wotson

  • Dokumenty43 353
  • Odsłony2 123 022
  • Obserwuję1 423
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 616 969

Antologia - Cukierek albo psikus. Halloween

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :1.3 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
A

Antologia - Cukierek albo psikus. Halloween.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion A Antologie
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 29 osób, 23 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 199 stron)

Cukierek albo psikus Halloween Wydawnictwo Oficynka

A Cukierek albo psikus, psikus albo śmierć! Magdalena Maria Kałużyńska nastazja i Krzysztof Chormańscy siedzieli w kuchni przy stole, naprzeciwko siebie. Nie grało radio, nie włączyli małego kuchennego telewizora, nie pracowało żadne urządzenie. Jedyny dźwięk, jaki do nich dochodził, to było tykanie zegara stojącego w przedpokoju. — Już niedługo — odezwała się kobieta. Mimo parzących kaloryferów w domu było bardzo chłodno. Ale dłonie Anastazji nie trzęsły się z tego powodu, tylko z nerwów. — Wszystko przygotowane? — Tak. — Wskazała brodą krzesło pod oknem. Na krześle siedział sześcioletni chłopiec. Ich synek, Michał. — Dla dzieci, które przyjdą, są kruche ciasteczka, cukierki czekoladowe, cukierki owocowe — wyliczała — lizaki, drażetki, żelmisie, dropsy, pianki, landrynki. — Landrynki są przecież dla niego. Odsunęła szufladę, wyjęła z niej plastikową torebkę. Położyła na stole. — Matko, Nastuś, ile tego jest? — Dwa kilogramy. — A w zeszłym roku wystarczyła jedna. — No i co z tego! Przezorny zawsze ubezpieczony — żona chlipnęła. Schowała twarz w dłoniach i zaszlochała głośno. Mąż błyskawicznie znalazł się obok. Mocno ją przytulił. — Wiemy, co robić, kochanie — uspokajał, mimo że sam z trudem powstrzymywał drżenie głosu. — Wiemy już, co robić. — Ale może nie przyjdzie? Modliłam się o cud. Może stanie się cud? — Niemożliwe. — Czule pogłaskał żonę po głowie. — Przyjdzie. To w końcu jego przyjaciel. — Mój Boże… — Otarła łzy i spojrzała na synka. — Cały czas sobie

powtarzam, że on jest tylko dzieckiem. Dlatego to wszystko widzi inaczej… Synek siedział na krześle, w dłoniach trzymał uszy wielkiej papierowej, szarej torby. Machał na przemian nogami, coś sobie podśpiewywał pod nosem. Miał na sobie kupiony mu przez mamę halloweenowy kostium pękatej pszczoły — czarno- żółtą elastyczną czapkę z czułkami, pikowaną kurteczkę w czarno-żółte pasy z przyczepionymi do ramion przezroczystymi skrzydełkami, czarne rajtuzy i żółte półbuty na grubej czarnej podeszwie. Nagle Chormańscy wyprostowali się jak struna. Jakieś dźwięki dobiegały z przedpokoju. Ale nie aksamitne tykanie zegara stojącego przy drzwiach wejściowych. Zegar przestał tykać. Anastazja zacisnęła zęby, prawie do bólu. Krzysztof poczuł, że mimo chłodu panującego w mieszkaniu na czoło wystąpiły mu krople potu. Z przedpokoju dobiegł świst wiatru połączony z głośnym chrzęstem. Chłód momentalnie przeszedł w mróz. Oddechy zamieniły się w obłoczki pary. Michał uniósł głowę, nasłuchując. Z nieprzeniknionej ciemności oblekającej przedpokój wysączył się zniekształcony, chrapliwy, głos. Nienależący do nikogo konkretnego. Ani dziecięcy, ani głos dorosłej osoby. Nieprzyjemny, wywołujący ciarki, gęsią skórkę. Zupełnie tak samo jak skrzypienie kawałka styropianu o szybę. — Cukierek albo psikus. Kobieta zerwała się na równe nogi, wzięła siatkę z landrynkami. Synek zeskoczył z krzesła i podszedł do mamy, rozchylając papierową torbę. Serce Anastazji uderzało tak mocno, że czuła ból w klatce piersiowej, trzęsły jej się nogi, drżały usta, pulsowały skronie. Była zdenerwowana do granic możliwości. Nie musiała się oglądać na męża. Wiedziała, że Krzysztof siedzi, zaciska pięści i zsiniałe z zimna usta. Prawie tak samo jak przejmujący mróz wyczuwała jego myśli. W duchu dodawał żonie odwagi. Wyciągnęła rękę. — Cukierek! — powiedziała bardzo głośno, ostentacyjnie wrzucając kolorowe landrynki garściami do torby i patrząc trwożnie w stronę korytarza. — Dla ciebie.

Te cukierki są specjalnie dla ciebie! Synek odwrócił się na pięcie, znikł w ciemnościach korytarza. Po chwili trzasnęły drzwi wejściowe. Wróciła cisza, przerywana tylko miarowym, delikatnym tykaniem zegara. Wróciła również normalna temperatura. Chormańscy dopadli kuchennego okna. Widzieli, że Michałek szedł środkiem mocno oświetlonej asfaltowej jezdni, a naokoło niego roiło się od innych dzieci, również w kostiumach. Byli czarodzieje w szpiczastych kapeluszach, Batman, pieski, kotki, wróżki, kilku grubo odzianych kowbojów, księżniczki wszelakich odcieni różowości, Zorro, mały Lord Vader, tekturowy robot, kilka biedronek. Synek Chormańskich dreptał i co jakiś czas podnosił głowę tak, jakby spoglądał na kogoś bardzo wysokiego idącego obok. Nikogo takiego obok nie było. Rodzice jednak wiedzieli coś innego. — Nie zmarznie? — Anastazja spytała głucho. Była nadal zdenerwowana. Tak bardzo, że aż chciała krzyczeć. Walić pięściami w ścianę, rwać włosy z głowy, stłuc wszystkie talerze. Chciała wywrzeszczeć cały żal, całą pretensję, którą miała głównie do siebie. Pretensję za swoją bezsilność. — Jest wyjątkowo ciepły wieczór — odpowiedział mąż podobnym głosem. Mówił spokojnie, mimo że w środku aż kipiał od złości. Zacisnął pięści. — Jak na ironię, kochanie, jest wyjątkowo piękny ostatni wieczór października. — Może powinnam iść za nimi? — To by nic nie zmieniło — pokręcił przecząco głową. — Przecież wiesz. — Wiem. — Powiedziałaś sąsiadom? — Tak. Ale pewnie wzięli mnie za wariatkę — szepnęła Anastazja smutno — Poza tym, jak sobie pomyślę, że gdybyśmy w zeszłym roku wiedzieli to, co teraz… — Nie myśl o tym. Czasu przecież cofnąć się nie da. — Może w tym roku nie będzie tyle ofiar. Mam nadzieję. — Tak, nadzieja umiera ostatnia.

