wotson

  • Dokumenty43 353
  • Odsłony2 120 158
  • Obserwuję1 419
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 615 284

Daria Doncowa - Eulampia Romanowa 01 - Manikiur dla nieboszczyka

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :2.1 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
D

Daria Doncowa - Eulampia Romanowa 01 - Manikiur dla nieboszczyka.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion D Daria Doncowa
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 68 osób, 46 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 396 stron)

Daria Doncowa Manikiur dla nieboszczyka Z języka rosyjskiego przełożyła Danuta Blank VIDEOGRAF II Katowice

Rozdział 1 Nienawidzę swojego męża. Dzisiaj również - kiedy o dziesiątej rano z łagodnym uśmiechem wszedł do mojej sypialni, trzymając w rękach tacę, na której ustawione były w szeregu: filiżanka kawy, dzbanek ze śmietanką i cukiernica - nie wiem dlaczego zachciało mi się rzucić w jego głowę lampką nocną i rozpłakać się. Muszę jednak przyznać, że nie wszystkie moje poranki tak się zaczynają. Tylko te, kiedy Michaił jest w domu. Tysiące kobiet bez chwili namysłu oddałyby swoją prawą rękę w zamian za posiadanie takiego małżonka: czułego, dobrego, szczodrego, bogatego, wyrozumiałego... Ale mnie nie wiedzieć czemu zbiera się na wymioty nawet wtedy, gdy on je zupę. A od dymu z jego papierosów dostałam alergii, mimo że przedtem bez problemu wytrzymywałam obecność swojego ojca, który nie wypuszczał fajki z ust. - Kochanie - powiedział czule małżonek, ustawiając na łóżku specjalny stolik - jesteś dzisiaj jakaś blada! Głowa cię boli? Zrobiłem ci kawę. Wypij, póki gorąca. Mam nadzieję, że nie przesłodziłem... Posłusznie zaczęłam sączyć brązowy płyn, kompletnie nie czując smaku. Tymczasem Misza podszedł do okna i rozsunął zasłony. Do pokoju zajrzał pochmurny dzień. - No, no! - zachwycił się mężulek. - Dopiero co zaczął się listopad, a już spadł śnieg i zimno jak w lodowni! Pewnie właśnie dlatego niezbyt dobrze się czujesz! Wiesz co, lepiej zostań w łóżku. Zaraz każę Nataszy szybko tu posprzątać i

wtedy sobie odpoczniesz. Jeśli chcesz, to pójdę po ciastka? Pokręciłam powoli głową. - Aż tak źle? Nawet eklerów nie zjesz? - zmartwił się Misza i wymknął się na korytarz. Bezmyślnie patrzyłam w ślad za nim. Michaił jest taki przystojny, że nadawałby się jako model do żurnali mody. Ma prawie metr dziewięćdziesiąt wzrostu, waży około osiemdziesięciu kilo, błękitne oczy, bujne jasnoblond loki... A do tego jeszcze w młodości uprawiał kulturystykę i kiedy ściąga koszulkę, kobiety wydają okrzyki zachwytu, a mężczyźni wciągają brzuchy. Michaił jest bogaty. Tylko nie myślcie sobie, że dorobił się majątku, biegając po ulicy z automatem, albo że oszukiwał łatwowiernych ludzi, tworząc piramidy finansowe. Nie, on jest po prostu dzieckiem szczęścia. Dziesięć lat temu razem ze swoim najbliższym przyjacielem Loszą zajął się handlem komputerami. Wtedy ich biuro mieściło się w jednym pokoju, a teraz mają już całą sieć sklepów i punktów serwisowych. Wszelkie zyski mąż natychmiast inwestuje dalej, jednak na życie pozostaje nam jeszcze całkiem przyzwoita suma. W każdym razie mamy mieszkanie, daczę, dwa samochody, gosposię. Kilka razy do roku jeździmy za granicę na urlop. Chociaż... dlaczego mówię „mamy”? Wszystko jest zapisane na Michaiła. A ja nie mam kompletnie nic. Jeśli więc mąż się ze mną rozwiedzie, zostanę bez grosza przy duszy. Co więcej, nigdzie nie pracuję, mam bowiem niezwykle „potrzebny” i „opłacalny” w dzisiejszych czasach zawód muzyka. Nie gram jednak na gitarze i nie skaczę z mikrofonem po scenie. Jestem harfistką, gorzej niż przeciętną, mimo że uczyłam się gry na harfie przez długie lata. Jakoś jednak nie ułożyły mi się stosunki z harfą. Nienawidzę tego instrumentu, podobnie jak swojego męża. I jeszcze jeden istotny fakt: Michaił ma trzydzieści lat, a ja trzydzieści sześć.

Z wyglądu jestem podobna do chorego konika polnego. Tam, gdzie inne kobiety mają pewne krągłości, u mnie sterczą kości. Wzrostem nie dociągnęłam nawet do stu sześćdziesięciu centymetrów i ważę trochę więcej niż żaba. Pozostaje tylko dziwić się naturze, która wynagrodziła mi to wszystko rozmiarem nogi - trzydzieści dziewięć. Mam błękitne oczy, osadzone blisko nosa, małe usta i ciągłe problemy z włosami: nie chcą się ani kręcić, ani układać. Przeważnie sterczą w różne strony. Do tego jeszcze nie mogę pochwalić się mocnymi zębami, i kiedy Misza, demonstrując swoje wspaniałe kły, zręcznie odgryza kawałek jabłka, w moim sercu mimo woli rodzi się zazdrość: dlaczego jedni mają wszystko, a inni? A zresztą, co tu dużo mówić: już od samego dzieciństwa miałam straszliwego pecha. Urodziłam się w bardzo zamożnej rodzinie. Moi rodzice nie byli już tacy młodzi. Tata, profesor, doktor nauk, skończył pięćdziesiąt pięć lat, a mama, śpiewaczka operowa, była od niego dokładnie o dziesięć lat młodsza. Nie udało im się mieć dzieci w młodości, myśleli więc, że są bezpłodni. Niespodziewanie jednak Pan Bóg postanowił okazać im miłosierdzie i powołał mnie do życia. Jeśli myślicie, że łatwo jest być obiektem wielkiej, dozgonnej miłości, to jesteście w dużym błędzie. Miałam okropne dzieciństwo. Nigdy, pod żadnym warunkiem nie pozostawiano mnie samej. W niemowlęctwie miałam nianię, w latach szkolnych - guwernantkę, Różę Jakowlew-nę. Podczas gdy inne dzieci z rumieńcami na policzkach zjeżdżały z górki na sankach, ja, unieruchomiona - w futerku, walonkach, dwóch czapeczkach, rękawiczkach z jednym palcem i szaliku - patrzyłam na nie z zawiścią. Mama zabraniała mi wszystkich dziecięcych zabaw, przy czym podobno robiła to dla mojego dobra. No bo przecież, zjeżdżając z górki, można sobie skręcić kark, biegając z piłką

