wotson

  • Dokumenty43 353
  • Odsłony2 124 262
  • Obserwuję1 423
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 617 661

Alan Glynn - Winterland (literowki)

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :1.0 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
A

Alan Glynn - Winterland (literowki).pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion A Alan Glynn
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 11 osób, 12 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 149 stron)

Mocny irlandzki thriller w stylu noir Winterland

Winterland

Polecamy również Alan Glynn DAWKA GENIUSZU

ALAN GLYNN Winterland Przekład PAWEŁ MARTIN JUSTYNA ZAWIEJSKA AMBER

Redakcja stylistyczna Marta Bogacka Korekta Jolanta Kucharska Halina Lisińska Projekt graficzny okładki Małgorzata Foniok Zdjęcia na okładce © Zbigniew Foniok Skład Wydawnictwo Amber Jacek Grzechulski Druk Opolgraf SA, Opole Tytuł oryginału Winterland Copyright © Alan Glynn, 2009. All rights reserved. For the Polish edition Copyright © 2009 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o. ISBN 978-83-241-3502-8 Warszawa 2009. Wydanie I Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o. 00-060 Warszawa, ul. Królewska 27 tel. 620 40 13,620 81 62 www.wydawnictwoamber.pl

Eithne, Rory'emu i Cianowi

Prolog Jak do tego doszło? Gina nie ma pojęcia - przygląda się jednak trzem mężczyznom stojącym po drugiej stronie magazynu i już wie, że więcej tego nie zniesie. Musi wyjść. To dla niej zbyt wiele. - Ja... będę na zewnątrz - odzywa się, choć prawie jej nie słychać. Odwraca się i rusza w stronę metalowych drzwi. Drżącą dłonią naciska klamkę. Wychodzi na zimne, nocne powietrze. Staje plecami do zamkniętych drzwi, bierze głęboki oddech i zamyka oczy. Po chwili znów je otwiera. Wokół niej pustka. Po jednej stronie oświetlony reflektorami plac parku przemysłowego kończy się pokrytym graffiti murem na tyłach blokowiska. Po drugiej stoją inne magazyny, a w oddali majaczy droga - teraz całkiem opustoszała. Pięć minut na zachód stąd znajduje się duże rondo, które nawet o tak późnej porze będzie zakorkowane. Nie może uwierzyć, że tęskni za ulicznymi korkami. Spogląda w górę. Niebo jest czyste, księżyc świeci jasnym, prawie pulsującym światłem. Gina stoi w przejściu, kuląc się z zimna. Odwraca się plecami do wiatru i próbuje zapalić jednego z papierosów Fitza. Osłania go dłonią i pstryka zapalniczką Zippo, póki nie pojawia się płomień. W końcu zaciąga się głęboko i odchodzi od drzwi. Intensywny blask księżyca i pomarańczowe światło reflektorów sprawiają, że okolica wydaje się nierealna; tworzą upiorną i bezduszną atmosferę wirtualnego świata. Szkoda, że to wszystko nie jest właśnie symulacją, grą. Czymś, co mogłaby przeprogramować. Wie jednak, że nie istnieje - i istnieć nie może - cyfrowy odpowiednik choćby zbliżony do niepokoju, poczucia winy i strachu. Wszystko to prawda i dzieje się w tej chwili. Ale jeśli Terry Stack dowie się, gdzie jest Mark Griffin? Czy to będzie znaczyło, że było warto? Że dobrze zrobiła, dzwoniąc do niego? Czy też sytuacja stała się zbyt niezdrowa na tak czystą wymianę? Kiedy po raz kolejny zaciąga się papierosem, jej uszu dobiega dziwny dźwięk. Jest krótki, ostry i przenikliwy. Spogląda w górę i przez kilka sekund nasłuchuje w bezruchu. Nie jest pewna, czy nie był to tylko zniekształcony dźwięk przyniesiony z oddali przez wiatr. Zamyka oczy. Nie jest też jednak pewna, czy nie był to dobiegający zza jej pleców krzyk.

Część I

1 Siedzi w ogródku piwnym. Tak to teraz nazywają. Zanim wprowadzono zakaz palenia, było to tylko obskurne wybetonowane podwórko z tyłu pubu. Wypełniały je stosy skrzynek, beczek i pustych kartonów. Wystarczyło jednak trochę mebli ogrodowych na drewnianej platformie - ławy, stoliki, parasole na wypadek deszczu - i stworzono miejsce dla nałogowców, którzy mogą tu gromadnie podpalać swoje playersy czy sweet aftony, narzekając na ekscesy nadopiekuńczego państwa. Pewne zamieszanie, żeby nie powiedzieć „napięcie”, wywoływała etykieta. Jeśli ostatnie wolne miejsce zajmie niepalący -a może się tak zdarzyć latem lub któregoś zaskakująco zimowego wieczoru - czy powinien ustąpić je palaczowi? W tym lokalu odpowiedź brzmi: „tak”. Logiczne. Skoro nie palisz, to po pierwsze co tu w ogóle robisz? A po drugie, co z ciebie za pieprzony mięczak? Jednak dziś wieczorem ta kwestia w ogóle nie ma znaczenia. Jest zimny i deszczowy poniedziałek - w sam raz na tę porę roku - i na zewnątrz wyszło tylko pięć osób, sami zatwardziali palacze. Z papierosami i zapalniczkami, kuflami piwa, drinkami i co tam kto miał rozsiedli się pod parasolami. - Do dupy taki wieczór - mówi tłusty dwudziestosześciolatek o ziemistej cerze. Śmieje się głośno. Potem wpatruje się w dwoje młodych ludzi, którzy siedzą po drugiej stronie ogródka. Po chwili kieruje wzrok na dwóch siedzących obok stałych bywalców. Jeden z nich, Christy Mullins, kiwa potakująco głową. Uznaje, że lepsze to niż nie zrobić nic. Uznaje również, że ten tłusty facet o ziemistej cerze, w dżinsowej kurtce i białej koszulce nie jest kimś, kogo można tak po prostu ignorować. Raczej i bez tego życie jest wystarczająco krótkie. Nie przestając się szczerzyć, tłuścioch o ziemistej cerze odpowiada skinieniem głowy. Potem zaciąga się długo i głęboko. Jednocześnie jego spojrzenie wędruje w górę. Gapi się na migoczące w świetle latarni drobne krople wolno padającego deszczu. Często tu przesiaduje, jednak nie każdy wie, kim jest. Na przykład Christy nie ma o tym pojęcia, choć z pewnością widział go tu już nieraz. Po chwili zastanowienia przypomina sobie nawet pewne wydarzenie sprzed kilku miesięcy. Nie potrafiłby jednak powiedzieć, jak tamten się nazywa ani kim jest. I tak właśnie powinno zostać zdaniem mężczyzny w dżinsowej kurtce. Nie obchodzi go lokalna sława i podobne bzdury. Nie będzie rozmawiał z dziennikarzami z „Sunday World” ani występował w „Liveline”. Uważa, że to by mu zaszkodziło. - Pieprzona irlandzka pogoda - mówi jakby do siebie. - Pieprzony minister zdrowia. Christy'emu udaje się go zignorować. Dopada go krótki atak kaszlu. Potem jedną ręką unosi kufel, drugą strzepuje popiół do popielniczki. Incydent, o którym sobie przypomniał, wydarzył się pewnego późnego letniego wieczoru w tym ogródku piwnym. Panował tłok. Tłuścioch z ziemistą twarzą siedział z grupką innych dwudziestopięcio- czy dwudziestosześciolatków. Wszyscy pili piwo, palili, trącali się łokciami i zaśmiewali. Naraz na ulicy rozległ się alarm samochodu. Przeraźliwe zawodzenie wierciło dziurę w mózgu. Przy stolikach dało się słyszeć zbiorowe westchnienie irytacji, a gdy wycie nie ustawało, ktoś przy drzwiach do głównej sali jęknął „Jezu Chryste”. Upierdliwy samochód był najwyraźniej zaparkowany bardzo blisko, może nawet przed samym pubem. Wkrótce coś jeszcze stało się jasne. Kiedy gwar ustąpił cichej frustracji i kręceniu głowami, jeden z kumpli grubasa o ziemistej cerze odstawił piwo i spytał tak, żeby wszyscy słyszeli: „Czy to nie twój?” Czy raczej... „Czy to nie twój, Noel?” No właśnie. Powiedział do niego „Noel”. Christy wreszcie to sobie przypomina. „Czy to nie twój, Noel?” Na co tłusty Noel o ziemistej twarzy wzruszył ramionami. „No i?” „Ja tylko...” „Wsadź sobie w tyłek to swoje tylko”. „Ale...” „Zamknij się, dobra?” Po czym Noel sięgnął po szklankę. Upił łyk, patrząc przed siebie i nie odzywając się ani słowem. W ogródku zapanowała niemal całkowita cisza - lodowata i przepełniona niedowierzaniem. Słychać było tylko jeden dźwięk - uporczywe szaleńcze zawodzenie samochodowego alarmu. Christy przewrócił oczami. Widać ludzie bali się tego szczeniaka i mdliło go na tę myśl. Kim może być, czy jednym z tych gangsterów, o których się czyta? Noel upił kolejny łyk piwa i zaciągnął się papierosem. Mijały minuty albo tak się zdawało. Wreszcie odezwała się starsza pani przy sąsiednim stoliku. „Kochanieńki”, zaszczebiotała, „no dajże spokój. Głowa mnie już boli od tego hałasu”. Dopiero wtedy Noel zdusił papierosa i wstał. Christy wtedy przekonał się, jaki jest potężny - nie tylko gruby, ale również wysoki i szeroki w barach. Kiedy Noel zbliżał się do drzwi, pojawił się w nich barman. Uniósł znacząco brwi, gotowy do starcia. „No już dobra, dobra”, rzucił Noel, mijając go wolnym krokiem, „wyluzuj się, do cholery”. Niecałą minutę później alarm umilkł. Noel nie wrócił już do stolika. Do ogródka stopniowo powrócił zwyczajny gwar. Teraz jest rzecz jasna o wiele ciszej. Późniejsza pora dnia, późniejsza pora roku. Jest ciemniej i zimniej. Młodzi ludzie tulą się do siebie i szepczą. Dwóch staruszków wpadło w nastrój kontemplacyjny. Od kiedy przyszli, zamienili ze sobą ledwie kilka słów. Noel jest w tym towarzystwie najbardziej elokwentny. Samotne siedzenie w milczeniu musi być dla niego nienaturalne. Woli raczej przeszkadzać nieznajomym, usiłując wciągnąć ich w rozmowę na pierwszy lepszy temat. - Oglądałem wczoraj wieczorem pieprzony Discovery Channel - oznajmia wszem wobec, przypalając papierosa. - Mówili, że na całym świecie jest ponad dwieście gatunków cholernych rekinów.

