wotson

  • Dokumenty43 372
  • Odsłony1 999 752
  • Obserwuję1 363
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 437 411

James Mc Clure - Lamparty północy

Dodano: 2 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 2 lata temu
Rozmiar :2.6 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
J

James Mc Clure - Lamparty północy.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion J James McClure
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 2 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 28 osób, 14 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 241 stron)

Rozdział 1 Nad miejscem, gdzie Jonathan Rogers rozłożył swój smoking szykując się następnie do rozłożenia Penny Jones, stał Krzyż Południa. Leżąc obok siebie, zetknięci na razie jedynie łokciami, widzieli wprost nad sobą konstelację w obramowaniu chwiejnych wierzchołków akacji australijskich otaczających Trekkersburski Klub Podmiejski. I wydawała im się znacznie bardziej romantyczna od księżyca. Bo ostatecznie w tym tkwił cały sekret - w udawaniu, że jest to wielki romans, który wkrótce się ukaże w bajecznych kolorach na panoramicznych ekranach kin. Jeśli się nawet wie na pewno, że nikt z nadejściem ranka nie będzie biegał jak głupi z kryształowym pantofelkiem. Jeśli się nawet to robi jedynie dlatego, ze jeszcze nikt nigdy tego nie robił. Przynajmniej pannie Jones. Jonathan odnalazł jej rękę, łagodnie rozchylił piąstkę ściskającą jednorazową chusteczkę do nosa i splótł palce z jej palcami. Następnie jął zataczać kciukiem małe łaskotliwe kółeczka w wilgotnym zagłębieniu jej dłoni. - Przestań! - szepnęła. Natychmiast oklapł jak złajany spaniel. - Przepraszam cię - powiedziała. - Ja tylko... - Nie przejmuj się. - Nie, naprawdę. Nie chcę, żebyś się na mnie złościł. - Wcale się nie złoszczę. - Słowo? - Nie chcę cię przynaglać, Pen. Ścisnęła mu dłoń i westchnęła z zadowoleniem. Tylko niech ci to nie zajmie całej nocy - ta noc stanowiła ostateczny termin. Rozgrywki singlowe miały się zacząć

nazajutrz dziewiąta punkt i ca!y zespól miał się stawić w hotelu w mieście o północy. Jonathan, chłopcze, powiedzieli koledzy z zespołu, kiedy go z nią zapoznali, Jonathan, chłopcze, dajemy ci czas do jedenastej trzydzieści, zgoda? Fajni byli kumple, ale me lubili, gdy ktoś łamał ich tradycje. Uważali za zły znak, jeżeli przed odjazdem nie zgromadzili się wszyscy ponownie na ostatniego drinka. A ponieważ prawo zakazuje kobietom wstępu do południowoafrykańskiego baru, znaczyło to, że Jonathan musi załatwić całą sprawę na dworze. Pronto. Znowu uruchomił kciuk. - Jak to jest? - zapytała nieśmiało. - Co? - Kiedy się jest mistrzem w tenisie. - Jeszcze się nim nie stałem. - Ale się staniesz... Jutro. - Znowu przyjdziesz popatrzeć? - Oczywiście! Teraz on z kolei ścisnął ją za rękę, westchnął i nic nie powiedział. To poskutkowało. - A co. w tym złego? Nie chcesz, żebym przychodziła? - Muszę przecież uważać na piłkę, no nie? Roześmiała się. - Chcesz powiedzieć, że mnie widziałeś na trybunach cały ubiegły tydzień? - I miałem przez ciebie dużo kłopotów w grze. - Więc powiedz, gdzie siedziałam? Dotknął ją. - Jonathan! Cisza - z gatunku tych, które poprzedzają werdykty sędziowskie. - Teraz ty jesteś zła, Pen. Prawda? - Nie. - Na pewno - Na pewno. - Więc mogę cię pocałować? - Jeżeli chcesz.

Spróbował jeszcze raz. Pocałunek okazał się nie lepszy od poprzednich. Usta miała miękkie, lecz rozchyliła je nie tak jak trzeba i zetknęli się zębami, a zęby miała mocne. - Och, Jonathan... Usiadł powoli i rozejrzał się zastanawiając się, czy zaryzykować pocałunek z językiem. Zadziwiające, jak jasno wydawało się w lesie, gdy już oczy odwykły od neonowego blasku lamp sali balowej. Widział wszystko wokół bardzo dobrze. Pnie akacji rysowały się wyraźnie nad poszyciem. Dostrzegał nawet pajęcze oczy połyskujące w małych skupiskach w środku niewidocznych sieci rozwieszonych wśród drzew. Widział też kawałek szmatki na młodym drzewku jak chorągiewka wyznaczająca szlak biegu przełajowego. Oczywista sprawa, że gdzieś musiał się czaić księżyc i robił wszystko, żeby się przypochlebić. Tyle że jeszcze nie przedostał się między drzewami, aby dodać uroku nagim, jeśli skądinąd nie nadzwyczajnym piersiom. Jonathan zamknął oczy, żeby sprawdzić, ile uroku zdoła im dodać jego własna wyobraźnia. Była to chwila, jak później często mawiał, kiedy powinien był spojrzeć za siebie w poszycie leśne. Jedno jedyne spojrzenie przez ramię mogłoby wszystko odmienić. Byłoby to równie straszne, oczywiście, ale w inny sposób. Popadałby potem w zadumę nad losem panny Jones, a kiedy przenikałby go dreszcz, przyjaciele próbowaliby z zakłopotania, które ich opanowywało, uczynić milczący hołd dla jej pamięci. Biedna stara Penny Jones, więdnąca w panieństwie. Po wsze wieki. - Co się stało? Nie otworzył oczu i lekki uśmiech spełzł mu z twarzy. - Nic. - Jesteś taki śmieszny, Jonathanie. Czemu masz zamknięte oczy? - Nasłuchiwałem. - Ach! Czy ktoś nas?... - Mówiłem ci, że jesteśmy tu bezpieczni, że w promieniu wielu mil wokół nie ma żadnego czarnucha. Chodzi o coś innego... słyszysz?

