wotson

  • Dokumenty43 372
  • Odsłony1 953 105
  • Obserwuję1 346
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 376 546

J. V. Jones - Miecz Cieni t.1 - Jaskinia czarnego lodu

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :2.3 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
J

J. V. Jones - Miecz Cieni t.1 - Jaskinia czarnego lodu.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion J J. V. Jones
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 52 osób, 37 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 676 stron)

JONES J.V. Miecz cieni #1 Jaskinia czarnego lodu

J.V. JONES Przełożyła: Maria Gębicka-Frąc Tytuł oryginału “A Cavern of Black Ice” Wersja angielska: 1999 Wersja polska 2001 Paulowi, który po drugiej stronie Atlantyku spędza godziny w każdej minucie tak dziwne jak moje Podziękowania Łatwo jest zabłądzić podczas pisania tak obszernej książki. Na szczęście, wielu dobrych ludzi oświetlało mi drogę. Byli to: Betsy Mitchell, Tim Holman, Sona Vogel, Mari Okuda i personel Warner Books, Russ Galen oraz Richard, który wszystko czyta jako pierwszy. Składam im wszystkim podziękowania i ślę wyrazy wdzięczności. Prolog Narodziny, śmierć i więzy Przed spojrzeniem w niebo Tarissa wyszeptała z nadzieją: –Proszę, niech tym razem pójdzie lżej niż wcześniej. Błagam… Kiedy jej wargi znów się złączyły, spojrzała nad uginającymi się pod podmuchami wiatru sosnami i zrębem oszronionego granitu w niebo, szukając słońca. Słońca nie było. Przysłaniały je burzowe chmury, skotłowane i przewalające się po nieboskłonie, gnane wichrami, które wyły i zataczały kręgi niczym wataha wilków wokół zbłąkanej owcy. Tarissa z rezygnacją machnęła ręką. Burza nie przejdzie. Zatrzyma się na stoku góry. Spojrzała w dół i odetchnęła głęboko, żeby się uspokoić. Nie mogła ulec panice. Miasto, leżące tysiąc stóp niżej, wznosiło się w cieniu góry jak drugi, mniejszy szczyt. Widziała wyraźnie pierścień czterech wież. Dwie były przysadziste, a najwyższa dźwigała brzuch burzy żelazną iglicą. Wiodła do nich daleka droga. Całe

godziny drogi. A ona musiała być ostrożna. Kładąc rękę na wydętym brzuchu, zmusiła się do uśmiechu. Burza? To fraszka. Przyspieszyła. Musiała uważać na piargi, ptasie szkielety, wiatrołomy. Marsz był trudny, jeszcze trudniejsze utrzymanie równowagi na coraz bardziej stromym zboczu. Musiała obchodzić strome żleby i rozpadliny, nadkładając drogi. Temperatura szybko opadała i, po raz pierwszy tego dnia, Tarissa zobaczyła własny oddech. Wiele dni temu, gdzieś po drugiej stronie góry zgubiła lewą rękawicę. Zdjęła prawą, wywróciła na drugą stronę i naciągnęła na lewą rękę. Palce już miała zgrabiałe. Martwe drzewa zagradzały jej drogę. Niektóre pnie były tak gładkie, że wyglądały jak wypolerowane. Kiedy wyciągnęła rękę, by wesprzeć się o twardy czarny konar, ostry ból przeszył jej podbrzusze. Coś się poruszyło. Wilgoć spłynęła po jej udach. Zakłuło ją w krzyżu i fala mdłości wezbrała w przełyku, zostawiając w ustach smak kwaśnego mleka. Tarissa zamknęła oczy. Tym razem zachowała pobożne życzenia dla siebie. W chwili gdy odepchnęła się od martwego drzewa, zaczął padać mokry śnieg. Rękawica lepiła się od żywicy, a pokruszone sosnowe igły przywierały do palców. Granitowe podłoże było niestabilne, żwir wysypywał się z głębokich szczelin, obumarłe siewki rozkruszały się w pył pod jej nogami. Pomimo zimna, Tarissa zaczęła się pocić. Ból w plecach kąsał coraz głębiej i choć nie chciała tego przyznać – nie chciała nawet przyjąć tego do wiadomości – podbrzusze zaczęło kurczyć się rytmicznie. “Nie. Nie. NIE”. Jeszcze nie pora. Jeszcze dwa tygodnie… na pewno dwa tygodnie. Musiała wytrzymać, zanim nie dojdzie do miasta, by znaleźć schronienie. Uzbierała dość monet na akuszerkę i izbę. Znalazła ścieżkę między skalnym załomem i przyspieszyła. Samotny kruk o piórach czarnych jak spalona na ogniu wątroba, przyglądał się jej w milczeniu z koślawej gałęzi czarnej sosny. Patrząc na niego, Tarissa zdawała sobie sprawę jak śmiesznie musi wyglądać: rozczochrana, z wielkim brzuchem, zsuwająca się z góry w wyścigu z burzą. Krzywiąc twarz, odwróciła się od ptaka. Ciarki ją przechodziły na jego widok. Skurcze występowały coraz częściej. Tarissa stwierdziła, że, będąc w ruchu, czuje się dużo lepiej. Przystanki tylko przedłużały cierpienie, dawały jej czas na liczenie i rozmyślanie. Z rozpadlin wzniosła się mgła. Płatki śniegu uderzały Tarissę w twarz, wiatr tarmosił połami płaszcza. Chmury podążały za nią, jakby wskazywała im drogę. W marszu podtrzymywała brzuch. Wilgoć między nogami wyschła w lepką błonkę, która teraz sklejała uda. Żar płynął arteriami w szyi, rumienił nos i policzki.

Szybciej. Musi iść szybciej. Zauważając wolne przejście między głazami, skręciła bardziej w prawo. Spódnica zahaczyła o ciernie. Tarissa szarpnęła płótno, tracąc cierpliwość. Kiedy odwróciła się, by spojrzeć na przebytą drogę, kruk zerwał się do lotu. Czarne skrzydła rozpostarły się na prądzie burzy, łopocząc i drąc powietrze jak zęby. Gdy tylko ruszyła, żwir i skalne okruchy ożyły pod jej stopami. Straciła równowagę i zaczęła się zsuwać. Wyciągnęła ramiona, żeby czegoś się przytrzymać, czegokolwiek. Nisko zalegająca mgła skrywała wszystko na poziomie ziemi. Ręce znajdywały jedynie poluzowane kamienie i gałązki. Dojmujący ból przeszył bark, gdy uderzyła o występ skalny. Sosnowe szyszki i kamienie podskakiwały nad jej głową, gdy wymachiwała rękami w desperackiej próbie zatrzymania się na stromym zboczu. Zacisnęła gołą rękę na kępce wilczej trawy, ale kępka została jej w dłoni. Uderzyła biodrem o granitowy głaz, coś ostrego zdarło skórę z jej kolana, a kiedy otworzyła usta, śnieg wpadł między wargi, mrożąc krzyk na języku. Odzyskała przytomność. Nie czuła bólu. Mgła poszarpanego światła odgradzała ją od zewnętrznego świata. Ponad nią, jak okiem sięgnąć, pięły się mury z ręcznie wygładzonego wapienia, bloki gładkie jak kość. Wreszcie dotarła do miasta z Żelazną Iglicą. Mgliście zdawała sobie sprawę, że coś głęboko w niej prze. Minęły minuty, nim zrozumiała, że to jej ciało pracuje nad wydaniem dziecka. Przełknęła ślinę. Nagle zatęskniła za wszystkimi ludźmi, od których uciekła. Porzucanie domu było błędem. Kraa! Tarissa spróbowała obrócić głowę w stronę, z której dochodził dźwięk. Gorąca igła bólu zakłuła ją w kręgosłup u podstawy szyi. Zemdlała. Kiedy się ocknęła, zobaczyła kruka siedzącego przed nią na skale. Czarno złote oczy przeszywały Tarissę spojrzeniem pozbawionym współczucia. Kręcąc głową i podnosząc łuskowe, żółtawe szpony, kruk odtańczył krótki taniec potępienia. Kiedy skończył, zakrakał cicho, jak matka karcąca dziecko, a potem wzbił się w powietrze, zdając na łaskę burzy. Zimne prądy uniosły go szybko. Pchnięcie. Jej ciało parło. Tarissa czuła, że traci przytomność… była taka zmęczona… tak bardzo, bardzo zmęczona. Gdyby tylko mogła zaleźć drogę we mgle… gdyby tylko oczy mogły pokazać jej coś więcej. Gdy jej powieki zamykały się po raz ostatni, a żebra wypychały z płuc nie zużyte powietrze, zobaczyła parę wysokich butów zmierzających w jej stronę. Płatki śniegu topiły się w kontakcie z przyczernioną smołą skórą.

