wotson

  • Dokumenty43 372
  • Odsłony1 881 720
  • Obserwuję1 310
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 277 593

Javier Marías - Twoja twarz jutro 01 - Gorączka i włócznia

Dodano: 2 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 2 lata temu
Rozmiar :2.4 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
J

Javier Marías - Twoja twarz jutro 01 - Gorączka i włócznia.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion J Javier Marías
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 2 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 23 osób, 21 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 432 stron)

Javier Marías TWOJA TWARZ JUTRO Gorączka i włócznia Z języka hiszpańskiego przełożyła Ewa Zaleska

Tytuł oryginału: TU ROSTRO MAÑANA FIEBRE Y LANZA Copyright © 2002, Javier Marias Copyright © 2010 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga Copyright © 2010 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga Projekt okładki: Sylwia Tymkiewicz Zdjęcie autora: © Carmelo Rubio Redakcja: Bożena Sęk Korekta: Wioletta Bagnicka, Urszula Gradner ISBN: 978-83-7508-267-8 Sprzedaż wysyłkowa: www.merlin.pl www.empik.com www.soniadraga.pl WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp, z o, o. PI. Grunwaldzki 810, 40950 Katowice tel. (32) 782 64 77, fax (32) 253 77 28 e-mail: info@soniadraga.pl www.soniadraga.pl Skład i łamanie: DT Studio s.c, tel. 032 720 28 78, fax 032 209 82 25 Katowice 2010. Wydanie I Drukarnia: CPI Books

Dla Carmen López M. - oby chciała nadal mnie słuchać And for Sir Peter Russell, to whom this book is indebted for his long shadow, and the author, for his far-reaching friendship

I GORĄCZKA

Nigdy nie powinno się niczego opowiadać, dostarczać informacji czy przywoływać historii, ani powodować, by ludzie snuli wspomnienia na temat istot, które nigdy nie istniały, nie postawiły stopy na ziemi ani nie przemierzyły świata, a jeśli nawet przezeń przemknęły, teraz są już prawie bezpieczne w niepewnej i na poły ślepej niepamięci. Kiedy opowiadasz, to jakbyś dawał prezent, nawet jeżeli opowieść zawiera truciznę, też jest więzią i wyrazem zaufania, a ten kto zaufał, rzadko nie doświadcza wcześniej czy później zawodu, rzadko więź nie gmatwa się i nie zapętla tak bardzo, że trzeba użyć noża lub brzytwy, żeby ją prze- ciąć. Iluż ludzi nie zawiodło mego zaufania spośród wielu, którym je okazałem, ja, tak ufny we własny instynkt, nie zawsze jednak dający mu wiarę i zbyt długo naiwny? (Teraz już mniej, znacznie mniej, ale to mija bardzo powoli). Nie zawiedli mnie dwaj przyjaciele, nadal im ufam, w przeciwieństwie do dziesięciu innych, którzy to zaufanie utra- cili lub roztrwonili; przetrwały resztki zaufania do ojca i nie pozbawio- ne wstydu zaufanie, jakim obdarzałem matkę, uczucia bardzo do siebie podobne, jeśli nie jednakie, w dodatku z matką to było krótko, już nie 9

może mnie zawieść, chyba że zza grobu, zakładając, że pewnego dnia dokonam jakiegoś okropnego odkrycia i coś skrywanego wyjdzie na jaw; nie przetrwało zaufanie do siostry, do dawnych narzeczonych, kochanek ani do żadnej byłej, obecnej albo wymyślonej żony (siostra bywa zazwyczaj pierwszą miłością z lat dziecinnych), bo zdaje się, że w takich związkach niemal obowiązkowo to co się wie lub widziało, zostaje w końcu wykorzystane przeciw ukochanej osobie czy współ- małżonkowi - albo przeciw komuś, czyje ciepło i ciało liczyło się tylko chwilowo - przeciw komuś, kto coś ci wyjawił, kto zgodził się mieć cię za świadka własnych strapień i słabości i był gotów do zwierzeń, prze- ciw komuś, kto z głową na poduszce po prostu wspominał głośno, po- grążony w myślach i nieświadomy ryzyka, nieświadomy ani lustrujące- go go bezlitosnego oka, ani nadstawionego i wybiórczo słuchającego ucha (często to nic poważnego, najwyżej do użytku domowego, kiedy jest się przypartym do muru lub w defensywie można to wykorzystać, by dowieść swojej racji podczas przeciągającej się sprzeczki, wtedy niech służy za argument). I to także oznacza zawieść zaufanie: nie tylko wyrządzić krzywdę lub doprowadzić kogoś do zguby za sprawą własnej niedyskrecji, nie tylko używać tej zakazanej broni, gdy osobie, która wcześniej opowia- dała i wyjawiała sekrety - a teraz tego żałuje i zaprzecza, i plącze się, i myli tropy, i chciałaby to wymazać, i milczy - wiatr zawieje w oczy i los się od niej odwróci, lecz także uzyskiwać korzyści z przekazanych nam w chwili słabości, nieuwagi lub wielkoduszności informacji, bez szacunku i względu na okoliczności, w jakich weszliśmy w posiadanie tej wiedzy, którą teraz łatwo nam zmanipulować i sfałszować - czasem wystarcza samo powiedzenie czegoś na głos, by to coś uległo przeina- czeniu: czy były to zwierzenia poczynione podczas miłosnej nocy albo w chwili rozpaczy, wieczorem w poczuciu winy lub po przebudzeniu 10