Młodzi, zaskoczeni, jednocześnie unoszą wzrok. Christy też zerka w kierunku Noela. - Rekiny tygrysie, rekiny młoty, żarłacze, nawet rekiny z pieprzonego Galapagos. Z papierosem w jednej ręce Christy kładzie drugą dłoń na klatce piersiowej i zanosi się kaszlem. Co prawda jest na emeryturze, ale pięćdziesiąt lat przepracował jako fryzjer. Przez te wszystkie lata widział w swoim salonie wiele, jak to się mówi, barwnych postaci. Na pierwszy rzut oka poznaje, że ów Noel też do takich należy. Niezrównoważony, nieprzewidywalny, niebezpieczny. - Żarłacz biały to jedyny rekin, który wystawia głowę z wody, żeby się rozejrzeć. Niesamowite, prawda? I znów - choć słucha tego tylko jednym uchem - Christy kiwa potakująco głową. Chce tylko wypalić w spokoju papierosa. - Uwielbiam te nazwy - powiada Noel, strząsając popiół na ziemię. - Są niesamowite. Pieprzona ryba młot, co? Para młodych ludzi zwróciła się znów ku sobie. Dalej coś do siebie szepczą. - Powiedziałem, że są niesamowite, prawda? - Patrzy wprost na młodych. Oni jednak chyba tego nie zauważają. Christy odkłada papierosa do popielniczki. - Słonko! - wrzeszczy Noel. Młoda kobieta podnosi wzrok. - Te nazwy. Powiedziałem, że są cholernie niesamowite, co nie? Kobieta nie odpowiada. Trudno powiedzieć, czy jest zdenerwowana, czy wkurzona. - No i? - nalega Noel. - No i co? - mówi młoda kobieta, zdecydowanie wkurzona. Jej chłopak wciąż nie podnosi wzroku. On z kolei jest wyraźnie zdenerwowany. - Co za, „no i co”? Co mi tu chrzanisz, ty zimna suko. Christy przewraca oczami. Jej chłopak głośno wypuszcza powietrze z płuc i wali otwartą dłonią w stół. - Masz jakiś problem, cholerny dupku? - zaczepia go Noel. - Przestań - wtrąca się Christy. - Dość tego. Oczy wszystkich zwracają się teraz na Christy'ego. - A ciebie kto pytał? - rzuca Noel. - Łajza jesteś - oznajmia mu Christy. - Wiesz o tym? Noel unosi w górę dłoń z papierosem. - Widzisz go? - mówi. - Jak się nie zamkniesz, skiepuję ci go w oku. Na dłuższą chwilę zapada milczenie. Christy chce powiedzieć: „No dalej, spróbuj szczęścia”, kiedy jednak otwiera usta, nie wydobywa się z nich żaden dźwięk. W końcu ma już siedemdziesiąt trzy lata. Jest chudy, żylasty i - prawdę powiedziawszy - dość słabowity. Po kilkudziesięciu latach palenia papierosów bez filtra zdążył nabawić się chronicznego bronchitu. Co sobie w ogóle wyobraża? Mężczyzna siedzący obok Christy'ego trąca go łokciem. - Daj spokój, Christy - szepcze. - Odpuść. Jednak Christy, choć czuje, jak wali mu serce, podejmuje jeszcze jedną próbę. Tym razem uwieńczoną powodzeniem. - No dalej, tłuściochu - mówi. Sam nie wie, skąd mu się wziął ten „tłuścioch”. - Spróbuj szczęścia. - O! - wyrzuca z siebie Noel. Przesuwa się na ławie, by wstać zza stołu. - Coś ty powiedział?! Christy gapi się na Noela i z jakiegoś powodu na myśl przychodzą mu tylko nagłówki, jakie pojawiają się w gazetach po tym zdarzeniu. Przez głowę przelatują mu różne zbitki słów, jakby zablokowała mu się jakaś synapsa: Agresywny chuligan zaatakował emeryta, Brutalny atak chuligana na emeryta, Chuligan agresywnie zaatakował emeryta. Noel dociera do krawędzi ławy i zatrzymuje się na moment. Zaciąga się papierosem. Tymczasem młoda kobieta gasi swój niedopałek. Zabiera ze stołu zapalniczkę i paczkę silk cutów i upycha je w torebce. Młody mężczyzna siedzi zgarbiony obok i udaje swobodnego. - Zbieraj się - rzuca do niego kobieta - wychodzimy. Emeryt ofiarą brutalnego ataku chuligana. Noel spogląda na Christy'ego. Z kącika ust zwisa mu papieros. Składa ręce i zaplata palce, po czym prostuje ramiona i strzela jednocześnie wszystkimi kłykciami. Christy odpowiada mu spojrzeniem. Wciąż nie do końca wierzy, że wszystko to dzieje się naprawdę. Opuszcza wzrok na swoją na wpół osuszoną szklankę z piwem i leżącą obok niej paczkę sweet aftonów. Patrzy na dym unoszący się powoli z papierosa w popielniczce. Znajomy, bezpieczny widok. Prawie jak martwa natura. Christy nie może pojąć, jak to możliwe, że za chwilę sytuacja ulegnie radykalnej zmianie. I choć wszystko to jest tak nieoczekiwane, naraz staje się coś jeszcze bardziej nieoczekiwanego. Kiedy para młodych wstaje od stolika, a Noel zaraz po nich, do pubu wpada jakiś człowiek. Wbiega na środek ogródka. Wysoki i szczupły, ma na sobie ciemną kurtkę, dżinsy i - choć staje się to zauważalne dopiero po chwili - kominiarkę. Wszyscy cofają się jak przed falą uderzeniową. Nie wpadają jednak w panikę. Zamiast tego szybko kalkulują, rozważają możliwości, aż staje się jasne - przynajmniej dla czterech z pięciu obecnych - że mogą tylko wstrzymać oddech i obserwować rozwój wydarzeń. Młody mężczyzna z młodą kobietą zamierają w bezruchu. Siedzący obok Christy'ego mężczyzna też zamiera. Wreszcie sam Christy tłumi kaszel i również zastyga. Noel bez wątpienia nie zamierza poprzestać na patrzeniu, ale i on się nie rusza. Strzela tylko oczami w lewo i w prawo - w tych okolicznościach nie może zrobić wiele więcej. Wysoki mężczyzna, którego kurtka lśni od kropli deszczu, wydaje się wahać. Nagle jednak wykonuje nieznaczny obrót i staje twarzą w twarz z Noelem, jakiś metr, może półtora metra od niego. Noel przysiada na skraju ławy. Ze swojego miejsca Christy widzi, jak mężczyzna w kurtce unosi i prostuje prawe ramię. Pistolet trzymany dłonią w rękawiczce jest metalicznie szary, niemal czarny. Wygląda niczym przedłużenie rękawiczki. Ciało Noela przebiegają dreszcze. Czuje, jak strumień ciepłego, piwnego moczu spływa mu po nodze. Wiotczeją mu mięśnie. Słyszy dobiegający zewsząd wysoki, zawodzący głos i przez moment czuje nawet pogardę do tego, kto krzyczy, zanim zdaje sobie sprawę, że to on sam. Wreszcie rozlega się głośny huk. Po nim kolejny. I jeszcze jeden. Christy zanosi się kaszlem. W wilgotnym od deszczu powietrzu czuć teraz gryzący swąd dymu. Mężczyzna w kurtce podbiega do muru na tyłach ogródka i skacze. Zawisa na moment, podciąga się i przerzuca nogę na

drugą stronę. Sekunda i już go nie ma. W kilka sekund później Christy słyszy silnik motocykla. Rozgląda się dokoła. Młoda kobieta, ledwo stojąc, trzyma się kurczowo rękawa swojego chłopaka. Ten znów siedzi. Z pubu zaczynają wysypywać się ludzie. Christy nie wstaje. Zerka na Noela, który nadal siedzi za stołem - teraz jednak pochyla się do przodu, z głową pod nienaturalnym kątem. Wygląda jakby za dużo wypił i urwał mu się film. Ze swojego miejsca, nim inni przysłaniają mu widok, Christy dostrzega otwór po kuli w czole Noela. Wypływa z niego cienka strużka krwi. Christy opuszcza wzrok na kufel piwa i papierosa w popielniczce. Wciąż unosi się z niego dym. Staruszek podnosi papierosa i się zaciąga. Odkąd zaczął palić, żaden papieros nie smakował mu jeszcze tak bardzo. „Przyśpieszone tętno emeryta wraca do normy”. Rozgląda się wokół. Wiele osób stoi i moknie w deszczu. Zszokowani czekają, aż wydarzy się coś jeszcze. Większość z nich rozmawia między sobą albo przez telefon komórkowy. Niektórzy mają parasole, inni kulą się w kurtkach. Mężczyzna obok Christy'ego znów trąca go łokciem. - Słodki Jezu - mówi, unosząc kufel - same dziś atrakcje, nie? 2 Ktoś dzwoni do Dolphin's Barn, do „partnera od interesów” Noela. Ów partner od interesów dzwoni z kolei do kogoś ze Stonybatter, a ten do swojego kuzyna z Crumlin, który kontaktuje się ze swoim znajomym z Dolanstown. W ciągu kilku minut cały Dublin już wie, co się stało. No, może nie cały - na to trzeba poczekać do kolejnych wiadomości w radiu o dziesiątej albo jedenastej - ale wiedzą wszyscy, którzy się liczą. Matka Noela, Catherine, dowiaduje się od swojego brata, który również ma na imię Noel i siedzi w hotelowym barze w centrum miasta ze swoim partnerem od interesów, Paddym Nortonem, prezesem Winterland Properties. Kłócą się zawzięcie, kiedy dzwoni Jackie. Noel, czuje się niezręcznie, unosi rękę, przeprasza i wychodzi na dwór. Następnie wybiera numer Catherine, przekazuje jej wieści i mówi, że będzie u niej za dwadzieścia minut. Siostra histeryzuje, ale co może zrobić? Jemu samemu ledwo mieści się to w głowie. Dociera do wielopoziomowego parkingu na końcu ulicy i windą wjeżdża na samą górę. Nie dowierza, bo choć jego siostrzeniec był jak wrzód na dupie - nieprzewidywalny, drażliwy, może nawet trochę stuknięty, całkiem jak jego ojciec, gdy się nad tym zastanowić - nie był głupi i wszyscy zgodnie twierdzili, że w interesach zachowywał trzeźwość umysłu. Więc co się wydarzyło? Noel może się tylko domyślać. Większość gangsterskich porachunków sprowadza się, jak powiadają, do jednej z trzech kwestii: sporu o terytorium, wykańczania bossów lub starcia osobowości. W tym wypadku w grę może chyba wchodzić każda z tych trzech możliwości, choć znając swojego siostrzeńca, ostatnia wydaje się najbardziej prawdopodobna. Noel wsiada do swojej terenówki i zjeżdża do położonej pięć poziomów niżej bramy najszybciej, jak potrafi. Opony piszczą na każdym zakręcie. Jednak Dublin tętni już rytmem nocnego życia i kiedy Noel wjeżdża na Drury Street, widzi sznur nieruchomych samochodów i zawisa nad kierownicą. Tego mu jeszcze brakowało, podobnie jak ćmiącego bólu, który zaczyna ściskać mu skronie żelazną obręczą. Samochody przesuwają się, ale tylko o jakiś metr czy dwa. Potem znów stają. Noel pociera oczy i wraca myślami do wydarzeń w hotelowym barze. Bez tego też mógł się obejść. Nie podobało mu się, jak Paddy Norton dźgał go palcem w pierś. Nie chciał po raz kolejny wysłuchiwać argumentów, których słuchał bez przerwy od dwóch czy trzech dni. Telefon od Jackiego jeszcze bardziej skomplikował sytuację. Zadzwonił zupełnie nie w porę. Wyszedł w pośpiechu, jakby uciekał. Całkiem... Noel kręci głową. Chyba powinien spojrzeć na to z odpowiedniej perspektywy. Richmond Plaza, jak każde wielkie przedsięwzięcie, przysparza kłopotów. Jak do tej pory, ze wszystkimi zdołali się uporać. Nie inaczej będzie tym razem. Ale jego siostrzeniec nie żyje. Kiedy dociera do George's Street, korek staje się mniejszy. Noel znów wyciąga komórkę. Musi z kimś porozmawiać. Dzwoni do Jackiego i pyta, czy słyszał coś więcej. - Nie - brzmi odpowiedź. - Prawdę powiedziawszy, to dość dziwne. Dzwoniłem tu i tam, ale nikt nic nie wie. Jackie Merrigan, nadinspektor z posterunku przy Harcourt Street, jest dobrym przyjacielem Noela i - co ważne w branży budowlanej - cennym źródłem informacji z kwatery głównej policji. Od około roku przysługiwał się Noelowi, dostarczając mu również innego rodzaju wiadomości. - I co myślisz? - docieka Noel. - To robota profesjonalisty? - A i owszem, tak bym powiedział. - Jezu Chryste. - Wszystko o tym świadczy. Noel milknie ma chwilę. Kręci głową. - Wciąż jestem w szoku. No wiesz, właśnie siedziałem przy drinku z Paddym Nortonem i w jednej chwili poszedłem sobie, i zostawiłem go. Nawet się nie obejrzałem. - To zrozumiałe, Noel. - No tak. Słuchaj, dzięki za wszystko. Wiesz, jadę teraz do siostry. - Jasne - rozmówca urywa na chwilę. - Przekaż moje kondolencje, dobrze? - Pewnie. Oddzwonię później. I Noel się rozłącza. Zastyga z telefonem w dłoni, kiedy dociera do niego, że zostawił teczkę na barze w hotelu. Cholera. Co powinien zrobić? Zadzwonić do Nortona? Umówić się, że wpadnie potem do niego i ją odbierze? Chyba będzie

