wotson

  • Dokumenty43 372
  • Odsłony1 953 105
  • Obserwuję1 346
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 376 546

J. V. Jones - Księga Słów t.2 - Zdradzony

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :3.0 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
J

J. V. Jones - Księga Słów t.2 - Zdradzony.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion J J. V. Jones
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 23 osób, 31 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 1052 stron)

J.V. Jones Zdradzony (A Man Betrayed) Księga słów 02 Przełożył Michał Jakuszewski

Dla Margaret Jones

Prolog Dziewczyna zaczęła cicho pochrapywać. Ten nieprzyjemny, charczący dźwięk wydawał się niemal błaganiem o litość. Bardziej od owego odgłosu irytował go jednak zapach, mdły zaduch towarzyszący wszystkim przedstawicielkom jej płci. Odór potu, moczu i odchodów, zdradzający, niezawodniej niż wszelkie księgi, ich prawdziwą naturę. Tajemną, wewnętrzną naturę, którą starały się ukryć przed mężczyznami, wykorzystując swe talenty do kłamstwa i symulacji. Rzecz jasna, udawało im się to, gdyż mężczyźni łatwo dawali się zwieść pozorom: pulchne piersi, błysk zębów, wonny oddech. Prawda była jednak zawsze obecna: kobiety – bez względu na wszystkie swe pudry i perfumy – nigdy nie potrafiły się uwolnić od smrodu rozkładu. Kylock wstał z łoża, pragnąc oddalić się od kobiety i jej zapachu. Miał ochotę obudzić dziewczynę potrząsaniem i kazać jej odejść, lecz kolidowało to z jego planami. Zresztą, po wszystkim, przez co przeszła

z nim tej nocy, nie był do końca pewien, czy porządne szarpnięcie wystarczy, by wyrwać ją ze snu. Oczywiście, ocknie się. Zdolność szybkiego powrotu do zdrowia była kolejną charakterystyczną cechą jej płci. Kobiety wyciskały z mężczyzn wszystkie siły, same ich nie tracąc. Podszedł do małej, miedzianej miski, która stała po drugiej stronie komnaty. Tak jak zawsze, zaczął myć ręce. Używając małej, lecz szorstkiej szczotki z włosia dzika, oczyścił starannie dłonie z odoru kobiety. Palce, które jedną świecę temu tak ochoczo wyszukiwały wklęsłości i wypukłości ciała, namoczył teraz w pełnej ługu wodzie. Tym razem zachowywał szczególną ostrożność. Było to oznaką szacunku wobec tego, co zamierzał uczynić tej nocy. Nie chodziło o osobę, której to zrobi, lecz o wielkość samego dokonania. Spojrzał na swe dłonie. Były blade i szczupłe, o arystokratycznych palcach i delikatnym kształcie. Nie były dłońmi jego ojca. Na wargach wykwitł mu blady uśmieszek. Kylock spojrzał w zwierciadło. Nie była to twarz jego ojca, ani jego oczy, nos czy zęby. Nagłym, gwałtownym ruchem uderzył pięścią w lustro. Szkło rozbiło się z zadowalającym go trzaskiem. Dziewczyna w łożu zadrżała, po czym, być może sądząc, że w

zapomnieniu odnajdzie bezpieczeństwo, zastygła, starając się ograniczyć ruchy do minimum. Jego pięść nie krwawiła. Ucieszyło to Kylocka. Odnosił wrażenie, że dzisiejszej nocy nie powinien przelewać krwi. W odłamkach zwierciadła widział teraz chaotyczny zestaw odbić. We fragmentach widocznej tam twarzy dostrzegał podobieństwo do swej matki. Nie było wątpliwości, że jest jej synem. Płaszczyzna policzka, kąt brwi, kształt ust, wszystko to przywodziło na myśl Arinaldę. Nie trudził się szukaniem śladów ojca. Nie znajdzie ich. Nigdy ich nie było. Jednakże nie był synem króla. Ów fakt rzucał się w oczy, jak nos na jego twarzy. To właśnie nos zdradzał prawdę. Choć kryła się w tym ponura ironia, tak właśnie było. Odwrócił spojrzenie od zwierciadła i przygotował się. Nie musiał dokonywać żadnych specjalnych czynności. Jak zwykle przywdział czarny strój, zupełnie nie na miejscu za dnia, lecz bardzo odpowiedni nocą. Kolor tajemnic i intryg. Kolor śmierci. Nie potrzebował zwierciadła, by wiedzieć, jak bardzo mu w nim do twarzy, jak bardzo pochlebia mu ta barwa, jak do niego pasuje. Jego matce również będzie do twarzy w czerni. Jaka matka, taki syn. Znajdował się niedaleko od miejsca, do którego

