wotson

  • Dokumenty43 353
  • Odsłony2 119 021
  • Obserwuję1 418
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 614 678

Hannu Rajaniemi - Kwantowy złodziej 02 - Fraktalny książę

Dodano: 2 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 2 lata temu
Rozmiar :1.1 MB
Rozszerzenie:pdf

Hannu Rajaniemi - Kwantowy złodziej 02 - Fraktalny książę.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion H Hannu Rajaniemi
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 2 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 35 osób, 32 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 280 stron)

Tytuł oryginału: The Fractal Pńnce Copyright © 2012 by Hannu Rajaniemi Copyright for the Polish translation © 2018 by Wydawnictwo MAG Redakcja: Urszula Okrzeja Korekta: Magdalena Górnicka Ilustracja na okładce: Dominik Broniek Opracowanie graficzne okładki: Jarosław Musiał Projekt typograficzny, skład i łamanie: Tomek Laisar Fruń Wydanie I ISBN 978−83−7480−879−8 Wydawca: Wydawnictwo MAG ul. Krypska 21 m. 63, 04−082 Warszawa tel./fax 228 134 743

Spis treści Strona tytułowa Karta redakcyjna Dedykacja Motto PROLOG - ŚNIĄCY KSIĄŻĘ ROZDZIAŁ 1 - ZŁODZIEJ I PUDEŁKO ROZDZIAŁ 2 - TAWADDUD I DUNJAZADA ROZDZIAŁ 3 - ZŁODZIEJ I ARESZTOWANIE ROZDZIAŁ 4 - TAWADDUD I ABU NUWAS ROZDZIAŁ 5 - ZŁODZIEJ I ŁOWCZYNI ROZDZIAŁ 6 - TAWADDUD I GHUL ROZDZIAŁ 7 - ZŁODZIEJ I ROUTER ROZDZIAŁ 8 - TAWADDUD I SUMANGURU ROZDZIAŁ 9 - ZŁODZIEJ I TYGRYS ROZDZIAŁ 10 - TAWADDUD I ALILE ROZDZIAŁ 11 - ZŁODZIEJ I BLIZNY ROZDZIAŁ 12 - TAWADDUD I KARIN ROZDZIAŁ 13 - HISTORIA WOJMÓZGU I KLEJNOTU KAMINARI ROZDZIAŁ 14 - TAWADDUD I TAJEMNE IMIONA ROZDZIAŁ 15 - ZŁODZIEJ I SAUNA ROZDZIAŁ 16 - TAWADDUD I CASSAR GOMELEZ ROZDZIAŁ 17 - MIELI I ZIEMIA ROZDZIAŁ 18 - ZŁODZIEJ I TYKWA ROZDZIAŁ 19 - TAWADDUD I PAŁAC OPOWIEŚCI ROZDZIAŁ 20 - HISTORIA MIELI I SYDÄN ROZDZIAŁ 21 - TAWADDUD I AKSOLOTL ROZDZIAŁ 22 - HISTORIA PELLEGRINI I CHENA ROZDZIAŁ 23 - TAWADDUD I ZŁODZIEJ

ROZDZIAŁ 24 - MIELI I POCIĄG DUSZ ROZDZIAŁ 25 - TAWADDUD I RADA ROZDZIAŁ 26 - MIELI I ZAGINIONE DŻANNAH ROZDZIAŁ 27 - ZŁODZIEJ I MIELI ROZDZIAŁ 28 - KSIĄŻĘ I LUSTRO ROZDZIAŁ 29 - TAWADDUD I AUNOWIE ROZDZIAŁ 30 - ZŁODZIEJ I OPOWIEŚCI EPILOG PODZIĘKOWANIA

Ta książka jest dla Tomiego, żyje w naszych opowieściach.

„Jego wygląd? Jak mógłbym go opisać? Widziałem Arsène’a Lupin pewnie ze dwadzieścia razy i każdorazowo stawała przede mną inna istota... czy raczej dwadzieścia obrazów tej samej istoty, zniekształconych przez dwadzieścia różnych luster...”. Maurice Leblanc, Aresztowanie Arsène'a Lupin „Kiedy patrzymy na fraktal, musimy spoglądać na lustro fenickie, nie zdając sobie sprawy z istnienia drugiego podobnego lustra, umieszczonego gdzieś daleko za naszymi plecami”. Christian Bok, Krystalografia

PROLOG ŚNIĄCY KSIĄŻĘ Tej nocy Matjek wymyka się ze snu, by znowu odwiedzić złodzieja. Śni mu się, że przebywa w księgarni. Jest tam ciemno i brudno, sufit jest niski, a strome schody prowadzą na mały stryszek. Półki uginają się pod ciężarem zakurzonych woluminów. Intensywny zapach kadzidła bijący z pokoju na zapleczu miesza się z lekką wonią kurzu i pleśni. Matjek przygląda się w słabym świetle ręcznie wypisanym etykietom woluminów. Zmieniły się od poprzedniego razu i teraz sugerują ezoteryczne tematy. Połykacze ognia. Ludzkie kule armatnie. Odporność na trucizny. Jeźdźcy po murze śmierci. Rozliczne cuda mentalne. Eskapolodzy. Puls mu przyśpiesza. Chłopiec sięga po niewielki tom, na którego grzbiecie napisano złotymi zakrętasami Tajna historia armaty Zacchinich. Uwielbia opowieści ze swoich snów, chociaż po przebudzeniu nigdy ich właściwie nie pamięta. Otwiera książkę i zaczyna czytać. Człowiek kula armatnia nigdy jej naprawdę nie kochał, choć zapewniał ją o tym wielokrotnie. Jedyną prawdziwą miłością był dla niego lot, wrażenie, jakie czuł w chwili, gdy wypadał z wylotu wielkiej żelaznej machiny, odlanej ponoć przez jego dziadka z metalu pochodzącego z kamienia, który spadł z nieba. Pragnął żony jak czegoś, co powinien mieć, kolejnego narzędzia podtrzymującego działanie wielkiego mechanizmu, na który składali się on i armata. Miłość nie była w tym przypadku odpowiednim określeniem. Matjek mruga. To nie jest właściwa opowieść. Nie prowadzi do złodzieja. Podskakuje, gdy ktoś kaszle za jego plecami. Zamyka głośno książkę. Jeśli się odwróci, zobaczy chudego jak tyka księgarza, siedzącego za ladą i spoglądającego nań z dezaprobatą − szaleństwo w oczach, siwe włosy

