wotson

  • Dokumenty43 353
  • Odsłony2 123 022
  • Obserwuję1 423
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 616 969

Dawno, dawno temu - Antologia pokonkursowa

Dodano: 4 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 4 lata temu
Rozmiar :1.3 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
A

Dawno, dawno temu - Antologia pokonkursowa.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion A Antologie
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 4 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 43 osób, 39 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 65 stron)

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: winyl@onet.pl

Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: winyl@onet.pl

Kraków, 2013 Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: winyl@onet.pl

Projekt okładki: Anna Michalska Ilustracja na okładce: Marta Michalska Adiustacja: Paulina Anna Peycka Skład i  łamanie: Marta Głuszek Copyright © by Dagmara Bator, Proliteracja Copyright © by Anna Michalska, Prozaicy Kraków, 2013 Wydanie I ISBN: 978-83-937383-0-4 Wydawca: Dagmara Bator ul. Mikołajska 2, 31-027 Kraków www.proliteracja.pl Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: winyl@onet.pl

PRZEDMOWA VI WSTĘP I VII WSTĘP II IX MIEJSCE PIERWSZE Anka Rymaszewska: Goście 12 MIEJSCE DRUGIE Justyna Kwiatkowska: O  wilku mowa 19 MIEJSCE TRZECIE Joanna „Lisha” Jaworska: Kolekcjonerka głów 27 MIEJSCE CZWARTE Magdalena „Ithilnar” Idziak: Obrońcy Lasu 34 MIEJSCE PIĄTE Stanisław Iwanowski: Wszystko zaczęło się od snów 40 Spis treści Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: winyl@onet.pl

MIEJSCE SZÓSTE Zuzanna „Alucardyna” Grabowska: Dymitr Iwanowicz 46 MIEJSCE SIÓDME Ewa „Tina B.” Mazur: Wilcza Pieśń 54 MIEJSCE ÓSME Justyna Polak: O  królewiczu i  dwóch kobietach 59 Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: winyl@onet.pl

PUBLIKACJA JEST ZBIOREM PRAC NAPISANYCH NA KONKURS „DAWNO, DAWNO TEMU…”, KTÓ- ry został zorganizowany przez grupę Prozaicy. Jury – w  skład którego weszli członkowie redakcji czasopisma Proliteracja: Dagmara Bator, Paulina Anna Peycka, Daniel Czepiński, Emilia Nowak – wybrało osiem najlepszych, ich zdaniem, tekstów, które zasłużyły na dodatkowe wyróżnienie. Wspólnymi siłami – Marty Głuszek zajmującej się składem, Pauliny Anny Peycki i  jej ad- iustacji, Anny i  Marty Michalskiej, które stworzyły okładkę – stworzyliśmy dzieło, które trzymacie w  rękach, owoc naszej pracy, pierwszy w  historii za- równo Prozaików, jak i  samej Proliteracji. Wszystkim, którzy przyczynili się do stworzenia tego dzieła – serdecznie dziękujemy. Wszystkim autorom tworzącym tego e-booka gratulujemy i  zachęcamy do dalszych twórczych działań. A  Wam, drodzy Czytelnicy, życzymy wspaniałej lektury. Przedmowa VI Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: winyl@onet.pl

GDYBY ROK TEMU KTOŚ ZAPYTAŁ MNIE, JAK BĘDĄ WYGLĄDALI PROZAICY ZA RÓWNE DWANA- ście miesięcy – nie odpowiedziałabym. Jasne, mogłabym powiedzieć, że mam nadzieję na zdobycie czytelników, na rozpoczęcie cyklu artykułów o  czymś tam, że liczę na to, że konkursy będą cieszyły się popularnością. Ale to samo mogłabym powiedzieć i  dzisiaj, i  za trzy lata również. Tak napraw- dę, zakładając bloga, nie miałam wielkich oczekiwań. Chciałam tylko, by znalazła się grupa czytelników, która będzie śledziła to, co mam do zaofero- wania. A  jak długo ona będzie – tak długo ja postaram się coś dla niej two- rzyć, bo dodaje ona energii i  przypomina o  sensie Prozaików – a  sens jest ważny, kiedy robi się coś ot tak, dla przyjemności. Zbiór najlepszych opowiadań z  konkursu “Dawno, dawno temu”, który za chwilę przeczytacie, tak naprawdę jest pierwszym większym sukcesem Pro- zaików, a  zarazem każdego z  Was. Wszyscy możecie powiedzieć, że macie wkład w  utworzenie tego e-booka, obojętnie, czy Wasze prace się tutaj znaj- dują czy nie. Prozaicy są prowadzeni dla ludzi zakochanych w  literaturze – a  jeśli zaglądnąłeś i  tutaj, to musisz być w  niej zakochany. Dlatego mówię: dziękuję! Młodzi pisarze powinni być wspierani przez każdego. Bo przecież ktoś musi tworzyć polskie książki, bo musi być ktoś, kim później będzie można się chwalić. Bo trzeba ratować to, co upada. Ale co ważniejsze – muszą być wspierani, bo lubią robić to, co robią. A  robią to dobrze. Mają cele w  swoim Wstęp I VII Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: winyl@onet.pl

życiu i  marzenia. Odkrywają świat, a  później pomagają każdemu dostrzec to, czego zazwyczaj się nie zauważa – właśnie poprzez spisanie wszystkiego na zwykłą, niepozorną kartkę. Dlatego jeśli jeszcze raz ktoś mnie zapyta, jak będą wyglądali Prozaicy za rok, odpowiem szczerze: nie wiem. Ale gdy ktoś zapyta mnie, jak będzie wy- glądała literatura za rok, powiem: lepiej. Bo przecież na naszych oczach wy- rastają nowi, dobrzy pisarze. Niech ten e-book będzie swego rodzaju końcem i  początkiem. Niech jego lektura będzie symbolem na to, że cele są osiągalne, a  marzenia się spełnia- ją; jeśli tylko odpowiednio będzie się pielęgnowało swój talent. Anna Michalska założycielka bloga Prozaicy VIII Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: winyl@onet.pl