*** Przyłożyli mu pijawki, w pierścieniach po sześć sztuk. Jego ciało pokrywała skorupa zbita z potu, skalnego pyłu i brudu. Jeden człowiek smarował skórę jelenim sadłem, które następnie zdrapywał do czysta cedrową łopatką, drugi zaś, w grubych kozłowych rękawicach, szczypcami wyjmował z sosnowego cebrzyka pijawki i przykładał je w oczyszczonych miejscach. Ten, który już nie znał swojego imienia, na próbę naprężył więzy. Pęta grubego sznura wpijały się w jego szyję, ramiona, przeguby dłoni, uda i kostki nóg. Mógł dygotać, oddychać i mrugać, ale nic więcej. Ledwie czuł pijawki. Spiął się na chwilę, gdy jedna przyssała się w pachwinie. Oprawca zaczerpnął szczyptę białego proszku z sakiewki na szyi i posypał pijawkę. Sól. Pijawka odpadła. Zastąpiono ją nową, nieco wyżej, w odpowiednim miejscu. Oprawca zdjął rękawice i wypowiedział pojedyncze słowo. Pomocnik odszedł w kąt celi po tacę i lampkę z mydlanego kamienia. Samotny czerwony płomień ogrzewał zawartość tygla. Na widok ognia człowiek bez imienia wzdrygnął się tak mocno, że sznur na rękach przeciął mu skórę. Płomienie były wszystkim, co mu pozostało. Wspomnienia płomieni. Nienawidził i bał się ich, a jednak ich potrzebował. “Znajomość rodzi pogardę” – powiadają, ale człowiek bez imienia wiedział, że to tylko połowa prawdy. Znajomość rodzi zależność. Zatopiony myślami w tańcu płomieni nie widział, jak oprawca ugniata w garści wałek z pakułów. Ręce pomocnika spoczęły na jego czole, przesunęły głowę, przegarnęły włosy na jedną stronę i mocno przycisnęły czaszkę do ławy. Bezimienny poczuł, jak wsuwają w jego lewe ucho wystrzępiony szpagat i kulkę wosku. Okrętowe uszczelnienie. Uszczelniali go jak skołatany przez sztormy kadłub. Druga kulka trafiła w prawe ucho. Potem pomocnik szeroko rozchylił jego szczęki, a oprawca wcisnął głęboko w gardło wałek z pakułów. Wezbrały w nim wymioty, lecz oprawca położył jedną dłoń na piersiach, drugą na brzuchu i nacisnął na kurczące się mięśnie. Po minucie mdłości minęły. Pomocnik nadal trzymał go za szczękę. Oprawca sięgnął do tacy, jego pracujące ręce rzucały cienie na ścianę celi. Po chwili odwrócił się. Między kciukami napinało się zwierzęce ścięgno. Na ten widok pomocnik przesunął dłonie, szerzej rozchylił wargi i odsłonił zęby. Człowiek bez imienia poczuł w ustach grube palce. Miały smak moczu, soli i wody, w której trzymano pijawki. Palce zahaczyły ścięgno o dolne zęby, unieruchamiając język. W piersiach Bezimiennego ożył strach. Być może płomienie nie były jedynym, co mogło go skrzywdzić.

–Zrobione – oznajmił oprawca, odsuwając się od niego. –Co z woskiem? – z cieni blisko drzwi wydyszał trzeci głos. Był to ten, który wydawał rozkazy. – Miałeś zakleić mu oczy. –Wosk jest za gorący. Może go oślepić, jeśli zostanie teraz nałożony. –Rób, co trzeba. Płomień zatańczył, gdy pomocnik zdjął tygiel z kamiennej lampki. Człowiek bez imienia poczuł dym wydzielany przez zanieczyszczenia w wosku. Wstrząsnął się, gdy coś zapiekło go w oczy. Po wszystkim, przez co przeszedł, po całym dotychczasowym cierpieniu wyobrażał sobie, że już nie potrafi odczuwać bólu. Mylił się. W miarę upływających godzin, kiedy oprawca metodycznie łamał jego kości pałką owiniętą gęsim puchem, pomocnik pilnował, żeby rozszczepione końce się nie stykały, a igły – tak długie i cienkie, że mogły przebić serce i płuca bez uszkadzania tkanki – przekłuwały wewnętrzne narządy, zaczął pojmować, iż zdolność odczuwania bólu odchodzi jako ostatnia. Kiedy ten, który wydawał rozkazy przysunął się i zaczął szeptać słowa więzi starsze niż miasto, w którym się znajdował, człowieka bez imienia już to nie obchodziło. Jego umysł powrócił w płomienie. I znalazł w nich ból, który przynajmniej był mu znany. Rozdział 1

ZŁE ZIEMIE Raif Sevrance skierował wzrok na cel i przywołał do siebie lodowego zająca. Nastąpiła chwila dezorientacji, w której świat rozmył się jak oglądany z góry wielki ciemny głaz opadający na dno jeziora. Dopiero potem usłyszał, zobaczył, poczuł serce zwierzątka. Kolory, dźwięki i zapachy złych ziem zniknęły; został tylko ciężar krwi w piersiach lodowego zająca i kolibrze trzepotanie jego serca. Powoli, z rozwagą, Raif przesunął łuk w bok od celu. Strzała roztrzaskała lodowate powietrze jak wypowiedziane głośno słowo. Żelazny grot przemknął obok zająca, który poderwał głowę i czmychnął w kępę turzycy. –Strzel jeszcze raz – powiedział Drey. – I tym razem lepiej się przyłóż. Raif opuścił łuk i spojrzał na starszego brata. Twarz Dreya ocieniał lisi kaptur, ale zaciśnięte usta były wyraźnie widoczne. Chciał się sprzeciwić, jednak w końcu tylko wzruszył ramionami i przestąpił z nogi na nogę. Nigdy nie czuł się dobrze, oszukując brata. Gładząc palcami łęczysko, przyjrzał się omiatanej wiatrami równinie złych ziem. Rozlewiska pokryły się grubymi taflami lodu. Szron na zwarzonej mrozem trawie narastał bezgłośnie i podstępnie jak pleśń na czerstwym chlebie. Na często zalewanej równinie przetrwało niewiele drzew, głównie pokrzywionych przez wichry sosen i koślawych świerków. Przed nim leżał płytki parów pełen skalnego złomu i kolczastych krzaków, twardych i rosochatych jak rogi łosia. Raif spojrzał na brązowy dywan porostów wokół stosu mokrych kamieni. Nawet w tak zimny poranek spływały po nich strużki słonej wody. Następny zając wystawił łebek z trawy. Jego policzki i uszy drżały, gdy stał słupka, wypatrując niebezpieczeństwa. Potrzebował soli z lizawki. Zwierzęta przybywały tu z wielu mil, by lizać słoną wodę spływającą po kamieniach w parowie. Tem powiedział, że przesącza się ona z podziemnego strumienia. Raif uniósł łuk, jednocześnie sięgając do kołczana przy pasie. Jednym płynnym ruchem umieścił strzałę o stalowym grocie na siodełku i przyciągnął cięciwę do piersi. Zając obrócił głowę. Ciemne oczy spojrzały wprost na niego. Za późno. Już widział jego serce. Pocałował cięciwę i wypuścił strzałę. Palce lodowej mgły rozstąpiły się, rozległ się cichy syk i strzała przebiła pierś zająca. Jeśli zwierzę wydało jakiś odgłos, to Raif go nie usłyszał. Pchnięty uderzeniem strzały zając wpadł do słonego strumyka. –To twój trzeci. Ja nie mam żadnego. – Głos Dreya zdradzał rezygnację. Raif udał, że sprawdza, czy na łęczysku nie ma żadnych spękań.

