wotson

  • Dokumenty43 380
  • Odsłony1 798 188
  • Obserwuję1 278
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 190 889

Jack Ketchum - Dead River 01 - Poza sezonem

Dodano: 2 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 2 lata temu
Rozmiar :1.0 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
J

Jack Ketchum - Dead River 01 - Poza sezonem.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion J Jack Ketchum
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 2 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 104 osób, 65 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 163 stron)

Jack Ketchum Poza sezonem Tłumaczenie Marcin Wróbel Papierowy Księżyc 2010 Wydanie I

Dwaj pisarze postarali się, by przez te wszystkie lata moja kariera nie zniknęła pod powierzchnią - nieżyjący już, niezastąpiony Robert Bloch, któremu zadedykowałem „Hide and Seek”, oraz Stephen King. Tę książkę, wraz z wyrazami wdzięczności, poświęcam Steve'owi, który, jak się okazało, Dawno Dawno Temu przeczytał jej oryginalną wersję.

Boże! Mój Boże! Czyż w ten sposób umierać muszę? Jack Slade Sodoma z Gomorą. W jednym stały domu. John Cougar

CZĘŚĆ 1 CZĘŚĆ 2 CZĘŚĆ 3 Od wydawcy Posłowie

CZĘŚĆ 1 12 WRZEŚNIA 1981 00:26 Patrzyli jak idzie przez łąkę i kieruje się w stronę lasu, przechodząc nad niskim, kamiennym murkiem. Sprawiała wrażenie niezdarnej. Łatwo będzie ją dopaść. Nie spieszyli się. Odłamali kilka białych, brzozowych witek i odarli je z kory. Słyszeli, jak przedziera się przez krzaki. Popatrzyli po sobie, wymieniając się uśmiechami w milczeniu. Dokończyli odzieranie gałązek i ruszyli w pościg. * Dziękowała Bogu za światło księżyca. Omal nie przegapiła głębokiego dołu, pozostałości po zrujnowanej piwnicy. Wyminęła go ostrożnie i pobiegła pomiędzy drzewami, rozgarniając trawy oraz kocimiętkę. W powietrzu unosiła się woń próchna i sosnowych igieł. Słyszała, jak przedzierają się przez moczary, biegnąc jej śladem. Docierały do niej ich delikatne, melodyjne głosy. Rozbawione dzieciaki w środku nocy. Pamiętała dotyk tych drobnych, szorstkich dłoni o długich i ostrych paznokciach, czuła na skórze ślady, które powstały, gdy ją dopadły. Ogarnęły ją dreszcze. Słyszała dobiegające z tyłu śmiechy. Przed nią gęstniał las. Musiała zwolnić. Trudno było cokolwiek dostrzec w takich ciemnościach. Gałęzie wplątywały się we włosy i próbowały wykłuć jej oczy. Zasłaniała twarz gołymi ramionami, na których po chwili rozkwitły krwawe pręgi. Biegnące za nią dzieci przystanęły na chwilę i zaczęły nasłuchiwać. Wybuchła płaczem. Natychmiast zganiła się za to w myślach. Co za idiotyzm, beczeć w takim momencie. Słyszała je coraz bliżej. Zastanawiała się, czy mogą ją zobaczyć. Błyskawicznie zanurkowała pomiędzy gęste krzaki. Na rękach, nogach i brzuchu pojawiły się kolejne krwawe zadrapania, a suche gałęzie bez najmniejszego trudu przebijały się przez cienką, bawełnianą sukienkę. Ból nie powstrzymał jej jednak, dodawał sił. Przestała osłaniać twarz i, rozgarniając rękami kolejne gałęzie, przedarła się przez chaszcze w stronę polany.

Wzięła głęboki oddech i natychmiast poczuła intensywną woń morza. Musiało być w pobliżu. Ponownie zerwała się do biegu. Liczyła, że znajdzie tam jakieś domy albo rybacką osadę. Obojętnie co. Wokół niej we wszystkie strony rozciągała się łąka. Słysząc szum fal, błyskawicznie pozbyła się butów i pobiegła w kierunku, z którego zdawał się dobiegać ten dźwięk, podczas gdy z krzaków za jej plecami wyłoniło się jedenaście niewielkich postaci, obserwujących w blasku księżyca tę rozpaczliwą ucieczkę. Nie widziała przed sobą żadnych świateł, żadnych domów, wszędzie wokół kołysały się wysokie trawy. A co, jeśli przed nią jest tylko morze? Znalazłaby się w pułapce, osaczona. Zmusiła się do szybszego biegu. Zimne powietrze przenikało płuca. Szum stawał się coraz głośniejszy. Morze musiało być gdzieś niedaleko, tuż za granicą łąki. Wiedziała, że są coraz bliżej, słyszała ich kroki. Własna wytrzymałość była dla niej sporym zaskoczeniem. Ich śmiech był bezlitosny, wypełniony złem. Zauważyła, że jedno z nich biegnie tuż obok, bez wysiłku dostosowując tempo, patrząc na nią z okrutnym, obnażającym zęby grymasem. Oczy dziecka lśniły w blasku księżyca. Wiedziały, że jest bezbronna. Bawiły się z nią. Mogła jedynie biec dalej, mając nadzieję, że kiedyś się znudzą. Wciąż nie widziała żadnych domów. Przyjdzie jej umrzeć w całkowitej samotności. Nagle usłyszała jedno z dzieci naśladujące ujadanie psa i poczuła, że ktoś ją smaga po nogach. Ból był tak przenikliwy, że z trudem powstrzymała się przed upadkiem. Dzieci otaczały ją ze wszystkich stron, ucieczka była niemożliwa. Wiedziała, że jej się nie uda. Ogarnęła ją panika, odbierająca kontrolę nad jelitami. Po raz tysięczny przeklęła się w duchu za udawanie dobrej Samarytanki i zatrzymanie samochodu. Musiała jednak przyznać, że widok małej dziewczynki pałętającej się po nocy na poboczu zupełnie pustej drogi, był dla niej zaskoczeniem. Właśnie wyjeżdżała zza zakrętu, kiedy w świetle reflektorów pojawiło się dziecko w podartej sukience, zasłaniające twarz rękami. Tak, jakby płakało. Nie mogło mieć więcej niż sześć lat. Zatrzymała samochód i podeszła do niej, żeby sprawdzić, czy nie doszło do jakiegoś wypadku lub gwałtu. Dziewczynka spojrzała w jej stronę czarnymi, poważnymi oczami, w których nie było śladu łez i wyszczerzyła zęby w uśmiechu. Coś ją zmusiło, żeby odwrócić się w stronę samochodu i wtedy właśnie ich zobaczyła - stali tuż przed nim, odcinając jej dostęp. Poczuła gwałtowny strach. - Wynoście się! - wrzasnęła, próbując ich odpędzić. Wiedziała jednak, że to się nie uda. Czuła się głupia i bezsilna. Wtedy właśnie po raz pierwszy usłyszała ten śmiech, a dzieci ruszyły w jej stronę. Kiedy poczuła na sobie ich dotyk, zrozumiała, że chcą ją zabić.

