wotson

  • Dokumenty43 372
  • Odsłony1 999 752
  • Obserwuję1 363
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 437 411

James S. A. Corey - Expanse 01 - Przebudzenie Lewiatana. Cz. 2

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :1.3 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
J

James S. A. Corey - Expanse 01 - Przebudzenie Lewiatana. Cz. 2.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion J James S. A. Corey
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 105 osób, 42 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 282 stron)

JAMES S. A. COREY PRZEBUDZENIE LEWIATANA CZĘŚĆ 2 Tłumaczył PatrykSawicki fabryka słów Lublin 2013

Dla Jaynè i Kat zachęcających mnie do marzeń o statkach kosmicznych

P R28 MILLER ierwszy raz Miller kogoś zabił podczas trzeciego roku pracy w ochronie. Miał dwadzieścia trzy lata, od niedawna był żonaty i myślał o dzieciach. Jako nowicjusz na kontrakcie dostawał parszywą robotę: patrolował ulice na poziomach tak wysokich, że siła Coriolisa przyprawiała go o mdłości, zajmował się wezwaniami do domowych awantur w jamach nie szerszych od pojemników na śmieci i dyżurował przy platformach zbierających pijaczków, żeby ścierwojady nie obrabowały nieprzytomnych. Normalna codzienna orka. Wiedział zresztą, czego powinien się spodziewać. I myślał, że jakoś to przetrzyma. Wezwanie przyszło z nielegalnie prowadzonej jadłodajni niemal tuż przy centrum masy. Przy ciążeniu jednej dziesiątej g grawitacja była raczej sugestią, co zmyliło jego ucho środkowe, podrażnione i bez tego zmianą krętu. Gdy to wszystko wspominał, wciąż jeszcze słyszał wrzawę podniesionych głosów, zbyt szybko i niezbyt wyraźnie wymawiających słowa. Zapach podrabianego sera. Nikła mgiełka dymu unoszącego się z tanich elektrycznych patelni. Wszystko zdarzyło się bardzo szybko. Opryszek wyskoczył z jamy, trzymając w dłoni pistolet; drugą ręką ciągnął za sobą trzymaną za włosy kobietę. Partner Millera, wieloletni weteran nazwiskiem Carson, ostrzegł go okrzykiem, a drab odwrócił się, trzymając broń w wyciągniętej dłoni jak kaskader w wideo. Podczas całego szkolenia instruktorzy mówili, że nikt nie wie, co zrobi, dopóki nie nadejdzie ta chwila. Zabicie innego człowieka to niełatwa rzecz. Niektórzy ludzie po prostu nie mogą tego zrobić. Pistolet gnojka zatoczył łuk, drań puścił kobietę i coś krzyknął. Okazało się, że przynajmniej dla Millera nie było to takie trudne. Potem oczywiście musiał przejść przez badania i porozmawiać z psychologiem. Płakał. Miał nocne koszmary, wszystko nim wstrząsnęło i cierpiał na te same dolegliwości, które gliniarze znoszą cierpliwie i w

milczeniu. Ale nawet wtedy wszystko wydawało mu się odległe, tak jakby się urżnął, patrzył z boku na siebie i widział, jak rzyga. Była to tylko fizyczna reakcja. Wiedział, że przejdzie. Ważne było to, iż poznał odpowiedź. Tak, w razie konieczności może zabić człowieka. Ale dopiero teraz, gdy kroczył korytarzami Stacji Eros, poznał towarzyszącą temu radość. Nawet zastrzelenie tego biednego skurwysyna w niedawnej ogniowej potyczce odczuł jako smutną konieczność związaną z pracą. Przyjemność zabijania przyszła dopiero po śmierci Julie i nie była to nawet przyjemność – ot, krótka przerwa w bólu. W dłoni trzymał opuszczony pistolet. Holden ruszył rampą w dół, Miller zaś poszedł za nim, pozwalając Ziemniakowi przejąć inicjatywę. Holden szedł szybciej od niego i poruszał się z niekwestionowaną siłą kogoś, kto w życiu doświadczył rozmaitych przeciążeń i grawitacji. Miller miał wrażenie, że trochę zdenerwował Holdena, i było mu z tego powodu przykro. Nie miał takiego zamiaru i naprawdę musiał się dostać na pokład okrętu Holdena, jeżeli chciał od krywać sekrety Julie. O ile oczywiście nie umrze od napromieniowania w ciągu sześciu najbliższych godzin. Wyglądało na to, że może to być ważniejsze. – No dobra – powiedział Holden, gdy dotarli do końca rampy. – Musimy wrócić, a pomiędzy nami i Naomi jest mnóstwo strażników, którzy naprawdę się wkurwią, jak zobaczą dwóch facetów idących w niewłaściwą stronę. – To istotnie problem – zgodził się Miller. – Masz jakieś pomysły? Miller zmarszczył brwi i wbił spojrzenie w podłogę. Wykładzina na Erosie była inna niż na Ceres. Tu wyłożono laminat ze złotymi listkami. – Tuby na pewno są unieruchomione – stwierdził. – Jeżeli się poruszają, to tylko w trybie blokady, gdzie każda z nich zatrzymuje się wyłącznie na poziomie kasyn. Więc to odpada. – To co? Znów korytarze konserwacyjne? – Jeżeli zdołamy znaleźć taki, który łączy poziomy – stwierdził Miller. – Może to być nieco kłopotliwe, ale chyba i tak lepsze od przebijania się ogniem przez tuziny dupków obleczonych w pancerze. Ile mamy czasu, zanim twoja przyjaciółka odleci? Holden spojrzał na ręczny terminal. Wskaźnik radiacji wciąż płonął

