wotson

  • Dokumenty43 353
  • Odsłony2 124 262
  • Obserwuję1 423
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 617 661

Aneta Jadowska - Dora Wilk 04 - Wszystko zostaje w rodzinie

Dodano: 4 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 4 lata temu
Rozmiar :2.0 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
A

Aneta Jadowska - Dora Wilk 04 - Wszystko zostaje w rodzinie.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion A Aneta Jadowska
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 4 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 126 osób, 84 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 549 stron)

Aneta Jadowska Wszystko zostaje w rodzinie Rozlew krwi w rytmie Bad moon rising Dora Wilk udowadnia, że męska skleroza jest początkiem wszelkich kłopotów. I tak - wampiry zapominają, że słońce im szkodzi; wilki zapominają, kto jest ich Alfą; Gajusz zapomina o dobrym wychowaniu; Miron zapomina o tym, co ważne; Baal zapomina, że nie może wpadać bez zaproszenia i robić jej śniadania; a nowy koleś zapomina, gdzie jest jego miejsce w szeregu. Wiedźma Dora, z właściwym sobie wdziękiem, musi posprzątać cały ten bajzel, zanim ktoś przeprowadzi naprawdę morderczy test białej rękawiczki. A że od mopa woli glocka i miecz... nie obejdzie się bez przelania krwi, ale wszystko zostaje w rodzinie.

Łopata opornie wchodziła w ziemię, co chwilę natra­ fiałam na kamienie, o które nieprzyjemnie zgrzy­ tała stalowa krawędź. Całkiem spory stosik otoczaków piętrzył się z boku. Absurdalność sytuacji docierała do mnie, podobnie jak zdumione i rozbawione spojrzenia chłopaków, ale nie mogłam przestać. Zostałam doprowadzona do ostatecz­ ności, a tą - w moim przypadku - zwykle jest głupota. Czy jadąc do Trójprzymierza, spodziewałam się, że skończę ze szpadlem w ręce, produkując podejrzanie wiele dołów tuż za Trumną, oficjalną siedzibą wampi- rzego gniazda? Jakbym kopała groby. Cóż, właściwie... Popołudnie powoli stawało się wczesnym zmierz­ chem, niebo zasnuwała łososiowa poświata zachodzą­ cego słońca. Niedługo dowiem się, czy mój plan był ge­ nialny, czy też narobiłam sobie odcisków na dłoniach całkiem na próżno. Łopata znów zaprotestowała. Wyciągnęłam z dołu ważący ze trzy kilogramy otoczak i odrzuciłam na bok. Rozdział 1

- Świetnie, kochanie, te kamienie doskonale nadają się na skalniak - rzucił Miron z wyraźną kpiną w głosie. Obaj z Joshuą odmówili pomocy, twierdząc, że skoro uważam rycie w ziemi za dobry pomysł - w przeciwień­ stwie do nich - to mogę poradzić sobie sama. Skrzywi­ łam się tylko i posłałam mu ostre spojrzenie. Nadal nie mogłam uwierzyć, że Gajusz mógł zacho­ wać się tak... jak Gajusz. Do cholery, bywał już bubkiem w przeszłości, stawiał się, doprowadzał do konfronta­ cji, ale myślałam, że mamy to za sobą. Do cholery, miał u mnie dług, naprawdę spory... A ja nie zażyczyłam sobie gwiazdki z nieba, tylko szczerej odpowiedzi na kilka py­ tań! Ale to widać przerosło tutejszego Księcia Wampirów. Czemu Eleonora akurat teraz musiała wyjechać? Według Joachima jest w Paryżu, w swoim rodzinnym gnieździe. Wróci nieprędko, a nikt tak jak ona nie potrafi przywo­ ływać Gajusza do porządku. Syknęłam, trzonek był chropowaty i w miękką podu- szeczkę kciuka wbiła się drzazga. Wyciągnęłam ją, nim weszła głębiej, i wróciłam do kopania. Byłam w połowie pracy: trzy doły gotowe, trzy przede mną. Oczywiście Gajusz nie zrobił nic, co by mogło mnie obrazić i skłonić do oficjalnych kroków. Och nie, na to był zbyt sprytny. Ale jest ostatnio taki zajęty, przykro mu, ale nie może poświęcić czasu na nasze miłe pogawędki. Nie, nie sądzi, by na jego terenie działo się coś niepokoją­ cego. Nie ma powodu, bym sobie zawracała śliczną głów­ kę. Oczywiście mogę zostać w jego włościach, spotkać się z synami, ale powinnam pamiętać, że to jego terytorium i to on decyduje o wszystkim.

Złość buzowała mi w żyłach. Miał w dupie to, co się stało, miał w dupie wszystko. Patrzył na mnie jak na głu­ piutką panienkę i spanikowaną matkę w jednym... Jak­ bym zareagowała przesadnie na histerię pięcioletniego dziecka, bełkoczącego, że widziało potwory wychodzą­ ce spod łóżka. Pryzma ziemi sięgała już do połowy uda, dół miał nie mniej niż osiemdziesiąt centymetrów głębokości, prawie tyle, ile trzeba. Kopałam dalej, zaciskając zęby. Problem polegał na tym, że nie byłam głupią panien­ ką, a mojego syna trudno nazwać niestabilnym emocjo­ nalnie pięciolatkiem, skoro jest ponadczterystuletnim wampirem. Tacy rzadko ulegają emocjom, mało co wpę­ dza ich w histerię. Ufałam Joachimowi. To, co go przera­ ziło, nie było wyimaginowanym potworem spod łóżka. Choć tych ostatnich też bym nie lekceważyła. Doświad­ czenie mówiło mi, że w powtarzanych uporczywie baj­ kach, legendach i mitach jest podejrzanie wiele prawdy, choć ludzie oczywiście o tym nie wiedzą lub nie chcą przyjąć tego do wiadomości. Ale ja - skoro nie jestem człowiekiem, a może nawet nigdy tak naprawdę nim nie byłam - nie zaprzeczałam temu, co istnieje. Teoretycznie ja też nie powinnam istnieć - wiedźma sprzecznych ma­ gicznych linii, nieco przeanielona i związana w triumwi- rat z diabłem i aniołem... Takie rzeczy się nie zdarzają, a jednak. Teoretycznie nie powinnam mieć wampirzego syna starszego ode mnie o cztery wieki, a jednak. Mam nawet dwóch. Nie stworzyłam ich, więc nie jestem, że tak powiem, biologiczną wampirzą matką, ale adoptowałam i są moimi synami. Na dobre i na złe. Zwykle raczej na

