wotson

  • Dokumenty43 372
  • Odsłony1 953 105
  • Obserwuję1 346
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 376 546

J. V. Jones - Księga Słów t.1 - Uczeń

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :2.8 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
J

J. V. Jones - Księga Słów t.1 - Uczeń.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion J J. V. Jones
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 19 osób, 31 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 991 stron)

J V Jones Uczeń Księga słów 01 (The Baker’s Box) Przełożył Michał Jakuszewski

Tę książkę poświęcam, z wyrazami miłości, pamięci mego ojca Williama Jonesa Serdecznie dziękuję Betsy Mitchell, Wayne D. Changowi i wszystkim ludziom z Warner Aspect Books

Prolog – Wykonałem twój rozkaz, panie. W ostatniej sekundzie Lusk zauważył błysk długiego noża i zrozumiał, co to oznacza. Baralis otworzył jego ciało potężnym, lecz zręcznym cięciem, od gardła aż po pachwinę. Zadrżał, gdy zwłoki runęły na podłogę z głuchym łoskotem. Uniósł do twarzy rękę, gdyż poczuł, że pokrywa ją lepka ciecz: krew Łuska. Powodowany nieokiełznaną chęcią dotknął palcem warg, by poczuć jej smak, jakże dobrze mu znany: miedziany, słony i jeszcze ciepły. Odwróciwszy się od martwego już ciała, zauważył, że jego szaty splamiła krew zabitego. Nie spryskała ich bezładnie, lecz utworzyła na szarym tle szkarłatny łuk. Półksiężyc. Na obliczu Baralisa pojawił się uśmiech. To był korzystny omen. Półksiężyc oznaczał początek czegoś nowego, narodziny, nowe sposobności – to właśnie, czym miał się zajmować dziś w nocy. W tej chwili jednak musiał jeszcze zadbać o kilka drobiazgów. Po pierwsze powinien się przebrać. Nie

wypadało udawać się na spotkanie z ukochaną w zbryzganych krwią szatach. Musiał też zrobić coś ze zwłokami. Lusk był wiernym sługą, lecz niestety miał pewną drobną wadę: język nazbyt skłonny do niedyskrecji. Nie mógł pozwolić, by człowiek z upodobaniem do trzepania jęzorem po pijanemu zagroził jego starannie przygotowanym planom. Wciągając ciało na wytarty dywan, poczuł w dłoniach znajomy, przeszywający ból. Przyjął wcześniej niewielką dawkę środka przeciwbólowego, by łatwiej posługiwać się długim nożem, lecz lekarstwo szybko przestało działać, co ostatnio zdarzało się aż nazbyt często, a nie chciał łykać go więcej w obawie, że wpłynie to na jego skuteczność działania. Raz jeszcze uderzył długim nożem, zdumiewając się jego ostrością oraz faktem, że choć nigdy nie był mistrzem w podobnych spraw ach, gdy trzymał w dłoni rękojeść tej broni, władał nią z niejaką finezją. Wykonawszy kilka cięć, owinął oderżnięte fragmenty twarzy Łuska w lnianą szmatę, która szybko przesiąknęła krwią. Było to bardzo nieprzyjemne. Nie przepadał za mokrą robotą, ale był w stanie się przemóc. Podszedł do kominka i cisnął zawiniątko w ogień.

W oddali rozległo się bicie zegara. Baralis naliczył osiem uderzeń. Czas się umyć i przebrać. Każe temu wyrośniętemu przygłupowi Crope’owi zabrać rano resztę ciała Łuska. On z pewnością nic nie wygada. Po niespełna godzinie Baralis opuścił cicho swe komnaty. Cel jego wędrówki znajdował się na górze, lecz droga wiodła najpierw w dół. Najważniejsza była dyskrecja. Nie mógł narażać się na to, że zatrzyma go nadgorliwy strażnik, czy jakiś durny szlachcic wda się z nim w rozmowę. Dotarł do drugiej kondygnacji piwnic. Świeca, którą trzymał w ręku, nie była mu zazwyczaj potrzebna, ale dzisiejsza noc była szczególna. Nie podejmie żadnego ryzyka, nie będzie kusił losu. Zakradł się do najdalej położonej części niższego piętra piwnic. Wilgoć dawała się we znaki stawom jego palców. Dłoń mu drżała, lecz powodem tego nie był jedynie ból. Świeca zamigotała. Na ręce skapnął mu gorący płynny wosk. Palcami targnął krótki, ostry skurcz. Baralis wypuścił świecę, która zgasła. Otoczyła go ciemność. Wysyczał przekleństwo. Nie miał krzemienia, którym mógłby skrzesać ogień, a dłoń dygotała mu gwałtownie. Tej nocy nie mógł ryzykować zaczerpnięcia światła. Będzie musiał poradzić sobie po ciemku.