sterczące spomiędzy guzików brudnej, niedopiętej koszuli, nieogolona twarz przepojona złością. Potem Matjek się obudzi. Potrząsa głową. Dzisiejszej nocy nie jest tylko śniącym. Wykonuje misję. Ostrożnie stawia książkę z powrotem na półce i rusza na górę po schodach. Drewno przy każdym kroku skrzypi pod jego ciężarem. Matjek czuje się masywny. Poręcz mięknie nagle w jego dłoni. Jeśli nie będzie ostrożny, opadnie w następny, głębszy sen. Wtem dostrzega niebieskie światełko pośród szarych woluminów, przy półce w kącie na wprost przed nim. Tam kończą się schody. Na dole księgarz kaszle znowu. Dźwięk brzmi wilgotnie i drażniąco. Matjek sięga po książkę, stając na palcach i pociągając dłonią za niebieską oprawę. Książka spada z półki, a za nią kaskada następnych. Pył szczypie go w oczy i gardło. Zaczyna kasłać. − Co tam robisz, chłopcze? − rozlega się chrapliwy głos. Potem słychać powłóczenie nogami oraz poskrzypywanie klepek podłogowych. Matjek opada na kolana i odrzuca na bok książki o cyrkach pcheł oraz śpiewających myszach, by odsłonić niebieski wolumin. Na okładce są rozdarcia i wgniecenia, spod których wygląda brązowy papier, ale srebrny obrazek z minaretami, gwiazdami i księżycem zachował swą jaskrawość. Coś wchodzi po schodach na górę, coś cuchnącego kadzidłem i kurzem. To już nie księgarz, lecz coś znacznie gorszego. Papierowego, szeleszczącego i starego... Matjek wbija spojrzenie w książkę i otwiera ją. Słowa skaczą mu w oczy niczym czarne owady łażące po pożółkłej stronicy. Mówią, że był niegdyś, w dawnych czasach, minionych wiekach i stuleciach, na wyspach Indii i Chin król pewien z Sasanidów znakomitych, pan rycerstwa i świty, niewolników i sług. Król ten miał dwóch synów, z których jeden był starszy, drugi zaś młodszy*.[*Przełożył Władysław Kubiak.] Słowa zaczynają wirować. Papier oraz litery stają się wypukłe, przybierają kształt dłoni, z książki wysuwają się czarno−białe palce.

Stworzenie z kurzu kaszle i szeleści. Coś muska bark Matjeka, łaskocząc go mocno. Chłopiec łapie za tę rękę tak szybko, jak tylko może, i ostre jak brzytwa krawędzie złożonych ze słów palców kaleczą wewnętrzną powierzchnię jego dłoni. Nie zwalnia jednak uścisku i ręka wciąga go do książki. Słowa przetaczają się nad nim jak... ...fale, łagodny, rozigrany rytm zimnej morskiej piany omywający jego bose stopy. Ciepłe wieczorne słońce nad głową, biała piaszczysta plaża przypominająca uśmiech. − Przez chwilę myślałem, że nie zdołasz tu dotrzeć − mówi złodziej i ściska rękę Matjeka swą ciepłą, silną dłonią. Jest drobnym mężczyzną, odzianym w szorty i białą koszulę, a jego oczy kryją się za przeciwsłonecznymi okularami o szkłach niebieskich jak książka o nocach. *** Złodziej rozłożył ręcznik na piasku, nieopodal skupiska porzuconych parasoli oraz leżaków. Siadają obok siebie, by patrzeć na powoli pogrążające się w morzu słońce. − Przychodziłem tu − mówi Matjek. − No wiesz, przedtem. − Wiem − odpowiada złodziej. − Wyjąłem to z twoich wspomnień. Pustą plażę nagle wypełniają sobotnie popołudnia. Matjek i jego ojciec idą najpierw na technobazary, rozkładają łupy na piasku, testują w falach małe pływające drony albo po prostu siedzą i patrzą na promy oraz narty odrzutowe. Choć czuje między palcami miękki piasek oraz woń słońca, potu i soli na skórze, a na drugim końcu plaży widzi czerwony łuk skał, wszystko to wydaje mu się nie do końca właściwe, jakby nie w pełni należało do niego. − Chcesz powiedzieć, że to ukradłeś − mówi Matjek. − Nie sprawiałeś wrażenia, byś tego potrzebował. Poza tym, miałem nadzieję, że ci się spodoba. − W sumie jest w porządku − zgadza się Matjek. − Niektóre szczegóły się nie zgadzają. − Miej pretensję do swojej pamięci, nie do mnie − odpowiada złodziej. Te słowa niepokoją chłopca. − Ty również wyglądasz inaczej − zauważa, po to tylko, by powiedzieć coś

