wotson

  • Dokumenty43 372
  • Odsłony2 005 355
  • Obserwuję1 363
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 440 706

Jacek Fedorowicz - W zasadzie tak

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :1.3 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
J

Jacek Fedorowicz - W zasadzie tak.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion J Jacek Fedorowicz
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 131 osób, 64 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 46 stron)

Jacek Fedorowicz W ZASADZIE TAK JAK ŻYĆ, CZYLI: WSTĘP - PRZEDMOWA - PROLOG: - INWOKACJA, A TAKŻE ZASADY OGÓLNE PORADNI ZDROWIA PSYCHICZNEGO Szanowni Czytelnicy! Przede wszystkim gratuluję trafnego wyboru. Spośród wielu tytułów wybraliście pozycję właściwą. Nabyliście w księgarni tę oto książeczkę i - jeżeli jeszcze nie zdajecie sobie sprawy, jaki skarb trzymacie w ręce - przyjmijcie moje zapewnienie, że kupiliście właśnie to, co kupić należało. Książeczka jest doskonała. Jako współautor wiem o tym najlepiej. Jej wartość polega na funkcjonalności. Bo - jakkolwiek szata graficzna przedstawia nierzadko wiele do życzenia, jakkolwiek tu i ówdzie zdarzają się błędy stylistyczne, jakkolwiek nad całością ciąży brzemię gadulstwa, ujawniające się w dziwacznej chęci powtarzania jednej i tej samej myśli po pięć razy - dokładne przestudiowanie choćby połowy rozdziałów i zastosowanie się do zawartych w nich porad, pozwoli Wam przeżyć najbliższe lata w całkowitym szczęściu i spokoju.

Od stycznia 1973 roku aż do dziś w każdy poniedziałek, o godzinie 7:30 prowadziłem podobno w programie III Polskiego Radia moją prywatną Poradnię Zdrowia Psychicznego. Piszę „podobno” bo, niestety, nigdy nie słyszałem siebie na antenie. Godzina nadawania była zbyt wczesna, jestem pracownikiem wieczorno-nocnym i rano odsypiam. Ponieważ w podobnej sytuacji znalazło się jeszcze kilka osób, a kilkadziesiąt tysięcy dalszych osób nie posiada radioodbiorników z falami ultrakrótkimi, postanowiłem opublikować w książce część porad mojej poradni. Jedynym celem poradni jest zapewnienie pacjentom szczęścia w życiu codziennym. Nasze szczęście codzienne zależy wyłącznie od naszego samopoczucia. Dobre samopoczucie osiągniemy poprzez odpowiedni stosunek do tych zjawisk życia codziennego, które nam nasze samopoczucie psują. Odpowiedni stosunek oprzemy na: a) poznaniu istoty zjawiska, b) wyuczeniu się odpowiedniego modelu zachowań i reakcji na zjawisko. Wyjaśnię na kilku przykładach najprostszych. Sytuacja wręcz banalna: wchodzimy do sklepu, chcemy coś kupić. Ekspedientka nie reaguje na „dzień dobry”, nie reaguje na „proszę pani”, nie reaguje na „czy dostanę” i ma nam za złe. Sytuacja taka była już setki razy przedmiotem krytyki, a ekspedientka bohaterką niezliczonej ilości żartów rysunkowych, felietonów satyrycznych, ostrych, chłoszczących, odważnych i bezkompromisowych. My krytykować nie będziemy, jakakolwiek myśl o krytyce jest nam obca i proszę nie spodziewać się, że cokolwiek zostanie w niniejszej książeczce skrytykowane. My przede wszystkim (patrz punkt „a”) postaramy się poznać istotę zjawiska. Po głębszym, a nie powierzchownym, krytykanckim przemyśleniu dojdziemy do wniosku, że przecież jesteśmy w sklepie intruzem, który przeszkadza w zasadniczej działalności placówki handlowej, to znaczy: w przyjęciu towaru, zmagazynowaniu towaru, wycenieniu towaru, przecenieniu towaru, dbaniu o prawidłowość ksiąg handlowych, o stan kasy i o całość towaru, aby go ktoś nie ukradł. Działanie ekspedientki jest ze wszech miar słuszne. Ekspedientka konsekwentnie realizuje cel swojej działalności, a celem tym jest odstraszenie nas od kupna, bo przecież sprzedaż towaru, to dla ekspedientki niepotrzebny kłopot, bez którego i tak otrzyma ona swoją pensję. Kiedy sobie to uświadomimy, spojrzymy na ekspedientkę innym wzrokiem: ależ tak! Jest to osoba logicznie myśląca i postępująca zgodnie z naturą ludzką. Gdyby była miła, grzeczna, gdyby nas zachęcała do kupna, oznaczałoby, że jest osobą bezmyślną lub, co gorsza, że coś się za tym kryje. Tu pozwolę sobie przypomnieć przykład sklepu z częściami samochodowymi w Łodzi, którego obsługa była przemiła, a półki zawalone poszukiwanym towarem. Musiało to wzbudzić podejrzenia aparatu ścigania, i słusznie: okazało się, że sklep sprzedawał części kradzione. Wróćmy do naszej ekspedientki. Ewentualny zysk, jaki miałby sklep ze sprzedania nam czegoś tam, to dla ekspedientki właściwie strata sił, które trzeba by przeznaczyć na inkasowanie, księgowanie i odnoszenie pieniędzy do banku. Jak więc należy zachować się w sklepie? Grzecznie, nienatarczywie i przepraszająco. Podkreślam: słusznie przepraszająco, bo naprawdę sprawiamy swoją osobą tylko niesłychany kłopot. Jednocześnie nastawiamy się z góry na odpowiedź „nie ma” i zadowoleni ze swej postawy wychodzimy ze sklepu. Inny przykład. Miał przyjść fachowiec i naprawić lodówkę. Nie przychodzi. Jak się zachowamy? Są dwie szkoły. Pierwsza nakazuje niezwłoczne opisanie przykładu niesumienności pracowników punktu naprawczego i przesłanie skargi władzom, a kopii do prasy. Wielu z Was pisze jeszcze do „Szpilek” z prośbą o napiętnowanie, wyszydzenie i wyśmianie. Naiwna wiara w skuteczność satyry tłumaczy się stosunkowo małą popularnością trzeciego programu Polskiego Radia. Słuchacze moich porad już co najmniej od kilku miesięcy nie wysyłają nigdzie żadnych skarg, ponieważ efekty działania w myśl zasad szkoły pierwszej są bardzo łatwe do przewidzenia: władze przeproszą serdecznie i obiecają, że pracownicy zostaną odpowiednio pouczeni (jak gdyby pracownicy przedtem nie wiedzieli, co powinni robić), a prasa gromkim głosem napiętnuje. W systemie pracy punktu naprawczego nic się nie zmieni, a autor skargi tylko częściowo wyładuje swoją złość, która to złość zwiększy się w następnym tygodniu, w czasie kilkugodzinnego, bezskutecznego czekania na fachowca, który miał przyjść naprawić telefon i nie przyszedł. Druga szkoła, moja, przewiduje działanie znacznie prostsze i skuteczniejsze. Żadnej pisaniny, żadnego

wylewania żółci na papier. Umówiliśmy się, że fachowiec przyjdzie między trzecią a szóstą. Wyznawcy pierwszej szkoły zasiedliby w fotelu i już koło piątej piętnaście gryźliby palce ze złości. A my nie. My zapraszamy przyjaciół i zaczynamy grać w brydża, całkowicie zapominając o fachowcu. Nie spodziewamy się żadnej wizyty, żadnego fachowca. I słusznie. A gdyby stał się cud i fachowiec przyszedł, powitamy go z radością, jak zupełnie niespodziewanego gościa. Jak państwo widzą, wszystko zależy od nastawienia psychicznego i to nastawienie należy sobie niezwłocznie wyćwiczyć drogą trudnych, przyznaję, ale koniecznych treningów. Na każdym kroku powtarzamy sobie: niczego się nie spodziewam, a więc nie dam się niemile zaskoczyć. Wypraktykowałem tę zasadę i pod względem stanu nerwów jestem najzdrowszym człowiekiem w Europie Środkowej. Kiedy mam coś do załatwienia w jakimkolwiek urzędzie, przede wszystkim staram się tego nie załatwiać i żyję sobie nie załatwiony, współczując tym, co się szarpią. Kiedy jednak sytuacja zmusi mnie do załatwiania, postanawiam, że pójdę na spacer, a przy okazji wpadnę do danego urzędu, pobędę tam chwilę i znów wrócę do spacerowania. Proszę zwrócić uwagę na ścisłość sformułowań: wpadnę i pobędę, a nie: wpadnę i będę się starał załatwić sprawę. Wchodząc do urzędu, staram się wykrzesać z siebie maksimum życzliwości dla urzędników, wczuwając się w ich sytuację. Oni mogą załatwić moją sprawę, ale przecież nie muszą. Co więcej: nie powinni. Zbyt szybkie załatwienie mojej sprawy mogłoby ściągnąć na nich różne podejrzenia, na przykład te, że ich przekupiłem. Staram się ich zrozumieć, a zrozumieć to znaczy wybaczyć. Więc wchodzę do urzędu wybaczliwy, w duchu ustalając sobie z góry termin następnej wizyty. Oczywiście, wychodzę z niczym, ale mój stan wewnętrzny jest cudowny: żadnych nerwów, złości, żadnego podnoszenia głosu. A gdyby udało się załatwić? Czy potraficie wyobrazić sobie to szczęście? Zupełnie niedostępne dla tych, co od razu nastawiają się, że urząd istnieje po to, aby sprawnie i szybko załatwiać. Ja rozumiem, że do tego wszystkiego trudno jest się z początku przyzwyczaić, ale musicie się przemóc i zerwać z przestarzałym systemem myślenia, który polega na tym, że od piekarza spodziewamy siaę bułek, od szewca butów, a od Eldomu lodówki. Następne rozdziały przedstawią kilkanaście sytuacji szczegółowych i nauczą Was, jak postępować, aby osiągnąć pełnię szczęścia w życiu codziennym. JAK JEŚĆ Nasza prasa co pewien czas porusza problem gastronomii i niestety, robi to fatalnie. Posłużę się przykładem. Jedna z gazet warszawskich publikowała kiedyś przez kilka tygodni cykl artykułów pod wspólnym hasło-tytułem: „Aby nam się lepiej jadało”. Fałsz był zawarty już w samym tytule, ponieważ redakcji nie chodziło o to, aby nam się lepiej jadało, tylko o to, żeby się wykazać, jak to się popularnie mówi: odfajkować problem. Wynika to jasno z treści artykułów, aczkolwiek pozornie wszystko jest w porządku. Reporterzy obiektywnie przedstawiają koszmarny stan faktyczny naszej gastronomii, a następnie postulują: kierownicy lokali powinni dbać o lokal, kelnerzy powinni podawać, sprzątaczki sprzątać. a kucharze gotować. Jest to często stosowany ton naszej prasy, pouczającej szczegółowo, jak być powinno, wszystkich tych, którzy i tak doskonale wiedzą, jak być powinno, a następnie pokrzykującej ochoczo: hej siup! Weźmy się w garść! Postarajmy się, poprawmy, posprzątajmy, upitraśmy. I wszyscy są zadowoleni. Czytelnik jest zadowolony, bo mu się wydaje, że o niego zadbano, redakcja jest zadowolona, bo poruszyła problem, nawet problem jest zadowolony, to znaczy gastronomia jest zadowolona, bo zwrócono na nią uwagę. Mogła się wypłakać, wyliczyć wszystkie przepisy, które uniemożliwiają jej pracę. Jest ponadto okazja do złożenia samokrytyki, podjęcia paru zobowiązań i udekorowania kilku stolików, jeżeli już nie czystym obrusem, to przynajmniej polnym kwieciem. Przedstawiono po raz setny sprawy znane wszystkim od lat, a konstruktywne wnioski zastąpiono apelami, czyli jałowym pokrzykiwaniem.

Co powinna zrobić popularna gazeta w celu zdyskontowania tytułu „Aby nam się lepiej jadało?” Odpowiedzieć na to pytanie wprost, to znaczy: podać szereg przepisów kulinarnych, umożliwiających każdemu antytalentowi kuchennemu własnoręczne przyrządzenie posiłku, podać spis restauracji, których odwiedzenie grozi szpitalem, podać spis restauracji, których menu powoduje jedynie lekkie bóle żołądka, podać nazwę, adres (ewentualnie dołączyć mapkę, aby było łatwiej trafić) tej jednej restauracji, w której ryzyko zatrucia zmniejszono do minimum. O! Dopiero wtedy moglibyśmy stwierdzić, że działalność gazety jest namacalnie pożyteczna. Aby nie ograniczać się do roli pogromcy prasy (gdybym się ograniczył, zdradziłbym swoje własne ideały, ponieważ z mojego pokrzykiwania też nic nie wynika i nie wyniknie), podam państwu kilka porad praktycznych: jak zachować się w restauracji. Jedyna prawidłowa odpowiedź na to pytanie brzmi: wcale. Restauracja jest ostatnim miejscem, jakie poleciłbym odwiedzić w celu zaspokojenia głodu. Ale niejednokrotnie znajdujemy się w sytuacji bez wyjścia lub raczej: jedynym wyjściem z sytuacji jest odwiedzenie lokalu żywienia zbiorowego i musimy jakoś zadbać o to, aby zjeść w miarę szybko, bezpiecznie i bezkonfliktowo. Prawidłowe zajęcie miejsca obrazuje ilustracja na stronie następnej. Objaśniam: Przede wszystkim zajmujemy miejsce przy stoliku najbliższym kuchni. Działanie psychologiczne: kelner nie musi daleko chodzić. Menu wzięliśmy sobie już przedtem z sąsiedniego stolika. Na kartce z notesu wypisaliśmy czytelnie swoje zamówienie. Następna czynność to natychmiastowe zatopienie się w gazecie. Czynimy tak, jeżeli bardzo się nam spieszy. Gdybyśmy wołali kelnera niecierpliwie, zdradzilibyśmy się, że mamy mało czasu. Wtedy przepadło. Jeżeli jednak w ogóle nie interesujemy się kelnerem, tylko czytamy gazetę, podejrzewa on, że mamy zamiar okupować mu stolik przez kilka godzin i zjawia się już po trzydziestu minutach, czyli natychmiast. Podajemy mu kartkę z zamówieniem, ale uwaga: serdecznie go za to przepraszamy (Kazimierz Rudzki rozmawiając z kelnerem zawsze wstaje) i tłumaczymy, że mamy bardzo słabą pamięć, dlatego sami sobie musieliśmy zapisać. Jeśli tego nie zrobimy, kelner obrazi się. Proszę zrobić kiedyś doświadczenie i zacząć zamówienie od słów: - Może pan zanotuje... - Zapamiętam! - odpowie każdy kelner z godnością i dopiero po drugim dodatku do trzeciego dania wyjmie notes i każe sobie podyktować jeszcze raz od początku. Kelner z kartką odchodzi i udaje się do podręcznego stanowiska administracyjnego, gdzie nasze zamówienie ulega zabonowaniu, przepisaniu, podstemplowaniu, skalkulowaniu; następnie kelner wymienia z pomocnikiem kelnera kilka pism zaadresowanych do bufetowej, śle uczennicę gastronomiczną z podaniem odręcznym do kucharza, bierze z bufetu pokwitowanie, wciąga nasz bryzol na listę sprawozdawczą, jednym słowem: na serio bierze się do nakarmienia nas. My w tym czasie możemy się zająć zdobyciem noża, łyżki i widelca, co nie jest trudne, bo usiedliśmy obok wejścia do kuchni, a tam przeważnie znajdują się sztućce. Gdybyśmy sobie sami nie przynieśli, musielibyśmy długo i z przykrością patrzeć, jak stygnie nam podane jedzenie. Za tę samoobsługę kelner się nie obrazi - po prostu nie zauważy. I to już wszystko. Pozostaje nam czekać (nie nudzi nam się, bo mamy gazetę), następnie zjeść i zapłacić, po czym rozbić rachunek. Rozbić na osoby znajdujące się przy stoliku. Najczęściej tak się zdarza, że wolnych stolików nie ma, są tylko wolne miejsca. Po zjedzeniu prosimy o rachunek, podajemy prośbę „osobno”, na co kelner z udanym zażenowaniem stwierdza: „ja już policzyłem razem” i stoi w pozycji szantażowej. Daje nam do zrozumienia, że jeżeli go w tym momencie odeślemy i zmusimy do ponownego liczenia osobno - wróci do nas z rozbitym rachunkiem najwcześniej za godzinę. Płacimy więc, a następnie rozliczamy się z resztą towarzystwa, to znaczy z ludźmi, którzy przygarnęli nas do stolika lub zostali przez nas przygarnięci, przy czym nie muszę chyba zaznaczać, że osoby te widzą się wzajemnie po raz pierwszy w życiu. Nie rozpatrywaliśmy jeszcze samego zamówienia, ale przypuszczam, że Drodzy Czytelnicy sami wiedzą, że należy zamówić wódkę, której potem nie trzeba, a nawet nie należy (o tym za chwilę)