- Muzyka? - Tak. - To z klubu. - Tak. A co to za melodia? Niezrównany Steve! Każda drużyna ma swego dowcipnisia, ale Steve przeszedł wszystkich. Właśnie w tej chwili stał na podwyższeniu dla orkiestry i karykaturując Sinatrę znęcał się nad pewną balladą, dokładając starań, aby dotarła do uszu jego partnera w grze podwójnej, który był teraz w lesie. Niewątpliwie reszta chłopaków aż pęka ze śmiechu. - Nie znam jej. Ale ja rzadko kiedy słucham radia. Czasem tylko z musu, jak moja siostra nastawia Paradę Przebojów. Co wcale nie przeszkadzało. Steve śpiewał starą piosenkę ,,Czy znasz pannę Jones?". - To nasza melodia - rzekł chichocząc Jonathan. - Naprawdę? Nawet coś więcej - wyzwanie. Na korcie, czy poza kortem, chłopcy mogli polegać na swoim kapitanie, że wesprze ich morale dokonując rzeczy niemożliwych. Teraz nie miał już odwrotu. Jonathan zaczął obdzierać z kory opadłą gałązkę, odwracając się ukradkiem, aby Penny mogła widzieć tylko jego plecy. Czekał. Śpiew ustał. Zaczekał jeszcze chwilę. - A jednak stało się coś! - powiedziała. Wzruszył ramionami. - Musisz mi powiedzieć. O co chodzi? - Do licha! Myślę, że dlatego, że jesteś jakaś inna. - Pod jakim względem? - Po prostu inna. Nie taka jak pozostałe dziewczęta. - Które? - Te, które zwykle przychodzą na nasze bale... wiesz, o co mi chodzi. - Nie wiem. - Więc nie wiesz nic o życiu. Nie wiesz, po co przychodzą? My jesteśmy jak słynni piosenkarze. No, wiesz. - To znaczy... - Tak.

- Rozumiem. Teraz z wolna doliczyć do dziesięciu. - Nie, nie rozumiesz. Ja nie o tym mówię. To znaczy niezupełnie. - Ach tak? - Pen, ja cię chyba kocham. Czy to nie szaleństwo? Raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć... - Dlaczego szaleństwo? Siedem, osiem, dziewięć, dziesięć. - Więc nie uważasz, że to szaleństwo? Mimo że poznaliśmy się zaledwie dziś wieczorem? - Ja... ja wycięłam twoją fotografię z gazety w zeszłym roku. - Czemu? - Bo ty też jesteś jakiś inny, Jonathan. Wszystkim to mówiłam. - Skąd wiesz? - Wiem. Cisnął gałązkę w krzaki. - Nie położysz się już, Jonathan? - Nie. - Ale powiedziałeś... - Ty jesteś inna, Pen. Inna. Tego się boję. - Czego? - Tej strasznej chęci, żeby cię całować i w ogóle. - Może jestem taka sama jak tamte. - Nie bądź niemądra! Mówiłem ci, co czuję. Nigdy dotąd mi się to nie zdarzało. - Chciałam powiedzieć... ja też ciebie kocham. - Cholernie zagmatwana sprawa! Jej ręka uniosła się z liści. - Już je zdjęłam, Jonathan. Bez okularów Penny Jones przestała nagle wyglądać jak kandydatka na nauczycielkę. Teraz jej długie, gęste rzęsy ukazały cały swój urok, a wraz z nimi zadarty nosek nakrapiany rozkosznymi piegami. Skurcz źrenic stanowił ostateczny retusz nadając twarzy wyraz wielkookiej ufnej

niewinności. Efekt całościowy był doprawdy wielce apetyczny. Toteż Jonathan przypuścił powolny szturm, rozpoczynając pocałunek od ostrożnego cmoknięcia, po czym łagodnie koniuszkami palców rozchylił jej szczęki, jak to zwykle czynił dając swemu psu pigułkę od robaków, i zyskał dostęp do jej jamy ustnej. Przez jedną przerażającą chwilę myślał, że będzie musiał się nauczyć mówić dłońmi. A potem poczuł, że Penny poddała się swemu pierwszemu dorosłemu uczuciu, i aż mu dech odjęło. Dosłownie. Wytężając wszystkie mięśnie swego atletycznego torsu, by opanować atak kaszlu, przeszedł prosto do następnego stadium. Jeszcze raz jego kondycja fizyczna okazała się sprawą niezwykłej wagi, pozwalając mu położyć się łagodnie na jej prawej części ciała, tak by cały swój ciężar utrzymać na własnej lewej ręce i nodze. Teraz musiał tylko zajmować się jej ustami w oczekiwaniu na to, czego dokona samo zetknięcie się ciał. Odtajała nagle w samym środku i jego kolano zatonęło w jej cieple. Rozpoczął lekkie rytmiczne ruchy. Ścisnęła jego nogę udami tak mocno, że mimo woli zwolnił uścisk. - Silna jesteś - mruknął. - To od jazdy konnej - odparła. - Jestem w klubie jeździeckim. Boże, trudno było się nie roześmiać. Śmiali się oboje. Tylko że ona widziała komizm w absurdalności tych słów, on zaś w ich mimowolnej trafności. Jego śmiech był również rozładowaniem napięcia wywołanego ostatnim już niepokojem - skoro tłukła się w siodle, nie będzie kłopotu z defloracją, a to zawsze ulga. Zwłaszcza gdy się jest umówionym z kolegami. - Kocham cię, Penny - rzekł. - Naprawdę? - Caluteńką. Każdą cząstkę. Mogę popatrzeć? Zanim zdołała unieść głowę, przycisnął ją ustami i przesunął ręką po sukni rozpinając sięgający' aż do samego dołu rząd guzików. Prawą odpiął zręcznie przez cienki materiał na drobnych plecach haftki stanika.