musiał dojść. Było ono w sąsiednim korytarzu. Nie postawi jednak nogi w poświęconym przejściu, jego dłonie nie poczują chłodnego dotyku wykutych z brązu drzwi. Musi się tam udać okrężną drogą. Opuścił swe komnaty i przeszedł do komnat dla kobiet. Każdy, kto by go zauważył, mrugnąłby tylko i odwrócił wzrok, myśląc, że to bardzo dobrze, iż dziedzic tronu Czterech Królestw ma odwagę łamać zasady, odwiedzając jakąś damę w jej komnacie po zmierzchu. Kylockowi nie chodziło jednak o damę. Wiedział, że w komnatach dla kobiet można znaleźć wejście do sekretnych korytarzy. Było oczywiste, że kryło się ono właśnie tam: jakież miejsce w zamku król odwiedzałby z większą ochotą i gdzie bardziej chciałby uniknąć świadków? Z tajnymi przejściami zaznajomił go królewski kanclerz. Pewnej Wigilii Zimy, przed wielu laty, przyłapano go na szczuciu stanowiących własność króla psów na świeżo narodzonego źrebaka. Za karę matka zabroniła mu opuszczania komnat przez tydzień. Dzięki Baralisowi nie musiał jednak w nich siedzieć. Kanclerz otworzył ścianę dotknięciem zniekształconych palców, ofiarując mu bezcenny dar tajemnicy. Kylock do dziś pamięta dreszcz objawienia,

poczucie, że znalazł to, czego zawsze szukał pośród smrodu i podstępów. Odmieniło to jego życie. Ujrzał bardzo wiele. Nic nie mogło się ukryć przed jego chciwym wzrokiem. Podglądał szlachciców spółkujących z garderobianymi, podsłuchiwał służących spiskujących przeciw swym panom, odkrywał ślady po ospie, ukryte pod warstwą pudru na twarzach niejednej z wielkich dam. Nic nie było takie, jakim się zdawało. Zepsucie i chciwość przenikały wszystko do szpiku kości. Ciało ukrywało grzeszne wnętrze. Pokazując mu wejście do tajemnych korytarzy Zamku Harvell, Baralis zaznajomił go z całym nędznym inwentarzem występku. Kylock odnalazł właściwą ścianę. Przesuwając palcami po kamieniu, wyobrażał sobie, że słyszy tykanie maszynerii. Odsłoniła się przed nim kusząca jama. Wszedł do środka i wybrał drogę. Nagły chłód i zaduch zgnilizny przywołały wizje jego matki. Z pewnością przez całą wieczność nie narodziła się większa nierządnica! Królowa Arinalda, piękna i wyniosła; zawsze udająca tak poprawną, tak nieskazitelną. Jakże często pozory nie mają nic wspólnego z prawdą. Odór był jednak łatwy do rozpoznania, silniejszy niż u jakiejkolwiek innej

