wotson

  • Dokumenty43 372
  • Odsłony1 953 105
  • Obserwuję1 346
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 376 546

James P. Hogan - Giganci T.3 - Gwiazda gigantów

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :1.4 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
J

James P. Hogan - Giganci T.3 - Gwiazda gigantów.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion J James P. Hogan
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 15 osób, 13 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 548 stron)

James P. Hogan Gwiazda Gigantów Tom III Trylogii Gigantów

Prolog Na początku czwartej dekady dwudziestego pierwszego wieku wydawało się, że ludzka rasa w końcu nauczyła się żyć w pokoju i ruszyła ku gwiazdom. Porzuciwszy wyniszczający wyścig zbrojeń i zlikwidowawszy większość swoich sił strategicznych, supermocarstwa przeznaczyły zaoszczędzone w ten sposób miliardy na wdrożenie zachodnich technologii w Trzecim Świecie. Wraz ze wzrostem dobrobytu, bezpieczeństwa, poziomu i jakości życia, które były wynikiem globalnego uprzemysłowienia, nastąpiło zmniejszenie populacji i wyglądało na to, że bieda, głód oraz większość odwiecznych plag przestaną wreszcie gnębić ludzkość. Podczas gdy rywalizacja między Stanami Zjednoczonymi a Związkiem Radzieckim zmieniła się w wojnę dyplomatyczną o polityczne i ekonomiczne wpływy w stabilizujących się państwach, ludzka żądza przygody znalazła wyraz we wznowionym międzynarodowym programie kosmicznym, który przybrał formę nowej fali podróży na inne planety i badań Układu Słonecznego, prowadzonych przez specjalne Siły Kosmiczne Organizacji Narodów Zjednoczonych, UNSA. Szybko postępowała eksploatacja księżycowych złóż,

pojawiły się stałe bazy na Marsie i na orbicie wokół Wenus, a załogowe wyprawy dotarły do planet zewnętrznych. Największym jednak wydarzeniem tych czasów był przewrót w nauce, który nastąpił po pewnych odkryciach dokonanych na Księżycu i Jowiszu. W ciągu zaledwie kilku lat seria zdumiewających znalezisk podważyła poglądy nie kwestionowane od początków istnienia nauki, zmusiła do napisania na nowo historii Układu Słonecznego i zakończyła się pierwszym zetknięciem człowieka z wysoko rozwiniętymi cywilizacjami obcych. Nie znana do tej pory planeta, nazwana Minerwą przez badaczy, którzy odtworzyli jej dzieje, zajmowała niegdyś, w chwili powstania Układu Słonecznego, pozycję między Marsem a Jowiszem i zamieszkana była przez wysoko rozwiniętą rasę mierzących ponad dwa metry wzrostu obcych, znanych jako Ganimedejczycy, ponieważ pierwsze dowody ich istnienia pochodziły z Ganimedesa, największego z księżyców Jowisza. Kwitnąca ganimedejska cywilizacja zniknęła nagle dwadzieścia pięć milionów lat temu. Niektórzy ziemscy naukowcy przypuszczali, że pogarszające się warunki środowiska na Minerwie zmusiły „Gigantów” do migracji do jakiegoś innego układu gwiezdnego, ale

nie rozstrzygnięto do końca tej kwestii. Dużo później – jakieś pięćdziesiąt tysięcy lat przed obecnym okresem historii Ziemi – Minerwa uległa zagładzie. Większa część jej masy, wyrzucona na skraj Układu Słonecznego, utworzyła Pluton z jego ekscentryczną orbitą. Z pozostałości zaś, pod wpływem przyciągania Jowisza, powstał pas asteroidów. Podczas gdy nadal dopasowywano elementy tej łamigłówki, wrócił statek kosmiczny starożytnej cywilizacji ganimedejskiej. Efekt relatywistycznej dylatacji czasu w połączeniu z technicznymi kłopotami z zakrzywiającym czasoprzestrzeń systemem napędowym statku sprawił, że dwadzieścia parę lat, które upłynęło na jego pokładzie, odpowiadało około miliona razy dłuższemu okresowi na Ziemi. Shapieron opuścił Minerwę przed nadejściem tego, co przydarzyło się reszcie ganimedejskiej rasy, i dlatego załoga nie była w stanie potwierdzić ani obalić teorii wysuniętych przez ziemskich naukowców. Giganci zostali na Ziemi przez sześć miesięcy, wspólnie z ziemskimi badaczami usiłując znaleźć więcej danych, i harmonijnie wtopili się w miejscową społeczność. Ludzkość znalazła przyjaciół, a ostatni przedstawiciele ganimedejskiej rasy znaleźli – tak przynajmniej sądzono – dom.