Wstęp II IX NIEKTÓRYCH BAJEK NIE OPOWIADA SIĘ DZIECIOM NA DOBRANOC – A PRZYNAJMNIEJ TAK ZWYKŁO się mówić. Bo są zbyt brutalne, bo zbyt obnażają prawdę, bo młody człowiek nie jest dostatecznie ukształtowany. I choć w oryginale wilkpożerababcię, zo- stawiając krewi mięso, które później pałaszuje CzerwonyKapturek– którynie dość, że zjadawłasnąbabcię, to zostaje przez wilkapożarty– obecnie mówi się, że historiaskończyłasię dobrze i wszyscyżyjądługo i szczęśliwie. ŚpiącaKró- lewna, zamiast zostać obudzona przez Księcia i  wieść dostatnie życie u  boku ukochanego, zostaje zgwałcona, rodzi dwójkę dzieci i  nigdy się nie budzi. A siostryKopciuszka, chcąc zmieścić swojąstopę w bucie, obcinająsobie palce, przez co Książę każe gołębiom wydłubać im oczy. Bajki, które będzie mieli okazję przeczytać, to historie, którym bliżej do bajek pierwotnych aniżeli tych współczesnych, ugładzonych i  wyidealizo- wanych. Wychodzenie ze sztywnych ram, umiejętność opowiadania historii i  ciekawe podejście do tematu – cieszy mnie, że właśnie te cechy charakte- ryzują naszego pierwszego wydanego e-booka. Wam, drodzy Czytelnicy, życzę wspaniałej podróży w  bajkowe zakamarki, zaś za wszystkich autorów umieszczonych tu opowieści gorąco trzymam kciuki na dalszej drodze pisarskiej! Dagmara Bator redaktor naczelna i  wydawca czasopisma „Proliteracja” Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: winyl@onet.pl

Baśnie są bardziej niż prawdziwe nie dlatego, iż mówią nam, że istnieją smoki, ale że uświadamiają, iż smoki można pokonać. GILBERT KEITH CHESTERTON Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: winyl@onet.pl

PRZECIĄGNĄŁ SIĘ, WSTAŁ POWOLI I  NIECHĘTNIE ZERKNĄŁ PRZEZ SZYBĘ NA ZAŚNIEŻONE DRZE- wa, zbite w  jedną niewyraźną i  coraz mniej prawdopodobną masę, oślepia- jąc otoczenie swoją bielą. Nie pamiętał swoich snów oprócz takiego jakby mignięcia w  lesie, gdy ktoś przebiegł, chichocząc – ktoś niewielki i  szczupły, pachnący igliwiem i  młodością zatrzymaną wpół oddechu. Sen powracał od lat, ten sam, uporczywie, ale bez nachalności, zaczynał to lubić. Dopiero niedawno zaczął rozumieć, co do niego mówią, co mu pokazują w  dymie z  suszonych ziół, wyciu wilka i  chichocie dziecka. Było Ich troje. Przyszli, żeby opowiedzieć, że się zmienili. Już nie mają w  sobie tej złości, która ogar- nęła Ich wszystkich po Zakończeniu Wszystkich Bajek. Nie wszystko zrozu- miał, ale uznał, że ogólnie chyba nie ma się czego bać. Co więcej, był pewien, że kiedyś zobaczy Ich za tym oknem i  nie będzie się wtedy bał. Chyba, bo nie jest jeszcze do końca pewny – trudno było mu się skoncentrować w  tej ośle- piającej bieli krajobrazu, jaki miał ostatnio do dyspozycji. Pamiętał, że smacznie spałi spałpotemjeszcze mocniej i dłużej, a śniegpadał odponadtygodniaalbo i dwóch, zdaje się, równie konsekwentnie każdego dnia. ― Cóż za zapał, mnie by się tak nie chciało, padać, sypać i  prószyć — mruknął sarkastycznie i  przeciągnął się jeszcze raz, mocniej wyginając grzbiet dla lepszego efektu. Był piękny i  wiedział o  tym. Niestety, tym razem nikt nie patrzył, więc cały występ się zmarnował. Potrzebował nowej pu- bliczności. A  za oknem nadal biel. „Oszaleć można, wszystko widać tak wy- raźnie, że aż boli”, pomyślał poirytowany i  od razu poczuł głód. MIEJSCE PIERWSZE: ANKA RYMASZEWSKA Goście 12 Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: winyl@onet.pl