musiał. Rano ma telekonferencję z centralą w Paryżu. Cholera! Teraz jednak nie może o tym myśleć. Nie pora na to. Wkłada telefon z powrotem do kieszeni. Kilka minut później skręca z South Circular, przecina kanał, a kiedy już znajduje się na Clogher Road, ma przed sobą prostą drogę do Dolanstown. 3 Catherine siedzi sama w domu, porażona wiadomością. Kiedy zadzwonił telefon, sączyła wódkę z colą. Teraz napełnia szklankę czystą wódką i pociąga solidny łyk. Odstawia szklankę i bierze do ręki komórkę. Dzwoni do jednej ze swoich sióstr, Yvonne, która mieszka w pobliżu. Przekazuje jej wieści. Kiedy już mija pierwszy szok, Yvonne podchodzi do sprawy trzeźwo. Mówi, że w ciągu piętnastu minut zatelefonuje do Michelle i Giny i przyjdzie. Catherine dzwoni też do pani Collins, sąsiadki. Ta proponuje, że potowarzyszy jej do przyjścia Yvonne. W tle wciąż gra telewizor. Catherine oglądała powtórkę Przyjaciół i chociaż nie patrzy już na ekran, nie jest w stanie wyłączyć odbiornika. Przynajmniej do czasu, aż ktoś się nie zjawi. Zawsze to jakieś towarzystwo. Poza tym, kiedy trzyma w dłoni pilot, czuje, że działa, że ma nad czymś kontrolę. Przez cały ten czas - dzwoniąc, stojąc bezczynnie, oglądając Przyjaciół - nieustannie płacze. Czasem łka bezgłośnie, a łzy spływają jej po policzkach; czasem głośno zanosi się szlochem, tracąc nad sobą panowanie. W pewnym momencie dostrzega swoje odbicie w lustrze i przeraża ją widok własnej twarzy. Czy naprawdę tak staro wygląda? Czy naprawdę jest taka stara? Wszystko to wydaje jej się nierzeczywiste, jakby przytrafiło się komuś innemu. Świadoma sprawek Noela, setki razy, w sto różnych nocy, wyobrażała sobie tę scenę, jednak rzeczywistość okazała się... no cóż, po prostu inna. Kiedy zjawia się pani Collins, Catherine natychmiast zaczyna żałować, że do niej zadzwoniła. To miła kobieta, aż za miła, która zadusi cię swoją dobrocią. Nie minęło pięć sekund, odkąd przekroczyła próg, a już wzięła się do dzieła. Po chwili zjawia się Yvonne i przejmuje sprawy w swoje ręce - Bogu dzięki, choć w pierwszej kolejności zabiera Catherine szklankę z wódką. Kieliszeczek czy dwa na nerwy - w porządku, oznajmia, ale lepiej nie przesadzać. Wkrótce pojawią się gliny, powiada, pewnie będziesz musiała pojechać z nimi, żeby zidentyfikować ciało, potem będzie jeszcze czas na picie. Później wstawia czajnik - tak, cholerny czajnik. Catherine nie cierpi czajnika. - O tak - odzywa się pani Collins, zerkając niepewnie w kierunku kuchni, w ślad za Yvonne - nie ma jak herbatka. „Herbatka” naprawdę działa Catherine na nerwy. Żeby o tym nie myśleć, spogląda na oprawione w ramki fotografie ustawione na półkach w rogu salonu. Wstaje i przechodzi przez pokój, by lepiej im się przyjrzeć. Nie do wiary. Kiedy urodził się Noel, miała osiemnaście lat. Patrzcie państwo, jak cholernie była piękna. Każdy koleś z okolicy chciał ją mieć. Nie dawali jej spokoju. Nic dziwnego, że wreszcie zaszła w ciążę, tyle że - jakże by inaczej! - z takim popaprańcem jak Jimmy Dempsey. Nie żeby miało to większe znaczenie. Kiedy już urodziła dziecko, nie dbała o to, a nawet ulżyło jej, kiedy Jimmy zwiał do Anglii. Noel był jej maleństwem. Nie żadnym tam Dempseyem, tylko Raffertym - i to Noelem Raffertym, tak jak jej brat. Zdjęcia ustawione są w porządku chronologicznym. Ogląda teraz każde z nich po kolei. Mój Boże, myśli, zagryzając wargę, mój szkrab. Oto on, jako niemowlę, jako chłopiec, jako nastolatek. To jego życie... teraz to całe jego życie Znów zaczyna chlipać, odwraca się więc od fotografii. Podchodzi Yvonne z filiżanką herbaty. „Może byś się tak łaskawie odpieprzyła”, ma ochotę powiedzieć Catherine, „nie chcę żadnej herbaty” - ale oczywiście nic nie mówi i przyjmuje filiżankę. Dzwonek do drzwi. Noel. Kiedy idzie przez przedpokój, Catherine wybiega mu naprzeciw. Przez jakąś minutę stoją, obejmując się mocno. Catherine zawsze uwielbiała swojego brata, choć w ostatnich latach nie widywali się tak często, jak kiedyś - ani tak często, jak by chciała. Noel pogrążony był po uszy w pracy. Wydawało się, że o ile nie śpi, spędza każdą godzinę na zebraniach, w zagranicznych delegacjach lub po prostu na budowie. Teraz jednak dociera do niej, że może chodzi o coś więcej. Coś, co cały czas to wiedziała, ale nigdy nie chciała tego przyznać. Kiedy poczynania jej syna zaczęły przyciągać coraz większą uwagę, gdy pojawiły się wzmianki w gazetach... czy stał się dla jej brata przeszkodą? Powodem do wstydu? Co to oznacza? Catherine nie wie, ale jest na tyle zdezorientowana, że dopuszcza do siebie tę myśl. Stoi w ramionach Noela, gładzi jedwabisty materiał jego garnituru, zatraca się w zapachu jego wody kolońskiej i zastanawia się, czy może w pewnym sensie jej brat odczuwa ulgę, że na dobre pozbył się kłopotu, jakim był jego siostrzeniec. Jednak ledwo ta myśl się pojawia, Catherine odrzuca ją. Dezorientacja ustępuje miejsca zawstydzeniu. Noel pierwszy uwalnia się z uścisku. Bierze twarz Catherine w swoje dłonie i patrzy jej prosto w oczy. - Tak mi przykro, Catherine - odzywa się. Jej twarz znów ściąga ból. Jeszcze raz na chwilę przytula się do brata. Z kuchni wychodzi Yvonne. Witają się z Noelem krótkimi skinieniami głowy. Wreszcie wszyscy przechodzą do salonu i siadają na sofach. Wydaje się to dziwnie formalne. W pokoju panuje napięcie, choć nikt nie wie, czym jest spowodowane. Nagle pani Collins wstaje i przyczyna staje się oczywista. - Pójdę już sobie - szepcze. Kiwa głową Yvonne i Noelowi. Zerka na Catherine i przechyla głowę na bok. W końcu jednak wychodzi i zostają we troje. Rodzina.

Nie trwa to jednak zbyt długo. Znów dźwięczy dzwonek do drzwi. Catherine czuje, jak serce zamiera jej w piersi. Myśli jednak, że może to Michelle lub Gina. Yvonne idzie, żeby otworzyć, a Catherine z Noelem nie ruszają się z miejsc i w milczeniu popatrują na siebie z naprzeciwka, nasłuchując. Otwierają się drzwi. - Dobry wieczór pani. Głos jest głęboki, z akcentem. Jakiś pieprzony wieśniak. Noel podnosi się. - Policja - mówi cicho. I wychodzi. Catherine nasłuchuje szurania stóp w przedpokoju. Dwóch, może nawet trzech wchodzi do środka. Niewiele mówią. Catherine wyobraża sobie ich gestykulację, miny, kiwanie głowami. Wreszcie nadchodzi chwila, której najbardziej się boi. Podnosi wzrok. Do pokoju wkraczają dwaj umundurowani mężczyźni. Na mundury narzucone mają te żółte odblaskowe kamizelki, w których wyglądają jak Teletubisie. Na ich twarzach maluje się zakłopotanie. Za nimi podąża detektyw w cywilu - niższy i starszy, w granatowym garniturze. Nie pierwszy raz ją nachodzą, jednak dziś po raz pierwszy zostają wpuszczeni za drzwi. Catherine czuje cień oburzenia. Wie, jak odebrałby tę sytuację Noel. Nic jednak nie mówi. Brak jej sił. Za dużo myśli kłębi się teraz w jej głowie, zbyt wiele spraw przykuwa uwagę - wspomnienia o Noelu, obrazy, fragmenty rozmów. Z chęcią pociągnęłaby jeszcze łyk wódki. Gdzie ta Yvonne ją odstawiła? - Pani Rafferty? Pani? Nie chce się jej nawet go poprawiać. Podnosi wzrok. Stoją, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Nikt im nie mówi, żeby usiedli. - Co? - odpowiada. Detektyw postępuje krok naprzód. - Obawiam się, że mamy dla pani złą wiadomość, pani Rafferty. Catherine zdaje sobie sprawę, że mężczyzna wypełnia tylko swój obowiązek - że to jedynie formalność - nie może jednak przestać myśleć, co by powiedział Noel, gdyby tu był. Na przykład: „Słuchaj, ty durny wsioku, powiedz nam coś, czego nie wiemy”. 4 Na Wicklow Street Paddy Norton siedzi zgarbiony w swoim bmw zaparkowanym nieopodal Louisa Copelanda i wpatruje się w swoją komórkę. Dopiero co dotarł tu z hotelu i jeszcze nie doszedł do siebie po tym, jak Noel Rafferty nagle zjawił się w barze czterdzieści pięć minut temu. Co, na Boga, ma teraz zrobić? Waha się. Wreszcie kładzie komórkę na teczce, która leży obok niego, na drugim fotelu. Sięga do kieszeni i wyjmuje z niej małe srebrne pudełko. Otwiera je i wytrząsa na dłoń dwie tabletki naroletu. Unosi rękę, wrzuca pastylki do ust i połyka je, nie popijając. W połączeniu z krążącym w jego krwiobiegu alkoholem szybko powinny zadziałać... pozwolić mu się uspokoić. Na dworze jest dość chłodno, on jednak się poci. Wierzchem dłoni ociera górną wargę. Wierci się na siedzeniu, przemieszczając ciężar ciała. Wnętrze samochodu jest przestronne, ale i tak ledwo się w nim mieści. Norton znów zerka na telefon. Wystarczającym szokiem było niespodziewane pojawienie się Noela. A co dopiero, kiedy nagle pobladł i wybiegł bez słowa wyjaśnienia! Z kim rozmawiał przez komórkę? Czyżby ktoś go ostrzegł? Mało prawdopodobne. No cóż, teraz Norton nic już nie poradzi. Musi pogadać z Fitzem. Umówili się, że przez co najmniej tydzień nie będą się bezpośrednio kontaktować, ale przecież w tych okolicznościach umowa z pewnością go już nie obowiązuje. Znów bierze do ręki telefon, wybiera numer i naciska przycisk. Czeka, aż rozmówca odbierze i czuje pierwsze, niewyraźne oznaki działania naroletu. Oczeki-waaa-nie. Już wkrótce będzie musiał sobie przypominać, jak bardzo jest wściekły. - Tak? - słychać głos po drugiej stronie. - Co się stało? Chwila milczenia. A potem: - Jezu, myślałem, że... - Co się stało? Dłuższe milczenie. Pewnie przewraca teraz oczami. Wreszcie: - Wszystko poszło bez pudła. - Co takiego? Kurwa, właśnie wypiłem z nim po drinku. - Co ty wygadujesz? Dopiero co dostałem potwierdzenie. Norton nic nie mówi. Oddycha wolno i głośno, z wysiłkiem. Czeka na dalsze informacje. - Sprawę załatwiono jakąś godzinę temu. Niecałą godzinę. Zapada milczenie. Norton stara się opanować. Chciałby mówić bez ogródek, ale nie może. Rozmawiają przecież przez telefon. Muszą być dyskretni. - No cóż, nic z tego nie rozumiem - odzywa się wreszcie. Narolet otula go niczym ciężka kołdra ze śniegu. - Coś poszło nie tak. Sprawdź jeszcze raz. Chryste. Oddzwonię do ciebie. Odkłada telefon, ale kiedy chce zapalić silnik, komórka dzwoni. W samochodzie rozbrzmiewają Cztery pory roku