Dotarł po omacku do przeciwległej ściany, używając rąk, tak jak owad czułków. Pomacał ostrożnie mur, w poszukiwaniu szczeliny w kamieniu. Znalazłszy, wsunął w nią delikatnie koniuszki palców. Odsunął się na bok, gdy ściana się cofnęła. Wszedł w wyłom. Kiedy już znalazł się w środku, powtórzył tę samą procedurę, dotykając ścian korytarza. Fragment muru wrócił na miejsce. Mógł wreszcie ruszyć w górę. Uśmiechnął się. Wszystko przebiegało zgodnie z planem. Brak światła stanowił jedynie drobne utrudnienie. Ostatecznie, cóż znaczyła odrobina ciemności wobec tego, co miało się wydarzyć? Odnajdywał drogę przez labirynt ze zdumiewającą łatwością. Nie widział otworów ani klatek schodowych, wyczuwał jednak ich bliskość i wiedział, które powinien wybrać. Uwielbiał to podmokłe podbrzusze zamku. Niektórzy słyszeli o jego istnieniu, lecz tylko nieliczni potrafili się tu dostać. Jeszcze mniej było takich, którzy umieli je wykorzystać do czegoś więcej niż zaskoczenia dorodnej garderobianej na nocniku. Dzięki tej sieci korytarzy Baralis mógł się poruszać po zamku niepostrzeżenie i trafiać do wielu pokoi, należących zarówno do nisko, jak i wysoko urodzonych. Nie wolno nie doceniać nisko urodzonych, pomyślał. Niektóre z najcenniejszych

informacji zdobył, podsłuchując plotkującą od niechcenia mleczarkę czy piwnicznego: kto spiskuje przeciw komu, kto śpi tam, gdzie nie powinien, a kto ma stanowczo za dużo złota. Dziś jednak nie obchodzili go nisko urodzeni. Miał zdobyć dostęp do pokoju najwyżej postawionej mieszkanki zamku. Do komnaty królowej. Posuwał się powoli w górę, masując dłoń, by wygnać z niej zimno. Był podenerwowany, lecz przecież tylko głupiec zachowałby w takiej sytuacji spokój. Dziś miał po raz pierwszy zakraść się do tego pomieszczenia. Spędził wiele godzin na obserwacji królowej, jej nawyków, jej kobiecych rytmów, rejestrując każdy szczegół, każdy niuans. W ostatnim okresie jednak jego chłodną ciekawość wzbogaciła ekscytująca niecierpliwość. Podszedł do przejścia i zajrzał do środka, by się upewnić, że zasnęła. Leżała na łożu, całkiem ubrana. Oczy miała zamknięte. Poczuł przemykające przez jego ciało drżenie podekscytowania. Wypiła doprawione narkotykiem wino. Lusk wykonał zadanie. Zachowując maksymalną ostrożność, wszedł do komnaty. Postanowił zostawić szparę w ścianie, na wypadek, gdyby był zmuszony do szybkiej ucieczki. Ruszył natychmiast ku drzwiom komnaty i zasunął

