeli... — Ale jak pan sobie wyobraża tę opiekę? — przerwał mu Downar. — Nie mogę przecież obstawić pana milicjantami, którzy pilnowaliby pana dzień i noc. Niech mi pan chociaż powie, kogo pan podejrzewa, komu może zależeć na pańskiej śmierci? — Nie mam pojęcia. — No więc właśnie. To jest bardzo trudna sytuacja, panie inżynierze. Proszę mi wierzyć. Załóżmy, że wdrożymy dochodzenie w pańskiej sprawie. No i co? Od czego zacząć? Z jakiego punktu wystartować? Bo to, że pijany kierowca o mało pana nie przejechał... — On nie był pijany. — A skądże pan to może wiedzieć? — To już drugi raz, panie majorze. We wrześniu... — Wiem. We wrześniu także chciał pana ktoś przejechać, ale to również mógł być pijany kierowca. Niestety, ludzie zasiadający za kierownicą zbyt często nadużywają alkoholu. W obu wypadkach mógł to być tylko zbieg okoliczności.

Przyznaję, że to wszystko wygląda dosyć tajemniczo, ale... — Ja wiem, że wam jest potrzebne morderstwo, żebyście zaczęli działać! — wybuchnął Grudecki. — Bez trupa ani rusz. Na tym polega cały dowcip, że ja nie mam ochoty być tym trupem. — Czego pan od nas żąda? — Ochrony przed człowiekiem, który chce mnie zgładzić. — To jest ogólnikowe sformułowanie. Proszę powiedzieć konkretnie, jak pan sobie to wyobraża? — Ja się nie znam na tych sprawach. To pan powinien wiedzieć... Downar uśmiechnął się. — No widzi pan, panie inżynierze, że to nie takie proste. Coś panu zaproponuję. Wydamy panu broń, dobry pistolet. Będzie się pan czuł pewniej. — To niezła myśl — ucieszył się Grudecki. — Będzie mi raźniej, jak poczuję w ręku kolbę pistoletu. Kiedyś byłem dobrym strzelcem. Pochodzę na strzelnicę, przypomnę sobie. Downar odetchnął z ulgą. — Otóż to. Jeszcze dzisiaj porozumiem się z pułkownikiem Leśniewskim i załatwimy tę sprawę. Jutro do pana zadzwonię. A wracając jeszcze do tej cegły, to twierdzi pan, że na rusztowaniach nikogo wtedy nie było, nikt nie pracował? — Absolutnie nikt. — I właśnie z tego rusztowania... — Tak. Cegła przeleciała o parę centymetrów od mojej głowy. — Czy pamięta pan o jakiej porze dnia to się stało? — Rano. Bardzo wcześnie. Około piątej. Wyjeżdżałem wtedy w sprawach służbowych. — O ile wiem, mieszka pan na Mokotowie — powiedział Downar. — W jaki sposób znalazł się pan o piątej rano w Alejach Jerozolimskich? — Nocowałem na Kruczej u przyjaciela. — Także był brydż? — Zgadł pan. — Czy wyjeżdżał pan w teren koleją? — Nie. Jechaliśmy samochodem z inżynierem Kaczyńskim.

— A dlaczego inżynier Kaczyński nie podjechał po pana na Kruczą? — Bo poprzedniego dnia, kiedyśmy się umawiali, nie byłem pewien, gdzie będę nocował. Dlatego powiedziałem, że przyjdę do niego na Złotą, czyli na Kniewskiego. Kaczyński mieszka koło „Palladium”. — To było w zeszłym miesiącu? — Tak, w październiku. — Czy może mi pan powiedzieć, jak się nazywa ten pański przyjaciel, u którego pan nocował? — Doktor Miroszewski, Henryk Miroszewski. — Czy pamięta pan, kto jeszcze był wtedy na brydżu? — Oczywiście. Dyrektor Jaśkowski z żoną i pan Gottler. — Kto to jest dyrektor Jaśkowski? — Pracuje w jakimś zjednoczeniu. Dokładnie nie pamiętam, w jakim. Bardzo miły, kulturalny człowiek. — A pan Gottler? — Gottler siedzi w handlu zagranicznym. Coś tam eksportuje, importuje, ale nie barda) wiem, z jakimi towarami ma do czynienia. Nigdy się tym bliżej nie interesowałem. Downar starannie notował każde słowo. — Przecież pan to wszystko już raz zapisywał, panie majorze — powiedział Grudecki. — Tak, tak, oczywiście, ale musiałbym bardzo długo szukać tych notatek. Korzystam więc z tego, że pan ma tak dobrą pamięć... Po raz pierwszy od początku rozmowy Grudecki uśmiechnął się. — Z tą moją pamięcią nie jest najlepiej. Skleroza. — Co też pan opowiada? — zaprzeczył z ożywieniem Downar. — W pańskim wieku skleroza? — Dużo się przeżyło, panie majorze, bardzo dużo. Powiedziałbym nawet, że za dużo jak na jednego człowieka. — Niech mi pan powie — indagował dalej Downar — który z tych ludzi, będących wtedy na brydżu u doktora Miroszewskiego, posiada samochód? — O ile mi wiadomo, to wszyscy. Henryk kupił niedawno