wypijać, że nie wolno zamawiać nic smażonego, żadnych grzybów, żadnych tatarów, najlepiej żadnych mięs, i że po zamówieniu kotleta mielonego od razu można zatelefonować po pogotowie. Zamawiamy zawsze znacznie więcej niż potrafilibyśmy w siebie wcisnąć, a to dlatego, że połowy zamówionych przez nas potraw nie będzie. Gdybyśmy zamówili, na przykład, tylko jedno drugie danie kelner poinformuje nas, że już nie ma tego dania, ale poinformuje dopiero w momencie, gdy zjedliśmy zupę. Ponowne zamówienie w takiej chwili to wiele, wiele minut straty, ponieważ kelner po wysłuchaniu naszego ponownego zamówienia zaczyna swą działalność administracyjną od początku. Człowiek doświadczony zamawia zawsze danie główne i danie rezerwowe. W restauracji nie wolno pić alkoholu. Wiem, że namawianie do niepicia jest głosem wołającego na puszczy. Ale będę wołał. Pić alkohol można w domu, od biedy można w bramie lub na plaży. Pod żadnym pozorem nie wolno pić w restauracji. Człowiek pijący w restauracji naraża się na ruinę finansową, bo zapłaci rachunek dwu- lub trzykrotnie większy niezależnie od tego ile zjadł i wypił, naraża się ponadto na krzywdy moralne i fizyczne, bo jako pijany ma, co prawda, ogólną sympatię społeczeństwa, ale niech nie zapomina, że jest wyjęty spod prawa. Niech no tylko spróbuje zaprotestować przy dubeltowym rachunku. Telefon na pogotowie milicyjne i koniec. Proszę pamiętać, że kelner, porter, szatniarz (a także: konduktor, kierowca, kontroler, babka toaletowa, listonosz, bileter) są w ewentualnym sporze stroną reprezentującą placówkę państwową, a pijany jest pijany, choćby wypił tylko pół kieliszka i jako taki nigdy nie ma racji. Jego zeznań po prostu nie bierze się pod uwagę. Proszę przyjrzeć się kiedyś pracy portierów nocnych lokali. Leją w mordę aż miło i to zupełnie bezkarnie. A jak czasem uderzą trzeźwego, to jego wina, po co się pętał. Nie bronię tu pijących, chciałbym im tylko uświadomić, że jeżeli piją w restauracji, to niech nie mają potem pretensji do kelnerów, portierów i szatniarzy. To samo zresztą dotyczy wszystkich pozostałych konsumentów, którzy wpadli na niedorzeczny pomysł, że restauracje są po to, aby w nich jadać. Padło tu kilka kąśliwych uwag pod adresem obsługi restauracji; Drodzy Czytelnicy mogliby wysnuć z nich pochopny wniosek, że właśnie ta obsługa jest przyczyną wszystkiego złego. Spieszę zdementować te krzywdzące wnioski. Nie należy nigdy sądzić według pozorów, należy sięgnąć w głąb. Należy sobie uświadomić, z czego żyje kelner, kierownik sali i kucharz. Ich podstawowym dodatkiem do pensji jest udział w Ogólnej Puli Niedoważania. Naiwni konsumenci myślą sobie: „kelner jest niechętny i ślamazarny - nie dam mu napiwku. Popamięta”. Nie tylko nie popamięta, ale nawet nie zauważy. Kelner wcale nie nastawia się na napiwek. Swój dodatek do pensji ma zapewniony z chwilą położenia na talerz waszego bryzolu, który jest ciut lżejszy, niżby to wynikało z dokładnie wypisanej w karcie gramatury. Udział naszego kelnera w Ogólnej Puli Niedoważania jest uzależniony od umowy z Szefem Puli, którym to szefem może być kierownik sali, kucharz, bufetowa - tu niestety nie mogę podać danych konkretnych, ponieważ nie mam wglądu do akt prokuratorskich. Wysokość udziału jest, uzależniona najczęściej od stażu pracy w danym lokalu. System ten ma niestety jeden błąd, który boleśnie odbija się na konsumentach: Szef Puli nie jest w stanie stwierdzić autentycznego wkładu do Puli poszczególnych pracowników. Tak więc kelner sprawny, który, sprawnie i szybko podając, przyczynia się do zwiększenia Puli Niedoważania, nie jest odpowiednio przez Pulę honorowany. Dlatego większość kelnerów pracuje opieszale, wiedząc, że Pula powstanie i tak, bez ich osobistego wysiłku. Ewentualny nasz Ruch Konsumencki nie powinien polegać na krytyce „złych” kelnerów, ponieważ kelnerzy nie są ani źli, ani dobrzy. Winien jest system. Tak więc powinniśmy raczej zmienić system rozliczania udziałów w Ogólnej Puli Niedoważania, czego nie jesteśmy w stanie zrobić, więc nie ma o czym mówić. Stwierdziłem przed chwilą, że świadomy konsument zawsze zamawia wódkę, nie zawsze jednak wie, dlaczego zamawia. Wyjaśniam. Nie chodzi tu wcale o wysokość rachunku, czyli plan obrotu restauracji. Zamówiłeś konsumencie pół litra. Zapłacisz za nie, powiedzmy, dwieście złotych. Kelner przyniósł ci

pół litra, które kupił poprzedniego dnia w sklepie monopolowym za sto złotych. Różnica między tymi dwiema cenami to zarobek na czysto. Zastanów się konsumencie: czy w tej sytuacji twój kilkuzlotowy napiwek ma jakiekolwiek znaczenie? I tak doszliśmy do problemu napiwków. Zapraszam do przestudiowania następnego rozdziału. NOWA ROLA NAPIWKU W ŚWIECIE WSPÓŁCZESNYM Każdy z Was, Drodzy Czytelnicy, niejednokrotnie stawał oko w oko z problemem: dać napiwek, czy nie dać? Jeżeli dać, to jaki? Co będzie bardziej obraźliwe dla kandydata na napiwkobiorcę to, że mu damy, czy to, że mu nie damy? Ten drobny, ale poprzez swą częstotliwość dokuczliwy, problem wprowadzał Was niejednokrotnie w stan rozterki psychicznej. A przecież wiecie, że zadaniem naszego cyklu wykładów jest utrzymywanie Was w stanie ciągłego poczucia spokoju, bezpieczeństwa, rozpraszanie rozterek i wątpliwości. My nie zmieniamy zastanych faktów, nie nawołujemy do żadnych poprawek, my tylko się odpowiednio nastawiamy. Podejdźmy do sprawy historycznie. Czym był napiwek w dawnych czasach? Była to drobna kwota pieniężna, stanowiąca dodatek do oficjalnej zapłaty, wręczana w celu wynagrodzenia dodatkowych, nieobjętych zapłatą usług, jak na przykład: serdeczny uśmiech podczas wykonywania usług, staranniejsze wykonanie, zwiększona szybkość usługi i tak dalej. Stopniowo pierwotna rola napiwku uległa zatarciu, aby ustąpić miejsca tradycji, ale w dalszym ciągu napiwkodawca miał wolny wybór, mógł dać, mógł też nie dać, a przede wszystkim wysokość napiwku uzależniona była od rzeczywistych wartości usług. Osobą gratyfikowaną był wciąż jeszcze napiwkobiorca. Obecnie rzecz ma się odwrotnie: napiwek wręczany jest wyłącznie dla dobra napiwkodawcy. Innymi słowy, większą korzyść z napiwku ma ten, który daje, niż ten, który napiwek bierze. Nie zawsze oczywiście, ale najczęściej. Przeważnie tak się zdarza, że wręczamy napiwek osobie, która zarabia znacznie więcej od nas. Tych kilka złotych to dla niego właściwie nic. Nikły procent miesięcznego zarobku. Pestka. Jako przykład może nam tu posłużyć szatniarz w nocnym lokalu lub modnej kawiarni, któremu dajemy napiwek stosunkowo najczęściej i po tym, co zostało stwierdzone, wydawać by się mogło, że dajemy zupełnie niepotrzebnie. Otóż nie. Osobą, która czerpie korzyści z naszego napiwku jesteśmy my sami. Napiwek umacnia nas w poczuciu przynależności do grupy uprzywilejowanej, mamy pełne złudzenie wielkopańskiego gestu, wydaje nam się, że decydujemy o czyimś stanie majątkowym, osiągamy ogromną satysfakcję natury moralnej, a o to przecież chodzi. Dlatego też należy w dalszym ciągu dawać napiwki. Dla własnego dobra. Bo o innych korzyściach nie ma mowy. Na każdym kroku przekonują nas o tym doświadczenia. Szatniarz, kelner, kierowca taksówki, portier hotelowy i wszyscy inni napiwkobiorcy wykonują swoje usługi zupełnie nie zwracając uwagi na nasze datki. Wykonując usługę nie myślą o perspektywie napiwku, a otrzymawszy napiwek, nie zapamiętają napiwkodawcy jako swego dobroczyńcy. Za następnym razem wcale nie podnoszą jakości swych usług, co moglibyśmy zaobserwować, gdybyśmy obserwowali dokładniej, a nie przez pryzmat tradycji i własnych przyzwyczajeń. Padło słowo: tradycja. Ona to właśnie wyznacza nam precyzyjnie sytuacje, w których wręcza się napiwek. Wszystkie profesje w Polsce podzieliły się na napiwkowe i beznapiwkowe. Do napiwkowych, poza wymienionymi powyżej, zaliczamy zawód barmana, tragarza, wykidajły, babki toaletowej, portiera, mechanika samochodowego, listonosza i wszystkich rzemieślników wykonujących nam usługa w domu. Do zawodów beznapiwkowych zaliczamy wszystkie pozostałe zawody, jak: ekspedientki, konduktora, profesora uniwersytetu, zamiatacza ulic, literata itd. Podział jest trwały i usankcjonowany, a logiczne wytłumaczenie tego podziału nie istnieje. Tłumaczy się on wyłącznie tradycją, ponieważ - gdyby do sprawy podejść logicznie - trudno byłoby uzasadnić,

dlaczego babce toaletowej napiwek wręczamy, a kasjerce PKP - nie. Nasuwa się teraz pytanie „ile” - z tym nierzadko mieliśmy problemy. Spieszę uspokoić Drogich Czytelników: nie ma wielkiego niebezpieczeństwa gafy. Gdybyśmy się pomylili i zamiast złotówki dali dziesięć złotych, albo zamiast dwudziestu złotych, pięć - nie ma to żadnego znaczenia, ponieważ wysokość napiwku jest dla napiwkobiorcy obojętna. Albo żyje z innych, większych pieniędzy, albo też gdy suma napiwków jest jakąś pozycją w jego budżecie - wie doskonale, że następny napiwkodawca wyrówna niedobory. Co innego, gdyby na niekorzyść napiwkobiorcy pomyliło się - powiedzmy - pięciuset napiwkodawców w ciągu tygodnia. Wtedy byłaby to luka w budżecie, ale taka sytuacja jest zbyt mało prawdopodobna, aby brać ją pod uwagę. Oczywiście pomyłka in plus jest groźniejsza od pomyłki in minus, ale tylko w rejonie kwot wyższych. Kiedy dajemy za dużo o dziesięć złotych narażamy się tylko na lekką drwinę. Dając za dużo o pięćdziesiąt - tracimy w oczach napiwkobiorcy nawet tę resztkę szacunku i narażamy się na niewypowiedzianą śmieszność. Czy wobec tego należy zawsze, w każdej sytuacji dawać symboliczną złotówkę? Nie. (Należy stworzyć sobie bardzo dokładny taryfikator, aby nasz, nazwijmy to, świat iluzji był zbudowany konsekwentnie. W dalszym ciągu udajemy przed sobą samym, że fakt wręczenia napiwku nas nobilituje, wmawiamy w siebie, że napiwkobiorca odczuje wysokość odbieranego napiwku i odczyta w tej wysokości nasze zadowolenie, nasze umiarkowane zadowolenie lub brak zadowolenia z usługi. Przykładowy taryfikator w szatni wyglądałby następująco:  opłata podstawowa - złotówka,  za potrzymanie płaszcza – napiwek: pięćdziesiąt groszy,  za szeroki uśmiech - dalsza pięćdziesięciogroszówka,  za „do widzenia panu” - złotówka. Kolejne możliwości pięćdziesięciogroszowych dodatków to: ciepłe słowa ostrzeżenia, że na dworze zimno, a więc szalik trzeba zawiązać dokładniej; podniesienie kapelusza, który spadł na podłogę podczas podawania płaszcza; zwrócenie uwagi na obrywający się guzik itd. Podobnie postępujemy we wszystkich innych sytuacjach, to znaczy: opracowujemy sobie taryfikator i wręczywszy napiwek odpowiedniej wysokości, oddalamy się pełni wewnętrznej satysfakcji. Na zakończenie wystąpię jeszcze z apelem, co wcale nie świadczy o tym, jak już wspominałem, że specjalnie wierzę w skuteczność wszelkich apeli, ale pomyślałem sobie, że może niektórzy z Szanownych Czytelników dadzą się namówić na przełamywanie tradycji, przynajmniej od czasu do czasu. Nie, nie! Nie namawiam do skończenia z napiwkami. Wręcz przeciwnie. Rozszerzmy wachlarz zawodów napiwkowych. Dlaczego kelnerowi - tak, a powiedzmy artyście dramatycznemu - nie? Jestem pewien, że artysta ucieszyłby się bardzo, gdyby po skończonym spektaklu znalazł u siebie w garderobie kilka kopert z bilonem i miłymi karteczkami, na których byłoby napisane: bardzo nam się Pan dzisiaj podobał, jako widzowie czujemy się usatysfakcjonowani, na pewno był Pan dziś lepszy niż w zeszłym tygodniu i dlatego pozwalamy sobie przesłać Panu skromną kwotę złotych tyle a tyle. Artysta, jako przedstawiciel zawodu niepsutego w ostatnich latach żadnymi dodatkami, na następnym przedstawieniu z pewnością starałby się jeszcze bardziej. A gdyby komuś z Szanownych Czytelników, zakładam tu sytuację mało prawdopodobną, ale wszystko jest możliwe, więc gdyby komuś spodobał się bardzo któryś z rozdziałów tej książeczki, to... podaję adres: Jacek Fedorowicz - Warszawa 18 - poste restante. Post Scriptum! Aby ułatwić obliczenie, podaję do wiadomości, ze napisanie jednego rozdziału męczy mnie mniej więcej tak samo, jak 30 podniesień kapelusza, który spadł na ziemię podczas podawania płaszcza.

