wotson

  • Dokumenty43 353
  • Odsłony2 120 158
  • Obserwuję1 419
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 615 284

Daria Doncowa - Eulampia Romanowa 03 - Przesylka dla kameleona

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :2.5 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
D

Daria Doncowa - Eulampia Romanowa 03 - Przesylka dla kameleona.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion D Daria Doncowa
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 33 osób, 33 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 355 stron)

O, Boże nie daj mi zwariować! Głodować raczej i wędrować Z żebraczym kijem będę. (A.S. Puszkin)

Rozdział 1 Wpadłam w tę historię jak mucha do dżemu, albo do miodu, o ile śmierć w miodzie wydaje się wam bardziej interesująca od śmierci w dżemie. Ale w ten feralny dzień, od którego rozpoczął się łańcuch niewyjaśnionych zdarzeń, nic nie zapowiadało kłopotów. Jak zwykle, około siódmej wieczorem, weszłam do domu obwieszona potężnymi siatami i upuściwszy je na podłogę koło wieszaka, wrzasnęłam: - Ej, jest tu kto? - Co tam? - zza drzwi do przedpokoju wysunęła się głowa Sierioży. - Zanieś to do kuchni - zarządziłam, popychając nogą siaty. Dokładnie w tym momencie usłyszałam charakterystyczny trzask. A to niefart, przypadkowo potrąciłam torebkę z jajkami. - Nie żałuj sobie! - zachichotał Sierioża. Zdenerwowałam się. Szkoda, że nie jest nam dane przewidywać przyszłość, bo wtedy ta drobna przykrość z jajkami okazałaby się śmiesznost-ką, zabawnym przypadkiem, ale w tej chwili czułam się nieszczęśliwa. - Niech to diabli, niosłam od metra i nic, a w domu sama nogą rozwaliłam... Stękając i narzekając na ciężkie życie, dotarłam do kuchni. Przy dużym okrągłym stole Jula, Kiriusza i Sienią przykładnie pili herbatę. Julka spojrzała do torebki i spróbowała mnie pocieszyć: -Wielkie rzeczy, tylko sześć jajek się rozciapciało. A ja o mało co się nie rozpłakałam. - Wlej je do rondelka - zadysponował Sierioża. Julka posłusznie wybrała skorupki. - Przestań już biadolić - Sierioża naskoczył na mnie. - Myślałby kto, że to jakaś katastrofa.

- Racja - włączył się Kiriusza. - Ty się zatkaj - Sierioża zganił młodszego brata i dodał: — Dla nas nieszczęściem są rozbite jajka, a prawdziwe nieszczęście spotkało Sieńkę. Siemion jest najlepszym przyjacielem Sierioży, chodzili do tej samej klasy, potem się rozeszli na różne uczelnie, ale przyjaźń pozostała. I mimo że Sierioża pracuje teraz w agencji reklamowej, a Sienią uczy niemieckiego, spotykają się często, jak dawniej. Sienią podoba mi się: jest szczery, prostoduszny, zawsze gotów do pomocy. -Jaki masz kłopot? - spytałam, wzdychając. Ponury jak rzadko Siemion burknął: - Nawet mi się mówić nie chce! - Dobra, to ja opowiem - uśmiechnął się Sierioża. Rok temu poznał dziewczynę, Ritę - wesołą, śmieszkę, imprezowicz-kę, wielką amatorkę dyskotek i knajp. Prawie pół roku Siemion hulał razem z nią, ale potem zrozumiał, że Margarita ma w głowie tylko zabawę i nie będzie z niej żadnej przyzwoitej żony. Wprawdzie sam też lubił poszaleć, no ale nie codziennie. Będąc w sumie człowiekiem spokojnym, odpowiedzialnym pod każdym względem, wyobrażał sobie swoją przyszłą żonę zupełnie inaczej: pracującą, cierpliwą, dobrą gospodynię i matkę. Natomiast Rita, szalenie dumna ze swojej rzeczywiście nieprzeciętnej urody, uważała się za dar od losu dla przyszłego męża. A w ogóle, mężczyźni urodzili się tylko po to, ażeby uprzyjemniać jej życie. Mówiąc krótko, Sieni ten układ zaczął ciążyć i zakręcił się koło innej panienki, Nataszy, która była znajomą Rity. Okazało się, że Natasza jest przeciwieństwem swojej koleżanki. Jest spokojną, małomówną domator-ką. Wcześnie umarła jej matka i wszystkie obowiązki domowe spadły na dziewiętnastoletnią dziewczynę. Ojciec, całkiem jeszcze młody, trzydzie-stodziewięcioletni wdowiec, czuł się jak u

Pana Boga za pazuchą. Na stole zawsze czekał na niego ciepły obiad i kolacja, wyprasowaną koszulę dostawał, kiedy mu była potrzebna. Po dwóch miesiącach znajomości Sienią oświadczył się Nataszy i zaczął przygotowania do ślubu. Kiedy Rita dowiedziała się, że jej adorator przeniósł uczucia na kogoś innego, początkowo z wściekłości straciła głos. Jeszcze nigdy dotąd nikt jej nie porzucił i poczucie krzywdy wbiło się w jej serce jak zardzewiały gwóźdź. Poprzysięgła sobie zemstę na niegodziwcu i przysięgi dotrzymała. Najpierw chciała popsuć mu uroczystość, zjawiając się nieproszona na ślubie, ale później cwanej dziewczynie przyszedł do głowy szatański pomysł. Ojciec Nataszy, przystojny i majętny wdowiec, już od dawna okazywał żywe zainteresowanie jasnowłosą, niebieskooką i piersiastą koleżanką, która pojawiała się u jego córki. Teraz Rita poszła na całość, kokietując mężczyznę. Nie minęło pół roku, a teść Siemiona ożenił się z Margaritą i w ten sposób ona stała się teściową swojego byłego chłopaka. Parsknęłam śmiechem: - No to wpadł! - Rzeczywiście - westchnął Sienią. - Mieszkamy wszyscy razem i Rit-ka robi świństwa na każdym kroku. Tak chytrze wszystko ustawia, że wygląda jakby to ona dbała o Nataszę, a ja jestem potworem. Nie mam pojęcia, co robić?! - Wynajmij mieszkanie i wyprowadźcie się - poradził Sierioża. - A pieniądze? - klasnął rękami Siemion. - Czy ty wiesz, ile chcą za miesiąc? Nie znajdziesz za mniej niż sto zielonych. - Wiesz co, Sienią - Julka wstała z krzesła - jak się już ożeniłeś, to stwórz żonie normalne warunki do życia. - Ale ja tyle nie zarabiam - powiedział ze smutkiem w głosie. - To po co się żeniłeś? - Julka nie dawała za wygraną. - A kto mógł wiedzieć, że wyjdzie tak, jak wyszło. Ty mieszkasz z mamą Sierioży i jest w porządku.