Pościg był coraz bliżej. Błyskawicznie spojrzała przez ramię. Ohydztwo. Paskudztwa. Trzy po lewej, jedno po prawej. Trzech chłopców i samotna dziewczynka. Skręciła w jej stronę, uderzając całą masą ciała. Olbrzymi impet spowodował, że dziecko upadło, krzycząc z bólu. Z tyłu słychać było rozbawione parsknięcia. Nagle przeraźliwie zapiekły ją plecy i ramiona, a chwilę później dwa kolejne uderzenia spadły ze świstem na jej pośladki. Wiedziała, że traci resztki sił, nogi miała jak z waty, jednak strach przed upadkiem był silniejszy od bólu. Jeśli się potknie, bez wątpienia zatłuką ją na śmierć. Z jej ud i ramion ściekały wilgotne strużki krwi. Owiewała ją wilgotna bryza, morze było tak blisko, że czuła w ustach jego smak. Wciąż biegła. Zobaczyła kolejnego chłopca, który pojawił się po lewej stronie, zdecydowanie większego od pozostałych. Biegł dużo szybciej. Mój Boże, pomyślała z przerażeniem, co on na siebie włożył? Wyglądało to na jakąś skórę, zdartą ze zwierzęcia. Kim oni są, na litość boską? Z prawej strony dogoniła ją następna parka, nie potrafiła rozpoznać ich płci. Bieganie w wysokiej trawie nie sprawiało im żadnych trudności. Błagała w myślach, żeby skończyły już tę zabawę. Rosły chłopak wyrwał się do przodu, próbując odciąć jej drogę. Odwrócił się, żeby na nią spojrzeć, a blask księżyca pozwolił jej dostrzec, że jego twarz pokrywa cała masa strupów i pryszczy. Czuła jak przenika ją lodowaty, przejmujący strach. Brzozowe witki wciąż cięły ją po plecach i nogach. Nie miała innego wyjścia, musiała uciekać. Bieg i morze to jedyne, co jej zostało. Próbując się skoncentrować i zebrać siły, utkwiła wzrok w plecach biegnącego przodem chłopaka. Nagle dzieciak obrócił się na pięcie wymachując brzozową witką i jej twarz eksplodowała bólem. Policzki paliły jak obdarte ze skóry, poczuła w ustach smak krwi, która lała się jej z nosa. Złapanie oddechu przychodziło jej z coraz większym trudem. Za chwilę będzie się musiała zatrzymać. Coś umierało w jej wnętrzu. Chłopak zatrzymał się przed nią tak gwałtownie, że cudem na niego nie wpadła. Spanikowana rozglądała się we wszystkie strony, próbując znaleźć jakieś wyjście. Starała się na niego nie patrzeć, nie mogła tego zrobić, przynajmniej dopóki nikt jej do tego nie zmuszał. Dostrzegła jakieś lśnienie za jego plecami. Morze. Nareszcie. W tej samej sekundzie ogarnęło ją ogromne zmęczenie. Nie miała już gdzie uciec, nie mogła liczyć na żadną pomoc. Żadnych budynków, tylko pionowa ściana granitowego klifu, schodząca wprost w głębiny oceanu. Upadek z tej wysokości skończyłby się śmiercią. Nie było żadnej nadziei. Powoli odwróciła się w stronę prześladowców.

Przez chwilę znów przypominali zwyczajne dzieci. Czując, że zaraz oszaleje z przerażenia, wpatrywała się w postrzępione worki i gałgany, które służyły im za ubrania, przyglądała się niesamowicie brudnym twarzom, drobnym, żylastym ciałom, oczom, wciąż błyszczącym po pościgu i nie potrafiła uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Żadne dziecko nie mogło się przecież zmienić w coś takiego. Zdawało jej się, że śni, tonąc w krwi i śmierci. Widziała, jak ich pokurczone ciała nagle się sprężają, wpatrywała się w zwężone źrenice i zaciśnięte usta, a brzozowe witki znów ze świstem przecięły powietrze. Zamknęła oczy. Obiegły ją w tej samej sekundzie. Brudne szpony rozdarły jej ubranie, na głowę i ramiona posypały się bolesne uderzenia. Jej krzyk sprowokował kolejny wybuch śmiechu. Ociekające śliną usta wpiły się w jej wargi, ciepłe strużki, zmieszane z krwią, ściekały po jej ciele. Doświadczając największego lęku w swoim życiu, zawyła po raz kolejny i desperacko próbowała się wyrwać. Nagle poczuła, że w porównaniu z nimi jest ogromna i silna jak zranione zwierzę, Otworzyła oczy i szaleńczo machając rękami zaczęła uderzać w głowy i w usta, próbując odepchnąć te odrażające, brudne ciała. Przez chwilę miała nadzieję, że zdoła się jakoś wyzwolić i przebiec obok tego olbrzymiego chłopaka, który odcinał jej drogę. Zawirowała dwukrotnie w miejscu, wyzwalając się z uchwytu pozostałych dzieci i nagle miała przed sobą otwartą przestrzeń, a dzieciak, jakby przewidując jej zamiary, przezornie odsunął się na bok. Nie miała się już nad czym zastanawiać, nie było już czasu na strach czy myślenie. Nie mogła postąpić inaczej. Pomknęła w mrok, wymijając chłopca. Skok pozbawił ją tchu, przenosząc ponad krawędzią klifu wprost w rozszalałe, wzburzone fale, w niezgłębioną i przerażającą ciemność. Zimna, słona woda spłukała plamy krwi.