JAK ROZMAWIAĆ Z WŁADZĄ Na wstąpię muszą zaznaczyć, że w przypadku niniejszego rozdziału władzą jest każdy człowiek, który w hierarchii administracyjnej stoi o szczebel wyżej od nas lub człowiek, od którego w danej chwili jesteśmy uzależnieni, ponieważ on wykonuje swoje funkcje, a my występujemy w roli petenta, klienta, obwinionego o wykroczenie lub łamiącego jakieś przepisy. I tylko w tym znaczeniu będziemy posługiwać się słowem „władza”. Niestety, nie ma innego określenia, w którym mieściłby się i milicjant na skrzyżowaniu, i urzędnik mający nam podstemplować zaświadczenie. A - jak się Drodzy Czytelnicy za chwilę przekonają - i z jednym, i z drugim rozmawiać będziemy w sposób identyczny, według podanych przeze mnie wzorów. Wokół sposobu rozmawiania z władzą utarło się wiele niedobrych zwyczajów. Wielu z nas wciąż jeszcze myśli, niestety, że w trakcie rozmowy dobrze jest dać łapówkę. Inni starają się władzę zastraszyć, jeszcze inni próbują udowodnić swoje racje, co jest zjawiskiem najgroźniejszym. Bo pierwszą zasadą rozmowy z władzą - proszę zapamiętać to na całe życie - jest to, że władza ma zawsze rację. I zaraz muszę dodać: nie wystarczy wiedzieć, że władza ma rację. Trzeba tę wiedzę wyraźnie zamanifestować, aby władza wiedziała, że my wiemy. Przypuśćmy, że na ulicy zatrzymuje nas społeczny kontroler ruchu drogowego, ponieważ przeszliśmy przez jezdnię nieprawidłowo. Naturalnym odruchem zatrzymanego jest natychmiastowe tłumaczenie, że bardzo się spieszył, że jak wchodził na jezdnię, to paliło się jeszcze zielone, że tu były kiedyś pasy, ale wyblakły i tak dalej, i tak dalej. Jest to metoda z gruntu fałszywa. Prowadzi najkrótszą drogą do mandatu karnego, wniosku do kolegium, awantury, nie mówiąc już o monstrualnej stracie czasu. Podaję przykład właściwego zachowania się. W momencie, gdy zostaliśmy zatrzymani, jedyną rzeczą, którą powinniśmy uczynić, jest natychmiastowe przyznanie racji, zanim jeszcze zatrzymujący zdążył dokończyć oskarżenie. TAK JEST! PRZESZEDŁEM PRZEZ JEZDNIĘ NIEPRAWIDŁOWO! MA PAN RACJĘ! BARDZO PANA PRZEPRASZAM! TAKA OFERMA ZE MNIE… Tu nastąpi sekundowa pauza, bo zatrzymujący zaniemówi z wrażenia. Wykorzystujemy tę pauzę na wyjąkanie zdania, które powinno być jąkane głosem drżącym i pełnym strachu: I CO TERAZ BĘDZIE? W dziewięciu przypadkach na dziesięć usłyszymy: NO, NIECH PAN NA PRZYSZŁOŚĆ UWAŻA… i cały incydent jest zakończony. Trwał około pół minuty i zakończył się naszym całkowitym zwycięstwem. Zastanówmy się teraz pokrótce nad znaczeniem poszczególnych członów naszej wzorcowej rozmowy. Pierwszy człon: przyznanie racji i jednoczesne zadeklarowanie, że żadnych kłótni nie będzie. Drugi człon: przeproszenie (najmniej ważne - osoby, którym się bardzo spieszy, mogą nawet całkowicie pominąć drugi człon). Trzeci człon: samooskarżenie. Taka oferma ze mnie! Automatycznie deprecjonujemy naszą nikczemną osobę i dajemy do zrozumienia władzy, że jesteśmy pyłem, prochem, niczym. Następuje sekunda pauzy i w tej właśnie sekundzie odbywa się najważniejsza reakcja chemiczna w mózgu władzy: władza rośnie jak na drożdżach i nadyma się jak balon. Czwarty człon: drżące pytanie „i co teraz będzie?” jest deklaracją. „Wiem, że możesz ze mną uczynić wszystko, co zechcesz, o panie mój, ale błagam cię o łaskę!...”. I otrzymujemy tę łaskę natychmiast. Idziemy dalej pełni wewnętrznego zadowolenia z odniesionego zwycięstwa.

Metoda ta ma swoje głębokie uzasadnienie psychologiczne. Społeczny kontroler ruchu, konduktor w autobusie, portier, broniący dostępu do jakiejś instytucji, strażnik przy bramie i wielu, wielu innych to ludzie nieszczęśliwi, z którymi życie obeszło się po macoszemu. Marzą tylko o jednym: chcą być kimś. I są, ponieważ na jakimś odcinku otrzymali władzę. Proszę zwrócić uwagę na to, że społeczny kontroler ruchu drogowego - to funkcja nieodpłatna i społeczna. Zapamiętajmy: ostatnią rzeczą, na której zależy kontrolerowi ruchu drogowego, jest właściwie funkcjonujący ruch drogowy. Zależy mu przede wszystkim na zadośćuczynieniu za nieudane życie. Zadośćuczynieniu, którego dostarczyć musimy my. Jeżeli dostarczymy - wszystko w porządku. Jeżeli nie - biada nam. Do łez doprowadzają mnie ludzie, którzy złamawszy jakieś przepisy mówią rzeczowo: - Tak, ma pan rację. Ile płacę? Pozornie stosują moją radę, bo przyznają rację. Ale to jeszcze nie wszystko. Proszę zrobić kiedyś doświadczenie i zachować się właśnie w ten sposób: - Ma pan rację. Ile płacę? Władza powie: - Chwileczkę. Czy obywatel wie, że deptanie trawników, to niszczenie dobra społecznego, wytężonej pracy przedsiębiorstwa Zieleń Miejska, dawanie złego przykładu młodzieży szkolnej, która dziś podepce trawnik, a jutro spokojnego przechodnia... I tak dalej, i tak dalej; następuje kilkuminutowe pouczenie obywatela, potem długie i mozolne przeglądanie jego dowodu osobistego, spisywanie protokołu i cały szereg innych czasochłonnych czynności i dialogów. Dlaczego? Wyłącznie dlatego, że nie usatysfakcjonowaliśmy człowieka. Pozornie logicznie pomyśleliśmy sobie, że skoro złamaliśmy przepisy, to poniesiemy karę i wszystko będzie w porządku. Niestety. Bez pokazania naszego strachu, naszej czołobitności nic nie wskóramy. Proszę kiedyś przy okazji zaobserwować, co się dzieje po umieszczeniu w mieście jakiegoś nowego znaku drogowego. Przypuśćmy, że jest to zakaz skrętu w lewo. Znak został ustawiony słusznie, a jego celem jest zwiększenie bezpieczeństwa ruchu drogowego. Logicznie wydawać by się mogło, że funkcjonariusz stanie przy znaku lub na skrzyżowaniu i będzie się starał zwrócić uwagę na nowy znak. Nic podobnego. Funkcjonariusz zaczaja się po skręcie i wymierza mandaty. Bo nie chodzi tu o żaden ruch drogowy. Chodzi o to, żeby władza miała rację. Wdzięcznym przykładem może być również portier lub strażnik. Wiele instytucji instaluje przy wejściu portiera, którego zadaniem jest informowanie kto, w którym pokoju, na którym piętrze, obok której windy wchodzić po schodach, aby trafić. Jeżeli sami wiecie którędy iść, nigdy nie próbujcie minąć portiera bez słowa. Udajcie, że nie wiecie, spytajcie, a potem drżącym i cichym szeptem powiedzcie: „to ja tam pójdę, pozwoli pan?” Portier nie tylko pozwoli, ale jeszcze - kto wie - może otworzy wam drzwi. Bo otrzymał swoją porcję adoracji. A gdybyście go ominęli, wybiegnie za wami z krzykiem „dzieeee?!” złapie za rękaw i przez dziesięć minut będzie Was wypytywał do kogo i w jakiej sprawie. Nie zdeprymuje go wcale, jeżeli odpowiecie, że macie zamiar udać się do działu technicznego w celu załatwienia konsygnacji akomodacyjnej dla infrastruktury specjalistycznej normalizacji. Kiwnie głową, że zrozumiał i dalej będzie rozważał, czy jest to sprawa wystarczająco ważna, aby Was wpuścić, czy nie. Potem dojdzie do wniosku, że lepiej nie i dopiero po Waszej pokornej prośbie pozwoli Wam na zatelefonowanie do działu technicznego, przestudiowawszy przedtem Wasz dowód osobisty i wszystkie legitymacje, jakie macie przy sobie. Całe zdarzenie zamiast jednej minuty będzie trwało dwadzieścia. Nie rozpatrywaliśmy jeszcze przypadków, w których władza była stroną nie mającą racji obiektywnej. Nie rozpatrywaliśmy celowo, ponieważ nie jest ważne, kto ma rację obiektywną. Niepodważalne prawo mówi, przypominam, że rację ma zawsze władza i niewybaczalnym błędem byłoby udowadnianie władzy, że jest inaczej. Udowadnianie swojej racji trwa godzinami i do niczego nie prowadzi, bo władza nie dość, że nie otrzymała swojej porcji adoracji, to jeszcze została boleśnie dotknięta Waszym udowadnianiem. W takiej sytuacji władza zawsze znajdzie Wasz brak racji gdzie indziej, i im dłużej będzie się doszukiwać, tym gorzej dla Was. Ogromnie naiwni są wszyscy ci, którzy idą do jakiegoś urzędu po stempelek, czy jakieś zaświadczenie, które im się ustawowo należy i wymagają tego stempelka czy zaświadczenia, zamiast pokornie poprosić. Urzędnik, od którego się czegoś wymaga, czuje się strącony z piedestału, pozbawiono go czegoś najdroższego: władzy. Nie ścierpi tego na pewno i stempelka nie przyłoży. Wy wtedy

uniesiecie się gniewem i podniesionym głosem będziecie żądać tego, co Wam się słusznie należy. Urzędnik tylko zatrze ręce z zadowolenia, bo Wasz podniesiony głos, to awantura w publicznym miejscu, a więc pełne uzasadnienie odmowy. Jeżeli będziecie żądać cicho acz kategorycznie, też nic nie wskóracie, bo urzędnik zawsze znajdzie tysiąc powodów, które usprawiedliwią odmowę. Jeżeli nawet nde znajdzie, też odmówi i gotów jest zaryzykować, że pójdziecie gdzieś na skargę. Jest rzeczą mało prawdopodobną, aby został ukarany nawet po Waszych interwencjach, w każdym razie stroną poszkodowaną będziecie zawsze Wy, bo stracicie masę czasu i nerwów. A to przecież takie łatwe podejść do okienka i poprosić, dając tym samym do zrozumienia, że całkowicie oddajemy swój los w ręce naszego pana i władcy. Jeżeli kiedyś na dworcu kolejowym usłyszycie błagalną prośbę skierowaną do kasjerki: DROGA PANI! CZY BYŁABY PANI TAKA MILUSIA I MOGŁA MI ŁASKAWIE SPRZEDAĆ TYLKO JEDEN BILECIK DO TORUNIA? SERDECZNIE PROSZĘ O TĘ PRZYSŁUGĘ… wiedzcie, że to będę ja lub ktoś, kto jak ja zgłębił tajemnice rozmów z władzą i na pewno nigdy z władzą nie ma żadnych kłopotów. PODRÓŻOWANIE BAREM PIWNYM Wybierając się do miasta odległego o kilkaset kilometrów mamy do wyboru: samolot, pociąg pospieszny, pociąg osobowy, pociąg ekspresowy, klasę pierwszą, klasę drugą i piwiarnię. Podróżowanie barem piwnym nie jest najpowszechniejszym sposobem poruszania się po kraju, ale postanowiłem w niniejszym rozdziale zająć się właśnie tym wąskim wycinkiem tematu wojażowego, ponieważ pozwala on wysnuć wnioski natury ogólniejszej (przy końcu rozdziału), których przestudiowanie przyda się wszystkim podróżującym, a także wszystkim korzystającym z gęstej sieci - nazwijmy to ogólnie - usług, czyli wszystkim. Wielokrotnie szturmowaliście pociągi dalekobieżne, tratując się wzajemnie zdobywaliście miejsce siedzące w klasie drugiej lub stojące w pierwszej i z zazdrością spoglądaliście na tych, którzy godnie i bez pośpiechu podchodzili do wagonu z napisem WAGON SYPIALNY. Myśleliście sobie: tak oto podróżuje człowiek na poziomie. Kulturalnie. Komfortowo. Takiemu to łatwo zachować resztki godności ludzkiej przy wsiadaniu do pociągu. Zacisnę pasa, zaoszczędzę i w następną podróż wybiorę się slipingiem. Spieszę zawiadomić Drogich Czytelników, że postanowienie takie jest z gruntu fałszywe, a blichtr podróży slipingiem - złudny. Gra pozorów rozpoczyna się zresztą już przy odczytywaniu nazwy wagonu. Napis głosi: WAGON SYPIALNY i dla kogoś nie zorientowanego istotnie wygląda na sypialny. Prawda jest zupełnie inna. Wagon z napisem „sypialny” jest de facto piwiarnią. I tu od razu trzeba dodać z uznaniem: piwiarnią na najwyższym poziomie. W wagonie sypialnym może nie być kołder, poduszek, może nie być miejsca, mogą być miejsca sprzedane trzy razy na to samo miejsce, może nie być wreszcie światła, ogrzewania, ale piwo jest zawsze i to w najlepszych gatunkach. Właścicielem piwiarni jest konduktor, zwany potocznie slipingerem, w odróżnieniu od konduktora PKP. Przedsiębiorstwo posiadające (nominalnie) wagony sypialne zdecydowanie odcina się od kolei, podkreślając na każdym kroku swoją odrębność i niech nas nigdy nie myli fakt, że skoro wagon jest doczepiony do pociągu, to jest to wagon kolejowy. Nazwy przedsiębiorstwa nawet nie pamiętam, ponieważ nie interesują mnie nigdy pozory, faktycznym właścicielem wagonu jest slipinger, a jego zasadniczym celem i obowiązkiem jest sprawne sprzedawanie piwa. Wsiadamy. Zostawiamy bilet lub wykupujemy bilet (jeżeli przyszliśmy bez biletu, bo w Orbisie nam powiedziano, że wszystkie miejsca już sprzedano do końca kwartału), prosimy slipingera, żeby nas obudził w Gdańsku, jeżeli jedziemy do Gdyni i udajemy się do przedziału. I tu już ujawniliśmy naszą naiwność.