kobiety. Cuchnęła jak dziwka. Czasami ów smród był tak przemożny, że Kylock nie był w stanie wytrzymać w jej towarzystwie. Z iloma mężczyznami spała? Ile razy kłamała? Jak wielu zdrad się dopuściła? To, że sypiała z innymi mężczyznami poza królem, było oczywiste. On, Kylock, był tego dowodem. W jego żyłach nie płynęła krew Harvella. Głowy nie pokrywały mu jasne włosy, a z tułowia nie wyrastały krótkie, grube kończyny. Jego matka szukała przyjemności u innych mężczyzn, a on był owocem jej niepowściągliwości. Kobiety były słabszą płcią, a źródłem owej słabości była ich wszechogarniająca chuć. Były wstrętne: cienka warstwa skóry pokrywająca odrażające wnętrze, którym władały zwierzęce żądze. Rozumiał, że owym pragnieniom ulegają dziewki pracujące w karczmach i ulicznice, ale królowa? Jego matka, która powinna stać ponad wszystkimi kobietami w królestwie, była tanią dziwką. A on był tego dowodem. Gdy tylko spoglądał w zwierciadło, dostrzegał w nim prawdę. Szybko przybył na miejsce. Do jądra zamku, źródła, z którego wszystko płynęło, czy powinno płynąć, gdyby sprawy wyglądały inaczej. Do komnaty króla. Uruchomił mechanizm i wszedł do środka. Jego

zmysły zaatakował zapach izby chorych. Woń człowieka, którego ciało powoli pogrążało się w śmierci. Zbyt powoli. Przekradł się cicho przez komnatę, gdyż wiedział, że w sąsiednim pomieszczeniu czuwa główny łaziebny. Serce waliło mu jak opętane. W każdym jego uderzeniu mieszały się ze sobą podniecenie i strach. Podszedł do łoża. Owo karmazynowe, pokryte jedwabiem monstrum już od pięciu lat stanowiło mieszkanie króla. Kylock odsunął zasłony i spojrzał w twarz człowieka, który nie był jego ojcem. Patrząc na niego, czuł litość. Wskutek poczynań lekarzy, chory nie miał już włosów ani zębów. Był żałosną postacią o zapadniętych policzkach, która nieustannie się śliniła. Gdy Kylock zobaczył splamione plwociną poduszki, współczucie ustąpiło miejsca niesmakowi. To nie był król. Królem była jego matka, która w nagrodę za swe grzechy została suwerenem we wszystkim oprócz nazwy. Nie zdziwiłoby go, gdyby to ona spowodowała chorobę monarchy. Jej drugie imię brzmiało Zdrada. Dzisiaj wszystko się zmieni. Uwolni kraj nie tylko od bezużytecznego króla, lecz również od zwodniczej królowej. Jutro jego matka przekona się, że utraciła wszelką władzę. Na tron wstąpi nowy monarcha.

Byłaby głupia, gdyby próbowała władać królestwami również za jego panowania. Wybrał jedną z wielu poduszek. Obrzydzenie skłoniło go do wyszukania takiej, której nie splamiła plwocina Lesketha. Oto człowiek, który nie był jego ojcem. „Czy zrobiłbym to, gdyby nim był?” Zmiął w dłoniach jedwabną poduszkę, nadając jej odpowiedni kształt. „Tak jest, zrobiłbym”. Pochylił się nad łożem. Gdy na twarz króla padł cień poduszki, Lesketh otworzył oczy. Przerażony Kylock cofnął się o krok, gdy padło na niego ich spojrzenie. Monarcha próbował coś powiedzieć. Po brodzie spłynęła mu strużka śliny. Kylock nie był w stanie się poruszyć. Poduszka parzyła mu dłonie. Mężczyzna i młodzieniec patrzyli sobie w oczy. Szczęka króla poruszała się powoli. Plwocina spadła mu na pierś. – Kylock, mój synu. Słowa były ledwie zrozumiałe. Spojrzał w twarz Lesketha. Jasnoniebieskie oczy mówiły więcej niż słowa: wyrażały miłość, lojalność i przebaczenie. Chłopak potrząsnął ze smutkiem głową. – Nie, panie. Nie jestem twoim synem. Kylock poczuł, że odzyskuje władzę nad