Vivaldiego. Norton chwyta za telefon. Ma nadzieję, że to Ray Sullivan. W Nowym Jorku jest pięć godzin wcześniej. O tej porze Ray wciąż jeszcze może być w biurze. Norton zerka na wyświetlacz. Ale to nie Ray Sullivan. To Noel. Paddy bierze głęboki oddech. - Co się z tobą stało? - Słuchaj, Paddy, przepraszam, że zniknąłem bez słowa, ale wydarzył się wypadek. Sprawa rodzinna. Straszna sprawa. - Rany boskie. - Norton przełyka głośno ślinę. - Co się wydarzyło? - Mojego siostrzeńca postrzelili w pubie. Nie żyje. Norton zamyka oczy. - O cholera - rzuca. Po czym głośno wypuszcza powietrze niczym przekłuty balon. - No właśnie - ciągnie Noel. - Jestem teraz u siostry. Oczywiście jest zdruzgotana. Są też gliny. Totalny chaos. - Słuchaj, bardzo mi przykro - szepcze Norton. - Ten twój siostrzeniec... czy to...? - Tak, to dzieciak Catherine, Noel. Nie powiem, żebym był zaskoczony. Wciąż pakował się w jakieś gówno. Ale mimo wszystko to szok. Norton znów wypuszcza powietrze. Wprost nie może w to uwierzyć. - Tak czy siak - ciągnie Noel - rzecz w tym, że zostawiłem teczkę na barze w... - Wiem - ucina Norton. - W porządku, mam ją. - No więc będę jej potrzebował. Jeszcze dziś. Jest tam parę rzeczy, które muszę przejrzeć... - Słuchaj... - ...na jutro rano. - No daj spokój, Noel. Odpuść sobie. - Nie. - I co ja mam, cholera, powiedzieć Rayowi Sullivanowi? - Nie mam pojęcia. Prawdę? - Na rany... - Słuchaj, Paddy, przykro mi, ale tak nie może być. Norton gapi się na drugą stronę Wicklow Street. Chodnikiem idą młode kobiety. Mimo zimna mają na sobie kuse spódniczki. Chociaż demonstrują całe akry ciała - uda, ramiona, plecy - nie ma w nich niczego pociągającego, niczego atrakcyjnego. Wyglądają jak stado dziwacznych zwierząt, przemierzających sawannę w poszukiwaniu pożywienia i kryjówki. Jedno z nich zostaje z tyłu. Zatacza się po pijacku na chodniku. Norton myśli o własnej córce. Wyobrażają sobie - tutaj, w takim stanie - i zalewa go fala emocji, czysta i nienaturalna. Narolet czasem działa w taki sposób. Sprawia, że Norton staje się nieco ckliwy, wystawia go na ciosy. Ale to nie szkodzi, w sumie to lubi, nawet tego oczekuje. - Paddy? Norton kręci głową. Spogląda na tablicę rozdzielczą. Stara się skupić. - No dobra, dobra - mówi wreszcie. - Nie będę się już z tobą kłócił, Noel. Rób, co chcesz. Spotkajmy się gdzieś i zabierzesz sobie swoją teczkę. - Mogę do ciebie wpaść. - Nie - Norton urywa. Przymyka jedno oko. - Wciąż jestem na mieście. Możemy się spotkać gdzieś po drodze. - Dobra. Umawiają się. Na parkingu za Morahan's. Za trzy kwadranse. - To do zobaczenia. - Na razie. Norton wciąż trzyma w dłoni telefon. Aparat waży chyba z tonę. Nie prosił się o to. Siedzi w nieruchomościach od ponad trzydziestu lat - tu i w Wielkiej Brytanii. Przez ten czas zbudował niezliczone hotele, bloki mieszkalne, kompleksy biurowe, a nawet jedno czy dwa centra handlowe. Zdobył całkiem niezłą reputację - a także wielu przyjaciół i mnóstwo pieniędzy. Jasne, że nie pozwoli, żeby taki nadęty dupek jak Noel Rafferty obrócił to wszystko w proch... Norton kręci głową. ...a już na pewno nie z powodu czegoś takiego. Odruchowo kładzie dłoń na klatce piersiowej i krzywi się z bólu. Zastyga bez ruchu. Upływają kolejne sekundy - pięć, dziesięć, piętnaście... Co się dzieje? Jest tylko podekscytowany czy to faktycznie palpitacje? Sygnał ostrzegawczy czy zapowiedź rozległego zawału? Kto to wie? Odczekuje jeszcze chwilę. Chyba mu przechodzi. Patrzy na zegarek, potem znów na komórkę. Ponownie wybiera numer Fitza. Czeka. Nie prosił się o to. Naprawdę. - Tak? - Musimy się spotkać. - Co? Kiedy? - Teraz. W ciągu dwudziestu minut.

5 Gina Rafferty po koncercie wychodzi z Isosceles. Po minimalistycznych zapętleniach polirytmii islandzkiego tria Barcode czuje się jak w innym świecie. To jej pierwszy wolny wieczór od wielu tygodni. Jak na ironię, złożone formy muzyczne przypominają jej o pracy - o jedynkach i zerach kodu programów, nad którymi niezmordowanie pracują w biurze. Mimo to nie czuje się rozczarowana. Dobrze zainwestowała wydane na bilet pieniądze. Jasne - w każdym przypadku to ten sam mechanizm - uporządkowany język z własną strukturą jednak różni je kontekst. To tak, jakby porównywać, powiedzmy, dokumenly prawne do poezji... składnię umowy do rytmu sonetu. Choć, prawdę powiedziawszy, to w istocie bez różnicy, czy chodzi o dokument prawny, wiersz, czy utwór muzyczny - Ginie podobają się porządek i struktura. Jest, jak widać, przypadkiem beznadziejnym. I prawdopodobnie lepsze to niż nastawienie tych dwóch facetów, z którymi przyszły razem z Sophie, jej przyjaciółką. Nie żeby przejmowała się ich niezadowoleniem. I owszem, były takie czasy, kiedy byłaby zażenowana; czułaby, że musi się wytłumaczyć, uzasadnić swoje poglądy, nawet wygłaszać nieprawdziwe opinie. To już jednak przeszłość. Kiedy powłócząc nogami, przemierzają foyer, odwraca się do jednego z ich towarzyszy, brodatego dryblasa. - Ja myślę, że byli nieźli - oznajmia. - Co takiego? - pyta, spoglądając na nią z góry. - Rany. Ja czułem się jak na torturach. Ten drugi wybucha śmiechem. Gina przewraca oczami. Jak na torturach? Czemu jej to nie dziwi? Wiedziała, że Barcode nie do końca jest w typie Sophie, ale nie spodziewała się, że dwóch kumpli z pracy jej przyjaciółki okaże się takimi tępakami. - Wiesz, co mi się przypomniało? - ciągnie brodacz. - Jak byłem dzieckiem i musiałem wysiedzieć na mszy. To było koszmarne. - No cóż - mówi Gina, by nie słuchać więcej tych bzdur - moim zdaniem to było wysublimowane - i sięga do kieszeni po komórkę. - Wysublimowane? - wtrąca drugi koleś. - Daj spokój, było nudne, a nie wysublimowane. Muzyka wciąż dźwięczy w jej głowie - subtelność tonów, matematyczna precyzja, klarowność i gracja. Jaki jest sens się kłócić, myśli Gina. „Koszmarne” i „nudne” skontruje „klarownością” i „gracją”? - A co - odzywa się wreszcie - wolelibyście jakiś boysband w białych garniturach z coverami przebojów Perry'ego Como? - Jakiego Perry'ego? Gina odwraca wzrok i spogląda na komórkę. Ma dwa SMS-y i nagranie na poczcie głosowej. Pierwsza wiadomość jest od Beth: „Do zo lunch 1?”, zaś druga - co charakterystyczne, bez skrótów i z idealną interpunkcją - od P.J.: „Przypominam, że jestem jutro w Londynie. W Intermetric o 10.30. Zadzwonię po spotkaniu”. Kiedy wychodzą na Dame Street, tłum przerzedza się i mogą trochę przyspieszyć kroku. Gina unosi do ucha telefon. Wiadomość na poczcie głosowej zostawiła jedna z jej sióstr. „Wiadomość otrzymana o 21.27”. Pauza. „Gina, tu Yvonne. Mój Boże. Słuchaj. Oddzwoń jak najszybciej, dobrze? Stało się coś strasznego”. Gina czuje, że serce zamiera jej w piersi. „Może lepiej ci powiem”, ciągnie siostra. „Postrzelili młodego Noela. W jakimś pubie”. Urywa, prawie jakby chciała dać jej czas na odpowiedź, choćby „O mój Boże”, co zresztą Gina mówi. „Słuchaj, lepiej ci już powiem”, podejmuje Yvonne. „Młody nie żyje. To jakiś... koszmar. Jadę właśnie do Catherine. Przepraszam, że w ten sposób ci o tym mówię, ale co mam zrobić? Zadzwoń”. I tyle. Kiedy Gina podnosi wzrok, zdaje sobie sprawę, że przystanęła i że Sophie razem z tamtymi dwoma wysforowała się jakieś dziesięć czy piętnaście kroków przed nią. Sophie odwraca się i dostrzega szok na twarzy Giny. - Co się stało? - Podbiega do niej. - Mój siostrzeniec - odpowiada Gina, kładąc dłoń na piersi. - Nie wierzę. Zastrzelili go. Oczy Sophie niemal wyskakują z orbit. - Co takiego? Sophie pochodzi z Mount Merrion. Tam do nikogo się nie strzela. - To... to okropne - wykrztusza Gina. - Muszę pojechać do siostry. Rozgląda się z zakłopotaniem, wciąż nie mogąc się otrząsnąć. - Tam dalej jest postój taksówek - podpowiada Sophie, biorąc ją pod ramię. - Chodź. Dwaj mężczyźni wciąż na nie czekają, jednak Sophie pozbywa się ich jedną krótką uwagą, której Gina nie słyszy. Idą przez chwilę w milczeniu. Przecinają jezdnię na światłach, koncentrując się na ruchu ulicznym. W końcu Sophie pyta Giny, o którą siostrę chodzi. - Catherine - odpowiada Gina. Sophie kiwa głową. Milczy przez chwilę, po czym indaguje dalej: - Ten twój siostrzeniec... mój Boże, ile on miał lat. Jeden z moich ma sześć lat, a drugi jest jeszcze niemowlakiem. - Eee... - Gina drapie się w zamyśleniu w głowę. - Był tylko kilka lat młodszy ode mnie. Miał dwadzieścia pięć, może dwadzieścia sześć lat. - Aha... - Siostra urodziła go, gdy była jeszcze bardzo młoda. To było... — urywa w zamyśleniu. Gina jest najmłodsza z rodzeństwa. Dla innych jej przyjście na świat było nieprzemyślanym wyborem, a nawet wpadką. Ma tylko trzydzieści dwa lata. Dziesięć lat mniej niż kolejne z rodzeństwa. Cała reszta jest po czterdziestce. Kiedy Gina była jeszcze dzieckiem, uznawała Catherine i Michelle za siostry, ale z Yvonne i Noelem sprawy miały się trochę inaczej. Nim skończyła rok czy dwa lata, siostra i brat opuścili już dom rodzinny, dlatego nie widywała ich zbyt często. Byli dla niej bardziej jak ciocia i wujek. Jasne, że bardzo ich kocha, ale nawet teraz czuje, jakby należeli do innego pokolenia.