Poprosiliśmy o obudzenie sądząc, że będziemy spali. Drugim objawem naszej naiwności jest prośba o obudzenie w Gdańsku. Gdybyśmy nawet zasnęli, slipinger na pewno nie obudzi nas w Gdańsku, tylko znacznie wcześniej, choćbyśmy go na klęczkach błagali, że chcemy się wyspać. Obudzi w Iławie, w Malborku, co najmniej na dwie godziny przed stacją docelową, ponieważ liczy na to, że jeżeli wstaniemy wcześniej i nie będziemy mieli co robić - wpadniemy na piwko. Kiedy już pociąg ruszył, slipinger przechadza się wzdłuż wagonu i proponuje wszystkim swoim pasażerom kawę. Proszę kiedyś zwrócić uwagę na ten drobny, ale wiele mówiący szczegół. Nie wodę sodową, nie oranżadę, herbatą, tylko właśnie kawę. Chce nam w ten sposób dać do zrozumienia, że o żadnym spaniu nie będzie mowy. Należy napić się kawy, aby potem nie przewracać się z boku na bok w bezskutecznym usiłowaniu zaśnięcia. Należy napić się kawy, wszelką myśl o zaśnięciu odrzucając z góry. Jeżeli wzruszymy ramionami i burkniemy: „nie po to płaciłem za sliping, żeby teraz pić kawę i nie móc zasnąć” - slipingera wcale to nie zmartwi. On wie swoje. Mniej więcej po piętnastu minutach od momentu ruszenia pociągu ze stacji początkowej piwiarnia rozpoczyna swą działalność. Potrzeba wypicia jakiegokolwiek alkoholu jest wśród pasażerów całego pociągu wręcz przemożna i barek piwny w slipingu jest dla nich dobrodziejstwem. Pół pociągu przenosi się do wagonu - de nomine - sypialnego, rozsiada się w kajucie slipingera (tam siedzą ci najlepsi klienci, to znaczy nabyw- cy co najmniej pięciu radebergerów) a reszta kłębi się w korytarzu i przejściu między wagonowym. Ogólna atmosfera jest miła, wesoła, od czasu do czasu rozlegają się chóralne śpiewy, sprzeczek nie ma, bo właściciel piwiarni dba o porządek. Jedna rzecz tylko szalenie mu przeszkadza: tych kilkunastu ponuraków, co to powłazili, panie, do przedziałów, pozamykali drzwi i tylko od czasu do czasu wychylają się na korytarz obrzydliwi, rozchełstam, potargani, w piżamach i swymi pretensjami, uciszaniami psują ogólną atmosferę lokalu. Gdyby można było się ich pozbyć! Jakże inaczej wyglądałby wtedy lokal: w wolnych przedziałach powstawiałoby się stoliczki, na stoliczkach serwetki, kwiatki, w szafkach kufelki. W jednym przedziale byłby magazyn z wszystkimi gatunkami piwa, od zwyczajnego aż do wzmocnionego (tego na spirytusie, serwowanego zwykle w butelkach po oranżadzie), w innym przedziale zatrudniłoby się żonę do zmywania naczyń, a jeden przedział można by nawet przeznaczyć na salę bezalkoholową, żeby nikt się nie czepiał. Oto ideał, do którego dąży podświadomie każdy slipinger. Co należy robić? Przede wszystkim nie walczyć z wiatrakami, nie denerwować się, nie pisać skarg do prasy. Należy natomiast zdać sobie sprawę z pewnych zasad, prawideł ogólnych. Otóż pierwsza zasada polega na tym, że każdy pracownik, każdego uspołecznionego zakładu usługowego czuje się niepodzielnym właścicielem, tego zakładu, znajdujących się w nim narzędzi, powierzchni i urządzeń. W tym zakładzie rozwija na mniejszą lub większą skalę swą działalność prywatną i nie ma co z tym walczyć - taka jest natura ludzka. Idąc do zakładu naprawiającego elektroluksy, należy zwracać się do pracownika prywatnie, prywatnie płacić mu za naprawę, uniknie się wtedy czekania miesiącami lub dalszego zepsucia elektroluksu. W przypadku wspomnianego zakładu elektrotechnicznego występuje na szczęście zbieżność zakresu usług nominalnych i faktycznych. W wypadku wielu innych placówek usługowych, których reprezentantem w niniejszym rozdziale jest slipinger, występuje sprzeczność między usługami nominalnymi (spanie) a faktycznymi (piwko). Ale proszę się nie martwić. Istnieje druga zasada, rzekłbym - prawo, równie niepodważalne jak prawa natury: w dziedzinie usług natura (społeczna) nie znosi próżni. W praktyce znaczy to, że wszędzie tam, gdzie istnieje zapotrzebowanie - istnieją i usługi. Rzecz w tym, że nie zawsze ujęte w ramy organizacyjno-prawne d po prostu trzeba umieć je znaleźć. Usługi sypialnej nie należy szukać w slipingu. Należy szukać - i tu gwarantuję powodzenie - we wszystkich pozostałych wagonach. Aby zapewnić sobie spokojny sen w warunkach prawie komfortowych (prawie, bo bez pościeli, ale za to w przedziale jedno- lub dwuosobowym), należy zwrócić się do konduktora PKP o znalezienie wolnego przedziału. (Znalezienie- czytaj: otwarcie przedziału, który czeka zamknięty na klientów.) Jeżeli prośba będzie odpowiednio umotywowana, a

będzie, bo nie wydaliśmy przecież bezsensownie pieniędzy na bilet sypialny, konduktor otworzy nam przedział, wniesie nam walizkę, otuli nas płaszczem i po znalezieniu pasażera na przeciwległą ławkę - zamknie przedział na cztery spusty. Gdybyśmy się uparli, to jeszcze zaśpiewałby nam kołysankę. Bo ogólne zasady obowiązują nadal: konduktor PKP jest właścicielem całej reszty pociągu. On też prowadzi działalność usługową, wychodząc naprzeciw zapotrzebowaniu podróżnego. U niego zapewnisz sobie spokojny sen, u niego możesz kupić czasem bilet za pół ceny, jeżeli prawa popytu i podaży obniżą aktualną cenę biletu do wysokości połowy ceny państwowej. I tylko trudności natury formalnej nie pozwoliły- jak dotąd - na oddanie wagonów sypialnych, jak również całej sieci kolei żelaznej, odpowiednim konduktorom w ajencję. Bo faktycznie nastąpiło to już dawno. GARŚĆ ŚWIATŁYCH UWAG O HOTELARSTWIE Do opracowania tego rozdziału przygotowałem się bardzo solidnie. W ciągu ostatnich dziesięciu lat przemieszkałem w hotelach polskich łącznie cztery lata i jedenaście miesięcy, przy czym były to hotele we wszystkich miastach i wszystkich kategorii. Wiem wszystko o hotelach. W ciągu dziesięciu lat obserwowałem głębokie przemiany, którym ulegało nasze hotelarstwo; oczywiście! przemiany na lepsze. Pamiętam, jak do wszystkich hoteli orbisowskich, a potem co lepszych miejskich, wstawiono odbiorniki radiowe, które działały mniej więcej do roku 1965. Około roku 1967 przestał działać ostatni z tych radioodbiorników i obecnie działają tylko w hotelach nowych lub świeżo wyremontowanych. Poprosiłem kiedyś w łódzkim Grand Hotelu o naprawienie radia, bo miałem mieszkać aż trzy miesiące w tym samym pokoju. A były to czasy, kiedy jeszcze lubiłem sobie czasem posłuchać muzyki rozrywkowej, którą mi ostatnio gruntownie obrzydzono zmasowaną akcją Festiwali i Dyskusji Narodowych o Piosence. Recepcja - notabene sympatyczna - przyjęła moją prośbę z pewnym zakłopotaniem i przez dwa tygodnie obiecywała codziennie, że już lada dzień. Potem przyznała się, że napraw nie przewidziano. Przestałem nudzić, bo zrozumiałem, że nie chodzi wcale o to, żeby radio grało, tylko żeby było. I tak jest na ogół ze wszystkim. Dopóki spis inwentarza zgadza się z faktyczną ilością przedmiotów w pokoju, dopóty wszystko jest w porządku z hotelowego punktu widzenia. We wszystkich hotelach na całym świecie, na widocznym miejscu w pokoju hotelowym kładzie się spis telefonów, prospekty reklamowe, rozkład jazdy, plan miasta, repertuar kin, teatrów i sal koncertowych, natomiast u nas główną ozdobą jest spis inwentarza i proszę nie myśleć, że ja to krytykuję. To jest bardzo słuszne, a każdy gość, który zajmuje pokój, winien natychmiast przeliczyć i sprawdzić wszystkie przedmioty w tym pokoju i porównać je ze spisem. Szafa dwudrzwiowa - jest. Lampka nocna - jest. Serwetka, haft kaszubski - jest. Szklanka plastykowa - nie ma. Natychmiast do recepcji!!! Niezgłoszenie braku spowoduje obciążenie gościa kosztami. Wyjątkowo bezwzględny jest tu hotel Lublinianka w Lublinie, w którym braki należy meldować pięć minut po wejściu do pokoju, inaczej meldunek może ulec przedawnieniu. Spisy inwentarza są pokaźne, bo wymieniono w nich każdą klamkę, każdą ściereczkę, ale niestety trzeba to wszystko kolejno sprawdzić w trosce o stan swojej -kieszeni. Trzeba przyznać, że hotele dbają o stan wyposażenia pokoi - że tak powiem - w obie strony. Nic nie może ubyć, ale też nie może przybyć. Kiedyś w hotelu Piast w Słupsku nie mogłem się umyć, bo z jednego kranu leciała woda lodowata, a z drugiego wrzątek. Można by ją zmieszać i pławić się w luksusie, ale niestety, nie było czym zatkać umywalki Poszedłem do recepcji, gdzie odbył się dialog, który cytuję dosłownie, jak zresztą wszystkie dialogi zawarte w tym rozdziale: - Czy mógłbym dostać korek do umywalki - spytałem. - Tam nie ma korka - powiedziała recepcjonistka.

- Właśnie dlatego chciałbym prosić. - Pan z którego pokoju? - Numer osiem. - To tam nie ma korka. - No właśnie: nie ma. I dlatego przyszedłem prosić o korek. - Ale ja przecież panu tłumaczę - zdenerwowała się recepcjonistka - że tam nie ma! - Ja wiem, że nie ma! Gdyby był, to bym nie przychodził! - Ale ja mówię panu, że niepotrzebnie pan przyszedł, bo tam korka nie ma! Rozumie pan? Nie ma! Odszedłem nic nie rozumiejąc, bo byłem jeszcze młody i głupi. Teraz wiem, że recepcjonistka miała rację i mogła mnie uważać za niedorozwiniętego, który nie rozumie najprostszych spraw. „Tam korka nie ma” - oznaczało, że nie ma go w spisie inwentarza; zatkanie umywalki korkiem obcym, przyniesionym z zewnątrz, byłoby aktem bezprawia. Ogromna dbałość hoteli o porządek napawać nas może dumą i optymizmem. Wyposażenie nie tylko musi zgadzać się ze spisem, ono także musi stać na swoim miejscu. Przyjeżdżam do hotelu, w którym muszę mieszkać miesiąc, mam więc ze sobą cały, że tak powiem, dom w trzech walizach, a więc ubrania, przybory do golenia, pisania, rysowania i do robienia mnóstwa innych rzeczy, których nie wyliczę, bo moje życie prywatne, mam nadzieję, państwa nie obchodzi. Meble w pokoju hotelowym ustawione są bez sensu. Więc przesuwam łóżko, uzyskując w ten sposób miejsce na walizkę, ze stolika nocnego robię sobie stolik pod maszynę do pisania, telefon zdejmuję z parapetu i stawiam przy łóżku. Następnego dnia łóżko stoi z powrotem przy ścianie, maszyna pod łóżkiem, a telefon na parapecie. Urządzam się znowu, a następnego dnia to samo. I nie pomagają żadne argumenty, że nie niszczę tylko ustawiam tak, żeby było lepiej, że ja muszę tu pracować, że będę mieszkał cały miesiąc. Nie. Tak było ustawione i tak ma być. Koniec. Kropka. Proszę nie myśleć, że ja krytykuję! Metoda, która ma zapobiec powstawaniu w świadomości gościa hotelowego niebezpiecznej myśli, że hotel jest dla niego, a nie odwrotnie, jest bardzo słuszna. De facto, gość jest potrzebny hotelowi tylko do zapłacenia rachunku, czasem tylko jako kłopotliwy pretekst do zainkasowania przelewu od instytucji delegującej, a czy mu się mieszka dobrze, czy źle, nie ma dla hotelu najmniejszego znaczenia. Nawet jeżeli gość się obrazi i wyprowadzi, to na jego miejsce czeka już w recepcji dziesięciu innych gości, drzemiąc cierpliwie w fotelach. To jest podstawowa zasada hotelowa, a ci drzemiący winni ją nam codziennie przypominać. Kiedy pojmiemy podstawową zasadę działalności hotelowej, będziemy znacznie skromniejsi, nie będziemy zadzierali nosa i schowamy do kieszeni różne fanaberie w rodzaju „proszę o korek”, „proszę o szklankę” czy „proszę mi przynieść śniadanie do pokoju”. Kilka miesięcy temu pewien artysta, niejaki Tadeusz Ross, człowiek miły, ale naiwny, chciał zamówić śniadanie w hotelu Warmińskim w Olsztynie. W spisie telefonów znalazł pozycję „Zamawianie posiłków do pokoju”. Zadzwonił. - Chciałbym zamówić śniadanie do pokoju 208. - To co, to nie może pan zejść? - spytała panienka. Ross zaniemówił na moment i gorączkowo zaczął szukać w myśli usprawiedliwienia. Zebrał jednak całą odwagę i powiedział krótko: - Nie mogę. - To co pan chce? - Owsiankę. - Co jeszcze? - Wystarczy. - Niestety - ucieszyła się panienka - my podajemy śniadania tylko od dwudziestu złotych wzwyż, a owsianka kosztuje trzy pięćdziesiąt. - To ja zapłacę za tę owsiankę dwadzieścia, tylko proszę mi przynieść. Tu z kolei na moment zaniemówiła panienka i powiedziała po chwili: - To ja muszę pójść po kierowniczkę. Pan zaczeka.

