wotson

  • Dokumenty43 353
  • Odsłony2 119 021
  • Obserwuję1 418
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 614 678

Hannu Rajaniemi - Kwantowy złodziej 03 - Przyczynowy anioł

Dodano: 2 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 2 lata temu
Rozmiar :1.1 MB
Rozszerzenie:pdf

Hannu Rajaniemi - Kwantowy złodziej 03 - Przyczynowy anioł.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion H Hannu Rajaniemi
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 2 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 48 osób, 48 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 280 stron)

Tytuł oryginału: The Causal Angel Copyright © 2014 by Hannu Rajaniemi Copyright for the Polish translation © 2018 by Wydawnictwo MAG Redakcja: Urszula Okrzeja Korekta: Elwira Wyszyńska Ilustracja na okładce: Dominik Broniek Opracowanie graficzne okładki: Jarosław Musiał Projekt typograficzny, skład i łamanie: Tomek Laisar Fruń Wydanie I ISBN 978−83−7480−880−4 Wydawca: Wydawnictwo MAG ul. Krypska 21 m. 63, 04−082 Warszawa

Spis treści Strona tytułowa Karta redakcyjna Motto PROLOG ROZDZIAŁ 1 - ZŁODZIEJ I OSTATNIA BITWA ROZDZIAŁ 2 - MIELI I GÓRA ROZDZIAŁ 3 - DETEKTYW I ŚWIETLIKI ROZDZIAŁ 4 - ZŁODZIEJ I KLUB STRZELECKI ROZDZIAŁ 5 - MIELI I OTCHŁAŃ ROZDZIAŁ 6 - ZŁODZIEJ I ARSENAŁ INTERLUDIUM - BOGINI I KWIAT ROZDZIAŁ 7 - MIELI I ZOKU LUKRECJA ROZDZIAŁ 8 - ZŁODZIEJ I NAWIEDZANY STATEK ROZDZIAŁ 9 - MIELI I WIELKA GRA ROZDZIAŁ 10 - TAWADDUDI MIASTO W BUTELCE INTERLUDIUM - BOGINI I PREZENT URODZINOWY ROZDZIAŁ 11 - MIELI I PRZYJĘCIE Z OKAZJI POWTÓRNYCH NARODZIN ROZDZIAŁ 12 - ZŁODZIEJ I KRYSZTAŁOWA ZATYCZKA ROZDZIAŁ 13 - MIELI I ZASADA ANTROPICZNA ROZDZIAŁ 14 - ZŁODZIEJ I ZATŁOCZONA JAŹŃ ROZDZIAŁ 15 - MIELI I PROMETEUSZ ROZDZIAŁ 16 - ZŁODZIEJ I MIELI INTERLUDIUM - BOGINI I DEMON ROZDZIAŁ 17 - ZŁODZIEJ W GUBERNI ROZDZIAŁ 18 - MIELI I ŁAŃCUCH Z KLEJNOTAMI ROZDZIAŁ 19 - ZŁODZIEJ I WSZECHZDRAJCA

ROZDZIAŁ 20 - MIELI I KLEJNOT KAMINARI EPILOG PODZIĘKOWANIA

„Przerwał sam sobie i tupnął nogą. − Lupin, ty nikczemniku! Czy nigdy się nie zmienisz, czy zawsze pozostaniesz cyniczny i nienawistny, aż po sam kres życia? Bądź poważny, niech cię licho! Nadeszła chwila na powagę, teraz albo nigdy!”. Maurice Leblanc, 813 „Kiedy jesteśmy dziećmi, zapewne nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie końca wszechrzeczy. Pomimo szalejącej wojny wychudzone dziecko bardziej bało się wiecznej nudy, tego, że nigdy nie zrobi nic ważnego i jego życie będzie mijało dzień po dniu, nie zmierzając donikąd, niż obawiało się śmierci albo zagłady wszystkiego”. A.S. Byatt, Ragnarok, kres bogów „Wtedy Seaton się uśmiechnął. − Zawsze wiedziałeś, że najbardziej lubię robić wszystko większym i lepszym, niż jest teraz”. E.E. „Doc” Smith, Skylark DuQuesne

PROLOG Samotna na bezczasowej plaży Joséphine Pellegrini czuje się rozczarowana końcem świata. Słońce niemal już zaszło, pomarańczowy blask unosi się tuż nad skrajem spokojnego przestworu morza. Na niebie wisi kula Ziemi. Mroczne witki ścigają się na bieli i błękicie, rozprzestrzeniając się jak rozlany atrament. Smoki Matjeka Chena wchłaniają materię, energię i informację. Wkrótce zakopią się w skorupie umierającego świata, by połknąć pozostałości podziemnej biosfery bakteryjnej. Gdy ten ostatni bastion życia zniknie, pożrą się nawzajem. Pozostanie tylko martwy glob złożony z pyłu i skał. Nie jest to najlepszy ragnarök, jaki widziała. Poprzedni zwiastował cudowne narodziny czegoś nowego. Ten jest po prostu ostatecznym, znacznie spóźnionym uschnięciem pradawnego łożyska. Mimo to obserwuje go z uwagą. Dla Matjeka. To ostatnie, czego dokonał, zanim załatwił go Wszechzdrajca. Cudowny, genialny, niebezpieczny Matjek. Właśnie za takie wspaniałe gesty go kochała, trochę dziecinne, ale zakrojone na gigantyczną skalę. Pozwala sobie na to, by tęsknić za nim przez chwilę. Za jego gorejącym spojrzeniem i spokojnym uśmiechem. Wybacza mu nawet to, że uwięził ją w tej skorupie umysłu. Jest stara, jak kokon ciała, z którego wykluła się przed stuleciami. Drobny biały piasek jest chłodny pod jej stopami. Oplata się rękami dla osłony przed zimnem i pokryte gęsią skórką ciało jej ramion ugina się pod naciskiem. Jej krzyż przeszywa ostry ból, jakby krab przebiegł w górę i w dół po jej plecach. Starość to najokrutniejsze z więzień. Ona byłaby łaskawa, gdyby zwyciężyła. Chciała tylko pokazać Matjekowi, jak powinno się rządzić wszechświatem. Oszczędziłaby go, kiedy byłoby już