innego. − To pomaga uniknąć złapania − tłumaczy złodziej. Zdejmuje okulary i chowa je w kieszonce na piersi. Faktycznie trochę się zmienił, choć Matjek mógłby przysiąc, że półprzymknięte powieki, brwi oraz lekki grymas w kąciku ust wyglądają tak samo jak przedtem. − Nie opowiedziałeś mi, jak udało im się cię złapać − zauważa Matjek. − Tylko o więzieniu i o tym, jak Mieli cię stamtąd wydostała. I o tym, jak zabrała cię na Marsa, żeby odnaleźć twoje wspomnienia. Miałeś ukraść coś dla jej szefowej i obiecała, że potem cię wypuści. − I co wydarzyło się później? Złodziej się uśmiecha, co czasem mu się zdarza, jakby krył się w tym jakiś znany tylko jemu żart. − Odnalazłeś je. Ale był tam ktoś inny, kto chciał ci je odebrać. Dlatego zamknąłeś go w więzieniu i wydostałeś się na zewnątrz z pudełkiem zawierającym boga. Oraz wspomnieniami, które ci powiedziały, że musisz polecieć na Ziemię. − Rzeczywiście masz dobrą pamięć. Skronie Matjeka wypełnia nagły impuls gniewu. − Nie żartuj sobie ze mnie. Nie lubię, jak ludzie to robią. A ty nie jesteś nawet człowiekiem, tylko czymś, co wymyśliłem. − Myślałem, że chodziłeś do szkoły. Nie nauczyli cię tam, że to, co wymyślone, jest ważne? Chłopiec prycha pogardliwie. − Tylko dla chitraguptów. Wielkie Wspólne Dzieło dotyczy rzeczywistości. Śmierć jest rzeczywista. Wróg jest rzeczywisty. − Widzę, że szybko się uczysz. Co zatem tu robisz? Matjek wstaje i stawia kilka gniewnych kroków, zmierzając ku morzu. − No wiesz, mógłbym im o tobie powiedzieć. Innym chenom. Wycięliby cię. − Musieliby najpierw mnie złapać − zauważa złodziej. Matjek się odwraca. Złodziej patrzy na niego, mrużąc oczy w promieniach słońca. Uśmiecha się i przechyla głowę.

− Opowiedz mi o ostatnim razie − żąda Matjek. − Poproś grzecznie. Chłopiec chce już powiedzieć złodziejowi, że uważa go wyłącznie za wytwór własnej wyobraźni i w związku z tym nie musi go o nic prosić. Złodziej jest jednak tak pełen wesołości − niczym mały Budda, którego matka Matjeka trzymała w ogrodzie − że słowa nie mogą wyjść mu z ust i tylko zaczerpuje tchu. Podchodzi powoli do ręcznika, siada na nim i obejmuje rękami kolana. − W porządku − mówi. − Opowiedz mi, jak cię złapali ostatnim razem. Proszę. −Tak lepiej − odpowiada złodziej. Ze słońca została już tylko złota plamka mrugająca na horyzoncie, ale on nadal nie zdejmuje okularów. Łuna zachodu rozszerza się na morzu niby plama akwareli. − No cóż, to jest historia opowiadana przeciwko śmierci, tak samo jak ja, jak ty i każdy z nas. Czy ktoś cię kiedyś tego nauczył? Matjek zerka na niego niecierpliwie. Złodziej odchyla się i uśmiecha do niego. − Zacznijmy − mówi. − W dniu, gdy przyszła po mnie Łowczyni, zabijałem duchy kotów z pudełka Schrödingera. Wszędzie wokół nich wirt snu zaczyna malować słowa złodzieja barwami zachodzącego słońca, piasku i morza.

ROZDZIAŁ 1 ZŁODZIEJ I PUDEŁKO W dniu, gdy przychodzi po mnie Łowczyni, zabijam duchy kotów z pudełka Schrödingera. Kwantopunktowe witki wychodzą z moich palców niczym iskry sypiące się z cewki Tesli i wnikają do małego pudełka z lakierowanego drewna, unoszącego się w powietrzu pośrodku mojej kabiny. Za nim, na lekko łukowatej ścianie, wyświetla się obraz Autostrady − nieustannie płynąca rzeka statków kosmicznych oraz myślostrug, gwiaździste pociągnięcie pędzlem w ciemności. Gałąź grawitacyjnej arterii poprowadzonej przez Układ Słoneczny. Nasz statek, Perhonen, leci z Marsa na Ziemię. Dzisiaj jednak jestem ślepy na jej piękno. Mój świat skurczył się do rozmiarów czarnej skrzynki, tak małej, że ledwie może pomieścić ślubną obrączkę, umysł boga − albo klucz do mojej wolności. Zlizuję pot z warg. Moje pole widzenia stało się pajęczyną diagramów protokołów kwantowych. Matematyczne gogole Perhonen szepczą i mamroczą w mojej głowie. By pomóc moim zanadto ludzkim zmysłom oraz mózgowi, transformują problem w yosegi, otwierają japońskie pudełko zagadkę. Kwantowe protokoły są doznaniami, niedoskonałościami i dolinami w markieterii, punktami uciskowymi w drewnie, przypominającymi napięte mięśnie, blade uśmiechy ruchomych części. Muszę odnaleźć odpowiednią sekwencję, by otworzyć pudełko. Tyle że tutaj chodzi o to, by nie otworzyć go zbyt wcześnie. Regularności drewna ukrywają się w niezliczonych kubitach wewnątrz − każdy z nich jest jednocześnie zerem i jedynką − a ruchy to operacje kwantowej logiki wykonywane przez zestawy laserów i interferometrów wbudowanych przez gogole w skrzydła statku. Wszystko sprowadza się do tego, co starożytni