- nogę, a skakanie na ska-kance grozi uszkodzeniem kręgosłupa. Kąpanie się latem w rzeczce również było zabronione, a do szkoły Róża Jakowłewna odprowadzała mnie aż do dziesiątej klasy. Do bufetu szkolnego i do stołówki miałam wstęp wzbroniony. Zapowiedziano mi, że moja noga nigdy tam nie postanie, ponieważ na stołówce gnieżdżą się okropne choroby - żółtaczka, czerwonka itd. No i w ogóle przedsięwzięto niewiarygodne środki ochrony mojej osoby przed wirusami i mikrobami! Lody musiały się najpierw roztopić na talerzyku, a dopiero potem wręczano mi łyżkę. Jabłka i pomarańcze były dokładnie myte wodą z mydłem, a następnie sparzano je wrzątkiem. Sprzątanie w pokoju dziecięcym przeprowadzano dwa razy dziennie, ale mimo wszystko lgnęły do mnie najrozmaitsze choróbska. Począwszy od pierwszej klasy, przez cały czas byłam chora, przechodząc płynnie od odry, przez ospę wietrzną, do świnki. Jeśli w mieście zaczynała się epidemia grypy, to potrafiłam zachorować na nią dwa razy. Chyba nie znalazłoby się ani jednej dziecięcej infekcji, która by mnie ominęła: ostre zapalenie krtani, szkarlatyna, koklusz... Do szkoły uczęszczałam dorywczo, uczyłam się koszmarnie i nie miałam żadnych przyjaciół. Wreszcie kiedyś poruszona została kwestia gry na instrumencie muzycznym. Mama podeszła do tej sprawy poważnie i skrupulatnie wszystko zbadała. Fortepian został z mety odrzucony, gdyż pianiści cierpią na okropną osteoporozę. Od skrzypiec pojawia się szpetny odcisk na podbródku. Wiolonczela uniemożliwia prawidłowy rozwój klatki piersiowej. W końcu tata, który był już zmęczony niekończącym się ględzeniem mamy, rzekł: - Wygląda na to, że najlepszym instrumentem są drewniane łyżki -lekkie, a jednocześnie wydają głośny dźwięk! Ojciec miał, jak widać, poczucie humoru. W przeciwieństwie do mamy, która całkowicie była go

pozbawiona, dlatego zamachała rękami i oświadczyła: - Instrumenty ludowe? Nigdy w życiu! Niedługo po tej rozmowie poszliśmy na koncert, na którym mama, obserwując pilnie orkiestrę, zauważyła harfistkę. Wszystko momentalnie stało się jasne. - Cudowny instrument! - zachwycała się mama. - Duży, więc nie pójdzie z nim sama do szkoły. Potrzebny będzie ktoś, kto ją odprowadzi! Bardzo dobrze, zawsze będziemy ją mieli na oku! I to był początek drogi krzyżowej dziecka - przyszłego geniusza. Godzinami ślęczałam przy harfie. Aczkolwiek zdarzały się również chwile radości. Czasami mama wyjeżdżała na występy i wtedy można się było obijać: położyć się na kanapie z książką i brzdąkać nogą po strunach. Wydobywały się wtedy koszmarne dźwięki. Ale, po pierwsze, tata, profesor matematyki, nie miał poczucia rytmu, a po drugie - spod moich palców przeważnie płynęły bynajmniej nie cudowne melodie. Oczywiście mama-muzyk od razu zorientowałaby się, w czym rzecz! Harfy nienawidziłam jak żywego człowieka - kopałam ją i szczypałam, jednak w ósmej klasie mama mi oznajmiła: - Masz, dziecko, talent, więc będziemy cię przygotowywać do studiów muzycznych. Wzruszyłam ramionami. W dzienniczku ze szkoły muzycznej ze wszystkich przedmiotów od góry do dołu miałam same tróje. Studia muzyczne w takim przypadku nie były chyba najlepszym pomysłem, ale mama dołożyła wszelkich starań i zostałam przyjęta. Wielu wspomina lata studenckie jako najlepszy okres w swoim życiu, ja natomiast mam zupełnie inne odczucia: było to pasmo jednakowo szarych dni. Nie miałam żadnych przyjaciółek, a wykładowcy, z miejsca zorientowawszy się w moim „utalentowaniu”, niezbyt się starali. Przechodząc z trudem z roku na rok, jakimś cudem dotarłam do obrony