— Umiera. Trafne określenie. Dzieci, w tym ich synek, podeszły do furtki domu położonego po drugiej stronie ulicy. Chormańska zadrżała. — Krzysztof! — Tak, kochanie? — To ja ci zwracam honor. Nienawidzę tego głupiego Halloween! Nienawidzę!!! Rok wcześniej. Tydzień przed Świętem Zmarłych Niedziela Tego roku źdźbła zboża wyrosły nadzwyczaj wysoko. Złote kłosy, ciężkie od ziaren, kołysały się miarowo, muskane podmuchami wiatru. Żniwiarze szykowali swoje narzędzia pracy. Sprawne dłonie rytmicznie przesuwały osełki po lekko zakrzywionym ostrzu… Anastazja otworzyła oczy, tym samym przeganiając sen, w którym widziała kołyszące się łany dojrzałego zboża oraz mężczyzn ostrzących kosy. Odszedł tylko obraz. Dźwięk ostrzenia pozostał… Usiadła na łóżku, przetarła oczy, ziewnęła. Zerknęła na podświetlany zegar. Było piętnaście po drugiej. Siedziała tak dłuższą chwilę, aż zrobiło jej się chłodno. W okiennych szparach świszczał nocny wiatr. — Chyba zgłupiałam… — stęknęła. Opadła ciężko na poduszkę, zarzuciła kołdrę na głowę i od razu zasnęła. Poniedziałek Mężczyźni ostrzyli kosy. Sprawne dłonie rytmicznie przesuwały osełki po lekko zakrzywionym ostrzu… Anastazję coś obudziło. Znajomy ze snu, charakterystyczny metaliczny dźwięk przesuwania osełki po długim ostrzu. Tak, ten dźwięk ją obudził. Od razu usiadła,

nie przetarła oczu, nie ziewnęła. Zapaliła nocną lampkę. Zerknęła na zegar. Piętnaście po drugiej. Zerknęła na męża. Spał na boku, odwrócony do niej plecami. Chrapał. Metaliczne brzmienie nie ustawało. Wyraźnie dochodziło z zewnątrz. Ale skąd dokładnie? Od sąsiadów z domu obok? Szymańscy coś ostrzyli? W środku nocy? Albo Kowalczykowie? Może ktoś z sąsiadów mieszkających naprzeciwko? Nie, ten dźwięk nie był aż tak donośny. Domy położone po drugiej stronie ulicy są przecież daleko… Zsunęła nogi z łóżka. Dźwięk momentalnie umilkł. Anastazja dopiero wtedy poczuła straszny chłód. Było jej bardzo zimno. Aż dygotała. Przebiegło jej przez głowę, że to początki grypy, na pewno ma gorączkę. Wstała i na palcach, żeby nie obudzić męża, podeszła do komody. Wyjęła z szuflady bawełnianą bluzkę z długimi rękawami i pośpiesznie ją założyła. Szczękając zębami, szybko wróciła do łóżka, bezszelestnie wsuwając się pod kołdrę. Zanim zmorzył ją głęboki sen, jeszcze długo nasłuchiwała metalicznego dźwięku. Tej nocy jednak się już nie powtórzył. Wtorek Słońce przygrzewało. Pchane wiatrem, białe, niewielkie puchate obłoki rzucały plamy drgających cieni na bezkres rozkołysanych kłosów. Tylko kilka ruchów osełki dzieliło każdego żniwiarza od wyjścia w to rozgrzane pole... Anastazja znowu śniła o polu dojrzałego zboża. Widziała również tych mężczyzn, żniwiarzy, przygotowujących się do koszenia. I kiedy we śnie pojawił się metaliczny dźwięk, od razu usiadła na łóżku. Zupełnie jakby nie spała, tylko czekała na ten znajomy odgłos. Teraz uważnie nasłuchiwała. Dźwięk był taki sam jak zeszłej nocy. Ale tym razem brzmiał wyraźniej, bliżej, jakby… Wstrzymała oddech. Tak! Dźwięk dochodził z pogrążonego we śnie i ciemnościach domu. Ale skąd? Co mogło wydawać taki odgłos? Coś w kuchni? A może w łazience? W piwnicy? A może… Ktoś! O nie! Poczuła jak włosy jeżą się jej na głowie.

Najwyraźniej ktoś był w domu! Wyobraziła sobie piwnicę, kogoś obcego, intruza ukrytego za zasłoną czerni… I ten ktoś, intruz, sprawiał, że rozchodził się dziwny, niepokojący, straszny dźwięk! Przez ulotną chwilę pomyślała, żeby wstać, wziąć latarkę w jedną rękę, coś ciężkiego w drugą i odważnie iść na poszukiwania tego włamywacza. Głupi pomysł. Postanowiła obudzić męża. — Kochanie… — delikatnie poklepała go po ramieniu. Krzysztof stęknął przez sen, żeby dać mu jeszcze dziesięć minut. Wstanie i wszystko naprawi, wszystkie sprawy załatwi. W tym zapchane kolanko pod zlewem i firmę od segregowania śmieci, wymieni też filtr w okapie i termostat w piecu, bo chyba coś nawala. Kiedy mocno potrząsnęła jego ramieniem, otworzył oczy i wciąż nieprzytomnym wzrokiem spojrzał na żonę. — Co jest? — Słyszysz? — Co niby słyszę?! Przyłożyła palec do ust. Nie musiała uciszać męża. Metaliczny dźwięk był wyraźny i głośny, zupełnie jakby dobiegał z pokoju obok. — Ki czort? — Krzysztof usiadł. — Nie wiem. Ale taki dźwięk, że mam ciarki. Straszny. — Przyjemny nie jest. Poza tym masz dreszcze, bo tu jest pieruńsko zimno. Przygasiłaś ogrzewanie? — Nie. Metaliczny dźwięk nie ustawał. — Cholera, co to jest?! — Poprzednio brzmiał inaczej. Z oddali. — Poprzednio? — Wczoraj w nocy. Przedwczoraj. — Dlaczego mnie nie obudziłaś?! — Bo przestało zgrzytać i się nie powtórzyło. Gdzie idziesz?