- Katii prawie w domu nie ma, a poza tym jaka z niej teściowa, kupa śmiechu - westchnęła Julka i powiedziała: - Kirył, wleź na taboret i wyjmij z kredensu dużą patelnię. Szkoda, żeby się jajka zmarnowały. Zaraz zrobię pyszny omlet. - Wciąż mi każą coś robić - jęknął chłopiec. - A niech cię - rozzłościła się Jula - sama zdejmę. Błyskawicznie wskoczyła na taboret, wyciągnęła ręce, przez moment zachwiała się... - Ostrożnie! — wrzasnął Sierioża. Za późno. Pisnąwszy ze strachu, Jula zwaliła się na podłogę i zaczęła krzyczeć. - Co, co się stało? - rzuciliśmy się ku niej. Dziewczyna półleżała na linoleum z dziwnie wykręconą prawą nogą. Kostka momentalnie zaczęła puchnąć i niebezpiecznie sinieć. - To chyba złamanie - skonstatował zakłopotany Sierioża. - A mama, jak na złość, ma dyżur. Katia jest chirurgiem, przeprowadza operacje tarczycy i według mnie w obecnej sytuacji niewiele mogłaby pomóc. Ale w sytuacji zagrożenia w Sierioży obudził się mały chłopczyk, absolutnie przekonany, że jak tylko mama pojawi się w domu, to wszystkie problemy natychmiast znikną. - To wszystko przeze mnie - rozpłakał się Kiriusza. - Juleńko, przepraszam cię! - Głupstwo - szepnęła Julka, z trudem hamując łzy. - Co się miało stać, to się stało. - Bu-u-u-u! - zawodził chłopiec, trzymając się za głowę. Do kompletu brakowało tylko chóru płaczek, który by mu wtórował. - Dosyć tego - wmieszałam się i zadecydowałam: - Trzeba wezwać pogotowie. Karetka przyjechała po dwóch godzinach. Naburmuszona,

niesympatyczna baba rzuciła okiem na przypominającą kłodę drzewa nogę i szorstkim tonem zarządziła: - Zanieście ją do karetki. - My? - spytał głupio Sienią. - A co, ja ją mam zawlec? - wkurzyła się lekarka. - Sami się biliście, to sami ją teraz znieście. - Myśmy się nie bili - zaprzeczył Sierioża. - Ona spadła ze stołka. - Dla mnie to wszystko jedno - warknęła baba. - No już, ruszcie się, nie tylko wy jesteście na świecie. Sienią, Sierioża i Kirył delikatnie podnieśli jęczącą Julkę. Ja szłam z tyłu, niosąc pled. Na dole stał biały mikrobusik do transportu chorych, w którym było zimno jak w grobie. W końcu to był siódmy stycznia... - Proszę włączyć ogrzewanie - powiedział nieśmiało Sierioża, ale kierowca nawet okiem nie mrugnął. Julka, którą z trudem udało nam się ułożyć na noszach, znów zaczęła jęczeć. - Może by jej dać coś przeciwbólowego - zauważył cicho Sienią. - Nie trzeba, tak dojedzie - rzuciła obojętnie lekarka i dodała: - A dowód i ubezpieczenie wzięliście? - A mieliśmy wziąć? - zdziwił się Sierioża. - No jasne! - Lekarka znów się wkurzyła. - Dalej, rusz się, jedna noga tu, druga tam. Oj, ludzie kompletnie bez pojęcia, tumany jakieś. - Do jakiego szpitala ją zawieziecie? — przerwałam jej biadolenie. - Do sto pięćdziesiątego drugiego - burknął szofer. - Lepiej do Sklifosowskiego* — westchnął Sienią. [*Sklifosowski, Sklif- popularne określenia Instytutu Naukowo- Badawczego Pogotowia Ratunkowego im. Sklifosowskiego] - Da się do Sklifa? - spytałam. - Nie - warknęła lekarka. - Nie jesteśmy prywatną firmą, jedziemy tam, gdzie jest miejsce.

- Lampeczko — szepnął podekscytowany Kirył - niedawno był w telewizji taki program, że podobno wszyscy pracownicy Pogotowia to ła-pówkarze. Daj im sto rubli. Spojrzałam z szacunkiem na chłopca. Kto by pomyślał? Ma tylko jedenaście lat, a kombinuje lepiej od nas. Wyjęłam szybko z portmonetki czerwoniutki papierek i wydukałam: -Jedziemy do instytutu Sklifosowskiego. Szofer rzucił okiem na banknot i oświadczył: - To niepoważne! Trzeba było dołożyć jeszcze dwa takie banknoty. Lekarka momentalnie z grzechotem otwarła metalową puszkę. Znalazł się proszek od bólu głowy, a ambulans podjechał pod izbę przyjęć Sklifa. W ambulatorium przełożyli Julię na wąskie metalowe łóżko na kółkach i powiedzieli: - Czekajcie. W ogromnym korytarzu było wiele drzwi, ale ani jednego lekarza. Od podłogi strasznie ciągnęło, Jula cały czas się trzęsła. Nie pomógł ani pled, ani kożuszek Sierioży, ani moja kurtka. Wreszcie jedne drzwi się uchyliły i wyjrzał z nich starszy facet. - Dawajcie ją. Zaczęliśmy popychać łóżko. - Stop! - zakomenderował chirurg. Wszyscy zamarliśmy. -Jak ją wieziecie? - zdziwił się lekarz. - Coś nie tak? - spytał nieśmiało Sierioża. - Kto wpycha łóżko do gabinetu nogami do przodu? Głową trzeba. „Ciekawe, na czym polega różnica?” — zastanawiałam się, podczas gdy mężczyźni z trudem obracali wózek. Jula jęczała i szeptała: - Oj, powoli, nie trzęście, boli mnie.