rygiel. Dzisiejszej nocy nikt poza nim tutaj nie wejdzie. Zbliżył się do łoża. Królowa, zazwyczaj wyniosła i dumna, wyglądała na zupełnie bezbronną. Rzecz jasna, taka właśnie była. Potrząsnął jej ramieniem, najpierw lekko, potem mocniej. Nie odzyskała przytomności. Spojrzał na dzban wina. Był pusty, podobnie jak złoty puchar królowej. Na jego czole pojawiła się zmarszczka niepokoju. Królowa nie wypiłaby chyba sama całego dzbana? Z pewnością towarzyszyła jej któraś z dam dworu. Nie przejął się tym zbytnio. Pechowa dziewczyna spędzi całą noc pogrążona w niezwykle głębokim śnie, a rano będzie się jej kręciło w głowie. Niemniej było to potknięcie, a on nie lubił potknięć. Zapisał sobie w pamięci, żeby rano to sprawdzić. Przez kilka minut przyglądał się spokojnie królowej. Podczas snu wyglądała ładniej. Jej czoło było gładsze, a zarys aroganckich ust łagodniejszy. Wsunął pod nią dłonie, przetoczył ją na brzuch i przystąpił do rozwiązywania sukni. Zajęło to trochę czasu, gdyż dłonie miał zesztywniałe, a węzły były skomplikowane, nie mógł jednak ryzykować przecięcia sznurówek. To wzbudziłoby jej podejrzenia. Wreszcie udało mu się rozluźnić supły. Obrócił

królową na plecy. Ściągnął przednią część jej stanika, odsłaniając jasny zarys piersi. Choć w ostatnich latach niemal całkowicie wyrzekł się cielesnych przyjemności, nie mógł nie zareagować na ten widok. Poeci i minstrele nieustannie opiewali urodę królowej, on jednak pozostawał wobec niej obojętny. Aż do tej chwili. Cóż za ironia, pomyślał. Musiała stracić przytomność, by wydała mi się godna pożądania. Zachichotał bez wesołości i uniósł jej spódnice. Rozluźnił i ściągnął jej bieliznę, a potem rozsunął nogi. Uda miała miękkie i gładkie, być może trochę zimne, lecz był to przewidywalny efekt uboczny narkotyku. Ich chłód nie odstręczał Baralisa. Zdał sobie z ulgą sprawę, że jest wystarczająco podniecony. Obawiał się, że nie będzie do niczego zdolny. Ostatecznie królowa nie była w jego guście. Jeśli miał jakieś szczególne upodobania, to wolał młode, bardzo młode dziewczyny. Jej uda mogły być miękkie, ale nie była niedawną dziewicą, a delikatne, niebieskie żyłki wyraźnie świadczyły o upływie lat. Była jednak piękna. Nogi miała długie i smukłe, a zaokrąglone biodra pociągałyby każdego mężczyznę. W przeciwieństwie do większości kobiet w tym wieku, jej ciało nie doznało spustoszeń wywołanych porodem. Piersi nadal miała sterczące, a brzuch płaski jak

kamienny ołtarz. Ściągnął noga wice i wszedł w królową. Był pewien, że jest w płodnym okresie. Szpiegował ją wystarczająco często, by wiedzieć, w których dniach miesiąca krwawi. Słyszał, że w przeszłości istnieli mężczyźni potrafiący określić, w jakim stadium cyklu znajduje się kobieta. Wystarczyło, by znaleźli się z nią w tym samym pomieszczeniu, a wyczuwali pływ jej miesięcznych rytmów jako dotykalną siłę. Podobnie znakomite osiągnięcia pozostawały jednak poza jego możliwościami i był zmuszony polegać na bardziej prozaicznych metodach. Informacje, z których zrobił użytek dzisiejszej nocy, uzyskał od znachorki z wioski, w której się wychowywał. Wielu młodych chłopców gorąco pragnęło dowiedzieć się, w którym momencie najlepiej posiąść dziewczynę bez ryzyka poczęcia, lecz tylko on zapytał o to, w której chwili jest o nie najłatwiej. Znachorka popatrzyła na niego z wyrazem złowrogiego przeczucia na starej, zgnębionej twarzy, odpowiedziała mu jednak. Nie miała w zwyczaju kwestionować motywów pytającego. Baralis odczekał czternaście dni od chwili, gdy królowa zaczęła krwawić, nim przystąpił do akcji. To