głęboką czerwienią. Miller ciekaw był, jak długo terminale się resetują. – Nieco ponad dwie godziny – odpowiedział Holden. – O to bym się nie martwił. – No to zobaczmy, co znajdziemy – powiedział detektyw. Korytarze w pobliżu schronów przeciwradiacyjnych – śmiertelnych pułapek i inkubatorów – były opustoszałe. W szerokich przejściach, budowanych specjalnie po to, żeby mogły się nimi poruszać starożytne machiny budowlane tworzące pierwotną sieć komunikacyjną Erosa, panowała niesamowita cisza, w której z odgłosem kroków Millera i Holdena mieszało się tylko łagodne pomrukiwanie recyklerów powietrza. Miller nie zauważył nawet, kiedy ustały powtarzane ogłoszenia o alarmie, ale ich brak był w jakiś sposób złowieszczy. Gdyby znajdowali się na Ceres, wiedziałby, dokąd iść, gdzie prowadzi każdy korytarz i przejście i jak spokojnie i niepostrzeżenie przemieszczać się między poziomami. Na Erosie mógł się oprzeć jedynie na wynikających z rozumowania i wiedzy domysłach. Ale nie było to w końcu takie złe. Mógł jednak też stwierdzić, że wszystko zajmuje im zbyt wiele czasu, a co gorsza – a o tym nie rozmawiali i woleli się nie wypowiadać – poruszali się wolniej niż normalnie. Nie stracili jeszcze przytomności, ale Miller wiedział, że ich ciała zaczynają odczuwać efekty radiacji. I wyglądało na to, że stan ten będzie się pogarszał. – No dobra – odezwał się Holden. – Gdzieś tu powinien być szyb konserwacyjny. – Możemy też spróbować systemu komunikacyjnego tub – stwierdził Miller. – Wagoniki przesuwają się w próżni, ale równolegle do nich powinny się ciągnąć tunele konserwacyjne. – Nie sądzisz, że mogli je pozamykać, tworząc wielki łańcuch obławy? – Prawdopodobnie tak. – Hej tam, wy dwaj! Co wy tu, kurwa, robicie? Miller obejrzał się przez ramię. Dwóch ludzi w kombinezonach przeciwzamieszkowych machało ku nim łapami w dość jednoznaczny sposób. Holden mruknął coś pod nosem, a Miller zmrużył oczy. Sęk w tym, że ci ludzie byli amatorami. W głowie Millera, patrzącego, jak dwaj „porządkowi” idą ku nim, zrodził się zaczątek pomysłu. Zabicie goryli i wykorzystanie ich wyposażenia nie na wiele by się jednak zdało.

O tym, że coś jest nie w porządku, nic nie świadczyłoby tak dobrze jak osmalone dziury i ślady krwi. Ale… – Miller! – mruknął Holden ostrzegawczo. – Taaak… – odparł Miller. – Wiem. – Pytałem, do kurwy nędzy, co wy dwaj tu robicie? – warknął jeden z „ochroniarzy” – Stacja jest zablokowana. Wszyscy mają zejść na poziom kasyn albo do schronów przeciwradiacyjnych. – Myśmy szukali… no… drogi na poziom kasyn – odparł Holden z uśmiechem, przybierając minę poczciwego safanduły. – Nie jesteśmy stąd i… Bliżej stojący strażnik zręcznie rąbnął Holdena w nogę kolbą swego karabinu. Ziemniak się zachwiał, a Miller strzelił do oprycha, trafiając go tuż pod płytę zakrywającą twarz. Potem odwrócił się do drugiego, który znieruchomiał z otwartą gębą. – Ty jesteś Mikey Ko, prawda? Twarz zagadniętego powlekła się śmiertelną bladością, ale kiwnął głową. Holden stęknął boleśnie i się wyprostował. – Detektyw Miller – przedstawił się Pasiarz. – Wsadziłem cię do pierdla na Ceres jakieś cztery lata temu. Chyba trochę narozrabiałeś w barze. Uderzyłeś jakąś dziewczynę kijem bilardowym? – Aaa… tak – odpowiedział Ko, uśmiechając się bojaźliwie. – Taaak… Pamiętam pana. Jak leci? – Raz lepiej, raz gorzej – odparł Miller. – Wiesz, jak jest. Daj Ziemniakowi swój karabin. Ko przeniósł wzrok z Millera na Holdena, oblizał wargi i ocenił szanse. Miller potrząsnął głową. – Mówię poważnie – ostrzegł opryszka. – Oddaj mu swój karabin. – A… pewnie. Tak. Nie ma problema. Oto jeden z tych, co zabili Julie – pomyślał Miller. Głupi. Pozbawiony wyobraźni. Urodził się ze zmysłem brutalnego wykorzystywania okazji zamiast duszy. Wyimaginowana Julie potrząsnęła głową ze smutkiem i niesmakiem; Miller nie umiałby powiedzieć, czy wyrażała w ten sposób swój stosunek do opryszka oddającego broń Holdenowi, czy do niego samego. Może do nich obu. – Mikey, co tu jest grane? – zapytał.

– Niby co? – odparł strażnik pytaniem na pytanie, udając głupka. Zwlekał i czekał na okazję. Postępował wedle starego podręcznika przesłuchań, jakby to wciąż mogło mu przynieść jakieś korzyści. Jakby wszystko nie uległo zmianom. Miller ze zdziwieniem odkrył, że coś ściska go w krtani. Nie miał pojęcia, skąd mu się to wzięło i po co. – Robota – rzucił. – Co to za robota. – Nie wiem… – Posłuchaj – powiedział Miller bardzo łagodnie. – Przed chwilą zabiłem twojego kompana. – Dziś już trzeciego – dodał Holden. – Byłem świadkiem. Miller czytał wszystko w oczach Ko: przebiegłość, zmianę frontu i strategii. Była to taktyka stara i tak przewidywalna jak spływanie wody w dół. – Hej – powiedział Ko. – To tylko praca. Mniej więcej rok temu powiedzieli nam, że możemy się nielicho obłowić. Nikt nie wie, o co naprawdę chodzi. Ale przed kilkoma miesiącami zaczęli wybierać ludzi i trenować nas, jakbyśmy byli glinami. Wiecie… – Kto was szkolił? – zapytał Miller. – No, ci ostatni. Ci, co mieli kontrakty przed nami – powiedział Ko. – Protogen? – Taaak… coś w tym guście – odparł Ko. – Potem się wycofali, a myśmy przejęli robotę. Same mięśnie, wiecie. I trochę przemytu. – A co szmuglowaliście? – Wszelkiego rodzaju gówno – powiedział Ko. Poczuł się bezpieczniej, co wyrażało się też w tonie jego odpowiedzi. – Wszelkiego rodzaju sprzęt do śledzenia i szpiegowania, systemy komunikacyjne i kurewsko wielkie serwery z własnym wbudowanym już żelem software owym. Przyrządy laboratoryjne do badań naukowych. Czujniki do sprawdzania wody, powietrza i innego gówna. I te starożytne, zdalnie sterowane roboty do prowadzenia prac kopalnianych w próżni. No… najróżniejsze kurewstwo. – I gdzie to szło? – zapytał Holden. – Tutaj – powiedział Ko, szerokim gestem obejmując stację, kamienie i powietrze. – Wszystko jest tutaj. Montowali to miesiącami. A potem przez parę tygodni nic się nie działo. – Jak to nic? – zapytał Miller.