W końcu znaleźliśmy się w gabinecie, gdzie jedynie spisali dane personalne pacjentki. - Teraz do rentgena - zarządził lekarz. - Tędy, na prawo. Powlekliśmy łóżko we wskazanym kierunku. Gruba, sapiąca baba potrzaskała aparatem i rozkazała: - Zawieźcie ją do przebieralni. Znowu trzeba było pchać przez cały korytarz łóżko, które podskakiwało na nierównej podłodze, a Jula wtedy krzyczała. Blady Sierioża trzymał żonę za rękę, a Kiriusza cały czas pociągał nosem. W niewielkim, obskurnym pokoju młody, może trzydziestoletni sanitariusz pociągnął za nogawki dżinsówjulki, mając zamiar je zdjąć. W tym momencie Julka wrzasnęła na całe gardło. - Czego się drzesz? - powiedział obojętnie sanitariusz. - Trzeba pocierpieć. Ale ja już zwęszyłam, o co chodzi. Kolejny banknot znalazł się w jego kieszeni, i chłopak w mgnieniu oka rozkwitł jak krzak jaśminu w upalny czerwiec. -Już,już, spokojnie - mruczał, delikatnie i zgrabnie zdejmując zJulki ubranie. - Zaraz dam pod głowę poduszeczkę, przykryję kocykiem i po-jedziemy do gipsowni. Odsunął nas od łóżka i szybko dostarczywszy „ładunek” do następnego gabinetu, szepnął mi na ucho: - Słuchaj, ciotka, ja jestem Wołodia, za chwilę, jak lekarz skończy, zawiozę ją na górę, nie denerwuj się, wszystko załatwię, znajdę dla niej miejsce, nie będzie leżała na korytarzu. W tej chwili z gipsowni wyglądnął lekarz i niezbyt uprzejmym tonem rzucił: - Dawajcie ją. Ale ja już wsuwałam mu banknocik. Twarz chirurga rozjaśniła się w uśmiechu i zamruczał: - Ależ po co? Nie trzeba.

- Zastrzyk przeciwbólowy - zadysponowałam. - Nie ma sprawy - stwierdził. - Zaraz wszystko będzie. - Lampeczko - szepnęła Julka - sikać mi się chce. Ruszyłam na poszukiwanie salowej i znalazłam ją w pokoju z tabliczką „Sanitarny”. - Czego? - rzuciła opryskliwie. - Basen. - Poczekaj. Po dziesięciu minutach czekania, znów wsadziłam głowę do „Sanitarnego”. - Co znowu? Spieszysz się, czy jak? - wybuchła salowa. - Już nie masz się gdzie spieszyć, już tu jesteś. Aleja, nauczona doświadczeniem, już wsuwałam jej do kieszeni papierek. Na poirytowanej twarzy pojawił się uśmiech i babsztyl zaćwierkał: - Oj, ta młodzież, pędziwiatry. No, chodźmy. O jedenastej w nocy zapłakaną i nadal drżącą z zimna Julkę wwieźli do sali na szóstym piętrze. Sanitariusz Wołodia nie zawiódł - poszeptawszy z pielęgniarką, wtoczył łóżko do sali 717 i konspiracyjnym tonem wyjaśnił nam: - To jest świetna sala, czteroosobowa, tu leżą same młode, nie ciężko chore, nie ma tu zdziwaczałych staruch czekających na endoprotezę. Będzie jej tu bardzo dobrze. - Dzięki, człowieku - powiedział wzruszony Sierioża. - Co tam! - machnął ręką Wołodia. - Nie ma za co. Pojutrze mam dyżur. Jeśli coś będziecie potrzebować, to walcie prosto na izbę przyjęć. Aha, jeszcze jedno. Tu salowe biorą za dobę pięćdziesiąt rubli, więcej nie dawajcie, nie ma co ich rozpuszczać. - A dlaczego mamy im płacić? - zdziwił się Kiriusza. - Ech, młody-głupi - westchnął sanitariusz i poszedł. Pobiegliśmy do pomieszczenia salowych, wzięliśmy kilka koców, dodatkową poduszkę i obiecawszy Julce, że jutro

rano zjawimy się ze wszystkim, czego potrzebuje, ruszyliśmy do wyjścia. W korytarzu, wzdłuż ścian stało kilka łóżek. Na jednym z nich bez przerwy jęczała staruszka. - Przykryjcie mnie kocem... Sierioża narzucił na nią kawałek spranej fłaneli. - Niech ci Bóg da zdrowie, synku - wyszeptała staruszka i poskarżyła się: - Oj jak mnie boli, jak mi ciężko. - Zaraz zawołam siostrę - obiecał Sierioża. W dyżurce ładniutka pielęgniarka czytała książkę. - Tam, na korytarzu pacjentce jest słabo. - Aha - skinęła głową dziewczyna. - Proszę do niej podejść! - Oczywiście - przyrzekła siostra, nie odrywając oczu od książki. Kiedy doszliśmy do wyjścia, odwróciliśmy się. Pielęgniarka, jak gdyby nigdy nic, nadal czytała książkę. - A jeśli człowiek nie ma pieniędzy? - spytał Sienią. - To co? - To nic – westchnęłam. Rozdział 2 Rankiem ja, Sierioża i Katia staliśmy na oddziale Julki pod drzwia-mi z tabliczką „Gabinet Ordynatora”. Kiriusza mimo desperackiego sprzeciwu, poszedł do szkoły. - Zdaje się, że przyszliśmy w nieodpowiedniej porze - westchnęła Katia. - Chyba wszyscy są na zabiegu. Ale w tym momencie otwarły się drzwi i wyjrzał młody człowiek o przyjaznej, sympatycznej twarzy. - Państwo do mnie? - Szukamy doktora Kozy - powiedziałam. - Słucham, to ja, Stanisław Fiodorowicz Koza. - Bardzo mi miło, kolego - zaćwierkała Katia i podała mu wizytówkę. - „Chirurg, doktor nauk medycznych, ordynator oddziału