nazywali tomografią procesów kwantowych − próby określenia, jak pudełko wpływa na różne stany, które w nie wprowadzamy, ostrożnie jak wytrychy. Czuję się tak, jakbym żonglował ośmiobocznymi kostkami Rubika, jednocześnie próbując je ułożyć. A za każdym razem, gdy którąś upuszczam, Bóg zabija miliard kotków. Gogole rozświetlają sektor diagramu, w plątaninie pojawiają się czerwone nici. Natychmiast dostrzegam inny fragment, który jest z nim połączony. Jeśli zrotujemy tę strzałkę i tamten stan, zastosujemy bramkę Hadamarda, a następnie dokonamy pomiaru... Wyimaginowane drewno skrzypi pod moimi palcami. Rozlega się trzask. − Sezamie − szepczę. Drathdor, zokijski starszy, lubił mówić i bez większego trudu nakłoniłem go, by mi wyjaśnił, czym jest pudełko (rzecz jasna, nie wspomniałem, że przed dwudziestu laty ukradłem takie z jego zoku). Wyobraź sobie pudełko, powiedział. Włóż do niego kota. Razem ze śmiercionośną maszyną, butelką trucizny, na przykład cyjanku, połączoną z mechanizmem złożonym z młotka i jednego atomu promieniotwórczego pierwiastka. W następnej godzinie atom albo się rozpadnie, albo nie, i w ten sposób albo uruchomi młotek, albo go nie uruchomi. Zatem w ciągu tej godziny kot jest albo żywy, albo martwy. Mechanika kwantowa twierdzi, że w pudełku nie ma określonego kota, a jedynie duch, superpozycja żywego i martwego zwierzęcia. Do chwili, gdy otworzymy pudełko i zajrzymy do środka. Pomiar spowoduje kolaps systemu do jednego z dwóch stanów. Tak wygląda eksperyment myślowy Schrödingera. Oczywiście, to całkowicie błędny obraz. Kot jest systemem makroskopowym i żadna tajemnicza ingerencja magicznego obserwatora nie jest konieczna, by spowodować, że będzie żył albo zginie. Wystarczy jego interakcja z resztą wszechświata, zjawisko zwane dekoherencją powoduje jego kolaps do jednego z dwóch makrostanów. Jednakże w mikroświecie −

dla kubitów, kwantowych odpowiedników zer i jedynek − kot Schrödingera istnieje naprawdę. Pudełko zawiera biliony kocich duchów. Stany żywego kota kodują informację, a nawet umysł, czynny i myślący. Kubity pudełka zrotowano do stanu zawieszenia między bytem a nicością. Umysł ukryty w środku nic by nie zauważył − seria bramek kwantowych pozwala mu dalej myśleć, czuć i marzyć. Dopóki pozostaje wewnątrz, wszystko jest w porządku. Ale jeśli spróbuje się wydostać, każda interakcja z otoczeniem spowoduje, że wszechświat zwali się na niego jak tona cegieł, powodując kolaps do nicości. Niedobry kotek, martwy kotek. − Co więc chowacie w takim pudełku? − zapytałem Drathdora. − Coś naprawdę bardzo niebezpiecznego − odparł. *** Jeden z sektorów pudełka na kubitowej mapie, którą stworzyliśmy w ostatnim tygodniu, rozświetla się jak miasto nocą. Czuję to: rozsupłanie, które zawsze się zdarza, gdy odkryjesz słaby punkt w zamku, systemie zabezpieczającym albo umyśle człowieka, którego zamierzasz oszukać. Zamykam pośpiesznie oczy i pozwalam, by poniósł mnie strumień ruchów. Deseczki przesuwają się pod moimi palcami. Gogole śpiewają radośnie, gdy przeszywają je fale orgazmicznej przyjemności zrodzonej z widmowych ciągów obliczeniowych operatorów w przestrzeni Hilberta. Na mapie pojawiają się kolejne światła. Pokrywka uchyla się, bardzo leciutko... I zamyka się z trzaskiem. Następny rejestr umiera na dobre. Sieć protokołowa się zawęźla. Ostatni pomiar wykazuje tylko śmierć. Zniszczyłem kolejny fragment zawartości pudełka. Przeklinam i ciskam to cholerstwo na drugą stronę kabiny Kwantopunktowe witki zrywają się i rozpadają. Pudełko odbija się od pola gwiezdnego na ścianie i wiruje w powietrzu. Wracają do mnie słowa od wielu dni rozbrzmiewające w mojej głowie. Nie jestem Jeanem le Flambeur. Mały, biały motyl ląduje zgrabnie na pudełku i powstrzymuje jego ruch wirowy, trzepocząc skrzydełkami.