Następnie usiadł - zdumiony. Nigdy, nigdy nie zaglądaj darowanemu koniowi pod derkę. Rozebrana, była niewiarygodnie piękna. Jak śmietana rozlana z dzbanka - jeden ciąg niepowtarzalnych kształtów najdoskonalszych w formie. - Jesteś... Słowa najprawdziwiej w świecie go zawiodły. - Czy nie mam za wielkich piersi? Dlatego właśnie zawsze noszę takie sukienki. - No wiesz... - Ale to niesprawiedliwe, Jonathan. - Co jest niesprawiedliwe? - Że ty mi się przyglądasz. A ja nie widzę ciebie... czy... - Chcesz, żebym się... - To znaczy... bez okularów. - Pen, ale ja się... dobra? Skinęła głową. A kiedy się już rozebrał do czarnych skarpetek, zachichotała i rzekła: - Dalej jesteś tylko rozmazaną plamą. Będziesz musiał mi znaleźć okulary. - Dotykaj mnie, zamiast patrzeć, Pen. Spróbowała, z wahaniem. A potem jak rzeźbiarz przesuwający dłonią po dziele Michała Anioła; była w tym cześć nabożna i gwałtowna żądza tworzenia. On też zaczął ją dotykać, powolutku, i zapomniał mówić, jak bardzo ją kocha. Bo też i nie było to już takie ważne. Przyciągnęła go ku sobie. Było to czysto instynktowne. Instynkt. Jak pozostałość po czasach pierwotnych, coś, co zwraca uwagę człowieka na wpatrujące się weń oczy. Jonathan uniósł brodę nad jej czołem i spojrzał w krzaki. Ujrzał oczy. Ujrzał również i twarz. Twarz wyrostka o blond włosach, który uśmiechał się do niego zza rozwidlonego pnia drzewa.

- Jonathan? Jej głos był zalękniony. Straszliwy gniew podźwignął go i rzucił na bok. Przytrzymała go. - Co znowu teraz? Błagam cię! Już prawie... Odepchnął ją. Nie mógł opanować dygotu. Jego twarz wyrażała tylko jedno: odrazę. Zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, już go nie było - poszedł na ślepo przez krzaki, łkając, klnąc, kierując się wprost na wyrostka zza drzewa. Ten zaś ani drgnął. Póki nie został schwytany za ramiona i ciśnięty o ziemię. Jonathan właśnie brał zamach nogą, aby go kopnąć w podbrzusze, gdy nagle poczuł zawrót głowy i nudności, uczynił trzy kroki w tył, potknął się o leżącą kłodę i upadł. W kilka sekund później ukazała się na polance Penny skacząc na jednej nodze, ponieważ w drugiej miała cierń. Podrygiwała jak wszystko inne w oczach Jonathana. I płakała. - Kochaj mnie - krzyknęła. - Nie jestem wcale inna! I rzuciła się na ziemię obok rozmazanej męskiej sylwetki, przyciągając bezwładną rękę do piersi. Wtedy poczuła sztywność ciała. I krew, gdzie powinna była się znajdować męskość. - Jonathan! - Jestem tu - wydyszał - koło kłody. Ostatnią racjonalną myślą panny Jones było postanowienie, że już nigdy w życiu nie zdejmie okularów. Biedna Penny Jones. Rozdział 2 Morderstwo nie jest rzeczą całkiem złą, dumał porucznik Trompie Kramer z Trekkersburskiej Sekcji Zabójstw. Ma swoje zalety. Każdy morderca tak sądzi - chociażby tylko .przez ułamek sekundy. A także zdumiewająca liczba tak zwanych ofiar, sądząc po tym ja same prowokują morderców.

Naciskał mocno pedał gazu i wkrótce jego długi, czarny Chevrolet zostawił za sobą bogate przedmieścia i wjechał na autostradę biegnącą do klubu podmiejskiego. Kramer liznął wyciśnięty z tubki sos pomidorowy traktując to jako aperitif przed zabraniem się do hamburgera. No a reszta całej tej hałastry - dość zapytać, czy chcieliby żyć bez morderstw. Nie bardzo. Wcale, gdyby się trochę zastanowili. Człowiek z żelazem zamiast duszy bardzo się przydaje w anemicznym świecie, w którym żyje większość ludzi. Wszyscy, od bladych sędziów począwszy, którzy układają przed sobą pióra i ołówki jak sztućce, po starowinki z flaszeczkarni i zapadniętymi policzkami na galerii, czują się lepiej, że mogą tam być - a chłopaki z prasy, mając zawsze na uwadze interes publiczny, dodają porcję morderstw do porannej kaszki, zajadanej w trakcie czytania ich słów. Kiedy zaś braknie autentycznego towaru, zawsze można sięgnąć po setki morderstw zmyślonych przez pisarzy. Tak, one dodają życiu rumieńców jak fotografie gołych panienek na stacjach meteorologicznych aa Antarktydzie. Tak więc kosztem jednej, dwu, powiedzmy kilku osób spory odłam społeczeństwa jest albo zbyt zajęty, abo zbyt ukontentowany, albo jedno i drugie, aby się sam stać źródłem kłopotów. Coś, co przynosi tyle dobrego, nie może więc być złe. Nie, proszę państwa. Ale zwyrodniałe zabójstwa na tle seksualnym, w których ofiarami padają młodzi, to całkiem inna sprawa. Oblizując palce zadumał się, dlaczego tak jest. Część odpowiedzi odnalazł wspomniawszy reakcję wdowy Fourie na wiadomość o otrzymanym przez niego zadaniu. Powiedział jej o tym bez osłonek, po czym przeprosił za zepsucie wspólnych planów. Widząc, że nagle zamknęła się w sobie, przeprosił jeszcze raz. I właśnie wtedy zauważył, że ona stara się omijać wzrokiem drzwi dziecinnego pokoju. To była właśnie odpowiedź - że ofiarą tego rodzaju morderstwa mógł stać się każdy. Ty, a zwłaszcza twoi są na to narażeni, może jeszcze nie tym razem, ale następnym, i choćby ktoś nie wiadomo jak się starał unikać plugawych sytuacji, choćby nie wiadomo jak często sypiał z