Żołądek Bogusława działał automatycznie, z  iście zegarmistrzowską pre- cyzją, odmierzając kolejne chwile między posiłkami, wypełnione drzema- niem, dręczeniem psa i  przyjmowaniem hołdów od ludzi. Ujdzie, jak na życie kota, zwłaszcza tuż przed obiadem. — Chciałbym coś przekąsić, zanim noc nas tu zastanie — rzucił w  prze- strzeń, ale z  domowników tylko pies go rozumiał, więc nie uzyskał odpo- wiedzi. Niemniej w  kuchni rozległo się głośne skrzypienie szafki z  miskami, a  to oznaczało posiłek. Miło wiedzieć, że służba działa. Bogusław zgrabnie i  bezszelestnie zeskoczył z  parapetu nad grzejnikiem, na którym spędził przedpołudnie, leżąc w  różnych wyszukanych pozycjach na wielkiej, sztruksowej, miejscami poprzecieranej poduszce w  szkocką kratę. Bez pośpiechu przeszedł tuż przed nosem zrezygnowanego psa, który właśnie został wyrzucony z  okolicy piecyka z  szarlotką za obwąchiwanie, popiskiwanie i  ślinotok. W  kuchni przywitano czarnego kota miską pełną smacznych kąsków, którymi Bogusław zajął się bardzo gorliwie, jednym tylko uchem podsłu- chując toczącą się tu dyskusję. — Jak to, auto zostawił, ledwo kupił i  już się zepsuło? Interes życia — za- kpił wielki pan domu, leśnik Jan. Z  apetytem zmiatał kolejne porcje maka- ronu z  sosem i  pulpetami i  śmiał się do siebie. Jego żona Matylda, dorównująca wzrostem mężowi, prychnęła i  zaraz zakryła usta ręką. — Wstydziłbyś się, to kłopot przecież. Nie godzi się śmiać, oni szli w  taką śnieżycę jak dziś. Najgorszego wroga nie wygonisz z  domu w  zawieruchę jak ta, a  oni nie mieli wyjścia. Ileż to jeszcze mogło potrwać, a  tu auto ani drgnie. Próbowali, ale to nic nie dało, więc ruszyli. — Głupio — skwitował Jan, goniąc widelcem makaron po talerzu. Kot z  fa- scynacją wpatrywał się w  talerz Jana, z  nadzieją, że pogoń skończy się lądo- waniem makaronu na podłodze – i  nie zawiódł się. „Pewnie, że głupio”, pomyślał kot, zjadając zdobycz, „nie ma co wychodzić, guza w  zamieci szu- kać, głupio”. Sam nie ruszał się na krok poza granice gospodarstwa leśnika. Bał się, że Ich spotka, nie było potrzeby narażania się na takie ryzyko. — No, nie najmądrzej, ale po kilku godzinach w  zimnym samochodzie co ANKA RYMASZEWSKA 13 Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: winyl@onet.pl

mieli robić? — Pani domu kręciła się po kuchni,  gestykulując. — Ojciec wziął dziecko na barana, chwycili się za ręce z  żoną i  poszli. Wiało na nich, duło, śniegiem sypało tak, że i  doświadczony polarnik na biegunie by się bał i  za- kładał dodatkowe skarpety. — Kocie, precz od mojego talerza! — Jan pacnął Bogusława gazetą, a  obra- żony kot wskoczył na parapet kuchenny i  zmierzył agresora wściekłym spojrzeniem. — A  skąd ty to wszystko wiesz? — Wczoraj słyszałam w  sklepie. Babka Świeczkowska opowiadała, jak jej wnuk z  rodziną otarli się o  śmierć. Mało w  tym lesie nie zamarzli. Myśleli, że godzinę zejdzie i  będą u  babki, ale las w  zimie, w  takiej śnieżycy, to groźny przeciwnik. A  zwłaszcza ten las — dodała Matylda złowieszczo. — Bajanie głupich bab, tfu, przepraszam cię, myszko, nie mówiłem o  tobie. Denerwuje mnie, że tyle lat ludzie to opowiadają — zdenerwował się Jan i  dla uspokojenia pogłaskał kota. Bogusław nadstawił ucha. Może usłyszy coś, czym będzie mógł postraszyć psa? Ten naiwniak we wszystko uwierzy… — Słyszałam to setki razy, ale musisz przyznać, że z  jakiegoś powodu zwie- rzętaomijajątę część lasui  taktam jest cicho, że człowiekzastanawiasię, gdzie podziałysię ptaki i  szelest liści. Nawet pszczołytam nie bzyczą. No, ale skądoni mieli o tymwiedzieć, nie sąstąd. — Matyldawestchnęła. — Ledwo ruszyli, ponoć onaskręciłanogę, pewnie miałajakieś wytworne miastowe kozaczki, bo prze- cież nie planowali wycieczki przez zaspy. I  on biedny, nie dość, że dzieciaka niósł, to jeszcze jąmusiał jakoś targać, a  sypało ciągle jakbyłopatąszuflowali… Boże, moje ciasto! — krzyknęłaMatyldai  rzuciłasię do piekarnika. Na szczęście szarlotce nic się nie stało, co wszyscy zgromadzeni przyjęli z  widoczną ulgą. Kot postanowił nie afiszować się ze swoją obecnością jak ten głupi, skamlący pod drzwiami pies. Nie, takie sceny nie mają ani sensu, ani cienia dramatyzmu, lepiej się z  godnością oddalić. Można następnie przyczaić się na parapecie i  w  stosownym momencie zająć się tym, co tak smakowicie pachnie, obłędnie wdziera się do nozdrzy i  świdruje, prowokując ślinianki do niekontrolowanych reakcji. Bogusław przełknął, chrząknął i  wygodnie ułożył się, udając, że wcale go tam nie ma. GOŚCIE 14 Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: winyl@onet.pl