− Zanim coś rozbijesz − odzywa się statek swym uspokajającym, kobiecym głosem − chciałabym ci przypomnieć, że to był twój pomysł. Ma rację. Rzeczywiście był mój. Czy raczej mojej poprzedniej osobowości. Oryginalnego Jeana le Flambeur, legendarnego złodzieja i włamywacza do umysłów, powszechnie łubianego gościa. Nie pozostało mi po nim nic poza kilkoma strzępkami wspomnień, dawnymi wrogami, wyrokiem więzienia oraz tym, co jest w pudełku. − Tu mnie masz − przyznaję. − To już trzy dni z rzędu, Jean. Może powinieneś dać sobie na chwilę spokój. − Nie ma czasu. Mówiłaś, że traci koherencję. Oczy szczypią mnie ze zmęczenia, jakbym miał piasek pod powiekami. To mi przypomina, że wbrew pozorom nie jestem wolny. Kapitan Perhonen, Mieli, uparcie odmawia mi dostępu roota do mojego wyprodukowanego przez Sobornost ciała, ograniczając jego możliwości do bazowych ludzkich parametrów operacyjnych, pomimo moich zapewnień, że poprzednie próby ucieczki od naszego niedobrowolnego partnerstwa były spowodowane nieporozumieniem, a obecnie jestem w pełni zdeterminowany spłacić honorowy dług wobec niej i jej tajemniczej pracodawczyni z Sobornosti. Daję słowo. Nie mogę jednak się poddać. Gdy statek zbadał pudełko, odkrył, że zawarta w nim kwantowa informacja ma krótki czas trwania. Za kilka dni wszystkie kotki umrą ze starości. − Mogłoby się zdawać, że konstruktor celowo ustanowił limit czasu. Jak w grze − odzywa się Perhonen. − Jak sama zauważyłaś, to urządzenie wyprodukowane przez zoku. Czego się spodziewasz? Istnieje bardzo wiele różnych zoku, ale wszystkie mają obsesję na punkcie gier. Z drugiej strony, Sobornost również nie jest odporna na tę pokusę. Na wspomnienie o jej śmiercionośnym więzieniu Dylemat i prowadzonych w nim grach przeszywa mnie dreszcz −nie wspominając już o mieszkającym w nim potworze, Wszechzdrajcy: zmiennokształtnym

koszmarze, który przybierał moją własną twarz, by mnie pokonać. Jakiekolwiek zadanie ma dla mnie szefowa Mieli, z pewnością musi być lepsze od tego. − Nie wiem, czego się spodziewać. Ani Mieli, ani ty nie powiedzieliście mi, co jest w środku. Ani co to ma wspólnego z celem naszej podróży. Swoją drogą, myśl o odwiedzeniu tego miejsca coraz mniej mi się podoba. − Ziemia nie jest aż taka zła − zapewniam. − Byłeś tam od czasów Upadku? − Nie mam pojęcia. Wiem jednak, że musimy tam polecieć. −Rozpościeram dłonie. − No wiesz, ja tylko kradnę różne rzeczy, żeby zarobić na życie. Jeśli masz problem z całokształtem, musisz pogadać z Mieli. − Nie w jej obecnym nastroju − sprzeciwia się statek. Motyli awatar okrąża moją głowę. − Może to ty powinieneś z nią pogadać. O całokształcie. Mieli rzeczywiście zachowywała się ostatnio dziwnie. Nawet w najlepszych chwilach nie jest duszą towarzystwa, ale w ciągu długich tygodni lotu z Marsa stała się jeszcze cichsza. Większość czasu spędza w kołysce pilota i w głównej kabinie, pogrążona w medytacji. − To mi wygląda na wyjątkowo zły pomysł − odpowiadam. − Z reguły jestem ostatnią osobą na świecie, z którą chciałaby rozmawiać. O czym gada ten statek? − Mógłbyś się zdziwić. − W porządku. Jak tylko to otworzę. Spoglądam z zasępioną miną na pudełko. Awatar siada mi na nosie. Mrugam jak szaleniec, aż wreszcie muszę go przegonić. − Mam wrażenie, że próbujesz odwrócić od czegoś swoją uwagę − mówi. − Czy coś przede mną ukrywasz? − Absolutnie nic. Jestem jak otwarta książka. − Wzdycham. − Czy nie masz nic lepszego do roboty? Pierwsze psychoteraupetycz−ne boty stworzono chyba ze czterysta lat temu. − Skąd masz pewność, że nie rozmawiasz z jednym z nich? −Awatar rozpada się na kaskadę kwantopunktów, pozostawiając po sobie zapach

ozonu. − Prześpij się trochę, Jean. Dotykam pudełka, czuję wyraźny kształt ciepłego, drewnianego przedmiotu, a potem znowu zakręcam nim w powietrzu, aż jego krawędzie stają się zamazaną plamą. Od tego ruchu robię się senny. Statek ma rację. To łatwiejsze niż myślenie o Marsie, zamku i bogini. Gdy tylko zamykam oczy, wszystko to do mnie wraca. *** Pałac wspomnień na Marsie mógł należeć do mnie: wszystkie jego komnaty z ich figurami z wosku i mosiądzu, skarbami i zokijskimi klejnotami, ukradzionymi diamentowym umysłom oraz bogom. Wszystko to teraz zniknęło, całe moje życie pożarte przez archonta, który zamienił je w więzienie. Pozostało mi tylko pudełko oraz towarzyszące mu wspomnienia. Mogłem je wszystkie odzyskać. Wystarczyłoby wyciągnąć rękę. Nie zrobiłem tego jednak. Dlaczego? Nie jestem Jeanem de Flambeur. Idę złoconym, marmurowym korytarzem pałacu w swym umyśle i zaglądam przez otwarte drzwi do pokojów pełnych ukradzionych wspomnień. Jest tam czas, gdy nie chcę być Jeanem le Flambeur. Mieszkałem wtedy na Marsie, w miejscu zapomnienia zwanym Kazamatami. Przybrałem nową twarz, stworzyłem dla siebie nowe życie. Znalazłem kobietę imieniem Raymonde. Ukrywałem swe tajemnice, nawet przed sobą. Jest tam Impuls, osobliwość zarówno technologiczna, jak i czasoprzestrzenna. Jasny rozbłysk w marsjańskiej nocy, deszcz kwantowych snów spadający z umierającego Jowisza na ludzi z Kazamatów. Jest tam Dwór Narodzin i Śmierci, gmach, który zbudowałem po to, by przypomnieć nieśmiertelnym, jak się wszystko kończy. Jest tam kochanek artysty z Kazamatów, którego wspomnienia... stały się dla mnie inspiracją. Dotknął go Impuls. W jego umyśle ujrzałem ogień bogów. I musiałem go zdobyć. Jest tam marsjańskie zoku. Sprowadzili tu pudełko, uciekając przed