- To strasznie przykre - oznajmia Sophie, kiedy dochodzą do postoju taksówek. - Byłaś z nim blisko? Gina ma odpowiedzieć, ale zmienia zdanie. Co mogłaby powiedzieć? Chłopak nie żyje. Kręci więc tylko głową. Otwiera drzwi taksówki i opiera się o nie. - No dobra. Czas na mnie. - Gina, może pojechać z tobą? Chociaż do drzwi domu? - Nie, dzięki. W porządku, Soph. Zadzwonię do ciebie jutro. Gina wsiada do taksówki i macha przyjaciółce na pożegnanie. - Dolanstown - rzuca do kierowcy. Potem podaje mu adres. Samochód odbija od krawężnika, zawraca i rusza w przeciwną stronę Dame Street. W dość desperackiej próbie uniknięcia rozmowy z kierowcą Gina wyjmuje komórkę i zaczyna pisać SMS-y. Szybko odwołuje lunch z Beth, potwierdza, że dostała wiadomość od P.J., po czym jej kciuk zawisa w powietrzu. Patrzy na wyświetlacz i zastanawia się, czy powinna zadzwonić do Yvonne, czy po prostu zapukać do drzwi Catherine. Wygląda przez okno. Ale co może powiedzieć jej Yvonne, ponad to co nagrała na poczcie głosowej? - Paskudna noc. No i proszę. Gina odwraca się, zerka w lusterko i napotyka spojrzenie taksówkarza. - Tak... - mówi, odwracając wzrok. Na więcej niech nie liczy. - Panienka pewnie po paru piwach? O Boże. - Hm. Tak już jest z taksówkarzami, zwłaszcza kiedy wraca późno do domu. Ale co ma odpowiedzieć? „Tak, koleś, jestem nieźle naprana, zero samokontroli, więc zatrzymaj się, gdzie ci wygodnie, i jazda”? - Duży dziś ruch na mieście. - Hm. Taksówkarz milknie na chwilę. Zmiana frontu. - W wiadomościach mówili, że Taoiseach znów strzelił gafę. No dobrze, może się myli. Może nie ma tu żadnego podtekstu erotycznego: ona, młoda, samotna kobieta, w kusej spódniczce, po paru drinkach, w jego taksówce. Może mu się po prostu nudzi i chce nawiązać rozmowę. Może i tak. Ale nie tej nocy. - Przepraszam - ucina - ale wolałabym nie rozmawiać. - Oj - on na to, jakby trochę naburmuszony. Gina wbija wzrok w tył głowy kierowcy. - Dzięki. - Ależ nie ma sprawy - odpowiada. Ale oczywiście na tym nie poprzestaje. - Nie ma problemu, panienko - musi dodać po chwili. - Absolutnie żadnego problemu. Nie mam tego za złe. Klient, nasz pan. Zawsze to mówię. A jeżdżę już dwadzieścia lat. Żeby wreszcie zamilknąć, taksówkarz włącza radio. Głośniki znajdują się z tyłu, za Giną, a muzyka jest dość głośna. Puszczają jakiś koszmarek z lat osiemdziesiątych, który jakby skądś zna - soft rock, delikatny, że aż mdli. Co takiego powiedział Taoiseach? Nagle wydaje się to jej interesujące. Jednak w następnej chwili powraca przejmująca świadomość tego, co przydarzyło się jej siostrzeńcowi i jej siostrze. Odkąd pamięta, wysłuchiwała opowieści o młodym Noelu, który wciąż pakował się w kłopoty i łamał matce serce. Catherine wychowywała go samotnie (przy finansowym wsparciu brata) i pomimo trudnych okoliczności dawała z siebie wszystko, ale dzieciak był bez wątpienia niesforny - nadpobudliwy, krnąbrny, do tego wyrośnięty ponad wiek do tego stopnia, że nim stał się nastolatkiem, nie sposób go było kontrolować. Interesowało go to, co jemu podobnych - przejażdżki skradzionymi wozami, kradzieże w sklepach, włamania oraz, rzecz jasna, narkotyki. W ciągu kilku kolejnych lat podczas spotkań z siostrami coraz bardziej znużona Catherine robiła, co mogła, by unikać drażliwego tematu. Gina zaś była tak zajęta - najpierw robieniem dyplomu z programowania, a potem zmaganiami z pierwszą pracą - że rzadko widywała swojego siostrzeńca i niewiele słyszała o jego sprawkach. Chociaż od pewnego czasu jego imię zaczęło pojawiać się w gazetach - ostatnio widziała je w artykule w „Sunday World” poświęconym ogromnym zyskom z handlu pirackimi DVD. Gina przygryza dolną wargę i podnosi wzrok. Rozgląda się. Katedra Świętego Patryka przemyka po lewej, nowy kompleks mieszkaniowy po prawej. Sama nie wie, co o tym myśleć. Tyle że strzelanina w dublińskim pubie może znaczyć tylko jedno, prawda? Jakby na potwierdzenie, w radiu nagle urywa się piosenka i... „Minęła godzina jedenasta. Najnowsze wiadomości z Dublina”, oznajmia spiker. Sądząc po głosie, ma jakieś piętnaście lat i właśnie wchłonął poczwórne espresso. „Dwudziestokilkuletni mężczyzna zastrzelony w ogródku piwnym pubu na południu miasta. Zdarzenie miało miejsce tuż przed dwudziestą pierwszą. Świadkowie twierdzą, że napastnik strzelił do ofiary trzy razy z bliska, po czym zbiegł na motocyklu. Incydent wygląda na wojnę gangów...” Gina przymyka oczy. „...uważa się, że zabity, którego tożsamości jeszcze nie ujawniono, był znany policji”. Biedna Catherine. Gina wierci się na siedzeniu. Stara się puścić mimo uszu kolejne wiadomości. Chciałaby poprosić kierowcę o wyłączenie - lub choćby ściszenie radia, czuje jednak, że wyczerpała jego pokłady dobrej woli. Wie też, że to niedorzeczne. Tymczasem jednak zjeżdżają już z KCR. Taksówkarz utrzymuje niezłe tempo. Po co go drażnić? Kiedy znajdzie się już u Catherine, będzie musiała zachować maksimum spokoju i opanowania. Po serwisie sportowym, pogodzie i reklamach powraca muzyka. Nadal lata osiemdziesiąte, ale tym razem znośniejsze dla ucha. Kilka minut później taksówka skręca w uliczkę, na której mieszka Catherine - zaułek bliźniaków z lat pięćdziesiątych, ledwie pół mili od miejsca, w którym urodzili się i dorastali Gina, jej siostry i Noel. Gina nie bywała tu od dłuższego czasu. Wkrótce przypomina sobie, dlaczego. Mimo że spędziła dzieciństwo w Dolanstown, zawsze uważała topografię i architekturę dzielnicy za bezduszne i przygnębiające, tak jak wielu dublińskich przedmieść. Nocą nie jest tak źle, myśli. Jest ciemno, atmosfera jest inna...

- Może się pan tu zatrzymać - mówi do kierowcy. - O tu, po lewej. Taksówka przystaje. Gina płaci i wysiada. Zrobiło się chłodniej. Nagle zdaje sobie sprawę, jak jest ubrana - w krótką dżinsową spódniczkę, bluzkę w kwiaty i żakiet w prążki - dobre na wyjście na miasto, ale niedorzeczne w tym miejscu i w tych okolicznościach. Ale teraz już nic nie poradzi. Zresztą Catherine i tak nie zwróci uwagi na ubranie Giny ani kogokolwiek innego. Co innego Yvonne czy Michelle. A ostatnie, czego chce, to widzieć, jak wymieniają znaczące spojrzenia. Patrzcie państwo! Ale czy to jej wina, że nie prowadzą już życia towarzyskiego? Czy to jej wina, że utknęły w przeszłości? Czy to wreszcie jej wina, że nigdy nie wyściubiły nosa z Dolanstown? Znów się wygłupia i nawet wie, dlaczego. Stara się wyprzeć z głowy inne myśli. Czeka ją przecież naprawdę ciężka przeprawa. Trudno sobie wyobrazić, w jakiej rozpaczy jest Catherine. Nikt nie będzie w stanie jej pomóc. Mogą ją tylko przytulić i zaofiarować kilka frazesów. Zbliżając się do domu, Gina bierze głęboki oddech. Od razu zauważa terenówkę zaparkowaną na podjeździe. Może należeć tylko do Noela. Gina przewraca oczami. Za każdym razem, gdy spotyka Noela - choć nie zdarza się to często - jej brat ma inny wóz. Mija terenówkę i zagląda w przyćmione okna. Widzi tylko własne odbicie. W oddali otwierają się drzwi i wychodzi Noel we własnej osobie. Ma na sobie ciężki płaszcz. Chyba gdzieś się śpieszy. Na widok Giny podchodzi do niej szybkim krokiem, bierze za rękę i całuje w policzek. - Jak się masz, kochanie? - W porządku. Jak tam Catherine? W odpowiedzi Noel krzywi się, kręci głową, wzrusza ramionami - za każdym razem, gdy chce coś powiedzieć, daje za wygraną. Gina tylko kiwa głową. - Policjanci właśnie wyszli - oznajmia w końcu. - Mówią, że będzie mogła zidentyfikować ciało dopiero rano. - Znaczy, że to będzie długa noc. - Na to się zanosi. Oboje kręcą głowami. - Co tak naprawdę się stało? - pyta wreszcie Gina. - Coś w ogóle wiadomo? - Nie za wiele. Zadzwoniłem w parę miejsc. Nikt nic nie wie - urywa. - Wiesz chyba, co kombinował przez ostatnich kilka lat? - No cóż, czytam gazety - odpala Gina. - Choć nikt o tym nie wspominał. - Ano nie. Catherine ciężko to znosiła, jasna sprawa - mówiąc to, rozgląda się, wzdryga z zimna, wreszcie odwraca z powrotem do Giny. - Ale mimo wszystko, z tego, co słyszałem, nikt się tego nie spodziewał. - Dziwne. - Owszem, dziwne. Po czym Noel taksuje wzrokiem siostrę. - Rany, chyba zamarzasz w takim stroju? Gina potakuje skinieniem głowy. - Byłam w mieście na koncercie - wyjaśnia. - Potem wybierałam się na imprezę. Co się czepiasz? - Tylko mówię. - Znów jej się przygląda. - Chcesz mój płaszcz? I zaczyna go zdejmować. Gina powstrzymuje go ruchem ręki. - Daj spokój - śmieje się. - Oszalałeś? Cały Noel. Z powrotem narzuca płaszcz. - Jesteś pewna? - Jasne. Nic mi nie będzie. Wyciągniętą dłonią gładzi jej policzek. - Jesteś moją małą siostrzyczką- mówi. - Szkoda, że cię częściej nie widuję. U ciebie wszystko w porządku? - Tak, pewnie. - A co tam słychać w branży komputerowej? - W porządku - ucina. Dziwnie tak rozmawiać o banalnych sprawach, jakby nic się nie stało. - Nieźle nas teraz cisną. - Tak? - No cóż, mamy kryzys, prawda? Gina i jej partner, P.J., prowadzą małą firmę programistyczną - Lucius. Kiedy zaczynali, mieli wsparcie inwestorów, ale było to jeszcze w czasach, gdy gospodarka wydawała się stabilna. Teraz, dwa lata później, nadal nie udało im się wprowadzić produktu na rynek. Podróż P.J. do Londynu jest próbą zdobycia klientów. - Da się z tego żyć - dodaje, jakby się broniła. - Choć mój bank nie wydaje się o tym przekonany. Na te słowa Noel mruży badawczo oczy. - Co jest? - dziwi się Gina. - Nie potrzebujesz pieniędzy? Kręci głową. Ale widzi, że to nie wystarczy. - Nie, nie potrzebuję. - Na pewno? - Noel - oponuje - żartowałam sobie tylko. Prawdę powiedziawszy, mówiła całkiem serio. Od założenia firmy pracują wciąż nad tym samym oprogramowaniem - zestawem zintegrowanych narzędzi do zarządzania danymi - jednak ostatnio szybkość, z jaką wydają fundusze, niebezpiecznie wrosła. Prawdę powiedziawszy, inwestorzy zaczęli się poważnie niepokoić. Jeśli się wycofają, pod koniec miesiąca nie będzie wypłaty. Nie będzie też pracy. Dla nikogo. - Słuchaj, radzę sobie - dodaje. - Naprawdę. Ale dzięki. Noel wzrusza ramionami. Gina bębni delikatnie kłykciami o karoserię terenówki. - A ty gdzie się wybierasz? - zagaduje dla odmiany. Noel wypuszcza z płuc powietrze. Nagle wydaje się zirytowany. - Ach, muszę odebrać coś na mieście. Jestem umówiony - wyjaśnia. Zerka na zegarek. - Ale wrócę. Za pół godziny, góra