Jan oblizał palec, którym ukradkiem dotknął ciasta, gdy wydawało mu się, że Matylda tego nie widzi. Żona zgromiła go wzrokiem, więc postanowił od- wrócić jej uwagę od szarlotki. — No dobrze, wyruszyli, skręciła nogę, on był zmęczony, dziecko płakało, śnieg padał. I  co dalej? Żyją przecież? — Ale są jacyś inni ponoć, mówiła Świeczkowska, nie tacy sami. Zamyśle- ni, wyciszeni, zamieszkać chcą we wsi, przeprowadzić się. Stara babka myśli, że ich teraz tu ciągnie. Wszystkim opowiadała wczoraj, że na pewno to dla- tego, że Ich spotkali. Jan spojrzał surowo na Matyldę. Za oknem wiatr wiał z  ogromną mocą, z  furią wzbijając miliony białych płatków w  powietrze i  zmuszając do tańca we wszystkie strony. Dźwięk roz- szalałej wichury przypominał wycie wilka, co przyprawiło Bogusława o  lek- kie drżenie. „Są blisko, niecierpliwią się, jak wszyscy mają po prostu dosyć zimy i  czekają na wiosnę, kto by przypuszczał, że Oni także”, pomyślał. — Ja tylko opowiadam ci, co mówiła Świeczkowska, sam zapytałeś — bro- niła się Matylda. — No, masz ciasto, tylko jeszcze ciepłe, uważaj. Leśnik z  pozornie naburmuszoną miną przyjął apetycznie wyglądający talerzyk z  parującą szarlotką i  coś mruknął w  ramach podziękowania. Ma- tylda zapatrzyła się w  okno. — Od tylu lat nic nie było słychać. Spokój, nikt nic nie mówił, to każdy za- pomniał. A  może po prostu nikt tam nie chodził. A  ty tam chodziłeś? Jan obsypał się okruszkami, gdy drgnął nagle. — Czasami, muszę przecież całego lasu doglądać. Całym się zajmować. I  nic nie widziałem. Nic, rozumiesz? — dodał, nachmurzony. — Skoro nic, to dlaczego się złościsz? — Nie złoszczę się, tylko... A, kobieto, ciągniesz mnie za język, to daj jesz- cze tej szarlotki i  nalej mi tu tej wiśniówki, co tam ją chowasz w  szafce za mąką. To ci też opowiem. Matylda postawiła przed nim kieliszek i  nalała nalewki. — Widziałeś coś? — spytała z  przejęciem. — Kiedy? Czy to było… czerwone? — Sam nie wiem, co widziałem i  czy widziałem, nie denerwuj mnie. — Jan ANKA RYMASZEWSKA 15 Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: winyl@onet.pl

wypił pośpiesznie zawartość kieliszka. — Daj drugi, sam nie będę pił, a  do ciasta pasuje. Też wypij, smaczna. Ech, kilka lat temu, zamyśliłem się, sze- dłem lasem, pięknydzień był, słoneczny. Było czerwone, to znaczykurtkataka, dłuższa trochę, z  kapturem, dziecko w  tym mi tak mignęło kilka razy. I  słysza- łem wycie, w  jasnydzień, wyobrażasz sobie? Myślałem, że zwariowałem. Żona leśnika zamarła z  kieliszkiem tuż przy ustach. — Boże, jakie wycie? Wilka? Ja wiedziałam, że ten las to nic dobrego, dziadek ostrzegał, że jak się tu sprowadzimy, to mamy omijać te miejsca, mówiłam ci, nie wierzyłeś. — Wypiła zdenerwowana. — Słodkie, mmm, do- bre. Wiesz, że podobno jeszcze powinna być ta trzecia? Mąż kiwnął głową i  dokroił sobie ciasta. Kot cichym miauknięciem za- aprobował tę decyzję i  wdrapał się leśniczemu na kolana, podczas gdy ten powoli wyrzucał z  siebie tę trudną, zduszoną do tej pory opowieść. — Wiem, ją też widziałem. To taka mała staruszka, zbierała zioła nad rze- ką. Zobaczyła mnie, ale nic nie zrobiła. Patrzyła tylko, stała tam spokojnie, tak jakoś zaczepnie i  bez strachu, a  potem za nią mignęło coś małego, czer- wonego z  jednej strony i  z  drugiej coś wielkiego, szarego… — Jan karmił za- dowolonego Bogusława okruchami ciasta i  powoli się uspokajał, najwyraźniej połączenie nalewki z  szarlotką zaczynało działać. — Zanim zdążyłem coś powiedzieć, zniknęła. Nigdy więcej jej nie widziałem, czasem wydaje mi się tylko, że coś czerwonego mi mignęło w  liściach albo słyszę głuchy warkot ze wzgórza za lasem. I  nie wiem, czy dobrze przez te lata są- dziłem, że wielki pies łazi po okolicy, widziałem ślady łap, a  obok ślady bu- tów właścicielki i  trzecich, mniejszych bucików… — Człowiek mieszka tyle lat i  nie wie co jest prawdą, a  co nie, dopóki na własne oczy nie zobaczy — zamyśliła się Matylda. — Świeczkowska nie chciała opowiadać o  szczegółach, chyba jej po prostu nie powiedzieli, co konkretnie się stało i  jakim cudem wydostali się z  lasu. Ponoć wnuk coś bąk- nął, że wyprowadził ich wielki pies, ale oni nie mają psa. Z  kolei jego żona mówiła przed kościołem w  zeszłą niedzielę, że w  okolicy mieszkają dobrzy ludzie, bo miła starsza pani z  wnuczką wskazały im właściwy kierunek, ale nie pamięta jak wyglądały ani tego, jakim cudem po chwili byli przed do- GOŚCIE 16 Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: winyl@onet.pl