Pan Ross zaczekał. - A nie może pan zejść, pan chory? - spytała kierowniczka - Tak! Jestem chory i nie mogę zejść! Następnie powtórzył się cały dialog o cenie owsianki i - a jednak! - rzecz zakończyła się happy end'em. Kierowniczka wykazała dużą dozę chwalebnej dbałości o klienta i zademonstrowała ludzki stosunek do jego, bądź co bądź, bezczelnych żądań. Powiedziała: - No już dobrze, dobrze, przyniesiemy panu, bo ja pana poznałam po głosie, panie Ross. Innemu to nie przyniosłybyśmy. Na początku powiedziałem, że przez dziesięć lat obserwowałem w hotelarstwie zmiany na lepsze. Niestety, hotel Warmiński wyłamuje się z tej ogólnokrajowej tendencji Jeszcze kilka lat temu przy wejściu do hotelowej restauracji (notabene najgorszej w Polsce) wisiał tam na drzwiach ogromny napis: „W czasie działalności rozrywkowej obowiązuje strój miarowy”. I było bardzo śmiesznie. A teraz już nie wisi, przez co zrobiło się smutniej. Gorzów. Piąta rano. W pokoju mego kolegi dzwoni telefon. - Tu recepcja. Panie, zapukaj pan w ścianę, bo ten obok pana nie ma telefonu, a kazał się obudzić o piątej. - Co, co, co?!... - bełkocze mój kolega, niezbyt jeszcze przytomny. - No mówię, zapukaj pan w ścianę, bo nie będę przecie latał na piąte piętro. Kolega był człowiekiem życzliwym, znał ponadto zasady życia hotelowego, więc zapukał. Z kolei moja prośba w odwrotną stronę, to znaczy prośba skierowana do recepcji orbisowskiego hotelu Pod Orłem w Bydgoszczy o zamówienie rozmowy telefonicznej z Warszawą, spotkała się z kategoryczną odmową. - Dlaczego? - Bo dzisiaj niedziela, ja panie jestem sam i nie mam czasu zamawiać rozmów. Postanowiłem wtedy, że będę w przyszłości budził sąsiadów i w ogóle wykonywał różne posługi dla recepcji hotelowych tylko w dni powszednie, za co z góry przepraszam wszystkie recepcje. W ciągu dziesięciu lat włóczenia się (w celach badawczych!) po hotelach, byłem także świadkiem zmiany cenników hotelowych. Chodziło w tej przecenie o skuteczniejsze niż dotąd odstraszenie gości zagranicznych, bo krajowych niestety odstraszyć się nie da, choć przyznać należy z uznaniem, że wiele się w tym kierunku robi. Były to czasy, kiedy coraz bardziej zagrażała nam turystyka zagraniczna, która - jak wiadomo - jest ciosem w usługi, handel, gastronomię i oczywiście w hotelarstwo. Gość zagraniczny rozpuszczony wyuzdanym hotelarstwem zagranicznym, obcym nam duchowo, nie zna podstawowej zasady naszego hotelarstwa, którą przed chwilą państwu podałem, i przysparza niezliczone ilości kłopotów. Bezczelny gość zagraniczny rozpiera się jak hrabia w nie swoim przecież pokoju i nudzi: a to mu się zachciało ciepłej wody, a to działającego radia, żąda wymiany przepalonej żarówki, zamawia rozmowy międzymiastowe w niedzielę i nie chce budzić sąsiadów. Nie może ponadto zrozumieć, że jeżeli nie zamówił miejsca miesiąc wcześniej, to miejsca nie ma, a jeżeli zamówił, to miejsce albo jest, albo go nie ma, i jeżeli nie ma, to nie ma po co podskakiwać. Postanowiono z tym skończyć i wprowadzono znacznie wyższe ceny dla wszystkich cudzoziemców, zrównując w ten prosty sposób hotel Warmiński z Hiltonem, niejako przy okazji, Ale ponieważ nie wypadało oficjalnie dyskryminować zagraniczniaków, więc podniesiono ceny dla wszystkich, a następnie sporządzono listę wyjątków, wymieniającą osoby, które mogą płacić ceny zniżkowe. Lista wyjątków jest bardzo długa i w kilkunastu punktach ujmuje wszystkich obywateli polskich z wyjątkiem podróżujących samotnie niemowląt. Czy akcja powiodła się? Niestety. Tu i ówdzie, szczególnie w okresie letnim możemy zaobserwować pętających się po naszym kraju turystów zagranicznych, z czego wynika, że w dziedzinie walki z turystyką jeszcze jest wiele do zrobienia. Jakie jeszcze zmiany zanotowałem w ciągu lat dziesięciu? Zniesiono przepis zabraniający meldowania w tym samym pokoju dwóch osób płci przeciwnej, nie będących małżeństwem, na mocy którego to przepisu - powiedzmy - Richard Burton przebywający w hotelu z Elizabeth Taylor musiał telegrafować do Hollywood po metrykę ślubu lub nocować na dworcu. Otwarto wiele nowych hoteli, a w starych wyremontowano recepcje. Ich blask i przepych

przyćmiewa skromne recepcje zagraniczne, w których nierzadko jeden starszy pan musi (wiadomo: wyzysk) załatwić to wszystko, co u nas załatwia cały zastęp kilkunastu przemiłych pań. Zakupiono telewizory i obudowano solidnymi klatkami, aby niepowołane ręce gościa hotelowego nie mogły ich bezmyślnie włączać i wyłączać. Innych zmian nie zauważyłem. Tyle zarysu historycznego. W drugiej części rozdziału zapraszam na instruktaż. Dowiecie się, co należy robić, jak należy zachowywać się od momentu wejścia do recepcji aż do momentu oddania klucza, kiedy to z uczuciem nieopisanej ulgi mówicie: „124 zwalniam”. Wydawać by się mogło, że najważniejszą osobą w hotelu jest kierownik, dyrektor albo szef recepcji Nic podobnego. Prawowitym właścicielem każdego hotelu są panie pokojowe i każdy gość powinien to zrozumieć, aby potem zachowywać się tak, jak zwykłe zachowuje się dobrze wychowany gość, który korzysta z gościny w cudzym domu. To znaczy: nie śmieci, nie hałasuje, ucina grzecznościową pogawędkę z panią domu, a przede wszystkim przebywa w udostępnionym mu pokoju jak najrzadziej i w ściśle określonych godzinach. Przebywanie w pokoju hotelowym dozwolone jest w godzinach nocnych, aż do godziny mniej więcej szóstej, siódmej rano. O siódmej hotel przechodzi we władanie pań pokojowych, więc każdy dobrze wychowany gość winien szybciutko się ubrać i wyjść na miasto. Jeżeli tego nie uczyni, będzie nieustannie nękany tak długo, aż zrozumie, że jego miejsce jest wszędzie, tylko nie w wynajętym przez niego pokoju. Przypuśćmy, że śpisz sobie w najlepsze, bo przyjechałeś pociągiem nocnym nad ranem i masz zamiar odespać. Pokojowa otwiera drzwi zapasowym kluczem i mówi: „przepraszam, myślałam, ze pana nie ma”. Oczywiście dobrze wiedziała, że jesteś. Robi to specjalnie, żeby ci dać do zrozumienia, że porządny człowiek nie śpi po ósmej. - Ja śpię i proszę mnie nie budzić. - Ale ja muszę sprzątnąć. - To proszę potem. - Kiedy potem? - Popołudniu. - Po południu to ja już kończę pracę. - To niech pani nie sprząta w ogóle- - Dobrze. Zasypiasz, myśląc że zwyciężyłeś. Po godzinie inna otwiera drzwi, mówi znów obłudnie „przepraszam” i komunikuje, że tylko zmienia ręczniki. Następnie zmienia mydło, a potem przychodzi monter sprawdzić kaloryfer. I wszyscy ci ludzie patrzą na ciebie ze słusznym oburzeniem, bo wylegujesz się w łóżku jak burżuj, mało tego, nie dajesz pracować człowiekowi pracy. Wchodzenie do pokoju to zresztą metoda, stosowana tylko wobec najoporniejszych. Na ogół, do obudzenia wszystkich gości hotelowych wystarczy normalne życie korytarzowe pań pokojowych. Zachowują się tak, jak na właścicielki przystało, to znaczy z pełną swobodą i brakiem skrępowania. Bardzo lubią pogawędki. Najczęściej jedna z nich staje na jednym końcu korytarza, druga zaś na drugim i prowadzą dialog głosem podniesionym, nie tylko ze względu na odległość jaka je dzieli, ale także dlatego, że trzecia w połowie korytarza włączyła elektroluks i też oczywiście włącza się do rozmowy. Potem w zależności od temperamentu, pory roku lub humoru opowiadają sobie kawały, gonią się wesoło po korytarzach, przekomarzają z pracownikami brygad remontowych, bo nie ma w Polsce hotelu bez remontu przynajmniej jednego piętra, jednym słowem wprowadzają miłą, swojską atmosferę magla lub jarmarku. Ta swojska, familiarna atmosfera to specjalność naszych hoteli. Tu bijemy na głowę wszystkie hotele zagraniczne, w których bezosobowa grzeczność i dzwoniąca cisza może doprowadzić do choroby nerwowej przybysza z Europy Środkowej. Przechodzimy do porad konkretnych. Skoro spać rano nie można, to kiedy można. Służę dokładnym rozkładem godzinowym: w hotelu można spać między 16:00 a 20:00 oraz 3:00 a 6:00. Wyłącznie w tych godzinach. Po szesnastej, bo pokojowe idą do domu, a do dwudziestej, bo

mniej więcej o tej porze zaczyna się działalność rozrywkowa restauracji hotelowej, przy czym restauracje umieszczone są zawsze tak, aby orkiestrę było słychać dokładnie nawet przy zamkniętym oknie na najwyższym piętrze hotelu. Oczywiście, zdarzają się hotele bez restauracji, ale to nie ma żadnego znaczenia, bo działalność rozrywkową zaczynają inni mieszkańcy hotelu. Moje prywatne badania statystyczne wykazały, że między godziną ósmą wieczorem a trzecią rano na każdym piętrze, każdego hotelu w Polsce znajduje się przynajmniej jeden pokój, w którym piją. Pierwsze pół litra ulega rozbiciu najczęściej koło ósmej, koło dziesiątej uczestnicy picia zaczynają śpiewać, biją się najczęściej około północy, a potem mniej więcej do drugiej, trzeciej rozprowadzają się wzajemnie po pokojach, wymiotują, zasypiają na schodach, jednym słowem: bawią się. *** Przypuśćmy, Drogi Czytelniku, że wybierasz się w podróż służbową, czyli na delegację i instytucja załatwia Ci hotel, bo o tym, żebyś miał sobie załatwić sam, nie ma mowy. Być może, będziesz miał wpływ na to, jaki hotel Ci zarezerwuje. Skorzystaj z tej szansy i wybierz sobie hotel według niżej podanych wskazówek. Przede wszystkim odrzuć wszystkie propozycje zamieszkania w hotelu nowo zbudowanym. Najprawdopodobniej jeszcze nie będzie tam telefonów, okna nie będą się domykały, przez ścianę będziesz słyszał nie tylko odgłosy bawiących się sąsiadów, ale nawet cichy szept trzy pokoje dalej, winda będzie zepsuta, a kaloryfery chwilowo nieczynne. Wybierz hotel stary, najlepiej jeszcze nie remontowany, bo remont zbliża zawsze hotel do stanu hoteli nowo zbudowanych. Tu uwaga na marginesie: jeżeli mieszkasz na co dzień w nowym budownictwie, a jesteś człowiekiem młodym, który się w nowym budownictwie wręcz wychował, to ostrzegam - przeżyjesz szok. Otrzymasz pokój, którego luksusy przyprawią Cię o zawrót głowy i może nawet nie będziesz umiał w nim mieszkać. Każda klamka-, zamiast normalnie zostać Ci w ręce, będzie zamykała drzwi. Sufit Twego pokoju, zamiast znajdować się normalnie kilkanaście centymetrów nad Twoją głową, będzie co najmniej dwa metry wyżej, co stworzy wrażenie, że jesteś w pałacu. W łazience po odkręceniu kurka z napisem „ciepła” poleci ciepła woda, a z kranu z napisem „zimna” woda zimna, a nie odwrotnie, co jest niepojęte. Grube mury odizolują Cię od świata tak dokładnie, że nie usłyszysz żadnych sąsiadów, ani pań pokojowych, mimo ich zdwojonych wysiłków i tego, może być, już nie będziesz mógł znieść. Zastanawiając się dalej nad wyborem właściwego hotelu, wyeliminuj wszystkie te, w których są restauracje. Wygoda z restauracją hotelową jest tylko pozorna, bo na ogół wejście z hotelu do restauracji jest zamurowane, a w najlepszym wypadku zamknięte. Działalność rozrywkowa nie da Ci zasnąć, a watahy łaknących rozrywki rodaków skutecznie będą Ci broniły wejścia do hotelu już od wczesnych godzin wieczornych. Ponadto ciągły warkot milicyjnych radiowozów, głośne dyskusje na temat aktualnego cennika pań o wiadomej profesji, po co Ci to? I tak człowiek rozsądny robi sobie jedzenie sam, szczególnie w obcym mieście, gdzie nie zna z doświadczenia stopnia zatruwalności miejscowych restauracji. Dalej. Wybieraj zawsze taki hotel, w którym rozmowy telefoniczne między pokojami łączone są przez centralę. To bardzo ważne. W hotelu, w którym każdy może zadzwonić do każdego w każdej chwili (i to anonimowo), nie będziesz mógł spać nawet w godzinach uprzednio przeze mnie podanych. Jest bowiem rzeczą zupełnie naturalną, że lokatorzy hotelu, którzy w pięćdziesięciu co najmniej procentach nie są posiadaczami telefonów prywatnych, zamieszkując w hotelu natychmiast korzystają z okazji i bez przerwy telefonują pod dowolnie wybrane numery, bo ich bardzo bawi obiektywnie zabawny fakt, że oni tu sobie kręcą palcem, a gdzieś tam w innym pokoju odzywa się dzwonek. Kiedy mówisz „halo”, przeważnie nie mają Ci nic do powiedzenia, bo przecież nie o to chodzi, żeby mówić, tylko żeby dzwonić, albo mówią ci na odczepnego kilka powszechnie znanych słów niecenzuralnych. Wybór dokonany, przyjeżdżasz do hotelu. Przyjeżdżasz w południe, i tylko w południe.