dyplomu. Przede mną roztaczała się perspektywa smutnego życia ze znienawidzoną harfą w objęciach. Tata do tego czasu już umarł, a sprawić mamie przykrości, mówiąc jej, że rzucam muzykę, nie potrafiłam. Był rok 1984 - wkrótce miała zacząć się pieriestrojka. Mama po raz kolejny wykorzystała swoje znajomości i zostałam przyjęta do pracy w filharmonii. W miesiącu odbywało się tam po pięć-sześć koncertów. A pamiętacie, jak w tamtych czasach było rozpowszechnione pojęcie „sprzedaży wiązanej”? Kupowało się w sklepie, przypuśćmy, książkę deficytowego Walentina Pikula1 , a trzeba było dodatkowo zapłacić jeszcze za zbiór wierszy poety Pupkina2 , pt. Klasa robotnicza kroczy zamaszyście. Nie chciało się Pupkina? To nici z Pikula! Tak też było ze mną i moją harfą. Ludzie spodziewali się pieśni estradowej, komika, ostatecznie żonglerów albo treserów z pieskami. Ale w tym momencie konferansjer, wywracając oczyma, zapowiadał: - Camille Saint-Saens, utwór na harfę. I wtedy na scenę, stukając ciężkimi lakierkami, wychodziłam ja, ubrana w białą koncertową suknię, i zaczynałam niezbyt umiejętnie szarpać struny nieszczęsnej harfy. Teraz to pewnie by mnie obrzucono zgniłymi pomidorami, ale w połowie lat osiemdziesiątych publiczność była zupełnie inna - bardziej inteligentna i litościwa. Wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę, że harfistka stanowi jedynie dodatek do Kobzona3 czy Leszczenki4 i gdzieniegdzie słychać było nawet skąpe oklaski. [ 1 Walentin Pikul - znany rosyjski pisarz, żył w latach 1928-1990, napisał około 20 powieści historycznych (przyp. tłum.). 2 Pupkin - nazwisko-symbol, oznacza osobę nieznaną lub anonimową (przyp. tłum.). 3 Josif Kobzon - artysta estradowy, muzyk, ur. 1937, laureat festiwalu w Sopocie w roku 1964 (przyp. tłum.). 4 Lew Leszczenko - piosenkarz, artysta rosyjski, ur. 1942, laureat wielu konkursów muzycznych (przyp. Tłum.).]

Tak minęło siedem lat. Potem mama spostrzegła swój błąd. Ukochana córka dobijała do trzydziestki, a kawalerów wciąż nie było. No ale jak ja mogłam ich znaleźć? Na spotkania towarzyskie chodziłam wyłącznie z mamą, na urlop również wyjeżdżałyśmy razem, a prawdziwych przyjaciółek po prostu nie spotkałam! Mama rzuciła się do książki telefonicznej. W naszym życiu rozpoczął się nowy etap - byłam prezentowana jako panna na wydaniu! I nikogo nie obchodziło, czy chcę wyjść za mąż, czy nie. A z mamą nie było warto się sprzeczać... Mama odrzucała wszystkich proponowanych kandydatów. Jednego po drugim. Siemion za stary, a do tego wdowiec z dziećmi. Piotr - brzydki. Konstantin pije. Aleksiej - przystojny, ale biedny jak mysz kościelna. Mama miała nieprawdopodobnie wygórowane wymagania wobec mojego narzeczonego - miał być przystojny, mądry, bogaty, inteligentny, nie pić i najlepiej jeszcze być sierotą z mieszkaniem i domkiem letniskowym. Najciekawsze jest jednak to, że po roku intensywnych poszukiwań taki kandydat się znalazł. Był to Michaił Gromow - siostrzeniec mamy najbliższej przyjaciółki. Prowadził bardzo korzystne interesy. Było tylko jedno „ale”. Narzeczony dopiero co skończył dwadzieścia cztery lata, a ja wyprawiłam już w czerwcu trzydziestkę. Jednak kwestia wieku niedługo martwiła zaszczytne negocjujące strony. Adelajda Mak-simowna, ciotka Miszy, chciała jak najszybciej uwolnić się od odpowiedzialności za siostrzeńca, którym opiekowała się po śmierci jego rodziców, a moja mama była gotowa na wszystko, byleby mnie zaobrączkować. Wyswatali nas i ożenili. Pół roku po ślubie z poczuciem spełnionego obowiązku umarła moja mama. Adelajda Maksimowna przeżyła ją dokładnie o miesiąc. Rzecz jasna zarzuciłam koncertowanie i

teraz całymi dniami wyleguję się w domu na kanapie. Domem zajmuje się Natasza. Dzieci nie mamy. Czasami do głowy przychodzi mi myśl: może sprawić sobie pieska? Parę razy nawet pojechaliśmy oglądać szczenięta, ale zawsze wracaliśmy do domu rozczarowani. A poza tym psa trzeba by było wyprowadzać, regularnie karmić, wozić do weterynarza i na wystawy-jednym słowem: jedna wielka udręka. Do tego jeszcze, gdzieś tak ze cztery lata temu, niespodziewanie zasypała mnie lawina alergii i kwestia zwierząt w domu sama się rozwiązała. Wszystkie moje dni wyglądają identycznie. Wstaję około dziesiątej. Biorę prysznic, potem jem śniadanie, piję kawę i zasiadam przed telewizorem. Następnie jem obiad i ucinam sobie mniej więcej półtoragodzinną drzemkę. Potem udaję się albo do fryzjera, albo na zakupy. Przez pewien czas próbowałam chodzić na basen, ale momentalnie nabawiłam się zapalenia płuc, a na zajęciach z fitnessu porządnie nadwerężyłam sobie nogę.Tak więc sport musiałam sobie wybić z głowy. Za to z przyjemnością biorę masaże. Lubię saunę, tylko nigdy nie skaczę po niej do basenu — strzeżonego Pan Bóg strzeże. Jednak w moim beznadziejnie nudnym życiu jest promyk słońca. Są to powieści kryminalne. Uwielbiam czytać książki i skupuję je workami. Mariilina, Daszkowa, Sierowa, Jakowlewa, Polakowa5 - stały się moimi prawdziwymi przyjaciółkami. Z jaką radością sięgam po nowości! Jest tylko jeden mały problem - książka wystarcza mi zaledwie na jeden dzień. Dlaczego te panie tak wolno piszą! Dzisiaj, na przykład, kompletnie nie mam się czym zająć. W telewizji pokazują takie bzdury, że aż mnie skręca. Ułożywszy się wygodnie na kanapie z górą kołder i [5 Marinina, Daszkowa, Sierowa Jakowlewa, Polakowa - współczesne rosyjskie autorki powieści kryminalnych (przyp. Tłum.).]