mem starej Świeczkowskiej. Mówiła, że w  mieście nie spotyka się już takiej życzliwości od obcych ludzi, wszędzie przemoc i  napady, mają dosyć miasta, bo tu jest bezpieczniej. — Nie wiadomo, w  co wierzyć — wymamrotał sennie Jan — taka opowieść miesza człowiekowi w  głowie, a  las ma swoje tajemnice i  nic nam do tego. Jak na jedno popołudnie, to Bogusław miał zdecydowanie dosyć już wra- żeń, mrocznych opowieści i  głaskania. Kot z  przepraszającym mruczeniem ześlizgnął się z  kolan Jana i  skierował się ku drzwiom. Był najedzony po gra- nice wytrzymałości i  apetytu, niezmiernie zadowolony z  posiłku i  miał ochotę na soczystą drzemkę. Jan kiwał się na krześle, a  powieki miał jak z  ołowiu, nie miał siły walczyć z  sennością. Obok niego przy stole siedziała Matylda, która oparłszy czoło o  dłoń, zapadała powoli w  sen, ociężała od ciasta i  odurzona spirytusowym posmakiem nalewki. Bogusław zastał smutnego psa tuż za drzwiami. — Psst — syknął do niego — nie stercz tutaj jak kołek, tylko szoruj do kuchni! Kundlu jeden, zachowuj się cicho, żebyś nikogo nie obudził, na pod- łodze masz kilka sporych okruchów — powiedział wspaniałomyślnie, a  pies przełknął łakomie ślinę i  poczołgał się do kuchni. Tam natychmiast wszedł pod stół, gdzie mlaszcząc bezkarnie, węszył i  podjadał. Leśniczy i  jego żona oparli się o  siebie i  drzemali spokojnie, rozgrzani wiśniówką. Ucho kota nastawiło się na okno w  pokoju, w  którym drzemał poprzed- nio. Bogusław lekko podbiegł do parapetu, wskoczył na niego i  zamarł, wi- dząc Ich za oknem. — A  jednak przyszli! Ha, pewnie zapach ciasta Ich zwabił… No nie wiem… No, ale my tu wszyscy swoi, tutejsi, dlatego Oni mówią, że nie zrobią nam nic — powiedział do siebie kot ze zdziwieniem. — Szepczą, jak to kiedyś, strasznie dawno temu, być może z  nudów, po Ostatnim Zakończeniu Wszyst- kich Bajek, to może by i  śniegiem obrzucili, potem jeszcze żałosną pieśnią, dy- mem z  ziół staruchy i  dzikim wyciem strasznego wilka, trochę wędrowca postraszyli, ale już nie… Zbyt wiele setek lat za nimi w  tym lesie. Dziew- ANKA RYMASZEWSKA 17 Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: winyl@onet.pl

czynka, Babcia i  Wilk opiekują się teraz nami, tak jak wszystkimi mieszkań- cami tej okolicy i  zagubionymi. Widać, po wieczności można spokornieć — szepnął kot, uspokajając się powoli i  zwinął się w  kłębek. Do okna zbliżyły się powoli trzy postacie: dziewczynki, niewiele wyższej od niej staruszki oraz zwierzęcia, przypominającego wielkiego psa, którym jednak nie było. — Witajcie, wejdźcie, tylko nie budźcie gospodarzy. Wiecie, że oni czytają, słuchają i  opowiadają, to chyba możecie się zaprzyjaźnić? — Kot uznał, że to dobry pomysł. Chyba o  to w  tym wszystkim chodziło, żeby pozbyć się złości i  na nowo odbudować relacje z  tymi, którzy chcą słuchać opowieści. Szepnął do Gości: — Pies Was nie widzi, nie ma obawy. Co mi dzisiaj opowiecie? Nie nudziliście się ostatnio, jak słyszałem? Poczekajcie, tylko zasnę, a  Wy za- cznijcie mówić, miauuu… Odoknadobiegł go słaby, ale spokojnyszept, niesionyzaśnieżonym wiatrem: — Dziecko znało nas… Ocaliło tym rodzinę, kolejnych, wszystko i  nas… Wiedziało, kim byliśmy, czytało i  słuchało... Jesteśmy potrzebni… Kot Bogusław uchylił leniwie powiekę i  obrócił się na bok. Spał już smacz- nie, gdy Goście weszli do kuchni, ogrzać się, spróbować smacznego ciasta i  skosztować odrobinę nalewki. Od tego zaczęła się Ich kolejna Bajka: o  Ko- cie, który przyjmował Gości. Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: winyl@onet.pl

CZY WIECIE, JAKIE ZWIERZĘ ZOSTAŁO NA PRZESTRZENI DZIEJÓW NAJBARDZIEJ POKRZYWDZONE? Któremu stworzeniu regularnie budowano pomniki złej sławy oraz mity owiane takimi kłębami tajemnic, że zostały przekroczone wszelkie normy emisji gazów cieplarnianych? Kto błyskawicznie stał się członkiem prestiżo- wej Czerwonej Księgi Zwierząt, uzyskując limitowaną kartę członkowską dla istoty teoretycznie tak wymarłej, że statystyki przedstawiały ujemną popu- lację? Oczywiście wilk! A  wszystko to zawdzięczał niewartym funta kłaków bajkom na dobranoc. W  ludzkich opowiastkach złamano już chyba wszyst- kie istniejące i  nieistniejące prawa tych nieszczęsnych stworzeń. Owszem, w  każdej rodzinie zdarzają się czarne owce… ach, co za przekleństwo z  tymi rasistowskimi powiedzonkami… zawsze istnieją czarne wilki, które psują opinię całego rodu, jednak pod tym względem to ludzie wygrywali wszelkie historyczne rankingi w  posiadaniu nadwyżkowych, morderczych wyjątków. Ostatecznie konflikt wygrała strona, która szybciej uzyskała dostęp do broni masowego rażenia, jakim była książka. Od tamtej pory na wilkach ciąży straszliwa klątwa stereotypowego, zwierzęcego antagonisty. W  urzędzie pracy aż roiło się dla nich od ofert w  stylu „Poszukiwana ekipa remontowa do przebudowy chatek! Trzy świnki” albo „Owczą skórę skupię”, jednak ze świecą można było szukać informacji o  pracy w  porządnej restauracji czy sklepie ogrodniczym. Volper spojrzał z  wyrzutem w  niebo, jakby chciał wzrokiem skarcić Wszechmogącego za tak jawną niesprawiedliwość dziejo- wą. Tak, u  Stwórcy bardziej przechlapane od wilka miał już tylko wąż i  to MIEJSCE DRUGIE: JUSTYNA KWIATKOWSKA O wilku mowa! 19 Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: winyl@onet.pl