Stało się jednak inaczej. W czasie badań odkryto ślad wskazujący na to, że Ganimedejczycy przenieśli się w okolice gwiazdy z konstelacji Byka, którą nazwano „Gwiazdą Gigantów”. Nie było żadnej gwarancji, tylko nadzieja. Wkrótce Shapieron wyruszył w drogę, zostawiając za sobą zasmucony, lecz pod pewnymi względami mądrzejszy świat. Obserwatoria radioastronomiczne po drugiej stronie Księżyca wysłały wiadomość w kierunku Gwiazdy Gigantów, żeby uprzedzić o przybyciu Shapierona. Chociaż pokonanie całego dystansu przez sygnały miało zająć lata, i tak powinny dotrzeć na długo przed statkiem. Ku zdumieniu naukowców, którzy ułożyli przekaz, odpowiedź pochodząca z Gwiazdy Gigantów i potwierdzająca, że jest to nowy dom Ganimedejczyków, nadeszła zaledwie w kilka godzin po wysłaniu komunikatu. W tym czasie Shapieron już wyruszył i nie można było przekazać mu nowiny z powodu zakrzywienia czasoprzestrzeni wywołanego przez napęd statku i uniemożliwiającego odbiór fal elektromagnetycznych. Naukowcy na Ziemi nie mogli nic zrobić. Shapieron zniknął w próżni, z której się wcześniej wyłonił, i miało minąć wiele lat niepewności, zanim Ganimedejczycy na pokładzie dowiedzą się, że ich poszukiwania nie poszły na

marne. Przekaźniki na ciemnej stronie Księżyca przez następne trzy miesiące wysyłały z przerwami kolejne sygnały, ale nie otrzymano żadnej odpowiedzi.

Rozdział pierwszy Doktor Victor Hunt skończył czesać włosy, zapiął czystą koszulę i przyjrzał się nieco zaspanej, lecz skądinąd przystojnej twarzy, spoglądającej na niego z lustra w łazience. Co prawda wykrył tu i ówdzie kilka siwych włosów w ciemnobrązowej czuprynie, ale ktoś inny musiałby uważnie patrzeć, żeby je zauważyć. Cera miała zdrowy odcień. Policzki i szczęki były mocno zarysowane, a pasek opierał się swobodnie na biodrach i spełniał swój podstawowy cel – podtrzymywał spodnie, a nie brzuch. Razem wziąwszy, zawyrokował Hunt, nie wyglądam źle jak na trzydzieści dziewięć lat. Twarz w lustrze zmarszczyła się nagle, gdyż cały ten rytuał przywiódł jej właścicielowi na myśl typowy okaz męskiego wraku w średnim wieku, znany z komercyjnej telewizji. Brakowało tylko, by w drzwiach pojawiła się, potrząsając buteleczką, umysłowo niedorozwinięta żona śpiesząca przekazać informację o leku na łysinę, dezodorancie, odświeżaczu do ust lub czymś podobnym. Wzdrygnąwszy się na tę myśl, wrzucił grzebień do szafki nad umywalką, zamknął drzwi i przeszedł spokojnym krokiem do kuchni. – Skończyłeś już, Vic? Zza otwartych drzwi sypialni dobiegł głos Lyn.

Brzmiał pogodnie i wesoło i powinien być zabroniony o tak wczesnej porze. – Możesz iść. Wystukał kod na kuchennym terminalu i kiedy na ekranie ukazało się menu, studiował je przez chwilę, a potem zamówił jajecznicę, bekon, grzanki z marmoladą i dwie kawy. W przedpokoju pojawiła się Lyn w płaszczu kąpielowym Hunta niedbale zarzuconym na ramiona. Szlafrok ledwo przykrywał jej długie, szczupłe nogi i opalone na złoty kolor ciało. Obdarzyła Vica przelotnym uśmiechem i zniknęła w łazience, powiewając rudymi włosami, które sięgały jej do połowy pleców. – Śniadanie już zamówione – zawołał za nią Hunt. – To, co zwykle? – rozległ się zza drzwi jej głos. – Jak zgadłaś? – Anglicy to ludzie z przyzwyczajeniami. – Po co sobie komplikować życie? Na ekranie ukazała się lista artykułów spożywczych po niższych cenach i Hunt wystukał zamówienie do Albertsona z prośbą, by dostarczono produkty do domu później tego dnia. Kiedy wyszedł z kuchni i znalazł się w salonie, powitał go dźwięk odkręcanego prysznica. Zastanawiał się, jak to możliwe, że świat, który ze spokojem przyjmował