smutnym rankiem, w pijanym słowotoku bezsenności: jakiejś nocy albo jakiegoś dnia, gdy ktoś mówił tak, jakby po tej nocy lub po tym dniu nie było już żadnej przyszłości (bądź jakby jego nieokiełznany język miał umrzeć wraz z tą nocą i tym dniem), nie wiedząc, że zawsze jest coś, co ma nadejść, zawsze zostaje coś jeszcze, minuta, włócznia, se- kunda, gorączka, i jeszcze jedna sekunda, sen - włócznia, gorączka, mój ból i słowo, sen - a także nieskończony czas, który nie zatrzymuje się ani nawet nie zwalnia tempa po naszym ostatecznym końcu, lecz nadal dopowiada, mówi, szepce i zadaje pytania, i opowiada, choćbyśmy nic już nie słyszeli i choćbyśmy zamilkli. Pogrążyć się w milczeniu, tak, zamilknąć, to wielkie pragnienie, którego nikt nie spełnia, nawet po śmierci, a już na pewno nie ja, który często opowiadałem, w dodatku na piśmie, w raportach, i jeszcze gorzej: który patrzę i słucham, choćbym już o nic w zamian nie pytał. Nie, nie powinienem niczego opowiadać ani słuchać, bo nigdy nie zdołam sprawić, by nie zostało to powtórzone lub użyte przeciwko mnie, na moją zgubę, albo co gorsza, żeby nie zostało powtórzone i użyte przeciwko tym, których kocham, aby ich zgubić.

Apotem jest nieufność. Jej również nie brakowało w moim życiu. To ciekawe, że wymiar sprawiedliwości bierze nieufność pod uwagę, a jeszcze dziwniejsze, że zadaje sobie trud, by nas ostrzec: kiedy ktoś zostaje aresztowany, przynajmniej na filmach, pozwala mu się zacho- wać milczenie, ponieważ, jak zostaje natychmiast poinformowany, „wszystko co powie, może zostać użyte przeciwko niemu”. Jest w tym ostrzeżeniu jakiś dziwny - albo niekonsekwentny i sprzeczny - zamysł, by nie prowadzić zupełnie nieczystej gry. To znaczy, informuje się więźnia, że od tej chwili reguły gry nie będą czyste, komunikuje mu się i przypomina, że tak czy inaczej zamierza się go dopaść i wykorzystać w tym celu wszystkie jego potknięcia, niekonsekwencje i błędy - już nie jest podejrzanym, lecz oskarżonym, zamierza się dowieść jego wi- ny, obalić alibi, nie może już liczyć na bezstronność, w każdym razie od dzisiaj aż do dnia rozprawy - wszystkie wysiłki zostaną skoncentro- wane na zdobyciu dowodów potrzebnych do jego skazania, cała inwigi- lacja, podsłuchy, śledztwo i dochodzenie będą służyć zdobyciu dowo- dów obciążających go, potwierdzających decyzję o aresztowaniu. A mimo to daje mu się możliwość milczenia, niemal żąda się od niego, 13