01:15 Zawartość niewielkiej niebieskiej walizki nie wzbudziła ich większego zainteresowania. Trzy odrobinę przybrudzone bawełniane bluzeczki. Zielony pulower. Bielizna, pończochy, tweedowa spódniczka. Na przednim fotelu leżał rozpinany, kaszmirowy sweter. Jedna z dziewczynek wciągnęła go na postrzępioną bluzę od munduru, gładząc stwardniałymi dłońmi delikatny materiał. Kompletnie zignorowała zarówno brud, jaki wtarła w rękawy, jak i dwójkę dziesięciolatków, która próbowała się dobrać do schowka na rękawiczki, używając scyzoryka. Wnętrze samochodu pachniało perfumami i papierosowym dymem. Schowek okazał się pusty, jeśli nie liczyć kilku map, jakichś dokumentów i prawa jazdy. Chłopak o twarzy pokrytej pryszczami sięgnął po torebkę i wysypał jej zawartość na przedni fotel, gmerając kościstymi paluchami pomiędzy grzebieniem, szczotką, spinkami do włosów, czerwoną chusteczką, szminką, pudrem, kredką do brwi, cieniem do powiek, lusterkiem w porysowanej oprawce, paszportem, kalkulatorem, tanim kryminałem, pilnikiem do paznokci, jeszcze jedną szminką i portfelem. W przegródkach portmonetki znalazło się osiemdziesiąt pięć dolarów w dziesiątkach, piątkach i drobnych, karta rabatowa Bloomingdale’a i dwie karty kredytowe - American Express i Master Card. Pobieżnie przejrzał zdjęcia wsunięte za plastikową oprawkę: roześmiana para w kostiumach kąpielowych, jakiś dziwny pies, stara kobieta w papilotach, stojąca nad zlewem i oprawiająca kurczaka. Zupełnie go to nie interesowało. Skinął na chłopczyka i dziewczynkę, czekających na zewnątrz i niezdarnie wygramolił swoje nastoletnie ciało z samochodu. Dzieciaki wskoczyły na fotele. Chłopiec sięgnął po ciemniejszą szminkę i zabrał się za rysowanie kółek na wstecznym lusterku. Dziewczynce wyraźnie spodobało się zdjęcie szczurowatego psa oraz kieszonkowe lusterko, ponieważ wsunęła oba przedmioty do zawieszonego na szyi brudnego worka. Większy chłopak w tym samym czasie odkrył puszkę odmrażacza, wepchniętą pod siedzenie. Potrząsnął. Prawie pusta. Z braku łomu nie mógł otworzyć bagażnika. Kluczyki, wciąż tkwiące w stacyjce, nie miały dla niego żadnego znaczenia. Nie rozumiał zasady ich działania. Wiedział tylko, że w środku może kryć się coś dobrego. Ruszyli z powrotem do lasu, gdzie natknęli się na sowę i cierpliwie czekali, aż drapieżnik dopadnie swą ofiarę - olbrzymią ropuchę, ledwie widoczną ponad taflą wody. Przyglądali się, jak zanosi łup na drzewo i rozszarpuje na strzępy. Starszy chłopak rzucił kamieniem. Pocisk

trafił prosto w pierś ptaka, strącając go w krzak jeżyn. Najmłodsze dzieci zapiszczały z radości. Nikt jednak nie ruszył się po zdobycz. Kolce stanowiły zbyt wielką przeszkodę. Zapewne znajdzie się jakieeś zwierzę, któremu nie będą przeszkadzały. Nocą cały las polował.

11:30 Kuchnia wreszcie zaczynała się jej podobać. Wystarczy ją tylko posprzątać i będzie naprawdę wspaniała. Długi stół z rozkładanym blatem, spora lada, światło wpadające przez duże okno nad zlewem, wychodzące na wschodnie zbocze, górujące ponad podwórkiem porośniętym usychającą nawłocią oraz przez dwa mniejsze okienka po wschodniej i zachodniej stronie. Najlepszy z tego wszystkiego był jednak stojący pośrodku stary, żeliwny piec, który bez wątpienia mógł nagrzać całą kuchnię i obie sypialnie. Było to największe pomieszczenie w całym domu, zaprojektowane z myślą, że w nim właśnie skupi się życie rodzinne. Prowadziły do niego zarówno drzwi od frontu, obok których stała duża skórzana sofa, jak również tylne wejście, umieszczone na lewo od zlewu. Mogło tu być naprawdę wygodnie. Carla zrobiła parę kroków i rozejrzała się wokół. Kuchnia już teraz wyglądała naprawdę nieźle. Schyliła się po papierową torbę pełną popiołu oraz spalonego żużlu i wyniosła ją do kosza na werandzie. Piękny dzień, pomyślała. Słońce świeciło ze wszystkich sił, ale powietrze było na tyle chłodne, że miała doskonałą wymówkę, aby napalić w piecu. Do jej uszu dobiegał szum fal, rozbijających się w oddali o brzeg. Żałowała, że nie może stąd zobaczyć oceanu. Jakiś kilometr dalej, wysoko na niebie, dryfował samotny albatros. Otworzyła drzwi do komórki i znalazła wysokie stosy porąbanego drewna. Na podłodze stało pudełko z podpałką. Ktoś naprawdę przygotował ten dom na jej wizytę. Było tu oczywiście brudno, ale tego się spodziewała i wiedziała, że czeka ją trochę sprzątania. Nigdy wcześniej jednak nie musiała rąbać drewna, dlatego ucieszyła się na widok zapasów. Potrafiła również docenić drobne starania - numery alarmowe, powieszone nad telefonem, na wypadek gdyby potrzebowała lekarza, czy nie daj Boże policji, pozostawiony na stole przedłużacz, do którego mogła podpiąć maszynę. Ktoś nawet pomyślał o podłączeniu lodówki do prądu i z grubsza zamiótł kurze. Nie było tu aż tak brudno, zwłaszcza że według tego co mówił pośrednik, dom od ponad roku stał pusty. Twierdził, że plaga meduz zepsuła poprzedni sezon. Zdecydowanie spodziewała się większego bałaganu, więc ten widok mile ją zaskoczył. Budynek był pierwszorzędnie utrzymany. Znalazła nawet zaostrzoną siekierę, przydatną, gdyby skończyła się podpałka. Nie obawiała się tego jednak, bo patrząc na zawartość szopy, musiałaby nadejść naprawdę mroźna jesień, żeby wyczerpać zapasy opału. Zrobiła kilka kursów pomiędzy szopą i piecem, gromadząc wystarczającą ilość drewna. Zaparzyła kawę i siadła przy stole, myśląc, co powinna zrobić. Posprzątała już łazienkę i

sypialnie, poradziła sobie z kuchnią. Został salon i poddasze, o ile w ogóle miała zamiar tam sprzątać. Salon też najchętniej by sobie odpuściła jeszcze przez parę dni, ale jutrzejszy przyjazd Jima, Marjie i całej reszty zmuszał ją do zapewnienia miejsca sześciu osobom. Zaproszenie ich tak wcześnie było głupim pomysłem, nawet nie zdążyła się porządnie rozpakować. Działała pod wpływem impulsu i jakoś musiała sobie teraz z tym poradzić. Nie miała pojęcia, kiedy Jim znów będzie musiał polecieć do Los Angeles, żeby zagrać w kolejnej idiotycznej reklamie, a teraz miał przerwę w zdjęciach. Nadal nie rozumiała, jakim cudem związała się z aktorem. Zdecydowanie nie przepadała za przedstawicielami tego zawodu. Nie lubiła ich ograniczenia, tego egocentryzmu. Z drugiej strony doskonale wiedziała, skąd wziął się w jej życiu Jim. Nigdy nie widziała ładniejszego faceta. Na samo wspomnienie musiała się uśmiechnąć. Zresztą po zakończeniu związku z Nickiem tak było o wiele prościej - mieć przy sobie przystojnego mężczyznę, który się z tobą kochał, zabierał cię na miasto i nie chciał niczego więcej. Nick był nadmiernie skomplikowany. Od samego początku kosztował ją zbyt wiele energii. Teraz musiała się skupić na pracy, nie na facetach. Od zawsze zbyt mocno angażowała się w związki i nigdy nic dobrego z tego nie wyszło. Musiała zdecydowanie uprościć swoje życie i zająć się karierą. Obserwowanie własnych postępów napawało ją dumą i dawało poczucie kontroli nad sobą. A jeśli chodzi o Jima, to był przystojny i miły w dotyku. Tyle jej wystarczało. Upiła łyk kawy i spojrzała w zamyśleniu na jaskrawy promień światła padający na kuchenną ladę. Nawet związek z Nickiem wydawał jej się w tym momencie dużo prostszy. Pozostali przyjaciółmi, wciąż jednak pamiętała jego wybuchy zazdrości, gdy zaczęła się spotykać z innymi mężczyznami. Cieszyła się, że mieli to już za sobą i odbyli tę rozmowę, która przekształciła się w całonocny maraton gadania. Musiała przyznać, że nawet odrobinę się za nim stęskniła. W innym przypadku zresztą nie ryzykowałaby spotkania Nicka z Jimem. Aktualnie potrzebowała od mężczyzn jedynie przyjaźni i seksu. Nick zapewniał jej to pierwsze, Jim dostarczał to drugie, więc życie wcale nie było takie złe. Zastanawiała się, jak ich wszystkich rozmieścić. Nick i Laura mogą zająć jedną sypialnię, w drugiej położy Marjie i Dana. Dla niej i Jima pozostanie rozkładana kanapa w salonie. Co oznaczało, że musiała wziąć się do roboty. Wypiła duszkiem resztę kawy i ruszyła do pracy. Rozkład pomieszczeń był raczej dziwaczny. Salon sprawiał wrażenie, jakby dobudowano go po dłuższej chwili namysłu. Wyglądało na to, że początkowo miał służyć jako kolejna sypialnia, sąsiadował zresztą z pierwszą i największą z nich, co sprawiało, że po jednej stronie