– Nic a nic. Wszystko zamontowano, a myśmy siedzieli z palcami na klawiszach startu. Coś poszło nie tak. Wirus Febe nie zabrał się do dzieła, ale tymczasem zjawiła się Julie – pomyślał Miller – i zasady gry się zmieniły. Zobaczył ją ponownie tak wyraźnie, jakby był w jej apartamencie. Długie, posplatane wici tego świństwa, czymkolwiek było, kościste wyrostki przebijające jej skórę i te włókna czerni wylewające się z jej oczu. – Zarobek był niezły – stwierdził filozoficznie Ko. – I miło było trochę się rozerwać. Miller kiwnął głową, podszedł jeszcze bliżej, wcisnął wylot lufy w szczelinę zbroi na brzuchu Ko i strzelił. – Co jest, kurrrrwa? – zapytał Holden, gdy Miller wkładał pistolet do kieszeni kurtki. – A jak myślisz, do czego to wszystko zmierzało? – zapytał Miller, kucając obok cyngla. – On by nas przecież nie puścił wolno. – Taa… w porządku – odparł Holden. – Ale… – Pomóż mi go podnieść – powiedział detektyw, podsuwając ramię pod bark Ko. Opryszek wrzasnął z bólu, gdy Miller dźwigał go wyżej. – Co? – Weź go z drugiej strony – powiedział Miller. – Potrzebna mu pomoc medyczna, prawda? – Mmm… tak – przyznał Holden. – No to bierz go z drugiej strony. Do schronów przeciwradiacyjnych nie było tak daleko, jak Miller oceniał, co miało swoje dobre i złe strony. Oprych wciąż był żywy i pojękiwał. Były szanse, że się ocknie, na czym Millerowi wcale nie zależało. Ale gdy podeszli do najbliższej grupy strażników, bełkot Ko był na tyle niezrozumiały, że zrobił swoje. – Hej! – zawołał Miller. – Niech nam ktoś pomoże! Stojący na szczycie rampy czterej strażnicy spojrzeli na siebie, a potem ruszyli ku przybyszom. Ciekawość wzięła górę nad podstawowymi zasadami operacyjnymi. Holden ciężko dyszał. Miller też, choć Ko nie był przesadnie ciężki. Zły znak. – Co to, kurwa, ma znaczyć? – zapytał jeden ze strażników. – Tam wyżej za nami jest kupa ludzi – powiedział Miller. – Stawiają opór.

Myślałem, że oczyściliście ten poziom. – To nie nasza sprawa – odpowiedział strażnik. – My mamy zadbać o to, żeby grupy z kasyn trafiły do schronów. – No to ktoś spieprzył sprawę – uciął Miller. – Macie jakiś transport? Strażnicy znów popatrzyli jeden na drugiego. – Możemy zadzwonić – odezwał się jakiś facet z tyłu. – Nieważne – warknął Miller. – Idźcie tam i znajdźcie mi tych, co strzelają. – Chwila moment… – odezwał się pierwszy ze strażników. – A kim wy, u diabła, jesteście? – Instalatorzy z Protogenu – odpowiedział Holden. – Podmieniamy uszkodzone czujniki. Ten facet miał nam pomagać. – Nic o tym nie słyszałem – stwierdził przywódca „ochroniarzy” Miller wetknął palec pod zbroję Ko i nacisnął. Bandzior kwiknął i rzucił się jak ryba w saku. – W swoim czasie pogadamy o tym z waszym szefem – warknął detektyw. – No dalej! Musimy dostarczyć tego dupka do medyków. – Zaczekajcie! – powiedział pierwszy strażnik i Miller westchnął w duchu. Czterech. Jeżeli zdołałby rzucić Ko i skoczyć za jakąś osłonę… co prawda wokół nie było za wiele miejsc nadających się na osłonę. I cholera wie co zrobi Holden. – Gdzie znajdziemy tych, co strzelali? – zapytał strażnik i Miller z trudem ukrył uśmiech ulgi. – Jest taka jama ćwierć kilometra przeciwobrotowo – wyjaśnił. – Leży tam już jeden trup. Niemożliwe, żebyście nie znaleźli. Odwrócił się ku rampie. Strażnicy za nim wszczęli spór dotyczący tego, kto ma wezwać pomoc, a kto ma iść na nieznanych strzelców. – Jesteś kompletnie szurnięty – powiedział Holden, nie przejmując się jękami Ko. Może miał rację. • º • W jakim momencie – myślał Miller –przestaje się być człowiekiem? Musi być chwila, w której podejmujesz jakąś decyzję i przedtem jesteś jedną osobą, a potem kimś zupełnie innym. Miller zastanawiał się nad tym, idąc

w dół przez kolejne poziomy Erosa i wlokąc broczącego krwią bandziora pomiędzy sobą a Holdenem. Prawdopodobnie umierał już z powodu uszkodzeń organów wewnętrznych spowodowanych radiacją. Minął kilku ludzi, którzy przepuścili go tylko dlatego, że przyzwyczaili się już, że inni czują przed nimi strach, on zaś wcale się nie bał. W ciągu ostatnich dwóch godzin zabił trzech ludzi. Jeżeli liczyć Ko, to czterech. Bezpieczniej więc będzie mówić o czterech. Analityczna część jego umysłu w postaci cichego głosu, który jednak hołubił od wielu lat, obserwowała jego posunięcia i odtwarzała każdą decyzję. Wszystko, co czynił, wydawało się w danym momencie idealnie na miejscu. Postrzelenie Ko. Wcześniejsze zabicie tych trzech drabów. Porzucenie bezpiecznej kryjówki, by zbadać możliwości ewakuacji. Biorąc pod uwagę tylko uczucia, było to przez cały czas logiczne, niebezpieczne wydawało się tylko wtedy, gdy patrzył na to z boku. Gdyby zobaczył to u kogoś innego – u Muss, Sematimby czy Havelocka – po minucie już byłby wiedział, że posuwają się za daleko i tracą kontrolę nad sytuacją. Ponieważ chodziło o niego samego, zrozumienie tego trwało dłużej. Ale Holden miał rację. Gdzieś po drodze zgubił samego siebie. Chciałby myśleć, iż spowodowały to poszukiwania Julie, znalezienie jej ciała i wiedza, że nie zdołał jej pomóc, ale prawda była taka, iż podchodził do tego sentymentalnie. Istotą przemiany były jego decyzje podjęte wcześniej – porzucenie Ceres i wyruszenie na bezsensowne poszukiwania Julie, rezygnacja z kariery na rzecz picia i pozostanie gliną przez każdy dzień, jaki upłynął od jego pierwszego zabójstwa przed wieloma laty – patrząc obiektywnie, wszystko wydawało się pozbawione sensu. Stracił małżeństwo z kobietą, którą kochał. Codziennie zanurzał się po uszy w najgorszym gównie, jakie kiedykolwiek wytworzyła ludzkość. Z pierwszej ręki dowiedział się o sobie, że może zabić inną istotę ludzką. I patrząc w przeszłość, nie umiałby znaleźć momentu, o którym mógłby rzec, że przedtem był człowiekiem normalnym i zdrowym psychicznie, a potem już nie. Może był to proces stopniowy, jak rozwijające się niszczenie organizmu wywołane paleniem papierosów. Jeden nie szkodzi. Pięć też nie za bardzo. Każda ludzka reakcja, jaką musiał w sobie tłumić, każdy moment miłości czy współczucia, od których musiał się odwrócić, odbierały mu cząstkę