policjantem, pozostaje na to narażony. Sama świadomość faktu, że w okolicy grasuje jakiś zboczeniec, każe ci przeklinać, że masz czwórkę miłych, ładnych dzieci Ładnych! Każda słodycz przemienia się w gorycz, gdy w cieniu czyha Bestia. Nadjeżdżający z przeciwka samochód błysnął mu w oczy reflektorami, zanim zmienił światła szosowe na mijania, przypominając Kramerowi błysk oczu i zażenowanie biegłych, ilekroć w sądzie wymawiał słowo: „bestia". Do diabła z nimi, z paplaniną o mamusinej miłości i całym tym posrajstwem, on wie, co mówi. W stosunku do ludzi prowadzi się śledztwo, na zwierzynę urządza się łowy. Ponieważ zaś był detektywem, nie jakimś tam cholernym strażnikiem parku narodowego, zawsze mu to psuło szyki. Do licha z... Noga mu zeskoczyła nagle z pedału gazu na hamulec. Niespełna sto jardów w przodzie zza okrytego brezentem buldożera wyłonił się łazik kierując się spokojnie w poprzek jezdni na drugą stronę autostrady. Przy swojej szybkości, z buldożerem blokującym część drogi, Chevrolet miał tylko jeden pas jezdni do dyspozycji - przez środek łazika. Takie były dostrzegalne takty. Jakby na potwierdzenie słuszności swojego odruchu Kramer nadepnął pedał hamulca i Chevrolet zatoczył młynka właśnie w chwili, gdy kierowca łazika odwrócił głowę zdziwiony jego wtargnięciem. Co za typ! Facet z gatunku tych, co operują gazem, jakby chcieli wypruć z silnika flaki. Łazik stanął dęba. Kramer zamknął oczy. Otworzywszy je wśród nagłej ciszy stwierdził, że siedzi zwrócony twarzą w stronę, z której przyjechał. Stwierdził też z ulgą, że Chevrolet jest zwrócony w tę samą stronę. Wyglądało na to, że wszystko jest nietknięte - zwłaszcza buldożer. Kramer wymamrotał krótką nieortodoksyjną modlitwę. Ale kierowca łazika nie czekał, aby się do niej przyłączyć. Jedno, co Kramer zdążył jeszcze zobaczyć, to numer rejestracyjny na tylnej tabliczce. Zwariowany farmer. Otóż to właśnie, myślał Kramer jadąc pod górę wśród drzew akacji do klubu podmiejskiego, najbardziej go irytuje w

morderstwach na tle seksualnym - że jest z nimi tak, jak z wypadkami drogowymi, w których sprawcy uciekają. Czas i miejsce są przypadkowe - jedyną więzią łączącą uczestników jest pojedynczy, spontaniczny akt przemocy. I tak, bez jakichkolwiek wzajemnych związków uczuciowych, które mogłyby stanowić x i y równania, wszelki przebłysk geniuszu analitycznego jest tu nieprzydatny. Tak samo nieprzydatny jak pytanie bliskich kogoś stratowanego przez nosorożca, czy nieboszczyk wdawał się kiedykolwiek w kłótnię z owym zwierzęciem. O, ja, nic dziwnego, ze strażnicy parków narodowych to takie tępaki. W blasku księżyca krew wydaje się czarna. Posterunkowy Hendriks zauważył to nieraz, nie za- stanawiając się specjalnie, czy ma to jakikolwiek wpływ na ogólny efekt. Czasem przypominała mu tylko melasę. Kiedy indziej - może dlatego, że melasa jest czymś jadalnym - przyprawiała go o mdłości. Zdarzało się to najczęściej, kiedy w całą sprawę wdawały się muchy, ale na szczęście tym razem muchy już dawno spały. On też dawno już powinien spać, jak zapewne i ten chłopiec leżący u jego stóp. Ziewnął. Na odgłos zbliżających się kroków zesztywniał w pozie ostentacyjnej czujności. Kroki zatrzymały się na skraju polanki. - Hej, gdzie je ustawić? - Kto tam? - Przepraszam cię, brachu, ale nie znam tego języka... Komendant Straży Ogniowej Pringle, z reflektorami, o które prosiliście. Wraz z Pringlem stało w pełnej szacunku odległości sześciu strażaków: dwóch dźwigających przenośny generator, trzech ze szperaczami i jeden cały obwieszony zwojami kabli. Wszystkim aż oczy wychodziły na wierzch, tak chcieli zobaczyć tę wytęsknioną tragedię, która przerwała im monotonię pożarów

stepu i gry w bilard. - To podobno mały chłopak - powiedział najniższy ze strażaków w języku afrikaans. Hendriks wzruszył ramionami, ale zbliżył się do niego. - Co to za biały śmieć? - zapytał łypiąc okiem na Pringle a. - Jeszcze jeden cholerny imigrant angielski? - Och, nie, on przyjechał z północy. Jest całkiem w porządku. Pringle wyczuł w jego głosie ton usprawiedliwienia, już nieraz słyszał, jak usprawiedliwiano jego nieznajomość języka afrikaans, więc dodał ochoczo: - Z Ugandy. - Ja, bardzo kiepsko tam się dnieje - odparł Hendriks z powagą i po angielsku. Wszyscy się uśmiechnęli. Chwilę milczeli. Pringle wetknął palec pod mundur i bluzę piżamy i podrapał swędzącą połówkę. Dwa strażacy z generatorem zniecierpliwili się nie mogą doczekać się rozkazu i postawili generator na ziemi Pringle uniósł brew, ale po namyśle zostawił ich w spokoju. - Niech będzie - rzekł. - Powiedzieli nam, żebyśmy się zanadto nie zbliżali ze względu na ślady i tak dalej. Umocować te reflektory do drzew? - Możecie. Pomóc? - Dziękuję, poradzimy sobie sami. Viljoen, do roboty. - Tak jest. - Ja tymczasem zajmę się rozruchem generatora - powiedział Pringle. Pracując przy generatorze oznajmił Hendriksowi, że mieszka w Margate, na co Hendriks rzekł, że Margate to wcale niezłe miasteczko, ale sieci przeciwko rekinom bardzo mu tam przeszkadzają. Pringle wyjaśnił, że jego Margate, to jest całkiem inne Margate, chociaż to nad Oceanem Indyjskim jest oczywiście daleko ładniejsze. Hendriks zaś powiedział na to, że tak czy owak woli jeździć na urlop do Umkomaas. Rozmowa niezbyt się kleiła, ale pozwoliła stworzyć atmosferę zawodowej nonszalancji. Szybko wzbudziła w obu wzajemny