po wszystkim. Ale jej narzędzia zawiodły. Zdradziecka, niewdzięczna Mieli zbuntowała się w kluczowym momencie, odrzucając wspaniałe przeznaczenie, jakie zaplanowała dla niej Joséphine. I jest jeszcze jej Jean. Złodziej ją zdradził. Klejnot Kaminari, klucz do zamków Plancka −Joséphine uwolniła Jeana z piekła, by go dla niej ukradł − okazał się falsyfikatem sporządzonym przezeń przed dziesięcioleciami po to, by z niej zadrwić. Słono za to zapłaci. Pożarcie przez dziki kod na statku Mieli to stanowczo niewystarczająca kara. Narzędzia zawsze się łamią. Powinna o tym pamiętać. A teraz jest tutaj, uwięziona przez Wszechzdrajcę. Porzucił ją w tym miejscu po przeczytaniu wiadomości ukrytej w klejnocie. Na koniec zabiorę wszystko. Ale nadal cię potrzebuję. Tak jej powiedział Wszechzdrajca. Jakby to ona była narzędziem, które można wykorzystać, by potem je odrzucić. Dała temu plugastwu wszystko. To Joséphine poleciła Mieli uwolnić Wszechzdrajcę z więzienia Dylemat, dopilnować, by ukrył się w umyśle złodzieja, skąd miał się uwolnić, gdyby Jeana schwytano. Radził sobie z tym zadaniem znakomicie, aż do chwili, gdy pożarł Matjeka i opętała go mania wielkości. Trzeba go będzie wyedukować. Joséphine wciąga w płuca głęboki haust pachnącego morzem powietrza, by rozniecić ogień gniewu szalejący w jej piersi. Nie da się uwięzić wypaczonemu stworzeniu wyhodowanemu w jednej z cieplarni. Roztrzaska to małe więzienie, to żałosne wspomnienie z dzieciństwa Matjeka, podobnie jak on roztrzaskał Ziemię. Wszechzdrajca okazał się głupcem, zostawiając ją tu samą. *** Siada powoli, ignorując protesty kości, i zagrzebuje ręce głęboko w piasku. Zachowały się w nim ślady wyimaginowanego ciepła dnia. Pozwala,

by przesypywał się między jej palcami, lśniąc w ostatnich promieniach zachodzącego słońca. Joséphine przygląda się uważniej, starając się dostrzec kształt wyszczerbionych ziarenek z najdrobniejszymi szczegółami. Żaden wirt, żadna piaskownica, nigdy nie są perfekcyjne. Nauczyła się tego od Jeana. To jest wirt snu, imitacja starożytnego dżannah, a nie coś stworzonego po to, by uwięzić Założyciela. Są tu gogole demiurgi, światotwórcy, którzy wypełnią luki, jeśli przyjrzy się im zbyt uważnie. Tak jest. Tkanina wirtu faluje przez chwilę pod jej spojrzeniem. Joséphine wprowadza w szczelinę swój kod Założyciela: mały czerwony przedmiot, łóżko i przysięgę. Zasłona rzeczywistości rozchyla się nieco, pozwala jej poczuć firmament, twarde krawędzie ukryte pod miękkim piaskiem. Rzecz jasna, zamyka go kod Matjeka. Ale Joséphine słyszy szepty. Kto? Założyciel! Xiao! Strach! − mówią. Demiurgi uciekają z drżeniem przed jej dotykiem, ale ona przemawia do nich, uspokaja je. Zaczekajcie. Zostańcie. Bawcie się! Zna ten kopioklan. Są pracowite, dziecinne i czują się bardzo samotne. Słuchają jej nagle zaciekawione. Joséphine się uśmiecha. Może i jest uwięziona w rozsypującej się skorupie umysłu i nie ma aspektu Pierwszej, ale nadal pozostaje niewyobrażalnie starą Joséphine Pellegrini i potrafi oswajać gogole. Być może znalazła się w więzieniu, ale jeśli potrafi wydawać rozkazy gogolom, niewykluczone, że fragment, jej blady cień, zdoła się wymknąć na zewnątrz. Najpierw próba. Namalujcie dla mnie niebo − mówi im. Namalujcie je cale. Namalujcie Układ. Pędzą radośnie, by wykonać jej polecenie. To właśnie kazał im robić ich pan. Kształtować wirt, jakby był snem, wypełniać go opowieściami zebranymi przez inne gogole w odległym świecie zewnętrznym, a także tymi, które opowiada się wewnątrz. Niebo rozbłyskuje wizją ognia i wojny. *** Joséphine przygląda się, jak Układ kipi ruchem niczym mrowisko pełne