pierwotnej osobowości. Aż doszło do dnia dzisiejszego, w którym potrafił zabić trzech ludzi, nie czując się w najmniejszym stopniu winnym. Wyimaginowana i słuchająca jego myśli Julie Mao przechyliła głowę. Przytuliła go do siebie, ale było w tym znacznie więcej współczucia i pocieszenia niż erotyzmu. Zrozumienie. Przebaczenie. Dlatego właśnie jej szukał. Julie stała się tą częścią jego osobowości, która była zdolna do okazywania ludzkich uczuć. Symbolem tego, kim mógłby się stać, gdyby nie był tym, kim jest. Nie było powodu, dla którego miałby myśleć, że wyimaginowana Julie ma coś wspólnego z żyjącą do niedawna prawdziwą kobietą. Gdyby ją spotkał, oboje byliby sobą rozczarowani. Musiał w to uwierzyć, tak samo jak musiał uwierzyć we wszystko, co wcześniej nie pozwalało mu kochać. Holden zatrzymał się nagle, co sprawiło, że przyciągnął do siebie ciało – teraz już trupa – Ko. – Co jest? – zapytał Miller. Holden skinął głową, wskazując na widoczny przed nimi panel dostępu. Miller dopiero po chwili pojął, na co patrzy. Udało się. Wrócili do kryjówki. – Dobrze się czujesz? – zapytał Holden. – Taaak… – odpowiedział Miller. – Po prostu się zamyśliłem. Przepraszam. Puścił ciało Ko i trup z głośnym, głuchym łupnięciem opadł na podłogę. Miller poczuł, że zdrętwiało mu ramię. Potrząsnął nim energicznie, ale uczucie mrowienia nie ustąpiło. Poczuł zawrót głowy i ogarnęła go fala mdłości. Symptomy – pomyślał. – Jak stoimy z czasem? – zapytał Holdena. – Trochę się spóźniliśmy. O pięć minut. Ale nic się nie stało – powiedział Holden i odsunął drzwi na bok. Pomieszczenie, gdzie ukryli się Naomi, Aleks i Amos, było puste. – O kurwa – stwierdził Holden.

O R29 HOLDEN kurwa – powiedział Holden. Po chwili dodał: – Zostawili nas. Nie. To ona jego zostawiła. Naomi powiedziała, że to zrobi, ale skonfrontowany z rzeczywistością Holden odkrył, iż jej nie uwierzył. Ale oto miał dowód. Pusta przestrzeń tam, gdzie powinna być ona. Serce zaczęło mu bić szybciej i poczuł skurcz w krtani. Obrzydliwe mdłości w brzuchu mogły być skutkiem rozpaczy… albo tego, że wskutek radiacji pękała mu okrężnica. Miał oto umrzeć, siedząc przed tanim hotelikiem na Erosie, bo Naomi zrobiła to, co zapowiadała, że zrobi. I to, co sam kazał jej zrobić. Uraza, którą poczuł, nie miała nic wspólnego z głosem rozsądku. – Jesteśmy trupami – stwierdził, przysiadając na betonowej krawędzi kwietnika z paprociami. – Ile nam zostało? – zapytał Miller, patrząc w głąb korytarza i muskając palcami pistolet. – Nie mam pojęcia – odpowiedział Holden, wskazując migający symbol na swoim terminalu. – Myślę, że upłynie jeszcze kilka godzin, zanim naprawdę zaczniemy cierpieć, ale… nie wiem. Boże! Chciałbym, żeby Shed był tu z nami. – Jaki Shed? – Mój przyjaciel – odparł Holden niemający ochoty na bliższe wyjaśnienia. – Był dobrym ratownikiem medycznym. – Zadzwoń do niej – powiedział Miller. Holden spojrzał na swój terminal i kilka razy stuknął weń opuszkami palców. – Sieć nadal jest martwa – stwierdził. – No dobrze – powiedział Miller. – Chodźmy do waszego okrętu. Zobaczmy, czy wciąż jeszcze jest w porcie. – Na pewno odlecieli. Naomi dba o członków załogi. Ostrzegała mnie, ale… – Ale tak czy siak, chodźmy – stwierdził Miller, przesypując z nogi na

nogę. Patrzył teraz w głąb korytarza. – Miller… – zaczął Holden i urwał. Miller dotarł do krawędzi wytrzymałości nerwowej; zastrzelił czterech ludzi. Holden coraz bardziej bał się byłego gliniarza. Jakby czytając w jego myślach, detektyw podszedł bliżej. Dwumetrowy mężczyzna górował nad siedzącym Holdenem niczym wieża. Uśmiechnął się smutno, mierząc Ziemniaka irytująco łagodnym spojrzeniem. Holden niemal wolałby, żeby Miller zaczął mu grozić. – Tak jak ja to widzę, można to rozegrać na trzy sposoby – zaczął były gliniarz. – Pierwszy, możemy znaleźć wasz okręt w porcie, dostać pomoc medyczną i ewentualnie przeżyć. Drugi, możemy spróbować dotrzeć do waszego okrętu, natknąć się po drodze na bandę tych mafijnych opryszków i polec w bohaterskiej wymianie ognia. Trzeci, możemy tu pozostać, siedzieć i czekać na śmierć, krwawiąc z oczu i dup. Holden nie zareagował ani jednym słowem; siedział tylko i marszczył brwi. – Dwa pierwsze znacznie bardziej mi odpowiadają niż trzeci – powiedział Miller tonem przeprosin. – Może chciałbyś pójść ze mną? Holden parsknął śmiechem, zanim zdążył się powstrzymać, ale Millera jakby to nie uraziło. – A pewnie – odpowiedział Ziemniak. – Musiałem się tylko trochę nad sobą poużalać. Chodźmy i dajmy się zabić mafiosom. Powiedział to z większym animuszem, niż odczuwał. Prawda była taka, że nie chciał umierać. Nawet podczas służby we flocie perspektywa śmierci przy wykonywaniu obowiązków służbowych wydawała mu się odległa i nierealna. Wiedział, że JEGO okręt nigdy nie zostanie zniszczony, a nawet w takim wypadku jemu samemu uda się wynieść głowę na pokładzie promu ratunkowego. Myśl o tym, że Wszechświat mógłby istnieć bez niego, była po prostu absurdalna. Ryzykował życie, a ludzie wokół umierali. Nawet ci, których kochał. Teraz po raz pierwszy jego własna śmierć nagle zaczęła nabierać cech realności. Spojrzał na gliniarza. Znał tego człowieka krócej niż jeden dzień, nie ufał mu i nie był pewien, czy go lubi. I miał oto umrzeć u boku takiego człowieka. Wzdrygnął się i wstał, wyciągając pistolet zza pasa. Pod powłoką strachu i paniki ogarnęło go poczucie głębokiego spokoju. Miał nadzieję, że nie ustąpi.