moskwicza, dyrektor Jaśkowski ma opla, a pana Gottlera widziałem chyba kiedyś w fiacie. — I wszyscy ci brydżyści wiedzieli wówczas, że pan rano wyjeżdża? — Tak, oczywiście. Nawet z tego powodu przerwaliśmy wcześniej grę. — To znaczy o której? — Całe towarzystwo rozeszło się chyba parę minut po dwunastej. W tej chwili dokładnie sobie nie przypominam. Jednak upłynęło już kilka tygodni. — Czy oprócz nich ktoś jeszcze wiedział, że rano pan wyjeżdża samochodem w teren z inżynierem Kaczyńskim i że ma pan zamiar zanocować u przyjaciela na Kruczej? — Tak. Wiedzieli u mnie w instytucie. Musieli wiedzieć. Przecież wyjeżdżałem służbowo. — Ale czy wiedzieli, że pan spędzi noc u doktora Miroszewskiego? Grudecki zawahał się. — Wydaje mi się, że rozmawiałem na ten temat z moimi kolegami biurowymi, ale pewien nie jestem. Chyba mówiłem, że wybieram się na brydża do Henryka. Czy to ważne? — W takich sytuacjach każdy najdrobniejszy szczegół może mieć znaczenie — powiedział Downar. — Tak, oczywiście. Co mi pan radzi, panie majorze? Downar rozłożył ręce. — No cóż... Właściwie trudno mi coś radzić. Sądzę, że byłoby dobrze, gdyby pan nie spacerował wieczorami po ciemnych ulicach. Proszę być z nami w kontakcie. W razie potrzeby natychmiast udzielimy panu pomocy. Zna pan przecież numery naszych telefonów. Uprzedzę pogotowie milicyjne i ra- diowozy. Otrzyma pan pistolet. To na razie chyba wszystko, co mogę dla pana zrobić. Gdyby pan podejrzewał kogoś... Grudecki wstał. — Dziękuję. Muszę panu powiedzieć, że w najbliższym czasie przyjedzie ktoś, kto się mną zaopiekuje. — Któż to taki? — Inspektor ze Scotland Yardu.

— Inspektor ze Scotland Yardu? — Tak. Mój serdeczny przyjaciel. Zaprosiłem go do siebie na dwumiesięczny pobyt. Jak pan widzi, będę miał zagraniczną obstawę. — Gratuluję — ucieszył się Downar. — To doskonały pomysł. Będzie panu weselej. Taka ciągła samotność bywa czasem przygnębiająca. To zapewne jakiś pana znajomy z czasów wojny. Grudecki potrząsnął głową. — O,nie. Poznałem go jeszcze przed wojną w Warszawie. Wilkins pracował tutaj w ambasadzie angielskiej. W czasie wojny spotykaliśmy się w Londynie. To bardzo sympatyczny i inteligentny człowiek. Zapoznam pana z nim. — Będzie mi bardzo miło — uśmiechnął się uprzejmie Downar. — Tylko, że ja po angielsku ani w ząb. — Tym się pan może nie kłopotać. Mister Wilkins mówi po polsku tak jak każdy z nas, a może nawet poprawniej. Będzie pan mógł porozmawiać sobie z nim na fachowe tematy. No, do widzenia, panie majorze. Nie zabieram panu czasu. Grudecki wyszedł. Zaledwie drzwi się za nim zamknęły, zadzwonił telefon. W słuchawce zabrzmiał głos szefa. — Możesz wpaść do mnie na chwilę? — Już idę. Leśniewski nie był w najlepszym humorze. Chodził po gabinecie szerokimi krokami i palił papierosa. W pokoju było szaro od dymu, a na dużej szklanej popielniczce piętrzył się stos niedopałków. — Pozwolisz, że otworzę okno? — powiedział Downar. — Otwórz, otwórz. Można się tu udusić. Wiesz, kto u mnie był przed chwilą? — Nie mam pojęcia. — Pułkownik Siemiatyński z Ministerstwa Obrony Narodowej. — Czego chciał? — Przyszedł w sprawie Grudeckiego. Downar zagwizdał cicho. — Do licha. Przecież ten facet przed chwilą ze mną