zaniepokojonych mrówek. Demiurgi pokazują jej to jako wirującą galaktykę, w której każda gwiazda jest statkiem. Autostradę, grawitacyjną arterię Układu, zalali uchodźcy. Pomniejsze cywilizacje Pasa, które przez tak długi czas kuliły się blisko żaru Sobornosti, licząc na to, że przechwycą jego iskierkę. Teraz uciekają przekonane, że wreszcie nadeszła pora żniw zboża ich umysłów. Joséphine uśmiecha się szyderczo. Powinny się cieszyć, że mogą się przysłużyć Wielkiemu Wspólnemu Dziełu. To tylko cienie na ścianie jaskini w porównaniu z tym, co mogłaby zobaczyć przez miliard oczu swego aspektu Pierwszej, pamięta jednak, by nagrodzić demiurgi blaskiem zadowolenia. Dobra robota. A teraz pokażcie mi moje siostry. Niebo się rozszerza. Pojawia się na nim Słońce otoczone nadsłonecznymi maszynami i fabrykami intelmaterii zbudowanymi przez Sobornost, tworzy wielowymiarową mapę rajonów, obłasti i guberni oraz wielofasetkowych wirtów znajdujących się wewnątrz, z ich niezliczonymi gogolami, sygnałów rozchodzących się po neuronach ogromnego mózgu Sobornosti, kosmicznej sieci myśli. Ten mózg toczy wojnę ze sobą samym. Jej siostry walczą z wasiliewami i hsien−ku. Ta konfrontacja musiała w końcu nadejść po standardowych stuleciach, a subiektywnych eonach spisków oraz wzajemnych zdrad. Joséphine wie, że kopioklan pellegrini przegra. Wojmózgi i broń Założycieli są sobie równe. Liczy się wyłącznie liczebność. Ale jeszcze nie jest za późno. W jej umyśle formuje się plan. Potrzebuje czegoś, co zjednoczy wszystkich Założycieli. Wszechzdrajca nadal może się stać jej narzędziem, nieprzyjacielem, który nawet wasiliewy i hsien−ku zmusi do przyłączenia się do niej. Sasza to zrobi, a reszta podąży za jego przykładem... Joséphine marszczy brwi. Coś nie jest w porządku z tkaniną bitwy. Obraz jej niezliczonych jaźni na niebie jest wypaczony, jak odbicie w krzywym zwierciadle. Nagle dostrzega wyłaniający się wzorzec, widzi w tym wszystkim rękę

Wszechzdrajcy. Patrzy prosto w twarz apokalipsy, większej niż cokolwiek, co śniło się Matjekowi, utkanej z orbit, bitew i myślostrug. *** Obserwuje wojnę przez długi czas. To tak, jakby wpatrywała się w lufę rewolweru, widziała bęben obracający się, nieuchronnie i mechanicznie, a potem kurek opadający, zanim nadejdzie huk, a po nim biel i czerń. Wtedy uświadamia sobie, czym naprawdę jest Wszechzdrajca. Na koniec zamyka oczy, kładzie się na zimnym piasku z ramionami u boków, w pozie trupa. Wsłuchuje się w biały szum morza. Chciał, żebym to zobaczyła, myśli. Wiedział, co zrobię. Dlatego tu mnie wstawił. Po raz pierwszy od stuleci w jej wnętrzu narasta pustka, pokusa, by wreszcie ze wszystkim skończyć. Jesteś smutna?—pytają demiurgi. Pokażemy ci więcej! Jesteśmy malarzami nieba, stwórcami światów, śpiewakami, rzeźbiarzami! Joséphine zaciska pięści. Knykcie jej dłoni przeszywa ból. Siada i spogląda na ciemniejącą plażę, ślady jej stóp podążają wzdłuż krzywizny brzegu w uporządkowanych liniach, jedna po drugiej. Wstaje. Pora, żebym ja coś wam pokazała − mówi. Jeśli mi pomożecie, zrobimy dla was przyjaciela. Słuchamy! Tworzymy! Kształtujemy! − odpowiada jej chór demiurgów. Rusza przed siebie, wchodząc we własne ślady na piasku powolnym, znużonym krokiem. Zimne fale muskają jej stopy. Na niebie zaczyna się prawdziwy koniec świata. Joséphine go ignoruje. Jest zajęta tworzeniem ostatniej nadziei ze wspomnień i z piasku.

ROZDZIAŁ 1 ZŁODZIEJ I OSTATNIA BITWA Ledwie zdążyliśmy minąć orbitę Marsa, gdy Matjek uświadamia sobie prawdę o Narnii i pomaga mi odnaleźć ślad Mieli. − To nie może być koniec! − mówi, unosząc w rękach książkę. To duży, sfatygowany wolumin w fioletowej okładce ozdobionej dużą, przypominającą okrągłe okno ilustracją przedstawiającą starcie dwóch armii. Unosi go w dwóch drobnych rękach czterolatka. Trudno mu utrzymać ten ciężar i po chwili opuszcza z hukiem książkę na stół przede mną. Ostatnia bitwa C.S. Lewisa, zauważam z westchnieniem. To oznacza trudne pytania. W ciągu kilku ostatnich dni w maleńkim głównym wircie naszego statku, Szafy, panował spokój. Stworzyłem go na podstawie snu, o którym opowiedział mi Matjek. To pachnący kadzidłem labirynt wysokich szaf wypełnionych bezładnie ustawionymi książkami wszelkich rozmiarów i kolorów. Obaj z Matjekiem zwykle siadamy za prostym drewnianym stolikiem w małej kawiarence przy wejściu, oświetlonej rozproszonym światłem słońca wpadającym do środka przez okna wystawowe. Na zewnątrz − namalowany dla nas przez wirt na wyimaginowanym szkle − widnieje burzliwy ruch Autostrady, tysiące światłostrug, skałostatków, cichoszy, wiązkolotów i innych jednostek najprzeróżniejszych rodzajów, odbijających się w żaglach słonecznych Szafy jako niezliczone, lśniące odpryski. A gdzieś w tle, w cieniu, niebieskie i srebrne książki zawierające fraktalnie skompresowane umysły ludzi, dżinnów i bogów z Sirr szepczą do siebie szeleszczącymi, papierowymi głosami.