tylko z  powodujednej opowiastki pewnego natchnionego, starożytnego pisar- czyka. Trzeźwyto on napewno nie był, bo kto normalnywpadanapomysł na- pisaniahistoryjki o  jabłkach, gadających pytonach i  gołych ludziach? Pierwszy w  dziejach twórca porno wybrukował wężowi swym dziełem drogę do piekła. Dosłownie. Wilki przynajmniej mogłysię pochwalić bogatąbajkowąkartoteką. Sam poranek wcale nie wydawał się potwierdzać myśli Volpera o  niena- wiści Najwyższego do jego gatunku. Słońce świeciło kwietniowym blaskiem, siedząc niewzruszenie na swym niebiańskim tronie. Choć nie można było nazwać tego pełnią wiosny, owady i  rośliny dawno już porzuciły swe ziemne kryjówki, a  drzewa okryły się świeżymi liśćmi, spokojnie i  systematycznie wychodząc same z  siebie. Śmieszna metafora, choć bardzo trafna. Z  koron dało się słyszeć zwyczajowe trele czyżyków, drozdów, zięb i  pliszek, które od nieprzyzwoicie rannych godzin przygotowywały się do konkurowania z  wieczornymi koncertami żab. Cały las napełnił już się zapachem rozpraco- wywanej przez drobnoustroje ściółki, aromatem zieleni i  tą nieuchwytną dla dwunożnych istot wonią, której trudno było szukać gdzie indziej. Volper jednak nie miał problemów z  jej określeniem – tak pachniało życie. Tym razem wilk musiał odłożyć wszelkie przyjemności na później. Volper poprawił swe nieśmiertelne spodnie-ogrodniczki i  ukłonił się, przepraszając ptasi chór za nagłe odejście. Niestety, miał dziś na głowie… Do kroćset! Miał dziś na pysku niecierpiące zwłoki sprawy do załatwienia. Jeszcze raz przyj- rzał się ogłoszeniu z  Leśnego Urzędu Pracy dla Ubogich Ssaków (którego skrótu używać z  czystej przyzwoitości nigdy nie zamierzał). Mówi się, że to tonący brzytwy się chwyta, choć Volper nie wiedział, czy wilk chwytający się pracy z  Leśnego Urzędu nie zasługuje o  wiele bardziej na miejsce w  słowniku frazeologicznym jako metafora zupełnej beznadziei. No i, koń- cem końców, ktoś musiał zapracować na jego wilczą emeryturę w  renomo- wanym parku narodowym. Na lakonicznym ogłoszeniu widniał niedokładny adres jakiejś okolicznej, leśnej chatynki oraz dopisek: „Dziewczynka w  czer- wonym kapturku będzie szła rankiem do domu starszej pani. Należy zająć się babcią i  wnuczką”. Jego wilcza natura, choć regularnie kłóciła się z  pacy- fistyczną osobowością, podsuwała różnorodne, opływające w  posokę oraz JUSTYNA KWIATKOWSKA 20 Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: winyl@onet.pl

organy wewnętrzne interpretacje słowa „zająć”. Volper pokręcił pyskiem. Nie, nie, to na pewno nie tak. Przede wszystkim nie mógł dawać się ponosić wyobraźni. Powinien spokojnie przeanalizować całą sytuację. Właśnie! Naj- lepiej będzie zaczepić to ludzkie dziecko i  delikatnie podpytać, czy trzeba w  czymś pomóc tym ludziom. Jeśli okaże się, że nie, wtedy… cóż, wtedy wszystkie te przesadzone bajki o  zwierzęcych antagonistach mogą doczekać się realnego przykładu. Oczywiście on nie zamierzał dokładać w  tym dziele swej wilczej cegiełki, jednak nie wierzył, że nie znajdzie się inny desperat, który nie będzie miał oporów przed zaszlachtowaniem starowinki i  dziew- czynki dla kilku kotletów. Wilk wyjrzał zza drzewa i  spojrzał na wąską, wydeptaną przez ludzi ścieżkę. Wziął głęboki wdech przez nozdrza, próbując wyczuć jakiś świeży ślad ludzkiej obecności. Nie, nikt tędy nie przechodził od kilku godzin. Vol- per przykucnął za dość szerokim pniem olchy, ziewnął i  zamlaskał. Dzisiej- sze ludzkie młode potrafią spać do południa, więc nie oczekiwał nadejścia kogokolwiek w  najbliższym czasie. Minuty mijały leniwie, a  w  okolicy nie widać było śladu żadnego człowieka. Szelest trzęsących się na wietrze liści oraz usilne wpatrywanie się w  ścieżkę usypiały siedzącego w  bezruchu wil- ka. Volper zaczął się nawet zastanawiać, czy jego odkrywczy plan jest w  ogóle sensowny. Ostatecznie doszedł do konkluzji, że jego pomysł nie po- siadał żadnych pieczątek ani certyfikatów stwierdzających choćby śladowe ilości geniuszu. — Czekasz na kogoś? — usłyszał tuż za sobą kobiecy głos. Wilk machinalnie odwrócił się i  stanął ślepię w  ślepię z  czymś, co przywo- dziło na myśl krzyżówkę kombinezonu kosmonauty z  potworem spod łóżka dziecka o  bardzo bujnej wyobraźni. Tam, gdzie powinny być oczy, stwór miał dwa wielkie, błyszczące kręgi, głowa miała kształt bliżej nieokreślonej grudy, a  zamiast dłoni zobaczył tuż przed sobą nienaturalną, zieloną, włochatą łapę. Wilk zbladł pod warstwą futra. Jego mózg pokazał białą flagę, oznajmiając podświadomości, że poddaje się i  natychmiast uruchamia wszelkie procedu- ry chroniące przed przegrzaniem wilczych nerwów od nadmiaru strachu. Volper zemdlał. O  WILKU MOWA! 21 Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: winyl@onet.pl