nocne programy z gośćmi rozmawiającymi przed milionową widownią o obstrukcjach, hemoroidach, łupieżu i niestrawności, może uznawać za obsceniczny widok ładnych dziewczyn zdejmujących ubrania. „Nie ma nic dziwniejszego od ludzi”, jak mawiała jego babka z Yorkshire, pomyślał. Nie trzeba było Sherlocka Holmesa, żeby z wyglądu salonu odtworzyć historię poprzedniej nocy. Do połowy napełniona filiżanka kawy, pusta paczka papierosów, resztki pizzy w otoczeniu naukowych czasopism i notatek porozrzucanych niedbale na biurku przed komputerem świadczyły, że tego wieczora Hunt miał najszczerszy zamiar rozpatrzyć problem Plutona z innej strony. Torebka Lyn na stoliku przy drzwiach, płaszcz przewieszony przez brzeg kanapy, pusta butelka chablis i białe, kartonowe pudełko po wołowinie w curry mówiły o przerwie w pracy, spowodowanej niespodziewaną, choć nie do końca niepożądaną wizytą. Zmięte poduszki i para butów leżących między kanapą a stolikiem do kawy dopowiadały resztę. Cóż, powiedział Hunt do siebie, światu nie sprawiłoby dużej różnicy, gdyby rozwiązanie zagadki, w jaki sposób Pluton znalazł się na swojej obecnej orbicie, musiało poczekać dwadzieścia cztery godziny. Podszedł do biurka i zapytał komputer o pocztę,

która nadeszła w ciągu nocy. Był szkic pracy naukowej napisanej przez zespół Mike’a Barrowa z Laboratorium Lawrence’a Livermore’a, zawierającej tezę, że jeden z aspektów fizyki ganimedejskiej, nad którym pracowali, przemawiał za możliwością syntezy jądrowej w niskich temperaturach. Hunt wolno przejrzał rozprawę i przekazał ją do swojego biura, żeby później przeczytać dokładniej. Było parę rachunków i wyciągów z konta. Odesłał je do kartoteki... do końca miesiąca. Przekaz audiowizualny od wujka Williama z Nigerii. Hunt wprowadził polecenia odtworzenia zapisu i cofnął się o krok, żeby popatrzyć. Za zamkniętymi drzwiami ucichł odgłos prysznica, a potem Lyn wróciła do sypialni. William i jego rodzina cieszyli się, gdy Vic spędzał u nich wakacje, szczególnie lubili słuchać jego relacji o kontaktach z Ganimedejczykami na Jowiszu i później na Ziemi... Kuzynka Jenny dostała pracę biurową w nuklearnej stalowni, która właśnie ruszała niedaleko Lagos... Wieści od rodziny w Londynie mówiły, że wszyscy mają się dobrze, oprócz starszego brata Vica, George’a, którego oskarżono o rzucanie pogróżek w czasie politycznej dyskusji w miejscowym pubie... Doktoranci Uniwersytetu w Lagos byli zachwyceni wykładem

Hunta o Shapieronie i wysyłają listę pytań z nadzieją, że znajdzie czas, by na nie odpowiedzieć. Akurat kiedy przekaz się kończył, z sypialni wyszła Lyn w ubraniu z poprzedniego wieczoru – czekoladowej bluzce i spódnicy koloru kości słoniowej – a następnie zniknęła w kuchni. – Kto to? – zawołała stamtąd przy akompaniamencie otwieranych i zamykanych drzwiczek i stawianych na blacie naczyń. – Wuj Billy. – Ten z Afryki, u którego byłeś parę tygodni temu? – Uhm. – Co u nich słychać? – Wuj wygląda dobrze. Jenny załapała się do tego nowego kompleksu nuklearnego, o którym ci mówiłem, a brat George znów ma kłopoty. – Aha. Co tym razem? – Zdaje się, że urządził w swojej piwiarni rozprawę sądową. Ktoś nie zgadzał się, że rząd powinien gwarantować zapłatę strajkującym. – Kim on jest... wariatem? – To dziedziczne. – Ty to powiedziałeś, nie ja. Hunt wyszczerzył zęby. – Więc nigdy nie mów, że cię nie ostrzegano.