— Jak to gdzie? Złapać tego dowcipnego gówniarza i urwać mu nogi przy samej głowie! — Raczej głowę przy samej dupie. Jakiego dowcipnego gówniarza? Lepiej zadzwońmy po policję. A jeżeli to złodziej? — Kobieto, litości. Złodziej by tak nie hałasował! Krzysztof był wściekły. Wyprysnął z łóżka jak oparzony. Wyjął z komody latarkę, zaświecił i zgasił kilka razy, sprawdzając baterie. Mimo działającego ogrzewania w sypialni było chłodno. Oboje w mig ubrali się cieplej. Najpierw zajrzeli do pokoju syna. Michał spał ściśle otulony kołdrą. Zajrzeli do wszystkich pomieszczeń, sprawdzili piwnicę, nawet schowek pod schodami. Wszystkie okna były zamknięte, drzwi wejściowe też. Obeszli dom, kilka razy. Dźwięk metalicznego tarcia raz przybliżał się, raz oddalał. Raz był wszędzie, raz nigdzie. Nagle umilkł. — Ktoś sobie najwyraźniej robi z nas jaja — mruknął Krzysztof. — Nie ma to tamto. Psa ci kupię. Ogromnego, stróżującego psa. Albo od razu dwa ogromne stróżujące psy. Wtedy nawet najmniejsza mysz się nie prześliźnie! — krzyknął, stojąc na trawniku. Świecił latarką przed siebie. — Jeżeli wchodzi w grę mysz, to musisz mi kupić ogromnego stróżującego kota. Dwa ogromne stróżujące koty. Najlepiej od razu tygrysy. Może trzeba zadzwonić po kogoś? — Ale co ja powiem policji, kochanie, że ktoś sobie z nas głupa po nocy struga? — Nie struga, tylko coś ostrzy! — Ale co ja powiem policji, kochanie, że ktoś sobie z nas głupa po nocy ostrzy? Lepiej? — No to może zadzwoń po kogoś, żeby może sprawdził kaloryfery, co? — Cholera, rzeczywiście, na zewnątrz jest cieplej niż w domu! Do Mietka zadzwonię. Tej nocy już nie poszli spać. Siedzieli w chłodnej kuchni, rozgrzewając się

kawą. Rozmawiali. Mąż deklarował, że temu żartownisiowi, który sobie robił jaja już na kilka dni przed Halloween, powyrywa z dupy nogi. Złapie go i z dupy nogi powyrywa! Może być przy świadkach. Żart dzieciaka wychowanego na amerykańskich horrorach — nie widział innego wytłumaczenia źródła metalicznego dźwięku. Stwierdził również, że Michałowi nie pozwoli oglądać albo czytać żadnych horrorów, żeby w głowie dziecka się nie zalęgły tego typu lub podobne głupie pomysły. — Że niby duchy, zmory, upiory, zombie, wampiry i kto niby jeszcze? Co za bzdury! — Może i bzdury… — Anastazja po raz setny mieszała swoją kawę. — Co chcesz przez to powiedzieć? — Może ten dźwięk to strzyga, która przyszła z pola albo lasu i sobie ostrzyła szpony. Albo jakaś inna mroczna łajza tu zaczęła straszyć. Z jakiegoś sobie tylko znanego powodu. Ewentualnie zmora albo… Kto to wie… — Spojrzała na niego spode łba. — Ty robisz to specjalnie? — Niby co… — Uśmiechnęła się złośliwie. — Specjalnie mnie denerwujesz?! Strzyga? Mroczna łajza? Zmora? — Oj, odczep się. Żartowałam. — Wcale mi nie jest do śmiechu, kiedy mówisz te swoje babskie gusła i jakieś przesądy! Nie odpowiedziała. Kilka minut wcześniej chciała streścić mężowi sen o żniwiarzach, ale po tym, jak skomentował jej żart, ochota na opowiadanie dziwnego snu przeszła jej jak ręką odjął. — A ten chłód w domu? — Mężowi zrobiło się głupio, po tym jak się odezwał. — Masz jakąś teorię na temat tego chłodu? — Z chłodem tylko oddech albo dotyk śmierci mi się kojarzy… i to by pasowało do dźwięku ostrzenia… — Upiła kawy. — Ale to tylko takie moje babskie gusła i przesądy.

— Nastusiu, kochanie — przerwał jej mąż. — Przepraszam. Ja tylko chciałem powiedzieć, że na wszystko jest przecież logiczne wytłumaczenie. Chłodno, bo ogrzewanie siada. Metalicznie zgrzyta, to pewnie coś gra w rurach albo generalnie w instalacji. Mroczna łajza? Jedyną wylęgarnią łajz tutaj jest sklep monopolowy. Chociaż tamte łajzy nie są wcale mroczne, raczej przepite. Straszą, ale tylko wyglądem, no i chuchnięciem. Bardzo szanuję twoje ciągoty do bajek, ludowych mitów i klechd domowych, ale… Ale nie wierzył i tym bardziej nie lubił tego rodzaju opowieści. Mogły dla niego nie istnieć historie o duchach, nawiedzonych domach, wszelakich straszydłach, zaświatach, demonach, krasnoludkach, nimfach. Anastazja miała ciągoty do historii niesamowitych. Co krok doszukiwała się ingerencji sił nadprzyrodzonych. To bardzo drażniło Krzysztofa, który zaliczał się do osób twardo stąpających po ziemi. Innymi słowy wierzył tylko w to, co zobaczył. Albo dotknął, doświadczył namacalnie. — W takim razie ty mi teraz sprzedaj teorię, że ktoś straszył nas kilka dni przed Halloween — zagadnęła przekornie. — Nie mam żadnej teorii, oprócz stwierdzenia, że to był kiepski żart. Naprawdę kiepski. Do tego zalatujący cholernymi amerykanizmami! — rozochocił się. — Nienawidzę Halloween. Nienawidzę tego zwyczaju. Głupia nowa moda jakaś. — Wcale nie nowa i wcale nie moda… — Ale wytłumacz mi, po co? Po co robić przedstawienie albo z siebie idiotę? Kiedyś nie wycinało się zębatych dyń ani się nie przebierało za trupy, tylko szło ze zniczami na groby i oddawało należną cześć tym, którzy odeszli. — Teraz też tak jest. A to całe, jak je nazwałeś, przedstawienie, jest głównie skierowane do dzieci. — I nie, nieprawda, nie tylko dzieci się przebierają. — Ale ja mam na myśli chodzenie po domach, straszenie sąsiadów, psikusy. — Dziecko nas straszyło dzisiaj?