chirurgii, Jekatierina Andrejewna Romanowa” - przeczytał Koza i obrzuciwszy wzrokiem stojące przed nim 45 kilogramów żywej wagi, spytał z niedowierzaniem: - To pani? - Tak - twarz Katii rozpłynęła się w uśmiechu, ponieważ już była przyzwyczajona, do tego, że chorzy biorą ją za pielęgniarkę. - To ja. A to Jew-łampija Andrejewna Romanowa. Starałam się uśmiechnąć najuprzejmiej, jak tylko mogłam. Trzeba się spodobać temu Kozie, jakby nie było, to lekarz zajmujący się Julką. - Aha - kiwnął głową - czyli siostry, rozumiem. W czasie kiedy Katia i Koza w swoim ptasim języku omawiali stan zdrowia Julki, patrzyłam przez okno. Wsłuchiwać się w ich świergotanie nie miało sensu, bo i tak nie zrozumiałabym ani słowa. A Koza się pomylił - ja i Katia nie jesteśmy siostrami, zbiegiem okoliczności mamy takie same nazwiska i otczestwa, ale bywa, że czasami najbliżsi krewni nie są tak bardzo zżyci jak my obie. * * * Zawsze chciałam mieć siostrę albo brata, ale los sprawił inaczej — byłam jedynaczką. Rodzice sądzili, że umrą bezdzietnie, ale Pan Bóg sprawił cud, urodziła im się córeczka. Na pamiątkę po babce dziewczynkę nazwano Eufrozyną. Mało kogo tak ubóstwiano w dzieciństwie jak mnie. Mamusia, śpiewaczka operowa, i tatuś, profesor matematyki, zrobili wszystko, aby ich córeńka miała szczęśliwe dzieciństwo. Nigdy mnie nie karcili za ustawiczne trójki, troskliwie dbali o moje zdrowie, zapisali mnie do szkoły muzycznej, do klasy harfy, a potem do konserwatorium. Nawet po śmierci papy nic się nie zmieniło. Mamusia twardą ręką prowadziła mnie przez życie, sama rozwiązywała napotykane problemy. W żadnej sprawie nie miałam prawa mieć własnego zdania.

Rosłam sobie jako spokojne, chorowite dziecko i nawet do szkoły chodziłam nieregularnie - tydzień nauki, miesiąc w łóżku. Nigdy nie miałam przyjaciółek, i najbliższym mi człowiekiem zawsze była mamusia. Przywykłam dzielić się z nią wszystkimi swoimi problemami i nieszczęściami. Wysłuchawszy mnie, mamusia czule mnie całowała i mruczała: - To nic, Frozieńko, ranek jest mądrzejszy od wieczora, nie martw się. I rzeczywiście bywało, że rankiem wieczór był zupełnie nieistotny. Tak sobie żyłam, jak kryształowa figurka, ułożona w aksamitnym pudełeczku i dla pewności owinięta jeszcze w watę. Mówiąc szczerze, takie życie było mi bardzo na rękę. Jedynym utrapieniem była harfa. Po ukończeniu konserwatorium zaczęłam dawać koncerty, co straszną sprawiało mi mękę. Ale mamusia, której marzeniem było ujrzeć córeczkę na scenie, była tak szczęśliwa, że nie mogłam jej rozczarować. Powoli zbliżałam się do trzydziestki, więc mama postanowiła wydać swój skarb za mąż. Znalazł się fantastyczny narzeczony - Michaił Gro- mow. Kandydat spełniał wszelkie wymagania: przystojny, dobrze wychowany, bogaty i do tego sierota. Było tylko jedno „ale”: narzeczony był o całe sześć lat młodszy ode mnie. Nie uznano tego jednak za istotną przeszkodę i odbyło się huczne weselisko. Miesiąc po uroczystości mamusia zmarła z poczuciem dobrze wypełnionego obowiązku. Ale moje życie wcale się nie zmieniło — teraz o mnie troszczył się mąż. Po pierwsze: zaproponował, abym rzuciła pracę, potem zatrudnił gosposię... Wystarczyło, żebym kichnęła, a już pojawiał się mąż z pielęgniarką. Jednakże, mimo takiej opieki i regularnego łykania witamin i preparatów poprawiających

odporność, bez przerwy chorowałam. Słabe zdrowie często nie pozwalało mi wyjść z domu i dzień za dniem upływały jednostajnie. Głównie wylegiwałam się na kanapie otoczona górą kryminałów. Ten rodzaj literatury stał się dla mnie jedyną odskocznią od codzienności i pochłaniałam wszystko, co ukazało się na półkach księgarskich. Czasem przychodziła mi do głowy myśl o samobójstwie. Miałam wrażenie, że nie mam ani po co, ani dla kogo żyć. Dzieci nie mieliśmy, a pomimo patologicznej nadopiekuńczości, mąż wyzwalał we mnie męczące rozdrażnienie. Wystarczyło, że przekroczył próg mieszkania, a już dostawałam migreny. Najprawdopodobniej umarłabym z nudów, gdyby nie został naruszony leniwy bieg naszego życia. Któregoś dnia, nieznajoma czarnowłosa dziewczyna przyniosła mi wi-deokasetę, na której było napisane: „Obejrzyj to sama, Eufrozyno”. Nie mam pojęcia, czemu to zrobiłam i z otwartą gębą śledziłam namiętną scenę łóżkową, której głównym bohaterem okazał się być mój małżonek, a jego partnerką - czarnowłosa nieznajoma. Ona zresztą z czarującym uśmiechem wyjaśniła mi z ekranu, o co chodzi. Okazuje się, że od dawna są kochankami, dziewoja jest w ciąży i żąda, abym jak najszybciej zgodziła się na rozwód. Mój małżonek boi się powiedzieć mi prawdę w oczy, mając na względzie moje wątłe zdrowie. Przez jakiś czas miotałam się po mieszkaniu, targana przerażającymi myślami, wreszcie, zrozumiawszy, że nikt mi nie może pomóc, wybiegłam na ulicę z żelaznym postanowieniem, by skończyć ze sobą. Kaseta 1 kartka z tekstem: „Za moją śmierć proszę nikogo nie winić” została na stole w jadalni. Spacerowałam do wieczora obojętnymi, chłodnymi ulicami i wreszcie, zebrawszy się w sobie, skoczyłam pod przejeżdżające żiguli, ale los posta- nowił dać mi ostatnią szansę - za kierownicą archaicznego