respekt. W niespełna pięć minut lampy zamocowano do drzew i połączono kablami z generatorem. Pringle pociągnął za linkę i mały silniczek zaskoczył od pierwszego razu płosząc leśnego gołębia, który zerwał się z gałęzi nad ich głowami z głośnym łopotem skrzydeł Gdy Hendriks i wszyscy inni, którzy zadarli głowy na ten odgłos, spuścili wzrok z powrotem na polankę, wstrzymali nagle oddech jak małe dzieci na pantomimie, kiedy kurtyna idzie w górę. Najpierw ujrzeli coś jakby czarodziejską grotę, a potem w miarę jak silnik nabierał obrotów, oczom ich ukazała się każda gałązka, liść i źdźbło trawy z żywą, sztuczną wyrazistością na tle czarnych płaszczyzn gęstego lasu. Rzec by można: drut, farba i papier. Światła pulsowały w rytm dwutaktu tchnąc w nierzeczywistość sceny własne migotliwe życie. A pośrodku nagie ciało skrzata. Musiał to być skrzat, bowiem jak wszyscy widzieli, był bezpłciowy. Acz dopiero od niedawna. Kramer zastał sierżanta Bokkie Kritzingera na parkingu klubu podmiejskiego. Sierżant oddawał się właśnie swemu brzydkiemu nawykowi. - Jeszcze nie odzwyczaiłeś się od tego żucia, Bokkie? Wielki mężczyzna wypluł koniec krawata. - Słucham? Zdenerwowałem się trochę, to wszystko. - Ale czemu wyszedłeś na zewnątrz? - Chciałem z panem zamienić słówko, zanim pan ich zobaczy... coś w tym wszystkim wygląda niewyraźnie. - O kim mówisz? - O chłopcu i dziewczynie, którzy znaleźli tego dzieciaka. Są pomazani krwią. - Mówiłeś mi o tym przez telefon. - Ale teraz wiem, że nie tylko ręce mają pokrwawione. Przyjrzałem się lepiej... mają krew pod spodem. - Pod czym?

- Pod ubraniami. - Ale... - Na ciałach, szefie! Kramer wyciągnął rękę i wetknął wilgotny koniuszek krawata sierżanta w rozcięcie wybrzuszonej niebieskiej koszuli. Sierżant uśmiechnął się chowając ręce za plecami. - Tutaj, Bokkie? - Tak jest, szefie. - No to lepiej przyjrzyjmy się jeszcze ich wersji Chodź, usiądziemy sobie tutaj. Usiedli na przednim siedzeniu wozu straży pożarnej. Kramer zapalił lucky strike’a i stwierdził, że wielofunkcyjna konsoleta wozu strażackiego zawiera wszystko, prócz popielniczki, do której mógłby wrzucić zapałkę. - Jest zupełnie taka sama jak przedtem. Ten facet jest młodzieżowym mistrzem tenisa w Transwalu i nazywa się Jonathan Rogers. Lat siedemnaście, rok przed maturą, angielskojęzyczny. Dziewczyna nazywa się Penelope Jones, szesnaście lat, klasa maturalna, i pochodzi spod Greenside. - I co powiedzieli? - Chłopiec twierdzi, że wyszli z zabawy tanecznej... jubla urządzonego przez Trekkersburski Klub Tenisowy na cześć zaproszonych zawodników... około jedenastej. Chcieli popatrzeć na światła miasta. - Spomiędzy drzew plantacji? - Tak mówi, szefie. Też go o to samo zapytałem, a on na to, że ma tam być podobno jakaś górka, na którą się wchodzi w nocy oglądać światła miasta. - Aha. - Właśnie tam szli, kiedy nagle zobaczyli tego chłopca, który jakby ich śledził. Miał głowę w rozwidleniu drzewa, o, w ten sposób, z rękami po bokach, i jakby opierał się o to drzewo. - Co dalej? - Rogers mówi, że spytał chłopca, co on tam robi. Kiedy chłopiec nic nie odpowiedział i w ogóle ani drgnął, podeszli do niego. Pomyśleli, że może się ześliznął z drzewa i