Do tej chwili Matjek spokojnie czytał swoją książkę, wspierając podbródek na pięściach. To mi odpowiadało. Byłem zajęty szukaniem śladu Mieli w śmiertelnych krzykach Ziemi. − Nie mogą wszyscy po prostu umrzeć! To niesprawiedliwe! −oburza się chłopiec. Spoglądam na niego, wyjmuję swój jedyny zokijski klejnot Autostrady − dysk ze szmaragdowego kryształu przeszyty mlecznymi żyłkami, prezent od przyjaźnie nastawionego cetamorfa − i obracam go między palcami. − Posłuchaj, Matjeku − mówię. − Chcesz zobaczyć sztuczkę? Chłopiec odpowiada mi pełnym dezaprobaty spojrzeniem. Jego wzrok jest skupiony i poważny, intensywny błękit oczu kontrastuje z delikatną, okrągłą twarzą. Ten widok przywołuje nieprzyjemne wspomnienia chwili, gdy starsza wersja jego jaźni złapała mnie i rozebrała mój mózg na pojedyncze neurony. Matjek krzyżuje władczo ramiona na piersi. − Nie. Chcę się dowiedzieć, czy jest inne zakończenie. To mi nie odpowiada. Wznoszę oczy ku sufitowi. − Zakończenie na ogół jest tylko jedno, Matjeku. Jeśli ta książka ci się nie podoba, dlaczego nie poczytasz innej? Naprawdę nie mam w tej chwili ochoty na taką rozmowę. Moje sługi − rój kognitywnych agentów z otwartego źródła, dalekich potomków szczurów i nicieni − sprawdzają publiczne wirtprzestrzenie Układu w poszukiwaniu dostępnych danych o zniszczeniu Ziemi. Przez moją głowę przepływa stały strumień kwantoprzekazów, zimnych kropel informacji z nawałnicy statków szalejącej za ścianami naszej starożytnej jednostki. A każde z nich jest jak cyknięcie zegara odmierzające czas, który upłynął od zniknięcia Mieli. *** Relacja na żywo z ceresyjskiego próżniowego jastrzębia. Ziarnisty obraz

zarejestrowany przez światłoczułą powłokę bakteryjną na skrzydłożaglach słonecznych delikatnego, nierozumnego organizmu kosmicznego, przelatującego w ślad za samicą swego gatunku nieopodal Ziemi. Brak mu szczegółów. Następny. z syntetycznego układu kamer zoku Sagan na Ganimedesie. Przekaz publiczny. Serce bije mi szybciej. Całkiem nieźle. Przed moimi oczami rozbłyskuje wielospektralny zbiór danych sprzed kilku dni. Wygląda to tak, jakbym leciał przez zorzę polarną. Wielobarwne tafle światła przekazują mi bardzo szczegółowy obraz zarówno powierzchni Ziemi, jak i otaczającej ją przestrzeni. Smoki są ciemnymi ranami na wszystkich warstwach, ale w tej chwili mnie nie obchodzą. Jedną myślą przechodzę do chmury technologicznych odpadków w punkcie Lagrange’a L2, gdzie powinna się znajdować Perhonen. Bliżej. − Ale ja chcę wiedzieć − dobiega mnie odległy, natarczywy głos. − Kim był cesarz? Co leżało za morzem? Dlaczego Aslan przestał być lwem? Widok jest wystarczająco szczegółowy, bym mógł zobaczyć czasoprzestrzenny ślad oraz historię każdego syntebiologicznego fragmentu oraz martwego nanosatelity w tym Morzu Sargassowym kosmosu. Perhonen również powinna tam być, ale nigdzie jej nie widzę. Przeklinam pod nosem. − Powiedziałeś brzydkie słowo! Gdzieś daleko Matjek ciągnie mnie za rękaw. To frustrujące. Wszystkie publicznie dostępne dane, które mogę znaleźć, są lekko zniekształcone, nawet te, które zaopatrzono w rzekomo niemożliwe do podrobienia kwantowe znaki wodne zokijskich czujników. To nie ma sensu, chyba że ktoś prowadzi kampanię dezinformacyjną na wielką skalę. Zadaję sobie pytanie, czy nie jest już za późno. Gdzie ona się podziała, do licha? Pocieram powieki i każę sługom przeszukać autostradowe sieci ad hoc, by sprawdzić, czy ktoś jeszcze zauważył to zjawisko. Potem pozwalam, by ich kwantołącza zniknęły w odległym szumie tła. Nagle czuję, że bardzo mi

brakuje wywiadowczych gogoli Perhonen. Choć nie aż tak bardzo, jak samego statku. − Dlaczego na końcu wszyscy musieli zobaczyć jego twarz? Ona wiedziałaby, co powiedzieć w takiej sytuacji. − Posłuchaj, Matjeku. Jestem w tej chwili bardzo zajęty. Mam dużo pracy. − Mógłbym ci pomóc. Jestem dobry w pracy. − To sprawy dla dorosłych − odpowiadam ostrożnie. − Chybaby cię znudziły. − Mama zawsze tak mówi, ale kiedyś poszedłem z nią do pracy i było fajnie. Spowodowałem krach na rynku derywatów kwantowych. − Moja praca z pewnością nie jest tak ekscytująca jak praca twojej mamy. Gdy tylko wypowiadam te słowa, uświadamiam sobie, że popełniłem błąd. − Nie wierzę ci. Chcę spróbować! Sięga po mój zokijski klejnot. Unoszę go, obracam w palcach i każę mu zniknąć. − Matjeku, nieładnie zabierać innym zabawki, nie pytając o pozwolenie. Pamiętasz, co ci mówiłem? Co tu robimy? Spuszcza wzrok. − Próbujemy uratować Mieli − mamrocze. − Tak jest. Tę miłą panią ze skrzydłami, która przyszła cię odwiedzić. Dlatego po ciebie wróciłem. Potrzebowałem twojej pomocy. Dlatego obaj lecimy Szafą. Pozwoliłem ci wybrać dla niej nazwę, tak? Kiwa głową. − A przed kim musimy uratować Mieli? − Przed wszystkimi − odpowiada chłopiec. *** Zaopiekuj się nią. Dla mnie. Obiecaj. Tak mi powiedziała Perhonen. Kiedy zaatakowała nas Łowczyni Sobornosti, statek próbował uratować Mieli przez wystrzelenie jej w przestrzeń. Z pewnością wtedy wydawało się, że to dobry pomysł.