rozmawiał. — No i co? — Nic nowego. Żąda od nas, żebyśmy mu zapewnili bezpieczeństwo, ale jak to ma wyglądać w praktyce, sam nie wie. — Co ty o nim myślisz? Downar skrzywił się. — Bo ja wiem. Przyznam ci się szczerze, że nie mam pojęcia, co o tym myśleć. Nie przysiągłbym, czy facet nie ma lekkiego szmergla. Dużo przeszedł, był dwa razy poważnie kontuzjowany, stracił całą rodzinę. To są wszystko przeżycia, które muszą się odbić na psychice człowieka. Nie wygląda co prawda na wariata, ale te jego opowieści robią trochę wrażenie manii prześladowczej. Leśniewski usiadł i zgasił papierosa. — Słuchaj, Stefan, to nie jest takie proste. Ten Grudecki, jak się okazuje, jest bardzo poważnym fachowcem w dziedzinie budowy rakiet. Jakiś jego ostatni wynalazek jest podobno rewelacją i jeżeli prace nad nim doprowadzi do końca... Krótko mówiąc, Ministerstwo Obrony Narodowej domaga się bardzo energicznie, żebyśmy mu zapewnili całkowite bezpieczeństwo. Te zamachy na jego życie... Downar wzruszył ramionami. — Zgoda, ale jak ja mam mu zapewnić to bezpieczeństwo? Czy chcesz, żebym całymi dniami za nim łaził? Czy mam mu przydzielić dwudziestu ludzi, którzy by go nie odstępowali ani na krok? To przecież zupełnie niemożliwe. Jeżeli rzeczywiście ktoś chce go sprzątnąć, może to zrobić w każdej chwili, wszędzie, w kawiarni, w kinie, w toalecie, na spacerze, w tramwaju. W tłoku wbije mu sztylet w serce i gotowe. Nikt się nawet nie zorientuje, kto to zrobił... Słuchaj, a może to ma jakiś związek z tym jego wynalazkiem? — Myślałem już o tym — powiedział w zamyśleniu Leśniewski. — Jeżeli tak — podjął Downar — to nie nasze dzieło. Niech się tym zajmuje kontrwywiad. Nie ma sensu, żebyśmy im wchodzili w paradę.

Leśniewski potrząsnął głową. — To wszystko jest dosyć skomplikowane. Oni nie chcą robić z tego szpiegowskiej, politycznej sprawy. Zresztą nie ma właściwie żadnych podstaw, żeby tak to ustawiać. Na razie przecież nie dysponujemy niczym konkretnym. Nie mamy w ręku żadnych faktów. Bo to, że ktoś o mało nie wpadł pod samochód albo że cegła spadła niedaleko jego głowy... — Otóż to — ożywił się Downar. — Właśnie to samo powiedziałem Grudeckiemu. Nie mamy konkretnego materiału, na którym można by się oprzeć. Mogły to być najzwyklejsze zbiegi okoliczności, a że facet jest wyczerpany nerwowo, przeczulony... Leśniewski wstał i znowu zaczął krążyć po pokoju. — Niemniej nie możemy tego tak zostawić. Zastanów się. A jeśli to nie jest mania prześladowcza, tylko rzeczywiście ktoś dybie na życie Grudeckiego?... Nie daj Boże nieszczęścia! Ładnie byśmy wyglądali. Przychodził tu do nas, meldował, że ktoś go chce kropnąć, a my nic, palcem nawet nie kiwnęliśmy w tej sprawie. — Czego ty chcesz ode mnie? — spytał już trochę rozdrażniony Downar. — Ja się na niańkę nie nadaję. Nie będę go prowadzał za rączkę. Może mi powiesz, co według ciebie powinienem zrobić w tej sprawie? — Powinieneś to zbadać. Całkiem po prostu. Wszystkim tym zdarzeniom towarzyszyły przecież jakieś okoliczności. Trzeba je przeanalizować. Należy poza tym przyjrzeć się otoczeniu Grudeckiego. Zresztą, co ja cię będę uczył. Wiesz lepiej ode mnie, jak się do tego zabrać. Downar był wściekły. Nie znosił takich niekonkretnych historii. Wiedział, ile mu to zabierze czasu, a w rezultacie może się okazać zupełnie niepotrzebne. Denerwował go trochę protekcjonalny, jak mu się zdawało, ton Leśniewskiego, a poza tym diabelnie chciało mu się palić. Paczka giewontów leżała na biurku. Przemógł się jednak i nie wyciągnął po nią ręki. — Jeżeli zwolnisz mnie z tej roboty, nad którą w tej chwili siedzę — powiedział, usiłując zapanować nad rozdrażnieniem — to mogę oczywiście zająć się brydżowymi partnerami pana