– Zapamiętam to... Jedzenie gotowe. Vic wyłączył terminal i poszedł do kuchni. Lyn, usadowiona na stołku przy barze dzielącym pomieszczenie na pół, już zaczęła jeść. Usiadł naprzeciwko niej, łyknął kawy i podniósł widelec. – Skąd ten pośpiech? – zapytał. – Jest jeszcze wcześnie. Nic nas nie goni. – Nie idę prosto do pracy. Muszę najpierw zajść do domu i się przebrać. – Według mnie wyglądasz dobrze... naprawdę niezła z ciebie sztuka. – Pochlebstwami daleko zajedziesz. Nie... Gregg ma dzisiaj specjalnych gości z Waszyngtonu. Nie chcę wyglądać nieświeżo i zepsuć obrazu Navcomms. – Uśmiechnęła się i naśladując angielski akcent, dodała: – Trzeba zachować klasę, rozumiesz. – To wymaga wprawy. – Hunt parsknął drwiąco. – Kim są ci goście? – Wiem jedynie, że są z Departamentu Stanu. Jacyś tajemniczy ważniacy, z którymi Gregg ostatnio ma kontakty – mnóstwo rozmów na zastrzeżonych kanałach, kurierzy z zapieczętowanymi paczkami z przeznaczeniem do rąk własnych. Nie pytaj mnie, o co tutaj chodzi. – Nie wtajemniczył cię? – W głosie Hunta brzmiało zdziwienie.

Potrząsnęła głową i wzruszyła ramionami. – Może to dlatego, że zadaję się z postrzelonymi cudzoziemcami, na których trudno polegać. – Ale jesteś jego osobistą asystentką – stwierdził Hunt. – Myślałem, że wiesz o wszystkim, co dzieje się w Navcomms. Lyn ponownie wzruszyła ramionami. – Nie tym razem... przynajmniej do tej pory nic mi nie powiedziano. Mam jednak przeczucie, że dowiem się dzisiaj. Gregg robił pewne aluzje. – Hmm... dziwne... Vic zabrał się do jedzenia, ale nadal rozmyślał nad sytuacją. Gregg Caldwell, dyrektor Wydziału Nawigacji i Telekomunikacji Sił Kosmicznych Organizacji Narodów Zjednoczonych, był bezpośrednim przełożonym Hunta. Tak się złożyło, że Navcomms pod kierownictwem Caldwella odgrywał główną rolę w odtwarzaniu historii Minerwy i jej cywilizacji, a Hunt był mocno zaangażowany w sprawę już przed przybyciem Ganimedejczyków na Ziemię. Po ich odlocie podstawowym zadaniem Vica w Navcomms stało się kierowanie zespołem koordynującym badania prowadzone w różnych miejscach i opracowywanie naukowych danych, które obcy pozostawili Ziemianom. Chociaż nie wszystkie odkrycia i spekulacje publikowano, atmosfera pracy

w Navcomms była na ogół szczera i otwarta, tak że nie słyszało się dotąd o skrajnych środkach ostrożności opisanych przez Lyn. Zgoda, działo się coś dziwnego. Odchylił się na oparcie barowego stołka, zapalił papierosa i patrzył, jak Lyn nalewa następne dwie kawy. Było w jej szarozielonych oczach, z których nigdy nie znikał figlarny błysk, oraz w ledwo uchwytnym grymasie wokół ust, coś, co wydawało mu się jednocześnie zabawne i podniecające... wdzięczne, jak by zapewne powiedzieli Amerykanie. Przebiegł myślą trzy miesiące, które upłynęły od odlotu Shapierona i próbował dociec, co mogło sprawić, że ze zwykłej, bystrej i przystojnej dziewczyny z biura stała się kimś, z kim dość regularnie jadał śniadania w jednym lub drugim mieszkaniu. Nie dostrzegał jednak żadnych szczególnych okoliczności, które o tym zadecydowały. Po prostu, tak się stało. Nie skarżył się. Odstawiając dzbanek, zerknęła na niego i zauważyła, że się jej przygląda. – Wiesz, to naprawdę miło mieć kogoś przy sobie. Czy ranek nie byłby nudny, gdyby jedyne towarzystwo stanowił ekran? Znowu zaczynała ten temat... ale żartobliwie, na wypadek, gdyby nie chciał brać poważnie jej słów.