Problem w tym, że Mieli służyła Sobornosti przez dwie dekady i nosi w głowie gogola jej Założycielki. W Układzie jest zbyt wiele sił, które pragnęłyby dostępu do tego rodzaju informacji. Zwłaszcza teraz. Na przykład Wielka Gra, zoku będące służbą wywiadowczą ich wszystkich. Mogą przemawiać uprzejmie, ale kiedy ją złapią, rozbiorą jej umysł na części jak pomarańczę. Pellegrini, wasiliewy, hsien−ku albo cheny nie będą się tak certolić. Nie wspominając już o tej kompanii najemników, którą zinfiltrowała i zdradziła na Ziemi. Musimy ją odnaleźć, zanim zrobi to ktoś inny. A minęło już kilka standardowych dni. Nawet gdybym wiedział, gdzie ona jest, nie byłoby łatwo do niej dotrzeć. Nasz statek, Szafa, to niewiele więcej niż plątanina węglowych nanorurek ukryta wewnątrz bryłki prymitywnej intelmaterii wielkości wiśni, która posuwa się ku Saturnowi wzdłuż pasowej gałęzi Autostrady, napędzana przypominającymi latawce żaglami słonecznymi. Wykluła się z ważącego trzy tysiące ton pocisku Wanga. Detonowałem pod nim ładunek jądrowy o sile stu pięćdziesięciu kiloton, by uciec z ginącej Ziemi. Fragmenty skorupy, która osłaniała statek, nadal unoszą się wokół nas − trójwymiarowa układanka ze stali i boru oraz witki starego żelu antyprzyśpieszeniowego, ciągnące się za statkiem jak papier toaletowy za otwartym oknem samochodu. To nie jest statek, którym chciałbym się wybrać w szybki wyścig po całym Układzie. Jeśli zaś znajdę Mieli, a ona się dowie, jaki los spotkał Perhonen, poleje się krew. Głównie moja. *** Zaciskam delikatnie dłoń na ramieniu Matjeka. − Zgadza się. Przed wszystkimi. − Ja też chcę jej pomóc. − Wiem. Ale w tej chwili najbardziej jej pomożesz, jeśli będziesz cicho i jeszcze trochę poczytasz. Dasz radę to zrobić? Wydyma usta.

− Księżniczka powiedziała, że czekają nas przygody. Nie mówiła, że będziemy musieli tyle pracować. − No cóż, Księżniczka nie jest wszechwiedząca. − Wiem o tym. Dlatego chciałem porozmawiać z tobą. Myślałem, że jesteś moim przyjacielem. Nagle czuję, że pierś wypełnia mi pustka. Przyznaję to z wielką niechęcią, ale zabrałem ze sobą Matjeka z czysto egoistycznych powodów. Jego dżannah było jedynym miejscem, którego smokom Chena nie wolno było tknąć. Nie należy też zapominać o fakcie, że całkiem niedawno byłem gotowy ukraść jego duszę. − Pewnie, że jestem twoim przyjacielem, Matjeku. Co w tej książce tak cię zaniepokoiło? Przeskakuje z nogi na nogę, a potem kieruje na mnie swe niezwykle klarowne oczy. − Czy to miejsce jest jak Narnia? − pyta. − Czy w rzeczywistości obaj nie żyjemy? *** Gapię się na niego. − Dlaczego tak uważasz? − To ma sens, jeśli się zastanowić. Pamiętam, jak poszedłem do białego pokoju pana Perenny. Byłem bardzo chory. Było tam łóżko, a potem znalazłem się na plaży i znowu czułem się dobrze. Kiedy tam byłem, nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Po prostu się bawiłem. Mama i tata powiedzieli, że mogę się jeszcze trochę pobawić. Obiecali, że wrócą, ale tego nie zrobili. To było jak sen. Aż wreszcie zjawiła się Mieli i mnie obudziła. Może w rzeczywistym świecie zachorowałem i umarłem, plaża była Narnią, a ty jesteś Ryczypiskiem? Kiedy jego umysł skopiowano do dżannah, Matjek miał cztery lata. Ostatnie, co pamięta z realnego życia, to chwila, gdy rodzice zaprowadzili go do firmy sprzedającej kustomizowane nieba ubezpieczeniowe. Reszta to

trwające bez końca popołudnie na plaży. Na podstawie swojej wiedzy uważa, że jeden z jego wyimaginowanych przyjaciół, ten, którego nazywa Księciem Kwiatów, przyszedł i zabrał go na wyprawę w poszukiwaniu przygód. Nie potrafię się zdobyć na to, by mu powiedzieć, że jego rodzice nie żyją od stuleci, a świat, który znał, pożarły smoki stworzone przez jego przyszłą wersję. − Matjeku... Przez ułamek sekundy rozważam stojące przede mną opcje. Mogłem cofnąć jego gogola o kilka dni i sprawić, że zapomni o mnie i o Ostatniej bitwie. Odtworzyć jego plażę. Mógłby bawić się na niej bez końca. Wciągam w płuca głęboki haust powietrza. Tym razem Mieli miała rację. Pewnych granic nie powinno się przekraczać. Nie zmienię Matjeka w edytowanego gogola, takiego jak ja. A już z pewnością nie zbuduję dla niego więzienia. Ujmuję w dłoń rączkę chłopca i ściskam delikatnie jego palce, szukając odpowiednich słów. − Nie umarłeś, Matjeku. Śmierć wygląda inaczej. Uwierz mi, ja to wiem. Ale istnieją różne rodzaje rzeczywistości. Twoi rodzice nigdy w nas nie wierzyli, prawda? We mnie, Księżniczkę, Żołnierza i Krakena? Spokojne wypowiedzenie tych słów kosztuje mnie trochę wysiłku. Wyimaginowani przyjaciela Matjeka − czy raczej ich odlegli potomkowie, Aunowie − budzą we mnie niepokój. Utrzymują, że jestem jednym z nich i uratowali mnie przed pożarciem przez dziki kod w ziemskiej atmosferze. Ale Perhonen nie uratowali. Chłopiec kręci głową. − Dlatego że żyjemy w świecie, którego nie mogą zobaczyć −kontynuuję. − W świecie opowieści. Obiecuję, że jak już znajdziemy Mieli, zabiorę cię z powrotem do realnego świata. Ale najpierw musisz mi pomóc, zgoda? − Zgoda. Matjek pociąga nosem. Tłumię westchnienie ulgi. Chłopiec znowu na mnie spogląda. − Książę?