Jest to okres, w którym recepcja ma stosunkowo najmniej roboty i, być może, zaprzyjaźni się z Tobą. Mówisz grzecznie „dzień dobry”, orientujesz się błyskawicznie, która z pań jest kierowniczką recepcji i wręczasz pudełko czekoladek, pekaowską wodę kolońską, albo kwiaty. Od razu na wstępie, bez dodatkowych komentarzy. Recepcja odszukuje zamówienie Twojej instytucji i mając jeszcze w pamięci czekoladki pyta, czy chciałbyś zająć pokój już, mimo że doba hotelowa jeszcze się nie zaczęła. Mówisz, że bardzo dziękujesz ale nie, poczekasz sobie aż zwolni się coś na ostatnim piętrze od podwórza. „Dobrze” - mówi piękna panienka, i już po godzinie daje Ci klucz. Dlaczego od podwórza? Bo nie słychać ruchu ulicznego. Dlaczego na ostatnim piętrze? Dlatego, że tam jest stosunkowo najspokojniej. Jest ciekawą prawidłowością, której przyczyn nie rozgryzłem (ze wstydem przyznaję, że nie zawsze wiem wszystko), i która powtarza się we wszystkich hotelach: na niższych piętrach umieszczani są goście jedno- czy dwudniowi, a im wyżej, tym bardziej długoterminowi. I ci są idealnymi sąsiadami, bo traktują mieszkanie w hotelu normalnie, a nie jak okazję, którą trzeba natychmiast wykorzystać i poszaleć. Do długoterminowców należą na przykład zespoły artystyczne, które wbrew utartej opinii nie urządzają codziennie orgii, bo ciężko pracując nie mają na to siły. Do krótkoterminowców należą przeważnie urzędnicy na delegacji, którzy na jeden dzień wyrwali się spod opieki żon i mają w głowie tylko jedno: zabawić się. Dzięki temu niższe piętra są zawsze najgłośniejsze i bierzesz je pod uwagę tylko wtedy, gdy zaprzyjaźniona recepcja ostrzega Cię, że na wyższym piętrze umieszczono wycieczkę. Od wycieczek trzymaj się zawsze z daleka, bo pijak indywidualny jest jednak lepszy od zbiorowego. Wchodząc do pokoju sprawdzasz dokładnie stan przedmiotów w nim umieszczonych i porównujesz dokładnie ze spisem inwentarza (omówione), a następnie montujesz swoje urządzenia elektryczne, w które koniecznie musisz się zaopatrzyć przed wyjazdem z domu. Jest to tzw. Rozgałęziacz, coś bez nazwy, antena radiowa (radia hotelowe, jeżeli nawet działają, to nigdy nie mają anteny), grzałka, ewentualnie grzejnik, kuchenka i zapasowa żarówka. Najważniejszy jest rozgałęziacz, bo w pokoju hotelowym jest tylko jeden kontakt, w którym musi się przecież zmieścić wtyczka radiowa, lampa nocna i grzałka. Grzałka jest Twoim wymysłem, ale radio i lampa należą do wyposażenia hotelowego i nigdy nie mogą działać jednocześnie, co jeszcze raz potwierdza ogólną zasadę, że przedmioty umieszczone w pokojach nie służą do tego, aby działały, tylko aby były. Coś, co nie ma nazwy, to takie coś, co wkręca się zamiast żarówki i uzyskuje dodatkowy kontakt, w który włączasz grzejnik lub kuchenkę. Kuchenkę i grzałkę wychodząc chowasz do walizki, bo używanie ich jest niedozwolone, z kolei grzebanie w Twojej walizce jest niedozwolone dla pań pokojowych. Pozostaje kwestia moralna: czy możemy wbrew przepisom narażać hotel na większe zużycie prądu elektrycznego, czy będzie to zgodne z naszym sumieniem? Będzie. Wystarczy to potraktować jako drobny rewanż za wszystkie świadczenia, których od hotelu nie otrzymaliśmy, mimo że płaciliśmy za nie wysokie ceny. LEKCJE WYCHOWANIA ADMINISTRACYJNEGO Przeprowadzamy właśnie reformę systemu oświatowego. Nie ustaliłem, czy reforma ta przewidziała (może przewidzi to dopiero następna reforma obecnej reformy) pewien niezwykle ważny aspekt przygotowania naszej drogiej młodzieży do życia we współczesnym społeczeństwie, a mianowicie umiejętność swobodnego poruszania się w Wielkim Świecie Administracji. Wiele czasu i nerwów trącamy codziennie na załatwianie różnych spraw i bardzo często tracimy z własnej winy, bo po prostu nie wiemy dokąd się udać z naszą sprawą i co ze sobą przynieść. Nie wiemy, bo nikt nas nie nauczył. Dlatego jest sprawą wręcz palącą natychmiastowe wprowadzenie do wszystkich szkół, od klasy piątej aż do matury, nowego przedmiotu pod nazwą wychowanie administracyjne. My, starzy, jesteśmy już w pewnym sensie straceni. Nasze umysły są zmęczone, co więcej, obciążone i zamulone wiadomościami niepotrzebnymi, w przeciwieństwie do młodych, chłonnych głów naszych

dzieci. My zawsze będziemy się dziwić, że bilet tramwajowy kupuje się w kiosku z gazetami i jeżeli nie ma kiosku, to nie będzie biletu, a do nabycia domku campingowego potrzebne jest zaświadczenie z miejsca pracy, a nie - logicznie rzecz biorąc - zaświadczenie z miejsca wypoczynku, bo z tym raczej kojarzy się nam camping. Wychowanie administracyjne, i to w wymiarze co najmniej trzech godzin lekcyjnych tygodniowo, trzeba wprowadzić natychmiast, aby nasze dzieci zawczasu nauczyły się poruszać po krętych ścieżkach spraw do załatwienia i nie traciły cennego czasu, tak jak tracimy my przez naszą niewiedzę. Przez pierwszy rok uczniowie poznawaliby rzeczy najprostsze. Tu proponuję zacząć od umiejętności wyszukiwania numerów telefonów w książce telefonicznej, co jest rzeczą bardzo trudną, jakkolwiek trudności te bledną przy problemach, które przewiduję na lata następne. Nasze dzieci są zresztą zdolniejsze od nas i w lot chwycą, że telefon Radia znajdujemy pod K, bo „Komitet”, telefon wydawnictwa „Nasza Księgarnia” pod I, bo „Instytut Wydawniczy”, a Domową Pomoc Lekarską nie pod D, nie pod P, nie pod L, tylko pod E, bo „Eskulap” itp. Nasze dzieci stopniowo wciągną się w inny system prawidłowości, w skomplikowany acz konsekwentny system logiczny, całkowicie odmienny od naszego i nie będą wydawały okrzyków zdziwienia, gdy w następnych latach, przerabiając temat „gdzie załatwiać” dowiedzą się, że bilety teatralne należy załatwiać, powiedzmy, w mleczarni. Tu uwaga na marginesie: załatwiać, a nie kupować. Słowo „kupować” będzie w przyszłości już całkowicie zastąpione słowem „załatwiać”, bo w chwili obecnej zastąpione jest dopiero częściowo, a jeśli chodzi o przykład mleczarni, to wzięty jest z moich doświadczeń osobistych. Ilekroć chcę iść do teatru i mieć dobre miejsce, zwracam się do znajomego, który jest członkiem rady zakładowej mleczarni i dostarcza mi nieograniczone ilości biletów, o jakich nie mógłbym marzyć kupując w kasach przedsprzedaży, nawet na trzy miesiące naprzód. Nauczając, nie będziemy przesadzać z natłokiem wiadomości typu encyklopedycznego niejednokrotnie wkuwanych bezmyślnie. Oczywiście, pewnych rzeczy trzeba się będzie nauczyć na pamięć, ale tak już jest w każdej dziedzinie wiedzy. Do opanowania mechanicznego przeznaczone są wyżej wspomniane wiadomości „gdzie załatwiać”, a więc: teatr - w mleczarni, przejazd po mieście - w kiosku, wymianę pieniędzy na dewizy - w resorcie kultury fizycznej, żyletki - w banku (mam tu na myśli PeKaO) itd. To trzeba będzie wykuć jak tabliczkę mnożenia, czy Tablice Mendelejewa. Potem stopniowo będzie można przejść do praw ogólnych, twierdzeń i zasad uniwersalnych. Wprowadzenie do programu nauczania lekcji wychowania administracyjnego jest rzeczą konieczną i przedmiot ten prędzej czy później zostanie wprowadzony, co do tego nie mani żadnych wątpliwości. Wyłoni się problem podręczników. Tu spieszę zawiadomić odnośne władze, że jestem w trakcie opracowywania tychże. Można więc będzie zwrócić się do mnie. Dla przykładu i niejako dla zachęty podam teraz dwa tematy opracowane na podstawie gotowych już podręczników. Temat pierwszy zaczerpnąłem z pracy „Ćwiczenia praktyczne dla klasy VI” i po odpowiednim przerobieniu stylistycznym (do dorosłych zwracać się muszę nieco przystępniej i upraszczać pewne sprawy) zatytułowałem: „JAK ZAŁATWIAMY SPRAWY KOMPLEKSOWE” Sprawy kompleksowe (podział spraw na różane rodzaje przerabiały dzieci już w klasie V) to takie, których nie załatwimy w jednym urzędzie, tylko co najmniej w kilku. Do spraw kompleksowych należą m.in. ślub, rozwód, zameldowanie, rejestracja samochodu, wyjazd za granicę, pogrzeb (oczywiście własny, bo, aby odciążyć swych najbliższych, sprawy pogrzebowe należy zawczasu załatwić osobiście). Załatwianie spraw kompleksowych składa się z dwóch etapów: etapu pierwszego - przygotowawczego i etapu drugiego, czyli samego załatwiania. Zajmiemy się tylko etapem pierwszym, znacznie ważniejszym. Etap przygotowawczy polega na zebraniu informacji o aktualnym stanie przepisów. Przepisy, jak wiadomo, ulegają ciągłym zmianom na lepsze i należy zorientować się, które z mich akurat obowiązują, a które nie. Już genialny profesor Parkinson zauważył, że nierzadko coś, co jeszcze

rok temu było przestępstwem, dziś jest mile widzianym dobrym uczynkiem. I odwrotnie. Tak więc ktoś, kto chciałby być zawsze w porządku, musiałby zaprenumerować Dziennik Ustaw i wczytywać się weń regularnie. Celowo użyłem tu trybu warunkowego: chciałby być w porządku. Wielu chciało, ale okazało się to technicznie niemożliwe, w związku z czym każdy z nas jest gdzieś tam nie w porządku i cytowany już znawca biurokracji zachodniej, profesor Parkinson twierdzi, że o to właśnie ustawodawcom chodzi. Poznanie aktualnego stanu przepisów daje nam automatycznie korzyść dodatkową: pozwala zorientować się w stanie wiedzy ustawodawczej danego urzędnika, który przecież będzie potem załatwiał naszą sprawę. Bo w gruncie rzeczy nie jest ważne, jakie przepisy aktualnie obowiązują, tylko do jakich stosuje się właśnie dany urzędnik. Zbierając informacje, każdy petent winien pamiętać przede wszystkim o tym, aby umiejętnie zadawać pytania, to znaczy pytać absolutnie o wszystko, ponieważ informujący urzędnik nigdy nie powie ani słowa sam z siebie. Ewentualnie odpowie tylko na konkretne pytanie. Podam przykład. Turysta pyta w informacji: - O KTÓREJ GODZINIE MAM POCIĄG DO BUDAPESZTU PIERWSZEGO LIPCA? - 22:00 Naiwny petent już by odszedł zadowolony. Natomiast petent doświadczony pyta: - CZY DOSTANĘ BILET NA TEN POCIAG? - NIE. Pytanie „dlaczego?” nie jest konieczne, ale należy wypytywać dalej: a na który pociąg dostanę bilet po pierwszym? Czy jak już, kupię, to czy muszę potem przyjść jeszcze raz i podstemplować? A może wymienić? A może dokupić miejscówkę? I tak dalej. Wszystkie otrzymane informacje zapisujemy w specjalnym zeszycie o wymiennych kartkach, tzw. kołobrulionie, bo informacje będziemy wymieniać. Informacje zebrane w różnych urzędach będą ze sobą sprzeczne i informacje właściwe będziemy ustalać na zasadzie większości głosów. Następnie ułożymy kartki według kolejności załatwiania, jako że do niektórych urzędów możemy iść dopiero po uprzedniej wizycie w innych urzędach, do której też musieliśmy się byli przygotować zupełnie gdzie indziej. Niezwykle ważne jest ustalenie kolejności datami, co z kolei uwarunkowane jest godzinami przyjęć w poszczególnych urzędach, ponieważ każdy urząd przyjmuje interesantów w innych godzinach. Zdarzają się sprawy, przy których wszystkie potrzebne urzędy przyjmują jednocześnie tylko przez dwie godziny w tygodniu. I tylko w tym jednym dniu, teoretycznie, mamy szansę załatwienia sprawy w ciągu jednego dnia. Teoretycznie, bo w praktyce trwa to zawsze kilka dni. Przykładowe dwie godziny wyłuskałem na podstawie badań nad godzinami otwarcia urzędów zaangażowanych w sprawę kupna z rąk prywatnych motocykla Jawa, przysłanego z zagranicy. W akcji biorą udział następujące urzędy: Urząd Celny, Polskie Koleje Państwowe, Przedsiębiorstwo Przewozowe Hartwig, Państwowy Zakład Ubezpieczeń, Wydział Komunikacji Prezydium Miejskiej Rady Narodowej i Wydział Finansowy tejże Rady a także Wydział Finansowy w miejscu zamieszkania sprzedającego, Biuro Przepisywania na Maszynie, Urząd Notarialny, Konsulat i Poczta. A trzeba i zaznaczyć, że przykładowa sprawa kompleksowa jest jedną z prostszych i angażuje stosunkowo niewielką ilość urzędów. Właściwie skompletowany zeszyt z informacjami powinien zawierać kilkadziesiąt stron maszynopisu. Jeśli taki zeszyt posiadamy, samo załatwianie jest już fraszką, o ile nie prawdziwą przyjemnością. *** Temat drugi (z podręcznika dla klasy X) da nam odpowiedź na stale (nękające nas pytanie: „co przynieść ze sobą, aby załatwić?” Przekonam Drogich Czytelników, że wszystkie dowcipy o urzędnikach odsyłających petenta do domu po odpis metryki ślubu dziadka są niecelne i