jednak był tylko element jego układanki. Snuł plany i czekał przez długie lata. Wszystko, co robił dotąd i co miał uczynić w przyszłości, kręciło się wokół tej nocy. Latami studiował zapowiedzi, znaki, gwiazdy i systemy filozoficzne. Chwila nadeszła. Miał odmienić bieg dziejów znanego świata i zabezpieczyć własne przeznaczenie. Dzisiejszej nocy gwiazdy świeciły dla niego jasno. Skupił się na wykonywanym zadaniu. Z początku był podenerwowany, lecz królowa nawet się nie poruszyła, zabrał się więc do roboty bardziej intensywnie. Zaskoczyło go, jak znajome wydało mu się budzące się pożądanie. W miarę jak podniecenie rosło, powściągliwość malała. Jego pchnięcia stawały się coraz silniejsze. Nie spodziewał się, że sprawi mu to przyjemność, i zdziwił się, gdy tak się stało. Wreszcie osiągnął orgazm i jego nasienie spłynęło w głąb ciała królowej. Gdy się z niej wycofał, popłynęła strużka krwi, która ściekła leniwie po wewnętrznej stronie uda. Może był trochę zbyt brutalny, ale mniejsza o to. Po raz drugi tego wieczoru uniósł do warg zakrwawione palce. Nie zaskoczyło go, że krew królowej miała inny smak, słodszy i bardziej intensywny. Wytarł szybko strużkę z jej uda, przysunął nogi do siebie i opuścił

spódnice. Nim założył jej stanik, przesunął dłonią po łuku lewej piersi, bladej i nieskazitelnej. Pod wpływem impulsu uszczypnął ją mocno, ściskając z okrucieństwem delikatne ciało między palcami. Następnie ułożył królową uważnie i nawet podsunął jej pod głowę miękką poduszko. Zostało mu tylko odejść i czekać. Później wróci, by dokończyć robotę. Nie odsunął rygla. Nie chciał, by ktoś zakłócił spokój królowej pod jego nieobecność. Bevlin wpatrzył się w głębokie, bezchmurne niebo w poszukiwaniu znaku. Śledził wzrokiem niezliczone gwiazdy. Wiedział, że dzisiejszej nocy na świecie dzieje się coś złego. Czuł ciężar uciskający jego wiekowe kości i słabość w starych trzewiach. Jeśli chodzi o wyczuwanie niepokoju na świecie, jego wnętrzności były równie niezawodne, jak kwiaty na wiosnę, nawet jeśli ich zapach był mniej słodki. Siedział, patrząc w górę, przez blisko godzinę. Zaczynał już winić za jelitowe dolegliwości kaczkę w tłuszczu, którą spożył wcześniej, gdy wreszcie coś się wydarzyło. Jedna z gwiazd na dalekiej północy rozjarzyła się nagle. Kiszki Bevlina zaburczały nieprzyjemnie, gdy północne niebo rozświetliła jasność. Dopiero kiedy zaczęła opadać ku

horyzontowi, zdał sobie sprawę, że nie była to cała gwiazda, a jedynie jej fragment: meteor pędzący ku ziemi z prędkością światła. Na jego oczach wpadł do atmosfery, lecz zamiast się spalić, rozpadł się na dwie części, czemu towarzyszyła przeszywająca powietrze fontanna iskier i płomieni. Blask przygasł i Bevlin zobaczył dwa odrębne fragmenty, tam gdzie przedtem był tylko jeden. Gdy przecinały niebo, ciągnąc za sobą ślad gwiezdnego pyłu, stwierdził, że jeden świeci blaskiem białym, a drugi czerwonym jak krew. Po jego policzku spłynęła łza. Z pewnością był już za stary na to, co miało się wydarzyć. W ciągu wszystkich lat, które spędził na obserwacji gwiazd i studiowaniu ksiąg, nie odkrył żadnej wzmianki ani proroctwa, które dotyczyłyby tego, co przed chwilą zobaczył. Nawet teraz, gdy dwa meteory gnały ku dalekiemu horyzontowi i unicestwieniu, nie mógł niemal uwierzyć w to, co się wydarzyło. Czuł wewnętrzną pewność, że nie zobaczy już nic więcej. W pewnym sensie odczuł ulgę. Tak długo czekał na znak z nieba. Teraz wreszcie nadszedł i Bevlin poczuł, że doznawane wcześniej przez niego napięcie zelżało. Nie miał pojęcia, co oznaczał ten omen i czy powinien w tej sprawie coś zrobić, a jeśli tak, to właściwie co? Wiedział jednak, że jego kiszki nie dawały fałszywych