dobre. Ale niepokój Joachima i jego bezradna frustracja wciąż gniotły mnie z tyłu czaszki. Strach, niepokój, jakie odczuwa - nawet nie o siebie czy Wawrzyńca, ale o Te­ resę, swoją narzeczoną - smakował cierpko na moim ję­ zyku, mieszając się z żelazistym posmakiem krwi, którą wypił na kolację. Cóż, są rzeczy w bliskiej więzi emo­ cjonalnej z wampirem, do których trzeba przywyknąć, a odkąd nawiązaliśmy kilka miesięcy temu komunika­ cję telepatyczną, sprawy nieco się skomplikowały. Miało to swoje plusy - dzięki temu uratował mnie przed ugry­ zieniem przyjaciela, ale czasem, gdy był wzburzony, nie bardzo mógł kontrolować to, jak wiele emocji przesyła mi naszym łączem. Gotowe, kolejny dół czas zacząć. Omijałam spojrze­ niem wiernych widzów, którzy dowcipkowali z mojego zasapania i odcisków. Humorki im dopisywały, mnie ja­ koś nie. Martwiłam się. Gajusz odmówił mi informacji i zabronił działać. Byłam na jego terytorium, jeśli nie spełnię tej „uprzejmej prośby", wypowiem nasz mały pakt o nieagresji. I nie byłoby problemu, wróciłabym do Thornu i zapomniała o Gajuszu, ograniczając się do użerania z Romanem, lokalnym Księciem Wampirów, ale... Ale wtedy musiałabym zabrać ze sobą moje dwa wampiry. A ich partnerzy życiowi byli z gniazda Gajusza. Rozbijanie związku, który trwa niemal dwieście lat, to naprawdę sukinsyństwo... a tyle Joachim i Teresa są ra­ zem. Wawrzyniec i Miłosz znacznie krócej, ale przecież to nie oznacza, że przyjęliby lekko moje polecenie: „Ko­ chani, pomachajcie Gajuszowi, zamieszkacie z mamusią". Zresztą gdzie? W szafie? Nie miałam w mieszkaniu miej­ sca odpowiedniego dla dwóch wampirów...

Poprawiłam chwyt na łopacie, żałując, że nie zabra­ łam rękawiczek. Wnętrze dłoni stwardniało już, a na opuszkach i w zgięciach palców pojawiły się małe pę­ cherze. Zwłaszcza na lewym kciuku, tuż przy obsydia- nowej obrączce. Łososiowa poświata na niebie przeszła w pomarańcz, gdy zabrałam się za ostatni dół. Problemem był nie tylko brak lokalu, po prostu wie­ działam, że z Romanem łatwiej bym się dogadała niż z Gajuszem. Roman był praktyczny. Gajusz był dumny i utknął w średniowieczu - kobiety nie budziły jego za­ ufania. Nie poza sypialnią i kuchnią. Jego szowinizm bił po oczach mimo patynki manier i szarmanckich bania­ luk. Tylko czy z powodu braku rozsądku Gajusza i jego niedzisiejszego oglądu ról społecznych muszą ginąć wampiry? Sześć wampirów to spore straty w niespełna sześć tygodni. Gniazdo w Trójprzymierzu nie było wiel­ kie. Ilu tutejszych zginie, nim zaczną umierać ci, których lubię? Na myśl, że Joachimowi mogłaby się stać krzywda, zadrżałam. Więź między matką a synem w wampirzych realiach oznacza, że mam silny przymus ochrony mojego potomstwa. Nieważne, że mam trzydzieści lat na karku, a on czterysta. Myśl, że miałby zginąć, mroziła mi krew w żyłach. Nie zapominajmy o Wawrzyńcu, pomyślałam ze wstydem. Jakoś nie mogłam przestać faworyzować Jo­ achima. Może dlatego, że więź między nami wydaje się mocniejsza, jakby trwała nieskończenie dłużej... Doły były gotowe. Wbiłam łopatę w ziemię i odwró­ ciłam się do chłopaków. - Pomożecie z ładunkiem czy będziecie patrzeć, jak łamię kręgosłup pod tym ciężarem?

