wotson

  • Dokumenty43 353
  • Odsłony2 124 262
  • Obserwuję1 423
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 617 661

Anna Manicka - Czula trucizna

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :1.2 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
A

Anna Manicka - Czula trucizna.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion A Anna Manicka
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 21 osób, 24 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 236 stron)

Ilustracje i projekt okładki: Daniel de Latour Redakcja: HelenaŻytkowicz Skład: Piotr Kopszak Copyright ©Anna Manicka 2012 Copyright ©Daniel de Latour 2012 Copyright ©kle 2012 ISBN 978-83-926389-4-0 CIP - Biblioteka Narodowa Manicka, Anna Czuła trucizna / Anna Manicka; [il. Daniel de Latour], - [Warszawa] : Kle, cop. 2012 lesiojot

*** Była złota polska jesień. Na trawnikach przed budynkiem warszawskiej Fundacji Jagiełły leżały kolorowe liście, znakomicie zharmonizowane z brązową sierścią dwóch baraszkujących wśród nich jamników. Psy stanowiły własność Fundacji, która zatrudniała je niejako na etacie. Jednym z punktów programu działalności tej instytucji była opieka nad kolekcją dzieł sztuki imienia córki fundatora, która to kolekcja niespodziewanie zaczęła się rozrastać niczym ciasto w cieple. Oznaczało to konieczność wynajęcia strażnika do pilnowania terenu, co, przynajmniej z początku, wydawało się sprawą dziecinnie łatwą. Po przewertowaniu jednak kilku gazet codziennych i paru telefonach okazało się, że byli milicjanci i wojskowi, a także młodzi, uroczy chłopcy, dysponujący odpowiednimi warunkami fizycznymi, żądają pensji godnej idealnej sekretarki „dyspozycyjnej, młodej, obsługa komputera, angielski, prawo jazdy” i tak dalej. W tej sytuacji jedynym wyjściem stał się zakup dwóch odpowiednio hałaśliwych i kąśliwych psów. Wobec ogólnej niechęci do psów obronnych, jaką wzbudziły liczne przypadki pogryzienia przez te psy drażniących je dzieci i maltretujących dorosłych, zdecydowano się na rasę niewzbudzającą strachu w interesantach, za to dostatecznie jazgotliwą. Na tyłach głównego budynku Fundacji — różowo otynkowanej willi w stylu dworkowym — była mała kawiarenka. Prowadziła ją małżeńska spółka młodych artystów — Kasia i Ksawery Irwicz-Lyttenowie. Oprócz tego wjednej z oficyn mieścił się punkt ksero, a w drugiej magazyn hurtowni książek o tematyce parapsychologicznej. Przed bramą stale siedziała Rumunka z małym, bardzo brudnym dzieckiem. Czarnowłosy chłopczyk albo spał na rozłożonej na ziemi kurtce, albo penetrował okoli- cę, zaczepiając przechodniów. Nie zapuszczał się jednak nigdy na teren Fundacji ze względu na strzegące go psy.

Tego ranka przed bramę zajechał poobijany jak ulęgałka brązowy renault twingo, z którego wysiadła zamaszysta, żywa kobieta o siwej czuprynie i młodym spojrzeniu. Wyszarpnęła z tylnego siedzenia obszerną torbę, machnęła Rumunce przed nosem statywem i jakimś rulonem, i nagle zatrzymała się w biegu, uważnie przyglądając się fasadzie budynku. — Ale to spieprzyli, Misiulku? Nie uważasz? Młody chłopak wyciągający z samochodu dalsze torby i jeszcze jeden statyw, pokiwał głową. — Co spieprzyli, pani Jadwigo? — No ten, jak mu tam, fronton! Wściec się można. Na schodach willi pojawiła się elegancka panienka w lnianym szmaragdowym kostiumiku. Panienka nazywała się Joasia i była sekretarką. — No i co, jest ta pani Wujeńska? — zapytała Jadwiga bez wstępów. — Leży... już przygotowana... — Jak to leży? Śpi? Przecież umawiałyśmy się, że będę o dziesiątej! — Ale już jest jedenasta. Proszę do środka... Może coś pomóc? — Nie, dziecko, tylko znajdź mi panią Wujeńską... — Ale... ona już nie żyje... — Nie żyje? — wytrzeszczyła oczy Jadwiga. — Zaraz, dziecko kochane, ktoś tu zwariował, najpewniej ja. Gdzie jest pani Wujeńska? — Leży przygotowana dla pani ... — I niby co, mam jej zrobić maskę pośmiertną? — Nie... zdjęcia! Proszę, tu stoją gwasze — mówiła panienka, którą dopingował do pośpiechu dzwonek telefonu w sąsiednim pokoju. — A tam jest dar pana Rzeszowskiego dla Muzeum Sztuki Nowoczesnej, to znaczy Muter i Gwozdecki, i jeszcze proszę, żeby pani zrobiła dokumentację tych dwóch obrazków na ścianach, to znaczy tej chaty z malwami i portretu, jest tam za panią. — Co? — zapytała nieuważnie Jadwiga, rozpakowując sprzęt. — A pani Wujeńska? — Tutaj stoi! — zawołała panienka z rozpaczą. — Ja muszę do