by milczał; w każdym razie powiadamia się go, że przysługuje mu takie prawo, o czym mógł nie wiedzieć, i tym samym czasem wprost podsu- wa mu się taki pomysł: w ogóle nie otwieraj ust, nawet nie zaprzeczaj zarzutom, nie ryzykuj obrony na własną rękę; zachowanie milczenia jawi się albo jest przedstawione jako ze wszech miar najbardziej roz- tropne i jako coś, co może nas ocalić, nawet jeśli uważamy się za win- nych i jesteśmy winni, jako jedyny sposób na to, by ta zapowiedziana nieczysta gra nie przyniosła skutku albo nawet nie mogła mieć zasto- sowania w praktyce, a przynajmniej nie przy mimowolnej naiwnej współpracy więźnia: „Ma pan prawo zachować milczenie”, w Ameryce nazywają to „formułą Mirandy”, nawet nie wiem, czy w naszych kra- jach istnieje jej odpowiednik, kiedyś w Ameryce zastosowano tę for- mułę wobec mnie, dawno temu albo nie bardzo, ale policjant nie wyre- cytował mi jej w całości, tak jak trzeba, gdy szybko wyrzucił z siebie słynne zdanie: „Wszystko co pan powie, może zostać użyte przeciwko panu”, zapomniał dodać „przed sądem”, byli świadkowie tego pomi- nięcia i z tej przyczyny zatrzymanie okazało się nieważne. Ten sam dziwny obyczaj przesądza o innym prawie podsądnego, by nie zezna- wać na swoją niekorzyść, nie szkodzić sobie własnymi wypowiedziami, odpowiedziami, zaprzeczeniami albo własnym jąkaniem. Nie szkodzić sobie własną opowieścią (tak, to może wyrządzić wielką szkodę); mieć tym samym prawo do kłamstwa. Gra jest w istocie tak brudna i wyrachowana, że w tych okoliczno- ściach żaden wymiar sprawiedliwości nie może uchodzić za sprawie- dliwy, a w takim razie może nie ma co liczyć na żadną sprawiedliwość nigdy, nigdzie - może sprawiedliwość to fantasmagoria i fałszywe po- jęcie. Bo oto mówi się oskarżonemu: „Jeżeli zeznasz coś, co nam się nada albo posłuży naszym celom, damy ci wiarę, uwzględnimy to i 14

użyjemy tego przeciwko tobie. I odwrotnie, jeżeli złożysz zeznania na swoją korzyść i we własnej obronie, jeżeli powiesz coś, co oczyści cię z zarzutów, a dla nas będzie niewygodne, nie damy ci wiary i będą to słowa rzucone na wiatr, ponieważ przysługuje ci prawo do kłamania i przyjmujemy za pewnik, że wszyscy, to znaczy wszyscy przestępcy z tego prawa korzystają. Jeżeli wymknie ci się jakieś obciążające cię stwierdzenie albo uwikłasz się w jakąś wyraźną sprzeczność, albo wyz- nasz coś otwarcie, twoje słowa będą się liczyć i zadziałają na twoją niekorzyść: usłyszymy je, zarejestrujemy, przyjmiemy do wiadomości, uznamy, że zostały wypowiedziane, będą odnotowane, dołączymy je do akt twojej sprawy i będą stanowić zarzut przeciwko tobie. Każde zdanie natomiast, które pomoże ci uwolnić się od zarzutów, będzie nieistotne i zostanie zlekceważone, udamy, żeśmy go nie słyszeli, i nie zwrócimy na nie żadnej uwagi, nie weźmiemy go w rachubę, będzie jak powie- trze, dym, szkodliwe opary i nie zadziała na twoją korzyść. Jeżeli przy- znasz się do winy, uznamy, że to prawda, i potraktujemy poważnie; jeżeli powiesz, że jesteś niewinny, potraktujemy to jak żart z całym dobrodziejstwem inwentarza”. Uznaje się za pewnik, że zarówno nie- winny, jak i winny przyzna się do winy, a więc jeżeli się odezwą, nie będzie między nimi różnicy, będą postawieni na równi albo potrakto- wani tak samo. I wtedy właśnie się dodaje: „Możesz zachować milcze- nie”, chociaż to też nie pozwoli odróżnić niewinnego od winnego. (Po- grążyć się w milczeniu, tak, milczeć, oto wielkie pragnienie, którego nikt nie spełnia nawet po śmierci, a przecież właśnie to nam się doradza i do tego się nas przekonuje w najważniejszych chwilach: „Milcz, nie mów ani słowa, nie mów nawet, żeby się uratować. Trzymaj język za zębami, połknij go, choćbyś miał się udławić, jakby ci go kot pożarł. Milcz i wówczas się uratuj”). 15