domu była tylko kuchnia, natomiast po drugiej mieściły się trzy pomieszczenia o zbliżonych wymiarach i łazienka. Patrząc na stojący w salonie niewielki kominek, Carla uznała, że również tutaj warto przynieść trochę drewna. Kuchenny piec raczej nie nagrzeje tego pokoju. W odróżnieniu od reszty domu, powietrze w salonie przenikał delikatny zapach stęchlizny. Meble były stare i tanie, nie sprawiały wrażenia zbyt wygodnych. Po kolei wyniosła wszystkie fotele na zewnątrz, wy trzepała je z kurzu i zostawiła, żeby się trochę wywietrzyły. Do nielicznych zalet tego pomieszczenia należały wspaniałe, ręcznie strugane krokwie. Agent twierdził, że dom wybudowano ponad sto lat temu, a te belki wyraźnie to potwierdzały. Były potężne, z pięknego, ciemnego drewna, naprawdę stylowe. Aż chciało się w nich wyciąć swoje inicjały, choć sama myśl o zniszczeniu czegoś tak ładnego sprawiała, że czułeś się jak wandal. Przemknęło jej przez głowę, że widziane w świetle kominka, zwłaszcza pod specyficznym kątem, jaki zapewnia leżący na tobie młody aktor, muszą wyglądać po prostu wspaniale. Przez chwilę miała wrażenie, że potrafi to poczuć i zobaczyć. Fantazja nr 620A - drewno. Podrozdział Pionierski Duch. Ofuknęła się w duchu za te frywolne rozmyślania. Nadal jednak miała nadzieję, że kominek zadziała, bo w innym przypadku będzie tutaj marzła, niezależnie od tego czy z Jimem, czy bez niego. Mogła oczywiście uchylić drzwi na poddasze, dzięki czemu ciepło nagromadzone w ciągu dnia trochę dogrzałoby salon, ale jakoś nie potrafiła się przekonać do tego pomysłu. Strych robił na niej dosyć upiorne wrażenie, więc wolała, żeby pozostał zamknięty. Postanowiła, że napali w kominku kiedy tylko obrobi się ze sprzątaniem. * Skończyła przed drugą, przynosząc z powrotem większość mebli. Była zmęczona, musiała jednak uznać ten dzień za owocny. Cieszyło ją, że na tyle wcześnie podjęła decyzję o opuszczeniu motelu, że zdążyła się ze wszystkim wyrobić. W innym wypadku zapewne wciąż by sprzątała, gdy pojawią się goście. Tak właściwie, to w pewnym sensie wołałaby mieć już tę wizytę za sobą. Wreszcie poczuła się tu jak u siebie, miała wrażenie, że własnymi siłami ocaliła ten dom przed kurzem i brudem. Była pewna, że redagowanie książki pójdzie jak z płatka. Kuchenny stół wspaniale nadawał się do pracy, a po rozłożeniu całego blatu zmieniał się w największe biurko, przy jakim kiedykolwiek siedziała. Zdecydowanie nie miał nic wspólnego z taniochą ze sklejki, na której musiała pracować w swoim nowojorskim mieszkaniu, ani z zasypanym papierami biurkiem w wydawnictwie. Tutaj mogła się ze wszystkim wygodnie porozkładać. Miesiąc

pracy w takich warunkach równał się dwóm miesiącom w domu. Cisza i mnóstwo czasu na myślenie. Żadnych knajp, które odciągałyby ją od pracy, żadnych porannych kaców. Po wizycie Jima nie będzie również żadnych mężczyzn, którzy mogliby komplikować jej życie. Wiedziała, że od czasu do czasu może ją ogarnąć ochota na seks, zaczęła się więc zastanawiać, jacy są okoliczni faceci. Zapewne sami rolnicy i rybacy. Co może się okazać całkiem interesujące. Ciekawe czy w miasteczku była jakaś knajpa? Będzie musiała wpakować się kiedyś do wynajętego pinto i sprawdzić. Ale tylko raz. Niech ją Bóg broni przed angażowaniem się w coś poważnego. Przyjechała tutaj, żeby pomęczyć się nad książką o muzyce z lat pięćdziesiątych, dzięki której miała wreszcie zostać gwiazdą albo przynajmniej zdobyć stały etat w redakcji, co oznaczało dobre zarobki i sensowne terminy. I o to właśnie chodziło. Pięć dni i będzie mogła zacząć. Niech tylko wyjadą. Planowała długie spacery po plaży i spędzanie co najmniej ośmiu godzin każdego dnia przy maszynie do pisania. Zapowiadało się cudowne doświadczenie. Książka była doskonała, profesjonalnie napisana i bardzo interesująca. Prawdziwe marzenie każdego redaktora. Dostała dzięki niej dwa dodatkowe tygodnie płatnego urlopu, szef wyszedł bowiem z założenia, że tyle czasu powinno wystarczyć, żeby wróciła do miasta z gotowym tekstem. Taki też był jej zamiar. A szef wcale nie musiał wiedzieć, że wyrobi się ze wszystkim w ciągu tygodnia. Mogła pracować w spokojnym tempie i nadal liczyć na odrobinę odpoczynku w samotności. Wiedziała, że odrobinę go oszukuje, ale ostatnio bardzo ciężko pracowała. Być może wykorzysta ten czas na napisanie czegoś własnego, albo będzie po prostu leżeć i się obijać. Nieważne zresztą, skoro i tak dostawała za to pensję. Istotna była książka, reszta to tylko dodatki. Carla czuła się zdopingowana do wytrwałej pracy. Teraz jednak musiała zająć się poddaszem. Była tam już wcześniej i nieco się wystraszyła bałaganu, jednak wrodzone poczucie obowiązku zmuszało ją przynajmniej do powierzchownego ogarnięcia tego pomieszczenia. Ale najpierw chciała przetestować kominek w salonie. Po raz kolejny poszła do szopy po drewno i podpałkę. Wróciła do domu i wyrwała kilka stron z dodatku sportowego Sunday Timesa, zwinęła je w długie, cienkie rulony, a następnie ułożyła na nich kilka szczapek podpałki. Wreszcie dołożyła drewna, sprawdziła wywietrznik i przyłożyła zapałkę do zrolowanych gazet. W powietrzu uniosła się smużka dymu i już wkrótce zapłonął wysoki, ciepły płomień. Tuż obok kominka znajdował się stojak, w którym umieszczono pogrzebacz, szczypce i szufelkę. Sięgnęła po pogrzebacz, rozgarnęła płonące szczapy, dołożyła kolejne dwa kawałki drewna i usiadła na chwilę, ciesząc się ciepłem bijącym od paleniska. Do wieczora powinien