poduszek, rozpakowałam czekoladkę i poleciłam Nataszy: - Niech pani będzie tak miła i pójdzie do kiosku po gazety: „Kronikę Kryminalną”, „Pietrowkę 38” i „Megapolis”. Natasza skinęła głową i ruszyła co tchu, by wykonać polecenie. Wyciągnęłam się na kanapie. Jednak dobrze, że nie sprawiłam sobie psa. Przyszedłby teraz, wlazł do mnie pod koc i nie dałby mi odpocząć... Drgnęłam na dźwięk ostrego dzwonka. Zegarek pokazywał prawie południe. Najwidoczniej roztrzepana Natasza w pośpiechu zapomniała kluczy. Zsunęłam się z kanapy i jednym szarpnięciem otworzyłam drzwi. Zamiast tęgawej jasnowłosej Nataszy zobaczyłam przed sobą zgrabną, czarnowłosą dziewczynę. - To pani jest żoną Michaiła Gromowa? - zapytała. Zdziwiona, kiwnęłam głową. Dziewczyna podała mi paczkę i szybko zbiegła, stukając po schodach obcasami. - Kim pani jest?! - zadałam spóźnione pytanie, ale na dole trzasnęły już drzwiczki od samochodu. W paczce znalazłam kasetę wideo z napisem: „Obejrzyj sama”. Magnetowid stoi u nas w gabinecie. Najpierw na ekranie telewizora migały szare pasy, potem rozległo się straszne sapanie i przed moimi oczyma pojawiły się dwa obnażone ciała. Skrzywiłam się. Nie znoszę pornografii. Komu przyszło do głowy, żeby przysłać mi podobne obrzydlistwo?! Podczas gdy przychodziłam do siebie, akcja zaczęła się rozwijać. W pewnym momencie mężczyzna się odwrócił, a ja o mało co nie spadłam na podłogę - wprost na mnie skierowana była twarz Michaiła. W odrętwieniu obserwowałam rozwój wydarzeń. Kamera odtworzyła wszystko z pełną obojętnością - od początku do końca. Potem ukazała się twarz czarnowłosej dziewczyny, tej samej, która dopiero co wybiegła z klatki, i popłynął uroczy głęboki głos, prawdziwy mezzosopran:

„Dzień dobry. Nie znamy się, niemniej jednak jesteśmy związane niewidoczną pajęczyną. Pozwoli pani, że się przedstawię - nazywam się Tania Mołotowa. Mam dwadzieścia pięć lat. Jestem tłumaczem. Znam angielski, niemiecki, francuski, arabski, świetnie zarabiam i jestem bardzo ładna...”. Muszę przyznać, że dziewczyna miała rację. Burza czarnych jak smoła włosów otaczała wąską twarz z nieskazitelnie jasną cerą. Ogromne piwne oczy, gęste rzęsy, wyraźne luki brwiowe... mały nos, usta jak u wielkiej aktorki Brigitte Bardot, figura również cudowna: wąska talia, długie nogi i jędrne piersi. „...Tak, jestem piękną kobietą - kontynuowała z uśmiechem dziewczyna. - Czego o pani nie da się powiedzieć. A na dodatek jestem młoda. Mój romans z Michaiłem trwa już od roku i przyzna pani, że pod każdym względem pasuję do niego bardziej niż pani. Jest jeszcze jeden szkopuł. Wkrótce urodzę dziecko. Ono powinno mieć ojca. Misza nigdy się z panią nie rozwiedzie. Jest zbyt przyzwoity i boi się powiedzieć pani prawdę. Ale ja nie muszę się przed panią płaszczyć, dlatego proszę mnie uważnie posłuchać. Jest pani beztalenciem i próżniakiem, spędzającym swoje życie absolutnie bezcelowo pod kołdrą. Poza tym jakimś cudem wbiła pani do głowy nieszczęsnemu Miszy, że jest pani śmiertelnie chora. Ale mnie jest trudno oszukać - jest pani darmozjadem, bezużyteczną istotą, niezdolną nawet do urodzenia dziecka. Przez panią mój syn może stracić ojca, niech więc pani natychmiast wystąpi o rozwód. Może pani zostawić sobie dobra materialne - Michaił odejdzie z jedną walizką i będzie łożył na pani utrzymanie. No bo pani przecież nie jest w stanie zarobić złamanego grosza... Proszę się nie martwić, jakoś wyżywimy pasożyta. Niech wreszcie dotrze do pani, że między wami nie ma miłości, a stosunki płciowe są tak rzadkie, że nie można ich nawet nazwać

stosunkami. Jeśli nie zgodzi się pani na te warunki, to proszę mieć pretensje wyłącznie do siebie. Rozwód i tak się odbędzie, tyle że zostanie pani z niczym. A teraz proszę jeszcze raz popatrzeć, jak nam ze sobą dobrze”. Na ekranie ponownie zaczęły poruszać się obnażone ciała. Poczułam, jak po policzkach ciekną mi łzy. Okazało się, że czarnowłosa dziewczyna miała całkowitą rację. Najwidoczniej z natury jestem pozbawiona ognistego temperamentu. Wprawdzie przez pierwsze miesiące po ślubie spaliśmy w jednym łóżku, ale potem Misza przeniósł się do innego pokoju, motywując swoją przeprowadzkę tym, że nie chce budzić mnie każdego ranka podczas zbierania się do pracy. Kiedy to my po raz ostatni się kochaliśmy? W czerwcu, dziewiątego, akurat przed jego wyjazdem do Londynu. A teraz jest już listopad! Cała reszta też się zgadza - darmozjad, leniuch niezdolny do zarobienia chociażby grosza... Rozległo się trzaśnięcie drzwi wejściowych i radosny głos Nataszy: - Przyniosłam gazetki! Szybko wyłączyłam magnetowid, wytarłam policzki i krzyknęłam: - Niech je pani położy przy lustrze! Ale Natasza naturalnie nie usłyszała i wparowała do gabinetu. Zobaczywszy moje zaczerwienione oczy, natychmiast zapytała: - Płakała pani? Co się stało? Róża została zabita? Że też można być na tyle głupią, aby przypuszczać, że gospodyni może rozpaczać z powodu śmierci bohaterki meksykańskiej telenoweli!!! - Niedokładnie trzepie pani koce - rozzłościłam się. - I dlatego dostałam alergii. - Zaraz wypiorę - zaoferowała się natychmiast Natasza i zaczęła ściągać poszewkę z kołdry.