kończynami. Poduszka znów stała się chłodna. Przycisnął ją swymi pięknymi dłońmi do bezzębnego, bezwłosego oblicza króla Lesketha. Rozpostarł palce na szkarłatnym jedwabiu, utrzymując poduszkę na twarzy słabo wyrywającego się monarchy. Zdrowe ramię Lesketha szarpnęło się niczym ptak. Jego pierś unosiła się i opadała, unosiła się i opadała, aż wreszcie zaprzestała wszelkiego ruchu. Kylock zaczerpnął pierwszego oddechu w tej samej chwili, gdy w piersi jego ofiary zamarł ostatni. Dygotał. Czuł straszliwą słabość w kolanach. Dręczyły go nudności, grożące wymiotami. Powiedział sobie, że musi być silny. To nie była chwila na okazywanie słabości. Był teraz królem i wątpił, by kiedyś jeszcze znalazł czas na słabość. Uniósł poduszkę. Zgon przerwał wreszcie ślinotok Lesketha. Mężczyzna, który nie był jego ojcem, wyglądał teraz lepiej. Wydawał się szlachetniejszy, bardziej dystyngowany. Po śmierci bardziej przypominał monarchę niż kiedykolwiek za życia. Kylock potrząsnął poduszką, przywracając jej pierwotny kształt i ułożył ją pod brodą zmarłego. Pościel była w nieładzie: skopana i zmiętoszona. Poprawił narzuty, podciągając je, by należycie zdobiły zmarłego władcę.

Upewniwszy się, że wszystko wygląda tak, jak powinno, Kylock opuścił komnatę i ruszył z powrotem, odnajdując w ciemnościach drogę. Oczy wypełniały mu już inne obrazy; wizje wspaniałej koronacji, pocieszania zrozpaczonej matki, zwycięstwa w wojnie z Halcusami. Jego panowanie rozpoczęło się pomyślnie. Już w tej chwili wielce się przysłużył swemu krajowi, uwalniając go od słabego, dręczonego chorobą króla. Szkoda, że jedno z jego największych dokonań nie zostanie odnotowane w historii. Trudno, pomyślał, da historykom wiele innych tematów do ich nudnych, pozbawionych wyrazu ksiąg. Nagle znalazł się w komnacie. Dziewczyna leżała w łożu, w takiej samej pozycji, w jakiej ją zostawił. Ruszył prosto do miednicy i raz jeszcze umył ręce. Woń śmierci łatwiej było usunąć niż odór kobiety. Wytarłszy dłonie w miękką szmatkę, podszedł do biurka. Obrzucił dziewczynę pospiesznym spojrzeniem, by się upewnić, że nadal śpi. Spod nogi biurka wydobył kluczyk ozdobiony delikatnym, złotym filigranem, w którym przez chwilę zaigrał blask świec. Przekręcił go w zamku, otwierając wysadzaną klejnotami szkatułkę. Długimi, zręcznymi palcami wydobył z niej maleńką miniaturę. Oto była ona: piękna i niewinna, nieporównanie doskonalsza od

innych przedstawicielek swej płci. Każdy rys nieskazitelnej twarzy świadczył o czystości duszy. Catherine z Brenu. Nie dla niej były kobiece żądze. Catherine była czysta i niezbrukana. Ta najdoskonalsza z kobiet należała do niego. Sam widok jej podobizny wystarczył, by dziewczyna leżąca w łożu wydała mu się nędzna. Catherine nie będzie cuchnęła jak dziwka. Nie będzie skazana na wieczne męczarnie w piekle, jak inne kobiety. Jak jego matka. Włożył ostrożnie portrecik do szkatułki, uważając, by nie uszkodzić jego nieskazitelnej powierzchni. Był teraz królem, a Catherine zostanie jego królową. Zrzucił bluzę i piękną, jedwabną koszulę. Z rozbitego zwierciadła wzywało go własne odbicie, lecz nie zwracał na nie uwagi. Ogarnęło go mroczne pożądanie. Gdyby spojrzał w lustro, zauważyłby, że jego oczy zaszły mgłą. Nie poznałby sam siebie. Wypełniał go głód i nie miał innego wyboru, jak go zaspokoić. W przeciwnym razie pochłonąłby on jego duszę. Zbliżył się do łoża. Dziewczyna odwróciła się z jękiem. Stanął nad nią i dłońmi, które zabiły króla, zerwał z jej pleców lniane giezło. Kylock pomknął ku miejscu, gdzie spotykały się strach i żądza. Zatracił się w swym pragnieniu. Uszy

wypełniał mu głos matki, oczy zaś twarz Catherine z Brenu.