Wkontaktach z innymi, w normalnym życiu bez niespodzianek, nie zdarzają się takie ostrzeżenia i może powinniśmy stale pamiętać o ich nieobecności lub braku czy też, co sprowadza się do tego samego, o zawsze oczywistym i groźnym powtarzaniu, dokładnym lub przeina- czonym, wszystkiego co mówimy i o czym rozmawiamy. Nic na to nie można poradzić, prędzej czy później ludzie mówią wszystko, to co ciekawe i to co nieistotne, to co osobiste i to co publiczne, to co głębo- kie i to co błahe, to co powinno pozostać ukryte i to co powinno zostać podane do wiadomości, mówią o smutkach i radościach, i urazach, o pretensjach i uwielbieniu, o planach zemsty, o tym, z czego są dumni i czego się wstydzą, o tym, co wydawało się sekretem, i o tym, co się dopominało, by sekretem pozostać, o tym, co powszechnie wiadome, i o tym, do czego nie można się przyznać, i o tym, co okropne i co oczywiste, i o tym, co istotne - że się zakochali - i o tym, co nieważne - że się zakochali. Bez chwili zastanowienia. Ludzie mówią bezustannie i opowiadają, nie zdając sobie z tego sprawy, zupełnie nieświadomi uru- chamianych przez siebie i nie poddających się kontroli mechanizmów intrygi, dwuznaczności i chaosu, które mogą się okazać fatalne,

rozmawiają bez ustanku o innych i o sobie, a także o sobie, rozmawia- jąc o innych. To ciągłe mówienie jest czasem postrzegane jak transak- cja, chociaż chce się wydawać prezentem (w każdym przypadku ma w sobie coś z prezentu), a często jest raczej łapówką albo wyrównaniem jakiegoś rachunku, albo przekleństwem rzuconym pod adresem kon- kretnej osoby, albo na chybił trafił, żeby ślepy los obrócił to na dobre lub na złe, albo monetą, za którą kupuje się pozycję społeczną i przy- sługi, i zaufanie, a nawet przyjaźń i oczywiście seks. A także miłość, kiedy to co druga osoba mówi, zaczyna być nam niezbędne i staje się naszym stylem bycia. Niektórym z nas za to płacą, za mówienie i słu- chanie, za wprowadzenie ładu i opowiedzenie. Za zachowanie w pa- mięci i za spostrzeganie, i za selekcjonowanie. Za wyłudzanie wiado- mości, upiększanie, zapamiętywanie. Za interpretowanie i tłumaczenie, i poduszczanie. Za ciągnięcie za język i przekonywanie, i przekręcanie. (Mnie płacili za opowiadanie o tym, czego jeszcze nie ma i czego nie było, o tym co przyszłe i prawdopodobne albo zaledwie możliwe - za hipotezę - to znaczy za przeczucie i wyobrażenie sobie, i wymyślenie; i za przekonanie do tego innych). Potem większość zapomina, jak i od kogo dowiedziała się tego, co wie, a niektórzy są nawet przekonani, że sami na to wpadli, cokolwiek to było, opowiadanie, pomysł, pogląd, plotka, anegdota, kłamstwo, dowcip, gra słów, maksyma, tytuł, historia, aforyzm, dewiza, przemó- wienie, cytat albo cały tekst - zawłaszczają to skwapliwie przekonani o własnym autorstwie, a może i wiedzą, że dokonują kradzieży, lecz wolą o tym nie myśleć i tym sposobem ukrywają to sami przed sobą. Zdarza się to dzisiaj coraz częściej, jakbyśmy w naszych czasach niecierpliwie przesuwali wszystko do domeny publicznej, jakby nie istniało już poję- cie autorstwa czy' też, ujmując rzecz mniej banalnie, jakbyśmy nie 18