− Słucham? − Zawsze zapominam opowieści z moich snów. Dzieci zawsze zapominają o Narnii. Czy będę o tobie pamiętał, kiedy wrócę? − Pewnie, że będziesz. To słowo niesie się echem w moim umyśle. Pamiętał. Tak jest! Uśmiecham się jak szaleniec, unoszę chłopca i przytulam go mocno. − Matjeku, jesteś genialny! Szukałem śladu Mieli w publicznych źródłach, które zostały zinfiltrowane przez nieznane siły. Ale w Układzie Słonecznym jest jedno miejsce, w którym pamięta się wszystko. I dochowują tam tajemnicy lepiej niż ktokolwiek inny. *** Stworzenie anonimowego łącza kwantowego pozwalającego porozmawiać z królem Marsa nie jest łatwe, ale wreszcie mam plan i rzucam się do gorączkowej roboty. Zachęciłem Matjeka do zainteresowania się algorytmicznie wygenerowaną neuroadaptacyjną książką fantasy z późnego dwudziestego pierwszego wieku. Mam nadzieję, że to zajmie go na pewien czas. Od Marsa dzieli nas kilka minut świetlnych, spowalniam więc swój subiektywny zegar, by imitować rozmowę w czasie rzeczywistym. Tworzę wolnoczasowy subwirt i wchodzę do niego. To nic nadzwyczajnego, po prostu fragment mojej wizyty w symulacji Starej Ziemi stworzonej przez protoplastkę hsien−ku, bar w Paryżu umieszczony w piwnicy i pełen sympatycznych cudzoziemców. Zatrzymuję się na moment, by nacieszyć się smakiem screw−drivera. Formalnie rzecz biorąc, ja i detektyw byliśmy przeciwnikami i bardzo nie chciałbym prosić go o pomoc, nawet gdyby nie był synem mojej byłej kochanki Raymonde. Zastanawiam się pośpiesznie na innymi opcjami, dochodzę do wniosku, że nie ma żadnych, i wysyłam pierwsze kwantowe łącze, pamiętając o dołączeniu uśmieszku. Jak leci, mój królu?

Nie nazywaj mnie tak − nadchodzi odpowiedź. Nie masz pojęcia, co to za robota. Kwantowe łącze przekazuje nutę frustracji przywodzącą na myśl zgrzytanie zębów. Uśmiecham się. Zasłużyłeś sobie na ten tytuł, Isidore. Powinieneś się nim cieszyć. Czego chcesz, Jean? Nie spodziewałem się, że się jeszcze kiedyś odezwiesz. Tylko nie mów, że chcesz odzyskać Zegarek. Chłopak robi się coraz śmielszy. Możesz go sobie zatrzymać. Przypominam sobie, że miałeś problemy z punktualnością. Tak przynajmniej mówiła Pixil. Chcę, by zastanowił się nad tym przez chwilę, ale czasu jest niewiele. Potrzebuję czegoś innego. Twojej pomocy. To pilne. Co się wydarzyło na Ziemi? W tym pytaniu wyczuwa się głód. Miałeś z tym coś wspólnego? Lepiej, żebyś nie znał szczegółów. A jeśli chodzi o to, co się wydarzyło, to właśnie próbuję ustalić. Przesyłam mu krótkie sprawozdanie z moich poszukiwań Mieli, dostosowane do marsjańskich protokołów ko−wspomnień. Isidore, ktoś manipulował wszystkimi publicznie dostępnymi danymi, do których zdołałem dotrzeć. Egzopamięć Kazamat mogła umknąć ich uwagi. Jeśli wasze schematy kodowania są zbyt kłopotliwe dla Sobornosti, nikt inny nie będzie chciał mieć z nimi do czynienia. Potrzebuję wszystkich waszych danych z Ziemi i z Autostrady zebranych w tym okresie. Odpowiedź Isidore’a jest pełna gorączkowego entuzjazmu. To prawie jak Królestwo. Fałszowanie przeszłości, ale na znacznie większą skalę. Będę musiał użyć Klucza Kryptarchy, by dotrzeć do tego wszystkiego. Po co ktoś miałby sobie zadawać tyle trudu? Być może boi się epidemii smoków. To najlepszy pomysł, jaki moje sługi znalazły w autostradowych dyskusjach. Albo nie chce, żeby ktoś inny znalazł Mieli, myślę do siebie. Nie mam jednak pojęcia, po co ktoś miałby dołożyć tak wielu starań, by ukryć jedną Oortyjkę, choćby nawet pozostającą na usługach Joséphine Pellegrini. Proszę, pośpiesz się, Isidore. I nie mieszaj się w to. Masz swoją planetę.