inżyniera Grudeckiego, ale obawiam się, że to tylko niepotrzebna strata czasu. Poza tym nie wiem, czy się orientujesz, że nad naszym dawnym wynalazcą w najbliższym czasie roztoczy opiekę angielska policja. — Zwariowałeś? Co ty wygadujesz? — Jeszcze jestem przy zdrowych zmysłach — uśmiechnął się Downar. — Pan Grudecki osobiście mi to zakomunikował. Do Warszawy przyjeżdża inspektor ze Scotland Yardu i zajmie się tą nieszczęsną, prześladowaną ofiarą, która nie znajduje u nas pomocy. — Mów wreszcie, co to wszystko znaczy — zdenerwował się Leśniewski. — Mówię dokładnie to, co usłyszałem od Grudeckiego. Zaprosił do siebie niejakiego pana Wilkinsa, z którym podobno zaprzyjaźnił się jeszcze przed wojną w Warszawie. Potem spotykali się w Anglii. Wilkins jest czy był inspektorom Scotland Yardu. Leśniewski zabębnił palcami po blacie biurka. — Przyznam ci się, że to mnie wcale nie zachwyca. Mam nadzieję, że Grudecki nie sprowadza tu tego faceta w związku z zamachami na swoje życie. To byłoby dla nas niezbyt przyjemne. Downar wzruszył ramionami. — Daj spokój. Nie ma się czym przejmować. Myślę, że powinniśmy potraktować tę sprawę z humorem. Zresztą nawet sam Grudecki poinformował mnie o tym na wpół żartem. Zaprosił przyjaciela i to wszystko. Będzie miał towarzystwo. Zapomni o urojonych niebezpieczeństwach. Nie będzie miał czasu zastanawiać się na tym, kto czyha na jego życie. — W każdym razie chciałbym, żebyś się tą sprawą zainteresował — powiedział Leśniewski. — Nie możemy tego lekceważyć. Downar wrócił do siebie i zadzwonił do Olszewskiego. — Wpadnij do mnie na chwilę — poprosił. Porucznik pojawił się błyskawicznie. Był zaintrygowany. — No i co z tym maniakiem? — spytał. — Znowu twierdzi, że ktoś go chce zamordować?

Downar skinął głową. — Właśnie. Podobno ktoś chciał go naumyślnie przejechać wozem na Ochocie. — Ja bym sobie nim głowy nie zawracał — powiedział Olszewski. — Niech idzie do psychiatry. Downar siedział osowiały. Podzielał zdanie porucznika, ale nie mógł się do tego przyznać. — Mamy się zająć tą sprawą. Rozkaz szefa. Olszewski wzruszył nieznacznie ramionami. — Jak rozkaz, to rozkaz. Co mam robić? Downar zaczął grzebać we wszystkich szufladach biurka. Zajęcie to pochłonęło go bez reszty. Dłuższą chwilę szamotał się ze stosem najrozmaitszych notatek, nim wreszcie odetchnął z ulgą. — No, jest ten przeklęty zeszyt. Weź kawałek papieru i notuj. Otóż sprawa wygląda w ten sposób, że dwudziestego drugiego października bieżącego roku inżynier Grudecki grał w brydża w mieszkaniu niejakiego Henryka Miroszewskiego, mieszka- jącego na Kruczej. Dowiesz się dokładnego adresu. Brydżowymi partnerami byli dyrektor Stanisław Jaśkowski z żoną i pan Rafał Gottler, przedstawicieli handlu zagranicznego. Grudecki został na noc u Miroszewskiego i wyszedł od niego koło piątej rano. Twierdzi, że w Alejach Jerozolimskich spadła mu na głowę cegła. — On sam upadł na głowę — mruknął Olszewski. — Co mówisz? — Nic, nic. Notuję. — Dobrze. Chodzi o to, żebyś zebrał trochę informacji o ludziach, którzy wtedy grali w brydża. To jedna sprawa. Następnie chciałbym, żebyś się chociaż pobieżnie zorientował w środowisku, w którym obraca się Grudecki. Warto by też dowiedzieć się czegoś o jego kolegach biurowych i o jego sąsia- dach. Olszewski poskrobał się w głowę. — Będę miał pełne ręce roboty. Żeby to się chociaż na coś zdało... Przecież to maniak. Wystarczy na niego spojrzeć. No, ale jak rozkaz, to rozkaz. Od jutra zabieram się do tego.