powierzchowne. Czas skończyć z tymi żartami. Nie ma bezdusznych biurokratów. Po zapoznaniu się z treścią poniższego podrozdziału nikt już nie będzie miał pokusy, aby bezpodstawnie narzekać na biurokrację. SYSTEM PODKŁADKI W starym systemie społecznym rządził pieniądz. Ilość posiadanych pieniędzy lub dóbr przeliczalnych na pieniądze całkowicie determinowała pozycję obywatela w społeczeństwie. Zerwaliśmy z tym systemem, i słusznie. Obecnie oceniamy wartość człowieka według czegoś co nazwę umownie „sumą zasług”. Jest to na pewno system słuszniejszy, bo ocenia człowieka według kryteriów znacznie zdrowszych moralnie, niż kryteria finansowe, ale przysparza wiele trudności technicznych w życiu codziennym. W starym systemie urzędnik dysponujący jakimś dobrem na pytanie, dlaczego przydzielił je Malinowskiemu, odpowiadał: - Malinowski zapłacił najwięcej ze wszystkich, oto pokwitowanie wpłaty Malinowskiego. Obecnie urzędnik powie: - Malinowski wart był najwięcej. - W porządku. A gdzie pokwitowanie? I tu dochodzimy do sedna. Urzędnik musi mieć dowód naszej wartości. Formułuję Prawo Podkładki: każdy obywatel udający się do urzędu musi przedstawić informację o sobie i zostawić w urzędzie jej odpis. Prawo to znane jest w formie skróconej (popularnej) jako: przedstaw się i zostaw ślad. Tak więc każdy obywatel udający się do jakiegokolwiek sklepu, przychodni, urzędu winien mieć przy sobie teczkę (torbę, tobół, szafę), zawierającą wszystkie informacje o nim. Informacje powinny być podzielone na dwa działy. Stan aktualny i dokonania dotychczasowe. Wszystkie dane personalne, każdy czyn, każdy fragment życiorysu powinien być umieszczony na oddzielnym papierze ze stemplami i podpisany, tak aby każdy papierek można było na wieki zostawić w danej instytucja, a następnie po załatwieniu sprawy uzupełnić. Urzędnik zachowujący papiery, czyli podkładkę będzie już od tej chwili kryty: słuszność jego decyzji może być w każdej chwili udowodniona, a odpowiedzialność przerzucona na tych, co podpisywali i stemplowali papierki, a więc na ciało rozległe i nieuchwytne. Ta rozczłonkowanie życiorysu na fragmenty, ta „osobność” danych pozwala petentowi na dowolne kształtowanie jego sylwetki w zależności od potrzeby chwili, ponieważ posługuje się on coraz to innymi papierami. Jest rzeczą oczywistą, że nigdy nie pokaże i nie zostawi wszystkich papierów, j akie ze sobą przy-targał, jest to technicznie niemożliwe. Ale cały swój potężny zbiór ma zawsze ze sobą. Dopiero na miejscu zorientuje się, które z nich zostaną użyte. Podpowie to sam urzędnik, bo nasz petent już wie jak rozmawiać z władzą. A zresztą nie istnieją żadni wstrętni biurokraci, dręczący petentów dla samego dręczenia, prawie każdy urzędnik wyda natychmiast pozytywną decyzję, gdy tylko zobaczy, że jego decyzja zostanie usprawiedliwiona odpowiednią ilością podkładek. Jakie to będą podkładki - zależy od sytuacji, w każdym razie powinno być ich około dwudziestu. Te dwadzieścia, to oczywiście nikły procent tego, co przynieśliśmy ze sobą w teczce, przy czym muszę pocieszyć Drogich Czytelników, że już niedługo przejdziemy na mikrofilmy. Wspomniałem o różnych sposobach kształtowania naszej sylwetki. To bardzo ważny aspekt, szczególnie gdy w grę wchodzi nasz stan majątkowy. Jest rzeczą oczywistą, że każdy z nas, dysponując kompletem odpowiednich zaświadczeń, może się przedstawić jako człowiek bardzo bogaty lub bardzo biedny, bo gdy w jednych urzędach argumentem popierającym sprawę jest nasze bogactwo, to w innych ubóstwo. To tylko kwestia wyciągnięcia odpowiednich zaświadczeń, z których każde jest rzetelne i zgodne z prawdą. Każdy łysiejący blondyn jest w stanie przedstawić zaświadczenie, że jest brodatym brunetem i wszystko jest w porządku, bo blondyn sobie pójdzie, a zaświadczenie zostanie. Dotyczy to także spraw ogólniejszych, nawet samego faktu naszego istnienia, które w ogóle nie jest istotne, jeżeli nie jest poparte odpowiednim zaświadczeniem. Już przed laty Sławomir Mrożek, tknięty nagłym, genialnym przeczuciem opowiedział o pewnej pani, która w poczuciu dobrze

pojętego obowiązku obywatelskiego, po dziewięciu miesiącach ciąży urodziła dowód osobisty. Metoda podkładki przekształca stopniowo także naszą świadomość. Gdzieś koło roku dwutysięcznego nie pójdziemy do kina, tylko wystąpimy po zaświadczenie dla nas samych, że byliśmy w kinie. Fakt posiadania zaświadczenia, że oglądaliśmy film, całkowicie nam zastąpi jego faktyczne oglądanie i nawet nie będziemy mogli zrozumieć tych, którzy jeszcze dwadzieścia parę lat temu chodzili do kina naprawdę. JAK ZAROBIĆ W poprzednim rozdziale stwierdziliśmy, że w naszym społeczeństwie pieniądz stracił swą dawną funkcję. Mam nadzieję, że wielu Czytelników dało się przekonać i przestało zarabiać. Skoro konkurencja na rynku zmniejszyła się, łatwiej mi będzie służyć poradą pt. „Jak zarobić”. Zwracam się tu głównie do tych, którzy nie dali się przekonać poprzednim rozdziałem, ale do tych, co dali się przekonać, też się zwracam, bo jednak całkowite wyrugowanie pieniądza z naszego życia byłoby pochopnym uproszczeniem. Sprawa, jak zwykle, jest złożona, a poza tym ciągle się rozwijamy, pewne układy się zmieniają, moja Poradnia musi trzymać rękę na pulsie. W ostatnim okresie pieniądz jak gdyby zyskał nieco na znaczeniu, bo pojawiło się wiele atrakcyjnych przedmiotów, które może kupić każdy, a nie tylko ten, kto legitymuje się podkładkami stwierdzającymi jego zasługi, talent, niecierpiącą zwłoki potrzebę lub ma znajomości w odpowiednim sklepie czy urzędzie. Tak więc problem, jak zarobić, nabiera coraz większego znaczenia. Zaczniemy od tego, jak nie należy zarabiać. Człowiek, który postanowił zarabiać więcej, na ogół zaczyna szukać lepszej pracy. Lepszej, to znaczy lepiej płatnej i dającej większe możliwości awansu. Jest to podejście z gruntu fałszywe, jakkolwiek nie potępiam takich ludzi. Błądzą, bo nie wiedzą. Tkwią w przestarzałym schemacie myślowym, podbudowanym przez niewłaściwą lekturę - mam tu na myśli książki z dawnych lat lub filmy, które przychodzą do nas z zagranicy. Przestarzały schemat zakłada, że dobra pensja i zdobyte sumienną pracą stanowisko gwarantują wysokie zarobki. Nic podobnego. Aby lepiej zarabiać, należy znaleźć pracę możliwie jak najgorszą. I od poszukiwania takiej właśnie pracy zaczniemy nasze stopniowe wzbogacanie się. Szukamy pracy nisko płatnej, nieatrakcyjnej, nie dającej żadnych możliwości wyżycia twórczego. Szukamy przedsiębiorstwa, w którym panuje zła organizacja pracy i bałagan na wszystkich szczeblach. Oczywiście, nie jest łatwo o taką instytucję, ale jak dobrze poszukamy, to zawsze coś się znajdzie. Bierzemy więc etat w takiej instytucji; i etat ten daje nam świadczenia socjalne i stempelek w dowodzie osobistym. Jesteśmy człowiekiem pracy. Znajomi patrzą na nas z politowaniem, bo mają wyższe pensje, a ich miejsca pracy to świetnie zorganizowane przedsiębiorstwa, dające możliwość awansu, wykazania inicjatywy twórczej, satysfakcję zawodową i dobre miejsce w hierarchii społecznej. My na razie nie odpowiadamy na zaczepki, tylko z długopisem w ręku obliczamy, jaką przeciętną pensję mają ci świetnie ustawieni znajomi i do jakiej wysokości może podskoczyć ta pensja przy kolejnych awansach. Zapamiętujemy te liczby, aby potem użyć ich do porównań z naszymi zarobkami za kilka lat. Spokojnie przystępujemy do realizacji drugiego etapu naszego planu, to jest do łapania na lewo i na prawo prac zleconych. Otóż to. Prace zlecone, czyli dorabianie na boku, czyli tak zwana chałtura, są naszym celem zasadniczym. Źle płatną pracę w bałaganiarskiej instytucji wzięliśmy po to, aby mieć dużo wolnego czasu. Skoro mowa o wolnym czasie w godzinach pracy, to od razu zaznaczam, że nie chcę upraszczać i twierdzić, że przeciętny urzędnik bierze pensję za nic. Namnożyło się u nas żartów opartych na podobnym założeniu, na przykład: siedzi w pokoju dwudziestu urzędników, pracuje tylko wentylator. Żarty te błędnie zakładają, że urzędnicy są leniwi, lub że nie mają nic do roboty. Mają i czasem nawet dużo. Rzecz w tym, że spora część tego co robią w pacie czoła, to praca zupełnie niepotrzebna, wynikająca choćby z samego faktu, że tych dwudziestu siedzi w tym pokoju. My zatrudniliśmy się w bałaganiarskiej instytucji nie po to, aby nie mieć pracy, tylko po to, aby nikt jej

od nas nie egzekwował. Nie wykonujemy tego, co do nas należy, i uchodzi nam to na sucho, bo po prostu nikt nie jest w stanie nas sprawdzić w ogólnym bałaganie. Pozostaje kwestia naszego sumienia. Tu od razu spieszę Was uspokoić: to, że nie pracujemy, przynosi tylko korzyści gospodarce narodowej, bo nasza ewentualna praca sprawiłaby dodatkowy, niepotrzebny kłopot innym pracownikom naszej instytucji. Tak więc chałturzymy sobie spokojnie i już po roku orientujemy się ze zdumieniem, że nasz dochód znacznie przekracza dochody naszych dobrze ustawionych znajomych. Nasze perspektywy również są lepsze, bo poprzez stałe łapanie prac zleconych wyrobiliśmy sobie masę kontaktów, przebieramy w propozycjach, wybierając najlepsze i wreszcie mamy wewnętrzną satysfakcję, myśląc sobie: „jestem dobrym chałturszczykiem”. Bo my już wiemy, że pogardzanie chałturą to stereotyp. Na własnym przykładzie widzimy, że wstydzić się możemy naszej pracy zasadniczej, natomiast z każdej chałtury możemy być tylko dumni, ponieważ wykonaliśmy ją najlepiej, jak tylko było nas stać. W dziedzinie chałtury rządzi prawo konkurencji. Gdybyśmy naszą chałturę wykonali źle, nie otrzymalibyśmy następnego zlecenia. Pogardliwe wyrażanie się o chałturze jest więc całkowicie bezpodstawne. Kto może chałturzyć? Wszyscy. Nie ma w Polsce zawodu, który nie miałby możliwości zdobycia prac zleconych. Oczywiście, łatwiej jest znaleźć chałturę architektowi, niż nurkowi słodkowodnemu, ale na pewno nie ma człowieka, który by nie mógł znaleźć pracy zleconej, leżącej w granicach jego umiejętności jeśli już nie zawodowych, to umiejętności w ogóle. Dzieje się tak dlatego, że istnieje sztywny przydział etatów i łatwiej jest zbudować nową fabrykę, niż wydębić etat stróża nocnego. Nie każda sekretarka zgodzi się pracować na etacie magazyniera, nie każdy lekarz na etacie maszynistki. Etaty sobie, a życie sobie. Ale każde przedsiębiorstwo musi przecież jakoś funkcjonować. I funkcjonuje dzięki pracom zleconym. Tak więc prac zleconych mamy do dyspozycji całą masę, i prace te reprezentują pełny wachlarz profesji. Proszę nie zapominać, że dochodzą tu jeszcze usługi dla zleceniodawców prywatnych. W wypadku awarii telewizora nikt rozsądny nie będzie przecież dzwonił do salonu naprawczego, tylko do inżyniera elektronika, dorabiającego sobie naprawą telewizorów. A skąd ten nasz kolosalny dochód? Po prostu stąd, że każda chałtura jest honorowana bez porównania lepiej niż praca tzw. zasadnicza. I nie ma tu żadnej dowolności. Takie ustalono cenniki. Dlaczego? To już nas nie obchodzi. Skoro tak jest, to widocznie tak ma być. Naszą sprawą jest tylko odpowiednie ustawienie się w zastanej sytuacji, takie jak przed chwilą opisałem. Na zakończenie królika porada techniczna: cenniki. Na ogół były ustalone dawno i nie nadążają. W cenniku na prace plastyczne na przykład, który jest biblią wszystkich artystów malarzy i grafików, jedną czwartą objętości cennika zajmuje potężny rozdział pt. „Papieroplastyka”. Absolwenci kończący Akademię Sztuk Pięknych już od kilku lat w ogóle nie wiedzą, co to takiego. Natomiast całego szeregu pozycji nie ma, ponieważ w chwili gdy ustalano cenniki- pozycje te częstokroć nie były jeszcze wynalezione. Co wtedy robić? Szukać analogii. Zleceniodawca zawsze chętnie nam zapłaci tyle, ile będziemy chcieli, byleby tylko mógł się powołać na odpowiedni paragraf w cenniku. Przykładowo: „podłączenie mózgu elektronowego” - szukamy w cenniku, nie ma. Ale jest „podłączenie zlewozmywaka”. Śmiało podciągamy mózg pod zlewozmywak i wszystko jest w porządku. WSZYSTKO O MOTORYZACJI 1. WIADOMOŚCI OGÓLNE Posiadanie samochodu już nie jest wadą obywatela. Postawiliśmy na konsumpcję, kupno samochodu ożywia życie gospodarcze. Dawniej, oczywiście, też można było mieć samochód, ale tylko pozornie. Człowiek, który zdecydował się na kupno czegoś większego od motocykla, narażony był na zaszarga- nie sobie opinii i cały szereg podejrzeń. Natychmiast po nabyciu mikrusa wzywany był do wydziału finansowego i w ostrych słowach pytany, skąd wziął na to pieniądze. Ten sam obywatel mógł te same pieniądze przepić, przejeść, wydać na cokolwiek, a nawet spalić publicznie na rynku i nikt by go o nic nie pytał, najwyżej o to, skąd wziął tak sprawnie działające pudełko zapałek. Jedynie samochód