— Chodzi mi o to, że dzieci się w to bawią, żeby przełamać strach przed śmiercią i ją oddemonizować. Ogólnie rzecz biorąc, ułaskawić. Halloween to nie jest żadna profanacja Święta Zmarłych. Dorośli się też przy okazji dobrze bawią, przynajmniej niektórzy… — Upiła łyk kawy, obejmując kubek obiema dłońmi. — A tego, mój drogi, nikomu nie zabronisz. — Czego? — Zabawy. — Rzeczywiście, zabawy nie zabronię. — I to do Celtów miej pretensje. Halloween nie jest żadnym amerykanizmem! — Dobrze, zwracam honor. — Wcale nie chcę, żebyś mi zwracał honor. Ja tylko bym chciała, żebyś łaskawiej spojrzał na ten obyczaj. Już pomijając jego pochodzenie. — Nie spojrzę. Nadal uważam, uważałem i będę uważał maskaradę, wycinanie dyń oraz wszystkie inne podobne wygłupy za kompletnie niepotrzebne. Żona stwierdziła coś o uporze większym niż ośli oraz braku skłonności do kompromisów. I że na pewno jeszcze spróbuje przekonać męża o swoich racjach. Po chwili jednak spytała bardzo poważnie: — Co, jeżeli się okaże, na przykład, że w ogródku albo w domu faktycznie jakiś psychopata ostrzył ogromny nóż? Na nas? — Wtedy zadzwonię po policję i powiem, że prawdopodobnie odwiedził nas tajemniczy dwumetrowy dobrodziej z równie wielką maczetą, noszący maskę ochronną amerykańskiego bramkarza hokeisty, zasłaniającą jego makabrycznie zniekształconą twarz psychopatycznego mutanta. — Ktoś tu podobno nie ogląda głupich horrorów — stwierdziła kąśliwie. — Bo nie oglądam. Bo to dopiero są wyssane z palca bzdury — plątał się. — Tak mi wpadło do głowy. Jakoś. Cieplej ci już? Środa Żniwiarze ustawili się szeregiem na pasie miedzy biegnącym wzdłuż pola. Zaraz

potem zaczęli pracę. Wezwany w trybie pilnym pan Mietek, wielki niczym niedźwiedź, łysy jak kolano i wiecznie z czegoś niezadowolony właściciel zakładu naprawczego, człapał po domu Chormańskich, sprawdzając kaloryfery. Sprawdzając to za mocno powiedziane. Dotykając. Krzysztof chodził za nim. — I od kiedy tak tu zimno i tak trze metal? — Mówiłem, zimno od niedzieli. Metal też. Tylko trze w nocy. — A nie majdrowałeś pan żadnymi wajchami? — Jakimi znowu wajchami? — Przy rurach. Albo przy piecu. Tam są wajchy, takie czerwone. — Niczym nie majdrowałem! — warknął Krzysztof. — I to się sprawdzi. Każdy tak mówi. Że niby niewinny, śrubki nie wykręcił, zaworkiem się nie bawił. Jakoś tak się wzięło, się samo zepsuło. A później, że zimno, że coś szura. Kaloryfery były gorące, niektóre aż za bardzo, prawie parzyły. — Żaden niezapowietrzony. Ale dają nieźle, na cały zyhel. — Bo zimno było, to rozkręciłem. To chyba oczywiste! — I jednak majdrował — stęknął fachowiec, unosząc palec wskazujący. — Ekonomiczne ma być grzanie, bo termostat nie wyrobi i zacznie puszczać, rozumiemy się? Przygasić trzeba. Mimo ustawienia na maksymalne grzanie piec gazowy pracował bez zakłóceń. — Skoro wszystko dobrze idzie — pan złota rączka podrapał się po głowie — to, cholera, może ocieplenie chałupy przepuszcza albo co… Skąd ten mróz przechodzi, ja się pytam. — Raczej ja się pytam. I co dalej? — I nic, panie kochany. — Fachowiec stanął przy drzwiach wyjściowych. — Pojęcia nie mam. Zimy jeszcze nie ma, kaloryfery ciepłe, a w domu… — W domu prawie szron na ścianach — dokończył Chormański.

— Pojęcia nie mam. — To już pan mówił. Może coś gdzieś się zablokowało? — Ale co i gdzie? Myślę, panie kochany, cały czas myślę. — I co pan wymyślił? — Ale tak od razu? — Co pan wymyślił teraz? — Ano gdyby się gdzieś czop jakiś zrobił albo coś, to instalacja by wzięła pieprznęła. Razem z domem. Nie pieprznęła? Nie. To umówimy się tak. — Pan Mietek gadał jakby do siebie. — Jeżeli się zrobi zimno albo znowu coś zaszura, dzwoń pan. Skrzyknę moich chłopaków, przyjedziemy ze sprzętem i sprawdzimy całość. — Gestykulował jedną ręką, drugą prawie cały czas drapał się po głowie. — Przyjedziemy, no, ekipą. Tylko wtedy trzeba będzie wyłączyć wszystko, wodę zlać z instalacji, rury osłuchać na pusto czy jak. Może która dziurawa… ale raczej nie. Bez sensu. — Panie Mietku. Jeżeli się zimno zrobi? A teraz co? Plaża jest?! — To się weźmie i się namierzy problem. Się pan uspokój. Coś pan taki raptus. Późnym popołudniem, akurat kiedy Anastazja przywiozła Michasia z przedszkola, w domu Chormańskich zrobiło się jeszcze chłodniej. Krzysztof klął w żywy ogień i ponownie zadzwonił do pana Mietka. Niestety, fachowiec mógł skrzyknąć obiecaną ekipę po Święcie Zmarłych. — Dobrze, przemęczymy się jakoś — krzyknął Krzysztof do słuchawki. — Czekam na pana i ekipę w poniedziałek rano! — A może by tak wziąć kogoś innego? — zasugerowała Chormańska. — Nie. Mietek piec zakładał, on naprawi — dudnił mąż, włażąc do schowka pod schodami. — W końcu za coś wziął pieniądze, i to niemałe. Ze schowka najpierw wyjechał grzejnik olejowy, następnie prawie na czworakach wyszedł Chormański, przyciskając do piersi dwa termowentylatory. — Zaraz będzie cieplej. — Cieplej się zrobi, kiedy przyjdzie rachunek za prąd — westchnęła żona. —