Lepiej płacić jeden czynsz niż dwa, jeden zestaw rachunków zamiast dwóch, i tak dalej, i tak dalej. – Zapłacę rachunki – powiedział. Błagalnie rozłożył ręce. – Sama stwierdziłaś wcześniej, że Anglicy to ludzie z przyzwyczajeniami. Tak czy inaczej, zachowuję klasę. – Mówisz jak ktoś zagrożony – odparła. – Jestem... męskim szowinistą. Człowiek musi mieć gdzieś stałe schronienie. – Nie potrzebujesz mnie? – Oczywiście, że potrzebuję. Dobry Boże, co za pomysł! – Rzucił jej ponad barem chmurne spojrzenie, ona natomiast odpowiedziała szelmowskim uśmiechem. Może świat poczekałby kolejne czterdzieści osiem godzin, żeby dowiedzieć się czegoś na temat Plutona. – Co robisz dzisiaj wieczorem... czy coś szczególnego? – zapytał. – Dostałam zaproszenie na kolację w Hanwell... od tego faceta od marketingu, o którym ci opowiadałam, i jego żony. Ma być tłum ludzi i zapowiada się całkiem wesoło. Mówili, żebym przyprowadziła przyjaciela, ale nie sądziłam, że cię to zainteresuje. Hunt zmarszczył nos i zrobił niezadowoloną minę. – Czy to nie jest ta paczka od parapsychologii

i piramid? – Właśnie. Wszyscy są podnieceni, bo czekają ich dzisiaj niezwykłe przeżycia. Gospodarz już wiele lat temu przepowiedział wszystko o Minerwie i Ganimedejczykach. To musi być prawda... tak twierdzi czasopismo „Amazing Supernature”. Hunt wiedział, że Lyn się z nim drażni, ale nie mógł powściągnąć irytacji. – Och, na litość boską, myślałem, że w tym cholernym kraju istnieje jakiś system edukacyjny! Czy oni nie mają za grosz krytycyzmu? – Wysączył resztkę kawy i z hałasem odstawił filiżankę na bar. – Jeśli przepowiedział to wiele lat temu, dlaczego nikt wtedy o tym nie słyszał? Dlaczego dowiadujemy się o tym dopiero teraz, kiedy nauka powiedziała mu, co powinien przepowiedzieć? Zapytaj go, co zastanie Shapieron, kiedy dotrze do Gwiazdy Gigantów, i każ mu to zapisać. Założę się, że jego wersja nigdy nie trafi do „Amazing Supernature”. – Nie trzeba brać tego tak poważnie – powiedziała Lyn lekko. – Idę tam tylko dla zabawy. Nie ma sensu tłumaczyć zasady brzytwy Ockhama ludziom, którzy wierzą, że UFO to wehikuły czasu z innego stulecia. Poza tym, niezależnie od wszystkiego, to bardzo miłe osoby. Hunt zastanawiał się, jak to wszystko jest

możliwe po tym, jak Ganimedejczycy przylecieli na statku międzygwiezdnym, stworzyli życie w laboratoriach, skonstruowali inteligentne komputery, wielokrotnie potwierdzali, że nie ma żadnych przesłanek, by zakładać istnienie we wszechświecie sił innych oprócz odkrytych przez naukę i racjonalne myślenie. Ale ludzie nadal marnowali życie na mrzonki. Staję się zbyt poważny, stwierdził i zbył całą sprawę machnięciem ręki i szerokim uśmiechem. – Dajmy spokój. Lepiej zróbmy coś, żeby wyprawić cię do pracy. Lyn ruszyła do salonu po buty, torebkę i płaszcz, a potem zatrzymała się obok Vica przy drzwiach wyjściowych. Pocałowali się i uścisnęli. – Zobaczymy się więc później – szepnęła. – Do zobaczenia. Uważaj na tych szaleńców. Zaczekał, dopóki nie zniknęła w windzie, następnie zamknął drzwi i spędził pięć minut na sprzątaniu kuchni i przywracaniu pozorów porządku w pozostałej części mieszkania. W końcu włożył marynarkę, zgarnął do teczki parę rzeczy z biurka i wjechał windą na dach. W parę chwil później jego pojazd znalazł się na wysokości sześciuset metrów we wschodnim korytarzu powietrznym, prowadzącym w stronę błyszczących na horyzoncie tęczowych wież

Houston.