wskazówek, a także, iż kaczka w tłustym sosie mu nie zaszkodziła. I całe szczęście, gdyż nic tak nie pobudzało apetytu, jak wiekopomny znak na niebie. Po drodze do kuchni śmiał się wesoło, lecz gdy dotarł na miejsce, w jego śmiechu pojawiła się lekka nuta histerii. Kuchnia Bevlina służyła mu również jako gabinet. Potężny, dębowy stół był zawalony księgami, zwojami i manuskryptami. Mędrzec odkroił sobie spory kawałek kaczki i nałożył na nią obfitą porcję skrzepłego tłuszczu, po czym zasiadł wśród poduszek na starej kamiennej ławie i ulżył swym kiszkom, pierdząc głośno. Nadszedł czas, by zabrać się do roboty. Gdy Baralis wrócił do swej komnaty, dobiegł go przyjemny zapach pieczonego mięsa. Zdziwił się, lecz poczuł również głód. Minęła dłuższa chwila, nim zdał sobie sprawę, skąd dobiega woń. Wśród żarzących się węgielków w kominku dojrzał nieregularny kawał zwęglonego, posiekanego mięsa, w którym rozpoznał szczątki twarzy Łuska. – Za mocno wypieczone, jak na mój gust – powiedział, ciesząc się żartem oraz brzmieniem własnego głosu. – Na Borca! Ależ jestem głodny. Crope! – krzyknął głośno, wystawiając głowę za drzwi.

– Crope, ty leniwy durniu, dawaj żarcie i wino. Po kilku sekundach jego sługa pojawił się w korytarzu. Był wysoki i potężny, lecz miał nieproporcjonalnie małą głowę. Wyglądał groźnie, a zarazem głupio. – Wołałeś mnie, panie? Jego głos brzmiał zaskakująco łagodnie. – Tak, wołałem cię, ty głupcze. Kogo niby mogłem wołać, samego Borca? Crope miał minę lekko zbaraniałą, lecz nieszczególnie zaniepokojoną. Potrafił poznać, kiedy jego pan jest w dobrym nastroju. – Wiem, że już późno, Crope, ale jestem głodny. Przynieś mi żarcie! – Baralis zastanawiał się przez chwilę. – Czerwone mięso, krwiste, i trochę dobrego czerwonego wina, nie tej kiry. którą podałeś mi wczoraj. Jeśli te śmierdzące głąby z kuchni nie zechcą ci dać wina z dobrego rocznika, powiedz im, ze będą mieli do czynienia ze mną. Crope skinął z przygnębieniem głową i oddalił się. Baralis wiedział, że jego sługa nie lubi wykonywać zadań wymagających rozmowy z ludźmi. Był nieśmiały i nieobyty, co – zdaniem Baralisa – było u służącego wielką zaletą. Lusk był zbyt gadatliwy, co mu nie wyszło na dobre. Spojrzał na podłogę. Na lewo

od drzwi leżało owinięte w dywan to, co zostało z pechowego sługi. Crope najwyraźniej nie zauważył osobliwego pakunku, a jeśli nawet zwrócił na niego uwagę, nigdy nie przyszłoby mu do głowy o nim wspominać. Był jak karny pies – wierny i ślepo posłuszny. Baralis uśmiechną! się na myśl o tym, co się stanie, gdy Crope pojawi się w kuchni tak późną nocą. Z pewnością nieźle przestraszy tych złodziei. Po krótkiej chwili sługa wrócił z dzbanem wina i porcją mięsa wypieczonego tak słabo, że na talerz sączył się różowawy sok. Baralis odprawił Crope’a i napełnił puchar aromatycznym, mocnym trunkiem. Uniósł go pod światło, by podziwiać ciemnokarmazynową barwę, po czym przytknął do ust. Wino było ciepłe i słodkie, a jego zapach przypominał krew. Ostatnie wydarzenia sprawiły, że był głodny jak wilk. Gdy ucinał gruby plaster krwistego mięsa, nóż omsknął się i skaleczył go w kciuk. Baralis uniósł odruchowo palec i possał rankę, która zasklepiła się szybko. Zadrżał nagle, przypominając sobie fragment starej rymowanki, która wspominała coś o smaku krwi. Wytężył pamięć, lecz bezskutecznie. Wzruszył ramionami. Zje kolację i prześpi się trochę, nim noc zacznie się zbliżać do końca.