się nagrzać cały salon. Przywlokła z powrotem ostatni fotel i zdecydowała, że nie ma sensu dłużej zwlekać. Albo w tym momencie zabierze się za sprzątanie na poddaszu, albo wcale tego nie zrobi. Podeszła do drzwi i zaczęła wspinać się po schodach. Zaskrzypiały odrobinę, ale sprawiały wrażenie solidnych. Chwilę później stanęła przed kolejnymi drzwiami. Otworzyła je i weszła do środka, sięgając rękę w stronę wyłącznika światła. Sprzątanie tutaj nie miało sensu. Bałagan był przytłaczający, a ślady na podłodze sugerowały istnienie zaawansowanej mysiej cywilizacji. Prawdziwy Gównogród. Zastanawiała się, czy są tu również nietoperze. Z tego co pamiętała, lubiły mieszkać tam gdzie myszy. Będzie musiała rozejrzeć się za nimi po zmroku. Albo lepiej nie. Zdecydowała, że czas zapomnieć o sprzątaniu. Dach był tak nisko, że jej plecy mogłyby nie wytrzymać tej roboty. Zresztą i tak nie znalazła tutaj niczego ciekawego. Kilka starych wieszaków leżących na podłodze, brudny i poplamiony materac, ciężka szafka bez większości szuflad i zardzewiała kosa. I to wszystko. Pomieszczenie miało tylko jedno okienko, całkowicie pokryte brudem i kurzem. Obok przewodu kominowego odkryła stertę czasopism, almanach z 1967 roku i kilka numerów Detective Comics oraz Plastic Mana. Komiksy wyglądały nieźle. Podniosła je, napawając się przez chwilę zapachem przykurzonego papieru, który uwielbiała. Przywodził na myśl wspomnienia z dzieciństwa, pełne groszowych sklepików, wypełnione wonią świeżo skoszonej trawy i smakiem napojów mlecznych. Nowy Jork, około 1964 roku. Dobre wspomnienia. Odłożyła komiksy i zginając się w pół podeszła do okna. Znalazła skobel i otworzyła je na całą szerokość, uznając, że przynajmniej może tu wywietrzyć. Cofnęła się odrobinę żeby zrobić miejsce i wtedy coś wpadło jej pod nogi. Słyszała, jak toczy się po podłodze, jednak trudno było cokolwiek dostrzec w tym ciemnym narożniku. Przyklęknęła i wpatrywała się uważnie w podłogę, korzystając z odrobiny światła, które wpadało przez otwarte okno. Co to mogło być, do cholery? Zobaczyła stos kości. Niewielki i schludny. Nie potrafiła rozpoznać, do jakiego stworzenia mogły należeć. Wydawało jej się jednak, że są to szczątki jakiegoś ptaka, ponieważ zauważyła długie pióra ogonowe i resztki innego upierzenia wmieszane w stos. Rozpoznała kilka kręgów i obojczyk. Wyglądało na to, że ktoś - zapewne robaki - obrał je do czysta. Kości musiały leżeć tu od dawna. Pytanie brzmiało - skąd się tu wzięły? Odsuwając się od okna strąciła tylko kilka z nich, reszta tworzyła solidną kupkę o podstawie sięgającej

około 30 centymetrów. Tak, jakby ktoś specjalnie zagarnął je w pobliże okna, a później o tym zapomniał. Zgadywała, że ktoś pewnie wziął się za zamiatanie, ale nie dokończył. Zastanawiające było jednak to, że pomimo warstwy odchodów pokrywających całą podłogę, ani jeden bobek nie zaplątał się do tego stosu. Tylko pióra i kości. Próbowała sobie przypomnieć, czy istnieją jakieś zwierzęta, które postępowałyby w taki sposób - sowy czy nie daj Boże szczury - i choć miała problem, żeby sobie to wyobrazić, uznała, że jest to całkiem możliwe. Choć z drugiej strony, taki porządek sugerował raczej działalność człowieka. Być może jakiegoś dziecka. Przypomniały się jej znalezione komiksy i wyobraziła sobie jakiegoś biednego samotnego chłopca, najwyraźniej opóźnionego w rozwoju, który wymykał się na strych budować stosy z kości, podczas gdy na dole jego rodzice prowadzili nieustające kłótnie. Niczego tak właściwie nie wiedziała o poprzednich lokatorach. Po drodze do drzwi podniosła komiksy, mając nadzieję, że nie okrada tym samym jakiegoś dziecka z jego największego skarbu. Zbiegła po schodach i zabrała się za szukanie miotły i szufelki. Coś ją wybitnie niepokoiło w tych kościach, więc lepiej będzie się ich pozbyć.