- No nie wiem - powiedział Miron z przesadnym namysłem - nie będzie to podpadało pod współudział? Warknęłam zirytowana. - Gdybym wiedziała, że z was takie strachliwe dzie­ ci, poprosiłabym Olafa o pomoc. Silny, pomocny, ufający w moje słowa, oto mężczyzna, jakiego mi trzeba - ma­ rudziłam, zsuwając pakunek z przyczepy. Był najmniej­ szy, więc była szansa, że poradzę sobie z nim sama. Wa­ żył sporo, stęknęłam i opuściłam go na ziemię. Jutowa płachta i sznur ułatwiały trochę chwytanie. Pomaga­ jąc sobie stopą, przepchnęłam „prezent" w kierunku pierwszego dołu. Balansowałam ciężarem, opuszczając go powoli. Szarpnęłam za sznur, by materiał opadł na dno, i zaczęłam zasypywać dziurę. Szło sporo szybciej niż z kopaniem, może dlatego, że niemal połowa dołu była teraz zapełniona. - Zaraz się ściemni i przyjdzie Gajusz, chciałabym mieć już za sobą ten moment z poceniem się i stękaniem, to nie pasuje do mojego planu - rzuciłam chłopakom. Joshua nie wytrzymał i wstał, by mi pomóc. Miron jęknął i podążył za nim. - Jesteś miękki, aniele, psujesz całą zabawę. - To nie ty musiałbyś leczyć jej naderwane ścięgna, Miron, więc nie krytykuj. Na trzy - powiedział Joshua, przymierzając się do największego pakunku. Chwycili go we dwóch i podnieśli z przyczepy. Asekurowałam ich, gdy wepchnęli tobół do dołu. Rozwiązałam sznu­ rek, uśmiechając się. Plan może był niestandardowy, ale niósł w sobie jas­ ne przesłanie. Oby Gajusz był dość bystry i załapał. Jo­ achim wiedział, że ma wyprowadzić wszystkich na za-

piecze Trumny, gdy tylko się ściemni. Czułam, że powoli się wybudza, jego świadomość szukała mnie, wiedząc, że jestem blisko. Uspokoiłam go szybko i zapowiedzia­ łam, że potrzebuję jeszcze góra pół godziny, skoro mam już pomocników. Usypywałam otoczaki na świeżo skopanej ziemi w kręgi otaczające nasz prezent dla Gajusza. Może na­ wet zbyt wymowny prezent, ale skoro uparty jak osioł wampir nie chciał ze mną rozmawiać... Zapewnię mu świetne widoki. Na długo to zapamięta, zachichotałam. - Co się tu, u diabła, dzieje? - Ostry ton Gajusza do­ biegł mnie, gdy kończyłam układanie ostatniego, szó­ stego kręgu. - Och, Gajusz, świetnie, że wpadłeś - posłałam mu przesadnie szczery uśmiech - mam dla ciebie prezencik, jak widzisz... - Co ty wyrabiasz na moim terytorium? Sięgnęłam po kurtkę, którą rzuciłam na trawnik, kie­ dy zaczynałam kopać, i założyłam ją na grzbiet. Pozwo­ liłam, by Gajusz przez chwilę w milczeniu przyglądał się mojemu dziełu, zanim wyjaśniłam. - Od początku czułam, że muszę coś dla ciebie zrobić, wiesz, strata sześciorga dzieci to prawdziwa tragedia... Mogę sobie tylko wyobrazić, przez co przechodzisz. - Te­ atralnie przyłożyłam dłonie do piersi. - I ta świadomość, że z wampira właściwie tak niewiele zostaje po śmierci... Nawet nie sposób się z nim pożegnać, wyprawić pogrze­ bu, zapłakać nad ciałem, które rozwiewa się prochem na wietrze... Właśnie dlatego pomyślałam, że potrzebujesz czegoś, co ci o nich przypomni. Skoro odrzucasz moją pomoc, to albo sam panujesz nad sytuacją, albo całkiem

straciłeś nad nią kontrolę, ale nie chcesz tego przyznać. Więc by ta szóstka nie odeszła w zapomnienie, oto mój prezent dla ciebie. - Wskazałam wsadzone właśnie brzo­ zy, nie sadzonki, a całkiem dorodne drzewka, które kupi­ łam w szkółce zaprzyjaźnionego zielarza z Sopotu. - Na początku myślałam o symbolicznych grobach, ale to ta­ kie smutne... Miałbyś z okien swojej sypialni widok na cmentarz, a to jednak w złym stylu, prawda? Więc za­ miast tego masz brzozy! Jeśli ta szóstka zamyka sprawę, masz oto zagajnik... Jeśli przez twoje milczenie będą gi­ nąć kolejni, twoje gniazdo będzie w końcu świecić pust­ kami, ale pomyśl, jaki będziesz miał obłędnie piękny las za domem! - zakończyłam z przesadnym entuzjazmem i uśmiechałam się szeroko. Jego mina na długo zostanie w mojej pamięci. Gdy szczęka opada w oszołomieniu, nic nie bawi tak, jak para ostrych kłów, wystających spod górnej wargi. Ga­ powata mina nie przystoi wampirom, wyglądają strasz­ nie głupio z rozdziawionymi ustami. Kręcił głową, jakby w duchu powtarzał sobie, że to się nie dzieje. Nie wsa­ dziłam właśnie sześciu drzew na jego podwórku. Nie mogłabym. Otrzepałam ubrudzone ziemią dłonie. - Czy ktoś chciałby zmówić modlitwę? Albo może urządzimy wieczorek wspomnień o zmarłych? Każdy z was musiał to głęboko przeżyć, wasze życie trwa tak długo, że śmierć zawsze jest szokiem - kontynuowałam tonem terapeuty, zwracając się do przyglądających się nam z boku wampirom. Chyba spodziewali się, że za chwilę Gajusz rzuci się na mnie, i nie rozumieli, jak mogę zachować spokój. - Ale nie jesteście z tym sami, panie