Bezmyślnie patrzyłam, jak zręcznie i szybko pracują jej małe palce. - I słusznie - mruknęła gosposia. — Z jakiej racji miałaby się pani przejmować? Żadnych trosk, żadnych kłopotów, mąż - przystojniak, w domu wszystkiego pod dostatkiem. Ech, bajka, a nie życie! Tego było już za wiele i kiedy wyszła za drzwi, na dobre się rozrycza-łam.Tak w ogóle to nie jestem z gatunku histeryczek i po raz ostatni płakałam na pogrzebie mamy, dzisiaj jednak łzy płynęły mi ciurkiem jak przy krojeniu cebuli. Dopiero po dwóch godzinach zdołałam się uspokoić i byłam w stanie myśleć. No i co mam teraz zrobić? Udawać, że nic się nie stało? Wyrzu- cić kasetę i żyć sobie spokojnie dalej? Nie, to nie dla mnie”. Mama zawsze twierdziła: „Skarbie, małżonkowie nie powinni mieć przed sobą żadnych tajemnic. Mąż i żona to jedno”. Łatwo jej było tak mówić, bo miała w domu tatę, który, moim zdaniem, nawet nie podejrzewał, że na świecie istnieją inne kobiety poza uwielbianą przez niego żoną! Nie, trzeba koniecznie rozmówić się z Miszą. Poszłam po książkę telefoniczną. Czy istnieją żony, które nie pamiętają numeru telefonu swojego męża? Tak! To właśnie ja! Nigdy nie dzwonię do Miszy ani do pracy, ani na komórkę. Telefon komórkowy nie odpowiadał, wybrałam więc inny numer. - Firma „Wicher” - rozległ się miły kobiecy głos. - Słucham uprzejmie. - Proszę zawołać Michaiła. - To ty, Taniu? - ucieszyła się niewidoczna rozmówczyni. - Nie - odpowiedziałam cicho, czując, jak w gardle staje mi wielka klucha. - Nie, niech pani powie, że żona prosi go do telefonu. Głos stał się momentalnie oschły i oficjalny:

- Michaił Anatoliewicz pojechał do filii. Proszę zadzwonić na komórkę. Drżącymi palcami zaczęłam ponownie wybierać wcześniejszy numer. Tania! Żeby to szlag trafił! Całe biuro wie o kochance! Większego wstydu jak dziś się jeszcze nie najadłam. Wytrwale próbowałam się dodzwonić, aż w końcu usłyszałam: - Halo! - Misza, proszę cię, przyjedź do domu. - Co się stało? - przestraszył się mąż. - Jesteś chora? - Zdrowa jak ryba - zapewniłam go. - Musimy porozmawiać. - Kochanie, wybacz, ale jestem strasznie zajęty. Nie dam rady wrócić przed dziewiątą. - Proszę cię, przyjedź natychmiast. Spotkała mnie ogromna przykrość! - A co? Pokłóciłaś się z Nataszą? Mąż był jak zwykle życzliwy i czuły, ale w ostatnim pytaniu dało się słyszeć ironię. Faktycznie, największa przykrość, której mogłam doświadczyć, to awantura z gosposią. - Nie martw się, kochanie - pocieszał mnie Misza. - Wyrzucimy bab-sztyla i zatrudnimy kogoś innego. Nie wolno ci się denerwować - jeszcze się migrena zacznie! Zrób tak: każ jej natychmiast iść do domu, a sama połóż się i odpocznij. Rzuciłam słuchawką w kanapę i zaczęłam gapić się w okno. Po chodniku pędzili ludzie: mężczyżni z teczkami, kobiety z torbami, babcie z wózkami ... Wszyscy mają jakiś cel w życiu. Tylko ja go nie mam... Nie mam po co wychodzić z domu. Nie mam dokąd pójść. Dalej działałam jak automat. Najpierw położyłam Miszy kasetę na łóżko. Potem napisałam na kartce: „Za moją śmierć proszę nikogo nie winić” - i przypięłam ją agrafką do poduszki. Następnie

poszłam do przedpokoju i starannie się ubrałam. Nie ma nawet co myśleć o tym, żeby targnąć się na swoje życie w domu. Natasza natychmiast wezwie pogotowie i tragedia przemieni się w farsę. Powoli wlokłam się alejką, czując, jak przemakają moje jesienne zamszowe buty. Po raz pierwszy nie obawiałam się, że się przeziębię, bo niby po co? Nieboszczyk nie ma przecież kataru. Przez kilka godzin włóczyłam się bez celu po Moskwie i w żaden sposób nie mogłam wymyślić sobie godnej śmierci. Rzucić się z okna? Mam lęk wysokości. Otruć się? Czym? Powiesić się? Nie mam sznura, a nie mogę go kupić, bo torebka leży w domu pod lustrem razem z komórką, portmonetką i kluczami. Nagle miasto się skończyło i rozpoczęła się długa szosa. Nad stolicą powoli zapadał listopadowy zmierzch. Zaswędziało mnie w nosie i roz-kichałam się na dobre, czując, jak zaczyna boleć mnie gardło. Dość już tego, muszę raz dwa skończyć przeciągające się już zbyt długo pożegnanie z nędznym życiem, bo inaczej do reszty się rozchoruję. Na pustej szosie pojawiły się nagle światła samochodu. Kierowca, zobaczywszy mnie, zatrąbił ostrzegawczo, ja jednak pędziłam już wprost na maskę. Rozległ się ostry zgrzyt, pisk, a potem przed moimi oczami ukazała się ziemia. Leżąc twarzą w lodowatej kałuży, usłyszałam krzyk: — Nie, o Boże! I pomyślałam bezwiednie: „Mam nadzieję, że to już koniec”.