16:35 Peters rzucił okiem na zegar ozdobiony reklamą browaru i zamówił drugie piwo. Jeśli nie liczyć chłopaków Pincusa, siedzących na drugim końcu baru, knajpa była zupełnie pusta. Ciemno, cicho i przytulnie - właśnie dlatego najbardziej lubił siedzieć w Caribou. Hank nalał mu piwa i postawił kufel obok niedojedzonej kanapki z indykiem. Jedzenie o tej porze miało swoje zalety, ale wolałby się do tego nie przyzwyczajać. Można było sobie w ten sposób popsuć apetyt na kolację, choć na razie nie miał żadnego powodu do narzekań. O tej porze bar oferował również odrobinę wytchnienia, bo w czasie lunchu robiło się tutaj zbyt tłoczno. Życie stanowego gliniarza niosło pewien kłopot. Było wciąż wystawione na widok publiczny. Gdzie się nie pojawiał, tam jacyś ludzie zanudzali go swoimi historyjkami, skargami i marudzeniem lub, co gorsza, próbowali naciągnąć go na zwierzenia. Ani chwili spokoju. W miasteczku tej wielkości wszyscy wiedzieli wszystko o wszystkich, a zadaniem gliniarza było mieć na to oko. Przynajmniej tego od niego żądali. Peters widział to inaczej. Jego praca polegała na utrzymywaniu spokoju. Przede wszystkim własnego. Starał się ignorować pytania i uwagi, nie mógł jednak zbyt wiele zdziałać. Na takim zadupiu istniał deficyt osób publicznych, więc kolesie korzystali ile się da. Weźmy ten dzisiejszy wypadek. Narobił sporego szumu w miasteczku. Wiadomo, przyjechali Bostończycy, to musiała wybuchnąć jakaś afera. Z drugiej strony jednak mieszkańcy Dead River wyraźnie cierpieli na brak ciekawszych wydarzeń. Oczywiście Peters już w czerwcu mógł się założyć, że pani Landers prędzej czy później ściągnie im jakieś nieszczęście na głowy. Jakimś cudem udało jej się powstrzymać aż do dnia wyjazdu. Cóż, lepiej późno niż wcale. Był z niej zresztą niezły kawał laski. Typ kobiety, która nie czuje się najlepiej na łonie natury. Sporo takich widywał. Przywykłych do tych wszystkich miastowych udogodnień, wiecznie zabieganych i otoczonych przez ludzi, których mogły zamęczać swoimi problemami. A tutaj, gdy nawaliła kanalizacja - jak w jej domu w lipcu - trzeba było czekać dzień lub dwa, aż ktoś się tym zajmie. Ludzie mieli dużo roboty i wszystko działo się w swoim tempie. Tam skąd pochodziła wystarczyło sięgnąć po telefon i zadzwonić do kotłowni w podziemiach zabytkowego drapacza chmur, żeby po godzinie zjawiła się ekipa i załatwiła problem z ciepłą wodą. Do tego była przyzwyczajona. Ale tu było inaczej. Pierwsze co zrobiła? Zadzwoniła na policję, aby poskarżyć, że hydraulik jeszcze nie dotarł, choć wczoraj się z nim umówiła. Zapytał, czy w związku z tym powinien przystawić

Fraserowi pistolet do głowy i przyprowadzić go na miejsce. Odparła, że tak właśnie powinien zrobić. Zatkało go w tym momencie, choć znał przecież turystów. W głębi duszy cieszył się z tego, że to właśnie ona spowodowała dziś ten wypadek na rogu Maine i Mapie, wbijając się w tylni zderzak samochodu należącego do chłopaka Williamsów. To był naprawdę dobry dzieciak, dobrze więc, że to nie on zawinił. To był naprawdę dobry dzieciak. A pani Landers, jak większość turystów, od samego początku sprawiała kłopoty. Przynajmniej tyle dobrze, że postawiła mu ten lunch. Machinalnie odgryzł zbyt duży kawałek kanapki i skoncentrował się na przeżuwaniu, które jak zwykle sprawiało pewne problemy. Pomyślał o wypadających zębach, bolących plecach i uznał, że jest wrakiem człowieka. Przytłoczonym nadmiarem lat i kilogramów. Już dawno powinien oddać tę robotę Shearingowi, chłopak wprost nie mógł się tego doczekać. Wiedział jednak, że nic z tego nie będzie, nie miał zamiaru się oszukiwać. Jak dotąd nie uzbierał jeszcze na porządną emeryturę i szczerze mówiąc, nawet gdyby go błagano na kolanach, za nic nie zrezygnowałby z tej roboty. Być może dlatego, że wykonywał ją od tak dawna. Lub z powodu miłości do prawa. Albo po prostu przyzwyczaił się do swojej pozycji i możliwości pomagania ludziom. Zastanawiając się nad tym, doszedł do wniosku, że wcale nie przeraża go wizja pracy aż do samego końca. Zapił kanapkę sporym łykiem piwa i usłyszał wrzaski chłopaków Pincusa, którzy wyraźnie patrzyli w jego stronę. Spojrzał przez ramię i zobaczył Shearinga przytrzymującego drzwi przed Lydią Davis. Szczupła twarz policjanta rozciągnęła się w głupkowatym uśmiechu, Peters zgadywał jednak, że było to mimowolne. Lydia olśniewała urodą. - Czołem chłopaki - rzuciła tradycyjnie na powitanie. - Kto dziś stawia? Minęła Petersa nie zwracając na niego większej uwagi. Żonaty gliniarz na pewno nie postawi jej piwa. Rzucił okiem na jędrne, młode piersi, wyraźnie zarysowane pod niebieską koszulką na ramiączkach i po raz kolejny pomyślał z żalem, że powinien być jakieś dwadzieścia lat młodszy i mniej szczęśliwy w małżeństwie. Chwilę później Lydia zniknęła w mrocznym kącie zajmowanym przez braci, a obok niego usiadł Shearing. - Niezła jest, prawda? - przywitał go, potrząsając głową niczym przemoczony pies. - Jak co roku - odparł Peters. - Turyści znikają, prezenty się kończą, a Lydia zaczyna się szlajać. Można według niej regulować kalendarz. Choć zawsze miło na nią popatrzeć. - Dokładnie. - Fajne ma te spodenki. - Bardzo.

- Królowa Dead River - podsumował Peters, uśmiechając się do Shearinga, żeby nie sprawić mu przykrości. Kiedy służył w wojsku, w każdym miasteczku spotykał dziewczyny tego pokroju, wiążące koniec z końcem dzięki turystom. Nieśmiałe lub nieszczęśliwe panienki, sprawiające wrażenie ładnych jedynie z powodu braku konkurencji, które w końcu wychodziły za mąż z rozpaczy i lęku przed samotnością. Zastanawiał się, czy Shearing, który nigdy w życiu nie opuścił Dead River, również to dostrzega. Mocno w to wątpił. Do tego trzeba się choć trochę oddalić, usłyszeć te same głupie gadki i zobaczyć identyczne pozerstwo w każdej małomiasteczkowej knajpie, żeby zrozumieć, że tak właśnie to wygląda. Większość z tych dzieciaków, łącznie z Shearingiem, nigdy w życiu nie dotarła dalej, niż do Portland. Przez chwilę obaj wpatrywali się przygnębiający obrazek zachodu słońca, wiszący za barem, podczas gdy Lydia i Jim Pincus wpychali kolejne monety do szafy grającej, wciskając znajomą sekwencję przycisków. Zazwyczaj zawartość szafy zmieniała się niezmiernie rzadko, chyba że Hank po pijaku zaczynał mieć dosyć jakiejś piosenki i sięgał po wyświechtaną walizkę z płytami, znajdując jakieś zastępstwo. Dwa tygodnie temu obrzydł mu śpiewający Marty Robbins, dlatego teraz pod A41 znajdował się Elvis z „Are You Lonesome Tonight?”. Płyta była trochę porysowana, co w sumie nikomu nie przeszkadzało, bo słuchał jej tylko Hank. Szukam uczucia, które kiedyś dzieliłem z tobą... W powietrzu popłynęły słowa piosenki Waylona Jenningsa. To musiało oznaczać, że Pincus naciskał guziki. Lydia zdecydowałaby się raczej na coś bardziej żywiołowego, najpewniej jakiegoś Jerry’ego Lee Lewisa. Peters po raz kolejny uświadomił sobie, że mężczyźni są jednak na swój sposób bardziej romantyczni. Nawet tacy spryciarze i twardziele, jak Jim Pincus. Zdecydowanie bardziej romantyczni. - Dużo już wypili? - zapytał Shearing, jakby czytając w jego myślach. Co w sumie nie było niczym zaskakującym, pracowali razem już od sześciu lat i takie sytuacje trafiały się coraz częściej. - Powiedziałbym, że w normie. - Zauważyłeś, że Lydię zawsze ciągnie do takich typów? - A widzisz tu kogoś innego? - Nas. - Sam, jesteśmy stróżami prawa. To już goście od naprawy kibli mają większe wzięcie. - George, no co ty.- Mógł się tego spodziewać: Shearing wziął to na poważnie, choć wcale nie taki był jego zamiar. - Przecież wiesz, że ja nigdy...