powodował przytoczone wyżej pytania, co nasuwa podejrzenia, że nie chodziło tu bynajmniej o sprawdzenie źródeł dochodów obywatela, tylko o napiętnowanie go za nieobyczajny postępek, jakim jest kupno samochodu, a także odstraszenie następnych Obywateli. Teraz już można. Służę więc poradą dla nowo upieczonych posiadaczy samochodu. 2. CZYNNOŚCI PIERWSZE - ZASADNICZE Nowy samochód po nabyciu, zarejestrowaniu, ubezpieczeniu, naprawieniu usterek zauważonych podczas wsiadania i uruchamiania, po zatankowaniu niewielkiej ilości paliwa odprowadzamy najkrótszą drogą z Motozbytu do garażu lub ustawiamy przed domem. Zabezpieczamy przed korozją, jeżeli nie mamy garażu zamykanego na trzy kłódki i dwie sztaby - zdejmujemy wycieraczki, kołpaki, czyli tzw. dekle z kół, odkręcamy lusterko boczne, wyjmujemy akumulator, dokładnie zamykamy, kluczyki wrzucamy do szuflady biurka, a następnie udajemy się do naszych codziennych zajęć na piechotę. Czynimy to z wielu względów. Po pierwsze: chodzenie na piechotę jest bardzo zdrowe. Po drugie: eksploatacja samochodu jest bardzo droga i uprzednie oszczędzanie na samochód jest niczym w porównaniu z kosztami używania samochodu. Po trzecie: jeżdżenie samochodem automatycznie czyni z nas przestępcę. Z rozdziału poświęconego wychowaniu administracyjnemu wiadomo, że nie ma wśród nas nikogo, kto nie złamał jakiegoś przepisu. Wyłączyć z tego towarzystwa można jedynie noworodki i to nie na pewno. Po prostu przepisów jest tyle, że już od dawna nie wiadomo, co jest przestępstwem, a co nie jest. Ale jeżeli w innych dziedzinach życia aa każdy przepis mamy jakiś kontraprzepis na pocieszenie i znając wszystkie Dzienniki Ustaw możemy się jakoś wybronić, to w dziedzinie motoryzacji nie ma niestety odwołania. Jest przepis w kodeksie drogowym, który wyraża mniej więcej taką myśl: kierowca musi jechać zawsze z taką szybkością, aby w każdej chwili mógł zapanować nad samochodem. Czyli: jeżeli nie zapanuje, będzie to oznaczało, że jechał za szybko. Dlatego jako przyczynę większości wypadków milicja podaje „nadmierną szybkość”. Bardzo słusznie, bo w chwili wypadku każda szybkość jest nadmierna i tylko samochód stojący miałby szybkość nienadmiemą, czyli właściwą. Jedziemy sobie, powiedzmy, z szybkością 15 kilometrów na godzinę i pod koła naszego samochodu rzuca się pijak. Oczywiście, nie mieliśmy nawet czasu pomyśleć o hamowaniu. Jesteśmy winni. Nie zapanowaliśmy nad samochodem. Jechaliśmy z nadmierną szybkością, złamaliśmy wyżej przytoczony przepis. Jedyną metodą gwarantującą zastosowanie się do tego przepisu jest niewsiadanie do samochodu w ogóle. Zdaję sobie sprawę z tego, że nikt z Drogich Czytelników nie zastosuje się do mojej życzliwej i światłej porady. Wsiądziecie i będziecie jeździć. Pamiętajcie więc: sami sobie będziecie winni w razie czego. Wiem. Będziecie jeździć mimo wszystko. Zastanówmy się więc czym jeździć i jak jeździć. 3. CZY MOŻNA JEŹDZIĆ SAMOCHODEM PRODUKCJI ZAGRANICZNEJ? Nie. Samochody zagraniczne, szczególnie zachodnie, mają u nas zupełnie niezasłużenie doskonałą opinię. Głosiciele tej opinii szermują tak błahymi argumentami, jak: niezawodność samochodu, ekonomiczność eksploatacji, szybkość, bezpieczeństwo i tak dalej. Uleganie tej opinii świadczy po prostu o braku wyobraźni. Każdy samochód wymaga fachowej obsługi i części zamiennych. I tu zaczyna się tragedia. Myślicie, że powiem: „części nie ma”. Nic podobnego. Części do samochodów zagranicznych u nas są, w przeciwieństwie do części do samochodów krajowych. Może nie wszystkie, ale na pewno jest ich -więcej i łatwiej je kupić, tyle, że za waluty obce. Koszty takich części, walutowo obcych, są bardzo wysokie, zwłaszcza że dochodzi jeszcze cena biletu do Warszawy i z powrotem, jako że sieć sklepów z częściami zagranicznymi jest niezbyt duża. Konkretnie siecią tą jest jeden sklep. No dobrze, a jeżeli ktoś kupił samochód zagraniczny za granicą i zaopatrzył się we wszystkie części.

Albo obliczył sobie, że skoro dobry samochód rzadziej się psuje, to rzadsze kupowanie drogich części opłaca się bardziej niż częstsze tanich? Na to odpowiadam argumentem nie ido odparcia: nie ma mowy o tym, aby najlepszego nawet kierowcę nie stuknął przynajmniej raz na rok kierowca gorszy, albo motorniczy tramwaju. PZU zapłaci! - krzyknie mi tu orędownik volkawagenów i morrisów. Owszem, zapłaci. Ale w walucie rodzimej, nie obcej.. Nie muszę chyba dodawać, że troszeczkę na tym można stracić. 4. A WIĘC SAMOCHÓD KRAJOWY? Tak. Głównie ze względu na części. Części tych chwilowo brak, ale nikt przytomny nie będzie szukał części w sklepach Motozbytu. Człowiek oświecony, potrzebując, powiedzmy, alternatora do fiata 125p, jedzie do TOS-u i odwoławszy na bok mechanika, mówi przyciszonym głosem: - Kochany... alternatorek... na jutro... - Coś się zrobi - odpowiada mechanik i następnego dnia mamy już alternator wykręcony z innego fiata, który stoi w TOS-ie od kilku miesięcy i spełnia rolę podręcznego magazynu części. I nie należy się wzdragać, krzyczeć o nieuczciwości. Po prostu, nie ma innego sposobu zaopatrywania się w części najpotrzebniejsze. Występuje tu jeszcze ciekawostka przyrodnicza: wszyscy wszystkim wykręcają, a wszystkie samochody co pewien czas jakoś jeżdżą. Czego to dowodzi - nie wiem. Ja tylko udzielam cennych rad. 5. EKSPLOATACJA SAMOCHODU Kiedy już kupiliśmy samochód i zdecydowaliśmy, że jednak będziemy jeździć, nie możemy tego zacząć robić natychmiast. Musimy odstawić samochód choćby na jeden miesiąc, wziąć w pracy urlop, a następnie zatrudnić się w charakterze praktykanta w warsztacie mechanicznym, wyspecjalizowanym w obsłudze samochodów takiej marki, jak marka naszego samochodu. Robimy tak w celu gruntownego poznania wszystkich czynności związanych z obsługą i remontami naszego samochodu. Po miesiącu będziemy już z grubsza umieli przy naszym samochodzie wszystko zrobić sobie sami, więc pozostaje tylko wykopanie w garażu kanału i zaopatrzenie się we wszystkie potrzebne narzędzia. Uprzedzałem, że będą koszty. Ale te zakupy i tak się opłacą, bo wyniosą w skali dwuletniej znacznie mniej, niż wyniesie suma rachunków zapłaconych w TOS-ie za roboty wykonane źle, za roboty będące de facto psuciem, za wykręcane części i za roboty nie wykonane w ogóle, przy czym ta ostatnia pozycja jest stosunkowo najłatwiejsza do przełknięcia, bo lepiej żeby w ogóle samochodu nie ruszali, niż żeby mieli popsuć jeszcze bardziej. Śmieszą mnie do łez klienci, którzy zostawiają samochód i idą do domu w przeświadczeniu, że przecież fachowcy zrobią lepiej, niż oni sami. Zrobią gorzej, drogi kliencie, i jedyną formą samoobrony klienta jest stosowanie mojej rady: chcesz być kierowcą - zdobądź pierwej zawód mechanika samochodowego. I słusznie postępują instruktorzy na kursach nauki jazdy, kiedy nie uczą prowadzenia samochodu, tylko jego budowy, a prasa niesłusznie ich za to krytykuje. Starzy wyjadacze najlepiej wiedzą, jakie umiejętności są naprawdę potrzebne nowo upieczonemu samochodziarzowi. Bardziej leniwa mniejszość moich Drogich Czytelników, której nie chce się zdobyć zawodu mechanika, powie mi tu zapewne, że istnieją przecież warsztaty prywatne, w których właściciel musi dbać o renomę, bo straci klientów. Preferowanie warsztatów prywatnych jest również naiwnością. Ktoś, kto otworzył warsztat wie, że musi zarobić szybko i jak najmniejszym kosztem, bo prędzej czy później dostanie domiar i będzie musiał warsztat zamknąć, więc nie dba o opinię. Na zakończenie kilka słów pocieszenia: zdarzają się wyjątki. Przejechałem blisko pół miliona kilometrów nie znając się na bebechach samochodu zupełnie. Po prostu: udało mi się wyszperać kilka warsztatów, które pracują uczciwie i w nich się stołuję. Adresów nie podam, bo zrobiłby się w nich taki tłok, że nie mógłbym się dopchać. Kto chce może mnie wyśledzić. Numer rejestracyjny WS-44-00.

6. NAUKA JAZDY, ZNAKI DROGOWE JAKO PRZEŻYCIE ARTYSTYCZNE Pierwsza zasada bezpiecznej jazdy wyda się, być może, nieco dziwna wszystkim tym, którzy dopiero co ukończyli kurs samochodowy i pamiętają, jak ostro egzekwowano znajomość znaków drogowych. Otóż zasadą świadomego kierowcy jest zasada absolutnego niezwracania uwagi na znaki drogowe. Człowiek, który zawierzy znakom, nie pojeździ długo. Zawierzywszy znakowi „pierwszeństwo przejazdu” już wkrótce nadzieje się na kogoś, kto nie respektował znaku „droga podporządkowana”. Inny, przeczytawszy „przejazd kolejowy strzeżony” wysnuje pozornie logiczny wniosek, że skoro szlaban (w języku drogowym „zapora”) jest otwarty, to można jechać i skończy pod kołami lokomotywy, bo dróżnicy, owszem, zamykają szlabany, ale zdarzają się wyjątki. Ilość tych wyjątków w skali rocznej nakazuje nam traktować wyżej wspomniany znak drogowy jedynie jako graficzny ozdobnik naszego pięknego skądinąd pejzażu. Polegać natomiast należy wyłącznie na własnym wzroku. Szerokim polem do działania dla psychologów są znaki ograniczenia szybkości. Ludzie, którzy decydują o cyferce umieszczonej w środku czerwonego kółka, są to sabotażyści, którzy powinni natychmiast stanąć przed sądem, a jeżeli nie stają, to chyba tylko dlatego, że sądy są zawalone inną robotą. „Ograniczacze” stawiają swoje znaki z góry wiedząc, że nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie ich respektował. Działalność ta wpaja w kierowców przeświadczenie, że znak drogowy jest nie po to, aby go respektować, tylko po to, aby był. Jedziesz sobie z dowolną szybkością i nagle wykwita ci zakaz: maksymalna 30. Zwalniasz do siedemdziesięciu i rozglądasz się ciekawie. Zwężenie? Przełomy? Długo dumasz, jakie to powody kazały „ograniczaczom” postawić znak i nagle, jeżeli masz dobry wzrok, spostrzegasz gdzieś daleko na poboczu resztki jakichś robót drogowych, które były przeprowadzane w zeszłym roku. Kiedy indziej dojeżdżasz do zwężenia, które jest tak minimalne, że śmiało możesz jechać zwolniwszy dla świętego spokoju do sześćdziesięciu. Ale znak „30” sterczy. Sakramentalne „30” wtykane jest wciąż i wszędzie, trzeba czy nie trzeba. Podejrzewam, że ktoś kiedyś zamówił hurtem ileś tam set tysięcy znaków „30” i pewnie działo się to w czasach, gdy samochody jeździły z szybkością przeciętną 50, i teraz nie można zamówić nowych znaków, dopóki nie wykorzysta się starych. 30 na godzinę to jeszcze nie jest najśmieszniejsze. Zdarzają się znaki „10” lub „5” na godzinę. Chciałbym zobaczyć szybkościomierz, który wskaże taką szybkość. Pod Jarocinem (Poznańskie) przejeżdżałem kilka razy obok znaku, ograniczającego prędkość do 7 kilometrów na godzinę. Ja doskonale rozumiem „ograniczaczy” W razie wypadku zawsze są kryci, bo w ciemno mogą powiedzieć, że kierowca jechał za szybko. Ustawienie znaku „7” świadczy ponadto o ich wysokiej klasie fachowej i ogromnej pieczołowitości. Nie 5, nie 10, ale 7. To wzbudza zaufanie. Widocznie grupa ekspertów zrobiła szereg eksperymentów i okazało się, że 7 to szybkość bezpieczna, natomiast od 8 na godzinę zaczyna się ryzyko. Większość znaków ograniczających prędkość nie ma potem odwołań. Człowiek, który chciałby przejechać przez nasz piękny kraj, dla eksperymentu lub żartu respektując znaki drogowe, musiałby jechać prawie całą trasę z prędkością przeciętnego rowerzysty 7. JAK TRAFIĆ DO MIEJSCA PRZEZNACZENIA Za pomocą mapy. Ale samo nabycie mapy samochodowej nie wystarczy. Nowo nabytą mapę należy uaktualnić, nawet jeśli wydano ją przed tygodniem. Data wydania nie ma znaczenia, ponieważ wydawcy map posługują się od lat tą samą sztancą, która nie ma nic wspólnego z aktualną siecią dróg. Po nabyciu mapy należy zwrócić się do kilku kierowców zawodowych i, opierając się na ich doświadczeniu, przerobić na swojej mapie niektóre szosy klasy drugiej na szosy klasy pierwszej, niektóre odcinki szosy międzynarodowej na drogi polne, a niektóre drogi polne na szosy klasy drugiej lub wymazać. Należy nanieść również szosy nowe, nie zaznaczone na mapie których jest znacznie więcej niż się przypuszcza. Okazało się w praktyce, że łatwiej jest wybudować kilkaset kilometrów nowych dróg, niż nanieść te drogi na mapę.