zaklinował w tym rozwidleniu. Że mu się coś stało. Rogers mówi, że próbowali go zdjąć, a wtedy on zwalił się do tyłu i przygniótł ich sobą. Wtedy dopiero zdali sobie sprawę, że... - Dużo czasu im to zajęło! - Też tak pomyślałem, szefie. - Krew? - Mnóstwo. - A od jak dawna chłopiec już nie żył? - Był jeszcze dość ciepły, jak tam dotarłem około północy. - Aha. A co mówiła dziewczyna? - Nic. - Jak to? - Okropnie wstrząśnięta. Siedzi jak ogłuszona w biurze sekretarza klubu. Słowa nie można z niej wycisnąć. Jak spojrzy na człowieka, to aż żal za dupę ściska. W tym wszystkim jest coś cholernie niesamowitego, szefie. Dlatego właśnie nie puściłem do niej ojca. - Bardzo dobrze. Kto z nią jest... i z chłopakiem? - Posterunkowy Williams. Robi, co może, żeby ich nie wpuścić. - Kogo? - Sekretarza Pipsona, ojca dziewczyny, pana Jonesa, i tego transwalskiego trenera, Freddie'ego Harrisa. - A ten czego chce, u diabła? - On naprawdę odchodzi od zmysłów, ten Freddie. Mówi, że jego szanse na mistrzostwo w grze pojedynczej są zniweczone... reszta jego zawodników też będzie rano do niczego, strasznie się zdenerwowali. - A niech mnie, jeszcze ten chłopak... Macie już identyfikację? - Tym zajmuje się centrala, jak dotąd bezskutecznie. Poprosiłem o przysłanie psów, kilku ludzi, i to wszystko, jak pan kazał. Lekarz okręgowy jest już w drodze. - Uhm. A co z resztą uczestników tej zabawy? - Porozjeżdżali się do domów albo wrócili do swoich hoteli. - Dobra.

- Zgadza się pan, że w tym jest coś?... - Słuchaj, Bokkie, nigdy się z niczym nie zgadzam, póki nie mam w ręku faktów, które się zgadzają. Może jest w tym coś dziwnego, a może nie. Wracaj teraz i uspokój tych dwoje, a ja zajrzę na polankę. Aż tu słychać, że uruchomili oświetlenie. Z westchnieniem podwładnego, który tak często ma rację, a nigdy nie zostaje wysłuchany przez przełożonych, Bokkie zsunął się z siedzenia wozu strażackiego lądując ciężko obiema stopami na tarmakadamie. Na chwilę zatrzymał się, żeby przesunąć rewolwer na właściwe miejsce. - Bokkie - mruknął Kramer - nie przyszło ci przypadkiem do głowy, że to może być jej krew? Jako ojciec dwóch dziewczynek w wieku dojrzewania sierżant Kritzinger poczuł się ze zrozumiałych względów ogromnie wstrząśnięty. To prawda, ciało było jeszcze ciepłe. Bardzo ciepłe, chociaż musiało minąć kilka godzin, aby krew mogła aż tak skrzepnąć. Bardzo dziwne. Kramer wytarł palce o piasek i wstał. - Ładny chłopak - zauważył. Hendriks łypnął z niedowierzaniem na obrzmiałe rysy i wybałuszone niebieskie oczy. Kiedyś była to twarz. - Miły ma uśmiech - odparł niepewnie. Tym razem Kramer skrzywił się i spojrzał dziwnie. - Słuchaj, chłopie, jeśli już skończyłeś dłubać sobie w mózgu, to może skończymy ten opis. Hendriks wyjął koniec ołówka z ucha. - No dobra, więc zbadaliśmy już ten pieprzony teren i znaleźliśmy, co było do znalezienia. Teraz zwłoki... napisz na marginesie „jeden”. - Zwłoki... jeden. - Chłopiec uduszony drutem skręconym na karku osiem razy. Brak skaleczeń lub sińców na rękach świadczy, że nie bronił się, został zaatakowany niespodziewanie od tyłu i że wszelkie okaleczenia zostały dokonane później. Opis drutu: pakowy, dziesiątka, jaki stosuje się do wzmacniania

skrzynek na owoce, miękki, łatwo się gnie. Brak śladów rdzy, widoczne zagięcia w odstępach dziesięciocenty- metrowych, co świadczy, że został przyniesiony na miejsce zbrodni. Kramer zapalił lucky strike a i czekał, aż Hendriks zapisze. - Dwa: poważne otarcie skóry pod brodą i po obu stronach szyi; kawałeczki kory drzewa A przylepione do ran. Jest to zgodne z opisem przedstawionym przez świadka Rogersa, który twierdzi, iż znalazł ciało w pozycji półpionowej, wsparte o drzewo A i z głową zaklinowaną w rozwidleniu pnia. Potwierdza to kałuża krwi pod drzewem A. - I krew na drzewie, szefie. - Tak szybko umiesz pisać? Dobra, więc zapisz i to, a także dodaj odciśnięte ślady kory na torsie. Teraz trzy... Kucnąwszy Kramer przyjrzał się jeszcze raz zwłokom, nim zaczął dyktować dalej. - Trzy: liczne rany kłute pachwin i ich okolic, obcięte genitalia, odnalezione później u podstawy drzewa A. Charakterystyka ran sugeruje, że posłużono się zakrzy- wionym nożem, podczas gdy ciało było w pozycji pionowej. - W jaki sposób, poruczniku? - Facet nie- jest wielki. A te skurczybyki, jak są podniecone, mają siłę wołu. Mógł go z łatwością przyciskać jedną ręką do drzewa. Notuj dalej: Okaleczenia jak w wypadku rozszalałego ataku zboczeńca... więcej ciosów przypadkowych niż trafnych. Krwawienie ograniczone, lecz plama krwi wskazuje miejsca, którymi napastnik zajął się po śmierci ofiary. Zapisałeś? Teraz punkt czwarty: Na plecach długie cięcia, trzy poprzeczne i jedno przecinające je w połowie, biegnące od karku do lewego pośladka. Tę rany wskazywałyby na zabójstwo rytualne. I wreszcie piąty punkt: brązowe znamię na prawym ramieniu. Na krawędzi oświetlonej przestrzeni stanął nieśmiało posterunkowy z plemienia Bantu trzymając w ręku pałkę policyjną w taki sposób, jakby nie wiedział, co z nią zrobić w