–Chodź, postrzelamy do tarczy. Przy lizawce nie pokaże się więcej zajęcy. – Drey wyciągnął rękę i dotknął jego łuku. – Strzała powinna mieć mniejszy grot. Miałeś zająca zabić, a nie wypatroszyć. Raif podniósł głowę. Drey wyszczerzył zęby. Rad z tego widoku, odwzajemnił się uśmiechem. Drey był dwa lata starszy i prześcigał go we wszystkim, jak na starszego brata przystało. Do tej zimy również lepiej strzelał. O niebo lepiej. Raif zatknął łuk za pas i popędził do parowu. Tem nie pozwalał im strzelać do zwierząt dla zabawy, więc musieli zabrać zające do obozu, oprawić je i upiec. Skórki należały do niego. Jeszcze jedna para i wystarczy na zimowe futerko dla ośmioletniej Effie, choć pewnie nie na wiele jej się przyda, gdyż nie lubiła bawić się na śniegu. Ostrożnie, by nie uszkodzić drzewca, wyciągnął strzałę spomiędzy połamanych żeber zająca. Na złych ziemiach ogromnie trudno było o proste drewno na brzechwy. Schował zdobycz w myśliwskim worku i spojrzał w niebo, sprawdzając położenie słońca. Dochodziło południe. Daleko na północy szalała burza, przesuwając się ku wschodowi. Ciemnoszare chmury kłębiły się nad horyzontem niczym dym odległego pożaru. Wzdrygnął się. Na północy leżało Wielkie Pustkowie. Tem mówił, że jeśli burza zrodzi się na Pustkowiu, to pewne jak mur, że trafi na złe ziemie. –Hej, ty! Zarośnięta Szczęka! Dawaj tutaj łuk, postrzelamy do celu. – Rzucony przez Dreya kamyk odbił się od skalistych garbów i wylądował dokładnie pod jego nogami. – A może się boisz, że szczęście cię opuściło? Raif mimo woli podniósł rękę do policzka, pomacał skórę szorstką jak zamarznięta szyszka. A jakże, miał zarośniętą szczękę. Bez obrazy. –Namaluj tarczę, Rozjuszony Szczeniaku – zawołał. – Pozwolę ci poćwiczyć, sam zaś zajmę się zmianą cięciwy. Nawet z odległości stu kroków widział zaskoczenie malujące się na twarzy Dreya. Coś takiego mógłby powiedzieć doświadczony i nie mający sobie równych mistrz sztuki łuczniczej. Raif ledwie powstrzymywał się od śmiechu. Drey głośnym parsknięciem skwitował obraźliwe i chełpliwe słowa. Zaczął wyrywać kępki trawy, którymi później wyrysował na pniu zabitej przez mróz sosny nierówne koło, mokre od topniejącego śniegu i soku ze źdźbeł. Drey strzelał pierwszy. Cofnął się o sto pięćdziesiąt kroków od pnia, trzymając łuk w wyciągniętej ręce. Łuk zrobiony był ze ściętego zimą cisu, suszonego przez ponad dwa lata i ręcznie giętego. Raif zazdrościł mu go. Jego łuk był zwyczajny, przechodzony, używany przez każdego, kto miał cięciwę, żeby na niego założyć. Drey wycelował, nie spiesząc się. Miał pewny, niewzruszony chwyt i siłę potrzebną do utrzymania cięciwy tak długo, jak długo nie chronione rękawicami palce

wytrzymywały nacisk. Kiedy Raif szykował się, by zawołać: “Strzelaj!”, puścił cięciwę. Strzała z głuchym łupnięciem utkwiła w samym środku wyrysowanego celu. Drey odwrócił się i dał znak głową. Nie uśmiechał się. Raif już czekał z łukiem w dłoni, z nałożoną strzałą. Brzechwa strzały Dreya jeszcze drżała w celu, gdy napinał łuk. Sosna od dawna była martwa. Zimna. Kiedy spróbował przywołać ją do siebie, tak jak zrobił to z lodowym zającem, nie chciała się przybliżyć. Stała, jakby nigdy nic, a on nic nie czuł: ani przyspieszonego pulsu, ani tępego bólu za oczami, ani metalicznego posmaku w ustach. Nic. Ten cel był po prostu celem. Wymierzył, szukając nieruchomej linii, która miała poprowadzić strzałę. Nie widząc niczego poza odległym drzewem, zwolnił cięciwę. Wiedział, że chybi. Zbyt mocno zacisnął rękę na majdanie, a palce poruszyły się nieznacznie podczas oddawania strzału. Łuk rozprostował się z cichym odgłosem i jego ramię źle przyjęło odrzut. Strzała uderzyła dobre dwie dłonie poniżej celu. –Strzel jeszcze raz – rzekł chłodno Drey. Raif rozmasował obolałe ramie, wybrał drugą strzałę. Potarł lotkami na szczęście o kruczy talizman, który nosił na szyi. Drugi strzał wypadł lepiej, ale i tak o długość kciuka od prowizorycznej tarczy. Odwrócił się i spojrzał na brata. Była jego kolej. Drey lekko machnął łukiem. –Jeszcze raz. –Nie. Teraz twoja kolej. Drey pokręcił głową. –Dwa razy specjalnie spudłowałeś. Strzel jak należy. –Nie, strzelałem najlepiej, jak umiem. Ja… –Nikt nie trafia w serce biegnącego zająca, a potem chybia, mierząc do nieruchomego celu wielkości piersi mężczyzny. – Drey zsunął kaptur z głowy. Oczy miał ciemne. Wypluł kawałek czarnego twarogu, który przeżuwał. – Nie potrzebuję łaski. Albo strzelasz serio, albo wcale. Patrząc na brata, widząc jego duże dłonie mocno zaciśnięte na łęczysku, szukające wyobrażonej skazy, Raif odgadł, że tłumaczenie na nic się nie zda. Drey Sevrance miał osiemnaście lat, był jednorocznym. Pod koniec lata wplótł we włosy czarne rzemienie i założył srebrny kolczyk. Zeszłej nocy przy ognisku, kiedy Dagro Blackhail zdmuchnął pianę ze słodowego piwa w płomienie i wrzucił swój kolczyk do czystego płynu, Drey uczynił to samo. Zrobili tak wszyscy mężczyźni. Metal przylegający do gołej skóry gwarantował szybkie odmrożenie, a wszyscy w klanie widzieli czarne