Po wielu godzinach, tuż przed świtem, raz jeszcze zakradł się do komnaty królowej. Musiał zachować szczególną ostrożność, jako że sporo pałacowych sług wstało już, by zająć się wypiekiem chleba w kuchniach, dojeniem krów w oborach czy rozpalaniem ognia na kominkach. Nie czuł się jednak zbyt zaniepokojony, gdyż jego ostatnie zadanie nie wymagało wiele czasu. Przestraszył się odrobinę, zobaczywszy, że królowa leży w dokładnie tej samej pozycji, w jakiej ją zostawił, bliższe oględziny wykazały jednak, że oddycha miarowo. Poczuł w lędźwiach wspomnienie wieczornych wydarzeń. Miał ochotę posiąść ją raz jeszcze, lecz wyrachowanie odniosło zwycięstwo nad pożądaniem i Baralis nakazał sobie zrobić to, po co tu przyszedł. Czuł lęk na myśl o Sondowaniu. Wykonywał je dotąd tylko raz i owo wspomnienie prześladowało go po dziś dzień. Był wówczas aroganckim młodzikiem, pewnym swych umiejętności, którymi tak bardzo przerastał rówieśników. Pokładano w nim wielkie nadzieje. I czyż ich nie spełnił? Dręczyło go niezaspokojone pragnienie wiedzy i osiągnięć. Cechował się też pychą, ale przecież było to typowe dla wielkich ludzi. Wszystko, o czym przeczytał,

natychmiast wypróbowywał, by następnie przejść do większych dokonań. Miał najbystrzejszy umysł w całej klasie. Wyprzedzał pod tym względem swych nauczycieli, których na koniec przerósł. Parł przed siebie z impetem szarżującego odyńca, budząc dumę mistrzów i zazdrość przyjaciół. Pewnego dnia, gdy miał trzynaście lat, natrafił w bibliotece na stary butwiejący manuskrypt. Rozwinął delikatny pergamin drżącymi z podniecenia dłońmi. Początkowo poczuł się lekko rozczarowany. Tekst zawierał typowe wskazówki – czerpanie światła i ognia, leczenie przeziębienia. Przy jego końcu wspominano jednak o rytuale zwanym Sondowaniem. Miał on podobno sprawdzać, czy kobieta jest w ciąży. Przeczytał chciwie tekst. Nauczyciele nigdy nie wspominali o Sondowaniu. Być może nie potrafili go wykonywać albo – co byłoby jeszcze lepsze – nigdy o nim nie słyszeli. Pragnąc opanować umiejętność nie znaną swym mistrzom, wsunął manuskrypt do rękawa i zabrał do domu. Po kilku dniach był już gotów wypróbować ów rytuał, ale właściwie na kim? Kobiety z wioski nigdy nie pozwoliłyby mu się dotknąć. Zostawała tylko jego matka, a był pewien, że ona nie spodziewa się dziecka. Nie mając jednak innego wyboru, postanowił użyć jej

jako królika doświadczalnego. Nazajutrz, wczesnym rankiem, zakradł się do sypialni rodziców, upewniwszy się najpierw, że ojciec wyszedł już w pole. Wstydził się, że ma za ojca zwykłego chłopa, pocieszał się jednak myślą, że jego matka pochodzi z lepszej rodziny. Była córką handlarza soli. Kochał ją bardzo i był dumny z jej dobrego pochodzenia. Szanowano ją w wiosce, a starsi zasięgali jej opinii we wszystkich sprawach, od żniw aż po swaty. Matka Baralisa obudziła się, gdy jej syn wszedł do izby. Odwrócił się, by się wycofać, lecz wezwała go skinieniem. – Chodź. Barsi. Czego chciałeś? Otarła senność z oczu i uśmiechnęła się z czułą pobłażliwością. – Wypróbować nową umiejętność – wymamrotał zawstydzony. Jego matka mylnie wzięła poczucie winy za skromność. – Barsi, kochanie, czy dasz radę zrobić tę nową sztuczkę, gdy nie będę spała? Jej twarz była pełna miłości i zaufania. Chłopaka natychmiast nawiedziło niedobre przeczucie. – Tak, mamo, ale może lepiej wypróbuję ją na kimś innym.