i panowie, jako mistrzyni zaprzyjaźniona z waszym mi­ strzem, czuję się zobowiązana, by wam pomóc. Gajusz nie wytrzymał. Wrzasnął w niebo, chwytając się za skronie. - Nie potrzebują żadnej terapii! To wampiry, do cho­ lery! - wrzasnął na mnie. - Dlaczego nie możesz po pro­ stu pilnować swojego nosa i nie dasz mi spokoju? - Kuszące, ale nie, Gajuszu - uśmiechnęłam się słod­ ko - moim obowiązkiem jest pilnować, by nasza spo­ łeczność miała się świetnie. Po to powstała rada mię- dzygatunkowa, prawda? Po to, na waszą zresztą prośbę, zostałam pośrednikiem, skoro jako jedyna mam więzi z każdym z gatunków. Dzielę moją lojalność między ma­ gicznych, wilki i wampiry. I nie podoba mi się, że z jakie­ goś powodu giną te ostatnie. Nie po to ratowałam was przed wojną, szaloną Badb i stukniętym Lokim, byście teraz umierali mi pod nosem. Dyskretnie przypomniałam mu swoje zasługi dla jego gniazda. Cholera, czemu nie może być jak Olaf? „Dora, honorowa Alfo, twoje życzenie jest dla mnie pra­ wem. Co tylko chcesz, Cahan Rhiamon, potrzebujesz broni, lewych dokumentów, samochodu, miejsca do ży­ cia dla szczeniaka, z którym nie masz co zrobić?" Za­ dzwoń do swojego zaprzyjaźnionego Alfy. Wszystko załatwi bez zbędnych pytań i jeszcze zasugeruje, że po­ maganie ci jest nie tylko jego obowiązkiem, ale i przy­ jemnością. Ucz się, Gajuszu, jak okazywać wdzięczność! Nie wyglądał teraz na szczególnie wdzięcznego. Może fantazjował o tym, jak miło byłoby mnie jednak wyssać, ale to nie wchodziło w grę. Pomijając fakt, że nie da-

łabym się wyssać bez walki, a tę raczej na pewno bym wygrała, samo podniesienie na mnie kła wpędziłoby go w polityczny koszmar. Miałam za wielu przyjaciół, za wiele więzi, by uszło mu to na sucho. I choć nie był tak praktyczny jak Roman, nieśpieszno mu było do kłopo­ tów. - Wejdźmy do środka - powiedział przez zaciśnięte zęby. - Porozmawiamy. - Jesteś pewien? Z rozpędu mogłaby ci urządzić skal- niaczek, kamienie już są. - Miron uniósł brew w ironicz­ nym uśmieszku. Bydlę, moje było na wierzchu, wygrałam zakład, ale musiał mi jeszcze podokuczać. Zignorowałam go, wie­ dząc, jak tego nie lubi. - Wspaniale. - Wyszczerzyłam się i wytarłam dłonie o nogawki czarnych dżinsów. - Na dniach dostaniesz rachunek za drzewa, Gajuszu, wystawiony przez firmę Jawora, bądź uprzejmy zapłacić. Sześć dorodnych brzóz to niemały wydatek, trochę za duży na moją kieszeń, ale nie na kieszeń Księcia Wam­ pirów. Warknął, ale nie zaprotestował. W końcu drzewa rosną na jego działce, prawda?

Zzewnątrz Trumna wygląda niezbyt ciekawie, duża, masywna bryła budynku niemal całkowicie pozba­ wionego okien. Fantazja architekta nie poniosła, Trum­ na przywodziła na myśl raczej magazyn czy bunkier niż luksusowy bar wampirzy i siedzibę największego gniaz­ da na północy Polski. Wystarczyło jednak przekroczyć próg, by zrozumieć, jak bardzo mylne było to wrażenie. Wnętrze urządzone było ze swobodą kogoś nieliczą- cego się z pieniędzmi, mającego niezły gust, umiłowa­ nie do antyków i ciągoty do manifestowania przepychu. Brak okien nie przytłaczał, pomieszczenia oświetlały ży­ randole migoczące kryształkami i lampy naftowe - pło­ myki zabezpieczone szklanymi bańkami nie były dla wampirów zagrożeniem, a wydaje się, że lubiły światło, jakie dawał żywy ogień. Większość z nich urodziła się i żyła przed rewolucją przemysłową, światło elektryczne było dla nich zbyt zimne, zbyt jasne. W miękkim, cie­ płym blasku połyskiwały satynowe i aksamitne zasłony i draperie, okrywające ściany baru. Wielkie lustra w zło­ tych ramach zwielokrotniały tylko ten blask i zdawały Rozdział 2

się powiększać lokal do rozmiarów sali balowej. Nie mu­ szę chyba wspominać, że wszystkie wampiry odbijały się w lustrzanych powierzchniach? Wiele legend i podań lu­ dowych zawiera w sobie sporo prawdy, ale akurat w tych o wampirach najwięcej było przekłamań. Podejrzewam, że sami je rozsiewali. Miejsca przy stolikach zapełniały się stopniowo, gdy zajmowali je ci, którzy przyszli z nami, i ci, którzy do­ piero się przebudzili. Gniazdo Gajusza liczyło dobrze po­ nad setkę wampirów, ale oczywiście nie wszystkie z nim mieszkały. Na stałe w Trumnie przebywało piętnaście wampirów. Gajusz miał wiele innych domów, a kilku z jego synów miało własne rodziny, podległe oczywi­ ście Księciu. Nie wiedziałam, dlaczego właściwie nie było tu, prócz Teresy, wampirzyc. Mówcie, co chcecie, ale nie wierzę w grupy jednopłciowe. To się nie sprawdza. Sta­ do złożone z samych kobiet jest tak samo złym pomy­ słem, jak to złożone z samych facetów. Musi być jakaś, niekoniecznie dosłownie, równowaga. U Gajusza jej nie było. Zanotowałam w pamięci, by podpytać o to Joachi­ ma. Gajusz raczej nie odpowiedziałby mi na tak bezpo­ średnie pytanie. W powietrzu wyczuwało się jakieś napięcie, szepty przy stolikach miały intensywność brzęczenia ula. Raz po raz chwytałam spojrzenia, szybkie, zaniepokojone. Źle się tu działo. Nie tylko Joachim się bał. Odruchowo poklepałam mojego syna po ramieniu. Stał pół kroku ode mnie. Jedną z konsekwencji tego, że jesteśmy zwią­ zani, że jestem jego matką, był przymus dotyku. Nie było w tym nic seksualnego, po prostu oboje czuliśmy się lepiej, gdy się dotykaliśmy. Wawrzyniec był nieco bar-