Było to wysoce nierycerskie i  nieprzyzwoite dla drapieżnika zachowanie, ale przynajmniej podziałało. Nigdy nie twierdził, że Matka Natura nie po- pełniła błędu. Sam był święcie przekonany, że w  poprzednim wcieleniu był tchórzofretką i  jako tchórzofretka powinien się odrodzić. Myślał także nad karierą oposa. To dopiero było fascynujące zwierzę! Udawało martwe w  ra- zie zagrożenia, zupełnie jak on w  tej chwili, tylko trochę mniej serio. Ewolu- cja najwyraźniej wpadła na arcygenialny pomysł zastosowania tego chwytu w  przypadku wilka czystej krwi. Volper jednak traktował swą przypadłość bardziej jak nieudany eksperyment i  pierwszy krok do spełnienia warunków konkursu zwanego „selekcją naturalną”. Ciekawe, czy dane mu będzie jesz- cze się obudzić, czy jedną łapą stał już po tamtej stronie ogrodzenia niebios? Mimo wszystko był zaintrygowany osobnikiem, który wywołał u  niego ten błyskawiczny odpływ krwi ze wszystkich ważniejszych narządów... — Proszę się obudzić… proszę wilka... obudź się... Ktoś regularnie potrząsał jego ciałem. Czy to była masażystka z  kliniki? Nie, chyba nie. Nie był w  klinice od czasu złamania pazura w  tylnej lewej ła- pie. Bolało jak diabli, ale opieka była wyjątkowo fachowa. — Nie wiedziałam, że wśród wilków też są zawałowcy! Proszę, obudź się! Volper niechętnie porzucił marzenia o  SPA w  klinice dla zwierząt i  otwo- rzył ślepia. Nad nim pochylało się jakieś dziewczę o  długiej brązowej sierści i  zmarszczonych brwiach... Brwi... Wilki chyba nie mają brwi? — Och... A  ja miałem nadzieję, że w  wilczym niebie anioły są trochę bar- dziej... włochate — rzucił nie do końca przytomnie, ale najwyraźniej nawet ten przejaw życia w  Volperze ucieszył dziewczynę. Cofnęła głowę i  ode- tchnęła z  nieukrywaną ulgą. — Jak to dobrze, że pan się obudził. Bałam się, że będę miała przez pana problemy z  Greenpeacem — rzuciła, ale widząc powagę na pysku już rozbu- dzonego Volpera, dodała szybko: — Nie w  tym sensie! Tylko nie wiem, jak urządza się wilcze pogrzeby… — Kto śmiał mnie zaatakować? — warknął krótko, wykorzystując przy- dział odwagi na najbliższe kilka lat. Usiadł i  rozejrzał się po okolicy. — Gdzie jest ten stwór? JUSTYNA KWIATKOWSKA 22 Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: winyl@onet.pl

Dziewczyna odwróciła wzrok na pień olchy i  podrapała się po głowie. — Obawiam się, że pański atak serca był wywołany… jakby to powie- dzieć… moim wyglądem. To chyba ja niepotrzebnie pana wystraszyłam, pa- nie wilku. Volper spojrzał na przedstawicielkę ludzkiego gatunku, jakby nie rozu- miejąc, co ta prawie dorosła samica miała na myśli. Owszem, nie przepadał za ludźmi, jednak nie mógł nazwać tego stworzenia tak straszliwie brzyd- kim, że byłaby w  stanie wysłać samego Heraklesa na terapię do psychiatry. Dziewczyna zrozumiała milczenie wilka i  dla potwierdzenia swych wyja- śnień nasunęła na oczy gogle, a  na głowę założyła kaptur w  barwach moro. Efekt, choć już nie tak przerażający, sprawił, że zwierzę rozwarło pysk i  od- sunęło się odrobinę od człowieka. — Dlatego właśnie najmocniej pana przepraszam, panie wilku — odparła, ściągając feralne okulary. Gogle i  leżące tuż przy niej rękawice spakowała do małego, zielonego plecaka. – Zawsze, kiedy wybieram się do dziadków, za- kładam ten strój i  przez kilka godzin buszuję po lesie. Czuję się wtedy jak komandos. Zaśmiała się. — Ach, przepraszam, nie przedstawiłam się! Jestem Mili. Dziewczyna bez oporów wyciągnęła do niego dłoń. Tak jawna otwartość ze strony człekokształtnego nieco zdezorientowała wilka i  odruchowo uści- snął jej rękę swoją włochatą łapą. — Volper — mruknął, po czym zagadnął kulturalnie: — Ma panna dość niespotykane imię. Czy Mili pochodzi od słowa „milusińska”? — Nie — zaprzeczyła wesoło, wstając z  ziemi. —Od „militariów”. Drapieżnik zaczął poważnie zastanawiać się, kto został przez kogo bar- dziej skrzywdzony – wilki przez bajki czy dziewczyna przez swoich rodzi- ców. Bitwa w  myślach Volpera zakończyła się remisem. — No nic, jeszcze raz przepraszam za całą sytuację. Będę się zbierać. Życzę panu miłego dnia i  jak najmniej takich szalonych wypadków! — pożegnała się i  wyszła z  krzaków na ścieżkę. Wilk nagle poderwał się na równe łapy. Widok odwróconej Mili, jej kaptu- O  WILKU MOWA! 23 Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: winyl@onet.pl