Rozdział 2 Leżąc, czułam miarowe kołysanie podłoża. Otworzyłam oczy i mój wzrok natknął się na nisko zawieszony sufit, obciągnięty sztuczną skórą. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że ktoś wiezie mnie samochodem! Krzywiąc się z wysiłku, usiadłam i z przerażeniem ujrzałam, że mam na nogach całkowicie mokre buty przypominające kompresy. Zresztą spódnica, rajstopy i płaszcz również nie wyglądały lepiej. - Ocknęłaś się? — rozległ się wysoki głos. Siedząca za kierownicą szczupła blondynka skręciła ostro w prawo i zaparkowała na poboczu. - A teraz gadaj, zołzo, po jaką cholerę rzuciłaś się pod mój samochód? Dlaczego ze wszystkich aut wybrałaś akurat moje? Czy ty chociaż zdajesz sobie sprawę, głąbie kapuściany, że mogłaś zginąć?! Bezwiednie kiwałam głową, patrząc na jej wściekłą twarz. Dosyć duże błękitne oczy wybawczym przeszywały mnie niczym dwa sztylety. Jas- nobrązowa pomadka się rozmazała, a na jej głowie we wszystkie strony sterczały krótko ostrzyżone włosy. Pewnie moja fryzura wygląda identycznie. Podniosłam rękę i spróbowałam przygładzić sterczącego na głowie koguta. - Przypomniała sobie o wyglądzie! - wściekała się kobieta. - Ale z ciebie Świnia! Jeśli postanowiłaś popełnić samobójstwo, to się utop we własnej wannie! Zobacz, jak mnie wrobiłaś! A jeślibym cię przejechała? To byłby koniec! Wsadziliby mnie do więzienia, a ja, tak na marginesie, mam dzieci. Gadzina z ciebie... Nagle jej agresywne słowa przestały do mnie docierać. Boże, ale ze mnie pechowiec! Nie potrafię nawet popełnić samobójstwa! Zalałam się rzęsistymi łzami.

- No dobra już, dobra - burknęła kobieta, przedostając się na tylne siedzenie. - Przestań się już mazać. Niespodziewanie otoczyła mnie ramieniem. Wtuliłam się w jej pachnący perfumami kożuszek z królika i zaczęłam ryczeć jak bóbr. - Przestań! - rozzłościła się dobra samarytanka. - Lepiej podziel się ze mną swoimi smutkami. Zanosząc się płaczem i jąkając się, zaczęłam opowiadać nieznajomej o wszystkim: o mamie, harfie, Miszy i kasecie... Przez około pół godziny z moich ust wydobywał się chaotyczny potok słów. Wreszcie blondynka westchnęła. - No tak, czyli nie masz dokąd pójść? Potrząsnęłam głową. - Okay, no to jedziemy. - Dokąd? - Do mnie, przecież nie będziemy spać na dworze! Żiguli dość długo pędziło po zaułkach, aż wreszcie stanęłyśmy przed dziewięciopiętrowym wieżowcem. Klatka schodowa patrzyła na świat oknami bez szyb, a w windzie groźnie jeżyły się zwęglone przyciski. Wjechałyśmy na piąte piętro, blondynka pogrzebała w torebce i, zakląwszy pod nosem, nacisnęła dzwonek. Momentalnie rozległo się szczekanie na wiele głosów i drzwi natychmiast się otworzyły. - Mama przyszła! - wrzasnął jedenastoletni chłopak. Cofnęłam się odruchowo. W ciasnym przedpokoju tłoczyła się dzika wataha zwierząt - na przemian koty i psy. - No, wchodź! - pięść gospodyni wbiła mi się w plecy. - Co tak utknęłaś w wejściu, one nie gryzą! Z trudem wcisnęłam się na centymetrową przestrzeń. Chłopak podskakiwał koło blondynki. - Masz! — wepchnęła mu wielką torbę. — Zanieś. Radośnie pokrzykując, chłopczyk pomknął w głąb długiego przedpokoju. Psy wraz z kotami pogalopowały za nim.

- Nareszcie jesteś - zauważył dość gniewnie młody mężczyzna. -Chodź szybko, bo ziemniaki wystygną. - Zaraz — wysapała blondynka, ściągając buty. Potem odwróciła się w moją stronę: - No, rozbieraj się, co tak stoisz?! Posłusznie ściągnęłam z nóg „kompresy” i zapytałam z lękiem: - Gdzie są kapcie? - Tam poszukaj - gospodyni machnęła ręką w stronę fury kapci - i leć się umyć. Odnalazłszy jakoś dwa różne kapcie, dotarłam do łazienki. No tak, gorzej nie da się już chyba wyglądać! Z lustra spoglądała na mnie blada, uwalana błotem gęba, włosy sterczały do góry niczym pióropusz, a na dodatek jeszcze tusz się rozmazał. - Hej! - ktoś zapukał. Uchyliłam drzwi. Niewysoki mężczyzna podał mi stary, ale czysty ręcznik. - To dla mnie? - Dla ciebie, dla ciebie. A czym się chciałaś wycierać? Szmatą? - zachichotał gospodarz i ulotnił się. Doprowadziwszy się jako tako do porządku, powlokłam się do kuchni. W dużym pomieszczeniu z dwoma oknami panowało przyjemne ciepło. Przy okrągłym stole siedziało kilka osób: blondynka, młody mężczyzna, dziewczyna i chłopiec. Dookoła kręciły się psy Koty bezczelnie rozłożyły się w pobliżu zlewu. - Tak - nakazała gospodyni tonem dowódcy - teraz się zapoznamy! Jestem Katia. To mój starszy syn Sierioża. Młody mężczyzna uśmiechnął się i, zawadiacko podkręciwszy wąsa, powiedział: - Dobry! -Jego żona Julia.