— Nie od jutra, ale od dzisiaj, od zaraz. Rzuć wszystko inne. Olszewski spojrzał zdziwiony. — O, czyżby to rzeczywiście coś poważnego? — Nie wiem. Szef prosił, żebyśmy się tym zajęli bardzo energicznie. Na razie to chyba wszystko. Bądź ze mną w kontakcie i na bieżąco zawiadamiaj o szczegółach sprawy. — Oczywiście, pod warunkiem, że, w ogóle istnieje jakaś sprawa. 2 Przed samą siódmą Kasia weszła do sklepu z krawatami. Z trudem uporała się z otwarciem i zamknięciem drzwi. Trzy pełne siatki hamowały swobodę ruchów. Wszystko zakupy żywnościowe, a przecież musiała jeszcze; kupić Stachowi jakiś drobiazg. Okazało się, że to nie taka prosta sprawa. Który wybrać? Który będzie najlepiej pasował do tego nowego ubrania? Ogromna ilość krawatów oszołomiła ją. Rozglądała się bezradnie, nie mogąc się zdecydować. — Dobry wieczór, Kasiu. Rosły blondyn pokazywał białe, zdrowe zęby w szerokim uśmiechu. — Marian! Co tu robisz? — Zobaczyłem cię przez szybę i wszedłem. Kupujesz krawat? — Właśnie. Dzisiaj urodziny mojego męża. Chcę kupić, ale nie mogę się zdecydować, który wybrać. Nie przypuszczałam, że to taka skomplikowana historia. — Pomogę ci. Przede wszystkim daj mi chociaż ze dwie siatki, bo sobie ręce pourywasz, a teraz powiedz, do jakiego garnituru ma być ten krawat? — Stach kupił sobie ciemnoszare ubranie. — No to weź ten gładki wiśniowy. — Nie będzie za jaskrawy? — Nie. Ożywi. Doskonale będzie pasował. Możesz go wziąć na moją odpowiedzialność. Kasia zapłaciła, wsunęła krawat do torby i wyszli na ulicę. Marian wziął ją pod rękę. — Chodź. Napijemy się kawy „Pod

Kurantem” — powiedział wesoło. — Spieszę się do domu. — Zdążysz. Nie jest jeszcze tak późno. Tyle czasu się nie widzieliśmy. Chciałbym z tobą pogadać. Piętnaście minut. Kasia opierała się jeszcze chwilę, ale w końcu dała się namówić. — Ale tylko na piętnaście minut. — Dobra, dobra. Chodźmy. Sala kawiarniana tonęła w kłębach tytoniowego dymu. Odurzone nikotyną kelnerki krążyły między stolikami w zwolnionym tempie. Znaleźli stolik w pobliżu bufetu i Marian zamówił dwie duże kawy. — No, co u ciebie? — spytał, częstując Kasię papierosami. — Jak ci się żyje? — Bardzo dobrze. Nie narzekam. — Zadowolona jesteś, żeś wyszła za tego starszego pana? — Za jakiego znowu starszego pana? — żachnęła się Kasia. — Stach nie jest żadnym starszym panem. — Swoje lata już ma — uśmiechnął się Marian. — Trudno go nazwać młodzieńcem. — Młodzieńcom nie jest. Ma czterdzieści pięć lat, ale nie wygląda dużo starzej od ciebie. — Dziękuję ci. Jesteś bardzo miła. Kasia roześmiała się. — Nie gniewaj się. Wcale nie chcę przez to powiedzieć, że ty staro wyglądasz. Po prostu Stach wygląda bardzo młodo. Jest w doskonałej formie. Nikt nie daje mu więcej jak trzydzieści sześć, siedem lat. Nic dziwnego. Uprawia sporty, nie pali, nie pije, dba o higieniczny tryb życia. — Czy i w miłości też taki wstrzemięźliwy? Żachnęła się. — Przestań, bo sobie pójdę. Dotknął jej dłoni. — Nie gniewaj się. Przecież żartuję. Chciałbym, żebyś była szczęśliwa. — Jestem szczęśliwa. — Naprawdę?

— Naprawdę. Po cóż miałabym kłamać. Stach jest dla mnie bardzo dobry. — Kochasz go? — Bardzo. Nie wyobrażam sobie lepszego męża. Ale powiedz coś o sobie. Jak ci się powodzi? Ożeniłeś się? — Nie. — Dlaczego? Marian wzruszył ramionami. — Bo ja wiem? Tak jakoś. Może dlatego, że nie mam powołania do stanu małżeńskiego, a może dlatego, że nie mogę znaleźć drugiej takiej dziewczyny jak ty. — Nie żartuj. — Wcale nie żartuję. Wiesz chyba, że zawsze byłaś dla mnie ideałem i gdyby nie tamto nieporozumienie... Uśmiechnęła się. — Daj spokój. Po co do tego wracać? Było, minęło i w porządku. Powiedz lepiej, jak się urządziłeś, gdzie pracujesz? — Siedzę w zespole adwokackim. Nic ciekawego. — Jakie sprawy prowadzisz? — Przeważnie karne. — To interesujące. — Tak ci się tylko zdaje. Jeżeli myślisz, że mam do czynienia z niezwykłymi zagadkami kryminalnymi, to się grubo mylisz. Moi klienci to przeważnie prymitywni złodzieje, niezbyt pomysłowi oszuści. U nas nie spotyka się kryminalistów z polotem. Wszystko sztampa. — No to sprowadź jakichś kasiarzy zza granicy — powiedziała ze śmiertelną powagą Kasia. — Postaraj się o przestępców z importu. — Wiesz, to jest myśl — podchwycił Marian. — Pogadam na ten temat z prezesem Sądu Najwyższego. Kasia spojrzała na zegarek. — Czy masz ochotę zapłacić za moją kawę? — Oczywiście. Przecież cię zaprosiłem. — No to poproś kelnerkę. Muszę już iść. — Mąż czeka? — Obiecałam, że będę o siódmej w domu.