1 – Od tej całej jazdy dostałem pierońskiego wilka w rzyci, Grift. – Wiem coś” o tym, Bodger. Ale przynajmniej na jedno to jazda dobrze robi. – A na co, Grift? – Na regularność, Bodger. Po porządnym galopie zaraz musisz pędzić za najbliższy krzak. – Mądry z ciebie człowiek, Grift. – Bodger skinął głową na znak potwierdzenia, starając się jednocześnie utrzymać muła na ścieżce. – Oczywiście nie jestem taki pewien, czy to był dobry pomysł zgłosić się na ochotnika do wyjazdu do Brenu. Nie miałem pojęcia, że przypadnie nam najgorsza służba. – Sprzątanie po koniach ma wiele wad, Bodger. Ale i tak musiało paść na nas. Jesteśmy tu najmłodsi rangą. Mówię ci, że mieliśmy szczęście, że w ogóle dali nam wyruszyć z tą misją. Nikomu ze starych żołnierzy nie pozwolono pojechać z Królewską Strażą. To prawdziwy zaszczyt.

– Ciągle mi to powtarzasz, Grift. – Mina Bodgera wyrażała głęboki sceptycyzm. – Mam tylko nadzieję, że baby w Brenie są faktycznie tak chętne i ładne, jak mówisz. – Na pewno są, Bodger. Czy zdarzyło mi się kiedyś pomylić w tej sprawie? – Muszę ci przyznać, Grift, że wiesz o kobietach prawie wszystko. Obaj rozmówcy zamykali długą kolumnę, którą podążało ponad stu sześćdziesięciu ludzi: stu królewskich strażników i dwudziestu ludzi Maybora, a także czeladź i juczne konie. – Chyba wiem, czemu Halcusowie są tacy wredni, Grift. Mają tu paskudną pogodę. Codziennie śnieżyca, a wietrzysko takie zimne, że zamarzłby nawet płyn w formie wytapiacza łoju. – Ehe, Bodger. Trzy tygodnie czegoś takiego wykończyłyby każdego. Przy normalnej pogodzie, bylibyśmy już w Brenie. Przez ten wiatr, dopiero opuściliśmy terytorium Halcusów. Oczywiście, to nie on jest tu najgorszy. – A co, Grift? – Lord Maybor i Baralis, Bodger. Przy tych dwóch północny wicher wydaje się chłodną bryzą. – Święta prawda, Grift. Odkąd wyruszyliśmy w drogę, wciąż obrzucają się spojrzeniami złowieszczymi

jak katowski kaptur. Bodger musiał szarpnąć mocno wodze, gdyż jego muł miał własną opinię na temat tego, dokąd powinien się udać, i nie miał już ochoty towarzyszyć kolumnie. – To pewne, że się nie kochają. Zauważyłeś, że rozbijają namioty daleko od siebie, jak na turnieju? – Ehe, Grift. Nie wspominając już o fakcie, że Maybor cały dzień podąża na czele, zupełnie jakby był królem, a Baralis wlecze się w ogonie, jak ranny żołnierz. – Uważasz mnie za rannego żołnierza, co? Obaj mężczyźni obejrzeli się zaskoczeni, gdy Baralis wjechał pomiędzy nich. Twarz kanclerza była niezwykle blada, a oczy lśniły ostrym blaskiem w odbijającym się od śniegu świetle. Żaden ze strażników się nie odzywał: Bodger dlatego, że ze strachu omal nie spadł z siodła i próbował teraz usiąść pewniej, a Grift ze względu na to, iż był dostatecznie bystry, by wiedzieć, kiedy lepiej jest nic nie mówić. – No, no, panowie – ciągnął królewski kanclerz. Jego wąskie wargi rozciągnęły się, sugerując groźny uśmiech, lecz nie formując go do końca. Chłód w oczach zadawał kłam pięknemu brzmieniu głosu. – Dlaczego umilkliście tak nagle? Przed chwilą