pojazdu siedziała Katia. W ten sposób znalazłam się w jej zwariowanej, stukniętej rodzince. Pierwszego dnia byłam przekonana, że lada chwila pękną mi bębenki w uszach. Wszyscy w tym domu mówili głośno, we wszystkich pokojach ryczały telewizory, a po niekończących się korytarzach biegały trzy psy - mopsy Ada i Mula i amstaffka Rachel; dodajcie do tego jeszcze dwa koty, Semiramidę i Klausa, trzy chomiki i żabę Gertrudę. Katia była chirurgiem i całe dnie spędzała w pracy, jej starszy syn Sieriożka pracował w agencji reklamowej i od rana do wieczora prowadził rozmowy z klientami. Jego żona Julka studiowała dziennikarstwo i jednocześnie pracowała jako reporterka w gazecie „Świat kobiet”. Najmłodszy członek rodziny, jedenastoletni Kiriusza, również był niesłychanie zajęty - szkoła, sekcja sportowa, angielski... Rodzina żywiła się parówkami i mrożonymi pielmieniami*,[*Pielmienie - gotowane małe pierożki z nadzieniem ze zmielonego surowego mięsa wieprzowo-wolowego i cebuli.] sprzątali raz do roku, prali, kiedy nie było innego wyjścia. .. Po pewnym czasie przyszła im do głowy „genialna” myśl - wynająć mnie jako pomoc domową. Bardziej nienadającej się na to stanowisko osoby trudno było sobie wyobrazić, boja nawet nie wiedziałam jak się zapala palnik na kuchence gazowej. Nie wiadomo, jaki byłby finał tego zwariowanego pomysłu, gdyby nie to, że następnego dnia po moim wprowadzeniu się porwano Katię i znalazłam się w sytuacji absolutnie nie do pozazdroszczenia. Musiałam stać się mamą dla Sierioży, Julki, Kiriuszy, mopsów, amstaffki, kotów, chomików i dla żaby Gertrudy. Nie będę opisywać swoich dramatycznych przeżyć, powiem tylko, że w rezultacie nauczyłam się gotować, rozmawiać z nauczycielami w szkole i sprawnie obchodzić się ze zwierzętami. A co najważniejsze, udało mi się odnaleźć Katię - i to nie gdzie indziej, ale na strychu jej własnej daczy, w Aliabjewie. Przy czym obie o mało co nie zginęłyśmy, ale

przyszedł nam z pomocą funkcjonariusz milicji, major Kostin. Wstrzymując oddech, słuchaliśmy jego opowieści. To nie do wiary, a jednak tak było. Na czele grupy przestępczej, która chciała zabić Katię, stał mój były mąż - Michaił Gromow. Okazało się, że wcale nie był taki, za jakiego uchodził. Majątek jego nie pochodził z działalności firmy handlującej komputerami, lecz z małej fabryczki wytwarzającej z sody oczyszczonej i farbki spożywczej „cudowne” witaminy produkcji amerykańskiej. Ale to nie wszystko. Okazuje się, że moja mamuśka przed śmiercią, obawiając się, że jej głupiutka i naiwna trzydziestoletnia córeczka nie potrafi sensownie zarządzać swoim majątkiem, zostawiła u najlepszego przyjaciela ojca, pana Jurowskiego, zbiór obrazów rosyjskich malarzy, jedną z lepszych kolekcji w Rosji, którą mój ojciec uzupełniał przez całe życie. Ma-munia bała się, że nierozważna Frozieńka nie potrafi zająć się spadkiem i Jurowski miał wyraźnie przykazane: córka nie powinna o niczym wiedzieć, dopóki nie skończy czterdziestu lat. Żeby Michaił nie uważał Frozi za zbytni ciężar, Jurowski miał mu przekazywać raz do roku jeden obraz. Ten obraz Michaił sprzedawał i za otrzymane pieniądze żyliśmy dostatnio, jeżdżąc dobrym samochodem i nie oszczędzając najedzeniu. Michaił najbardziej obawiał się tego, że stanę się samodzielna, zacznę pracować i - nie daj Bóg - odejdę od niego, zanim skończę czterdziestkę. Dlatego z całych sił starał się stworzyć mój obraz jako osoby umierającej, na-pychał mnie tabletkami i nad podziw się mną „opiekował”. Trzeba przyznać, że osiągnął sukces. W ciągu ostatniego roku małżeństwa, bojąc się rozchorować, przestałam wychodzić z domu. Michaił tylko zacierał ręce. Pozostawało niewiele czasu do tego momentu, kiedy cała kolekcja będzie w jego rękach. Apatyczna, bezwolna żona zupełnie nie zdawała sobie sprawy z wartości płócien swojego ojca i teraz mąż mógłby rozporządzać obrazami