– Ty pierwszy – powiedział do Millera. – Jak się z tego wyłabudamy, przypomnij mi, żebym zadzwonił do moich matek. • º • Kasyna były beczką prochu czekającą tylko, żeby ktoś cisnął w nią zapałkę. Jeżeli przebieg ewakuacji był choćby umiarkowanie udany, na trzech poziomach stacji tłoczyło się teraz około miliona ludzi. Przez tłum przeciskali się twardziele w kombinezonach przeciwzamieszkowych, którzy mówiąc wszystkim, że mają tu pozostać, dopóki nie zostaną zaprowadzeni do schronów, utrzymywali ludzi w poczuciu strachu i niepewności. Co chwila odprowadzano niewielki grupkę mieszkańców. Holden czuł mdłości, bo wiedział, dokąd nieszczęśników prowadzono. Chciał krzykiem ostrzec wszystkich, chciał ujawnić tożsamość fałszywych gliniarzy i chciał oznajmić, że eskortują ludzi w objęcia śmierci. Ale wybuch buntu i zamieszek w tak niewielkiej przestrzeni zamieniłby ją w maszynkę do mielenia mięsa. Może było to zresztą nieuniknione, nie chciał jednak być tym, który to zapoczątkuje. Ale zrobił to ktoś inny. Holden usłyszał gniewne, podniesione głosy i pomruk tłumu, którym ten zareagował na elektronicznie wzmocnione ryki jakiegoś „stróża porządku” w hełmie, każącego ludziom się cofnąć. Potem padł strzał i po chwili ciszy Holden usłyszał całą serię. Ludzie odpowiedzieli jękami i wrzaskiem. Tłum wokół Holdena i Millera rzucił się w dwu przeciwnych kierunkach; jedni w stronę, skąd dobiegały odgłosy konfliktu, inni, równie liczni, pognali wstecz. Holden stracił równowagę, ale Miller chwycił go za koszulę i wrzasnął, żeby trzymał się blisko niego. W odległości kilkunastu metrów w głąb korytarza w kawiarnianym ogródku oddzielonym żelaznym płotkiem sięgającym do wysokości bioder jeden z mafijnych opryszków został odcięty od kompanów przez kilku obywateli. Wyciągnąwszy pistolet, krzykiem wezwał, żeby się cofnęli. Oni jednak ogarnięci wściekłością i pijani gniewem tłumu napierali. Opryszek strzelił i ktoś niewysoki chybnął się w tył, a potem runął na ziemię. Holden nie umiałby orzec, czy był to chłopiec, czy dziewczynka, ofiara z pewnością jednak nie miała więcej niż trzynaście, może czternaście lat. Opryszek ruszył naprzód, spojrzał na leżące u jego stóp skulone ciało

i ponownie podniósł lufę broni. Tego już było za wiele. Holden odkrył nagle, że biegnie korytarzem na opryszka z wydobytym pistoletem i krzykiem wzywając ludzi, żeby usunęli się z drogi. Gdy dotarł do celu na odległość może siedmiu metrów, tłum rozstąpił się na tyle, że Ziemniak mógł otworzyć ogień. Połowa strzałów chybiła, rozbijając ladę kawiarenki i godząc w ściany, a jeden wyrzucił w powietrze stos ceramicznych talerzy. Kilka jednak trafiło draba i cisnęło nim w tył. Holden przeskoczył płotek i zatrzymał się ślizgiem może w odległości trzech metrów od pseudogliniarza i jego ofiary. Wystrzelił po raz ostatni i zamek zatrzymał się w tylnym położeniu, co oznaczało, że magazynek i komora nabojowa są puste. Bandzior jednak nie upadł. Wyprostował się, popatrzył na swój tors, a potem spojrzał na Holdena i wymierzył weń lufę pistoletu. Ziemniak miał jeszcze czas na policzenie zagłębień na ciężkim napierśniku zbroi przeciwzamieszkowej – trafił zbira trzy razy. Umrę bohatersko w zamieci wrogich kul – pomyślał. Gangster zdążył jeszcze warknąć: – Głupi kuta… – I jego głowa odleciała w tył, czemu towarzyszyły rozbryzgi krwi. Po czym ciężko zwalił się na podłogę. – Pamiętaj, tuż pod brodę – upomniał Holdena stojący za nim Miller. – Napierśniki są zbyt masywne, żeby przebiła je kula z pistoletu. Czując nagły atak mdłości, Holden pochylił się i przez chwilę z trudem łapał oddech. W głębi gardła czuł kwaśny posmak i musiał dwa razy przełknąć, żeby powstrzymać torsje. Obawiał się, że rzygnie krwią zmieszaną z żółcią. Nie chciał tego zobaczyć. – Dzięki – wycharczał, odwracając twarz ku Millerowi. Miller kiwnął tylko, niedbale wskazując poprzedni kierunek marszu, i podszedłszy do trupa łżegliny, trącił go nogą. Holden wyprostował się i spojrzał w głąb korytarza, czekając na nieuchronną falę mściwych mafijnych cyngli, którzy zwalą się na nich ze wszystkich stron. Wespół z Millerem stali na maleńkiej wysepce spokoju otoczeni oceanem armagedonu. Wszędzie wokół macki gwałtu i chaosu przybierały na sile. Ludzie rozbiegali się na wszystkie strony, fałszywi ochroniarze ryczeli na nich przez gigantofony i podkreślali groźby sporadycznymi wystrzałami. Byli jednak