Peters mrugnął do niego w karykaturalny sposób. Tak właśnie trzeba było się komunikować z Shearingiem. - Nic się nie martw - uspokoił go. - Helen przecież doskonale wie, co robisz po nocach. Flipery, bilard, gry i piwo. Życie jak w Madrycie. Prawdziwy z ciebie Casanova. Shearing się uśmiechnął. Helen była cudowną kobietą. Musiałby oszaleć, żeby wyciąć jej jakiś numer. Oczywiście nie można było przewidzieć, jak życie potoczy się w przyszłości, ale jak na razie Shearing grał czysto i ostrożnie. Przez głowę Petersa przemknęła myśl, że jeśli kiedyś jego kumpel zrezygnuje z ostrożności, to na niego spadnie konieczność napisania nekrologu, ponieważ życie bez żony i dzieci w takim miasteczku oznaczało niechybny upadek. - Pozbyłeś się już Landersów? - zapytał. - Pewnie. - Shearing skinął na Hanka i zamówił piwo. - I naprawdę mnie to uszczęśliwiło. - To jest nas dwóch - uśmiechnął się szeryf. - Za każdym razem jak spotykam taką głupią babę, to mam ochotę wlepić jej najwyższy mandat. Czasem zresztą tak robię. Skupili się na piciu piwa. Szafa grająca umilkła i w knajpie zapanowała cisza. Hank stał przy oknie i patrzył na zewnątrz w ten dziwny, marzycielski sposób, który zupełnie nie pasował do faceta jego rozmiarów. Lydia opierała się o bar pomiędzy dwojgiem braci, Joey otoczył ją ramieniem. Milczeli, a Peters pomyślał, że tak chyba wygląda miłość, przynajmniej ta, na którą pozwala obojgu nadmiar lęku i głupkowatej brawury. Poczuł, że drugie piwo uderza mu do głowy, ale błyskawicznie nad tym zapanował. Znów dokuczał mu ból w plecach, spowodowany, jak twierdził lekarz, zbyt dużą wagą, a piwo w niczym nie pomagało. - Strasznie cicho się zrobiło w miasteczku - westchnął Peters. - Wszyscy powyjeżdżali. Sam skinął głową. - Męczą mnie jakieś przeczucia - dodał szeryf. - I wcale nie jest mi z tym dobrze. - Jakie? - Bo ja wiem? To pewnie ze starości. Chyba zaczyna mnie wkurzać ta monotonia i tyle. Shearing ponownie kiwnął głową. Na takie stwierdzenie, nie było żadnej odpowiedzi. - W sezonie mamy tutaj turystów, którzy robią za klaunów. Poza sezonem zostajemy tylko my i czasem mam wrażenie, że też zachowujemy się jak klauni - kontynuował Peters. - Siedzimy w tym miasteczku, czekając na lato, a wędkowanie z roku na rok staje się coraz gorsze. Po co nam to wszystko? Ciągle mam problemy ze snem. Nie potrafię usiedzieć w jednym miejscu, Sam. Mam pięćdziesiąt pięć lat i wciąż mnie coś męczy. To chyba jakiś żart, tak mi się przynajmniej zdaje. Kiedy wszystko idzie zbyt gładko, mam wrażenie, że trafiłem

do jakiegoś absurdalnego dowcipu. Wciąż oczywiście nad czymś pracujemy, ale to nie ma tak naprawdę żadnego znaczenia. Tak czuję, że tego roku coś się tutaj wydarzy. Coś się ze mną stanie przed kolejnym pierwszym czerwca. Może wygram na loterii? Albo dostanę spadek po jakiejś starej ciotce, o której nigdy nie słyszałem? Zgarnę całą kasę i zabiorę moją starą do Paryża. Wiesz, że byłem tam podczas wojny? Na pewno wiesz, musiałem ci wspominać. W ciągu dwudziestu trzech lat pracy i dwudziestu lat małżeństwa nie wybrałem się tam ani razu. Niezłe jaja, co nie? - Odsunął się od baru i westchnął. - I nawet pić już nie mogę, tak jak kiedyś. Wystarczą dwa piwa i łapię doła. Kiedy mnie w końcu uwolnisz od tej roboty, Sam? - Na świętego nigdy - uśmiechnął się Shearing. - Sam mi ją musisz oddać. - Wygląda na to, że mam w takim razie jeszcze trochę czasu - odpowiedział z uśmiechem Peters. W tym momencie w drzwiach Caribou stanął Willis. Przez chwilę wytężał wzrok w półmroku, aż wreszcie ich dostrzegł i podszedł tym swoim charakterystycznym, niezgrabnym krokiem. Najwyraźniej gdzieś mu się spieszyło. Co chyba oznaczało koniec lunchu. Zarówno Willis, jak i Shearing dobiegali trzydziestki, jednak Sam był małomówny i opanowany, natomiast Willis bez ustanku tryskał energią i reagował jak dzieciak, któremu pierwszy raz udało się trafić w środek tarczy. Zawsze się dokądś spieszył. Ale z reguły nie przychodził ich szukać. Ostatecznym dowodem na to, że policjant przyszedł tutaj w jakiejś pilnej sprawie było to, że nie zwrócił najmniejszej uwagi na Lydię. Willis, wciąż wolny i napalony, zwykle obskakiwał ją jak jakiś szczeniak. - Co tam? - powitał go Peters. - Musicie jak najszybciej wrócić na posterunek. Obaj. - Czyżby pani Landers złapała gumę? - Nie, tym razem mamy coś ciekawszego. - Willis uśmiechnął się i natychmiast poczerwieniał. - Wyłowiliśmy jakąś kobietę z oceanu. - Żywą? - Tak. Pobitą do nieprzytomności, ale żywą. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałeś. - Chcesz się założyć? - Pewnie. - Willis wyszczerzył zęby w uśmiechu. - Dobra - zgodził się Peters, wstając z krzesła. - Jeśli wygrasz, Shearing wisi ci dychę. Jeśli ja wygram, to do końca roku nie zbliżysz się do Lydii. - W porządku.