zgrubienia, jakie zostawiały na skórze. Wielu chętnie opowiadało o przypadku Jona Marrowa, który wlazł do jakiejś dziury, żeby się załatwić, gdy w okolicy pojawili się Dhoone’owie. Nim odeszli, a on wygramolił się z dołka, jego przyrodzenie zamarzło jak mięso schowane na zimę. Powiadano, że nic nie czuł, dopóki nie przyniesiono go do ciepłego okrąglaka, gdzie naprężone i lśniące ciało zaczęło rozmarzać. Jego wrzaski nie pozwoliły nikomu zasnąć przez całą noc. Raif przeciągnął ręką po cięciwie, żeby rozgrzać wosk. Jeśli Drey koniecznie chce zobaczyć, że nie udaje, proszę bardzo, strzeli trzeci raz. Inaczej brat straci ochotę do zawodów. Ponownie spróbował przywołać do siebie martwe drzewo, szukając nieruchomej linii, która pokierowałaby strzałą. Choć sosna obumarła dziesięć sezonów łowieckich temu, jeszcze nie całkiem uschła. Tylko straciła igły. Żywica zakonserwowała konary, a zimne, suche powietrze nie pozwoliło grzybom rozplenić się pod korą. Tem mówił, że na Wielkim Pustkowiu trzeba setek, czasami tysięcy lat, by drzewo spróchniało. Mijały sekundy, gdy koncentrował się na celu. Im dłużej się wpatrywał, tym bardziej martwe wydawało się drzewo. Czegoś mu brakowało. Lodowe zające były żywe. Raif czuł ich ciepło pomiędzy oczami. Wyobrażał sobie płynący w nich strumień gorącej krwi i widział linię łączącą serce z grotem strzały tak wyraźnie, jak pies widzi swoją smycz. Zaczynał rozumieć, że nieruchoma linia oznacza śmierć. Wreszcie się poddał. Przestał szukać ukrytego serca drzewa i skupił wzrok na wymalowanym kręgu. Mierząc w pierzysko strzały Dreya, strzelił. W chwili, gdy kciuk uwolnił cięciwę, zakrakał kruk. Wysoki i przeszywający krzyk padlinożercy zdawał się rozszczepiać samą substancję czasu. Raif poczuł dotyk lodowatych palców na kręgosłupie. W oczach mu się zaćmiło, gęsta i gorąca ślina o smaku metalu spłynęła do ust. Zatoczył się i puścił łuk, który uderzył gryfem o ziemię i przewrócił się z suchym trzaskiem. Strzała z tępym odgłosem ugrzęzła w pniu, o szerokość palca pod strzałą Dreya. Nawet na nią nie spojrzał. Czarne plamki tańczyły przed jego oczami, gorące jak sadza buchająca z ogniska. –Raif! Raif! Poczuł, jak wielkie, muskularne ręce brata opasują jego ramiona, wciągnął w nozdrza zapach oleju kopytkowego, garbowanej skóry, koni i potu. Zobaczył wpatrzone w siebie brązowe oczy brata. Drey miał stroskaną minę. Jego cenny cisowy łuk leżał płasko na ziemi. –Usiądź. – Drey posadził go na mchu. Chłód zamarzniętej ziemi przegryzł się przez kozłowe spodnie. Raif odwrócił głowę i splunął, żeby pozbyć się metalicznej śliny. Piekły go oczy. Tępy ból w głębi czoła

wywoływał nudności. Zacisnął szczęki, aż zazgrzytały zęby. Czas mijał. Drey nic nie mówił, tylko obejmował go z całej siły. Raif chciał się uśmiechnąć; ostatni raz Drey obejmował go trzy wiosny temu, kiedy spadł z wysokości dwudziestu stóp z sosny zwanej lisią kitą. W wyniku upadku skręcił nogę w kostce. W niedźwiedzim uścisku Dreya pękły mu dwa żebra. To wspomnienie podziałało kojąco i ból powoli zaczął ustępować. Mgła ustąpiła sprzed oczu. Narastało w nim złe przeczucie. Przekręcił się w ramionach brata i spojrzał w kierunku obozowiska. Omył go smród metalu, gęsty jak tłusty dym z dołów do wytapiania łoju. Drey popatrzył w tę samą stronę. –Co się stało? – Jego głos zdradzał napięcie. –Nie czujesz tego? Drey pokręcił głową. Obóz leżał pięć mil na południe, ukryty w obniżeniu terenu. Raif widział tylko szybko ciemniejące niebo, niskie grzbiety i skaliste równiny złych ziem. Ale coś czuł. Coś okropnego, nie dającego się nazwać, jak wówczas, gdy koszmary wyrywały go ze snu w ciemnościach czarnych jak smoła lub gdy wracał pamięcią do dnia, w którym Tem zamknął go w domu kamienia ze zwłokami matki. W tym czasie miał osiem lat i był dość duży, by darzyć śmierć należnym respektem. W domu kamienia panował mrok, zagęszczony przez kłęby dymu. Wydrążony lipowy pień, w którym leżała matka, pachniał mokrą ziemią i zgnilizną. Wnętrze pnia natarte zostało siarką, żeby odpędzać robaki i padlinożerców, kiedy ciało spocznie na ziemi. Raif czuł teraz zło. Czuł smród metalu, siarki i śmierci. Wyrywając się z uścisku Dreya, krzyknął: –Musimy wracać. Drey puścił go i wstał. Wyciągnął zza pasa rękawice z psiej skóry i założył je dwoma gwałtownymi ruchami. –Dlaczego? Raif potrząsnął głową. Ból i nudności minęły, ale ich miejsce zajęło coś innego: dojmujący, drążący go strach. –Obozowisko.

Drey pokiwał głową. Zaczerpnął powietrza, jakby chciał coś powiedzieć, lecz nagle się rozmyślił. Podał mu rękę i jednym szarpnięciem poderwał z ziemi. Gdy Raif otrzepywał spodnie ze szronu, Drey podniósł oba łuki i wyciągał strzały z pnia. Kiedy odwrócił się od sosny, Raif zauważył, że lotki strzał w jego dłoni drżą jak liście osiki. Ta drobna oznaka lęku brata zaniepokoiła go bardziej niż cokolwiek innego. Drey był starszy o dwa lata i nie bał się niczego. Opuścili obozowisko przed wschodem słońca, jeszcze zanim wygasł żar ogniska. Nikt za wyjątkiem Tema nie wiedział, że odeszli. To była ich ostatnia szansa na zapolowanie przed zwinięciem obozu i powrotem do okrąglaka na zimę. Wieczorem Tem przestrzegł ich przez błąkaniem się samopas po złych ziemiach, choć wiedział, że nic ich nie powstrzyma. “Synowie! – rzekł, potrząsając wielką, siwiejącą głową. – Nie będę wam powtarzać, co wolno, a czego nie wolno. Równie dobrze mógłbym zająć się iskaniem psów. Wieczorem w nagrodę za kłopot miałbym przynajmniej odpchlone szczeniaki”. Tem silił się na groźną minę i posępnie marszczył czoło, ale jak zwykle zdradziły go oczy. O brzasku Raif odsłonił skórzane skrzydło namiotu, który dzielił z ojcem i bratem, i zobaczył tobołek na kamieniu do grzania. Jedzenie. Prowiant myśliwych. Tem zapakował dwie uwędzone w dymie pardwy, mendel jaj ugotowanych na twardo i tyle pasków suszonej baraniny, że wystarczyłoby na załatanie wielkiej jak łoś dziury w namiocie. Wszystko to dla synów, którzy wypuszczali się na wyraźnie im zakazaną wyprawę myśliwską. Raif uśmiechnął się. Tem Sevrance dobrze znał swoich synów. –Załóż rękawice. – Drey zachowywał się jak starszy brat. – I naciągnij kaptur. Temperatura szybko spada. Raif posłuchał, naciągając rękawice dłońmi, które zdawały się wielkie i niezdarne. Zadygotał, gdy kolejna fala dreszczy przemknęła po krzyżu. Drey miał rację: robiło się coraz zimniej, ale troskliwość brata tylko ich opóźniała. –Idziemy. Musieli wrócić do obozu. Natychmiast. Coś było nie w porządku. Chociaż Tem stale powtarzał, czym grozi utrata sił w wyniku biegania na mrozie, Raif nie mógł się powstrzymać. Spluwał raz za razem, lecz nie mógł pozbyć się z ust posmaku metalu. Powietrze źle pachniało, a chmury nad głową zdawały się ciemniejsze, niższe, coraz bliższe. Na południu ciągnęła się linia łysych, podobnych jedno do drugiego wzgórz, na zachód od nich pięły się Nadmorskie Pasma. Tem mówił, że to z ich powodu Pustkowie i złe ziemie są takie suche. Mówił, że szczyty gór wysysają każdą kroplę wilgoci z przepływających nad nimi chmur burzowych.