Rozdział drugi Ginny, pulchna, w średnim wieku, skrupulatna sekretarka Hunta, już pracowała, kiedy wszedł do swojego biura w wieżowcu głównej siedziby Navcomms w centrum Houston. Miała trzech synów, nastolatków, i oddawała się swojej pracy z takim poświęceniem, że Hunt czasami podejrzewał, iż jest to rodzaj pokuty za wydanie ich na świat. Jak przekonał się nieraz, kobiety pokroju Ginny zawsze dobrze pracowały. Długonogie blondynki były bardzo miłe, ale jeśli chciał mieć prawidłowo i na czas wykonaną pracę, wolał zdać się na starsze pracownice o macierzyńskim wyglądzie. – Dzień dobry, doktorze Hunt – powitała go. Jednej rzeczy nie był w stanie jej wyperswadować. Nie chciała przyjąć do wiadomości, że Anglicy wcale nie oczekują ani nie chcą, by zawsze zwracano się do nich oficjalnie. – Cześć, Ginny. Jak się dzisiaj miewasz? – O, świetnie. – Co z psem? – Dobre wiadomości. Weterynarz telefonował wczoraj i powiedział, że miednica wcale nie jest złamana. Kilka tygodni odpoczynku i wszystko będzie w porządku.

– To dobrze. Co nowego dzisiaj? Coś pilnego? – Nic szczególnego. Profesor Speehan z MIT telefonował parę minut temu i chciał, żeby pan się z nim skontaktował przed obiadem. Właśnie kończę przeglądać pocztę. Jest kilka rzeczy, które, jak sądzę, mogą pana zainteresować. Szkic rozprawy z Livermore. Przypuszczam, że już ją pan widział. Następne pół godziny spędzili na sprawdzaniu poczty i układaniu planu dnia. W tym czasie biura wchodzące w skład jego sekcji w Navcomms zapełniły się i Hunt wyszedł, żeby zapoznać się z postępami prowadzonych obecnie badań. Duncan Watt, zastępca Hunta, fizyk teoretyk, który półtora roku wcześniej przeniósł się z Wydziału Materiałów i Struktur UNSA, zbierał wyniki różnych zespołów badawczych z całego kraju, zajmujących się problemem Plutona. Porównując bieżące dane na temat Układu Słonecznego z relacjami Shapierona o tym, jak wyglądał on dwadzieścia pięć milionów lat temu, ustalono ponad wszelką wątpliwość, że Pluton powstał z Minerwy. Ziemia początkowo nie miała satelity, a Księżyc pierwotnie okrążał Minerwę. Kiedy Minerwa rozpadła się, jej księżyc zaczął spadać na Słońce i tylko czysty przypadek sprawił, że został przechwycony przez Ziemię, wokół której krąży do tej pory. Problem polegał na tym, że żaden

wzór matematyczny nie był w stanie wyjaśnić, w jaki sposób Pluton zyskał niezbędną energię, by przezwyciężyć przyciąganie Słońca i znaleźć się na obecnej orbicie. Specjaliści od mechaniki nieba i astronomowie z całego świata na wszelkie sposoby próbowali podejść do tego zagadnienia, lecz bez sukcesu, co wcale nie było zaskakujące, zważywszy, że Ganimedejczycy również nie potrafili znaleźć zadowalającego rozwiązania. – Jedynym wyjściem jest postulat oddziaływania trzech ciał – powiedział Duncan, wymachując rękami w rozdrażnieniu. – Być może wojna nie miała z tym nic wspólnego. Może Minerwę rozerwało coś, co przelatywało przez Układ Słoneczny. Trzydzieści minut później i kilkoro drzwi dalej w tym samym korytarzu Hunt znalazł Marie, Jeffa i dwóch studentów oddelegowanych z Princeton, dyskutujących z zapałem o zbiorze różniczkowo- cząstkowych funkcji tensorowych, wyświetlonych na dużym, ściennym ekranie. – To ostatnie wyniki zespołu Mike’a Barrowa z Livermore – poinformowała go Marie. – Już je widziałem – odparł Hunt. – Ale nie miałem czasu ich przestudiować. Coś na temat zimnej syntezy jądrowej, nieprawdaż? – Wynika z tego, że Ganimedejczycy nie musieli