w mniejszości – setki gliniarzy przeciwko dziesiątkom tysięcy rozjuszonych, ogarniętych paniką cywilów. Miller skinieniem dłoni wskazał wszystko Holdenowi. – Zawsze tak jest – powiedział. – Daj wyposażenie bandzie kretynów i od razu pomyślą, że są panami sytuacji. Holden przykucnął obok leżącego dziecka. Był to chłopak, może trzynastoletni. Miał ciemne włosy i azjatyckie rysy twarzy. Ze sporej dziury w jego piersi sączyła się jeszcze krew. Holden nie mógł wymacać jego pulsu. Podniósł chłopca i rozejrzał się za jakimś miejscem, do którego mógłby go zanieść. – On nie żyje – stwierdził Miller, zmieniając pusty już magazynek. – Idź do diabła. Tego nie wiemy. Jeżeli zdołamy go zanieść na nasz okręt, może… Miller potrząsnął głową. Patrzył na trzymającego dziecko w ramionach Holdena z osobliwie smutnym, choć jakby nieobecnym wyrazem twarzy. – Dostał wprost w mostek nabojem wielkiego kalibru – powiedział. – Już odszedł. • º • – Niech mnie chuj strzeli – warknął Holden. – Ciągle to powtarzasz. Nad korytarzem wiodącym ku wyjściu z poziomu kasyn i rampie lśnił jasny neon. DZIĘKI ZA UDZIAŁ W GRZE. Pod nim jarzył się drugi: NA EROSIE ZAWSZE WYGRYWACIE. A korytarz blokował podwójny szereg ludzi w ciężkich bojowych pancerzach. Organizatorzy wszystkiego mogli sobie odpuścić kontrolę tłumu na poziomie kasyn, ale nie zamierzali nikogo wypuścić. Holden i Miller przykucnęli za przewróconym wózkiem kawowym w odległości stu metrów od żołnierzy. Widzieli, jak kilkunastu ludzi próbowało podbiec do strażników; wszyscy zostali ścięci krzyżowym ogniem i padali na ziemię obok ludzi usiłujących zrobić to samo wcześniej. – Naliczyłem trzydziestu czterech skurwielów – powiedział Miller. – Ilu możesz załatwić? Holden odwrócił się, żeby spojrzeć mu w twarz, ale natychmiast się zorientował, że były gliniarz sobie pokpiwa.

– Żarty na bok, jak mamy przez nich przejść? – zapytał. – Trzydziestu ludzi z karabinami maszynowymi i otwarte pole ostrzału. Żadnej osłony przez mniej więcej ostatnie dwadzieścia metrów – stwierdził Miller. – Nie ma mowy, żebyśmy się przebili.

S R30 MILLER iedzieli na podłodze, oparłszy plecy o szereg bezczynnych teraz automatów do gry, i patrzyli na przepływający obok i miotający się bezładnie tłum, jakby to była gra w piłkarzyki. Miller położył kapelutek na zgiętym kolanie. Czuł drżenie oparcia, gdy głośniki niezmordowanie powtarzały swój komunikat. Neony pulsowały światłami. Siedzący obok Holden oddychał ciężko, jakby przed chwilą skończył wyścig. Chaos wokół nich przypominał obrazy Hieronima Boscha – kasyna Erosa szykowały się na śmierć. Impet i wojowniczość tłumu już się wyczerpały. Mężczyźni i kobiety stali zebrani w niewielkich grupkach. Pomiędzy nimi kroczyli groźni strażnicy, rozpędzając zbyt liczne albo niesubordynowane skupiska ludzi. Coś płonęło zbyt intensywnie, żeby odświeżacze powietrza mogły rozpędzić zapach topiącego się plastyku. Dźwięki muzyki bhangra mieszały się z płaczem, krzykami i jękami rozpaczy. Jakiś idiota odgrażał się „ochroniarzom”, twierdząc, że jest prawnikiem, ma wszystko na wideo i ktokolwiek jest za to odpowiedzialny, gorzko pożałuje. Miller patrzył, jak wokół krzykacza zbiera się grupka ludzi. Facet w kombinezonie przeciwzamieszkowym słuchał przez chwilę pogróżek, potem kiwnął głową i strzelił prawnikowi w kolano. Tłumek natychmiast się rozproszył; na miejscu została tylko jakaś kobieta – żona albo przyjaciółka – która z okrzykiem zgrozy pochyliła się nad leżącym. Miller patrzył i wszystko, na czym opierał swój światopogląd, powoli waliło się w gruzy. Zdawał sobie sprawę, że pada ofiarą rozdwojenia jaźni. Jedną nich była znana mu osobowość Millera. Ten Miller myślał o tym, co trzeba będzie zrobić, gdy się stąd wydostanie, jaki będzie jego następny krok w pracy nad sprawą i jak połączyć w jeden obraz kropki będące Stacją Febe, Ceres, Erosem i Juliette Mao. Ten Miller obserwował tłum tak, jakby patrzył na scenę zbrodni i czekał, aż jakiś element zwróci na siebie jego uwagę i skieruje na właściwy trop, który zaprowadzi go do rozwiązania zagadki.

Była to krótkowzroczna, idiotyczna część jego umysłu, niemogąca się pogodzić z perspektywą własnej śmierci i oczekująca, że z pewnością coś się wydarzy POTEM. Drugi Miller był inny. Spokojniejszy. Może smutny, ale pogodzony ze sobą i światem. Wiele lat temu czytał poemat „Ja–Śmierć” i aż do tej chwili nie rozumiał jego znaczenia. Oto rozwiązywał się jakiś węzeł jego osobowości. Uwalniała się cała energia, jaką włożył w rozmaite sprawy – Ceres, jego małżeństwo, karierę i w siebie samego. W ciągu minionego dnia zastrzelił więcej ludzi niż podczas całej swojej służby w policji. Zaczął rozumieć – dopiero teraz! – że pokochał obiekt swoich poszukiwań wtedy, gdy nieodwołalnie go stracił. Z niezachwianą pewnością stwierdził, że poświęcił życie daremnemu poskramianiu chaosu, który był potężniejszy, niż on kiedykolwiek będzie. Żaden kompromis, jaki mógłby zawrzeć, nie będzie dostateczny. Istota Ja–Śmierć rosła w nim i rozkwitała bez oporu. Była to ulga, odpoczynek i powolne uwolnienie po całych dziesięcioleciach trzymania jej na uwięzi. Był w rozsypce, ale nie budziło to w nim protestu, bo umierał. – Hej! – powiedział Holden głośniej, niż Miller mógłby się spodziewać. – Taaak? – Jak byłeś mały, oglądałeś „Misko & Marisko”? Miller zmarszczył brwi. – Ten serial dla dzieci? – zapytał. – Ten z pięcioma dinozaurami i jednym draniem w wielkim różowym kapeluszu – powiedział Holden i zanucił krótką, skoczną melodyjkę. Miller zamknął oczy, a po chwili zaczął śpiewać razem z Ziemniakiem. Kiedyś pamiętał słowa piosenki. Teraz była to tylko seria następujących po sobie wyższych i niższych tonów składających się na coś większego z każdym dysonansem zdeterminowanym przez następny dźwięk. – Myślę, że chyba to widziałem – stwierdził Miller, gdy skończyli. – Kochałem ten program. Kiedy ostatni raz go oglądałem, miałem chyba z osiem albo dziewięć lat – powiedział Holden. – Zabawne, jak niektóre rzeczy się nas trzymają. – Taaak… – powiedział Miller. Kaszlnął, odwrócił głowę i splunął czymś czerwonym. – Jak się trzymasz? – Myślę, że w porządku – odparł Holden. W chwilę później dodał: –