A raczej gorąco się wtedy nam zrobi. Od razu. — Musimy sobie jakoś poradzić do poniedziałku. Anastazja postanowiła ponownie zaatakować argumentami. — Słuchaj, w sobotę jest Halloween. Daj się przekonać. W piątek po pracy odbiorę bąbla z przedszkola i pojedziemy do centrum handlowego. Kupimy jakiś śmieszny strój na maskaradę. Kupimy cukierki dla dzieci. Powiedz mi, za co albo za kogo chcesz się przebrać? — spytała synka. — Za pirata, a może kowboja? — Nie zgadzam się! — zaoponował Krzysztof. — Już ci mówiłem, moje dziecko nie będzie brało udziału w tych idiotyzmach! — Poprawka, kochanie. Nasze dziecko. Z tego, co pamiętam, miałam niejaki udział w jego przyjściu na świat! — warknęła żona. — Będą dzieci z jego przedszkola, z osiedla. Nie zabraniaj mu zabawy. — Ja nikomu nic nie zabraniam, tylko nie uznaję tego zwyczaju. Jest głupi i niepotrzebny. Też już ci mówiłem. — Co ci szkodzi dać dzieciakom cukierki albo nawet pójść z synem po łupy? — parła Aleksandra nieustępliwie. — Ale nie, chwileczkę… — uniosła brwi, udając zdziwienie — przecież mogłeś już zapomnieć. W zeszłym roku też nie pozwoliłeś przebrać bąbla, nie chciałeś dać dzieciom cukierków i co? Były psikusy? Były. Już zapomniałeś, ile czasu zajęło ci usuwanie plasteliny oraz gumy do żucia z dziurek od klucza w drzwiach wejściowych? Albo ten napis farbą w sprayu na przedniej szybie naszego samochodu — perorowała, zakładając Michasiowi czapkę. — Jeszcze żeby dzieci napisały coś innego, a nie męski organ płciowy na cztery litery. Do tego z błędem ortograficznym. Krzysztof bąknął pod nosem, że wcale nie zapomniał. A jeżeli chodzi o cukierki, to powodują próchnicę. — Walentynki też są głupie? — Wybacz, kochana, ale raczej jest różnica między Halloween a Dniem Świętego Walentego. — Jaka różnica, skoro ani jednego, ani drugiego zwyczaju nie uznajesz, ośle

jeden? — mruknęła. — Co? — Nic. Dziwny chłód panujący w domu był przeszywający i prawie nie do wytrzymania. Anastazja stwierdziła również, że jej mąż jest podwójnie uparty jak osioł. Nie tylko zabrania dziecku uczestnictwa w halloweenowej zabawie, ale również nie chce wezwać innej ekipy naprawczej do sprawdzenia instalacji centralnego ogrzewania. — Jeżeli mały się przeziębi, nie wychodząc z domu, porozmawiamy inaczej! — Zamierzała nawet założyć synkowi rękawiczki. Ale chłopczyk zacisnął dłonie w piąstki, ponieważ chciał układać klocki. Te drewniane, z literami na każdym boku. Rozsypał zabawki na dywan w salonie. Anastazja pomagała mężowi, co jakiś czas rzucając czujne spojrzenia w stronę dziecka. — Widzisz, co on robi? — Bawi się. — Zobacz, co teraz wyprawia — wyszeptała konspiracyjnie. Chormański spojrzał na dziecko. Michałek cisnął przed siebie klockiem. Mały, drewniany sześcian z tępym turkotem potoczył się pod kanapę. — Widzę. Ta literka mu nie odpowiadała. — Patrzysz czy nie?! Chłopiec podnosił kolejne klocki, pojedynczo, wysoko, na wyciągniętej ręce. Zupełnie jakby pokazywał literkę komuś stojącemu obok. Czasami wspinał się nawet na palce. Jeżeli kiwnął głową i uśmiechnął się szeroko, kładł wybrany drewniany klocek na dywan. Jeżeli nie kiwnął ani się nie uśmiechnął, zamaszyście wyrzucał zabawkę. Ciskał nią z całych sił. W końcu na dywanie zostało tylko kilka klocków. Resztę drewnianego alfabetu Michał rozrzucił po salonie, głównie pod kanapę i stolik do kawy. — Co chcesz, prawie wszystkie literki mu nie odpowiadają. — Krzysztof przesunął dłonią po żeberkach grzejnika olejowego. — Ale syf. Kiedy ostatnio tego

używaliśmy? Daj mi, proszę, tamtą ścierkę. — Nie o to mi chodzi, kochanie, że literka nieodpowiednia. — To o co ci teraz chodzi? — Komu on te klocki pokazuje?! Chormański przyjrzał się uważniej zachowaniu syna. — Słuchaj, nie wiem. Dzieci przecież mają tych swoich niewidzialnych… nie, poczekaj, jak to szło… wyobrażeniowych przyjaciół. Pediatra mówił, że tak to się nazywa. I że dzieci z tego wyrastają. — No niby mówił. Ale… — Ale co, kochanie? — Ale ten niewidzialny przyjaciel jest jakiś taki… — Jaki? — Krzysztof zanurkował do schowka pod schodami. — Jakiś taki okropnie wysoki, chyba — odpowiedziała cicho. Tak cicho, że mąż nie usłyszał. — Taki jakiś dziwnie za wysoki, moim zdaniem… Czwartek Żniwiarze zaczęli pracę. Pierwsze źdźbła zboża z charakterystycznym szelestem kładły się na ziemi, ścięte półkolistym tańcem ostrych kos. W nocy było tak zimno, że wszyscy spali poubierani w ciepłe swetry, rajtuzy oraz grube skarpety i czapki. Grzejnik olejowy stanął w pokoju synka. Jeden termowentylator w sypialni rodziców, drugi na parterze, przy schodach. Ogrzewacze pracowały całą noc, nad ranem okazało się, że tylko trochę podniosły temperaturę w domu. Lepiej to niż nic. Chormański wstał pierwszy, o szóstej, żeby zrobić śniadanie dla reszty rodziny. Droga do kuchni wiodła przez salon. Tym razem Anastazji nie obudził żaden dziwny, metaliczny dźwięk, tylko krzyk męża. Krzysztof wołał żonę. Wrzeszczał. — Anastazja! Chodź tu! Chodź tu natychmiast! Anastazjaaaaaa! Zerwała się na równe nogi. Od razu wybiegła z sypialni, nie szukając kapci. Zbiegając z piętra, o mało nie wywinęła orła, kiedy nadepnęła na pracujący