przyzwoitym towarzystwie. - O co chodzi? - Sierżant Kritzinger mówi, ja muszę iść po ubranie, ojcze. - Przyniosłeś torby plastykowe? Wziąwszy od posterunkowego torby Kramer zapakował w nie białą koszulkę gimnastyczną, szorty koloru khaki i znalezione pod rozwidlonym drzewem majteczki. Do osobnego pojemnika włożył zawartość kieszeni: chusteczkę koloru khaki, gumkę, trzy papierki po gumie do żucia i scyzoryk z jednym ostrzem. - Trzymaj. Powiedz sierżantowi, że chłopak miał na ramieniu brązowe znamię w kształcie łyżeczki, jeśli sierżant jeszcze tego nie wie. I powiedz, że butów nie ma, ponieważ mały panicz chadzał boso. - Idzie doktor. - To spieprzaj. Kramer zastanowił się, czy jest jeszcze coś, co powinien przekazać Kritzingerowi. Potem spojrzał znów na Hendriksa i skrzywił się - że też wciąż muszą mu dawać pryszczatych młodzików, którzy każdą wolną chwilę poświęcają zbiorom ropy. Hendriks zajmował się właśnie obszarem tuż nad krawędzią kołnierzyka zbierając złote plony na róg chusteczki do nosa. Od czegoś takiego mógł się w człowieku wywrócić żołądek. - Co chcesz z tym zrobić? - warknął. - Może polej wrzątkiem, będziesz miał herbatę ekspresową. Hendriks zaczerwienił się - taki był młody, że mógł to zrobić błazen z veldu1 . Najwidoczniej zaczął sobie przypominać, co kiedyś słyszał o swoim szefie. Tym lepiej dla niego. Kramer wziął jedną z długich latarek, które przynieśli strażacy, nim odprawieni odeszli z pomrukami do wozu. Snop światła latarki był tak silny, że, zdawało się, poucina gałązki drzew. Drugą latarkę, równie potężną, rzucono Hendriksowi. - Dobra, idę teraz spojrzeć na to miejsce, z którego ten facet i dziewczyna zobaczyli chłopaka. Ty tu zostań i jeszcze raz przeszukaj polankę. - Ale, szefie... 1 veld -obszar pokryty roślinnością stepową (przyp. tłum.)

Kramer, który właśnie opuszczał krąg światła, obrócił się nagle przyłapując Hendriksa z grymasem na twarzy. - Może lepiej ci to wyjdzie, jeśli ci powiem, że masz czego tam szukać - rzekł. - Skąd pan wie? - Bo sam coś tam podrzuciłem... niedopałek papierosa, texana, no więc? I Kramer pozwolił sobie na głupi uśmiech wchodząc ostrożnie między paprocie. Hendriks powinien się był pokapować, że jest coś nie tak z tą marką papierosów. Ale żart okazał się krótkotrwały. Zaledwie Kramer zdołał się jako tako przyjrzeć miejscu z dziwnie wygniecioną roślinnością, gdy nagle usłyszał tryumfalny okrzyk. - Znalazłem! - Co? - Pana niedopałek. Jezu. - A przeszukałeś cały teren? - Prawie. Pomaga mi jeszcze dwóch facetów i właśnie przyszedł doktor Strydom. Kramer westchnął. Waśnie zaczynał odczuwać radość z odkrywania tajemnic młodego gwiazdora tenisa, który widocznie miał wszystkich za durni, kiedy tak łgał. Zły był też, że jego pomysł, mający spowodować gorączkowe poszukiwania, spalił na panewce. Zaczął wracać ścieżką, którą kiedyś wydeptał w poszyciu skacząc na jednej nodze. Normalne kroki nie pozostawiłyby śladów na warstwie przegniłej ściółki, ale cały ciężar ciała wsparty na jednej nodze to rzecz inna. Trzymając latarkę poziomo tuż nad ziemią Kramer uzyskał plastyczny obraz szeregu wgłębień Hmmm. Ciekawe. Doktor Strydom już pracował. Stał skulony jak baryłkowaty karzeł ogrodowy w cywilu, z siwą bródką, lecz zamiast różdżki czarodziejskiej trzymał w ręku termometr. Wsunął termometr w odbytnicę zamordowanego i uśmiechnął się do Kramera. - Witam pana, poruczniku, chłopak ma troszkę tempera- tury, zaraz się tym zajmiemy.

- Wydawał się bardzo ciepły. - Tak. Oczywiście. To całkiem normalna rzecz, w przypadkach uduszenia przez ucisk szyi. Hendriks i paru innych policjantów, których Kramer znał z Centrali, podeszło bliżej. - Naprawdę? - zapytał jeden z nich Sypał mu się wąs, dłuższy w tej chwili od najdłuższego włosa na głowie. - O, tak, a krwotok mózgowy też czasem wywiera podobny skutek. Nie tak dawno badałem zwłoki kobiety, która się powiesiła w celi więziennej... jeszcze w trzy godziny później miała trzydzieści osiem z kreskami. - No, no - dziwił się Hendriks, który słysząc o tych . cudach nauki zapomniał o własnym odkryciu. - Ten młody człowiek powiedział mi o pana wnioskach odnośnie tych ran, poruczniku. Wydają mi się całkiem słuszne, sprawa wygląda na zabójstwo na tle seksualnym. Weźmy na przykład obrzezanie... Doktor Strydom poszukał w swojej torbie waty. Wytarł termometr i nachylił się ku światłu. - Zaraz, chłopaki, zobaczmy, Co on nam powie. Kramer strzepnął palcami i wskazał na niedopałek. Hendriks podał mu go, po czym, jak jego koledzy, zajął się bez reszty sprawami medycznymi. Niedopałek był świeży, i marki texan, ale to nie wszystko. - Wielki Boże, sprawa nie jest prosta, poruczniku. Kramer uniósł wzrok. - Co pan ma na myśli? - Widzi pan, gdybyśmy przyjęli średnią stygnięcia ciała, która wynosi około jednego stopnia na godzinę przez pierwsze dwanaście godzin, rzecz byłaby łatwa. Ale tu mamy do czynienia z nagim ciałem, które stygnie o połowę szybciej. Czy pan mnie rozumie? Ale... znowu ,,ale''... noc jest upalna, dzięki czemu proces stygnięcia jest powolniejszy. Na dodatek, miał pan rację, tempera - tura ciała jest wyższa od normalnej. - A więc? - Muszę wziąć coś w rodzaju poprawki na to, że mamy do