według własnej woli. Niestety, tak świetnie wymyślony plan zepsuła niczego nie podejrzewająca kochanka, chcąca pozbyć się rywalki. Pociągając za cienką niteczkę, major Kostin rozwinął cały kłębek. Gromów wraz ze wspólnikami siedzi w areszcie i czeka na rozprawę. Zamieszkałam u Katii i twardą ręką prowadzę gospodarstwo domowe. Żeby na zawsze zapomnieć o cichej, zahukanej, chorowitej Eufrozy-nie, nawet zmieniłam imię. Co prawda, zrobiłam to w pośpiechu, niezbyt się zastanawiając, ale rzuciłam pierwszym imieniem, jakie przyszło mi do głowy - Eulampia. Teraz domownicy nazywają mnie po prostu... - Lampa — trąciła mnie Katia — co ty, śpisz? To jeszcze całkiem znośne przezwisko, bo zwracają się też do mnie: Lampiec, Lampadel, Lampidudel, Lampowiecki... - Lampa - to znowu Katia - obudź się! Wypełzłam z kokonu wspomnień i spytałam: - Tak? Co się stało? - Nic, prócz tego, że trzeba zdecydować, kto zostanie z Julą - wyjaśniła. - Przez pierwszych kilka dni nie wolno jej wstawać i musimy ustalić dyżury. - Mogę być do drugiej - zgłosił się Sierioża. - Dobra - machnęłam ręką. - Jedź do swoich zajęć, dam sobie sama radę. Trzeba przyznać, że naprawdę Julce się udało - sala była przyjemna. Tylko cztery łóżka. Pod oknem leżała wesoła dziewiętnastoletnia Iren-ka. Zjeżdżała po poręczach i złamała nogę. Obok niej poważna, lecz bardzo sympatyczna Ola. Ta z kolei rzucała w przyjaciela śnieżkami. Chłopak w żartach rzucił się na „agresorkę”, potknął się i upadł na nią. Rezultat - złamana noga i rozbity nos. Następne łóżko należało do Julki, a tuż przy drzwiach leżała Nastia. Miała skończone dwadzieścia pięć lat, ale wyglądała znacznie młodziej, bo była chudziutka, jasnowłosa i stale

uśmiechnięta. Natomiast jej przypadek był najpoważniejszy - złamanie szyjki kości udowej. Wyszła na zakupy i potknęła się na oblodzonym asfalcie. Mimo że panny leżały nieruchomo, bo tylko Irka jako tako kuśtykała o kulach, to w pokoju śmiech nie ucichał ani na minutę. Z innych sal dolatywał ciężki zapach moczu i nieustanne jęki. Trzy czwarte oddziału stanowili staruszkowie, których w najlepszym razie odwiedzano w niedziele. W sali numer 717 zawsze kłębiło się mnóstwo ludzi. Koło Irki i Oli kręcili się rodzice, przyjaciele i narzeczeni, do Nastii stale przychodził mąż, czasem zaglądała teściowa. Mimo że i on, i ona miło witali się z obecnymi, uśmiechali się i prawie entuzjastycznie zajmowali się Nastią, mnie się absolutnie nie podobali. Nie wiem dlaczego, ale za każdym razem na ich widok zimny dreszcz przebiegał mi po plecach. A i sama Nastia nie była zbyt uradowana obecnością męża i teściowej. Na zewnątrz wszystko wyglądało niby całkiem normalnie. Nastia całowała męża, uśmiechała się, interesowała domowymi nowinkami, ale nie przestawała być czujna. Któregoś razu przyszłam nie w porę: wszyscy spali, tylko Nastia zajmowała się czymś dziwnym - wylewała do basenu sok z kartonu. Na mój widok wzdrygnęła się, a potem wyjaśniła: - Skwaśniał, boję się pić. - Racja — zgodziłam się z nią. — Nie powinno się jeść nieświeżych rzeczy. A poza tym, tobie tyle przynoszą, że się to, oczywiście, psuje. - No tak - cicho westchnęła dziewczyna - troszczą się. No widzisz, wyrzuć tę wątróbkę, teściowa wczoraj przyniosła. Otworzyłam słoik i powąchałam jego zawartość. Na oko całkiem świeże, nawet apetycznie pachnie - niewielkie kawałeczki wątróbki w sosie śmietanowym i ziemniaki. - Wydaje mi się, że to można zjeść...

- Wyrzuć - zaskakująco ostrym tonem powiedziała Nastia. - Wyrzuć! Wzruszyłam ramionami. Jeśli ma ochotę wyrzucać dobre jedzenie, to nie będę się z nią spierać. W końcu nie ja to kupowałam, nie ja gotowałam. Wrzuciwszy słoik do kubła na śmieci, po cichutku zbudziłam Julkę i podałam jej przyniesione jedzenie. Dziwnym trafem ja dzisiaj też usmażyłam wątróbkę, ale z makaronem. Jula szybko wymiotła połowę rondel-ka i spytała Irkę, która właśnie się obudziła: - Chcesz? Smaczne. - Nie - Irka pokręciła przecząco głową - zaraz mama przyjdzie, ma przynieść galaretę. - Może ty? - Jula zwróciła się do Oli, która zaczęła machać rękami. - Dziękuję, ale tak się obżarłam rano - wzdychając, odparła Ola. - Nastieńko - proponowała dalej Julka - zjesz? - Z przyjemnością - odparła dziewczyna i dziarsko powiosłowała łyżką w rondelku. - Lubię wątróbkę, a zwłaszcza z makaronem. Przyglądałam się jej ze zdumieniem. Dziwna sprawa! Pozbyć się swojego jedzenia i zaraz rzucić się na cudze! Przez następne dwa dni ukradkiem obserwowałam Nastię i doszłam do interesującego wniosku. Ona nie jadła niczego, co przynosił mąż i teściowa. Sok, kefir, napój owocowy i zupę wylewała do basenu, owoce i cukierki wyrzucała do kubła na śmieci, gdzie również lądowały jogurty, pojemniki z mięsem, a nawet kanapki z kawiorem. Nastia odmawiała sobie delikatesów, żywiąc się obrzydliwym szpitalnym jedzeniem. Ale kiedy Jula, Ola i Irka częstowały ją smakołykami, chętnie brała. Sama nigdy sąsiadek nie częstowała, uważając że lepiej „nakarmić” śmietnik. Czternastego stycznia przyszłam do szpitala jak zwykle o