Trzy ustrzelone zające obijały się o jego biodro. Raif nienawidził ich ciepła, a zapach krwi przyprawiał go o mdłości. Kiedy dotarli do Jeziora Starych Wnykarzy, odwiązał sakwę od pasa i cisnął w środek mętnej, czarnej wody. Zasilane przez rzekę jezioro jeszcze nie zamarzło. Tęgi mróz musiał trzymać przez tydzień, żeby skuł je lód. Woda wydawała się oleista, gotowa do zamarznięcia. Gdy worek opadał na dno, plamy roślinnego tłuszczu i kępki łosiej sierści zatańczyły w kręgach na powierzchni. Drey zaklął. Raif nie zrozumiał słów, ale domyślił się, że chodziło o marnotrawienie upolowanej zwierzyny. W miarę, jak biegli na południe, krajobraz stopniowo się zmieniał. Coraz liczniejsze drzewa stawały się wyższe i bardziej proste, łaty porostów złych ziem ustępowały wysokiej trawie, krzewom i turzycy. Tropy koni i dzikich zwierząt krzyżowały się w zamarzniętej ściółce, a z podszytu podrywały się tłuste pardwy: pierzaste, dziobate kule. Raif ledwie zwracał uwagę na otoczenie. Byli już blisko obozu i powinni dostrzec dym, usłyszeć podzwanianie metalu, podniesione głosy, śmiech. Mace, przybrany syn Dagra Blackhaila, powinien wyskoczyć im na powitanie na swym krępym kucu. Drey ponownie zaklął. Cicho, pod nosem. Raif oparł się chęci spojrzenia bratu w twarz. Bał się tego, co mógłby zobaczyć. Drey, doskonały jeździec, łucznik i młociarz, wyprzedził go, gdy pędzili w dół zbocza do obozu. Raif zmusił się do większego wysiłku, zaciskając pięści i wysuwając brodę przed siebie. Nie chciał stracić brata z oczu i nie podobała mu się myśl, że Drey samotnie wpadnie w krąg namiotów. Lęk wstrząsnął jego ciałem, naprężył skórę i jelita. W obozie zostało trzynastu mężczyzn: Dagro Blackhail i jego syn Mace, Tem, Chad i Jorry Shank, Mallon Clayhorn i jego syn Darri, przez wszystkich zwany Półmasztem… Raif lekko potrząsnął głową. Trzynastu mężczyzn na złych ziemiach mogło okazać się niewiarygodnie łatwą zdobyczą. Na równinach nie brakowało wojowników z klanu Dhoone, Bludd, Okaleczonych Ludzi. Ścisnęło go w dołku. I Sullów. Byli również Sullowie. Wreszcie zobaczył ciemne, poszarzałe od deszczu i słońca namioty. W obozie panowała cisza. W zasięgu wzroku nie było koni ani psów. Na pustym placu ciemniała jama, w której rozpalano ognisko. Rozsznurowane skrzydła namiotów łopotały na wietrze niczym sztandary pod koniec bitwy. Drey wyrwał się do przodu, ale zaraz stanął jak skamieniały i czekał na niego. Oddychał z trudem, urywanie, powietrze buchało z nosa i ust w wielkich białych pióropuszach. Nawet nie spojrzał, gdy zbliżył się Raif.

–Wyciągnij broń – syknął. Raif już trzymał miecz w dłoni, ale przeciągnął nim po pochwie z gotowanej skóry, naśladując szmer towarzyszący dobywaniu broni. Gdy tylko Drey usłyszał hałas, skoczył do obozu. Najpierw natknęli się na Jorry’ego Shanka. Leżał w rowie z obrokiem przy konowiązach. Drey obrócił ciało i odkrył śmiertelną ranę. Twarz Jorry’ego w miejscach zetknięcia z ziemią miała żółtawy odcień zamarzniętej skóry. Rana, wielka jak pięść, sięgająca do samego serca, zadana została mieczem. Z jakiegoś powodu prawie wcale nie spłynęła krwią. –Może krew zamarzła… – mruknął Drey, kładąc ciało tak, jak leżało. Słowa zabrzmiały jak modlitwa. –Nawet nie zdążył dobyć miecza. Patrz. – Raif był zaskoczony spokojnym brzmieniem własnego głosu. Drey przytaknął. Poklepał Jorry’ego po ramieniu i odsunął się kawałek. –Tu są ślady koni. Zobacz. – Raif kopnął ziemię przy pierwszym słupku. Stwierdził, że łatwiej skoncentrować się na tym, co mógł zobaczyć tutaj, na skraju obozu, niż spojrzeć w stronę kręgu namiotów i tego jednego – podniszczonego, często reperowanego, z filcu i łosiowej skóry – należącego do Tema Sevrance’a. – Tych śladów nie zostawiły konie Blackhailów. –Bluddowie używają żłobkowanych podków. “Podobnie jak inne klany i nawet niektórzy mieszkańcy miast” – pomyślał Raif, ale nie miał zamiaru przeczyć słowom brata. Klan Bludd stawał się coraz bardziej liczny, coraz częściej przypuszczał ataki na granice sąsiadów i kradł stada bydła. Vaylo Bludd miał siedmiu synów i krążyła pogłoska, że marzą mu się osobne włości dla każdego z nich. Mace Blackhail powiedział, że Vaylo Buldd zabija i zjada własne psy, choć ma na rożnie nad ogniem łosiowe i niedźwiedzie mięso. Raif ani trochę nie wierzył w tę opowieść – dla członka klanu zjedzenie własnego psa graniczyło z kanibalizmem, usprawiedliwionym jedynie w przypadku długotrwałego głodu grożącego śmiercią – ale inni, łącznie z Dreyem, wzięli jego słowa za dobrą monetę i uwierzyli. Mace Blackhail był o trzy lata starszy od Dreya i kiedy mówił, Drey pilnie nadstawiał ucha. W miarę zbliżania się do kręgu namiotów, ich kroki stawały się coraz wolniejsze. Na ziemi leżały martwe, oblepione lodem psy ze śliną zamarzniętą na stępionych kłach. W masywnych szarych łbach lśniły nieruchome żółte oczy. Lodowaty wiatr najeżył im sierść na karkach, przez co martwe psy wyglądały jak miniatury turów. Jak w