– Miedziane garnki! Co za bzdura. Wypróbuj ją na mnie. Nie mam nic przeciwko temu, pod warunkiem, że włosy nie zrobią mi się zielone. Ułożyła się wygodnie na poduszkach i poklepała łoże. – Nic ci nie będzie, mamo. To Sondowanie... żeby sprawdzić, czy jesteś zdrowa. Kłamstwo przyszło mu z łatwością. Wielokrotnie już okłamywał matkę. – Pokaż, co potrafisz! Uśmiechnęła się zachęcająco. Baralis położył dłonie na brzuchu matki. Czuł ciepło jej ciała przez cienką tkaninę koszuli nocnej. Rozpostarł palce i skoncentrował się na poszukiwaniu. Manuskrypt przestrzegał, że ma ono charakter raczej umysłowy niż fizyczny, chłopak skupił więc wszystkie myśli na wnętrznościach badanej. Poczuł krew płynącą przez jej żyły i mocny rytm serca. Wydzielanie soków w żołądku i delikatne ruchy jelit. Przesunął dłonie niżej. Popatrzył jej w oczy i dodała mu spojrzeniem odwagi. Znalazł punkt, o którym wspominał manuskrypt: plamkę płodnej czerwieni. Z narastającym podnieceniem zbadał złożone z mięśni schronienie, którym była macica jego matki.

Coś tam odkrył: delikatny pączek. Nie miał pewności, sięgnął więc głębiej. Na twarzy kobiety pojawił się wyraz niepokoju, nie zwracał jednak na to uwagi. Jego zapał był coraz silniejszy. Coś tam było, coś nowego i oddzielnego. Ogarnęło go radosne oszołomienie. Pragnął dotknąć owego tworu swym umysłem. Posunął się jeszcze głębiej. Jego matka krzyknęła z bólu. – Barsi, przestań! Jej piękną twarz wykrzywił grymas udręki. Wpadł w panikę i spróbował jak najszybciej się wycofać, lecz pociągnął coś za sobą. Poczuł Jak się poruszyło, zmieniło położenie. Doszło do rozdarcia ciała. Cofnął przerażony dłonie. Jego matka krzyczała histerycznie. Zgięła się wpół z bólu, trzymając się za brzuch. Baralis zauważył, że na pościeli pojawiła się nagle plama krwi. Te krzyki! Nie mógł znieść jej rozpaczliwych krzyków. Nie wiedział, co robić. Nie mógł zostawić jej samej, by wezwać pomoc. Ciałem jego matki targnęły spazmy. Krew wypływała z niej szeroką strugą, pokrywając białą pościel jaskrawymi plamami. – Mamo, proszę cię, przestań. Przepraszam. Nie chciałem ci zrobić krzywdy. Proszę cię, przestań. – Po policzkach spływały mu łzy przerażenia. – Mamo,

przepraszam. – Objął ją, nie zważając na krew. – Przepraszam – powtarzał przerażonym szeptem. Tulił matkę, gdy wykrwawiała się na śmierć. Trwało to tylko kilka minut, lecz Baralisowi wydawało się, że minęła wieczność, nim siły i życie wyciekły z jej kochanego ciała. Otrząsnął się ze wspomnień. To było wiele lat temu. Był wtedy młody i niedoświadczony. Teraz sam został mistrzem. Nie popełni żadnych błędów wywołanych brakiem doświadczenia. Rozumiał już, że podjęcie podobnego mentalnego wysiłku w wieku chłopięcym było czystą głupotą. Ledwie wtedy wiedział, co to znaczy “być w ciąży”, a tylko podszepty własnego dojrzewania mówiły mu, w jaki sposób powstają dzieci. Zdawał sobie sprawę, że poddając królową Sondowaniu, podejmuje pewne ryzyko, musiał to jednak sprawdzić. Nawet w najkorzystniejszej chwili poczęcie bynajmniej nie było pewne. Nie odważył się nawet pomyśleć o tym, co zrobi, jeśli okaże się, że jego nasienie nie spotkało się z uznaniem. Częścią jaźni był świadomy, że może być jeszcze zdecydowanie za wcześnie, by cokolwiek stwierdzić, inna część żywiła jednak przekonanie, że potrafi wyczuć nawet maleńką zmianę, a to wystarczy.