Szeryf skinął głową w stronę Hanka i wszyscy trzej ruszyli do wyjścia. Willis przystanął na sekundę w otwartych drzwiach, oświetlony jaskrawym światłem z ulicy, i pomachał ręką odwracając się do środka. - Pa, Lydia! - zawołał. Bracia Pincus zawyli. Dziewczyna spojrzała na niego i również delikatnie pomachała. - Pa, słodziutki - rzuciła. Zanim Willis zamknął za sobą drzwi ponownie zajęła się swoim piwem, Hank zaczął nalewać kolejne, a siedzący u jej boków bracia znów wyglądali na szczęśliwych.

17:17 Choć wcale nie było tak zimno, Carla wciąż podtrzymywała ogień w piecu. Miała świadomość, że to marnotrawstwo i dogadzanie własnym słabościom, ale upajała się tym cudownym zapachem, czuła się przyjemnie rozleniwiona i odrobinę podniecona. Kominek w salonie wygasł, a w powietrzu nadal można było wyczuć zbutwiałą, wilgotną woń. Po zakończeniu ich wizyty raczej nie zamierzała zbyt często korzystać z tego pokoju. Kuchnia była o wiele przyjemniejsza. Odstawiła miskę z owocami z powrotem do lodówki i poskładała gazetę. Nadciągał zmierzch. Jeśli miała zamiar całą noc palić w piecu, to powinna pomyśleć o przyniesieniu większego zapasu drewna. Wciąż było w niej tyle z miastowej dziewczyny, że czuła pewien lęk przed zaglądaniem do szopy po zmroku. Lepiej zrobić to teraz, zanim zacznie się słaniać na nogach ze zmęczenia i głodu. Owoce nie nasyciły jej apetytu. Uznała, że najlepiej będzie teraz pójść po drewno, a później wskoczyć pod prysznic i przygotować sobie wczesną kolację. W lodówce czekał na nią kurczak i świeże warzywa. Spożywczak w Dead River był całkiem nieźle zaopatrzony. Uzmysłowiła sobie, że właściwie nie jadła od śniadania, co na pewno miało zbawienny wpływ na jej figurę, ale nie najlepiej oddziaływało na usposobienie. A jeśli chodzi o dom, to wystarczy już tego sprzątania. Wyglądał całkiem nieźle. Wyszła na ganek na tyłach domu. Wiatr rozwiewał jesienne liście, które wirowały nad podwórzem i poszarzałymi deskami werandy. Otworzyła szopę i zaczęła układać kolejne szczapy w zgięciu łokcia. Drewno było lekkie i wysuszone. Zaniosła je do domu i wróciła po następny ładunek. Ciężar uświadomił jej, jak bardzo jest zmęczona. Prysznic będzie prawdziwym zbawieniem. Ruszyła do szopy po raz trzeci, żeby przynieść podpałkę. I wtedy właśnie go dostrzegła. Właściwie, najpierw zobaczyła koszulę. Jaskrawoczerwoną, dokładnie taką, jaką ubierają myśliwi, aby się zabezpieczyć przed przypadkowym postrzałem. Przyglądała się przez chwilę plamie przecinającej pola i dopiero po jakimś czasie uświadomiła sobie, że to człowiek idący wzdłuż brzegu strumienia u stóp wzgórza, a nie ptak czy kupka liści, jak jej się wcześniej wydawało. Boże, naprawdę była wyczerpana! Gdyby nie ta koszula, to mogłaby go w ogóle nie zauważyć. Mężczyzna musiał mieć lepszy wzrok, ponieważ przystanął i spojrzał w jej stronę. Z tej odległości trudno było dostrzec szczegóły, jednak coś w jego ruchach sugerowało siłę i młodość. Pomachał do niej. Odwzajemniła się, machając z uśmiechem i pomyślała, że to pewnie jakiś towarzyski sąsiad. Wątpiła, aby mógł dostrzec jej uśmiech.

Stał przez chwilę nieruchomo, patrząc w jej stronę, aż wreszcie ponownie ruszył w górę strumienia, zgięty w pół i wpatrzony w ziemię. Tak, jakby czegoś szukał. Może raków? Pośrednik wspominał, że okolica roiła się od raków. A może to były żaby. Równie dobrze jej sąsiad mógł gustować w żabich udkach. Trudno było zrozumieć, na co ludzie mogą nabrać ochoty. Cokolwiek to było, mężczyzna wkrótce zniknął jej z oczu, wchodząc pomiędzy drzewa. Żeby zaoszczędzić sobie kolejnych wycieczek, tym razem postanowiła zabrać całe pudełko z podpałką. Zablokowała tylne drzwi koszem na śmieci i wzięła się do pracy. Wciąż się zastanawiała, gdzie mógł mieszkać tamten mężczyzna. Z tego, co mówił człowiek z biura nieruchomości, od najbliższych sąsiadów dzieliły ją jakieś dwie mile w górę starej, zapuszczonej drogi. To właśnie odosobnienie - oraz urok i cena - spowodowały, że zdecydowała się na wynajem tego domu. Ze wszech miar był idealny. Zmachała się jak pies, znosząc drewno i układając je obok kuchennego pieca. Bolały ją wszystkie kości. Gdyby się teraz na sekundę położyła, to obudzą ją dopiero promienie słońca, wpadające o świcie do sypialni. Pamiętała, że okna wychodzą na wschód. Cieszyło ją, że wciąż potrafi rozpoznawać kierunki, rozpalać ogień, czy też wyczyścić tapicerkę na fotelach. Ostatnio raczej rzadko bywała na wsi. Raz na dwa, trzy lata wpadała z wizytą do przyjaciół w New Hampshire, czy w Vermont. Była świetną obserwatorką, więc zdołała się co nieco nauczyć. Obie z siostrą doskonale się bawiły w czasie tych wycieczek, i to właśnie między innymi z tego powodu zdecydowała się na wyprawę tutaj, choć nigdy wcześniej nie była w Maine. Zawsze uwielbiały wieś. Siadła przy stole i pomyślała o siostrze. Marjie również była dobrą obserwatorką, czasem nawet zbyt dobrą. Niekiedy odnosiło się wrażenie, że potrafi tylko patrzeć. Była świetną ilustratorką i malowała naprawdę niezłe obrazy, jednak nie robiła nic, aby rozwijać te umiejętności. Zamiast tego wpadła w ciąg monotonnych prac tymczasowych - przepisywała teksty, obsługiwała recepcje, zatrudniała się w sklepach. To było naprawdę żałosne, zwłaszcza wtedy, gdy Marjie w okresie przedświątecznym sprzedawała zabawki u Bloomingdale’a. Nie mogło być nic gorszego, niż podawanie kijów baseballowych i gier rozpaskudzonym dzieciakom z East Side, znienawidzonym przez matki, które paradowały po sklepie ubrane w futra, chełpiąc się monogramami na designerskich torebkach. Z czymś takim mógł się równać jedynie kompletny bajzel w życiu osobistym jej siostry. Marjie zakochiwała się w mgnieniu oka w przypadkowych facetach i potrafiła miesiącami ciągnąć takie dziecinne pseudozwiązki lub zamykała się na głucho w mieszkaniu i siedziała