sprawialiście wrażenie wyjątkowo rozmownych. Czyżby języki przymarzły wam nagle od północnego wiatru? A może zaczynacie już żałować swych lekkomyślnych słów? Grift widział, że Bodger ma zamiar odpowiedzieć. Choć wszystkie instynkty mówiły mu, że powinien zachować milczenie, wiedział, że jeśli zaraz się nie odezwie, jego towarzysz napyta sobie jeszcze gorszej biedy. – Mój przyjaciel jest młody, lordzie Baralisie i przy śniadaniu wypił trochę za dużo ale. Jego słowa nic nie znaczyły. To był tylko żart. Królewski kanclerz zastanawiał się chwilę, nim raczył udzielić odpowiedzi. Skrytą w rękawicy dłonią pocierał brodę. – Młodość raczej nie usprawiedliwia głupoty, a ale usprawiedliwiają w jeszcze mniejszym stopniu. – Grift otworzył usta, by coś powiedzieć, lecz Baralis uciszył go nagłym skinieniem skrytej w rękawicy dłoni. – Nie, człowieku, nie tłumacz się więcej. Zostawmy tę sprawę. Powiedzmy, że jesteście moimi dłużnikami. Spojrzał w oczy obu strażnikom, pozwalając, by w pełni dotarło do nich znaczenie jego słów. Upewniwszy się, że tak się stało, ruszył naprzód. Nad przyciętym ogonem jego klaczy powiewał czarny

płaszcz. A więc plotkowali o nim nawet zwykli żołnierze! Niemniej pocieszał go fakt, że te dwa zasmarkane przygłupy zostały jego dłużnikami. Od dawna wiedział, że warto mieć wokół siebie ludzi, którzy są mu coś winni. Była to waluta cenniejsza niż złoto przetrzymywane w zamkniętej szkatule. Nigdy nie wiadomo, kiedy usługi podobnych indywiduów mogą się okazać użyteczne. Ostatecznie strażnicy z reguły strzegli czegoś cennego. Och, ależ było zimno. Baralis przemarzł aż do najgłębszych zakamarków duszy. Tęsknił za ciepłem swych komnat i mile trzaskającego ognia w kominku. Najbardziej cierpiały jego dłonie. Nawet teraz, gdy były skryte w futrzanych rękawicach, wiatr przeszywał je zimnem aż do szpiku kości. Słabe, zdeformowane dłonie, tak piękne w młodości, teraz zniszczone przez jego ambicję. Chude, pokryte bliznami ciało nie zapewniało ochrony przed wiatrem. Trakt pokrywała gruba na dwie dłonie warstwa śniegu, który z każdym powiewem przemieszczał się z chytrą precyzją, wskutek czego ścieżka była zdradziecka. Przednia straż straciła już jednego konia, który okulał. Nieszczęsne stworzenie zboczyło z trasy tylko na długość ramienia, wystarczyło to jednak, by

wylądowało w głębokim parowie, ukrytym pod warstwą niewinnie wyglądającego śniegu. Dobili wałacha na miejscu. Od Brenu dzielił ich tylko tydzień drogi. Wczoraj sforsowali Emm. W drużynie nie znalazłoby się nikogo, kto nie westchnąłby z ulgą po przeprawie przez szeroką rzekę. Nie tylko była ona niebezpieczna, lecz – co ważniejsze – stanowiła granicę halcuskiego terytorium. Ludzie sądzili, że tylko dzięki wielkiemu szczęściu udało im się całe dziesięć dni niepostrzeżenie wędrować przez nieprzyjacielskie terytorium. Baralis wiedział, że prawda wygląda inaczej. Myśl, by wykorzystać kontakty, jakie miał wśród Halcusów, do wciągnięcia drużyny w zasadzkę i zamordowania Maybora, była kusząca. Baralis najbardziej ze wszystkiego na świecie pragnął śmierci próżnego, pysznego wielmoży. Było to jednak zbyt ryzykowne. Napad na ich oddział mógłby z łatwością wyrwać się spod kontroli, zagrażając samemu królewskiemu kanclerzowi. Nie, lepiej nie narażać własnego bezpieczeństwa. Istniały inne, mniej niebezpieczne sposoby na pozbycie się Maybora. Wielmożę ze Wschodnich Ziem trzeba było wyeliminować. To nie podlegało dyskusji. Baralis nie zamierzał tolerować żadnej ingerencji w swe plany