jedenastej i na łóżku Nastii zobaczyłam starszą kobietę z zagipsowana ręką. Bardzo zdziwiona spytałam: - A gdzie Nastia? - Wczoraj wieczorem przewieźli ją do innego szpitala - wyjaśniła Julka. - Jej mąż pokłócił się z Kozą - weszła w słowo Ola. - Wrzeszczał: „Wy tu nie leczycie”. - No więc gdzie ja zawieźli? - nie mogłam się połapać. - Najpewniej do CITO* - wzruszyła chudziutkimi ramionkami Ok. [ *CITO - Centralny Instytut Traumatologii i Ortopedii w Moskwie.] - Podobno obiecali jej tam operację zrobić, wstawić sztuczny staw. Irka milczała, odwróciwszy się do ściany. Dzień toczył się swoim rytmem - obchód, zmiana opatrunków, zastrzyki... Po obiedzie zmęczone dziewczęta usnęły, a ja usiadłam na krześle przy oknie, zamierzając czytać gazetę. - Eulampio Andriejewna - rozległ się cichy szept. Podniosłam głowę. Irka spuściła nogi z łóżka i kiwała do mnie palcem. - Chodźmy zapalić. Wyszłyśmy na zimną i dość brudną klatkę schodową. Dziewczyna wyjęła z kieszeni paczkę papierosów „Złota Jawa” i mruknęła: - Dziwnie jakoś z tą Nastią wyszło... Westchnęłam: - Z pewnością w CITO będzie jej lepiej... Ira pokręciła papierosem w palcach i powiedziała: - Ona wyrzucała całe jedzenie, które jej z domu przynosili. Przytaknęłam. Ira chwilę milczała, a potem dodała: - Nigdy nas nie częstowała. Nawet personelowi nie dawała, a tu jest taki zwyczaj, że jeśli nie możesz zjeść, to dajesz salowym czy pielęgniarkom. A Nastia - nigdy. Dobre mandarynki wyrzucała do kubła. Dlaczego? Milczałam. Irka wypaliła papierosa i dodała zdecydowanym

tonem: -Ja wiem. Ona bała się, że ją otrują. - Kto? Kochający mąż i teściowa? Ira wpatrzyła się w okno. - Oni udawali... - No wiesz - roześmiałam się. - Świetni komedianci, codziennie z torbami pełnymi smakołyków do szpitala, jak do pracy. - Wszystko jedno - upierała się Ira. - Oni udawali. Nastia szepnęła mi, ie oni chcą się jej pozbyć! A uczucie tylko na pokaz! Znów się roześmiałam, ale w tym momencie zatkało mnie na wspomnienie własnego męża i jego „troski” o moje zdrowie. Wiadomo, w życiu różnie bywa. Tymczasem Irenka zdjęła z szyi łańcuszek, na którym dyndał kluczyk. - Proszę to wziąć. - Co to jest? - Nastia dała mi ten kluczyk — wyjaśniała dziewczyna. - Dwie godziny wcześniej, nim ją zabrali. - A po co? - Była w strasznym nastroju. Twierdziła, że ją na pewno zabiją, zdaje się z powodu mieszkania. Podobno mąż jest z innego miasta, przywiózł tu ze sobą matkę i teraz we dwójkę próbują pozbyć się Nastieńki, żeby po jej śmierci mieszkanie przypadło im. A ona nie ma żadnych krewnych. - Co za bzdury - powiedziałam. - O wiele prościej byłoby się rozwieść i podzielić mieszkanie. - Nie wiem - Ira rozłożyła bezradnie ręce. - Powtarzam tylko jej słowa. - A co ma do tego kluczyk? - Nastia prosiła, że jeśliby coś się z nią stało, to trzeba otworzyć skrytkę w „Mapo-Banku”. - Po co? - Żeby coś stamtąd zabrać. Bardzo o to prosiła, nawet

płakała. No to teraz pomyślałam, że ja jeszcze w szpitalu poleżę ze dwa miesiące, więc może pani by poszła i zobaczyła? - Ale z Nastią na pewno jest wszystko w porządku. - A skąd pani wie? - spytała poważnie Ira, wkładając mi do ręki kluczyk. - Jeśli ją stąd wywieźli... - Dobrze - zgodziłam się. - Spytam Kozę, dokąd zabrali Nastię, odwiedzę ją i oddam kluczyk. Ira wyraźnie poweselała: - Dziękuję, zdjęła mi pani kamień z serca. Rozdział 3 Jednakże ani następnego dnia, ani kolejnego nie mogłam zająć się obiecanymi poszukiwaniami Nastieńki, ponieważ w naszej sali zdarzyło się straszne nieszczęście. Rano Ira nie obudziła się jak zwykle wcześniej od innych. Podczas obchodu nie odsłoniła nóg. Lekarz dyżurny zły na śpiącą pacjentkę, potrząsnął nią energicznie za ramię i zdrętwiał. Ira była martwa. Przerażone Ola i Jula zaczęły krzyczeć. Anna Iwanowna, ta starsza kobieta ze złamaną ręką, wyskoczyła z krzykiem na korytarz... Kiedy przyszłam do szpitala, na Irki łóżku leżała czysta pościel, a obie dziewczyny kategorycznie domagały się, aby je na własne żądanie wypisać do domu. - Nie zostanę tu ani minuty - chlipała Julka. - Tu nas wcale nie leczą, tylko leżymy w gipsie. W domu też tak można leżeć. Lampeczko, zabierz mnie stąd. - Boże drogi - mruczałam, upychając jej rzeczy do toreb. - Oczywiście, oczywiście, tylko muszę zajść do lekarza. Ponury Stanisław Fiodorowicz pisał coś w skupieniu w pękatym zeszycie. - Co za koszmar - dałam upust nerwom. - Taka młoda i miała tylko nogę złamaną, no więc co się stało?