Dziewczyna spojrzała na mnie szybko i też się uśmiechnęła. - A ja jestem Kiriusza - wtrącił chłopak. - Młodszy syn mamy i brat tego... I dźgnął usmarowanym atramentem palcem, wskazując na Sieriożę. - No dalej, jedz! — poleciła Julia. - Nie krępuj się! Spod stołu rozległo się niezadowolone warknięcie. - Natychmiast skończcie ten jazgot! - rozkazała Katia. Psy momentalnie zamilkły, za to zaczęły miauczeć koty. - Ile tu macie zwierząt - westchnęłam. - Istne zoo. - E tam, wcale nie tak dużo - oświadczył radośnie Kiriusza. - Tylko trzy psy i dwa koty. Niech pani spojrzy, to mopsy: Mula i Ada. Dwie identyczne mordy wlepiły we mnie swoje okrągłe, błyszczące, wypukłe oczy. Potworne brzydale. Dolna szczęka wystawała do przodu, nosa prawie nie było, na czole fałdy skóry... - Jest jeszcze stafford terier - Rachel - paplał bez ustanku chłopak, wypychając nogą spod stołu dosyć dużego psa o nieprzyjaznym, groźnym spojrzeniu i wielkim tyłku. - A tamten kotek, czarno-rudy, to Semiramida, a ten całkowicie biały wabi się Klaus... A jeszcze... Pełen entuzjazmu zerwał się i wyciągnął z kąta koło lodówki wielkie akwarium, po którym snuły się utuczone chomiki. - Szary - Cencik, rudy - Piotrek, czarny - Leonardo, a w koszyku -ropucha Gertruda. Chce pani, to przyniosę? - Gertrudę pokażesz jutro - powiedziała Julia tonem nieznoszącym sprzeciwu i umieściła Kiryła przy stole. - Proszę jeść, bo ostygnie. Obrzuciłam spojrzeniem jedzenie. Emaliowany garnek z gotowanymi ziemniakami i patelnia z tłustymi smażonymi udkami. Obok, w czerwonej misce, piętrzyła się surówka, obficie zaprawiona majonezem. U nas w domu nie jada się takich rzeczy, gdyż udka kurczaka zawierają sam cholesterol.

Michaił jada tylko piersi, najlepiej bez panierki, za to z kalafiorem. - Proszę się nie krępować - uśmiechnął się ponownie Sierioża - i sobie nakładać. Westchnąwszy, zabrałam się do jedzenia. Ciekawe, czy wypada poprosić gospodynię o tabletkę na trawienie na deser? Moja wątroba nie wytrzyma udkowo-majonezowego bombardowania. Nie ma co, dziwna rodzinka! Starszy syn dobija do trzydziestki, młodszy z wyglądu nie ma więcej niż jedenaście lat, a wiek samej gospodyni jest niemożliwy do określenia... -Jak się nazywasz? - przerwała moje głębokie rozmyślania Katia. Drgnęłam mimowolnie. Mój tata był wielkim oryginałem i kiedy pojawiłam się na świecie, bez dłuższego namysłu nazwał mnie imieniem swojej zmarłej matki. Wszystko byłoby w porządku, jeżeli babcia miałaby zwykłe imię, typu Maria, Tatiana albo Helena... Ale nie, na chrzcie dali jej... Eufrozyna. W szkole i na studiach wszyscy zwracali się do mnie tylko i wyłącznie - Froza. Jednak najtrudniejszy moment przychodził zawsze, kiedy miałam się przedstawić pełnym imieniem. „Eufrozyna”- mamrotałam. „No tak - następowała odpowiedź - ładne, aczkolwiek rzadkie imię. Czyli w skrócie Froza. A nazwisko przypadkowo nie Burłakowa6 , jak w tej komedii?” Po prostu chce się płakać - wszyscy reagują identycznie. Tak przy okazji, to nazwisko mam czysto carskie – Romanowa7 . 6 Eufrozyna Burłakowa - główna bohaterka komedii Proszę przyjść jutro z 1963 r., która przyjechała na studia do Moskwy z zapadłej wsi (przyp. tłum.). 7 Dynastia Romanowów - ostatnia carska dynastia w Rosji, która rządziła krajem przez 304 lata - od roku 1613 do 1917 (przyp. tłum.).

Sierioża, Julia, Katia i ???! zamilkli i przyglądali mi się wyczekująco. Nawet psy rozdziawiły pyski. Nie mogąc się nadziwić brzydocie mopsów, ja też otworzyłam usta... No nie, za nic w świecie nie podam swojego prawdziwego imienia! Eufrozyny nienawidzę podobnie jak męża i harfy. Lepiej powiem pierwsze, co przyjdzie mi do głowy. I język natychmiast chlapnął: - Eulampia. - Ale numer! - zachwycił się Sierioża. - Jakie rzadkie imię! A jak w skrócie? - Pewnie Lampa! - zachichotał Kiriusza, za co momentalnie oberwał od matki po głowie. Totalnie zdołowana, wepchnęłam sobie do ust łyżkę obrzydliwej sałatki z krabów. Boże, dlaczego mam takiego pecha?! Na noc położono mnie na kanapie w pokoju gościnnym. Łóżko okazało się strasznie niewygodne, wąskie i twarde, poduszka - zbita w bryłę, a koc gryzł, wypuszczając przez zbyt cienką poszewkę twarde włoski. Przewracając się z boku na bok, wreszcie zasnęłam. Nie dane mi jednak było długo pospać. Drzwi do pokoju otworzyły się z przeraźliwym skrzypieniem. Spojrzałam w tamtą stronę. Ani żywej duszy. To pewnie przeciąg. Powoli zaczął mnie już ogarniać sen, gdy wtem coś ciężkiego i gorącego z potwornym odgłosem spadło mi prosto na klatkę piersiową. - Aaa! — zaczęłam wrzeszczeć. Rozległ się tupot bosych nóg, potem zapaliło się światło. No? - zapytał Sierioża, mrużąc oczy. - Zawsze tak wrzeszczysz przez sen, czy tylko u kogoś? Ktoś na mnie napadł! - wybełkotałam, usiłując usiąść. Boże - westchnął chłopak - w naszym domu nie da się wyspać! To tylko Mula. Leżysz w pokoju gościnnym, a ona przyzwyczaiła się no-cować tu na kanapie. Przyszła więc na