termowentylator, stojący przy schodach. — Kurwa mać! — Z całej siły szarpnęła kablem, wyciągając wtyczkę dmuchawy z gniazdka elektrycznego. — Zabić się można na tym wynalazku! Mąż był w salonie. Stanęła z nim ramię w ramię, spojrzała w kąt pokoju, tam gdzie on patrzył, krzyknęła i zakryła usta dłońmi. Nie spytała, co się stało. Nie musiała pytać. Kąt pokoju zajmowała ogromna komoda, na której Chormański ustawił swoje ukochane akwarium. Zbiornik był imponujących rozmiarów, robiony na zamówienie. Ryby, rośliny oraz wyposażenie Krzysztof kompletował z wyjątkową precyzją. Hobby męża Anastazja uznała za całkowicie bezpieczne i przez to akceptowała fakt, że niekiedy spędzał przy zbiorniku dużo czasu. Zresztą ulubioną rozrywką Krzysztofa była zabawa z synem w telewizję akwariową. Przy zgaszonym świetle siadali obaj na dywanie i gapili się na kolorową od pięknych ryb, podświetlaną, szklaną ścianę, niczym w ekran telewizora. Chormański na bieżąco wymyślał dialogi, podkładał różne głosy, przeprowadzał wywiady z gwiazdami, nawet reżyserował musicale, wodny balet. Bawili się wtedy z synkiem na sto dwa. Nadawali imiona rybom, siedząc na dywanie, wcinając prażoną kukurydzę i pijąc sok pomarańczowy przez kolorowe, fikuśnie powyginane słomki. Niestety, zabawa skończyła się definitywnie. Tego poranka Krzysztof zastał swoje ukochane ryby martwe. Cała płetwiasta ekipa telewizji akwariowej została na zawsze uwięziona między szklanymi ścianami ogromnego zbiornika. Woda w tym ogromnym zbiorniku była zamarznięta. — Co się stało?! — Chormański bardzo wolno podszedł do komody i boleśnie jęknął. Miał ściśnięte gardło, w jego oczach błysnęły łzy. — Co się stało z moimi rybami?! Akwarium już nie stanowiło szczegółowo dopracowanego, wodnego mikroświata. Było teraz wielką, mętną, szarobiałą bryłą lodu. Szkło popękało. Martwe ryby wyglądały jak ciemnawe plamy, tu i ówdzie wystawał ogonek przyciśnięty do przezroczystej ściany albo spłaszczony pyszczek. Niegdyś piękne,

majestatyczne rośliny, teraz — otoczone lodem — wyglądały jak brudne farfocle. Wygięta grzałka, zgnieciony termometr, zmiażdżony filtr — lód zniszczył wszystko. Plastikowa, gruba, czarna pokrywa leżała w poprzek, najwyraźniej przesunięta przez wystający poza górną krawędź lodowy czop. Woda, zwiększając swoją objętość podczas procesu zamarzania, wyszła poza granicę szklanego pojemnika. Niczym ciasto drożdżowe z brytfanki podczas pieczenia. Tylko że to nie było żadne ciasto! To był lód! Twardy niczym skała! Krzysztof stał, zupełnie jakby sam skamieniał. Cały czas, już chyba bezwiednie, monotonnie powtarzał jedno pytanie. — Co się stało z moimi rybami? Co się stało z moimi rybami? Anastazja milczała. Również stała jakby była z drewna. Chyba pierwszy raz w życiu nie wiedziała, jak skomentować to, co zobaczyła. Nie wiedziała, co powiedzieć. Burza myśli szalała jej w głowie. Plątanina pytań. W jaki sposób akwarium zamarzło? I kiedy? Woda była przecież lekko podgrzewana. Poza tym w domu, mimo przeraźliwego chłodu, wcale nie panowała ujemna temperatura! W salonie stało kilka wazonów z ciętymi kwiatami. Dlaczego woda w tych wazonach nie zamarzła? — Musimy tu posprzątać — dotarł do niej głos Krzysztofa. Mówił bardzo wolno, hiperwyraźnie, głosem mimo wszystko pozbawionym emocji. Takie zachowanie świadczyło, że Chormański był zdruzgotany. — Musimy wyrzucić… wynieść… stąd… wynieść stąd to akwarium. Oboje postanowili nie iść do pracy. Po godzinie ósmej rano zadzwonili każde do swojego biura, że biorą urlop do końca tygodnia. Wyniesienie zamarzniętego ogromnego akwarium do kontenera ze śmieciami nie było takie proste. Ale dali radę. Krzysztof wymyślił, żeby wjechać do domu ogrodową taczką. Następnie po brudnej robocie polegającej na wydłubywaniu martwych rybek oraz połamanego wyposażenia z roztapiającego się lodu Anastazja wzięła szybki prysznic, obudziła synka, który spał w najlepsze — mimo

wcześniejszych krzyków Krzysztofa — zrobiła bąbelkowi śniadanie i odwiozła go do przedszkola. W drodze powrotnej wstąpiła do sklepu po zakupy, zatankowała samochód i prawie ochrypła od ciągłych rozmów przez telefon komórkowy. Dzwonili z galerii sztuki, gdzie pracowała. Nastał czas wystaw okolicznościowych, ekspozycji tematycznych, wielkimi krokami nadchodziło Halloween… A Chormańska akurat wtedy wzięła urlop. — Świat nie runie ani nic innego podobnego — mamrotała pod nosem, targając siatki z zakupami. Myliła się. Kiedy wróciła do domu, znalazła męża leżącego na podłodze, w kuchni. Miał sine usta, lodowatą skórę, która przybrała sinozielony odcień. Bardzo słabo oddychał. Chciał coś powiedzieć. Żeby cokolwiek usłyszeć, żona przysunęła ucho bardzo blisko jego warg. — Kogo zobaczyłeś? Nie było czasu, żeby analizować mamrotanie! Rozdygotanymi palcami wystukała numer alarmowy, wzywając karetkę pogotowia. Ambulans przyjechał w kilka minut po zgłoszeniu. Ruszył spod domu z piskiem opon, na sygnale, zabierając Krzysztofa do szpitala. Chormańska miała dojechać z dokumentami męża. Śmigała w ich poszukiwaniu po domu jak poparzona. Zatrzymała się tylko na ułamek sekundy, w salonie. Dokładnie w miejscu, gdzie wczoraj bawił się Michał. Tam, gdzie na dywanie wciąż leżały klocki, których nie rozrzucił. Dopiero teraz dostrzegła, że ogromne, kolorowe litery tworzyły konkretny wyraz. Ostatnią rzeczą, którą teraz brała pod uwagę, było odczytywanie ukrytego bądź jakiegokolwiek znaczenia słowa zrodzonego z bujnej dziecięcej wyobraźni. Miała teraz o wiele ważniejsze sprawy na głowie. Wychodząc z domu, zatrzasnęła drzwi wejściowe. W drodze do samochodu zadzwoniła jeszcze do przedszkola, informując, że się na pewno spóźni po odbiór synka. Już nie widziała, że prostokątna szybka w drzwiach wejściowych jej domu