telefonu... — A ja muszę siusiu! Rozpakuj resztę, Misiaczku! W drzwiach pojawiła się wysoka i szczupła dziewczyna o smutnej twarzy, chociaż miała na imię Felicja, a więc sądząc po imieniu, powinna być osobą szczęśliwą. — Pani Wujeńskiej nie ma, będzie za godzinę. — To dlaczego ta idiotka mówiła, że umarła? — No bo umarła, to znaczy Wojeńska umarła i zostawiła nam w spadku Stryjeńską... a nie Wujeńską. Pani Wujeńska, Wu! Wu-jeńska! pojechała do banku. — Zamienił stryjek siekierkę na wujek, tfu! na kijek. Wczoraj po południu do mnie dzwoniła. — Stryjeńska też umarła — zauważyła spokojnie Kasia, malując usta na fioletowo. — Kto umarł? — zapytał z ciekawością bCsawery, ale pani Jadwiga zamachała rękami. — Dosyć, nawet jeśli umarła, musicie mi zapłacić, kolorów nie popuszczę. Które to, to pod ścianą? Stryjeńska? Ach, Tańce polskie! Misiulku, zakładaj film! Historia Petera Rzeszowskiego Peter Rzeszowski był już lekko zmęczony. Od dwóch godzin konferował na temat promocji ostatniej książki swojego siostrzeńca, Izaaka Leidena. Książka ta, wydana wspólnie przez Muzeum Sztuki Nowoczesnej, Muzeum Narodowe i Idaho Press, dotyczyła sztuki żydowskiej w przedwojennym Lwowie. Wistocie była to publikacja interesująca i dobrze zilustrowana. Jednak, zdaniem Petera, polscy wydawcy nie dołożyli wszelkich możliwych starań, by książka została dobrze zareklamowana, a przecież można było zarobić na niej znacznie więcej niż do tej pory. Gdyby bowiem zwiększono nakład o tyle a tyle egzemplarzy, a cenę jednostkową o co najmniej tyle a tyle dolarów (niezależnie od polskich standardów cenowych), dochód współwydawców mógłby wzrosnąć o tyle a tyle, nie wspominając o honorarium wypłacanym dodatkowo przez

Idaho Press i niewymiernych korzyściach, wynikających z prezentowania całemu światu niezafałszowanego obrazu tragedii żydowskiej w Polsce. Na koniec, po długiej rozmowie, z której nic nie wynikało, sekretarka podała kawę z croissantami. Kazimierz Ogranicki, dyrektor Muzeum Sztuki Nowoczesnej, westchnął cicho. Dyrektor Muzeum Narodowego zaproponował Peterowi zwiedzenie jego Muzeum w towarzystwie jednej ze swoich pracownic, na co ten przystał bez specjalnego entuzjazmu. Po chwili w gabinecie dyrektora pojawiła się Elżbieta, młoda dziewczyna w luźnej brązowej sukni, ze sznurkami koralików wplecionymi w warkocze. Po kolejnej godzinie wypełnionej zwiedzaniem Peter z ulgą przyjął wiadomość, że jego przewodniczka musi odejść do telefonu. Oparł się o szeroki parapet jednej z galerii i apatycznie przyglądał się ustawionym na podeście manekinom Magdaleny Abakanowicz, kiedy nagle uderzył go zapach terpentyny płynący zza obitego płótnem ekranu. Podszedł do niego bliżej i nagle zrobiło mu się gorąco. Poczuł, jak bohater Prousta po zjedzeniu magdalenki, że na widok niewielkiego obrazka opartego na sztalugach, otwiera mu się w pamięci jakaś dawno zamknięta klapka... „A więc to ona, ciocia Marynia, tak do niej mówił, a potem w obozie mówił: mamo, mimo że serce się w nim ściskało z tęsknoty za matką... Kiedy na rampie dworcowej jakaś staruszka wykrzykiwała głośno: »Walewscy! Walewscy!« i kiedy ten esesman odsunął drzwi wagonu, myślał, że mu pozwoli wyjść razem z nimi, ale Niemiec odepchnął go tak, że wpadł na jakąś kobietę, która mimo kurzu i upału pachniała wodą kolońską. Pani Walewska odwróciła się jeszcze i rzuciła na niego rozpaczliwe spojrzenie. Esesman niecierpliwił się coraz bardziej, widać było, że się boi, by ktoś nie zauważył całej tej operacji i jeszcze moment, a wepchnie całą czwórkę z powrotem do wagonu, ze staruszką łącznie. Wtedy kobieta pachnąca wodą kolońską przygarnęła go nagle do siebie i powiedziała: »Nie bój się, Zosiu, zaopiekuję się nim wdrodze«. Znacznie później dowiedział się, że ciocia Marynia tuż przed

wojną rozwiodła się z mężem i nie miała nigdy własnych dzieci.