Przed kawiarnią wyciągnęła rękę na pożegnanie. — Do widzenia — powiedziała pospiesznie. — Zadzwoń kiedyś do mnie. — Odprowadzę cię. — Nie, nie. Wolę, żebyś mnie nie odprowadzał. Cześć. Nie nalegał. Odeszła szybkim, nerwowym krokiem. Mogło się zdawać, że ucieka. „To było zupełnie niepotrzebne — myślała — zupełnie! niepotrzebne”. Jasno zdawała sobie sprawę, że odnawianie tej znajomości nie miało najmniejszego sensu. Było, minęło. Zorganizowała sobie nowe życie, czuła się szczęśliwa, więc po co? Nie należało iść do kawiarni, ale jakoś trudno było odmówić Marianowi. Przecież... No tak... kiedyś kochała się w nim bez pamięci. To była jej pierwsza prawdziwa miłość. Winda była zepsuta. Objuczona Kasia mozolnie wdrapała się na trzecie piętro. Łokciem nacisnęła dzwonek. Cisza. Nikt się nie poruszył. Znowu zadzwoniła. Tym razem także bez rezultatu. Ogarnął ją nagły, niczym nie wytłumaczony niepokój. Postawiła siatki ze sprawunkami pod drzwiami i zaczęła gorączkowo szukać kluczy. Wreszcie znalazła. Ciemno i cicho. Śpi? — Stachu... Stachu! — powtórzyła głośniej. Pospiesznie odszukała kontakt. Pomarańczowe światło wypełniło przedpokój. Nikt się nie poruszył. Co się stało? Zastanawiała się, dlaczego go nie ma? Przecież się umówili. Miał na nią czekać. Powiesiła płaszcz i weszła do pokoju męża. Nagle drgnęła gwałtownie. Zobaczyła ciemny kształt leżący nieruchomo na tapczanie. Przeraziła się. Drżącą ręką zapaliła światło. Idiotka! Przecież to tylko koc i poduszka! Widocznie położył się na chwilę. Musiało mu coś gwałtownie przerwać drzemkę, skoro zostawił taki bałagan. Stach był pedantycznie porządny i zawsze przed wyjściem starannie sprzątał swój pokój. Pewnie ktoś zadzwonił. Z niechęcią spojrzała na telefon, stojący na niskim stoliczku. Obrzydliwy wynalazek. Straciła humor. Nie znosiła takich niespodzianek. Mieli zjeść razem kolację. Nakupiła tyle dobrych rzeczy. Przecież dzisiaj

Stacha urodziny. Tak się szykowała na ten wieczór, a tu masz... Żeby chociaż wiedziała, kiedy wróci. Może zatelefonuje? W kuchni na lodówce znalazła kartkę: „Przepraszam cię, Kasieńko. Musiałem wyjść. Nie czekaj z kolacją. Wrócę późno. Nie gniewaj się. Całuję mocno. Stanisław.” Wpadła w złość. „Świnia, Świnia” powtarzała, biegając po mieszkaniu. Miała ochotę powyrzucać przez okno wszystkie sprawunki i rozbić o ścianę butelkę jarzębiaku. Tyle się namęczyła, tyle nastała się w kolejkach i po co? Była głodna. Postawiła wodę na herbatę i przyrządziła sporą porcję tatara, który udało jej się dostać w supersamie. Widok jedzenia trochę ją uspokoił. Wypiła kieliszek jarzębiaku i powoli odzyskiwała równowagę ducha. Po kolacji usiadła przed telewizorem. Patrzyła na jakiś bardzo stary film. Wypaliła parę papierosów, a Stach nie wracał. „Musiało się zdarzyć coś zupełnie ekstra — myślała. Nigdy jej nie robi takich kawałów. A może ma jakąś dziewczynę? Może do niej poszedł? Jak byli w niedzielę u Taczyńskich, podrywała go taka ruda wydra. Podobała mu się. Parę razy prosił ją do tańca”. Wstała, zgasiła telewizor i zaczęła nerwowo chodzić po mieszkaniu. Myśl, że Stach ją zdradza, stawała się coraz bardziej natrętna. Ostatnio zrobił się jakiś dziwnie czuły, parę razy przyniósł jej czekoladki, ciastka, kwiaty. To było stanowczo podejrzane... Może mama coś będzie wiedziała? Może Stacha wyciągnął gdzieś ten idiota Wodziewicz? Podeszła do telefonu i nakręciła numer. W słuchawce zabrzmiał afektowany, trochę nosowy głos pani Celiny: — Halo?... — Dobry wieczór, mamusiu. Czy nie było u was Stacha? — Nie, dziecino. Nie było u nas Stasiulka. A co się stało? — Nic się nie stało, tylko... Miał być w domu. Umówiliśmy się. Gdzieś się powlókł. Jestem trochę niespokojna. — Pozwól, Kasieńko, mężowi pospacerować od czasu do czasu samotnie. — Właśnie o to chodzi, że nie wiem, czy on spaceruje samotnie.