zaparowała od wewnątrz, zupełnie jakby ktoś stał bardzo blisko, chuchając na szkło. Tylko że przy drzwiach nikogo nie było. — Gdyby pani wezwała karetkę kilka minut później, byłoby bardzo źle. Uratowała pani mężowi życie. — Ja? Chormańska siedziała na krześle, sztywna, jakby połknęła kij. Spięta, zdenerwowana, gotowa w każdej chwili wyjść ze szpitalnego lekarskiego gabinetu. Była również blada jak ściana. Lekarz czujnie obserwował kobietę. — Tak, swoją szybką reakcją i jednocześnie dzięki niepodjęciu akcji reanimacyjnej. Niekiedy w hipotermii liczą się dosłownie sekundy. A jeżeli zaczęłaby pani męża reanimować, mogłaby pani tylko mu zaszkodzić. — Hipotermia? — Anastazja uniosła brwi. — Stan organizmu po długotrwałym oddziaływaniu bardzo niskiej temperatury — wyjaśnił lekarz. Nie widział, że kobieta zacisnęła dłonie w pięści. Nawet nie syknęła z bólu, wbijając sobie paznokcie w skórę. — Kiedy przywieziono tu pani męża, jego stan był krytyczny. — Chce pan powiedzieć, że stał już jedną nogą na tamtym świecie? — Chcę powiedzieć, że pani mąż o mało nie zamarzł. Teraz jego stan jest stabilny. Ale jeżeli już używamy kolokwializmów, ja raczej preferuję określenie, że stanął oko w oko ze śmiercią. Słysząc to, Anastazja zdrętwiała. Zbladła bardziej. — Jeszcze jedno — dodał lekarz, sięgając do górnej kieszeni swojego fartucha. — Pani mąż cały czas miał zaciśniętą dłoń. Wyglądało to na przykurcz. Ale jak się okazało, po prostu coś bardzo mocno trzymał. I cały czas coś mówił, a przynajmniej się starał. Pielęgniarce udało się rozszyfrować sens. Chciał, żeby to pani dać — mężczyzna położył coś małego na blacie biurka. — Przecież to jest… to jest… — To jest cukierek.

Anastazja ujęła małą, twardą, zieloną kulkę w dwa palce. — Ale przecież Krzysztof wcale nie jada słodkości. Nigdy… To po jaką cholerę mu była ta landrynka? Lekarz rozłożył bezradnie ręce. Michał przysypiał na tylnym siedzeniu samochodu, radio cicho grało, miasteczko oddawało się w objęcia wieczornego rozleniwienia. Mimo tego wszystkiego spokój był tylko złudzeniem. Anastazja miała zasępiony wyraz twarzy, ściskała kierownicę tak mocno, że zbielały jej kostki. Zaciskała zęby, aż do zdrętwienia mięśni, klatkę piersiową rozsadzał jej rytm oszalałego serca, w głowie cały czas słyszała echo głosu lekarza. „Stanął oko w oko ze śmiercią. Stanął oko w oko ze śmiercią…” Przypomniała sobie również męża leżącego na kuchennej podłodze. Pamiętała ciche słowa wydobywające się z jego ust. Na początku wyglądało to na majaki. Mąż przecież tracił przytomność. Pewnie miał zwidy. Ale mówił, że ją widział, że ją widział, że patrzyła na niego i że on jej spojrzał w oczy. Że spojrzał śmierci w oczy! Teraz Anastazja Chormańska jechała do domu, żeby przekonać się, czy słowa jej męża były prawdą. Zaparkowała na podjeździe, lecz nie wysiadła od razu. Siedziała, ciągle ściskając kierownicę i gapiąc się przed siebie jak otępiała. Gdyby mogła, siedziałaby tak pewnie w nieskończoność, ale synek chciał siusiu. Musiała wyjść z samochodu. Pokonanie kilku kroków do drzwi wejściowych trwało wieki. Kobiecie drżały dłonie. Miała trudności z trafieniem kluczem do zamka. W końcu udało jej się otworzyć drzwi. Stanęła w progu. Od razu poczuła przeszywające zimno. O wiele bardziej dotkliwe niż przedtem. Zupełnie jakby stała w progu ogromnej zamrażarki. Coś było w jej domu… Czuła się odrętwiała ze strachu. Ale po przekroczeniu progu poczuła jakby zastrzyk energii. Najpierw zaprowadziła Michała do łazienki, błyskawicznie go umyła i równie szybko przebrała w ciepłe ubranie domowe i czapkę. Po drodze z