wobec Brenu. Negocjacje w sprawie zaślubin wymagały subtelności i sprytu – dwóch cech, których Mayborowi rozpaczliwie brakowało. Co więcej, nie tylko zagrażał on kanclerzowi fizycznie – Baralis nie wątpił, że potężny możnowładca ani na chwilę nie zapomina o zamiarze zamordowania go – lecz również mógł udaremnić samo małżeństwo. Maybor chciał wydać za księcia Kylocka własną córkę. Niepowodzenie tych zamysłów uczyniło z niego zawziętego przeciwnika związku z córką diuka Brenu. Baralis przeszukał wzrokiem kolumnę jeźdźców. U jej czoła dostrzegł obiekt swych rozważań. Dosiadający potężnego ogiera wielmoża wystrojony był w ekstrawaganckie, szkarłatno-srebrne szaty. Nawet to, w jaki sposób siedział na koniu, świadczyło o wygórowanej opinii o sobie. Wargi Baralisa na sam jego widok wykrzywiły się w grymasie pogardy. Nie mógł dopuścić do tego, by Maybor dotarł do Brenu żywy. Jako poseł korony, przewyższał rangą Baralisa! Królowa sprawiła mu tą nominacją paskudną niespodziankę. To on, królewski kanclerz, człowiek, który zaaranżował małżeństwo między księciem Kylockiem a Catherine, powinien wieść prymat w Brenie. Arinalda jednak mianowała go tylko posłem księcia, czyniąc go niższym rangą od Maybora.

Nie zamierzał tolerować podobnej zniewagi. To on powinien się zająć diukiem Brenu i jego piękną córką. Maybor nie miał prawa mieszać się w tę sprawę. Baralis rozumiał polityczne motywy kryjące się za obiema nominacjami, gdy jednak do królestw dotrą wieści o śmierci grubasa, królowa przekona się, że wszystkie jej chytre plany spełzły na niczym. Nie było wątpliwości. Dzisiaj, w mroźne południe, gdy północny wicher dął niczym dobiegający z otchłani syreni zew. Maybor zakończy żywot. Melli wiedziała, że lepiej nie otwierać okiennicy. Nadciągała wichura i wąska deska stanowiła ich jedyną osłonę. Do tego nie była pewna, czy zatrzask wytrzyma. Sądziła jednak, że powinien wytrzymać. Zawsze miała szczęście w podobnych sprawach. Sławetny fart rodu Maybora wspomagał jej rodzinę już od stuleci. A przynajmniej wspomagał mężczyzn, gdyż wydawało się, że swym kobietom odbierają go oni doszczętnie. W jej przypadku jednak wyglądało to inaczej. Jako pierwsza kobieta w rodzie została obdarzona tym najkapryśniejszym z darów. Przyłożyła oko do dziury po sęku i spojrzała na północne równiny Halcusu. Omal nie oślepił jej bijący od śniegu blask. Minęła dłuższa chwila, nim zdołała