dziej powściągliwy, może nieśmiały, ale i on zawsze był blisko, kiedy pojawiałam się w okolicy. Nie minął rok, odkąd porwał ich mag, którego wyśledziłam i z pomo­ cą Joshui unieszkodliwiłam. Właśnie wtedy, widząc ich niemal umarłymi, czy raczej w ich przypadku - ostatecz­ nie umarłymi - dałam im swoją krew i magią zmusiłam ich serca do bicia. Nie wiedziałam, że nie tylko ratuję im życie, ale też zrywam ich więzi z dotychczasowym mi­ strzem - Gajuszem. Niewiele wiedziałam o ich prawach i zwyczajach. Przed sprawą maga unikałam wampirów i za skarby świata nie pojawiłabym się w Trumnie z włas­ nej woli. Bałam się ich, nie bez powodu - magiczna krew była dla nich przysmakiem, słodziutka i musująca ma­ gią kusiła nieco bardziej, niżbym chciała. A ja jakoś ni­ gdy nie miałam fantazji o zostaniu dobrem konsumpcyj­ nym. Nie przepadałam za wampirami. Ale nie mogłam pozwolić, by Joachim i Wawrzyniec zginęli. Byli dobrzy, co w wampirzym świecie oznacza tylko tyle i aż tyle, że doskonale kontrolowali swoje bestie, nie zabijali, nie szli ścieżką przemocy, poza tą, jaka wpisana była nierozłącz­ nie w ich jestestwo. Uratowałam ich, a tym samym nie­ świadomie znów wpędziłam w poważne kłopoty. Przeze mnie zostali uwięzieni i głodzeni miesiącami przez Gaju- sza, który liczył na to, że więź, jaka powstała, gdy odda­ łam im swoją krew, zniknie. Zginęliby, gdybym znów nie znalazła sposobu na wyrwanie ich z niewoli i przekona­ nie wampirów, że jestem w jakiś pokrętny sposób do nich podobna i nie ma przeszkód, bym sama została wampi- rzą mistrzynią dla Joachima i Wawrzyńca. Zawiązali­ śmy pełny pakt z obustronną wymianą krwi. Wampiry nie byłyby zapewne tak chętne do elastycznego sposobu

myślenia, gdyby nie fakt, że mnie potrzebowali i istniała szansa, że zdołam powstrzymać Armagedon - prowoko­ waną przez Lokiego wojnę wampirów, wilków i magicz­ nych. Lęk o własne tyłki poluzował nieco nacisk na tra­ dycję, prawo i definicję wampiryzmu. Zresztą, czyż i ja, po tym jak mag właściwie zabił moje ludzkie ciało i za­ częłam być w pełni stworzeniem animowanym magią, nie jestem nieumarła jak oni? Czyż żywiąc się przez lata ludzką energią, nie byłam, jak oni, czymś między paso­ żytem a drapieżnikiem? Nie mówiąc już o tym, że wedle teorii tylko wampir może ożywić i przywiązać do siebie inne wampiry. Hej, to daje nieco do myślenia. Moja ro­ dzina powiększyła się więc nieco, obok Anioła Stróża, diabła, czorta i nekromantki miałam nagle wampirzych synów. A później doszły jeszcze wilki... to długa i zna­ na już historia. Rozglądałam się po zgromadzonych, zastanawiając się, czy brakuje kogoś ze znajomych. Wiedziałam, że wampiry giną, szóstka to całkiem sporo, ale nie wie­ działam, kim były ofiary. Ani co właściwie się działo. Rozpoznałam Teresę, zachwycającą jak zawsze, delikat­ ną piękność z porcelanową cerą i fiołkowymi oczami, narzeczoną Joachima, więc... hm... jakby moją synową? Nie, ludzkie terminy i rodzinne hierarchie raczej się nie sprawdzały w nadnaturalnych grupach. Była Seneszalem Gajusza, jego prawą ręką, jak Joachim moją. Kaden, wy­ soki i ciemnowłosy wampir, trzeci w gnieździe, był kie­ rownikiem sali i barmanem Trumny. Ubierał się ze swo­ bodną elegancją lat trzydziestych - dziś były to miękkie zamszowe bryczesy, wysokie buty do konnej jazdy, bia­ ła koszula i kamizelka - ale był to wyraz jego gustu, nie

sentyment do czasów, w których żył jako człowiek. Gdy­ by miał się ubierać wedle mody swych ludzkich lat, mu­ siałby nosić marynarki o kroju siedemnastowiecznego szustokoru. Opierał się swobodnie o bar, ale jego spoj­ rzenie było czujne. Nie widział mojego małego przedsta­ wienia za domem, ale wiedział, czemu tu jestem. Był za bystry, by nie wiedzieć. Kilka innych twarzy pamiętałam, ale właściwie nie znałam ich. Kiwnęłam głową w stronę Wawrzyńca i Mi­ łosza, siedzących na kanapie w rogu, Kadena i Teresy. Czekałam, aż Gajusz zdecyduje, co właściwie chce osiągnąć. Mogłam z nim rozmawiać tu i teraz, ale czu­ łam, że delikatniej byłoby pogadać z nim bez świadków. Tyle że to musiało wyjść od niego. Był na swoim teryto­ rium, a ja tylko gościem. Skoro łamałam masę poważ­ niejszych przepisów, zwykle bez woli łamania ich, mog­ łam chociaż przestrzegać zasad dobrego wychowania. - Chodźmy do loży - powiedział w końcu Gajusz. Jego mina mówiła jasno, nie był tym zachwycony. Spoj­ rzał na Joshuę i Mirona i dodał ostrożnie: - Byłoby lepiej, gdyby twoi przyjaciele zostali na dole. - Dlaczego? - zapytałam, zwalczając odruchową po­ trzebę powiedzenia, że nie ma mowy. Skrzywił się lekko. - Dla mojego komfortu psychicznego, możesz to dla mnie zrobić? Domyślam się, że i tak im wszystko po­ wtórzysz, ale nie czuję się dobrze, zdradzając nasze ta­ jemnice obcym. Przygryzłam wargę. Nie byli obcy, byli najbliższymi mi istotami. I od dawna byli już wtajemniczeni w wam- pirzy świat, byli ze mną nawet podczas Konklawe. Ale