W obozie załatwiła mu dokumenty na swoje nazwisko, tak że nawet wśród współwięźniów uchodził za jej syna. Byli nawet trochę do siebie podobni, ale o niej nikt nie mógł powiedzieć inaczej, jak »typowa aryjka« i pewnie dlatego nikt się nie zastanawiał nad niektórymi niebezpiecznymi cechami jego urody. Ten obrazek... dlaczego właśnie ten obrazek, gdzie on mógł go widzieć, może w ich przedwojennym mieszkaniu, a może u Walewskich, dokąd rodzice oddali go na przechowanie, kiedy już było wiadomo, że będą ich wywozić. Ojciec przyjaźnił się przed wojną z panem Walewskim, który tak jak oni miał fabryczkę guzików. Ten obrazek... ależ tak, wisiał nad kanapą, tapeta była zielono-różowa, jakieś pnącza z różowymi kwiatami, lampa z kryształowymi wisiorkami na biurku. Na honorowym miejscu pyszniły się dwa pastele Wtkacego. No, u nich w domu też wisiał w salonie ogromny pastel, portret matki, też Witkacego, miała na nim takie grube, niezgrabne nogi wprunelkowych pantofelkach. A ten pejzażyk, co wisiał u Walewskich, był taki sam jak ten tutaj. Peter sypiał wtedy na kanapie w przechodnim salonie, co powodowało tę niewygodę, że kładł się spać jako ostatni z domowników. Wtekturowej zasłonie na okno była niewielka szpara, tak że światło księżyca padało akurat na ten obrazek, wysrebrzając pierzaste chmurki nad chłopską chatą krytą słomą. O wschodzie słońca zaś, kiedy się budził, chata jakby stawała w płomieniach’. Kopistka początkowo starała się nie zwracać uwagi na stojącego za jej plecami mężczyznę. Przyzwyczaiła się, że ludzie lubią przypatrywać się jej pracy i zadawać pytania. Spokojnie mieszała farby i wypróbowywała je na płótnie. Kiedy jednak poczuła gorący oddech na karku, zaniepokoiła się. O tej porze na galerii nie było już nikogo. Z ulgą dostrzegła zmierzającą wich kierunku Elżbietę z działu malarstwa polskiego, szła z dyrektorem. Na widok dyrektora Peter oprzytomniał nagle. Obojętnie skinął głową kopistce i zaczął schodzić po schodach.

Poczuł głód, więc postanowił coś zjeść. U Bliklego, jak zawsze

po południu, panował tłok i hałas. Peter Rzeszowski powiesił marynarkę na metalowym wieszaku i rozsiadł się na czarnym, giętym krzesełku. Kelnerka, młodziutka dziewczyna, wyraźnie zmęczona, z kropelkami potu na górnej wardze, podsunęła mu kartę. — Eklerry z krimem, poproszę. Ikawę zkrimem... Położył na stoliku telefon komórkowy i bez zainteresowania popatrzył się na zdjęcia zapełniające wytapetowaną na zielono ścianę. Potem pomyślał, że zdobycie informacji o pochodzeniu obrazka, nie było wcale takie trudne, wystarczyło dziesięć dolarów wsunięte dyskretnie w rękę kierownikowi ekspozycji. Westchnął w głębokiej zadumie nad słusznością powiedzenia, że góra z górą się nie zejdzie... Na schodkach pojawiła się Felicja, zakutana w burą jesionkę, z głową owiniętą zielonkawo-niebieskim szalem. — Jesteś, barrdzo mi miło, barrdzo, pozwoliłem sobie zamówić w twoim imieniu... am... czekaj, one moment... — podniósł ćwierkającą na stoliku komórkę. Yes, of course... Yes... Yesss... No! Absolutely, darling... „I saw a ship a sailing and it was fully loaded with all good things for you”... — zanucił cichutko, nie przejmując się zdumionym spojrzeniem siedzącej obok pary. — I’ve got something special for you. Żona — wyjaśnił przez ramię Felicji. — Of course, I think it’s very important. Bye, darling! — No więc, moja droga, my ubijemy ze sobą biznes. Ja mówię prosto to, co jest. Fundacja będzie pośredniczyć w przekazywaniu daru od Heli dla Muzeum... i za to dostanie jeden obraz... Felicja poruszyła się nerwowo. — Dwa obrazy. Sure. Sure, Darling. Wymiana... internacjonalna... Ja dam dla pana Ogra... Ora...Oranitzky? — Ogranicki — sprostowała godnie Felicja. — Sure. Oran, very brudne miasto. So... on dostanie ode mnie, to znaczy od Heli... — Heli? — Heli Blumsztajn, ona ma galerię w New Jorku. Ale tylko pod warunkiem, że będzie tablica pamiątkowa z napisem!