czterdzieści pięć minut. - A cóż to za godziny pracy? - Chyba sobie żartujesz - prycha. - Chyba tak. Ale wiesz co? - zmienia temat. - Ta Richmond Plaza jest niesamowita. Naprawdę. Każdego ranka, kiedy wychodzę do pracy, patrzę na nabrzeże. Zmienia się cały krajobraz! - No cóż, takie było założenie - podejmuje Noel. Firma, w której jest partnerem, BCM, zajmuje się projektowaniem strukturalnym przy przebudowie doków. - Miejmy tylko nadzieję, że dotrzemy do finiszu. Gina marszczy brew. - A czemu nie mielibyście dotrzeć? Przecież już prawie skończyliście, prawda? - No tak, oczywiście. Jasne, że dotrzemy. - Ale kiedy to mówi, jego spojrzenie zawisa gdzieś nad jej ramieniem. Noel waha się. - Tyle że... no cóż, wiesz, jak to teraz jest. Nie uwierzyłabyś, jakie to upierdliwe. - Znów patrzy na zegarek. - Na przykład to - dodaje. Gina dopiero teraz zauważa, jak mizernie wygląda Noel. Jest blady, a pod oczami ma worki. - A co to właściwie takiego? - Wierz mi, nie chcesz wiedzieć. To czysto techniczna sprawa. A właściwie nie sprawa, tylko piekielny bajzel. - Mówiąc to, macha ręką, jakby chciał magicznie pozbyć się problemu. Gina pochyla się lekko do przodu. - Noel, a u ciebie wszystko w porządku? Jej brat energicznie kiwa głową. - W porządku, w porządku. A teraz zmykaj do środka, bo przeziębisz się na śmierć. Niedługo wracam. - Dobra. Ani jedno, ani drugie nie rusza się z miejsca. Noel wyciąga rękę i kładzie dłoń na jej ramieniu. - Wiem, że okoliczności są koszmarne -powiada, patrząc jej prosto w twarz - i, spójrzmy prawdzie w oczy, kolejnych kilka lat będzie dość zwariowanych, ale może któregoś dnia usiądziemy i utniemy sobie dłuższą pogawędkę, co? - Pewnie. Z przyjemnością. I to niekłamaną. Za każdym razem, gdy widzi Noela, przypomina sobie, jak bardzo go lubi. - No to świetnie - podsumowuje Noel, ściskając lekko jej ramię. - Czekam z niecierpliwością. - Po czym wyjmuje z kieszeni kluczyki do samochodu. Gina odsuwa się o krok. Patrzy, jak brat wsiada do auta. Kiedy wycofuje samochód z podjazdu, rozgląda się, naciska klakson i macha do niej. Gina odmachuje mu, odwraca się i rusza do drzwi. 6 Noel wciąż jeszcze się uśmiecha, mknąc Greenhalgh Road West. Zawsze dobrze mu robią spotkania z Giną. Mimo różnicy wieku łączy ich więź, jakiej nie ma z nikim innym z rodzeństwa. To nie dobroduszna pobłażliwość starszego brata - naprawdę ma z nią wiele wspólnego. To im dwojgu udało się uciec. Tak to przynajmniej widzi Noel. Pozostałe trzy siostry - Catherine, Michelle i Yvonne - już za młodu wpadły w pułapkę. Ograniczony dostęp do edukacji, nieograniczony do okolicznych rozrabiaków, takich jak Jimmy Dempsey. Noel natomiast, który po swoim staruszku odziedziczył zamiłowanie do pracy, przedarł się jakoś przez szkołę. Potem w dzień układał towary na półkach, by wieczorami uczyć się na inżyniera. Może Gina nie musiała tyle walczyć o swoje -były już w końcu trochę inne czasy - jednak Noel i tak uważają za osobę, której determinacja i ambicja pozwolą osiągnąć niemal wszystko, co zechce. Przez lata pomagał pozostałym - płacił za różne rzeczy, rozmawiał z kim trzeba, pociągał za sznurki - ale Gina zawsze obstawała przy swojej niezależności. To właśnie w niej uwielbia. Patrzy na zegarek. Cieszy się z perspektywy rychłego ponownego spotkania z siostrą. Nagle dzwoni komórka. Noel właśnie przejeżdża obok centrum handlowego Crumlin. - Tak? Po drugiej stronie odpowiada mu Jackie. - Słuchaj, Noel, zasięgnąłem języka jeszcze u paru osób. - Tak? - I wciąż słyszę to samo. Nikt nic nie wie. Pozostali członkowie gangu już panikują. Noel bębni palcami o kierownicę. - Chryste, ktoś musi wiedzieć, co się stało. - Tak można by pomyśleć, ale ludzie, z którymi rozmawiałem, twierdzą, że nie chodziło o żadną wendetę, nie było żadnych konfliktów... nie było powodu, dla którego coś takiego mogłoby się stać. Noel wzdycha. - No tak... Ale słuchaj, połowa tych gówniarzy łazi po świecie na wiecznym haju. Napompowani sterydami, ze spluwami, którymi ledwo potrafią się posługiwać... Sam mi to wszystko mówiłeś. Im wcale nie trzeba powodu. Krzywo na nich spojrzysz i już jesteś martwy. - To fakt, ale akurat ta robota to coś całkiem innego. Czysta i profesjonalna. - Jezu, przecież cała ta gówniana wojna gangów to... - O tym właśnie mówię, Noel. Nie sądzę, żeby to miało związek z gangsterką. - Jak to? - Myślę, że chodzi o coś innego... o kogoś innego. Kogoś z zewnątrz. Nie ma innej możliwości. Załatwienie, ot tak, Noela Rafferty'ego? To bez sensu. - Eee... - Noel przełyka ślinę. - „Załatwienie Noela Rafferty'ego” - powtarza. Wie, co Jackie ma na myśli, ale słowa

pozostawiają w ustach dziwny posmak. - No dobra, Jackie - rzuca. - Dzięki za wszystko. Informuj mnie na bieżąco, zgoda? Kręcąc głową, Noel rzuca telefon na siedzenie obok. Jego siostra, jego siostrzeniec... siostrzeniec... siostra. A teraz jeszcze Paddy Norton, Richmond Plaza, cała ta cholerna sytuacja... Zbliża się już do Morahan's. Głowa pulsuje mu od bólu. Zajeżdża na opustoszały w połowie parking z tyłu pubu. Jedzie powolutku, aż spostrzega zaparkowany w rogu bmw Paddy'ego Nortona. Sam zatrzymuje się kilka miejsc dalej. Trzyma oburącz kierownicę. Na sekundę przymyka oczy. Przejmuje go dziwne uczucie. Wrażenie, że coś jest nie tak. Nie potrafi tego uchwycić, jednak nie daje mu to spokoju. Niczym zapomniane nazwisko, które desperacko chciałoby się przywołać w pamięci. Otwiera oczy. Zastanawia się, czy ma jeszcze advil1 . Zagląda do schowka. Znajduje tam pudełko, ale puste. Widząc, jak Paddy Norton gramoli się z samochodu, Noel również zaczyna wysiadać ze swojego wozu. Nie ma zamiaru już się kłócić. Chce tylko zabrać teczkę i wracać. Na jutrzejszy ranek umówił telekonferencję z centralą w Paryżu. Co tu więcej mówić? - Wszystko w porządku, Noel? - zagaduje Paddy. - Pewnie. - Guzik prawda, zważywszy co się stało. Spogląda na zegarek. — Muszę wracać do siostry. Odchodzi od zmysłów. - To chyba naturalne. Dwaj mężczyźni stoją twarzą w twarz. Jest chłodno. Zrywa się wiatr. Norton ma na sobie płaszcz od Crombiego, zapięty po samą szyję, jedwabny szalik w prążki i skórzane rękawiczki. Nie nosi kapelusza. Kilka pasemek brązowo-siwych włosów, jakie mu jeszcze pozostały na głowie, powiewa delikatnie na wietrze. Wzrok ma szklisty. Noel zna to spojrzenie i boi się go. Facet ma pięćdziesiąt siedem lat, ale tej nocy z jakiegoś powodu wygląda o wiele starzej. Jakby miał sześćdziesiąt siedem. - To co, masz przy sobie teczkę, Paddy? - pyta Noel. - Tak, jasne, że mam. - Norton wolno odchyla głowę do tyłu. Powieki mu opadają, a głos jest bełkotliwy. - Jest w samochodzie. - Możesz mi jadać? Chwila milczenia. - Nie wspominałeś jeszcze o tym nikomu, prawda? - odzywa się w końcu Norton. - Nie rozmawiałeś o tym z nikim, co? Jakby język mu spuchł, a słowa z trudem wydostawały się z ust. - Nie. Oczywiście, że nie. Tak się przecież umówiliśmy. - Okej. To dobrze. - Więc, dawaj teczkę i miejmy to już z głowy. Norton kręci głową. - Przykro mi, Noel, nic z tego. - Czemu nie? Noel nagle czuje się bardzo zmęczony. Wciąż nie rozumie, co jest nie tak, ale to podejrzenie nasiliło się i wysysa z niego energię, pozbawia determinacji. - No cóż - mówi tymczasem Norton, unosząc brwi - jeśli tego nie potrafisz się domyślić, nie jesteś nawet w połowie tak sprytny, jak myślałem. Ton jego głosu, sarkastyczny i zdystansowany, pasuje do szklistego spojrzenia i sennych ruchów. Noel zastanawia się, czy Norton nie jest pod wpływem jakiegoś leku. Tłumaczyłoby to tę zmianę nastroju. Wie z doświadczenia, że gdy Norton jest w takim stanie, nie można z nim polemizować. - Słuchaj - mówi jednak, próbując mimo wszystko polemiki, bo cóż innego mu pozostaje - to niczego nie zmieni, jeśli nie oddasz mi teczki. Zadzwonię po prostu do Dermota. - Aaa - bełkocze Norton - Dermot. - Mówiąc to, wbija wzrok w ziemię. Patrzy na swoje buty, na buty Noela, ale nie na niego. - Dermot Flynn. To ci dopiero nadgorliwy kutas, jakiego świat nie widział. - Robił tylko to, co do niego należy, Paddy. - Wcale nie. - Norton znów podnosi wzrok. - Nikt mu nie kazał wtykać nosa w nie swoje sprawy. Na pewno nie ja. A może ty mu kazałeś? - Słuchaj - ucina Noel - jaka to różnica? - Kręci głową. - Już to przerabialiśmy. Nie mamy wyboru. - I tu się mylisz, Noel. Mamy - Norton zawiesza głos. - No, przynajmniej ja mam - dodaje po chwili. Noel gapi się na Nortona. Wtedy dociera do niego, co jest nie tak. Natychmiast upewnia się w swoich podejrzeniach, gdy odwraca się w prawo i widzi postać zbliżającą się z drugiej strony parkingu. Światło sączy się z ulicy i z tylnych drzwi pubu, jednak Noelowi potrzeba kilku chwil, by rozpoznać, kto to taki. - Fitz? - Jak się masz, Noel? Fitz jest niskim, muskularnym mężczyzną dobrze po czterdziestce. Ma na sobie dżinsy i zapinaną na suwak skórzaną kurtkę. Włosy ma przerzedzone, twarz okrągłą i rumianą niczym u niemowlaka. Jest właścicielem High King, firmy zapewniającej ochronę wszystkich budów Paddy'ego Nortona. - Nieźle - odpowiada Noel, siląc się na spokój. Jednak w jego głowie trwa gonitwa myśli. Kto jeszcze o tym wie? Nikt. Z wyjątkiem Dermota Flynna, rzecz jasna. Noel dostał raport Flynna na początku zeszłego tygodnia. Przejrzał go i natychmiast zobowiązał autora do zachowania tajemnicy. Następnie dostarczył raport Paddy'emu Nortonowi. Patrząc z perspektywy czasu - zapewne ostatniej osobie, której powinien go pokazać. Czemu jednak przedstawił raport Nortonowi, a nie komuś innemu? Noel nie musi się nad tym długo zastanawiać. Chciał zrobić na nim wrażenie. Proste, nieuczciwe i głupie. Zamiast spodziewanej pochwały spadł na niego grad wyzwisk, a po nim potok argumentów za wyciszeniem raportu. Kiedy się nad tym teraz zastanawia, uświadamia sobie, że między tymi argumentami słyszał też kilka gróźb fizycznej przemocy. Ani przez sekundę nie pomyślał, żeby którąkolwiek z nich brać na serio. Spogląda znów na Nortona. 1 Jedna z nazw handlowych ibuprofenu (przyp. tłum.).