byli też z innego systemu, a rozejm był delikatny. Skinę­ łam w końcu głową. - Zgoda - powiedziałam cicho. Miron drgnął nie­ przyjemnie zaskoczony. - Moi partnerzy zostaną tutaj, skoro chcesz rozmawiać ze mną jak mistrz z mistrzynią. Chłopcy nie byli zachwyceni. Nie ufali za grosz Gaju- szowi. Nie bez powodu. Posłałam im uspokajające spoj­ rzenie i lekki uśmiech. Wsunęłam dłoń pod ramię Joachima. Przy spotkaniu z Gajuszem wolałam mieć świadków. - Chodźmy, Gajuszu. Przez chwilę mierzył spojrzeniem Joachima, ale nie miał możliwości zmusić mnie, bym go nie zabierała. Jako mistrzyni miałam do tego prawo, był moim Sene­ szalem. Teresa w lot pojęła mój zamysł i zrobiła krok w stronę swojego mistrza. Etykieta wampirza jest tylko nieco mniej skomplikowana niż protokół dyplomatycz­ ny. Coś jak z wizytami prezydentów, gdy jeden przywozi pierwszą damę, drugi nie może powiedzieć, że jego aku­ rat ma katar i wolałaby zostać w domu. Skoro ja szłam na rozmowę z Seneszalem, ona automatycznie musiała iść z Gajuszem. To też średnio mu się podobało, ale podał jej ramię i przeszliśmy krętymi schodkami do jego loży. Pomieszczenie było niewielkie, mieściło dwa fotele i kanapkę, niewielki dębowy stolik. Zasłony z aksamitu, obicie mebli i poduszek, tekstylne tapety na ścianach - wszystko było utrzymane w kilku odcieniach fioletu. Nie wiedziałam, czy to był żart Gajusza, czy naprawdę uwa­ żał, że kolor ten - wedle magicznej tradycji symbolizują­ cy człowieczeństwo - pasuje do niego bardziej niż inne. Usiadłam na fotelu, Gajusz zajął miejsce naprzeciw mnie,

a nasi Seneszale zajęli kanapkę, zerkając na nas nieco niespokojnie. Cóż, poważny konflikt między mną a Ga- juszem odbiłby się na nich mocno. Niezależnie od tego, co czuli do siebie, ich lojalność w pierwszym rzędzie na­ leżała do mistrzów. I o ile mnie nie przyszłoby do gło­ wy stawać im na przeszkodzie, to Gajusz nie był takim romantykiem. Milczałam. To on powinien zacząć. Ale zbierał się do tego powoli. Szmer rozmów z dołu, z głównej sali Trumny, docierał przez rozchylone kotary loży. Czułam obecność Joshui, niepokoił się. Posłałam mu uspokaja­ jące myśli. Coś w twarzy Gajusza, jakby nieoczekiwanie obnażona słabość, zmęczenie, sugerowało mi, że napraw­ dę potrzebował pomocy. - Przyjechałaś odwiedzić synów? - zapytał w końcu dziwnie zrezygnowanym głosem. Odgarnęłam kosmyk włosów za ucho, nie spuszcza­ jąc Księcia z oczu. Próbowałam mu już to wyjaśnić, ale niemal wyrzucił mnie z Trumny. Wtedy krzyczał i był rozjuszony, teraz wydawał się przygaszony. Minęło tylko kilka godzin. Co się zmieniło? - Także i po to. Niepokoiłam się. - Czym? - Wyczułam zdenerwowanie Joachima. I nawet nie waż się sugerować, że mój syn histeryzuje, bo oboje wie­ my, że to nieprawda. Dzieje się coś złego. Przez chwilę nic nie mówił, jakby rozważał moje sło­ wa. - Chciałbym ci wierzyć, wiedźmo. To głupie i naiwne, nie przystoi komuś, kto żyje tak długo jak ja, ale chciał­ bym ci móc zaufać.

Nie brzmiał jak on. Nie był aroganckim dupkiem, nie ciskał się, nie wrzeszczał. - Wydaje mi się, że dowiodłam ci już, że można mi zaufać. Milczał. Zmęczenie na jego twarzy przerażało mnie. Jak źle było? - Gajuszu, czego się obawiasz? Że przyjechałam, by ci zaszkodzić? Wykorzystać twoje kłopoty dla odebrania ci gniazda? Zabicia cię? Gwałtownie uniósł głowę i spojrzał na mnie czujnie. Tak, właśnie tego się obawiał. W tym świecie nie oka­ zuje się słabości, bo zbyt wielu mogłoby ją wykorzystać. Westchnęłam. - Zapominasz, że mamy sojusz, nie jesteśmy może przyjaciółmi, ale nie jesteśmy wrogami. Nasze losy są związane. Nie wystąpię przeciw tobie, chyba że sam zde­ cydujesz, by było inaczej. Masz moje słowo, że nie przy­ byłam tu ze złymi zamiarami, przeciwnie. Znasz mnie, od najlepszej i od najgorszej strony. W głębi duszy wiesz już, czego się po mnie spodziewać, nie zawsze jest to coś, co ci się podoba, ale wiesz, że nie jestem typem skryto­ bójcy czy konspiratora. Gdybym chciała cię zabić, nie proponowałabym pomocy, ale wyzwała cię na pojedy­ nek lub cierpliwie poczekała, aż to, co się dzieje, pociąg­ nie cię na dno. Wahał się, ale jakiś blask w jego ciemnych tęczów­ kach świadczył, że mój wywód go przekonuje. - Masz kłopoty, coś złego dzieje się w twoim gnieź­ dzie. Pozwól mi pomóc, może razem znajdziemy spo­ sób, by zapobiec kolejnym stratom - powiedziałam miękko.