przypadku ciała Jorry’ego Shanka, tutaj też było niewiele krwi. Raif czuł w nozdrzach smrodliwą woń stopionego metalu. Powietrze wydawało się inne, lecz brakowało słów, żeby określić, na czym polega różnica. Nasuwało mu na myśl powoli krzepnącą wodę Jeziora Starych Wnykarzy. Coś sprawiło, że jakby zgęstniało, uległo zmianie. Coś o sile równej potędze samej zimy. –Raif! Tutaj! Drey wszedł już w krąg namiotów i teraz klęczał niedaleko dołu ogniska. Raif zobaczył znajomy rząd garnków i schnących skór rozwieszonych na świerkowych gałęziach nad dołkiem, i zapas polan przygotowanych do porąbania na szczapy. Widział nawet częściowo sprawione cielsko niedźwiedzia, którego wczoraj Dagro Blackhail ubił na turzycowej łączce na wschód od obozu. Niedźwiedzie futro, z którego był taki dumny, suszyło się na pobliskiej drabince. Zamierzał sprezentować je żonie, Rainie, kiedy wyprawa myśliwska powróci do okrąglaka. Ale Dagro Blackhail, naczelnik klanu Blackhail, nigdy nie wróci do domu. Drey klęczał nad częściowo zamarzniętym ciałem. Dagro otrzymał potężny cios w plecy mieczem o szerokiej głowni. Ręce miał zbryzgane krwią, podobnie jak topór rzeźniczy o szerokim ostrzu. Ale nie była to ani jego krew, ani napastnika. Pochodziła z oskórowanego i wypatroszonego niedźwiedzia leżącego u jego stóp; Dagro musiał kończyć oprawianie zwierza, kiedy zaskoczono go od tyłu. Raif chrapliwie wciągnął powietrze i opadł na kolana u boku brata. Coś dławiło go w gardle. Patrzył na dużą, szeroką twarz Dagra Blackhaila. Naczelnik klanu nie umarł w spokoju. Furia zamarzła w jego oczach. Lód w wąsach i brodzie okalał usta zaciśnięte z gniewu. Raif podziękował Kamiennym Bogom, że jego brat nie zalicza się do ludzi, którzy mielą językiem bez powodu. Trwali w milczeniu, stykając się ramionami, oddając należny hołd człowiekowi, który przez dwadzieścia dziewięć lat dowodził klanem Blackhail, kochany i szanowany przez wszystkich jego członków. “Jest prawym mężem – rzekł niegdyś Tem o naczelniku klanu w jednej z tych rzadkich chwil, kiedy był skłonny wypowiadać się na tematy nie związane z polowaniem i psami. – Może brzmi to skromnie w zestawieniu z innymi pochwałami sypanymi na głowę Dagra Blackhaila, ale cnota prawości jest najtrudniejsza do codziennego praktykowania. Niekiedy naczelnik musi wystąpić przeciwko zaprzysiężonym braciom i swoim krewnym. Dla nikogo nie jest to łatwe”. Raif uważał, że była to jedna z najdłuższych mów, jakie wygłosił jego ojciec. –Coś tu nie pasuje. – To było wszystko, co miał do powiedzenia Drey, gdy wstał znad ciała Dagra Blackhaila. Raif doskonale wiedział, o co mu chodzi. Coś tu nie pasowało.

Byli tutaj ludzie na koniach, używali jedno i dwuręcznych mieczy. Konie myśliwych przepadły, zostały skradzione. Psy leżały zarżnięte. Obóz rozbito na otwartym terenie, a Mace Blackhail stał na warcie, więc najeźdźcy nie mogli podejść niezauważalnie. Jeźdźcy robią hałas, zwłaszcza na złych ziemiach, gdzie twarda jak kość tundra dudni pod kopytami. I ten brak krwi… Raif ściągnął kaptur i przegarnął zmierzwione czarne włosy. Drey szedł w stronę namiotu Tema. Chciał go zawołać, powiedzieć, że najpierw powinni sprawdzić inne namioty, doły do wytapiania tłuszczu, brzeg strumienia, granicę obozu po drugiej stronie – zajrzeć wszędzie z pominięciem tego jednego namiotu. Drey, jakby słysząc jego myśli, odwrócił się. Machnął ręką i czekał. Dwa jasne punkty bólu zakłuły Raifa za oczami. Drey zawsze czekał. Synowie Tema Sevrance’a razem weszli do namiotu ojca. Ciało leżało parę kroków od wejścia. Wyglądało na to, że Tem szedł do wyjścia, kiedy szeroki miecz strzaskał jego mostek i obojczyk, wbijając drzazgi kości w tchawicę, płuca i serce. Upadł z mieczem w ręce, ale, jak w przypadku Jorry’ego Shanka, broń nie była zakrwawiona. –Znów szeroki miecz – rzekł Drey głosem początkowo wysokim, potem chrapliwym, kiedy starał się nad nim zapanować. – Bluddowie ich używają. Raif nie zareagował. W milczeniu stał i patrzył na martwe ciało ojca. Brakowało mu tchu. Zwłoki Tema nie były tak sztywne jak inne. Ściągnął rękawicę i pochylił się, żeby dotknąć policzka ojca. Zimne, martwe ciało. Nie zamarznięte, ale zupełnie zimne, bez odrobiny życia. Gwałtownie cofnął rękę, jak po dotknięciu czegoś gorącego, i potarł dłonią o spodnie. Miał wrażenie, że zbrukało ją coś nieczystego. Tem odszedł. Odszedł. Nie czekając na Dreya, odrzucił na bok klapę namiotu i wyskoczył na zewnątrz. Niebo nad obozem szybko ciemniało. Jego serce waliło dziko, nieregularnie. Musiał coś zrobić – to był jedyny sposób, żeby nie pękło. *** Kiedy kwadrans później Drey znalazł brata, prawa ręka Raifa odsłonięta była po samą pachę i zbroczona krwią z trzech odrębnych nacięć. Drey zrozumiał w jednej chwili. Rozdarł swój rękaw i ruszył od jednego zabitego do drugiego. Wszyscy zmarli, nie nurzając broni w krwi napastników. Śmierć z czystym ostrzem nie przynosiła chwały wojownikowi, więc bracia po kolei brali ich broń, nacinali skórę i moczyli ostrza we własnej krwi. Była to jedyna rzecz, jaką mogli zrobić dla swojego klanu.

Kiedy po powrocie do okrąglaka ktoś zapyta – a zawsze ktoś pytał – czy wojownicy zginęli w walce, będą mogli powiedzieć: “Ich broń spływała krwią”. Dla członka klanu słowa te miały ogromne znaczenie. Raif i Drey chodzili po obozie, znajdując zabitych w namiotach i pod gołym niebem, niektórych z bladymi sopelkami moczu przymarzniętymi do ud, innych z włosami najeżonymi jak szczotki, gdyż zaskoczono ich podczas mycia, kilku z zamarzniętymi grudami czarnego twarogu w ustach, a jednego – Metha Ganlowa – obejmującego potężnymi ramionami ulubionego psa, chroniącego go nawet w chwili śmierci. Jeden cios mieczem zabił i człowieka i zwierzę. Później, kiedy srebrne kałuże księżycowej poświaty lśniły na zamarzniętej ziemi, a zwłoki Tema spoczęły przy dole ogniska, blisko innych ciał, choć w pewnym oddaleniu, Raif stanął jak rażony gromem. –Nie znaleźliśmy Mace’a Blackhaila – powiedział. Rozdział 2