Fela skinęła głową. Proponowane warunki wydawały jej się zupełnie do przyjęcia i była pewna, że szefowa w pełni to zaakceptuje. Ze smutnym uśmiechem dziobnęła łyżeczką czekoladowy ekler na talerzyku. W ciągu ostatnich paru miesięcy najpierw schudła, a potem przytyła o trzy kilo. Zamyśliła się. — Zależy mi na tym — usłyszała nagle ściszony głos Rzeszowskiego. — Zobaczyłem go przypadkiem i nawet nie przypuszczałem, że to właśnie ty, Fely, jesteś właścicielką... — Właścicielką? — przeraziła się. — Czego? — Tego małego obrazka tam w Fundacji — powiedział przymilnie. — Och! — wykrzyknęła zaszokowana. — Mówi pan o Chacie, czy tak? — Exactly, honey, exactly... Go byś powiedziała na to, żebyśmy ubili ze sobą jeszcze jeden interes? — Jaki interes? Ten obrazek należy do mojej mamy, a poza tym jest w depozycie w naszej Fundacji — mówiła przestraszona. — W depozicie — Peter zmarkotniał, ale po chwili uśmiechnął się. — Ależ Fely, gdzie tu przeszkoda, ty go wycofaj z depozitu i na pewno dojdziemy do porozumienia. — Do jakiego porozumienia?! — wykrzyknęła. — Nie będzie żadnego porozumienia! Poza tym i tak nie mógłby pan go zabrać ze sobą, bo takie są przepisy! On jest sprzed 45 roku! Fela oddychała ciężko, bladła i czerwieniała na przemian. — Fely, kochanie..., dam dobrą cenę. — Nigdy, za żadną cenę! — wykrzyknęła zapalczywie. Chwyciła płaszcz i torebkę, i pobiegła do wyjścia. Muzeum Sztuki Nowoczesnej Muzeum Sztuki Nowoczesnej mieściło się w dziewiętnastowiecznym neorokokowym pałacyku, do którego wiatach dziewięćdziesiątych dobudowano pawilon ze szklanym dachem i takąż wieżą w części północnej, nakrytą rokokowym,

iście wileńskim hełmem. Autorem projektu był młody architekt, wywodzący się z pracowni niegdysiejszego prominenta i twórcy jednego z bardziej kontrowersyjnych osiedli doby gierkowskiej, Andrzej Szary. Przed budynkiem Muzeum parkowały dwie odrapane furgonetki i elegancki granatowy opel. Okna pałacyku były otwarte i z jednego z pokojów dał się nagle słyszeć warkotliwy dźwięk kuranta w nowoczesnym zegarze. Jednocześnie drzwi samochodu po stronie pasażera otworzyły się gwałtownie i z wnętrza wysunęła się powoli noga w bucie z błyszczącą cholewką. W chwilę potem dyrektor Kazimierz Ogranicki jednym susem przesadził niskie schodki i wpadł z impetem do środka. Niespokojnym krokiem przemierzył korytarz, szarpnął klamkę i zaczął zrywać plastełinową plombę. O parę kroków za nim biegła jego żona, sekretarka i kierowca wjednej osobie, z kluczami wjednej ręce i gondolą z niemowlęciem w drugiej. — Dlaczego sekretariat jest nieczynny?! Mówiłem, żeby otwierać wcześniej, dlaczego nikogo nie ma w pracy, to jest lekceważenie, skandal — resztę słów zagłuszyły pośpiesznie zamknięte drzwi. Pani Iza, wykwalifikowana pomoc muzealna, nazywana tutaj laborantką, była kobietą elegancką i zadbaną. Założywszy nogę na nogę, siedziała spokojnie przy swoim stoliku w małym służbowym pomieszczeniu obok magazynu, popijając poranną kawę. Nasłuchiwała przez chwilę, po czym odezwała się do stojącej obok Edyty, patykowatej kierowniczki magazynu obrazów. — Znowu, matoł jeden, urwie plombę i będę musiała dawać nowy sznurek — powiedziała ponuro, zbierając starannie okruchy po kanapce. — A ona z tym dzieciakiem leci za nim, jakby miała do czego. — Bo pani Izo — przerwała jej Edyta — ja teraz będę pani potrzebowała, jak przywiozą te nowe dary ze Stanów. — Edytka — pani Iza wyskrobywała z plastikowego kubeczka resztki kiełków z białym serkiem — ty się tak nie gorączkuj, mnie znowu plecy bolą, dyskopatię mam i zwężenie międzykręgowe, na zastrzyki chodzę, d... mam pokłutą, a ty mi