mogli się doczekać, by wszystko zmienić w plotkę, greps, anegdotę, które biegną z ust do ust i z pióra na pióro, i z ekranu na ekran, wszyst- ko poza kontrolą, bez staranności, pochodzenia, przynależności i wła- ściciela, wszystko podkręcone, bezwstydne i bez zahamowań. Ja natomiast zawsze dokładam starań, by dobrze pamiętać swoje źródła, być może to skrzywienie zawodowe, które mnie nie opuszcza, ponieważ nadal wykonuję tę pracę (musiałem wyćwiczyć pamięć, by odróżniać to co prawdziwe od tego co wyobrażone, to co się zdarzyło od tego co domniemane, to co powiedziane od tego co zrozumiane), i w zależności od źródła, od kogo coś wiem, staram się nie wykorzystywać tych informacji albo tej wiedzy, a nawet zabraniam sobie tego, bo teraz zajmuję się tym tylko okazjonalnie, tylko wtedy, kiedy to silniejsze ode mnie i nie mogę się powstrzymać albo gdy proszą mnie przyjaciele, którzy mi za to nie płacą bądź nie płacą pieniędzmi, a jedynie swoją wdzięcznością i niejasnym uczuciem, że są moimi dłużnikami. To mar- na zapłata, czasami bowiem się zdarza, wcale nie tak rzadko, że starają się sprzedać to uczucie mnie, żebym to ja się z nim męczył, a jeśli nie jestem chętny do takiej zamiany rolami, nie poczuwam się do zobowią- zań i nie zachowuję się tak, jakbym zawdzięczał im życie, zaczynają mnie w końcu uważać za niewdzięczną świnię i stronić ode mnie: wiele osób żałuje, że prosiło o przysługi i wyjaśniło, na czym miały polegać, mówiąc tym samym zbyt dużo o sobie. Jakiś już czas temu pewna znajoma nie poprosiła o uprzejmość, tyl- ko zmusiła mnie, żebym jej wysłuchał i - nie tyle dramatycznie, ile ze strachem - wprowadziła mnie w szczegóły swego świeżo nawiązanego romansu, chociaż to z jej mężem jestem bardziej i dłużej zaprzyjaźnio- ny niż z nią. Wyświadczyła mi niedźwiedzią przysługę, bo całe miesią- ce czułem się udręczony tą wiedzą - a ona ją poszerzała, dorzucała 19

stale coś nowego, teatralnie i egoistycznie, coraz bardziej popadając w narcyzm - pewny, że wobec przyjaciela, jej męża, powinienem zacho- wać milczenie: nie z tego powodu, bym nie czuł się w prawie powia- domić go o czymś, czego być może - skąd można to wiedzieć - wolał pozostać nieświadomym; nie żebym nie chciał wziąć na siebie odpo- wiedzialności za spowodowanie swymi słowami działań bądź decyzji innych ludzi, lecz ze względu na to, jakim sposobem dotarła do mnie ta niewygodna informacja. Nie mogę swobodnie dysponować czymś, czego nie odkryłem na własną rękę, wypełniając jakieś zlecenie lub prośbę, powiedziałem sobie. Gdybym natknął się na żonę mego przyja- ciela wchodzącą z kochankiem na pokład samolotu do Buenos Aires, mógłbym pewnie rozważyć jakiś neutralny sposób ujawnienia tego, co wcale nie chcąc, zobaczyłem, owego faktu poddającego się interpreta- cji, chociaż skądinąd bezspornego (przede wszystkim nie wiedziałbym o jej związku z tym mężczyzną, nie mnie zatem przyszłoby coś podej- rzewać, lecz memu przyjacielowi), aczkolwiek czułbym się pewnie jak donosiciel albo intruz, w każdym razie nie sądzę, bym się do tego po- sunął. Jednakże, powiedziałem sobie, miałbym przynajmniej taką moż- liwość. Dowiedziawszy się zaś od niej tego, co wiedziałem, nie miałem prawa użyć tego przeciwko niej lub rozpowiadać o tym bez jej zgody, nawet gdybym żywił przekonanie, że działam w interesie mego przyja- ciela, a bardzo mnie to kusiło w chwilach większego wzburzenia, na przykład kiedy przebywałem w towarzystwie ich dwojga albo kiedy jedliśmy we czwórkę kolację (moja żona jako czwarta, nie kochanek) i znajoma wymieniała ze mną porozumiewawcze spojrzenie z wyraźnym dreszczykiem emocji (a ja wstrzymywałem oddech), albo kiedy mój przyjaciel wspominał beztrosko o jakiejś wszystkim wiadomej zdradzie popełnionej przez kogoś nam dobrze znanego, o czym współmałżonek 20