- Chyba nie mówisz poważnie, Paddy - wyrzuca z siebie. - W życiu nie byłem bardziej poważny - odpowiada Norton i dłonią w rękawiczce gładzi głowę, usiłując doprowadzić do porządku rozwiane kosmyki. - No, może raz. Noel przełyka ślinę. Wpatruje się w Nortona. - Ale... to znaczy... czy...? - Co? No co? Chodzi o twojego siostrzeńca? - Tak. Norton kiwa głową w kierunku Fitza. - Jego błąd. Fitz jest mocny tylko w gębie. Ten, komu to zlecił, miał sprzątnąć ciebie. Potem odwróciłoby się kota ogonem, że to właśnie był błąd - że ofiarą miał być twój cholerny siostrzeniec spod ciemnej gwiazdy. To samo imię, to samo nazwisko... sam rozumiesz. Komedia pomyłek, te sprawy. - Odwraca swoje cielsko do Fitza i kręci głową. - Niezły ubaw, co? Fitz wzrusza ramionami, ale się nie odzywa. - To byłaby idealna przykrywka - ciągnie Norton. - Ktoś coś spierdolił podczas wojny gangów. Ale okazuje się, że dla co poniektórych było to nazbyt subtelne. - Znów kręci głową. - Jak chcesz coś zrobić porządnie, musisz zrobić to sam. Mam rację? Noel zaniemówił. Nie potrafi zdobyć się na odpowiedź. Myśl, że stojący przed nim człowiek odpowiada za śmierć jego siostrzeńca, jest po prostu zbyt groteskowa i dziwaczna, aby mógł ją przyjąć do wiadomości. Paddy Norton, myśli Noel, jakby desperacko próbując odwołać się do logiki, to szacowny obywatel... ma własne konie wyścigowe... każdego roku jeździ do Ascot, jego żona zasiada w komitetach... - Tak czy inaczej - podejmuje Norton - obawiam się, że teraz pozostało nam tylko ograniczyć straty. Noel stoi nieruchomo, wciąż jeszcze przetwarzając otrzymane informacje. Wciąż nie dowierzając. Poznał Nortona na gruncie zawodowym jakieś dziesięć lat temu - przez Larry'ego Bolgera. Staruszek już wtedy był legendą w branży - przetrwał lata osiemdziesiąte i wydawał się nietykalny. Jego nazwisko ani razu nie pojawiło się w materiale dowodowym przekazanym trybunałowi prowadzącemu śledztwo w sprawie nieprawidłowości w planowaniu przestrzennym. - Ograniczyć straty? - pyta nagle Noel. Przynajmniej jedna część jego umysłu wciąż pracuje na pełnych obrotach. - A to co ma znaczyć? - To znaczy - odpowiada Norton, znów odchylając głowę do tyłu - że masz wsiąść do samochodu. Noel patrzy na niego. Rozumie, jak niechętny musi być Norton wszystkiemu, co może zagrozić projektowi, ale... Przełyka ślinę. A może jednak wcale nie rozumie. Może jako inżynier za wiele uwagi poświęcał szczegółom. Może nie ogarniał całości. Jednak nagle wszystko staje się jasne. Rzecz w tym, że - relatywnie rzecz ujmując - w całej Irlandii od wczesnych lat sześćdziesiątych nie powstało nic, co dorównywałoby skalą Richmond Plaza. Wówczas, kiedy kraj przechodził mocno spóźnioną rewolucję przemysłową, nawet budynek Liberty Hall - osiemnastopiętrowa szklana bryła - był czymś wyjątkowym. Jednak to, co dzieje się teraz - to, co powstaje teraz - jest bezprecedensowe. Dla Paddy'ego Nortona, mimo pogłębiającej się recesji... a może właśnie z jej powodu, Richmond Plaza - z jej czterdziestoma ośmioma piętrami kandydatka do miana najwyższego budynku w całej Europie - jest nie tylko wielka, nie tylko ważna... to po prostu jego przyszła spuścizna. Noel rozgląda się wokół. Jest w pułapce. Ściana po lewej, jego własny samochód za jego plecami, Norton i jego samochód z przodu, Fitz po prawej. - Paddy - odzywa się nieco łamiącym się głosem, za który sam się nienawidzi - czemu nie spróbujesz po prostu... no nie wiem, przekupić mnie czy coś? - A to ci pomysł - kwituje ze śmiechem Norton. - Na to nie wpadłem. Ale wiesz co? Z ciebie taki zadufany kutas, że nawet w łapę byś nie wziął. Noel czuje, że kręci mu się w głowie. - Poza tym bez względu na to, ile bym ci zapłacił, nie rozwiąże to problemu. Nie mogę ci zaufać, że zostawisz to w spokoju. Chcę mieć spokojną głowę - dodaje i stuka się palcem w skroń. Wtedy Noel przypomina sobie o czymś innym. - A co z Dermotem Flynnem? Kiedy tylko wypowiada te słowa, natychmiast tego żałuje, choć przecież nie ma najmniejszej szansy, że Norton już o tym nie pomyślał. - Zamieniliśmy z nim słówko dziś po południu - dobiega go z prawej pogodny głos Fitza. Noel toczy wkoło wzrokiem. Słówko? A to co ma być, jakiś chory eufemizm? - Jak to „zamieniliśmy słówko”? - Porozmawialiśmy sobie. Daliśmy mu trochę siana i parę fotek. I wszystko gra. Noel nie ma pojęcia, co to może znaczyć. Całkiem się pogubił. Odwraca się do Nortona. - Na miłość boską, Paddy, może mógłbym... - Noel, posłuchaj mnie - zaczyna Norton, po czym urywa i znów wbija wzrok w ziemię. - Co takiego? - pyta Noel. Postępuje krok do przodu. - No co? Norton wypuszcza z płuc powietrze. Jego nastrój ulega zauważalnej zmianie. - Słuchaj, jest już za późno. Obaj dobrze o tym wiemy. Noel wreszcie łączy w całość wszystkie fragmenty układanki. Czuje, jak żołądek podchodzi mu do gardła. Czuje gorycz w ustach. Wydaje mu się, że stoi tak od stu lat. - Bo mój siostrzeniec nie żyje, tak? - niemal szepcze. Norton kiwa głową. - To chyba oczywiste. - Znów ciężko wypuszcza powietrze. - A teraz ładuj się, kurwa, do samochodu.

7 Dom wreszcie pogrąża się w ciszy. Wszystko zamiera. Dziewczynki śpią. Claire poszła już na górę. Telewizor wyłączony, telefon raczej nie zadzwoni. Dermot Flynn podnosi się z sofy i idzie do kuchni. Otwiera lodówkę i wyjmuje z zamrażalnika butelkę wódki. Nalewa sobie hojnie do pierwszej szklanki, jaką znajduje. Staje przy blacie, unosi szklankę do ust i wciąga czysty, gęsty płyn trzema szybkimi łykami. Wygląda przez okno. Powinien dojrzeć tam ogród, ale jest późno i ciemno i widzi tylko swoje odbicie, które odpowiada mu spojrzeniem. Serce wali mu jak młotem. Po kilku sekundach wódka nareszcie zaczyna wypalać mu dziurę w żołądku. Wypala też jego strach. Wkrótce przenika do krwiobiegu, a w mózgu pojawia się przyjemne ciepełko. Myślał, że już nigdy nie doczeka się tej chwili. A wypatrywał jej od wielu godzin, prawdę powiedziawszy, od wczesnego popołudnia. Wtedy właśnie się to stało. Zupełnie nieoczekiwanie. Na ulicy, przed jego pracą. Kiedy wracał do biura z puszką dietetycznej coli w dłoni. Flynn nalewa sobie kolejną dużą porcję wódki i chowa butelkę do zamrażalnika. Tym razem wciąga czystą dwoma łykami, po czym odstawia szklankę do zlewu. Znów rusza w wędrówkę po bawialni. Ciężko było nic nie mówić Claire przez cały wieczór - ale faktycznie potrzebował czasu do namysłu - a teraz potrzebuje czasu, żeby zdecydować, co mają zrobić. Napiłby się wcześniej, ale nie chciał wygadać czegoś po pijaku. Ma tylko nadzieję, że jego panika nie udzieliła się dziewczynkom. Rozgląda się wokół. Co za bajzel! Kredki i kolorowanki, lalki Barbie, rzucone niedbale ubranka, puste pudełka po DVD Shreka i Czarnoksiężnika z Krainy Oz. W normalnych okolicznościach zabrałby się do sprzątania, jednak tej nocy zostawia to wszystko, jak jest, i przechodzi przez podwójne drzwi do pomieszczenia zwanego nieco na wyrost jadalnią. Nie zmieściłby się tu porządny stół, ale idealnie nadaje się na gabinet, w który zostało przekształcone. Zamyka za sobą drzwi. Podchodzi do biurka i zasiada za nim. Wcześniej, kiedy wrócił do domu, od razu przyszedł tutaj i włożył aktówkę pod biurko. Teraz ją spod niego wyciąga. Łokciem odsuwa laptop i kładzie aktówkę na blacie. Serce wciąż wali mu jak młotem. Po tym, jak wychylił trzy porcje wódki w dwie czy trzy minuty, powinien być nieźle wstawiony, bez dwóch zdań. Widać jednak, że alkohol i adrenalina wciąż mozolnie ścigają się o palmę pierwszeństwa. Trzyma w rękach aktówkę. Już ma ją otworzyć. Bierze głęboki oddech. Waha się jednak. Unosi wzrok i rozgląda się dokoła. Na ścianie nad biurkiem wisi oprawiony w ramki plakat z wystawy projektów. Pozostałe trzy ściany zajmują półki z książkami. Na podłodze piętrzą się stosy magazynów i czasopism. Dziewięćdziesiąt procent zgromadzonych tu szpargałów to publikacje poświęcone inżynierii i architekturze - podręczniki rysunku technicznego, książki o budowie wieżowców, egzemplarze „American Architect” i „Advanced Structural Review”. Pstryk. Otwiera aktówkę. Człowiek, który tego popołudnia podszedł do niego na ulicy, miał na sobie skórzaną kurtkę. Był chudy i blady, z oczami jak paciorki. - Dermot Flynn? - zagadnął. Flynn skinął głową. Facet emanował niebezpieczeństwem, jednak mówił niepokojąco miękko i uprzejmie. Z uśmiechem podał mu grubą brązową kopertę. - To dla pana, szefie - oznajmił. - Niespodzianka. Flynn wziął kopertę do ręki. Usiłował ją otworzyć, kiedy drugą ręką chował puszkę coli do kieszeni kurtki. - Co to takiego? - spytał zaskoczony. - Kim pan jest? - Tylko posłańcem - odparł mężczyzna. - A to wiadomość. Chodzi o ten raport, co nie? Wie pan, który. Ma pan go zniszczyć. Usunąć wszystkie związane z nim pliki. Nigdy więcej o nim nikomu nie wspominać. Flynn gapił się na niego z niedowierzaniem. Ten kiwnięciem głowy wskazał kopertę. - W środku są dwie rzeczy - ciągnął. - Jedna, by panu pokazać, że potrafimy być hojni. Druga, by zademonstrować, że potrafimy być naprawdę niemili. - Znów uśmiechnął się, ale tym razem wypadło to nieprzekonująco. - To mamy jasność, tak? Flynn przełknął ślinę. Nie minął jeszcze pierwszy szok. Nic nie odpowiedział. - Mamy jasność, tak, szefie? - Proszę posłuchać, nie wiem, o co... Mężczyzna niemal rzucił się na niego. - Żadne kurwa, „posłuchać” - wycedził - czy „nie wiem”, jasne? Flynn cofnął się ze strachu. Czy facet naprawdę chciał go uderzyć? - Tak, wszystko jasne - odrzekł, unosząc dłoń - całkiem jasne. Chciał dodać „spokojnie, koleś” albo „weź się odczep”, albo coś mocniejszego, ale z jego ust nie wydobył się żaden dźwięk. - Wszystko jest w kopercie - oznajmił mężczyzna. - Wszystko jest w cholernej kopercie. Po czym odwrócił się i odszedł. Kiedy znalazł się już w swoim biurze, Flynn usiadł przy biurku, otworzył kopertę i zajrzał do środka. Od tej chwili serce wali mu jak młotem. Otwiera teraz aktówkę. Kiedy był jeszcze w biurze, wsadził do niej zawartość koperty. Teraz znów spogląda na kartkę papieru z przyklejonymi do niej dwoma zdjęciami i zwitki banknotów. Sądząc po ich grubości - a zawierają pięćdziesiątki - ma tu jakieś sto tysięcy euro. Ale rzecz jasna to nie dlatego tak łomocze mu serce. Unosi kartkę ze zdjęciami. Górne przedstawia Orlę. Dziewczynka wychodzi z bramy Świętej Teresy. Ma na sobie zielono-szary mundurek. W ręce

trzyma szkolną torbę. W tle widać inne dzieci. Na drugim zdjęciu jest Niamh - też w mundurku, ale sama. Podskakując, przemierza jakąś ulicę, chyba Ashleaf Avenue. Flynn bierze kolejny głęboki oddech i powoli wypuszcza powietrze. Wpatruje się w napis na białej ramce pod zdjęciami. Cienkie zawijasy czarnym atramentem - te same trzy litery na obu fotografiach: R.I.P.2 2 R.I.P. (łac.) requiescant in pace, także (ang.) rest in peace; niech spoczywa w spokoju (przyp. Red.).