opowiadasz, jakbym ja w Stanach nigdy nie była. Już ja tych wszystkich Żydów znam, Blumsztajn czy inny Goldberg, jeden diabeł. Jak u takiej jednej pracowałam, to mi żyć nie dawała, tylko latała za mną ze złotą ściereczką i poprawiała: tu, Isa, nie wytarłaś, łoszing połder sypiesz za dużo i tak dalej. Ajak jej mąż wracał, co ani słowa po polsku nie mówił, to włączał mi telewizor, na nią pokazywał, że jędza i skarżył mi się, że dzieci go wykorzystują. Ta ich córka, taki chudy wypierduś, jak z majtek wyszła, to na podłodze zostawiała. To ja te majtki od razu do śmieci wyrzucałam! No — pani Iza wstała ze stęknięciem z fotelika. — Gdzie ci twoi Amerykańcy, Edytka? Amerykaniec pojawił się wpół godziny później. Mr. Peter Rzeszowski w towarzystwie asystenta i nadąsanej Felicji spóźnił się prawie o kwadrans. Dyrektor Ogranicki zdążył już odebrać dwa telefony: jeden z Ministerstwa, drugi z antykwariatu, wypić kawę z croissantem, którego w istocie nie cierpiał, zapalić papierosa, wreszcie zmienić buty. Jego żona Małgosia w tym czasie wypiła swój poranny sok, nakarmiła i przewinęła niemowlę, po czym ulokowała je w zabytkowej drewnianej kołysce. Stolarz, który ją wykonał, musiał wzorować się na słynnym projekcie Stanisława Wyspiańskiego — kołyska stała na zaokrąglonych drewnianych balach i przy najlżejszym poruszeniu hurgotała i trzęsła się, wprawiając w drżenie okoliczne meble. Dlatego zazwyczaj stała pusta, a niemowlę spało smacznie w plastikowym koszu na porcelanę. Jego mama wypisywała w tym czasie pięknym technicznym pismem wizytówki, które miały być powieszone na wszystkich drzwiach. Na widok gości na twarzy Ogranickiego momentalnie wykwitł szeroki, porozumiewawczy uśmiech. Ów uśmiech, ani zachęcający, ani uprzejmy, lecz właśnie porozumiewawczy, był w pełni uzasadniony. Dyrektor nie mówił żadnym innym językiem oprócz ojczystego, ponadto był zwolennikiem spiskowej teorii dziejów, która nie dopuszczała jakichkolwiek naturalnych kontaktów między ludźmi, zastępując je swoistą grą, opartą na skomplikowanym systemie kodów porozumie- wawczych.

Można przypuszczać, że Rzeszowski był cokolwiek złośliwy, odzywając się po angielsku. — Nice to meet you, nice to meet you, may I introduce my assistant... Usłyszawszy słowo „assistant”, pan Ogranicki rozejrzał się natychmiast za Edytką, która oprócz tego, że prowadziła magazyn, pełniła dość często funkcję tłumaczki. — Gdzie pani Korsak, natychmiast przyślij panią Korsak — syknął w stronę żony, uśmiechając się przy tym w kierunku pana Rzeszowskiego, który przeszedł w końcu na język polski. Jego asystent rozpakowywał teczkę z darami powoli, ale metodycznie. Kłęby zużytej taśmy klejącej przywierały do jego spodni i butów, mimo to starannie odkładał zużyte papiery i folię bąbelkową na sąsiednią zabytkową komodę, na której stał faks obok drugiego aparatu telefonicznego. Wreszcie spod podwójnej warstwy papieru silikonowego wyłonił się spory rudo-ultramarynowy pejzaż Meli Muter, a za nim akwarelowy portret damy Gustawa Gwozdeckiego. — W jaki sposób to przyjechało do Polski? — zapytała nagle Marta Jumińska, stojąca nieco z tyłu. Na dźwięk jej głosu Ogranicki odwrócił się gwałtownie i rzucił wściekłe spojrzenie. Wkilku krokach okrążył swoje biurko i uśmiechnął się porozumiewawczo, rzecz jasna, do pana Rzeszowskiego. — Darling — zwrócił się do niego tamten i zawahał przelotnie, nie wiedząc czy powinien użyć tego słowa wstosunku do swego rozmówcy, wreszcie je powtórzył. — Darling, to jest oficjalny przekaz przez Ambasadę Polską w New Jorku, mój dobry przyjaciel, Staś Komornicki, you know, przewiózł wszystko w bagażu dyplomatycznym. Fundacja zgodziła się uprzejmie pośredniczyć w naszej transakcji, pan Nietota-Krahełski, you know, Jagiełło Foundation... Fely... Ogranicki pochylił nisko głowę. — To wspaniały dar, naprawdę wspaniały, pejzaż, tak, tak, wspaniały, lata trzydzieste, tak, ten przedwojenny okres jest u niej najlepszy, to wspaniały dar, prawda, pani Mario? Trzeba zamówić zdjęcia do dokumentacji, proszę zadzwonić do pani

Jadwigi i powiedzieć, że są już obrazy ze Stanów. Koniecznie dobre zdjęcia, bardzo dobre... w magazynie trzeba je umieścić na specjalnej półce, proszę o tym pamiętać. — Oczywiście, panie Kazimierzu — tłuściutka Manna Dylewska wysunęła się na przód. — Sześćdziesiąte. Lata sześćdziesiąte — zakomunikowała Marta. Ogranicki zamachał rękami, jakby pragnął odgonić natrętną muchę. — Jest sygnatura z datą — dodała. Manna zakołysała się na swoich małych jak u Kopciuszka stopkach i ukucnęła przy obrazie. — Jest nalepka z galerii z ceną... nowojorskiej galerii... tak, jest data... — Może pani źle odczytała, pani Marta nosi okulary, jak pani może z takiej odległości twierdzić, że widzi pani szóstkę, nie trójkę. Manna wyprostowała się z godnością i popatrzyła zrezygnowana na Martę. Rzeszowski kiwał radośnie głową. — Tak, tak! Gdzie dwóch Polaków, tam trzy zdania! Każdy widzi to, co chce widzieć, take it easy, darling![L.J] Historia Jerzego Krahelskiego Jerzy Nietota-Krahelski był potężnym mężczyzną o skórze spalonej południowoafrykańskim słońcem, wyblakłych niebieskich oczach i resztkach włosów z tyłu czaszki. Za to natura nie poskąpiła mu włosów w nosie, a nawet w uszach, co sprawiało, że koledzy w szkole nazywali go niekiedy rysiem, ale Jerzy znał rysie jedynie z obrazków i opowiadań ojca. Jego rodzice byli wraz z nim jednymi z pierwszych, których Anglicy wywieźli w 1940 roku z Węgier i Rumunii na Cypr, następnie do Tel Awiwu i wreszcie do Afryki. Po wielu perypetiach rodzina Krahełskich trafiła ostatecznie do Johannesburga, gdzie ojciec Jerzego znalazł zajęcie w jednym ze szpitali. Był ginekologiem, a jego żona Jadwiga — pielęgniarką. Po kilku