Wojną Protokołu. Kryje się w nim uwięziony gogol Założyciela Sobornosti, jednego z władców Wewnętrznego Układu Słonecznego. Pojmany bóg. Jest tam dziewczyna imieniem Gilbertine − jej również nie mógłbym nie pragnąć, nawet wtedy, gdy było to niewskazane − w której wspomnieniach ukryłem pudełko. Nosiłem wówczas pełną zimnej determinacji twarz, która wydaje mi się teraz obca. Być Prometeuszem i tak dalej, powiedziała jej moja dawna osobowość. Tego właśnie pragnie ode mnie bogini z uśmiechem węża, której służy Mieli. Jest tam kobieta z ogrodu robotów zwana Xuexue, która na Ziemi zajmowała się transferowaniem dzieci, zamieniała je w nieśmiertelnych niewolników gdzieś w niebie. To było w czasach przed Upadkiem, przed Sobornostią. To właśnie przyciąga mnie teraz do rodzinnego domu ludzkości, wiedza, że to wspomnienie ma cel, że w świecie duchów jest coś, czego potrzebuję. I są tu zamknięte drzwi. Otwieram oczy. Pudełko nadal wiruje. Rzeczywiście próbowałem odwrócić swoją uwagę. Odpowiedzi znajdują się na Ziemi − i w zamkniętym pokoju w mojej głowie. Co by zrobił Jean le Flambeur? Biorę w rękę pudełko i nucę kilka tonów Stana Getza. W łukowatej powierzchni jednej ze ścian pojawia się okrągły otwór. Większa część kadłuba statku jest wykonana z oortyjskiego intelikoralu − albo väki, jak go tam zwą − i reaguje na muzykę. Obserwowałem Mieli wystarczająco długo, by to zauważyć. Statek z pewnością wie, co robię, ale cieszę się, że mam kryjówkę zapewniającą mi choć odrobinę prywatności. Chowam w niej pudełko i sporządzam spis jego zawartości. Parę zokijskich klejnotów − ciemnobursztynowych owali wielkości przepiórczych jaj − ukradzionych na Marsie, gdy poszedłem z detektywem Isidore'em Beautreletem na przyjęcie reinkarnacyjne jego dziewczyny, Pixil. Jest tam też jej miecz z Krainy. Przyniosłem go stamtąd po walce ze swym drugim ja, Jeanem le Roi. To niewiele, ale na początek wystarczy.

Chowam zokijski klejnot do kieszeni, na szczęście, zamykam resztę swych marnych sekretów w kryjówce i wyruszam na poszukiwania Mieli. *** Kobieta modli się do Mrocznego Człowieka w głównej kabinie statku. Pieśni z początku przychodzą do niej z trudem, ale po chwili rzeźby w ścianach zaczynają się poruszać pod wpływem jej głosu, wykręcając się na podobieństwo ciemnego lica boga pustki. Tej pieśni nauczyła ją babcia Brihane. Śpiewa się ją tylko w ciemnych miejscach podczas złowrogich podróży. Gdy jednak Mieli pogrąża się w medytacji, rzeźby przybierają jej wygląd. Liczne odbicia jej twarzy spoglądają na nią ze ścian, wszystkie barwy brudnego kometarnego lodu. Kobieta milknie, spoglądając na nie. Sferyczne świece unoszące się w powietrzu, ich maleńkie sferyczne płomyki emitujące światło oraz lekką woń cynamonu − nic z tego nie ma znaczenia. Wypełniająca ją pustka wróciła. Są sprawy, którymi powinna się zająć. Przygotowanie fałszywych tożsamości na chwilę zbliżenia się do Ziemi. Przejrzenie baz danych Sobornosti dotyczących kolebki ludzkiego gatunku − miejsca, z którego jej rodacy, Oortyjczycy, uciekli przed stuleciami. Zamiast tego wzdycha, przesuwa się do wygodnie ulokowanych blisko osi kabiny nieważkościowych mebli oraz kulistych bonsai, a potem fabrykuje sobie bańkę herbaty z lukrecji. Ściska w dłoniach szorstki, ciepły koral bańki. Pieśń potrzebna, by ją stworzyć, przychodzi do niej nagle − kilka prostych nut, których mogłoby się nauczyć dziecko. Nuci ją, pociągając łyk płynu. Smak jest złowrogi, lukrecja i gorycz. Zapomniała już, jakie to paskudne. Wraz z łykiem powraca jednak wspomnienie, poranek w koto, gdy odsunięto zasłony i do środka wpadły promienie Małego Słońca, zmieniając tysiąc blizn i pęknięć w lodowym niebie w jasne rozbłyski, a babcia wcisnęła bańkę w dłonie Mieli i pocałowała ją zwiędłymi ustami. Jej suchy, słodki zapach mieszał się z wonią herbaty, pompodrzewa się otwierały, a małe anansi łapały prądy termiczne w skrzydła swych szybowców z diamentowych sieci... Nawet to wspomnienie nie należy już do niej. Jest własnością jej pani,