— Podejrzewasz Stasiulka? Ależ, Kasieńko... Zastanów się. — Nie, właściwie nie podejrzewam go. Nie mam powodów, ale nie wiem, gdzie się podziewa. Myślałam, że może poszli gdzieś z Adamem... — Adaś śpi. Przyszedł bardzo zmęczony z jakiejś małej wódki i położył się spać. Jestem pewna, że nie był ze Stasiulkiem. Nie martw się, dziecino. Wróci Stasiulek, wróci... albo o własnych siłach, albo go przyniesie taksówkarz. — Przecież wiesz, mamo, że Stach w ogóle nie pije. To nie twój Adam. — O bardzo cię proszę — powiedziała urażona pani Celina. — Żadnych takich aluzji pod adresem mego męża. Wiesz, że tego nie lubię. A tacy, co to nigdy nie piją, to najgorsi. Dobranoc, Kasieńko. Połóż się spać. Zaledwie Kasia odłożyła słuchawkę, gdy u drzwi wejściowych rozległ się dzwonek. Nareszcie! W paru skokach znalazła się w przedpokoju i niecierpliwie szarpnęła zasuwę. To nie był Stach, tylko wuj Rafał. — Dobry wieczór, Kasieńko. — Dobry wieczór, wujaszku. Przyjrzał jej się uważnie. — Coś ty taka zmieszana? — Nie, nie, nic. Proszę, niech wujaszek wejdzie. Stacha nie ma. Gottler wszedł do pokoju, usiadł w fotelu i wyjął z kieszeni papierosy. — Pozwolisz, że zapalę? — Ależ oczywiście. Zaraz przyniosę popielniczkę. Może byś, wujaszku, coś zjadł? Zrobię herbaty. — Nie, nie, dziękuję ci bardzo. Wpadłem tylko na chwilę. Byłem tu w waszym sąsiedztwie na brydżu. Wcześnie skończyliśmy grę, bo moi partnerzy nie mieli czasu. Przechodziłem, zobaczyłem światło w waszych oknach i... — Miałeś świetny pomysł, wujaszku. Bardzo się cieszę. Stach będzie żałował, ale może niedługo przyjdzie... — A gdzież to się podziewa pan małżonek? — Właściwie nie bardzo wiem... Nie widzieliśmy się. Jestem nawet trochę zdziwiona, że go nie ma. Obiecał, że będzie na

kolacji, bo to dzisiaj jego urodziny, więc... — Co ty powiesz! — zawołał wujaszek Rafał.— Dzisiaj urodziny Staszka? Nie wiedziałem. No to dobrze trafiłem, bo właśnie przyszedłem do was z małymi prezencikami — sięgnął do kieszeni. — Dla ciebie przywiozłem z Paryża perfumy, a dla Staszka dwa krawaciki, podobno ostatni krzyk mody. — Jesteś bardzo kochany, wujaszku — powiedziała Kasia, rozpromieniając się na widok francuskich perfum. — Bardzo dziękuję. Jakie śliczne krawaty. Stach będzie na pewno zachwycony. Mam pomysł. Naszykuję prędziutko kilka kanapek i wypijemy po jarzębiaku. Zgoda? — Zgoda, ale pod jednym warunkiem. — Pod jakim warunkiem? — Że wypijesz wreszcie ze mną bruderszaft. Dosyć mam już tego „wujaszkowania”. Ciągle tylko wujaszku i wujaszku. To mnie przecież okropnie postarza, a ja jeszcze... — Wujaszek wygląda jak młodzieniec. Uśmiechnął się z zadowoleniem. — Jak młodzieniec może nie. To lekka przesada, ale jeszcze czuję się w formie i wolałbym, żeby mi taka śliczna dziewczyna jak ty mówiła po imieniu. A zresztą co ja jestem dla ciebie za wujaszek? Przyrodni brat drugiego męża twojej matki. Też mi powinowactwo. No więc jak? Zgadzasz się? Wypijemy brudzia? — Jeżeli wujaszkowi tak bardzo na tym zależy... — Bardzo. Przynieś ten jarzębiak. Kasia poszła do kuchni i wróciła niosąc butelkę i kieliszki. — A może jednak lepiej zaczekamy na Stacha? Machnął ręką. — Żadnego czekania. Licho wie, kiedy ten twój Stach się pojawi, a ja także nie mam za dużo czasu. No, nalewaj. Wypili i wujaszek Rafał wycałował swą przy łataną siostrzenicę z ogromnym zapałem. Cofnęła się zaróżowiona. — Zaraz przyniosę coś do jedzenia, bo widzę, że wujaszek... że jesteś głodny. Przygładził dłonią szpakowatą czuprynę.