dostrzec jakiekolwiek szczegóły krajobrazu. Odkąd ostatnio wyglądała na zewnątrz, wiatr wzmógł się. Niósł ze sobą tumany śniegu. Nie było widać wiele: biała ziemia pod białym niebem. Ośnieżony teren wiosną zapewne służył jako pastwisko, teraz jednak leżał odsłonięty przed gniewem zimy. Zimno stało się zbyt dokuczliwe dla oczu. Melli cofnęła się i zatkała otwór kawałkiem brudnej, impregnowanej tkaniny. Odwróciwszy się, zauważyła, że Jack się jej przygląda. Z jakiegoś powodu, zaczerwieniła się. Niemal mimowolnie przygładziła dłonią włosy. Przemknęło jej przez głowę, że to głupie, iż choć już tak dawno opuściła dwór, zachowała instynkty dworskiej piękności. Życiem kobiet z Zamku Harvell rządziły niezliczone zasady dotyczące zachowania, ubioru i konwenansów. Gdy zostawiła już wielki dwór za sobą, zdała sobie sprawę, że wszystkie te reguły można streścić w jednej: kobieta nieustannie musi się starać zadowolić mężczyznę. Nawet teraz, gdy widziała rzeczy, których dworska piękność mogła się jedynie domyślać, Melli łapała się na tym, że ulega przyswojonym nawykom kobiecości, zwłaszcza temu, który kazał jej ładnie wyglądać w męskich oczach. Uśmiechnęła się na myśl o własnym szaleństwie.

Jack odpowiedział, szczerząc radośnie zęby. Jego bystra, przystojna twarz, którą zimowy rumieniec czynił jeszcze atrakcyjniejszą, sprawiała, że Melli czuła się dziwnie szczęśliwa. Wybuchnęła nagle śmiechem: radosnym, wysokim i wesołym jak śpiew skowronka. Jack podążył za jej przykładem. Śmiali się do siebie, stojąc po przeciwnych stronach małej szopy, która niegdyś służyła jako kurnik. Nie wiedziała, co tak rozbawiło Jacka, nie była nawet świadoma, dlaczego sama się śmieje. Ważne było tylko to, że czuje się dobrze. A przez bardzo długi czas mieli naprawdę niewiele powodów do zadowolenia. Od samego początku nie sprzyjała im pogoda. Gdy dotarli na ziemie Halcusów, pogorszyła się jeszcze. Nie znali okolicy i szybko stracili orientację. Na domiar złego musieli omijać każdego napotkanego człowieka. Wszystko to sprawiło, że zgubili drogę. Melli czytała w dzieciństwie opowieści o ludziach, którzy odbywali długie podróże, kierując się tylko słońcem i gwiazdami. Rzeczywistość wyglądała zupełnie inaczej. Owe historie nie wspominały o fakcie, że zimą często całymi tygodniami nie widać ani słońca, ani gwiazd. Za dnia niebo było jasne i zasnute chmurami, nocą zaś ciemne i również zasnute

chmurami. W rezultacie nie mieli właściwie pojęcia, w którą stronę wiedzie droga do Brenu i Annisu. Byli pewni jedynie tego, że nadal są gdzieś w Halcusie. Przed dwoma dniami przekonali się, że wciąż przebywają na terytorium wroga. Pogoda nieustannie się pogarszała i Melli zauważyła, że Jackowi dolega zraniony bark. Oczywiście, usiłował to ukryć, mężczyźni zawsze tak postępowali zarówno w opowieściach, jak i w rzeczywistości. Jednakże zawsze zarzucał sobie plecak na lewe ramię, starając się oszczędzać prawe. Brodzili po kolana w śniegu, a wiatr odzierał ich z resztek ciepła, jakie zatrzymywały ich ubrania. Wreszcie natknęli się na zniszczony dom. Wieśniak, do którego należał, opuścił go już dawno. Miał powody. Budynek strawił ogień. Pozostała jedynie przykryta śniegiem ruina. Nadciągała śnieżyca. Na horyzoncie gromadziły się czarne chmury. Wiatr kąsał wędrowców w łydki. Byli zmęczeni i przemarznięci do szpiku kości. Poczuli ogromną radość, gdy za kępą chaszczy zauważyli kurnik, który stał w pewnej odległości od domu. Szczęśliwie nie padły na niego iskry i ogień oszczędził szopę.