czynienia z dzieciakiem, i w dodatku dosyć chudym. - Mam zrobić za pana te rachunki, doktorze? - Proszę mi tylko pozwolić wytłumaczyć, czemu nie mogę mieć całkowitej pewności. Otóż są jeszcze i inne czynniki. Te sine miejsca to plamy opadowe, ale wydają mi się one słabsze, niż oczekiwałem. - Niech pan pamięta, że pozycja ciała została zmieniona. - Ach, to co innego. Zaraz... Doktor Strydom pomacał kończyny chłopca. - Stopień stężenia nie może być w tym wypadku żadną wskazówką... jest gorąco, a chłopaczyna drobny. Tężenie pośmiertne następuje szybciej, zwłaszcza jeżeli w chwili śmierci była intensywna przemiana materii, na przykład gdyby uciekał czy coś w tym rodzaju. - Ale tak mniej więcej, kiedy nastąpiła śmierć? - Chyba około szóstej wieczorem. Nie wcześniej niż o piątej. - Dzięki. Teraz muszę coś załatwić w klubie. Hendriks, miej wszystko na oku. - Tak jest. - I jeszcze jedno, Hendriks. - Ja? - Za kogo ty mnie masz? Za jakiegoś cholernego pedała? - Co?! Ale Kramer już odszedł przedzierając się przez zarośla i zabierając z sobą niedopałek papierosa marki texan, który miał na ustniku leciutki ślad pomarańczowej szminki. Rozdział 3 Była druga w nocy, lecz pora ta nie przypominała niczym ciszy nocnej. W korytarzu klubu Freddie Harris, pan Jones i sierżant Kritzinger uwikłali się w krzyżowy ogień własnych słów, a odgłos ich kłótni odbity rykoszetem od rozlicznych ścian niósł się do sali balowej, gdzie dwóch policjantów z psami usiłowało

nie dopuścić swych ogarów do ozdobnych palm rosnących w skrzynkach, zaś blisko trzydziestu innych mundurowych kręciło się po sali głosząc, co by uczynili z pieprzonym mordercą, gdyby go dorwali. Na domiar z kuchni dochodziły ostre głosy ekipy detektywów Bantu wypytujących tutejszą służbę, która - wywleczona z łóżek - myślała zapewne, że śni jakiś koszmarny sen. Pokój bilardowy był najspokojniejszym miejscem, jakie Kramer mógł znaleźć. Tym spokojniejszym, że Jonathan Rogers przestał ryczeć jak małe dziecko. - Gdzie mam wpakować bilę, panno Jones? - spytał Kramer w nadziei, że w ten sposób nawiąże z nią rozmowę. - Do narożnej łuzy czy środkowej? Żadnej reakcji. Żółta bila odbiła się od czerwonej - jedna wpadła do narożnej łuzy, druga do środkowej. Dziewczyna ani drgnęła. Kramer położył na skraju stołu oddarty rożek pakieciku z folii aluminiowej. Jonathan zaskamlał. - Uspokój się, synu... nie jestem katolikiem. Chciałem ci to tylko pokazać. A więc wszystko znalazło swoje wyjaśnienie... nawet krew. - Więc pan mi wierzy? - Czemu miałbym ci nie wierzyć? Poza tym masz alibi na pierwszą część wieczoru, a to najważniejsze. Ja po prostu muszę rozwiązać wszystkie zagadki, bo takie jest moje zadanie. Masz papierosa? Bo moje się skończyły. Jonathan pogmerał w kieszeni smokinga i wyjął paczkę. - Texany, co? Kto pali texany, ten kaszle jak kowboj. Zapalisz? - Nie, dziękuję. Kramer zaciągnął się i potarł koniec kija kredą. - Czy tenisiści powinni palić? - Ach... tylko na przyjęciach. - Ehm. Brązowa i czerwona bila wpadły jedna za drugą do tej samej łuzy - zawsze dosyć trudna sztuka. - A wolno spytać, kiedy ostatnio miało to miejsce?

- Kiedy paliłem? Chyba zaraz potem. Żeby uspokoić nerwy. - A panna Jones? - Ona nie... - To nie jest w programie? - Proszę pana! - I nie dałeś jej na uspokojenie nawet dymka? - Nie! - No dobra już, dobra. Jak myślisz, czy ona pozwoli, żebym starł jej z ust troszeczkę szminki? Spytaj. Jonathan szepnął coś pannie Jones do ucha, na co ona tylko przełknęła głośno ślinę. - Proszę, panie poruczniku, z pewnością... Kramer podszedł do niej rozdzierając używaną kopertę. - Mało jest rzeczy czyściejszych od wnętrza koperty - powiedział. - Mówiła mi kiedyś jedna pielęgniarka, że wnętrze koperty jest niemal sterylne i można go używać nawet do opatrunków. Zrobię to bardzo delikatnie. Lewą ręką przytrzymał głowę panny Jones, a prawą przycisnął kopertę do jej ust. Gdy odjął papier, pozostał na nim duży, lepki ślad wymalowanych pomarańczową szminką warg. - Ależ ona się grubo pacykuje! - Mówiłem już panu, poruczniku, ze ona leszcze me ma wprawy. - Ja myślę! Jedna zagadka pozostawała nie rozwikłana. - Czemu pan tak na mnie patrzy? - Mówisz, że się całowaliście? - Hm... tak. - Mocno? Dużo? Użyliście sobie, co? - Myśmy... - Chodź no tutaj, pod tę wielką lampę. Jonathan zawahał się. - Co ci jest? Boisz się, że zastosuję trzeci stopień? Chłopiec podszedł. W samym środku górnej wargi, dokładnie w miejscu, gdzie początkujący palacz zwykle trzyma papierosa, widniała malutka pomarańczowa plamka. Proste, kiedy się