tej osoby nie miał pojęcia. (A ja wstrzymywałem oddech). Tak oto zachowywałem milczenie przez wiele miesięcy, wysłuchując o czymś i niemal temu asystując, co ani mnie nie obchodziło, ani mi się nie podo- bało, a wszystko pewnie po to, myślałem w najczarniejszych chwilach, by pewnego dnia - kiedy cała sprawa wyjdzie na jaw albo zostanie wy- znana bądź dostrzeżona, bo zasłona spadnie wreszcie z oczu - okazać się biernym świadkiem lub wspólnikiem czy też, jeśli ktoś woli, współ- konspiratorem, i to przez osobę, której sekretu dotrzymuję i której wy- łączną władzę w tej sprawie uznałem i zawsze szanowałem, nie mówiąc nikomu ani słowa. Jej władzę i jej autorstwo, mimo że w sprawę są jeszcze zamieszane co najmniej dwie osoby, jedna świadomie, druga nie mając o tym pojęcia, a może mój przyjaciel nie jest w to jeszcze zamieszany i stałby się dopiero wtedy, gdybym mu powiedział. Może to ja jestem już zamieszany z powodu tego, co wiem, oraz dlatego, że wysłuchałem i dokonałem interpretacji - myślałem - moje długie do- świadczenie i długa lista obowiązków to mi właśnie podpowiadają i potwierdzają codziennie, każdego dnia, który mija i coraz bardziej je zaciera, oddala ode mnie tak, że chwilami wydaje mi się, iż musiałem o nich tylko czytać albo oglądać je w kinie, albo sobie wyobrażać, że nie tak łatwo się z nich wyplątać ani nawet o nich zapomnieć. Albo że to w ogóle niemożliwe. Nie, nigdy nie powinienem niczego opowiadać ani nigdy niczego słuchać.

Przez pewien czas słuchałem i czyniłem spostrzeżenia, interpretowa- łem i opowiadałem, wtedy to była moja praca, ale zawsze tak robiłem i nadal robię, biernie i mimowolnie, bez wysiłku i bez wynagrodzenia, widocznie nic na to nie mogę poradzić albo taki mam sposób bycia, będzie mi towarzyszył aż do śmierci, dopiero wtedy od niego odpocz- nę. Nieraz mówiono mi, że mam dar, a Peter Wheeler zwrócił mi na to uwagę, zaalarmował mnie, objaśniając i opisując ów dar, bo jak wszy- scy wiedzą albo przeczuwają, rzeczy istnieją dopiero wtedy, gdy zosta- ną nazwane. Ja natomiast czasem postrzegam ten dar jako przekleń- stwo, mimo że teraz ograniczam się zazwyczaj do trzech pierwszych czynności, które dokonują się bez słów i wewnętrznie, zachodzą tylko w mojej głowie i wcale nie muszą dotyczyć nikogo innego poza mną, a opowiadam coś komuś tylko wtedy, gdy nie mam innego wyjścia albo ktoś usilnie o to prosi. Albowiem w okresie mego zawodowego życia w Londynie, powiedzmy: życia za wynagrodzeniem, nauczyłem się, że to co nam się po prostu przydarza, nie ma na nas szczególnego wpływu lub ma, lecz nie większy niż to, co nam się nie przydarza, natomiast 23

liczy się właściwie tylko opowieść (również opowieść o tym, co się nie przydarza), jakkolwiek nieprecyzyjna, zdradziecka, przybliżona i w gruncie rzeczy bezużyteczna, opowieść jest decydująca, wpływa na nasz stan ducha i sprowadza nas na manowce, i zatruwa nasze kroki, ona też niewątpliwie utrzymuje w ruchu gnuśne, leniwe koło świata. W działaniach szpiegowskich, konspiracyjnych czy przestępczych nie przypadkiem i nie dla kaprysu poszczególni uczestnicy akcji, spisku albo napadu - tego co skrywane, potajemne - znają tylko pojedyncze, częściowe, fragmentaryczne i niewyraźne dane, każdy wie, jakie ma konkretnie zadanie, ale nie zna zadania pozostałych ani ostatecznego celu. Na filmach możemy zobaczyć, jak partyzant przekonany, że zgi- nie w następnej akcji, mówi, żegnając się z narzeczoną: „Lepiej, żebyś nic nie wiedziała, kiedy będą cię przesłuchiwać, powiesz, że nic nie wiesz, powiesz prawdę, prawda jest łatwa, ma większą siłę i jest bar- dziej wiarygodna, prawda przekonuje”. (Kłamstwo faktycznie wymaga umiejętności zmyślania i improwizacji, pomysłowości, niezawodnej pamięci i ekwilibrystyki, wszyscy posługują się kłamstwem, lecz mało kto robi to umiejętnie). Albo jak gangster, który zaplanował duży skok, pomysłodawca i mózg całej akcji, poucza swego pomagiera: „Jak bę- dziesz znał tylko swoją część roboty, to choćby cię złapali albo choćbyś nawalił, plan się powiedzie”. (To prawda, można sobie pozwolić, by jeden z elementów planu nie wypalił lub żeby coś się nie powiodło, nie tak łatwo o szybką definitywną klęskę, w każdym przedsięwzięciu, w każdym naszym działaniu walczymy do upadłego, nim pogodzimy się z przegraną). Albo jak szef tajnych służb szepce do agenta, wobec które- go powziął podejrzenia i któremu już nie ufa: „Twoja niewiedza za- pewnia ci najlepszą ochronę, o nic więcej nie pytaj, w tym twój ratunek i twoja polisa”. (Najłatwiej ustrzec się zdrady, gdy nie ma czego 24