latach udało im się otworzyć prywatny gabinet, po czym szybko dorobili się eleganckiej willi z basenem, który w tym klimacie nawet trudno byłoby nazywać luksusem. Jedyny syn państwa Krahełskich, Jerzy, porzuciwszy swoje aspiracje artystyczne, studiował na miejscowym uniwersytecie. Potem otworzył z pomocą rodziców własną kancelarię adwokacką i wżenił się w bogatą afrykanerską rodzinę, co wjego sytuacji było sporym sukcesem, zarówno finansowym, jak i społecznym. Młodziutka panna Geertruid van Deysseł, jasnowłosa i błękitnooka, była oczarowana rycerskością i delikatnością młodego Polaka. Podobało jej się, że w przeciwieństwie do innych jej adoratorów zgodził się poczekać ze ślubem, aż ukończy ona ekskluzywną szwajcarską pensję (pisywali do siebie wzniosłe listy), a potem nie próbował jej nigdy uwieść. Związek został spełniony tej nocy, gdy lekko oszołomioną i senną wprowadzono ją do małżeńskiej sypialni. Niestety w dziewięć miesięcy później na młodego małżonka spadło nieszczęście - Geertruid Krahelska umarła podczas porodu w ekskluzywnej klinice swojego teścia, wydając na świat wątłą dziewczynkę. Po śmierci żony Jerzy przeżył poważne załamanie nerwowe, które odsunęło go na jakiś czas od spraw tego świata do tego stopnia, że zamknął kancelarię i wyjechał na prowincję. Po powrocie okazało się, że jest teraz bogatym człowiekiem, o wiele bogatszym niż jego rodzice. W istocie należał do najbogatszych ludzi w kraju. Jego teściowie opiekowali się maleńką Wandeczką, scedowując na nią całą miłość, którą mieli dla zmarłej córki. On sam, zgodnie z zasadą, że pieniądz robi pieniądz, pomnażał swój wielki majątek do rozmiarów zgoła niewyobrażalnych, dopóki któregoś dnia nie odkrył, że w istocie czegoś mu brakuje i że nie są to pieniądze ani uznanie. „Polska jest jak nieszczelne mieszkanie — powiedziała kiedyś Magdalena Samozwaniec — ciągnie!”. Jerzy nie był w tej mierze wyjątkiem i jak wielu Polaków na emigracji pragnął odwiedzić rodzinny kraj. Będąc człowiekiem praktycznym,

zdecydował się połączyć przyjemne z pożytecznym i postanowił wykupić miejsce w polskim sanatorium, które wjego pojęciu

kosztowało grosze. Po zakończeniu kuracji zamierzał przejechać Polskę wzdłuż i wszerz, na dłużej zatrzymując się tylko w Warszawie, skąd pochodzili jego rodzice. Sanatorium wBusku-Zdroju, przepiękne klasycystyczne Łazienki projektu Marconiego, zrobiło na nim nadzwyczajne wrażenie. Z upodobaniem siadywał w parku zdrojowym i po raz pierwszy od wielu lat nie robił nic. Studiował polskie gazety. Mimo wielu lat spędzonych na obczyźnie, kiedy jego codziennym językiem był aafrikans albo angielski, potrafił całkiem nieźle porozumiewać się po polsku, choć czasem pewne zwroty, których używał, brzmiały nieco archaicznie. Z niezmąconym spokojem przyjmował zaloty podstarzałych pań, wyfiokowanych i wymalowanych. Któregoś razu w poszukiwaniu samotności wyszedł na daleki zamiejski spacer i niespodziewanie znalazł się na skraju najprawdziwszej polskiej wsi z drewnianymi płotami, dachami krytymi gontem i werandami o ażurowych balustradach i ozdobnych daszkach. Pod ścianami domów rosły najpiękniejsze malwy, jakie można sobie wyobrazić. Jerzy oczarowany tym wszedł na podwórko, które wyglądało nieco gorzej niż zapowiadał to front. Zaraz też podskoczył ku niemu niewielki, łaciaty kundelek i szczekając, uwiesił mu się u nogawek. Z domu wyszła kobieta o niemłodym wyglądzie, ale w istocie dopiero trzydziestoletnia i z pewną niechęcią przywołała psa, który nosił wdzięczne imię Dexter. — To tak jak w Dynasty — powiedział niepewnie Jerzy, ciągle wpatrzony w malwy. Kobieta skinęła głową. — W Dynastii — poprawiła go. — Zgubił pan drogę? — Nie... to znaczy tak — plątał się Jerzy. — Jak się nazywają te kwiaty? — zapytał w końcu, robiąc krok w ich stronę. Dexter widocznie uznał to za wkroczenie na jego teren, bo zawarczał ostrzegawczo. — Te? — zdumiała się gospodyni. — Malwy. — A skąd są te... malwy? Gospodyni popatrzyła na niego, nie rozumiejąc. Pomyślała, że kuracjusze robią się z roku na rok coraz dziwniejsi,