Rządź nią. W Sobornosti wybuchła wojna domowa. Zwyczajne zasady uprzejmości już nie obowiązują. Jeśli się dowiedzą, że masz Klucz, spróbują cię załatwić. Nie potrzebujesz dodatkowych kłopotów. Jak już mówiłem, nie masz pojęcia, co to za robota − odpowiada Isidore. Gotowe. Kwantołącze zalewa gęsta, skompresowana kolekcja ko −wspomnień. Zapisuję ją w celu wykonania dokładnej analizy, ciesząc się, że zachowałem wyprodukowaną przez wasiliewy emulację egzopamięci oraz narzędzia hakerskie, którymi posługiwałem się podczas krótkiej, lecz bogatej w wydarzenia wizyty w Kazamatach. Dziękuję, Isidore. Jestem twoim dłużnikiem. Przerywam na moment. Proszę, pozdrów ode mnie Raymonde. Staram się zamaskować słodko −gorzkie uczucie za pomocą wódki z cytryną, wysyłając przez łącze cierpki smak swego drinka. Zrobię to. Ale, Jean, dlaczego chcesz odnaleźć Mieli? Walczyła u boku Raymonde i jej statek uratował nas przed phobosami. Wszyscy jesteśmy jej za to wdzięczni, ale co właściwie jesteś jej winien? Mam wrażenie, że jesteś teraz wolny. Możesz się udać, dokądkolwiek zechcesz. Tym razem nuta goryczy pochodzi od niego. Sądząc z tego, co o niej wiem, Mieli potrafi sobie poradzić. Dlaczego tak bardzo starasz się ją uratować? To pytanie mnie zaskakuje. By się zastanowić, pozwalam, by czas płynął w normalnym tempie. Isidore ma rację. Mógłbym udać się wszędzie. Stać się kimkolwiek. Polecieć na Saturna albo dalej, znaleźć kogoś, kto zaopiekuje się Matjekiem, a potem znowu zostać Jeanem le Flambeur. Perhonen pytała mnie kiedyś, czym się zajmę po zakończeniu naszej misji. Gdy teraz się nad tym zastanawiam, czuję się tak, jakbym stał na skraju przepaści i spoglądał w dół. Czuję w brzuchu ucisk strachu. Tylko bardzo niewielka część mnie opuściła więzienie nietknięta. Cóż mi pozostało poza obietnicami? Poza tym Mieli nadal ma szanse. Całe życie szukała utraconej miłości i wszystko to spełzło na niczym. Takie rzeczy przytrafiają się tym, których dotknie Joséphine Pellegrini. Wiem o tym aż za dobrze.

Ponieważ tak właśnie postąpiłby Jean le Flambeur − szepczę do kwantołącza. Unikaj kłopotów, Isidore. Potem przerywam połączenie, zakopuję się w danych i wreszcie odnajduję Mieli we wspomnieniach kwiatów. *** Dane pochodzą z rozproszonego teleskopu zbudowanego przez wyciszonych. Podobnie jak znaczna część technologii Kazamat ten projekt ma charakter raczej artystyczny niż inżynierski. Syntebio−logiczne kwiaty o światłoczułych płatkach składają się na ogromne urządzenie obserwacyjne rozsiane po całym Marsie przez wędrujące miasta. Całe życie obserwują niebo planety niczym gigantyczne oko złożone, dopóki nie zjedzą ich phobosy. Dane przechowywano w egzopamięci Kazamat, więc uzyskanie do nich dostępu jest jak przypominanie sobie. Nagle widzę na niebie maleńki punkcik. Ale w przeciwieństwie do zwyczajnych wspomnień, im uważniej mu się przyglądam, tym wyraźniejszy staje się obraz. Wreszcie dostrzegam skrzydlatą, pajęczynową sylwetkę Perhonen. Myśl prowadzi mnie do właściwego momentu. Pojawia się rozbłysk, a potem mniejsza sylwetka odłącza się od statku i umyka przez pustkę. To ona. Siedzę ją oczami kwiatów. Mieli unosi się w pustce. Kobieta w ciemnej szacie wiruje i koziołkuje, aż wreszcie przylatuje po nią zokijski statek wyglądający jak mechaniczne tellurium wykonane ze szkła. Zokijskie prawdziwe formy − chmury mgieł skupiające się wokół ludzkich twarzy otoczonych aureolami klejnotów − wylewają się na zewnątrz i skupiają wokół niej. Mieli znika, a statek przyśpiesza ze sporym g, zmierzając ku Autostradzie. Wzywam swoje sługi. Potrzebują tylko paru chwil, by zidentyfikować zbawcę Mieli w publicznych wirtprzestrzeniach Autostrady. Bob Howard, statek zoku Tęczowa Tablica, jedna z jednostek używanych przez zokijskich sysadminów do obsługi ich sieci routerów. Statek zmierza jednak w nietypowym kierunku − na Saturna, po jednej z drogich megametrowych

wiązek. Dotrze do Supra City za około siedemnastu dni. To nie jest zbyt wydajne wykorzystanie zasobów, jak na zokijskich sysadminów, zwłaszcza biorąc pod uwagę chaotyczną sytuację panującą w Układzie Wewnętrznym. Składam palce w piramidkę i zaczynam się zastanawiać. Mieli wpadła w ręce zoku Wielka Gra. Nie mogę już w to wątpić. Jeden z ich śpiochów w Tęczowej Tablicy dostrzegł szansę zdobycia informacji i rozkazano mu dostarczyć Mieli na Saturna. Rzecz jasna, mogli ją przepchnąć przez Bramę do Krainy, zamienić w kwantową informację i za pomocą sieci routerów przenieść na miejsce niemal z prędkością światła, ale Mieli ma wojskowe sobornostiowe implanty, które poddałyby ją samozniszczeniu w chwili przejścia przez bramę. Chcą, żeby dotarła na miejsce z nienaruszonymi atomami. Opróżniam szklankę, odchylam się i pozwalam, by zalały mnie dźwięki wypełniające bar. Jeszcze jest czas. Zaczątki planu zakorzeniają się już w mojej głowie. Niestety Szafa nie ma szans dotrzeć na Saturna tak szybko. Statek z dżannah budzi moje niezadowolenie nie tylko z powodów estetycznych. Niemniej Isidore ma trochę racji. Jestem teraz wolny, pomijając kwestię irytującej ochrony przed kopiowaniem. Kognitywne zamki, za pomocą których uwięziła mnie Joséphine, zniknęły niemal całkowicie. Od chwili opuszczenia Ziemi myślałem o moim drugim statku, moim prawdziwym statku, Leblancu, i jego kryjówce w Arsenale Klubu Strzeleckiego na Japecie. Gdybym tylko mógł dotrzeć tam na czas.... Albo spowolnić bieg wydarzeń. Opuszcza mnie wszelka niepewność. Znowu staję się sobą. Zatracam się w planie. Będą mi potrzebne narzędzia. Kwantowa piramida finansowa. Para fizycznych ciał, samorodek komputronium, masa splątanych par cząstek oraz kilka bardzo szczególnych bomb wodorowych... Odbiorę ci ją, Joséphine. Wykradnę ją od ciebie. *** Ku mojemu zaskoczeniu piramida finansowa okazuje się łatwą częścią planu.