pellegrini. To nie powinno się wydawać inne od wszystkiego co oddała przedtem. Ciało, przetworzone w pojemnik na reakcje termojądrowe i śmierć. Umysł wzmocniony metakorą, która zabija strach, domyśla się, co zrobią jej wrogowie, nim sami to sobie uświadomią, zamienia świat w wektory, siły i prawdopodobieństwa. I wszystko to dla Sydän. Dlaczego więc ostatnie, czego się wyrzekła−niepowtarzalność − gdy dała bogini prawo kopiowania jej, tworzenia gogoli przekonanych, że są Mieli, córką Karhu, wydaje się jej takie cenne? Być może dlatego że zrobiła to nie dla Sydän, lecz dla złodzieja? Odsuwa na bok stary, nawykowy gniew wywoływany myślą o jego twarzy, rysach, które stały się znajome w ciągu kilku ostatnich miesięcy: jaskrawe oczy pod półprzymkniętymi powiekami, swobodny uśmiech, łukowate brwi, jakby nakreślone ostrym piórkiem. Przez chwilę niemalże brak jej bioodczytów, za pomocą których jej pani łączyła ich ze sobą, pozwalając jej czuć to samo, co on. Wtedy łatwiej jej było go zrozumieć. Na Marsie skłonił ją do śpiewania. Jak zawsze w jego przypadku, była to sztuczka, mająca zamaskować coś, co robił za jej plecami. Jednakże dzięki bioodczytom poczuła radość, jaką sprawiła mu jej pieśń. Zapomniała już wtedy, jak to jest. W grę wchodził również honor. Nie mogła pozwolić, by umarł w kolejnym więzieniu, porzucony przez pellegrini jak zepsute narzędzie. Jak mogłaby postąpić inaczej? Drogie kamienie w naszyjniku, jeden po drugim, nieodwracalne decyzje. Puszcza meble, nie zaprzestając powolnej modlitwy. Blask świec tańczy w obliczach posągów, które zaczynają się zmieniać w twarz Sydän − szerokie usta, wysoko ustawione kości policzkowe i arogancki, szelmowski uśmieszek. − Zastanawiam się, czemu nigdy się do mnie nie modlisz − mówi pellegrini. − Bogowie są okropnie staromodni. To tylko memetyczny szum w małpich głowach. Powinnaś się modlić do mnie. Bogini stoi przed Mieli z założonymi rękami, cień otoczony przez

nieważkościowe świece. Jak zwykle wygląda, jakby stała w warunkach normalnej grawitacji. Kasztanowe włosy opadają jej swobodnie na nagie ramiona odsłonięte przez białą, letnią suknię. − Służę i słucham − odpowiada Mieli. − Ale moje modlitwy należą do mnie. − Jak sobie życzysz. Jestem szczodra. Zresztą, modlitwy są przeceniane. − Macha dłonią o czerwonych paznokciach. − Możesz je sobie zachować. Mam twoje ciało, twoją lojalność i umysł. Pamiętaj, co mi obiecałaś. Mieli pochyla głowę. − Nie zapomniałam. To, o co prosisz, należy do ciebie. − Skąd wiesz, że już sobie tego nie wzięłam? Mieli czuje suchość w ustach. W jej żołądku zaciska się zimna pięść. Pellegrini parska śmiechem brzmiącym jak brzęk szkła. − Jeszcze nie. Jeszcze nie. − Wzdycha. − Jesteś bardzo zabawna, moja droga. Niestety, mamy bardzo niewiele czasu na zabawę. Potrzebuję teraz twojego ciała, nawet jeśli nie duszy. Ja i mój Jean musimy porozmawiać. Sytuacja zmusiła moje inne jaźnie do podjęcia pewnych kroków. Coś idzie po was. Musicie być gotowi. Pellegrini wchodzi do ciała Mieli. Kobieta czuje się tak, jakby wpadła do lodowatej wody. Potem kabina, światła i bogini znikają. Mieli znajduje się w wirtprzestrzeni, unosi się niczym duch pośród splątanych nici Autostrady.

ROZDZIAŁ 2 TAWADDUD I DUNJAZADA Nim Tawaddud zacznie się kochać z dżinnem, panem Senem, karmi go winogronami. Bierze pojedynczy owoc z miseczki stojącej na jej kolanach, zdejmuje ostrożnie skórkę i wkłada go między wargi, całując słodki, wilgotny miąższ. Gdy go nadgryza, rozlega się ciche metaliczne westchnienie, dobiegające z pojemnika z dżinnem, połączonego cienkim białym przewodem z delikatną siecią czujników ZJ − Zespolenia Jaźni − w jej włosach. Tawaddud uśmiecha się i powoli zjada kolejne winogrono. Tym razem pozwala, by ze smakiem mieszały się również inne wrażenia. Dotyk jedwabnej szaty na skórze. Cudowny ciężar tuszu na rzęsach. Jaśminowa woń perfum. Od swego dawnego mistrza, Kafura, nauczyła się, że ucieleśnienie jest czymś niepewnym, stworzonym z szeptów i milczenia ciała. Wstaje i podchodzi do okna w kształcie dziurki od klucza. Jej kroki są powolne i ostrożne. Delikatny taniec ucieleśnieniowej niewolnicy− porusza się tak, by butelka z dżinnem zawsze pozostawała poza zasięgiem jej wzroku. Potrzebowała dwóch godzin, by odpowiednio rozmieście w wąskim pokoju haftowane poduszki, lustra oraz niskie stoły. Pozwala, by słońce ogrzewało przez chwilę jej twarz, po czym zaciąga miękkie zasłony i światło w pomieszczeniu przybiera barwę ciemnego miodu. Potem znowu siada na poduszce przy niskim, okrągłym stole pośrodku pokoju i otwiera małą, ozdobioną klejnotami szkatułkę stojącą na blacie. Wewnątrz jest książka, ręcznie oprawiona w tkaninę i skórę. Tawaddud wyjmuje ją powoli, by pan Sen mógł się nacieszyć zakazanym dreszczykiem