najprostszych rzeczy nie wiedzą, w szkole ich tego nie uczą, zresztą — westchnęła — jej własne dzieci na, tak zwanym, środowisku, za jej czasów mówiło się na to przyroda, uczą się o jakichś dyrdymałach, zamiast przynajmniej dowiedzieć się, jak odróżniać maślaka od psiarza. — Malwy? Same się wysiały. Zawsze były! — Zawsze były — powtórzył Jerzy w niemal religijnej ekstazie. — To są polskie kwiaty, prawda? Kwiaty polskie... Gospodyni wytrzeszczyła na niego oczy. — Polskie? Ajakie miałyby być? — „Gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała, gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała” — zarecytował cicho. — A o malwach ani słowa. Ponieważ gospodyni wciąż wpatrywała się w niego ze strachem, Jerzy, pożegnawszy się z nią uprzejmie, oddalił się w kierunku parku, odprowadzany przez Dextera i jeszcze dwa inne psy, które towarzyszyły mu do wylotu drogi. Tego samego wieczoru Jerzy udał się do biblioteki publicznej, której kierownikiem był potomek miejscowej szlachty — Paweł Firlej. Na żelaznych półkach tłoczyły się liczne harlequiny przemieszane z różnymi poradnikami know how — jak ugotować smacznie, co zrobić, by ulubiona koszula męża była zawsze czysta i jak własnym przemysłem odmalować mieszkanie. Nieco dalej stało kilka encyklopedii, wśród nich atlasy geograficzne i botaniczne, użytkowane przez młodzież wwieku szkolnym. Pod hasłem „malwa” znajdował się odnośnik — patrz „ślaz” i Jerzy poczuł nagle, jak oczy wilgotnieją mu ze wzruszenia. Jego matka wspominała nieraz, że za czasów jej dzieciństwa nieżyt gardła leczono właśnie cukierkami ślazowymi. Z encyklopedii wynikało jasno, że zasięg występowania roślin z rodziny ślazowatych obejmuje także i Afrykę. Jerzy nie wahał się ani przez chwilę. Następnego dnia zamiast pójść na zabieg, kazał się zawieźć do sklepu ogrodniczego. Ku jego zdumieniu sprzedawca odmówił przesłania nasion do Afryki. Zamiast tego wręczył mu karton niedbale owinięty papierem, informując, gdzie jest najbliższa poczta. Na tejże poczcie Jerzy zdobył kolejne doświadczenia

życiowe: najpierw panienka z okienka razem z listonoszką długo zastanawiały się, czy nasiona malwy albo ślazu można uznać jako artykuł niespożywczy (wysyłanie jakichkolwiek artykułów spożywczych do Republiki Południowej Afryki było zabronione), potem musiał własnoręcznie przepakować paczkę. Wyszedłszy wreszcie z poczty, Jerzy po raz pierwszy od momentu wyjazdu pożałował gwałtownie, że nie zabrał ze sobą w podróż swojego sekretarza. Tego dnia siedząc w kąpieli siarkowej, wyobrażał sobie swój domu pod Johannesburgiem, otoczony ogrodem i zaglądające do jego okien najpiękniejsze malwy świata... Fundacja Jagiełły Jednym z punktów programu pobytu Jerzego Krahelskiego wWarszawie było odwiedzenie siedziby Fundacji, którą założył przed dwoma laty. Nazwę fundacji wymyśliła jego córka, przeżywająca właśnie okres fascynacji historią własnej rodziny. Ku wielkiej radości Jerzego przy pomocy dziadków narysowała drzewo genealogiczne obu rodzin. Zdziwieni i uradowani van Deysselowie zlecili poszukiwania w parafialnym archiwum, a także w bibliotece publicznej. Oddali też wnuczce listy jej prababki, pisane do narzeczonego podczas jednej z wojen burskich na początku wieku. Dziadkowie Krahelscy nie mogli sięgnąć do archiwów rodzinnych, które gdyby istniały, znajdowałyby się w dalekiej Warszawie i jeszcze dalszym Emilczynie na Ukrainie, skąd pochodziła pani Jadwiga (jej rodakom w kraju pisano w takich wypadkach w dowodzie osobistym: miejsce urodzenia — ZSRR) i spłonęły zapewne podczas ostatniej wojny. Odtworzyli z pamięci dzieje rodziny od czterech pokoleń. Ponadto podarowali młodej dziewczynie cudem ocalałe w zawierusze wojennej pamiątki i zdjęcia. Poszukiwaniom rodzinnych korzeni towarzyszyło wzmożone zainteresowanie Wandy historią Polski i Ukrainy. Wyrażało się to w kilkakrotnie podejmowanych próbach przeczytania w całości Pana Tadeusza w oryginalnym dziewiętnastowiecznym