Potarł twarz dłonią w dziwnie ludzkim geście. Ski­ nął w końcu Teresie, a na jej twarzy natychmiast zakwit­ ła ulga. - Zaczęło się pięć tygodni temu - powiedziała. - Jak dotąd zginęło sześć wampirów, w różnym wieku, najstar­ szy miał dwieście lat, najmłodszy niespełna pięćdziesiąt. Nie zostało po nich zbyt wiele. Wyszli na słońce. Jęknęłam. - Sami? Teresa zrozumiała, o co pytam. - Nie było świadków, nie wiemy, czy ktoś ich zmusił ani w jakim byli stanie, nim spotkali się ze słońcem. Nie wiemy nawet, czy żyli wtedy... W ciągu dnia większość z nas śpi. Gajusz wyczuł, jak ich esencja odchodzi. Spojrzałam na mistrza ze współczuciem. - Czy odbierałeś coś od nich, zanim to się stało? Pokręcił głową. - Wiesz, że więzi między mistrzem a jego gniazdem zależą od talentów, jakie noszą mistrzowie. Ja nie wyczu­ wam moich wampirów jak ty, wiem, że czujesz strach czy niepokój Joachima, słyszałem, że pożywiał się dla ciebie i wasza więź jest niesamowicie silna. To dość wyjątko­ wa sprawa i wynika ściśle z twoich talentów, normal­ nie takie odczucie więzi możliwe jest między mistrzem a dzieckiem po dziesiątkach lat razem i tylko jeśli mistrz jest silny i stary. Moim darem jest przekazywanie emo­ cji, mogę sprawić, że będziesz się trzęsła ze strachu i ze­ chcesz uciec, ale nie poczuję tych emocji od ciebie. Czy­ tam w myślach, nie w uczuciach. Skrzywiłam się lekko. Nie lubiłam, gdy ktoś mi to ro­ bił. Ale nie czas o tym myśleć, przywołałam się do po-

rządku, muszę zdobyć informacje, póki ma chęć mi ich udzielić. Lata pracy w policji nie poszły na marne, sko­ ro mogłam przesłuchiwać świadków i sprawców prze­ stępstw w ludzkim świecie, poradzę sobie z tym rów­ nież w magicznym. Przywołałam mój profesjonalny ton detektyw Wilk. - Domyślasz się, co się może dziać? - Dogasanie - powiedział smutno. Joachim drgnął i spojrzał na mnie z wyraźną dez­ aprobatą. Nie zgadzał się z teorią Gajusza. - Czy zmarli przejawiali wcześniej objawy dogasa­ nia? - zapytałam wprost. Była to wampirza wersja de­ presji, przygaszenia, jakby skończyła się w nich wola ży­ cia. - Nie wiem - powiedział - nie jest to coś, z czym dumny wampir się obnosi. Cóż, a Gajusz chyba nie był wampirem, który prze­ sadnie interesuje się stanem emocjonalnym swoich pod­ danych. Pamiętam, jaki był zaskoczony, gdy Teresa po­ wiedziała o związku Wawrzyńca i Miłosza, byli ze sobą ponad rok, a on nic nie zauważył. - Gajuszu, sześciu w pięć tygodni, nie obraź się, ale jakoś epidemia samobójstw nie wydaje mi się wiarygod­ na. Wzruszył ramionami. - Posłuchaj, spróbuję się dowiedzieć, na czym polega problem. Rozejrzę się, popytam. Pozwolisz twoim wam­ pirom rozmawiać ze mną całkiem szczerze? - To był wa­ runek konieczny do tego, by dochodzenie nie ugrzęzło za pierwszym rogiem. Przytaknął.

- Nie będę ci zabraniał. Po tej szopce z brzozami, gdybym odrzucił twoją ofertę, a ginęliby następni... Tak, wiedziałam, co robię. Mały szantażyk emocjo­ nalny. Wampiry są posłuszne mistrzowi, ale mają też in­ stynkt samozachowawczy, którego nie należy lekceważyć. - Czy to dotyczy tylko twojego gniazda? - Nie wiem. - Drgnął lekko. - W Trójprzymierzu są jeszcze inne gniazda? - Jedno, podporządkowane mnie. Kilka domów, kil­ ku samotników na lennie... - Słyszałeś, by i tam działo się coś niepokojącego? - Nie mówimy o takich rzeczach... - Tak, wiem, tajemnice i ukrywanie słabości. - Wes­ tchnęłam. O ile prostsze byłoby moje życie, gdyby ludzie się ze sobą komunikowali... - Wygląda na to, że ja i mój syn złożymy kilka wizyt sąsiedzkich. Jeszcze jedno, Ga- juszu... Czekał z lekką rezygnacją w oczach. - Jeśli to się okaże potrzebne, a tak właśnie sądzę, wezwę do pomocy moich przyjaciół, nawet nie wampi­ ry, może zwłaszcza nie wampiry. Sądzę, że potrzebne są straże za dnia, przynajmniej do czasu, aż się dowiemy, co dokładnie się dzieje. Oznacza to, że będę musiała wpro­ wadzić kogoś na twoje terytorium, zgadzasz się? Skrzywił się, jakbym mu kazała wypić tran. - To wampirze sprawy, wiedźmo. - Tak, wiem, ale jeśli chcesz, by za rok w tym miej­ scu wciąż toczyły się jakieś wampirze sprawy, a nie hulał smutno wiatr, to chyba lepiej spuścić nieco z tonu i przy­ jąć każdą pomoc. Biorę to na siebie, nie będziesz im nic dłużny - dodałam, wiedząc, że wolałby sobie odgryźć