— Wyglądasz tak apetycznie, że chętnie bym cię schrupał na zakąskę. — Mam nadzieję, że ten bruderszaft nie popsuje naszych rodzinnych stosunków — powiedziała, patrząc mu uważnie w oczy. Roześmiał się. — Boisz się, dziecino, że cię zacznę uwodzić? Bądź spokojna. Jestem rozsądnym, starszym panem. Zresztą całe życie postępowałem z kobietami tak, jak one sobie tego życzyły. Nie mam zwyczaju ani nikogo do niczego namawiać, ani tym bardziej wywierać jakiejkolwiek presji. Poza tym w moim wie- ku... A propos. Ileż to lat kończy dzisiaj szanowny małżonek? — Czterdzieści pięć. — A ty przecież nie masz jeszcze trzydziestu? — Kobiet podobno nie należy pytać o lata — uśmiechnęła się Kasia — ale mogę się przyznać. W zeszłym miesiącu skończyłam dwadzieścia siedem. — Spora różnica wieku między wami. — Ja tego nie odczuwam. A co będzie za trzydzieści lat, absolutnie mnie nie obchodzi. Najważniejsze, że mi bardzo dobrze ze Stachem. Nie wyobrażam sobie lepszego męża. — Szkoda, że ten najlepszy z mężów gdzieś się zawieruszył — westchnął z udaną powagą Gottler. — Chętnie bym go uścisnął i pogratulował takiej uroczej i kochającej żony. No, ale na mnie czas. Wypiję strzemiennego i odjeżdżam za góry, za lasy. A nie zapomnij, że już nie jestem żadnym wujaszkiem, tylko Rafałem, po prostu Rafałem. Żegnaj, Kasieńko. Myślę, że się niedługo zobaczymy u twojej kochanej mamuńci. Ona uwielbia przyjmować gości i odgrywać rolę damy z wyższych sfer. Trochę jej w tym przeszkadza Adaś. Bo jak sobie podpije i zaczyna rozrabiać, to te wyższe sfery nieco się obniżają. Do zobaczenia. Pozdrów ode mnie Staszka. Powiedz mu, że chciałbym go zobaczyć w najbliższym czasie. Lubię tego twojego mężulka. Miły chłop. Kasia została sama. Zjadła kawałek chleba i wypiła szklankę herbaty. Potem wyjęła z tapczanów pościel i przygotowała wszystko na noc. Zrobiła sobie kąpiel. Siedząc w wannie,

usiłowała zapanować nad nerwami. Niepokój jednak rósł. „A może stało się coś złego? Może go napadli jacyś chuligani? Dla- czego nie wraca?” Wrócił dopiero około pierwszej. Posłyszała, jak przekręca klucz w zamku. Wybiegła do przedpokoju. — Stachu! Nareszcie! Tak się niepokoiłam. Co się stało? Pocałował ją ostrożnie. — Nic, nic, Kasiu. Nie gniewaj się. Tak mi przykro. Poczuła silny zapach alkoholu, ale nie był pijany. Wyglądał tylko na bardzo przygnębionego. — Czekałam na ciebie. Mieliśmy razem zjeść kolację. Dzisiaj twoje urodziny. Kupiłam ci krawat. Uśmiechnął się blado. — Dziękuję ci, kochanie. Jesteś bardzo miła. Idź spać. Już późno. — Wuj Rafał także ci przyniósł dwa krawaty — powiedziała. — Z Paryża przywiózł dla ciebie. Chcesz zobaczyć? — Nie, nie. Jutro. Rano. Idź spać. Dobranoc. Kasia spała długo. Obudziła się około dziesiątej. Kiedy wyszła ze swojego pokoju, zobaczyła, że Stach dopiero goli się w łazience. — Nie poszedłeś do pracy? — spytała zdziwiona. — Nie — odpowiedział, nie przestając się golić. — Wzdąłem parę dni urlopu. — Głos miał zmieniony, trochę schrypnięty. Poszła do kuchni przyszykować śniadanie. Znowu ogarnął ją niepokój. Czuła, że coś się stało, ale nie mogła się domyślić, co. Ponury nastrój Stacha wykluczał raczej wizytę u kobiety. Pił z kimś na smutno. A może sam pił? Coś go dręczy, ale co? Może wreszcie powie, o co chodzi. Wróciła do kuchni i rozstawiła składany stoliczek, przy którym zazwyczaj jadali. — Nalać ci herbaty? — spytała. — Proszę. W czasie śniadania Kasia pilnie obserwowała męża, czekając na jakieś wyjaśnienia. On jednak milczał, unikając jej wzroku. Odezwał się dopiero wtedy, kiedy skończyli jeść. — Chciałem cię bardzo przeprosić, kochanie, za wczorajszy