Dopóki nie próbuję wstać. – Masz mdłości? – W pewnym stopniu. – Ja też. – Co to jest? – zapytał Holden. – Mam na myśli wszystko, co się tu, do cholery, dzieje. Po co oni to robią? Było to dobre pytanie. Rzeź Erosa czy wykończenie każdej stacji w Pasie było stosunkowo łatwą robotą. Każdy, kto poznał choćby podstawowe zasady mechaniki orbitalnej, mógłby znaleźć skalną bryłę dostatecznie dużą i szybką, żeby rozwalić każdą stację. Przy nakładzie sił i środków, jakie włożył w to Protogen, mogli zniszczyć system zasilania powietrznego albo wpuścić do niego każdy diabelski drag, jaki tylko by zechcieli. To nie było morderstwo. To nie był nawet genocyd. A poza tym to całe wyposażenie służące do obserwacji. Kamery, zestawy do nawiązywania łączności, czujniki do badania wody i powietrza. Istniały tylko dwa powody do zamontowania tego całego gówna. Albo jakiś stuknięty skurwysyn z Protogenu lubował się w patrzeniu, jak ludzie umierają, albo… – Nie wiedzą – powiedział Miller. – Czego? Spojrzał na Holdena. Sterowanie przejął teraz pierwszy Miller, detektyw oportunista, ten, który musiał wiedzieć. Ja–Śmierć nie walczyła, bo oczywiście nie walczył. Nie walczył z niczym. Miller podniósł ręce, jakby pouczał nowicjusza. – Nie wiedzą, o co chodzi, albo… wiesz, przynajmniej nie wiedzą, do czego to wszystko zmierza. To nie zostało zbudowane nawet jako sala tortur. Obserwują wszystko, prawda? Czujniki powietrza i wody. To szalka Petriego. Nie wiedzą, co z ludźmi robi to gówno, które zabiło Julie, i w taki właśnie sposób chcą się dowiedzieć. Holden zmarszczył brwi. – A nie mają laboratoriów? Miejsc, gdzie mogą wypróbować to świństwo na zwierzętach czy w jakiś inny sposób? W miarę rozwoju planu tego eksperymentu wszystko się trochę pieprzy. – Może potrzebują naprawdę dużej próbki – podsunął Miller. – A może nie chodzi o ludzi. Może chodzi o to, co się stanie ze stacją?

– Pocieszająca myśl – stwierdził Holden. Wyimaginowana Julie Mao odsunęła kędzior włosów, który osunął jej się na oczy. Zmarszczyła brwi z zaaferowaną i zatroskaną miną. Wszystko jakoś musiało mieć sens. Było to podobne do jednego z tych podstawowych problemów mechaniki orbitalnej, w którym każdy węzeł i kierunek pozornie prowadził gdzie indziej, dopóki wszystko nagle nie trafiało na swoje miejsce, a to, co było niezrozumiałe, nagle stawało się nieuniknione. Julie uśmiechnęła się do niego. Julie taka, jaką była. Jaką sobie wyobrażał, bo taka powinna być. Miller, który poddał się śmierci, odpowiedział jej uśmiechem. Wizerunek dziewczyny rozpłynął się w nicość, a detektyw wrócił myślami do „jednorękich bandytów” i niegłośnego potępieńczego jęku tłumu. Kolejna grupa – dwudziestu mężczyzn pochylonych nisko jak futbolowi wspomagający – runęła na najemników obsadzających wyjście do portu i została skoszona ogniem. – Gdybyśmy zebrali dostatecznie wielu ludzi – powiedział Holden, gdy ucichł łoskot serii – moglibyśmy się przebić. Nie daliby rady wszystkich zabić. – Po to właśnie są te ruchome patrole – odpowiedział Miller. – Rozbijają tłum na nieliczne grupki, tak żeby nikt nie zdołał zorganizować silnego uderzenia. Podgrzewają garnek. – Ale gdyby zebrał się tłum… mam na myśli naprawdę duży tłum, mógłby… – Może – zgodził się Miller. W piersi coś mu kliknęło, choć jeszcze przed minutą niczego nie czuł. Odetchnął głęboko i klik się powtórzył. Czuł go niemal na samym dnie lewego płuca. – Przynajmniej Naomi się wydostała – stwierdził Holden. – To dobrze. – Ona jest niesamowita. Nigdy nie naraziłaby Amosa i Aleksa na niebezpieczeństwo, gdyby mogła temu zapobiec. Mam na myśli to, że poważnie podchodzi do obowiązków. Jest zawodowcem. Ma silny charakter. Chcę powiedzieć, że jest naprawdę, naprawdę… – Ładna też jest – stwierdził Miller. – Ma wspaniałe włosy. Piękne oczy. – Nie, nie to miałem na myśli – żachnął się Holden. – A co? Nie uważasz, że jest urodziwą kobietą?