wydaniu „z portretem autora i ośmią rycinami na stali”, chodzeniu na wieczorki szopenowskie urządzane przez miejscową Polonię, wreszcie — zorganizowaniu zbiórki pieniędzy na Solidarność. Dalszym krokiem było nawiązanie korespondencji z dwiema Polkami z Warszawy i Łodzi (przez International Penfriend Club). Jedna z nich przysłała jej na gwiazdkę album-katalog wystawy Jana Matejki wraz z reprodukcją Bitwy pod Grunwaldem, z której Wanda kazała zrobić barwne powiększone ksero i powiesiła je nad swoim biureczkiem... Zainteresowania Wandy nie pozostały bez wpływu na Jerzego, który chcąc zrobić coś dla tej biednej Polski, a przy okazji i dla córki — założył Fundację, której statutowym celem miało być wspieranie niedoinwestowanej polskiej kultury. Nazwał ją imieniem córki, ale potem za jej namową zmienił nazwę na Fundacja Jagiełły. Początki nie były łatwe. *** Pewnego wieczoru w maleńkim mieszkanku przy placu Trzech Krzyży zadzwonił telefon. — Felicja? Tu Elżbieta. Felicja? — To ja — odezwał się z drugiej strony cichy, przestraszony głos — Co robiłaś, pewnie płakałaś? Też masz za kim! Jak mały? — Znowu się przeziębił. — Moja teściowa mówi, że w takich wypadkach, trzeba dać dziecku trochę rosołu. Naprawdę pomaga. W słuchawce była cisza, więc Elżbieta mówiła dalej. — No, co nie odpowiadasz? Widziałam twojego byłego w telewizji, stał pod Sądem i machał transparentem, coś tam było o gwałceniu praw ojców. Pewnie się zwąchał z moim eks. Ale Włodka nie widziałam. Ostatnio jak zabrał Marka w sobotę, to mu opowiadał, że mamusia jest k...a, wiesz — westchnęła i zapytała: — a ten twój alimenty chociaż ci płaci, s...syn jeden? Felicja powiedziała smutno: — Był wściekły, bo zasądzili mu więcej i przestał płacić... — Ty idiotko. Komornik. Naślij mu komornika. Czy ty w ogóle

masz za co żyć? Pracujesz gdzieś? — A co? Masz dla mnie jakąś propozycję? — Właśnie. Wiesz, będę zakładała Fundację. Choć prawdę mówiąc ona już jest, to znaczy jest sponsor, on ma córkę i chce finansować stypendia, wyjazdy, różne książki o sztuce. Interesuje się sztuką. I szukamy współpracowników. Pomyślałam o tobie. Dagunia mówiła, że posłałaś małego do przedszkola. — Och, Elżbieta! — Przyjdź jutro na spotkanie do Gesslerów, wiesz, gdzie to jest? Koło Pałacu Błękitnego, o szóstej. Aha, umaluj się. Pa! *** Felicja siedziała przy swoim biurku na wprost okna, mogła stąd widzieć, jak tragarze noszą książki do hurtowni, w czym wydatnie przeszkadzały im oba jamniki. Jeden z psów położył się dokładnie na środku ścieżki. Nastawiła sobie kasetę z muzyką Johna Tavenera i z melancholią wsłuchiwała się teraz w łagodne tony wiolonczeli. Otworzyła nową torebkę migdałów i przesypała je do specjalnie do tego celu przeznaczonej zielonej nieborowskiej miseczki w kształcie liścia z uchem. Włożyła do ust pierwszy migdał i bez przekonania sięgnęła po zdjęcia Tańców polskich Stryjeńskiej, przywiezione tego ranka wraz z rachunkiem przez panią Jadwigę i z jeszcze większą melancholią wyciągnęła z szuflady stare pudełko po czekoladkach z reprodukcją Poloneza na wieczku. Odłożyła na bok kilka nieostrych zdjęć. Pomyślała, że kolekcja imienia Wandy Krahelskiej powiększa się ciągle, mieli już dwie tkaniny artystyczne, kilkadziesiąt porcelitowych filiżanek pozostałych po jednej z instalacji (ustawione przez artystę podczas deszczu na trawie miały stanowić współczesną interpretację pewnych fragmentów Pisma św.)> wreszcie sam budynek wzbogacił się o sprejowe malowidła na ścianach wykonane techniką szablonu. Dekorację

tę, charakterystyczną raczej dla przejść podziemnych, wykonali znajomi artyści z okazji wystawy sztuki ulicznej w Muzeum