stopę, niż mieć dług u wilków czy magicznych, a to o nich myślałam. - Czemu to robisz? - Bo tak trzeba. I dawno nie powstrzymałam żadnej katastrofy, mój kompleks zbawcy doskwiera mi równie mocno, jak głód adrenaliny. - Uśmiechnęłam się szero­ ko, widząc zdumioną minę Gajusza. - Masz moją zgodę. Wstałam i wyciągnęłam do niego rękę. - Cieszę się. Poradzimy sobie, mistrzu, z czymkol­ wiek mamy do czynienia. Uścisnął moją dłoń, a przez twarz przepłynął mu szybko cień. - Joachim przygotował dla was pokoje. Czuj się swo­ bodnie - powiedział z lekkim uśmieszkiem. - Informuj mnie na bieżąco. I, wiedźmo... - Przez chwilę wyglądał tak, jakby zamierzał powiedzieć coś tak zaskakującego w jego ustach, jak „dziękuję", ale nie przeszło mu to przez gardło, więc tylko uśmiechnął się z przekąsem i dokoń­ czył: - To, że ja przywykłem już do twojej... niechęci do etykiety, nie znaczy, że dla każdego wampira twój strój będzie do zniesienia. Zwłaszcza w gnieździe Marietty ra­ dziłbym zachować nieco wierności tradycji. W ten subtelny sposób Gajusz wypomniał mi, że sto­ ję naprzeciw niego w dżinsach, koszulce z napisem „Ma­ gic inside" i kurtce, noszących na dodatek ślady ziemi po wykopkach za domem. Wedle wampirzej etykiety po­ winnam, jako kobieta, nosić sukienki. Nie byłam pew­ na, czy spakowałam choć jedną, poza tym nie lubiłam sukienek. Ciężko się w nich bić. Mogłam założyć kiec­ kę na herbatkę u królowej, ale takie zaproszenia jakoś

mnie omijały. Wampiry chyba muszą się przyzwyczaić do mojego stylu. Skinęłam tylko głową i opuściliśmy z Joachimem lożę. Podtrzymywałam się lekko ściany, gdy schodziliśmy po krętych schodach. Mój zmysł równowagi nigdy nie był lepszy, ale na schodach było dość ciemno, a stopnie były wąskie, z jednej strony zwężały się do kilku centyme­ trów. Joachim szedł przede mną, jakby gotów w razie cze­ go asekurować mój upadek. Uśmiechnęłam się w duchu. * Joachim wprowadził mnie do apartamentu i w napięciu czekał na moją reakcję. Rozejrzałam się i westchnęłam w oszołomieniu. Błękitne ściany, zasłony w biało-błękit­ ne pasy, narzuta na łóżku i poduszki w kilku odcieniach niebieskiego, od błękitu śpioszków, kupowanych małym chłopcom, przez kobalt po mroczny błękit pruski, ko­ lor kojarzący się z mundurami, białe meble, beżowe fo­ tele i kanapa. Joachim, bo niewątpliwie on był autorem tej aranżacji, postarał się i odgadł moje ulubione kolo­ ry. Mogłam się w tym apartamencie poczuć naprawdę u siebie. Zapach bzu i jaśminu przyjemnie podrażniał mój nos, bukiety stały w kilku szklanych turkusowych wazonach. - Jest też wnęka kuchenna - poprowadził mnie, po­ kazując stół, blat i pełną lodówkę - poprosiłem jednego z renfieldów o zrobienie zakupów... Podoba ci się? Uśmiechnęłam się promiennie. - Zaskakujesz mnie, Joachimie, to jest wspaniały po­ kój i naprawdę trafiłeś w mój gust.

Odwrócił głowę jakby speszony i zamruczał coś, czego nie dosłyszałam. Poprosiłam, by powtórzył. Wes­ tchnął nieco zrezygnowany. - To przez więź, nie było trudno trafić w twój gust, bo... udziela mi się. To bywa irytujące, na szczęście nie masz jakichś chorych upodobań. - Wyszczerzył kły. - Choć zajęło mi chwilę, nim zrozumiałem, dlaczego nagle lubię niebieski albo czemu ciągnie mnie na plażę, mimo że mieszkam tu prawie sto lat i dotąd morze zupełnie mnie nie interesowało. I zapachy... chyba nigdy dotąd nie byłem na nie tak wrażliwy... Ale twoje upodobania alkoholowe wkurzają mnie bezgranicznie. Nie wiem, co złego jest w porządnym kuflu piwa? Zachichotałam. Słyszałam już to pytanie. Ale nagle spoważniałam. - Przepraszam, Joachimie, to w jakiś paskudny spo­ sób ogranicza twoją wolność... - Wampiry nie mają wolności, moja droga, mają mi­ strzów - skrzywił się w uśmieszku, ale nie było w jego oczach złości - z tobą nie jest źle, a zmiany... one też nie są złe. Jest mi dobrze, jestem szczęśliwy, Teresa mówi, że bardziej się cieszę małymi rzeczami niż kiedykolwiek, choć ostrzega, że odziedziczyłem po tobie skłonność do pakowania się w nie swoje sprawy. - A ona? Nie jest zła? Że nie jesteś już wampirem Ga- jusza, tylko moim? Spojrzał na mnie uważnie, nie rozumiejąc przez chwilę, o co mi chodzi. - Och, chodzi ci o to, czy jest zazdrosna? - Gdy nie­ pewnie skinęłam głową, uśmiechnął się szeroko. - Oczy­ wiście, że nie jest!