ra, ścieżki oraz niewyraźne wspomnienie jej zamiarów na temat odwiedzin u  dziadków przypomniały mu o  najważniejszej kwestii. Ogłoszenie! Volper przeszukał kieszenie, lecz kiedy nic nie znalazł, zaczął desperacko rozglądać się po miejscu, w  którym jeszcze niedawno niemal skutecznie udawał świe- że truchło. Kartka, gdzieś powinna być kartka… Przez stres zupełnie zapo- mniał adresu oraz tego, jak miał rozpoznać przechodzące dziecko. Miała nosić kaptur, to fakt, ale jaki to miał być kaptur? A  czy było tam coś o  wieku dziewczyny? Wydawało mu się, że wnuczka opisanej starowinki powinna być bardzo młoda. Rzucił ślepiem za odchodzącą Mili. Do stu tysięcy starych wyjców! Ta młoda dama odeszła już całkiem pokaźny kawałek, więc albo migiem odnajdzie to ogłoszenie i  zweryfikuje swoje informacje, albo… albo… — Poczekaj! — zawył i  pobiegł za Mili. Improwizorka. To, co kochali pracownicy budowy oraz bezrobotne wilki. Raźno maszerująca dziewczyna przystanęła, zaskoczona tym nagłym wyle- wem emocji ze strony Volpera. Zwierzę nie wydawało jej się wcale tak strasz- ne, jak zwykła opowiadać babcia, ale raczej nie spodziewała się nadmiernej uczuciowości od, bądź co bądź, drapieżnika. — Czy coś się stało? Zabrałam coś pańskiego przez przypadek? — dopyty- wała się, kiedy wilk dogonił ją i  stanął obok, niepewny, co właściwie ma po- wiedzieć. — Nie, nic z  tych rzeczy — chrząknął. Wreszcie postanowił pójść naj- prostszą drogą, jaką dyktowała mu jego osobowość. — Czuję się trochę od- powiedzialny za to, że cię wystraszyłem… i  że straciłaś tyle czasu na cucenie mnie. Chciałem… chciałem zaproponować swą skromną eskortę do miejsca panny przeznaczenia. M-mogę? Mili uśmiechnęła się łagodnie. — Ale jest pan zabawny! Jasne, to żaden problem — odparła wesoło, lecz po chwili poprawiła się: — Będę niezwykle zaszczycona pańskim towarzystwem. Volper trochę desperacko zamachał łapami, próbując ukryć swoje zakło- potanie obecnością tak bezpośredniego człowieka. Skłonił tylko lekko łbem i  powoli ruszył ścieżką. — Nie musi panna… Nie musisz zwracać uwagi na mój dziwny sposób mó- JUSTYNA KWIATKOWSKA 24 Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: winyl@onet.pl

wienia. To pozostałość po kilku przodkach obcujących z… z  wami. — Nie szkodzi. Na mój gust jest pan po prostu bardzo grzeczny — odparła Mili, doganiając zawstydzonego wilka. Zdjęła kaptur, uwalniając długie, roz- puszczone włosy spod kurtki. — Choć na początku myślałam, że pan nie do końca lubi ludzi. — A  ja nie sądziłem, że nie będziesz się mnie bała. — Dlaczego miałabym się bać wilków? Owszem, jesteście dzikimi zwie- rzętami, ale imponuje mi to, jak dostojnymi i  silnymi stworzeniami jesteście — wyjaśniła prostolinijnie. — Poza tym tatko zawsze mi mówił, że ja z  natu- ry jestem uprzejma. Ja twierdzę po prostu, że kocham wszystko, co natural- ne. To chyba widać? Volper wyszczerzył dwa rzędy imponujących zębów, co było odpowiedni- kiem ludzkiego, ironicznego uśmieszku. — W  takim razie powinnaś wpaść w  samozachwyt. — Niech się pan ze mnie nie nabija! — Mili obruszyła się, ale zaraz odpła- ciła mu się tą samą monetą. — Oczywiście gdyby spróbowałby mnie pan za- atakować, nie zawahałabym się nawet odrobinę przed przyłożeniem panu moim plecakiem. Uprzedzam, że jest dość ciężki. Wilk schował kły, ale w  gruncie rzeczy wcale nie czuł się urażony. Dlaczego właśnie wtedy, kiedy tak źle wyrażał się o  gatunku ludzkim, na jego, akurat je- go drodze niespodziewanie stanął wyjątek od reguły? Oczywiście we wzniosłe durnoty o  przeznaczeniu nie wierzył, jednak wietrzył w  tym wszystkim swo- isty żarcik natury. Zerknął na drzewa i  spostrzegł się, że las zaczyna rzednąć. Owszem, ciągle pamiętał o  tym nieszczęśnie dwuznacznym ogłoszeniu, jednak wcale nie śpieszyło mu się do podjęcia tej pracy. Z  pewnością nie tak, jak wskazywałby na to stan jego portfela. Volper westchnął i  postanowił dokończyć swe nie- mrawe dochodzenie. — Znajomy opowiadał mi, że czasami chodzi tędy dziewczyna w  takim czerwonym kapturku. Czy to nie przypadkiem byłaś ty? Masz na sobie takie śmieszne okrycie… Na twarzy Mili pojawiło się zaskoczenie. O  WILKU MOWA! 25 Plik od www.ebooks43.pl do osobistego uzytku dla: winyl@onet.pl