– Jest moim zastępcą – powiedział Holden. – Jest… no wiesz.. – Nie wchodzi w rachubę. Holden westchnął. – Wydostała się, prawda? – Niemal na pewno. Umilkli. Jeden z atakujących kordon rozkaszlał się, wyprostował i pokusztykał z powrotem w głąb kasyna, ciągnąc za sobą strumyczek krwi sączącej się z dziury w żebrach. Muzyka bhangra ustąpiła jakiemuś miksowi afropopu; niski, zmysłowy głos śpiewał coś w nieznanym Millerowi języku. – Zaczeka na nas – powiedział Holden. – Nie sądzisz, że na nas zaczeka? – Jestem prawie pewien – powiedział Śmierć–Miller, niespecjalnie się przejmując tym, że mogło to być kłamstwo. Przez chwilę o tym myślał, a potem odwrócił się, żeby ponownie spojrzeć Holdenowi w twarz. – Hej… Ot tak sobie to wiesz? Bo ja nie jestem w najlepszej formie. – OK. – W porządku. Pomarańczowe światła blokady nad stacją tub po przeciwnej stronie poziomu zamieniły się w zielone. Miller zaciekawiony pochylił się ku przodowi. Miał lepkie plecy, ale prawdopodobnie przyczyną był pot. Inni ludzie też spostrzegli zmianę. Jak strumień wody w zbiorniku, najbliższe grupki ludzi przeniosły swoją uwagę z „gliniarzy” blokujących wyjście do portu na stalowe drzwi stacji tub. Drzwi się rozsunęły i wyszli z nich pierwsi zombie. Mężczyźni i kobiety o szklistym wzroku i sflaczałych muskułach, potykając się, wychodzili z otwartych drzwi. Podczas szkolenia na Ceres Miller widział filmy dokumentalne na temat posocznicy. Ruchy tamtych ludzi były takie same: apatyczne, niezborne i bezcelowe. Ci ludzie byli jak wściekłe psy, których mózgi wyżarła już choroba. – Hej – powiedział Miller, kładąc dłoń na ramieniu Holdena. – Popatrz, to się dzieje naprawdę. Jakiś starszy mężczyzna w kombinezonie ratowników pogotowia podszedł do człapiących bezładnie przybyszów z wysuniętymi przed siebie rękami, jakby chciał zatrzymać martwiaków siłą woli. Pierwszy zombie spojrzał na niego pustym wzrokiem i rzygnął weń strumieniem bardzo znajomej brązowej mazi.

– Patrz – warknął Holden. – Widziałem. – Nie, popatrz! Na całym poziomie kasy zapalały się na zielono światła nad stacjami tub, co oznaczało zdjęcie blokad. Otwierały się drzwi. Ludzie w pierwszym odruchu rzucali się ku tubom dającym złudną możliwość ucieczki, a potem cofali precz od martwych, wychodzących z nich kobiet i mężczyzn. – Rzygający zombie – sapnął Miller. – Wyszli ze schronów przeciwradiacyjnych – stwierdził Holden. – Ta rzecz… ten organizm. Rozwija się szybciej pod wpływem promieniowania, prawda? Dlatego tej… jak jej tam… tak dziwnie zależało na świetle i kombinezonie próżniowym. – Miała na imię Julie. I… tak. Do tego służyły te inkubatory. Właśnie tak – powiedział Miller i westchnął. Przyszło mu na myśl, że mógłby wstać. – No cóż, może i nie umrzemy od radiacji. – Ale dlaczego nie wpompowali tego gówna wprost do przewodów wentylacji? – zapytał Holden. – Bo to organizmy anaerobiczne – stwierdził Miller. – Zbyt wielka ilość tlenu je zabija. Obrzygany ratownik medyczny wciąż próbował traktować człapiących zombie, jakby byli pacjentami. Jakby wciąż jeszcze pozostawali ludźmi. Na ubraniach ludzi i na ścianach widać było rozbryzgi brązowej mazi. Drzwi tuby ponownie się otworzyły i Miller zobaczył kilku ludzi, którzy choć pokryci mazią, wcisnęli się do środka. Tłum szumiał: ludzie nie bardzo wiedzieli, co robić, ale instynkt gromadny mówił im, że skończył się już czas bierności. Jakiś „gliniarz” w kombinezonie wyskoczył przed szyk i zaczął zasypywać zombie seriami pocisków. Z wejściowych i wylotowych otworów ran zaczęły się wylewać czarne nici, ale zombie padali „martwi”. Miller zachichotał, zanim uświadomił sobie, co go rozbawiło. Holden posłał mu pytające spojrzenie. – Oni nie wiedzą – wyjaśnił Miller. – Ci gangsterzy w kombinezonach. Oni mieli tu zostać. To mięso przeznaczone na zmielenie, jak my wszyscy. Holden mruknął potwierdzająco. Miller skwitował to skinieniem głowy, ale poczuł, że niepokoi go jakaś niewyraźna jeszcze myśl. Opryszki z Ceres

w zbrojach przeciwzamieszkowych zostali spisani na straty. Ale to wcale nie oznaczało, że na straty spisano wszystkich. Pochylił się ku przodowi. Łukowato sklepiony korytarz wyjściowy do portu wciąż był obsadzony. Stali tam najemnicy z gotowymi do strzału karabinami. W tej chwili wyglądali nawet na spokojniejszych i bardziej zdyscyplinowanych niż przedtem. Miller widział, jak stojący za nimi człowiek z dodatkowymi insygniami na pancerzu mówi coś służbiście do mikrofonu. Do niedawna jeszcze myślał, że sytuacja jest beznadziejna. Myślał, że wyczerpał już wszystkie możliwości, a teraz zwodnicza nadzieja znów kazała mu poderwać się do walki. – Wstawaj! – powiedział. – Po co? – Wstawaj! Oni się wycofują. – Kto? Miller skinieniem głowy wskazał mu najemników. – Oni wiedzą – powiedział. – Przyjrzyj im się. Nie uciekają. Nie są zdziwieni. Oni na to czekali. – I myślisz, że to oznacza, że mają zabezpieczony odwrót? – Nie będą tu stali wiecznie. Wstań. Miller musiał niemal powtórzyć ten rozkaz sobie samemu; gdy się podźwignąć stękając boleśnie, trzeszczało mu w stawach. Paskudnie bolały go kolana i kręgosłup. Klikanie w płucach też się nasiliło. Jego żołądek burczał dziwacznie, co w innych okolicznościach byłego detektywa mocno by zaniepokoiło. Gdy ruszył przed siebie, poczuł, jak daleko posunęły się popromienne zniszczenia jego organizmu; nie bolała go jeszcze skóra, ale czuł już pierwsze, na razie łagodne tego objawy. Była to jakby przerwa pomiędzy poważnym oparzeniem a pęcherzami, które były jego skutkami. Jeżeli przeżyje, będzie go bolało wszystko. Ja–Śmierć wabiła go ku sobie. Rezygnacja z poczucia uwolnienia, ulgi i odpoczynku była jak rezygnacja z czegoś cennego i bezpowrotnie już utraconego. Podczas gdy gadatliwa, ruchliwa i jakby mechaniczna część umysłu, niemiłosiernie zgrzytając, zmuszała go do ruchu, łagodne jądro jego duszy nakłaniało do tego, żeby się zatrzymał, ponownie usiadł i pozwolił problemom, by rozwiązały się same, bez jego udziału. – Czego szukamy? – zapytał Holden, wstając. Drobne naczyńko