- Zator płuc - odparł poważnym tonem. - Czasami się zdarza. Krótko mówiąc, oderwał się skrzep krwi i zatkał żyłę. - Straszne! — Nie mogłam się uspokoić. - Chcę zabrać Julę do domu. - To niemądre - powiedział doktor Koza. - W śmierci Saprykinej nie ma niczyjej winy, taki los, karma. Czy potrafi pani zapewnić Juli w domu należytą opiekę? - Mówiąc szczerze - zeźliłam się - tutaj, u was, też niezbyt się przykładają do opieki. Salowej nie można się dowołać, pielęgniarki się nie doprosisz. Tylko pieniądze biorą, po pięćdziesiąt rubli za dyżur, a nic nie robią... Niezadowolony Koza obruszył się, ale nie mógł zaprotestować. -Ja i tak całymi dniami tu siedzę przy łóżku - poniosło mnie. - To już lepiej to robić w domu. A propos, Nastię stąd zabrali, a jej przypadek był poważniejszy od Juli. - Panią Zwiagincewą przewieźli do CITO - wyjaśnił Koza. - A to czemu, przecież u was jest taka wspaniała opieka - wypuściłam go. - Jej trzeba wstawić endoprotezę - zaczął wyjaśniać Koza. - A ona kosztuje tysiąc czterysta dolarów, drogo, nie każdego na to stać, a w CITO pracuje ich krewny i podobno obiecał zrobić operację bezpłatnie. -To dziwne, że na początku przywieźli ją tutaj - powiedziałam. - Boją zabrali z ulicy - wyjaśnił lekarz, po czym zadecydował: — Niech pani napisze prośbę. Do południa sala całkowicie opustoszała. Najpierw ojciec zabrał Olę, potem po Annę Iwanowną przyjechał wnuk, a kolo drugiej zjawił się Sie-riożka i zawieźliśmy Julkę do domu. Znalazłszy się w swojej sypialni, Julka z rozkoszą rozłożyła się na poduszkach i westchnęła: - Nie ma jak w domu! W tamtej sali strasznie śmierdziało.

- No cóż - zgodziłam się - różami nie pachniało. - Ale co za makabra - mruknęła Julka. - Młoda, zdrowa, dopiero co skończyła dziewiętnaście lat, i proszę, umarła. - Będziesz jeść bliny z masłem? - spróbowałam zmienić temat. - Czy może lepiej racuszki z konfiturami? Julka oblizała się. - Prawdę powiedziawszy, mam największą ochotę na ziemniaczki przysmażone na sadle, posypane zieloną cebulką. - Żaden problem - odparłam. - Akurat w zamrażarce leży piękny kawałek sadła z żyłeczkami. Ty sobie teraz pooglądaj telewizor, a ziemniaczki się w sam raz przypieką. - Tak - zapiszczał w korytarzu Kiriusza. - Dla Julki ziemniaczki, a dla mnie? -Już wróciłeś? - zdziwiłam się. - Nie poszedłeś na trening? Kiriusza ze smętną miną podał mi kartkę: - Masz. Moje palce szybko rozwinęły papier: „Kirył Romanow jest pozbawiony prawa uczestniczenia w treningach na okres dziesięciu dni”. - Za co? - zdziwiłam się. - No już, spowiadaj się, coś narozrabiał? - On pierwszy zaczął, musiałem mu oddać, a kto mógł wiedzieć, że on ma taki delikatny nos? Zaraz mu się krew puściła. A jak wrzeszczał! Jakbym go ze skóry obdzierał! - Kogo? - Nikitę Fomina. - Za co? - No - Kiriusza znów zaczął biadolić - mówię przecież, że Kit pierwszy mi przywalił, no to ja jemu, a trener nas... Zdając sobie sprawę, że nigdy nie dojdę prawdy, spytałam wzdychając: - A co w szkole? Kiriusza oklapł całkowicie i wyjął dzienniczek. Szybko go

przekartko-wałam i na moment mnie zatkało: w rubryce „matematyka” stało jak byk osiem dwójek! - No, nieźle. Jak ci się udało w jeden dzień złapać tyle pał? Chłopiec zaczął wyliczać na palcach: -Jedna za zadanie domowe, druga za klasówkę, trzecia za pracę samodzielną, następna, za odpowiedź przy tablicy, potem praca w klasie, rozwiązywanie zadania, sprawdzian, czy się nauczyłem regułki na pamięć... - Na razie jest tylko siedem... Kirył, mrucząc, wyliczał: - Zadanie domowe, kontrolna, samodzielna, odpowiedź, praca, rozwiązywanie, regułka... Jeszcze coś było... -Jasne, skoro nałapałeś osiem gał, a nie siedem. - Mam! - wrzasnął z radością domowy Einstein. - Zapomniałem w domu książkę! Ostatnia dwója to za to! Pojęcia nie miałam, jak zareagować. Jakaś dziwna ta nauczycielka, w zupełności wystarczyłoby postawić jedną pałę, no - dwie, dobrze, trzy, ale nie osiem! - Ona dzisiaj wszystkim niedosty wlepiła - tłumaczył Kiriusza. - Taka jcła była, strasznie! - A może sami ją do tego doprowadziliście - poczułam współczucie dla nauczycielki. - Gadaliście albo pluliście gumą do żucia. - Nie - uśmiechnął się Kirył - mąż od niej prysnął. Znalazł sobie inną, młodą. Nie ma się co dziwić. Adela Pietrowna jest okropnie głupia i kłótliwa. Jaki chłop to wytrzyma? No to szalała w szkole! W dziewiątej klanie wszystkich z sali wygoniła, a w siódmej zrobiła zadanie kontrolne przez dwie godziny, a nam dwóje nawtykała! No mówię, że jest głupia! Inna by na jej miejscu spokojniutko wyjaśniła: no, nieszczęście, dzieci, rozwodzę się! Jeszcze by jej wszyscy współczuli! Na przykład historyczka - zaszła w ciążę, ale miała pecha, poroniła. No to o wszystkim opowiedziała i potem cisza była na jej lekcjach jak w grobie. Uczniowie nie