Jesteś teraz nawigatorem poziomu 4! Łącze zoku Autostrada przekazuje mi satysfakcjonujący impuls splątania, nagrodę za odkrycie nowego punktu równowagi, który pozwoli rozwiązać konflikt spowodowany rywalizacją o orbity przechodzące przez jowiszowy punkt Lagrangea. Rzecz jasna, nie muszą wiedzieć, że sam wywołałem ten konflikt za pośrednictwem botnetu. Propozycja zawarcia kontraktu na kierowanie strumieniem masy: zebranie fragmentów wskazanych przez i doprowadzenie ich na Japeta. Oferta: kombinatoryczna aukcja na dostęp do korytarza na Japeta albo analogicznego splątania autostradowego. Statek cetamorfów − wielki bąbel wody utrzymywany w całości przez syntebiologiczną błonę, o załodze złożonej z hybryd naczelne/walenie − chce przyjąć moją propozycję kontraktu na zebranie fragmentów pocisku Wanga i dostarczenie ich na Saturna. Sporządzam mentalną notatkę mającą mi przypomnieć o sprawdzeniu propozycji później. Na razie nie mogę sobie na nią pozwolić. Wyrażenie. Pragnienie. Kolektyw. Przyłączenie się. Łącze wypełniają echa tysiąca zborowych głosów. To poważny gracz: Vepaja, wenusjańskie latające miasto przerobione na statek kosmiczny, wyposażone w sobornostiowe komputronium. Poświęcam kilka milisekund uwagi na nawiązanie łączności i wysłanie kontraktu kwantowego. Miasto nie czyta drobnego druku. To trudne − ściślej mówiąc, to problem NP − kiedy weryfikacja struktury kontraktu jest niemożliwa do przeprowadzenia w przewidywanym czasie życia wszechświata. Zniszczenie Ziemi przekonało światy z Pasa, że Sobornost w końcu rozpoczęła program aktywnej asymilacji. Autostrada jest przeciążona. Wszyscy uchodźcy konkurują o szybkie, niskoenergetyczne orbity pozwalające opuścić Układ Wewnętrzny. Jestem jednym z wielu przedsiębiorczych umysłów proponujących pobliskim statkom połączenie sił celem przeprowadzenia obliczeń mających odnaleźć lepsze korytarze prowadzące na zewnątrz oraz uzyskanie splątania z zoku Autostrada. Sztuczka polega na tym, by wprowadzić do kontraktu prosty kwantowy program, który umożliwi mi zgarnięcie drobnej części tego, co uzyskają

członkowie kolektywu, a jednocześnie złoży algorytmiczne oferty na pewne trajektorie, wskutek czego nagle wydadzą się bardzo atrakcyjne. Skałostatek ursomorfów Yogi 14 atakuje ceresyjskie jednostki Lekki jak Piórko i Uczciwość. Kulę się trwożnie. To niefortunny efekt uboczny mojego planu. Skałostatek − mający kształt krzemiennego topora o długości wielu kilometrów i wyrzeźbiony przez syntebiologiczne organizmy oraz termojądrowy ogień − nie chce się pogodzić z faktem, że przegrał licytację. Meduzowate statki Ceresyjczyków opadają na niego. Zoku Autostrada walczy o powstrzymanie zniszczeń, wysyła własne kwantostatki, przenosi wiązkowe młyny, by kierować ruch wokół powiększających się obszarów walk. Zakłócenie strumienia masy w korytarzu saturnijskim. Strumieniowiec Bańka Wstańka kupuje pozycje w kolejce. Wiązkowy młyn na orbicie Marsa niedostępny. Prośba o dostęp do powierzchni niezmienniczej satumijskiej wiązki megametrowej. Kupuję derywaty przyszłych praw dostępu do satumijskiej wiązki megametrowej. Wstrzymuję oddech. To największa zaleta wszystkich obywateli zoku. Klejnoty zmuszają ich do podporządkowania się woli zbiorowości. Obserwuję z satysfakcją, jak zoku Autostrada przekierunkowuje Boba Howarda do wolniejszej wiązki. To nie daje mi zbyt wiele dodatkowego czasu − być może tydzień − ale to wystarczy, bym dotarł do Saturna tuż za statkiem Tęczowej Tablicy. Mam nadzieję, że to wystarczy, by Wielka Gra nie zdołała całkowicie złamać Mieli. Rzecz jasna, mam teraz wystarczająco wiele splątania, by wymienić je na narzędzia, których potrzebuję do wykonania roboty na Japecie. Uśmiecham się pod nosem i wracam do głównego wirtu Szafy. *** W księgarni pada śnieg. Z cieni spowijających sufit opadają wielkie białe