DNI CIEMNIEJSZE OD NOCY Ash March przebudziła się raptownie. Usiadła na łóżku, okryła ramiona ciężką jedwabną narzutą i szczelnie się otuliła. Znów śniła o lodzie. Parę razy odetchnęła głęboko, żeby się uspokoić, a potem rozejrzała po komnacie. Z dwóch bursztynowych lamp stojących na gzymsie kominka paliła się tylko jedna. Dobrze. To znaczyło, że Katia nie przyszła, żeby dołożyć żywicy. Kłębuszek srebrzystych blond włosów, które zdjęła ze szczotki przed położeniem się do łóżka, leżał nienaruszony pod drzwiami. A zatem nikt nie wchodził do komnaty. Ash odprężyła się odrobinę. Palce stóp, skulone pod pościelą, wyglądały komicznie tak daleko od reszty ciała – poruszyła nimi, po prostu żeby sprawdzić, czy na pewno należą do niej. Uśmiechnęła się, gdy zareagowały. Palce stóp były zabawne. Uśmiech nie bardzo jej wyszedł. Kiedy tylko mięśnie twarzy rozluźniły się, natychmiast przypomniał się jej sen. Do pościeli, skręconej wokół talii, mokrej od potu, przywierała cierpka woń strachu. Znów nękały ją złe sny, drugi raz w ciągu tygodnia. Mimowolnie podniosła rękę do ust, niemal jakby próbowała coś powstrzymać. Choć w komnacie było ciepło – węgiel drzewny żarzył się w metalowym koszu pod warstwą nasączonego olejem filcu, grzały też rury z gorącą wodą, obsługiwane przez palacza i jego załogę trzy kondygnacje niżej – palce miała zimne jak lód. Wbrew woli, mimo usilnych starań, żeby temu zapobiec, nawiedziły ją obrazy z koszmaru. Zobaczyła jaskinię o ścianach z czarnego lodu. W jej stronę wyciągnęła się płonąca ręka, pęknięcia pomiędzy palcami broczyły krwią. Ciemne oczy obserwowały, czekały… Ash zadrżała. Opuściła rękę na łóżko i z całej siły zaczęła uderzać w poduszkę, żeby przepędzić wspomnienia. Nie chciała myśleć o śnie. Nie chciała się dowiedzieć, czego łaknęły te zimne oczy. Puk. Puk. Puk. Trzy lekkie skrobnięcia w drzwi ze skamieniałego drewna. Coś zacisnęło się w jej piersiach, serce na chwilę zamarło, oddech uwiązł w gardle. Choć brakowało jej tchu od uderzania w poduszkę, nie zaczerpnęła powietrza. Nawet nie zamrugała. “Bądź cicha jak opadający kurz” – przykazała sobie, nie odrywając wzroku od drzwi. Idealnie szarą powierzchnię, twardą jak żelazo i porysowaną delikatnymi słojami, szpeciły trzy czarne wgłębienia wielkości kciuka: otwory na skoble. Sześć miesięcy temu dała swojej służce Katii cztery półsztuki srebra, żeby na żelaznym rynku w pobliżu Bramy Jałmużników kupiła rygiel do drzwi komnaty. Katia spełniła polecenie i wróciła z żelazną zasuwą dość wielką, by zaryglować bramę fortecy. Ash sama

zamocowała metalową sztabkę i skobel. W trakcie mozolnej pracy stłukła sobie paznokieć, który zrobił się czarny, i złamała dwie srebrne szczotki, ale bolce weszły we właściwe miejsca i zasuwa sprawowała się jak należy. Przez tydzień spała lepiej niż kiedykolwiek. Do czasu. Puk, puk, puk. Ash wbiła oczy w puste dziury po bolcach. Nie zrobiła nic, by odpowiedzieć na drugą serię kołatania. –Asarhio. – Pauza. – Prawiecórko, nie próbuj mnie zwodzić. Ash opadła na łóżko. Jedną ręką przewróciła poduszkę mokrą od potu, drugą przygładziła włosy. Gdy tylko zamknęła oczy, usłyszała skrzyp otwieranych drzwi. Penthero Iss przyniósł z sobą lampę i ostry błękitny blask płonącej nafty przyćmił światło żywicznego kaganka. Stanął w progu i popatrzył na nią. Nawet mając zamknięte oczy, wiedziała, co robi. Odczekał dłuższą chwilę, nim przemówił. –Prawiecórko, nie sądzisz, iż wiem, kiedy ktoś mnie oszukuje? Nadal zamykała oczy, ale niezbyt mocno – już raz zdradziła się silnym zaciskaniem powiek. Nie zareagowała na jego słowa, koncentrując się na płytkim i miarowym oddychaniu. –Asarhio! Trudno było nie zadrżeć. Robiąc zaspaną minę, udając, że wyrwał ją ze snu, otworzyła oczy, po czym przetarła je z wigorem. –Och, to ty. Nie zwracając uwagi na ten pokaz, Penthero Iss wszedł do komnaty, postawił lampę na ołtarzyku z czerwonego drewna obok miseczek ofiarnych z suszonymi owocami i kawałkami mirry, splótł dłonie o długich palcach i potrząsnął głową. –Poduszki, prawiecórko. – Palec wskazujący lewej ręki zakreślił kółko, wskazując nogi łóżka. – We śnie rzadko kopie się poduszki tak mocno, że odcisk stopy zostaje na nich do rana. Ash przeklęła wszystkie poduszki w Fortecy Masce. Przeklęła Katię za cowieczorne spiętrzanie na łóżku jedwabnych, puszystych, bezużytecznych worków gęsiego

puchu. Penthero Iss podszedł do łóżka. Misterne złote łańcuszki wplecione w tkaninę ciężkiego jedwabnego płaszcza dzwoniły cichutko, gdy się poruszał. Choć nie był muskularny, nosił się sztywno, jakby miał kręgosłup wykuty z kamienia. Jego twarz, gładka niczym odarty ze skóry zając, była pociągła i blada. Wyciągjąc smukłą, wypielęgnowaną, całkowicie bezwłosą dłoń, powiedział: –Jak bardzo cię miłuję, prawiecórko. – Ręka, nie doczekawszy się uścisku, odsunęła się, żeby zakreślić krąg w powietrzu. – Popatrz na wszystko, czym cię obdarzyłem: srebrne grzebienie, wonne olejki… –Jesteś moim ojcem, który miłuje mnie bardziej niż mógłby miłować prawdziwy. – Ash zacytowała jego słowa. Straciła rachubę, ile razy słyszała je w ciągu szesnastu lat. Penthero Iss, surlord Spire Vanis, dowódca Straży Rive, kasztelan Fortecy Maski i pan Czterech Bram, z niezadowoleniem potrząsnął głową. –Drwisz ze mnie, prawiecórko? Czując lekkie ukłucie winy, Ash nakryła dłonią jego rękę. Winna była miłość i szacunek człowiekowi, który stał się jej przybranym ojcem i panem. Szesnaście lat temu, na długo przed przybraniem tytułu niezależnego surlorda, Penthero Iss znalazł ją za Płonną Bramą. Była noworodkiem, porzuconym dziesięć kroków od bramy miasta. Wszystkie takie znajdy wzbogacały protektorskie mienie. Iss w owym czasie sprawował urząd protektora generalnego, odpowiedzialnego za bezpieczeństwo i obronę miasta. Zawiadywał patrolowaniem Czterech Bram, kierował podkomendnymi, towarzyszamistrażnikami zbrojnymi w czerwone miecze, oraz dowodził siłami obsadzającymi mury. Od kiedy Thomas Mar wykuł pierwszy Miecz Rive ze stali i wytoczył nim krew z ludzi, którzy zdradzili go pod Wzgórzem Hove, żaden protektor nie otrzymywał zapłaty za swoją pracę. Przez stulecia protektorzy utrzymywali się ze swoich folwarków, ojcowizn i nadanej ziemi. Dzisiaj nie było już ziemi do nadawania, do Straży wstępowało coraz to więcej ludzi nikczemnego stanu, a protektorzy czerpali dochody z innych, mniej szlachetnych źródeł. Towary z przemytu, miecze o niezgodnej z prawem długości albo krzywiźnie ostrza, strzały z haczykowatymi grotami, zakazane substancje takie jak siarka, żywice i saletra potasowa, które mogły być użyte do wyrobu prochu, pokątnie pędzony alkohol, trucizny, wywary nasenne i proszki uśmierzające ból, nieuczciwie zdobyte dobra, łupy znalezione u przestępców i to, co zostało porzucone w obrębie murów miejskich skrzynie gnijącej kapusty, tłuste prosiaki zerwane z uwięzi czy też noworodki zostawione w śniegu na