towarzyszącym temu gestowi. Historia wewnątrz jest prawdziwa, oczywiście, tylko takie wolno opowiadać w Sirr. Dziewczyna zna ją na pamięć, ale i tak patrzy na słowa, czytając na głos i przesuwając palcami po szorstkim papierze, zanim odwróci stronicę. − Wkrótce po nadejściu Sobornosti i Krzyku Gniewu − zaczyna − w Sirr żyła sobie młoda kobieta, która poślubiła poszukiwacza skarbów. HISTORIA ŻONY MUTALIBUNA Ojciec wydał ją za mąż, gdy była jeszcze bardzo młoda. Jej mąż, mutalibun, był starszy niż wskazywałyby na to jego lata. Jego pierwsza żona została opętana i przeniosła się do Miasta Umarłych, by żyć tam jako ghul. Wyruszał potem na długie wędrówki i wykopywał na pustyni stare nieba, poszukując gogoli dla Sobornosti. Po tej pracy pozostały mu blizny: niespokojne sny pełne dzikiego kodu oraz szafirowe narośle, twarde i ostre, które drażniły jej skórę, gdy spali ze sobą. Zdarzało się to rzadko, ponieważ, zgodnie ze zwyczajem mutalibunów, dawno już wyrzekł się pożądania, by móc przetrwać na pustyni, i dotykał żony wyłącznie po to, by spełnić mężowski obowiązek. Żyła więc samotnie w ich pięknym domu wysoko na Odprysku Uzedów. Pewnego dnia postanowiła, że zbuduje ogród na dachu ich domu. Wynajęła Szybkich, by dostarczyli gliniastą glebę z nadmorskich szklarni, poprosiła zielone dżinny o nasiona i powiedziała im, że mają z nich wyrosnąć kwiaty wszelkich kolorów oraz dające cień drzewa. Pracowała ciężko przez wiele dni i tygodni, poprosiła też swą siostrę, która była muhtasibem, by osłoniła ogród przed dzikim kodem za pomocą Pieczęci. Nocą szeptała do swego ogrodu, by wzrastał: uczyła się atarowej magii od dżinnów w domu swego ojca i znała wiele Tajemnych Imion. Stworzone przez dżinny nasiona szybko wydały plon i gdy mały ogród zakwitł na dobre, siedziała tam przez długie wieczory, ciesząc się zapachem ziemi, woniami kwiatów oraz dotykiem ciepłych promieni słońca. Pewnego wieczoru z pustyni nadciągnął mocny wiatr, dmący nad całym Odpryskiem i nad ogrodem. Przyniósł ze sobą chmurę starych nanitów,

które opadły na ogród gęstą, ciężką mgłą. Maleńkie maszyny skondensowały się w lśniące krople na liściach oraz płatkach kwiatów. Były świeże i czyste jak niektóre ze starożytnych mgieł użytkowych z Sirr na Niebie, które jej ojciec przechowywał w butelkach w swym gabinecie. Żona mutalibuna zaczęła szeptać i myśleć o mgle, jak ją uczono. Położyła się na miękkiej trawie i poprosiła mgłę, by stworzyła dla niej dłonie i usta kochanka. Mgła posłuchała. Zawirowała wokół kobiety i przebiegła miękkimi, chłodnymi palcami wzdłuż jej kręgosłupa. Połaskotała szyję i obojczyk językiem oparu. *** Tawaddud przerywa, zdejmuje powoli szatę i szepcze, by uaktywnić okna, które starannie rozmieściła w pokoju. Pan Sen był kiedyś mężczyzną, a mężczyźni potrzebują widzieć. Pod tym względem klienci, którzy kiedyś byli kobietami, są łatwiejsi − ale rzecz jasna znacznie bardziej wymagający pod innymi względami. Kładzie się zatem na poduszkach, patrzy na siebie w lustrze, porusza głową, by gęste, ciemne loki ukryły przewód ZJ, a potem się uśmiecha. Bursztynowe światło uwydatnia jej kości policzkowe i ukrywa fakt, że − w przeciwieństwie do Dunjazady − ma nieco za duże usta. Ciało Tawaddud również nie jest tak smukłe jak ciało jej siostry. Skórę ma jednak ciemną i gładką, a mięśnie jędrne dzięki długim wspinaczkom na Odpryski. Pamiętając o mgle, przebiega palcami po piersiach oraz brzuchu i czyta dalej: Po drugim i trzecim pocałunku kobieta przekonała się jednak, że mgła nie reaguje po prostu na jej myśli, nie jest przedłużeniem jej dłoni i ust, lecz żywym stworzeniem z pustyni, równie samotnym i głodnym jak ona. Witki mgły wplątywały się figlarnie w jej włosy. Gdy żona mutalibuna wyciągała ku niej ręce, mgła tworzyła dla niej gładkie, ciepłe krzywizny i płaszczyzny, których mogła dotykać. Delikatnie położyła kobietę na trawie... Puls Tawaddud przyśpiesza. Tak właśnie lubi kończyć pan Sen. Dotyka się mocniej, pozwala książce się zamknąć. Jak zwykle, gdy ciepło pod jej