swoje miejsce. Też mi wielkie co, głupstwo, no, posuń się trochę. Kto to jest Mula? Mops angielski - przypomniał chłopak. - Jest jeszcze Ada, ale ona śpi z chomikami. Nie bój się, Mulka nie gryzie, tylko troszkę chrapie. Dobranoc. Światło zgasło. Zostałam sama w salonie. Mops bez najmniejszego skrępowania rozłożył się na mnie. Mały z pozoru pies okazał się wyjątkowo ciężki i gorący. Spróbowałam zepchnąć go na bok, ale Mula nawet nic drgnęła - leżała jak kłoda z wyciągniętymi łapami. Z obrzydzeniem przyjrzałam się zwierzęciu. Spać w jednym łóżku z brudnym psem?! Chociaż na pierwszy rzut oka Mula wyglądała na dosyć czystą i pach- niało od niej gumą miętową. Nagle jej przednie łapy szybko się poruszyły, a tylne zadrżały i, nie otwierając oczu, mops zaczął popiskiwać przez sen. Zrobiło mi się weselej: okazuje się, że psom też się coś śni. Mops na-dal popłakiwał. Ostrożnie pogłaskałam jego tłusty bok. Mula westchnę-ła i uspokoiła się. Okazało się, że sierść mopsa jest delikatna, a nawet jedwabista w dotyku. Odruchowo pogłaskałam go jeszcze raz, nie mogąc się nadziwić przyjemnemu wrażeniu. Potem westchnęłam. No tak, dotykałam psa, to teraz trzeba będzie iść umyć ręce. Ale nie chciało mi się wstawać. Nagle kanapa wydała mi się strasznie wygodna, od mopsa biło ciepło - posapywał sobie cichutko, wcale nie jest aż tak strasznie. Wsłuchiwałam się przez kilka minut w jego miarowy oddech i nieoczekiwanie dla samej siebie znów go pogłaskałam. Palce przypadkowo natknęły się na pyszczek. Psina otworzyła ogromne senne oczy i polizała moją rękę różowym i niezmiernie długim językiem. Trwało to krótką chwilę, a język nie był wcale zaśliniony. Tak, jakby ktoś bardzo czule przejechał po dłoni mokrą, ciepłą, zamszową ściereczką. Drgnęłam, podobno zwierzę-i a mają glisty...

Mula westchnęła i znów na mnie popatrzyła. Niespodziewanie zrobiło mi się spokojnie na duszy i jakoś tak dobrze, jakby z serca spadł duży kamień. Wątpliwe, że ten pies ma robale, przecież nie jest bezpańskim, żyjącym na podwórku kundlem. Ostrożnie odwróciłam się na bok i zamknęłam oczy. Rozległo się ciężkie sapanie i w tej samej chwili mops zanurkował pod kołdrę i przytulił się grzbietem do moich nóg. Usiłowałam wypchnąć go na zewnątrz, ale nieproszony gość tylko posa-pywał. Po paru minutach moje lodowate stopy się ogrzały i w końcu zapadłam w mocny, głęboki sen.

Rozdział 3 -Daj to! Oddaj natychmiast! - krzyczał Misza. - Sam sobie weź - odpowiedziała mu Natasza. „Ciekawe, co się stało z mężem i służącą?” - pomyślałam, budząc się i ospale otwierając oczy. I w tym samym momencie z mojej piersi wyrwał się krzyk. Na poduszce tuż obok mojej twarzy spoczywał pyszczek małpki. Jednym susem znalazłam się przy drzwiach, szarpnęłam za klamkę i zaryłam głową w podbródek Sierioży. - Auć! - krzyknął chłopak i chwycił się za twarz. - Przepraszam najmocniej - mruknęłam - ale tam na pościeli jest makak.8 - Małp nie mamy, poza Kiriuszą oczywiście - uciął Sierioża i, zerknąwszy na kanapę, dziko się zaśmiał. - Przecież to Mula! To tylko twoje przywidzenia. Obróciłam się: mops siedział pośrodku kanapy. Pewnie nie uwierzycie, ale uśmiechał się całą swoją obrzydliwą gębą. - Ale jaja! - mruknął Sierioża i zniknął w przedpokoju. Natychmiast dobiegł stamtąd jego krzyk: - No ileż można się zbierać! Przez ciebie się spóźnię! - Buty gdzieś mi się zawieruszyły - jęczał Kiriusza - i czapka... Mamo, pojadę bez czapki. - Nie ma mowy! - włączył się do awantury głos Katii. - Chcesz się nabawić zapalenia opon mózgowych? - No — oburzył się chłopak - a dlaczego Julka może!? -Jak będziesz w moim wieku, to będziesz mógł chodzić w 8 Makak - nieduża małpa z nadrodziny małp wąskonosych, o krępej budowie i dość krótkich nogach; kilkanaście gatunków żyje w południowej i wschodniej Azji (przyp. tłum.).