pewną śmierć – wszystko to należało do protektora. A protektor mógł ze swoim mieniem robić, co tylko chciał. Protektorskie mienie uczyniło Penthera Issa bogatym człowiekiem. Jak gdyby odgadując jej myśli, Iss przysunął usta do jej ucha. –Nie zapominaj, prawiecórko, że podczas sprawowania przeze mnie urzędu natknąłem się na tuziny porzuconych osesków, a jednak to ciebie postanowiłem wychować jak własne dziecko. Ash mimo starań nie mogła opanować drżenia, które przebiegło po jej krzyżu. Inne dzieci Iss sprzedawał ciemnoskórym kapłanom ze Świątyni Kości. –Jesteś zziębnięta, prawiecórko. – Bezwłose palce Penthero Issa przesunęły się po ręce Ash do jej ramienia. Błądziły po szyi, szukając ciepła, tętna, nabrzmiałych gruczołów. Zwalczyła impuls, który nakazywał jej się odsunąć. Nie chciała w żaden sposób prowokować Issa. Gdyby potrzebowała jakiegoś dowodu, wystarczyło spojrzeć na trzy ślepe dziury po ryglu w drzwiach ze skamieniałego drewna. –Twoja krew pędzi, Asarhio. – Iss pochylił się nad nią. – A serce… Niezdolna znieść tego dłużej, szarpnęła się w tył. Iss złapał nocną koszulę i skręcił płótno w garści. –Znów miałaś sen, prawda? – Nie odpowiedziała. Włókna muślinu pękały pod naciskiem jego ręki. – Pytam cię! Prawda? Ash milczała. Wiedziała, że twarz ją zdradza. Jej policzki rumieniły się przy każdym kłamstwie. –Co widziałaś? To było w szarym kraju? Jaskinia? Gdzie byłaś? Myśl. Myśl. Potrząsając głową, krzyknęła: –Nie wiem! Nie wiem. Widziałam jaskinię wyłożoną lodem… to mogło być wszędzie. –Widziałaś, co leżało za nią? – Słowa płynęły z ust Issa niczym mroźna mgła, lodowata i skrząca się błękitem. Wisiały w powietrzu, chłodząc przestrzeń między nimi, sprawiając, że trudno jej było oddychać. Ash zobaczyła, że żuchwa Issa zastyga w bezruchu. Usłyszała mlaśnięcie śliny w jego ustach. –Ojcze, nie rozumiem, o co ci chodzi. Sen skończył się tak szybko. Ledwie pamiętam, co widziałam.

Penthero Iss zamrugał, gdy nazwała go ojcem. Cień smutku przemknął przez jego oblicze tak szybko, że wątpiła, czy w ogóle go widziała. Powoli, z rozmysłem, odsłonił szare zęby. –Czy musiało do tego dojść? Kłamstwa znajdy wychowanej jak własne dziecko… Iss nieczęsto pokazywał zęby. Były drobne, schowane za obwisłą wargą. Plotka mówiła, że szkliwo zostało spalone w wyniku magicznych, leczniczych zabiegów, jakim poddano go w pacholęcym wieku. Niezależnie od przyczyny, Iss wykształcił nawyk mówienia, uśmiechania, jedzenia i picia bez odsłaniania zębów. Jednym szybkim ruchem Iss znalazł krągłość jej lewej piersi. Przez chwilę obejmował niewielki wzgórek, potem go uszczypnął. –Nie będziesz wiecznie dzieckiem, Asarhio. Już wkrótce pokaże się stara krew. Ash poczuła, że płoną jej policzki. Nie rozumiała, o czym on mówi. Iss przypatrywał się jej przez dłuższą chwilę, jego zielona jedwabna szata mieniła się w jaskrawym świetle płonącej nafty. Wreszcie puścił koszulę i wstał. –Doprowadź się do porządku, dziecko. I nie zmuszaj mnie, bym znów musiał cię strofować. Ash oddychała równo i starała się nie okazywać strachu. Na usta cisnęły się jej niezliczone pytania, lecz była dość mądra, aby ich nie zadawać. Iss umiał żonglować słowami. Oczywiście udzielał odpowiedzi, które brzmiały nad wyraz logicznie, ale co z tego? Później, kiedy pytający zostawał sam i miał czas na przemyślenie, dochodził do wniosku, że w rzeczywistości niczego się nie dowiedział. Kiedy Iss się odsunął, Ash poczuła zapach, który czasami przywierał do jego odzienia. Woń starych, bardzo starych rzeczy zamkniętych tak szczelnie, że wyschły na kruche łupiny. Coś przesunęło się na skraju pola widzenia. Przebiegło ją drżenie, drobne włoski najeżyły się na jej karku i znów zawładnął nią koszmar. Sięgała, sięgała w ciemność. –Asarhia? Wróciła do rzeczywistości. Penthero Iss patrzył na nią, jego pociągła, gładka twarz lśniła z podniecenia. Cienie tańczyły po obitej jedwabiem ścianie. Ash nadal pamiętała miękkie kunie i sobolowe futra, które niegdyś zajmowały miejsce jedwabiu. Iss przysłał strażnika, który zdarł je i zastąpił gładkim, bezkrwistym jedwabiem. Futra i zwierzęce skóry budziły w nim obrzydzenie; nazywał je barbarzyńskimi zbytkami i nie życzył sobie, by wisiały w komnatach masywnej, rozległej fortecy o czterech

wieżach, która stanowiła serce Spire Vanis. Brakowało jej futer. Bez nich komnata wydawała się zimna i naga. –Jesteś niezdrowa, prawiecórko. – Iss splótł ręce w charakterystyczny dla niego gładki węzeł kości i ciała. – Posiedzę z tobą przez ostatnią godzinę nocy. –Och, nie, proszę. Muszę wypocząć. – Ash potarła czoło, starając się zachować jasność myśli. Co się z nią działo? Podniesionym głosem poprosiła: – Wyjdź. Po prostu odejdź. Muszę skorzystać z nocnego naczynia. Wypiłam za dużo wina do kolacji. Iss nie okazał żadnych emocji. –Tak, wina… Myślisz, że Katia nie powiadomiła mnie, iż nie tknęłaś czerwonego trunku z cynowego dzbana, a później odesłałaś ją, gdy przyniosła ci białe wino w srebrnej karafce? – Rozbrzmiał stłumiony metaliczny brzęk: Iss kopnął pusty nocnik, który leżał u stóp łóżka wśród zrzuconych poduszek. – I jakoś wytrzymałaś aż do teraz. Katia. Wiecznie Katia. Ash skrzywiła się. Bolała ją głowa; czuła się taka zmęczona i roztrzęsiona, jakby przez całą noc biegła pod górę, a nie spała w wygodnym łóżku. Rozpaczliwie pragnęła zostać sama. Iss, co ją zaskoczyło, ruszył do drzwi. Wsunął palce w puste dziury, odwrócił się do niej i powiedział: –Każę Nożowi stanąć przed twoimi drzwiami. Nie wyglądasz zdrowo, prawiecórko. Jestem strapiony. Jego słowa przeraziły ją niemal tak bardzo, jak nękające ją sny. Marafice Oko budził w niej lęk – bało się go mnóstwo ludzi w Fortecy Masce. Przypuszczała, że głównie z tego powodu jej ojciec trzymał go przy sobie. –Nie możemy zamiast tego zawołać Katii? Iss zaczął kręcić głową jeszcze zanim skończyła mówić. –Myślę, że nasza mała Katia nie jest godnym zaufania stróżem. Spójrz na dzisiejszy wieczór: ty powiedziałaś, że piłaś wino, ona zaś przysięgała, że nie piłaś, i oczywiście muszę postawić słowo swojej córki nad słowem gminnej służki. Nie mam innego wyboru, jak przyjąć, że dziewka skłamała i może to powtórzyć. – Zimny uśmiech. – Jesteś niezdrowa, Asarhio. Trapią cię złe sny i bóle głowy. Jakimż byłbym ojcem, gdybym nie troszczył się o swoją córkę?