łazienki pozapalała światła, wszystkie, jakie się dało i gdzie tylko się dało. Następnie zniosła grzejnik z pokoju dziecka, przyniosła również termowentylatory i wszystkie te urządzenia podłączyła w salonie. — Dzisiaj śpimy razem tutaj. — Rozglądając się czujnie, rozłożyła kanapę, ułożyła pościel oraz kilka dodatkowych koców. — Jesteś głodny? Nie był. Klocki nadal leżały na podłodze. Ułożone w słowo UCHA. Anastazja wiedziała już, że słowo było niekompletne. Tamtego dnia, po odjechaniu ambulansu, biegając po domu w poszukiwaniu dokumentów męża, zauważyła ów wyraz. Wtedy nie było czasu zastanawiać się nad sensem liter ułożonych przez synka w ten sposób. Teraz odkrycie sensu wyrazu było po prostu konieczne. — Powiedz mi, co to jest, kochanie? Spojrzał na mamę, następnie uniósł rączkę i wystawił palec. W pierwszym odruchu Chormańska spojrzała na sufit. Jednak jej synek nie wskazywał na sufit. Tylko na coś albo kogoś stojącego obok niego. Na swojego niewidzialnego przyjaciela. — To jest jego… jej imię, prawda? — wyszeptała, czując bolesny ucisk pod sercem. Dostała gęsiej skórki. Potwierdził skinieniem głowy. — Ale jakieś takie dziwne to imię. Nie brakuje tu literek? Brakowało. — Ułożysz… brakujące literki… bąbelku? Obserwowała zachowanie synka. Zadarł głowę, spoglądając w górę, jakby czekał na czyjeś pozwolenie. Najwidoczniej uzyskał je, ponieważ chwilę później zaczął zbierać zabawki, które dwa dni wcześniej porozrzucał. Ale nie wszystkie. Tak jak poprzednio, szukał odpowiednich. Brał klocek, podnosił na wyciągniętej ręce, jakby komuś pokazywał. Stawał na palce. Jeżeli klocek był odpowiedni, chłopczyk uśmiechał się i kładł literkę na dywanie, jeżeli nie, ciskał zabawką, jak

najdalej potrafił. Aż w końcu położył ostatni drewniany sześcianik. Spojrzała na podłogę. Spodziewała się ujrzeć ten wyraz, ale mimo wszystko, kiedy go zobaczyła, nogi się pod nią ugięły. Na dywanie widniało słowo KOSTUCHA. Tak właśnie brzmiało pełne imię wyobrażeniowego przyjaciela. Kobieta z trudem powstrzymała się od krzyku. Jęknęła tylko. Poczuła, że robi jej się słabo. Świat zawirował przed oczami. Musiała usiąść. Czuła napór myśli. Skąd Michał znał to słowo? Nie mógł go znać! Poza tym skąd wiedział, jakie ułożyć literki, skoro jeszcze nie umiał ani czytać, ani pisać? Przy konstruowaniu chociażby najprostszych wyrazów zawsze ktoś mu pomagał. Albo pani w przedszkolu, albo Krzysztof, albo Anastazja. A teraz? Kto mu pomagał teraz?! Cała dygotała. Z nerwów. Mało powiedziane, balansowała na krawędzi paniki. Bała się rozejrzeć po pokoju. Synek ziewał. Położyła go do łóżka, ściśle okryła kołdrą, poprawiła mu czapkę. Poprosił o bajkę na dobranoc. Chormańska ledwo, na drżących nogach dotarła do regału. Cienka książeczka o przygodach trzech cielątek ważyła chyba tonę. — „I uchroń mnie, Boże, od szaleństwa...” Miała ściśnięte gardło. Z trudem zaczęła czytać synkowi bajkę. Nawet nie zauważyła, kiedy zmorzył ją sen. Tego roku źdźbła zboża wyrosły nadzwyczaj wysoko. Złote kłosy, ciężkie od ziaren, kołysały się miarowo, muskane podmuchami wiatru. Żniwiarze szykowali swoje narzędzia pracy. Sprawne dłonie rytmicznie przesuwały osełki po lekko zakrzywionym ostrzu. Słońce przygrzewało. Pchane wiatrem, białe, niewielkie puchate obłoki, rzucały plamy drgających cieni na bezkres rozkołysanych kłosów. Tylko kilka ruchów osełki dzieliło żniwiarzy od wyjścia w to rozgrzane pole... Ustawili się szeregiem na pasie miedzy. Zaraz potem zaczęli pracę. Pierwsze źdźbła zboża z charakterystycznym szelestem kładły się na ziemi, ścięte półkolistym tańcem ostrych kos.

Stała wśród dojrzałego zboża. Przesuwała dłonią po kłosach, czując jak drapią i łaskoczą. Podniosła wzrok, rozejrzała się. Morze kłosów nie miało ani końca, ani początku. Dostrzegła ludzi. Kilkanaście osób. Mężczyzn ubranych w białe koszule, jasne płócienne spodnie, słomiane przeciwsłoneczne kapelusze. Lekko pochyleni, szli wolno, szeregiem, zaciskając dłonie na drzewcach kos. Kolistymi zamaszystymi ruchami narzędzi ścinali źdźbła. Towarzyszył temu suchy szelest. Kłosy z gracją kładły się na ziemię. Każdy krok mężczyzn odsłaniał coraz więcej wolnej przestrzeni. Nagle jeden z ludzi stanął, wyrównał krok z kosiarzem pracującym najbliżej, wziął potężny zamach i zdecydowanym ruchem obciął tamtemu głowę! Z szyi chlusnęła krew, polała się po ubraniu ofiary, zachlapując oprawcę. Bezgłowe ciało trzymało pion jeszcze przez ułamek sekundy. Upadło na rżysko. Wyciekająca krew prawie natychmiast wsiąkała w ziemię. Ziemia zmieniła barwę. Nie była już szara i piaszczysta, tylko czarna jak smoła, miękka i lepka. Niebo w ułamku sekundy przybrało bordowy kolor. Obłoki z delikatnie białych zrobiły się ciężkie, brudne, ciemnoszare. Wyglądało jakby nadchodziła burza. Zerwał się wiatr. Ciepło rozgrzanego słońcem powietrza ustąpiło miejsca wilgotnemu chłodowi. Morderca nie przestawał. Podchodził kolejno do swoich towarzyszy. Najpierw odcinał głowę, następnie jednym płynnym i bardzo mocnym machnięciem przecinał człowieka w pasie. Ogromna kosa nie napotykała żadnych przeszkód. Zupełnie jakby ciało nie skrywało w sobie twardych kości, elastycznych ścięgien. Zupełnie jakby nie było okryte skórą i ubraniem wierzchnim. Ostrze wchodziło w człowieka zupełnie jak w masło. Chlapiące krwią ciała upadały na ziemię. Nie, nie upadały. Kładły się ze swoistą gracją, zupełnie jak źdźbła zboża niedawno tu ścinane… Swoim przerażającym, śmiertelnym tańcem, okraszonym krwiście rozrzucanymi na wszystkie strony fragmentami wnętrzności, kosiarz-oprawca pozabijał ludzi będących blisko niego. Potem stanął, wyprostowany. Odwrócił się do kobiety przodem. Był oblany krwią od stóp do głowy. Twarz miał zasłoniętą zbryzganym, szerokim, poszarpanym rondem słomkowego kapelusza. Wydawał się bardzo wysoki. Miał