Część II

1 Po dwudziestu minutach na bieżni i przeskakiwania ze Sky News na CNN Mark Griffin uznaje, że ma dość, i idzie do łazienki. Bierze prysznic i goli się. Wraca do sypialni, wybiera ciemnoszary garnitur, bladoniebieski krawat i białą koszulę. Zerkając od czasu do czasu na łóżko, ubiera się i schodzi do kuchni. Nastawia kawę, przystaje przy kontuarze i starannie kroi grejpfruta na kawałki. Po prawej stronie ma otwarty laptop. Spogląda na plan dnia. Mark prowadzi Tesoro - małą firmę importującą z Włoch ręcznie robione kamienne i ceramiczne kafelki. Choć na początku firemka była tylko pretekstem dla regularnych wycieczek do takich miejsc jak Brescia, Gubbio i Pesaro, przedsięwzięcie szybko zaczęło żyć własnym życiem. Kiedy recesja w Irlandii przerodziła się w rozkwit, linoleum i włochate wykładziny ustąpiły miejsca trawertynowi i terakocie. Nie minęło wiele czasu i Mark uświadomił sobie, że zaopatruje luksusowy segment rynku nieruchomości w luksusowe dobra. Głównie pod naciskiem wujka Desa, po szkole średniej skończył studia handlowe w Trinity College. Perspektywa stanowiska dyrektora czy przedsiębiorcy zawsze napawała go strachem, ale prowadzenie Tesoro to co innego. Wcale nie czuje, że prowadzi firmę. Dlaczego miałby tak się czuć? Jeździ do Włoch i przygląda się pochłoniętym pracą rzemieślnikom. Sprzedaje estetykę odcieni, nieskończoną harmonię kolorów, kształtów i wzorów. Za plecami słyszy Susan wchodzącą do kuchni. - Dzień dobry - wita go, przeciągając się sennie. - Cześć. Zaraz będzie kawa. Nie odwraca się. Po chwili Susan pojawia się przy kontuarze. Po drodze do lodówki podkrada mu cząstkę grejpfruta, rujnując misterną kompozycję na talerzu. Podchodzi do lodówki. Stoi przed otwartymi drzwiami i wpatruje się w światło, mrucząc pod nosem. Mark patrzy i się uśmiecha. Susan ma na sobie jego koszulę. Kobieta znika z pola widzenia, gdy sięga do wnętrza lodówki. Mark wsuwa do ust kawałek grejpfruta. Ponownie układa elementy pozostałe na talerzu i na powrót skupia uwagę na laptopie. Musi zabrać parę rzeczy z salonów wystawowych w Ranelagh i pojechać do hurtowni, gdzie spędzi resztę poranka. Później, o drugiej, ma spotkanie w mieście. Stara się o kontrakt z przedsiębiorcą budowlanym, który właśnie postawił nowy pięciogwiazdkowy hotel ze stu dwudziestoma łazienkami. Ostatnio niełatwo załapać się na kapitalny remont dużego lokalu, a umowa na hotel, jeśli uda mu się ją załatwić, będzie naprawdę opłacalna. Patrzy, jak Susan wyłania się zza drzwi lodówki z kawałkiem sera, kilkoma plastrami szynki i słoiczkiem oliwek. Układając jedzenie na blacie, posyła mu nieco przepraszające spojrzenie. - Umieram z głodu. Mark spogląda na zegarek. Mlaska językiem. - Muszę zaraz wyjść - mówi - ale zostawię ci klucz i kod do alarmu. - Klucz? - Susan wygląda na lekko zdziwioną. - Och! Widzę, że już wybrałeś kolor zasłon. Mark parska śmiechem. Poznał Susan na nartach w zeszłym roku, a kilka dni temu wpadli na siebie w mieście. - Tak - potwierdza. - Pozwoliłem sobie sam zadecydować. Nie sądziłem, że będziesz miała coś przeciwko. - Nic z tych rzeczy. Są super. Susan rozrywa plasterek szynki na dwoje. Jedną połówkę wkłada sobie do ust. - Jaką chcesz kawę? - pyta Mark. - Mocną. Czarną. Dziesięć minut później, wsiadając do samochodu, Mark rzuca okiem na dom. Cóż za dziwaczne, nieznane wcześniej uczucie - zostawiać kogoś w swoim domu. Rusza wzdłuż Glanmore Road. Nie jest to złe uczucie. Wyciąga rękę, włącza radio i nastawia Morning Ireland. To uczucie jest w zasadzie całkiem miłe. Mark nie chce o tym zbyt długo rozmyślać. Z doświadczenia wie, że takie uczucia zwykle nie trwają zbyt długo. 2 Gina otwiera oczy. Przekręca się w łóżku na plecy i leży wpatrzona w sufit. Coś nie daje jej spokoju. Chodzi nie tylko ojej siostrzeńca, to na pewno, ale o coś innego. To zupełnie inne źródło niepokoju. Patrzy na budzik na nocnym stoliku. Ósma czterdzieści pięć. Wróciła koło trzeciej. Yvonne i Michelle wszystkim się zajęły i nie było większego sensu dalej tam siedzieć. Zresztą musiała wrócić do domu i się przebrać. O drugiej trzydzieści zadzwoniła po taksówkę.

Zamiera na chwilę. Nagle uświadamia sobie, co ją gryzie. Noel. Przed domem powiedział jej, że musi się z kimś spotkać i wróci za pół godziny, góra czterdzieści pięć minut. Jednak gdy wychodziła trzy godziny później, wciąż jeszcze się nie pojawił. Yvonne kilka razy dzwoniła na jego komórkę, ale zgłaszała się poczta głosowa. Catherine chyba naprawdę potrzebowała brata. Nie przestawała pytać przez łzy o Noela, co sprawiło, że jego nieobecność zamiast niepokoju budziła u innych narastającą irytację. W pewnej chwili, gdy wyszła do kuchni, Gina przyłapała się na tym, że go broni. - Posłuchaj, robi interesy w mieście. Jest... - Nie wciskaj mi tych interesów - syknęła Michelle. - Mam dość słuchania o interesach. Wszystko musi ustąpić miejsca interesom. - W oczach miała łzy. - Jest środek cholernej nocy, na miłość boską... Gina zsuwa się z łóżka i przechodzi do łazienki przy sypialni. Może Michelle miała rację, ale pozostaje pytanie... gdzie się podziewa Noel? Gina stoi pod strumieniem gorącej wody. Zastanawia się, czy Noel pokazał się później. Czy w ogóle się pokazał. Zaraz zadzwoni do Catherine i zapyta - tylko coś na siebie włoży i napije się kawy. Jeśli się zastanowić, to pobudka ciągnie za sobą poważne konsekwencje: ubranie, kawa, telefon - Gina nie jest do końca przekonana, czy jest już na to gotowa. Wciąż nieco senna, ociąga się z wyjściem spod prysznica. Odwraca się powoli, wygina plecy, przeciąga się. Na tym etapie nie ma już jednak powrotu do łóżka. Obudziła się i słońce jest już wysoko na niebie. Chwilę wcześniej przez otwarte okno w sypialni słyszała łoskot samochodów i codzienny gwar ulicy. Jej ostatnią godziną przed przebudzeniem, wypełnioną paradą snów - na przemian sensownych i chaotycznych, świadomych i fantasmagorycznych - najprawdopodobniej do pewnego stopnia rządziły dźwięki miasta budzącego się ze snu sześć pięter niżej. Zwykle wstaje przed siódmą, kiedy to wszystko dopiero się zaczyna - je śniadanie, słucha wiadomości, budzi zmysły. Teraz jednak, kiedy zakręca wodę, wychodzi spod prysznica i sięga do grzejnika po ręcznik, uderza ją myśl, że zapowiada się bardzo niezwyczajny dzień - a przecież jeszcze nawet nie wyszła z domu ani z nikim nie rozmawiała. Stoi koło umywalki i się wyciera. Jej odbicie w całkowicie zaparowanym lustrze jest zamglone. Upuszcza ręcznik na podłogę. Nagle gdy sięga do szklanej półeczki nad umywalką po krem nawilżający i waciki, ponownie uderza ją realność tego, co się stało - życie jej bratanka zostało brutalnie przerwane, a życie jej siostry obrócone w wieczne cierpienie. Gina stoi tak przez minutę wpatrzona w zaparowaną powierzchnię. Oczami wyobraźni widzi udręczoną twarz Catherine. Chwilę później, ubrana w dżinsy i czarną koszulkę Gina włącza w kuchni ekspres i napełnia go kawą. Bierze telefon stamtąd, gdzie go wczoraj zostawiła - na biurku w kącie, przy komputerze. Dzwoni do Catherine. Kiedy odbiera Yvonne, Gina od razu pyta o samopoczucie Catherine. Nie potrafi sobie wyobrazić odpowiedzi innej niż ta, jaką otrzymuje. Następnie pyta, czy Noel w ogóle się pojawił. - Nie. Zaczynamy się martwić. - Martwić? - Jenny dzwoniła godzinę temu. Nie wrócił do domu i nie odbiera komórki. Mówi, że to do niego niepodobne. - O mój Boże. - Jenny zaczyna panikować. - O Boże. - Kiedy z nim rozmawiałaś przed domem, mówił ci, dokąd się wybiera? - Nie. Powiedział tylko, że do miasta. - Już to przerabiały wczoraj wieczorem, i to nieraz. - Mówił, że ma się z kimś spotkać, ale nie powiedział z kim. Gina chce coś wyartykułować, ale nie może się na to zdobyć. To, co chce powiedzieć jest albo zbyt śmieszne, albo zbyt przerażające. Słychać jak Yvonne, która kilka lat temu rzuciła palenie, zaciąga się papierosem. - A w biurze? - pyta Gina. - Jenny miała tam zatelefonować. Powiedziała, że da znać, gdy się czegoś dowie. Myślałam, że to może ona dzwoni. - No dobra. - Gina urywa, wyczuwając lekkie zniecierpliwienie. - Kończę. Zadzwoń, jeśli się czegoś dowiesz. Albo wyślij mi SMS-a. - Jasne. Giną podchodzi do ekspresu. Podstawia filiżankę, naciska przycisk i czeka na strużkę kawy. Jednak kiedy espresso jest gotowe, nie rusza się z miejsca. Stoi tylko wpatrzona w filiżankę. Nagle, w tej pustce i ciszy, jej oczy napełniają się łzami. Robi krok w tył i opiera się o blat. Unosi dłoń do piersi i bierze kilka głębokich wdechów. Wczoraj ciężko było patrzeć na Catherine w jej stanie. Ciężko było patrzeć, jak Yvonne i Michelle na wszelkie sposoby próbują ją wesprzeć. Ciężko było nie mieć w pobliżu Noela, który stanowiłby jakieś oparcie. Wszystko było ciężkie, każdy aspekt tej sytuacji, każda mijająca sekunda. Jednak to, co ciąży jej teraz, jest niemalże jeszcze gorsze - ten złowrogi lęk, że to nie koniec, że wydarzy się coś więcej. A może nawet już się wydarzyło. Gina ociera łzy i przeciera oczy. Sięga do ekspresu, bierze filiżankę i zagląda do środka. Przez chwilę kołysze naczyniem, po czym wypija kawę jednym haustem. Spogląda na zegarek. Dziewiąta dwadzieścia pięć. Jeszcze raz bierze do ręki telefon. Dzwoni do biura i mówi Siobhan, że dziś chyba nie przyjdzie. Siobhan jednak natychmiast przypomina jej o spotkaniu z Tomem Maloneyem o jedenastej. Gina przewraca oczami. Większością nowo powstałych firm z kapitałem zewnętrznym zarządzają niezależne rady nadzorcze. Zazwyczaj zasiada w nich jeden czy dwóch ekspertów z branży - ludzie, którzy mają na wszystko oko, umieją doradzić i od czasu do czasu nawet nadać pęd produktom firmy. Jeden z nich to Tom Maloney, szef działu informatycznego biura doradztwa finansowego. Nie można powiedzieć, że jest upierdliwy, ale lubi być regularnie informowany. Gina od czasu do czasu spotyka się z nim przy kawie i wciska mu kit o tym, jak się sprawy mają. Jeszcze raz spogląda na zegarek. Wie jednak, że jeśli Lucius ma kiedykolwiek otrzymać drugi zastrzyk środków finansowych, to będzie musiała trochę bardziej się przyłożyć. Musi być bardziej przekonująca. - Czy P. J. jest dziś zajęty? - pyta, tłumiąc jęk. - Może on mógłby się tym zająć. Moja siostra właśnie... Ja...