uzyskiwać wysokich temperatur, żeby przezwyciężyć odpychanie miedzy protonami – wtrącił Jeff. – Jak zatem to zrobili? – zapytał Hunt. – Chytrze. Zaczęli od neutronów, więc nie było odpychania. Kiedy cząsteczki znalazły się wewnątrz silnego pola, zwiększyli energię oddziałującą na ich powierzchnie, by zapoczątkować tworzenie par. Neutrony pochłonęły pozytony, stając się protonami, a elektrony zostały wyemitowane. I już macie... dwa protony połączone w parę. Bęc! Synteza. Hunt był pod wrażeniem, mimo że poznał fizykę Ganimedejczyków na tyle, by niczemu się nie dziwić. – I byli w stanie kontrolować reakcje na tym poziomie? – zapytał. – Właśnie tak uważają ludzie Mike’a. Wkrótce rozgorzała dyskusja nad jednym ze szczegółowych zagadnień i Hunt opuścił grupę, która właśnie zamierzała zadzwonić do Livermore po wyjaśnienia. Wyglądało na to, że informacje zostawione przez Ganimedejczyków zaczynają naraz wydawać owoce. Każdy dzień przynosił nowe odkrycia. Pomysł Caldwella, żeby wykorzystać sekcję Hunta jako międzynarodowe centrum koordynacji badań nad ganimedejską nauką, zaczynał dawać rezultaty. Kiedy odkryto pierwsze ślady Minerwy i Ganimedejczyków,

Caldwell utworzył grupę do wykonania planowanych prac. Dowiodła ona swojej przydatności i teraz stanowiła sprawny zespół badawczy. Ostatnią wizytę Hunt złożył Paulowi Shellingowi, którego pracownicy zajmowali kilka biur i salę komputerową piętro niżej. Jednym z największych osiągnięć ganimedejskiej techniki było opanowanie siły grawitacji, pozwalające sztucznie zakrzywiać czasoprzestrzeń bez potrzeby koncentracji ogromnych mas. Wykorzystano tę umiejętność w systemie napędowym Shapierona, który wytwarzał przed sobą „dziurę” i stale w nią „wpadał”, pokonując w ten sposób przestrzeń. Siłę ciążenia wewnątrz statku również wytwarzano, a nie symulowano. Shelling, fizyk z Rockwell zajmujący się grawitacją, obecnie na rocznym urlopie, zorganizował zespół matematyków, którzy od sześciu miesięcy wgryzali się w ganimedejskie równania pola i przekształcenia metryki przestrzeni i energii. Hunt zastał go wpatrującego się w zamyśleniu w ekran z izochronami i geodetykami zakrzywionej czasoprzestrzeni. – Wszystko jest tutaj – powiedział Shelling nieobecnym tonem, z oczami utkwionymi w łagodnie świecące kolorowe linie. – Sztuczne czarne dziury... po prostu włączasz je i wyłączasz na rozkaz.

Informacja nie stanowiła dla Hunta wielkiej niespodzianki. Ganimedejczycy potwierdzili, że napęd Shapierona rzeczywiście jest tego rodzaju, a Hunt i Shelling przy wielu okazjach prowadzili rozważania teoretyczne na ten temat. – Wykonałeś obliczenia? – zapytał Vic i wśliznąwszy się na wolny fotel, zaczął studiować wykres. – Jesteśmy na dobrej drodze. – Czy zbliży nas to do rozwiązania problemu natychmiastowego przenoszenia się w przestrzeni? Ganimedejczykom nie udało się tego osiągnąć, chociaż taka możliwość kryła się w ich teoretycznych konstrukcjach. Czarne dziury, bardzo oddalone od siebie w normalnej przestrzeni, wydawały się mieć ze sobą połączenie przez hiperprzestrzeń, w której obowiązywały nieznane prawa fizyki, a zwykłe pojęcia i ograniczenia relatywistycznego wszechświata nie miały w niej zastosowania. Ganimedejczycy zgadzali się, że związane z tym możliwości są oszałamiające, ale nikt nie wiedział, jak je zrealizować. – To jest tutaj – odparł Shelling. – Możliwość jest zawarta tutaj, ale martwi mnie druga strona medalu, której nie da się oddzielić. – O czym mówisz? – zapytał Hunt.