Nachylił się nad ciałem królowej i położył dłonie na jej brzuchu. Natychmiast zrozumiał, że tkanina zdobnej, dworskiej sukni jest zbyt gruba. Raz jeszcze podniósł spódnice i ze zdumieniem zauważył, że zapomniał założyć jej bieliznę. I całe szczęście, pomyślał. Ona również była wyjątkowo gruba. Mógł mieć więcej doświadczenia niż w wieku trzynastu lat, żałował jednak, że jego dłonie nie są już młode. Trudno mu było rozpostrzeć palce na jej brzuchu. Przygryzł wargę z, bólu, nie mógł jednak pozwolić, by odczuwane niedogodności przeszkodziły w jego przedsięwzięciu. Natychmiast odnalazł właściwe miejsce. Nie był już nowicjuszem. Rozpoczął Sondowanie. Wszystko to wydawało mu się znajome: skupione ciepło narządów, pulsująca czerwień naczyń krwionośnych, żar wątroby. Posuwał się z filigranową precyzją w głąb ciała królowej i jeszcze głębiej, do jej macicy. Odnalazł skomplikowaną plątaninę mięśni i ścięgien, poczuł zmysłową krzywiznę jajników. I nagle odnalazł coś ledwie dostrzegalnego, ledwie istniejącego, delikatną zmarszczkę na powierzchni ścianki, pulsującą odrębność. Mikroskopijne życie, oddzielone i odróżnialne od życia królowej. Właściwie nawet nie życie, a tylko jego migotliwą sugestię... niemniej

jednak rzeczywistą. Uniesiony radością, nie wycofał się gwałtownie, lecz zrobił to z nieskończoną powolnością i cierpliwością, zręcznie jak chirurg. W ostatniej chwili poczuł, jak druga obecność wyraziła się mrocznym naciskiem. Przerwał kontakt. W tym końcowym momencie było coś, co nakazywało ostrożność, ale jego niepokój szybko pochłonęła radość wynikająca z sukcesu. Zdjął dłonie z ciała królowej i poprawił jej suknie. Jęknęła lekko, lecz Baralis nie poczuł się zaniepokojony. Nie miała się obudzić prędzej niż za kilka godzin. Czas już, by zniknął. Podszedł lekkim krokiem do drzwi i odsunął rygiel. Zatrzymał się jeszcze na moment, by podziwiać własne dzieło, po czym wrócił do swych komnat, ledwie rzucając cień w słabym blasku jutrzenki.

1 – Nie. nie masz racji. Bodger. Uwierz mi. to nieprawda, że najlepsze w seksie są młode kobitki. Pewnie, że galanto wyglądają na zewnątrz, takie ładne i gładkie, ale jeśli chodzi o ostry numerek, nie ma to jak stara szkapa. Grift pociągnął łyk ale i uśmiechnął się radośnie do towarzysza. – No, Grift. nie mogę powiedzieć, żebyś miał rację. Na pewno wolałbym posuwać tę cycatą Karri niż starą wdowę Harpit. – Osobiście. Bodger. nie powiedziałbym “nie” żadnej z nich. Obaj mężczyźni ryknęli głośnym śmiechem, waląc dzbankami o blat. zgodnie ze zwyczajem straży pałacowej. – Hej, ty, chłopcze, jak tam ci na imię? Chodź no tutaj, niech ci się przyjrzę. Jack podszedł do stołu. Grift zlustrował go wzrokiem od stóp do głów. – Zapomniałeś języka w gębie, chłopcze?