zdradzić bądź kiedy w grę wchodzą tylko bezwartościowe plotki bez żadnego ciężaru gatunkowego, puste opakowanie, figiel spłatany temu, kto płaci). Albo jak ktoś, kto zleca zbrodnię lub grozi, albo jak ktoś, kto wyznaje swoje niegodziwości i tym samym naraża się na szantaż, albo jak ktoś, kto kupuje coś po kryjomu - kołnierz zawsze podniesiony, twarz w cieniu, nigdy nie zapalaj papierosa - ostrzega wynajętego mor- dercę bądź szantażowaną osobę, bądź potencjalnego szantażystę, bądź kolejną kobietę, dawno zapomnianą namiętność, nadal jednak powód do wstydu: „Pamiętaj, nigdy się nie spotkaliśmy, nie wiesz, kim jestem, nie znasz mnie, nigdy z tobą nie rozmawiałem ani nic ci nigdy nie po- wiedziałem, nie znasz mojej twarzy ani głosu, ani oddechu, ani imienia, ani pleców. Ta rozmowa ani to spotkanie nigdy się nie odbyły, to co teraz widzisz, nigdy się nie wydarzyło, tego nie ma, tych słów nie było, bo ich nie wypowiedziałem. Nawet jeżeli teraz je słyszysz, ja ich nie wypowiadam”. (Milczenie i wymazywanie, zatajanie, odwoływanie i milczenie również w przeszłości: oto wielkie, acz nieosiągalne pragnienie świata i dlatego właśnie nie wystarczają żadne środki zastępcze, a dziecinadą jest wycofywanie tego, co się powiedziało, odwoływanie nic nie pomo- że; i także dlatego zapieranie się w żywe oczy jest takie irytujące - bo wbrew pozorom jedynie to może zaszczepić wątpliwość i czasem być skuteczne - zaprzeczanie, że się powiedziało to, co się powiedziało i co wszyscy słyszeli, zaprzeczanie, że się zrobiło to, co się zrobiło i czego inni doznali, wprawia w rozpacz, że nieodwołalnie i co do joty może spełnić się coś, co zapowiadają te wcześniejsze słowa, które mogły paść z tak wielu i z tak różnych ust, z ust podżegacza i rzucającego groźby, kogoś, kto przeczuwa, że padnie ofiarą szantażu i płaci pota- jemnie za swoje przyjemności i korzyści, a także z ust ukochanej osoby albo przyjaciela - i że tym słowom można wówczas równie rozpaczli- wie zaprzeczyć). 25

Wszystkie te kwestie zasłyszane w kinie wypowiedziałem ja sam albo ktoś je do mnie skierował lub kiedyś usłyszałem je od innych w realnym życiu, które pozostaje w dużo większym związku z kinem i z literaturą, niż to się zazwyczaj przyznaje i uważa. Nie chodzi o to, że jak się twierdzi, jedno naśladuje drugie, rzecz w tym, że nasze nie- ustanne fantasmagorie należą też do życia, poszerzają je i komplikują, sprawiają, że staje się ono mniej przejrzyste i zarazem łatwiejsze do przyjęcia, choć nie bardziej wytłumaczalne (a jeśli nawet, to bardzo rzadko). Cieniutka linia oddziela fakty od fantasmagorii i pragnienie od jego spełnienia, i to co wyobrażone od tego co rzeczywiste, bo w grun- cie rzeczy wyobrażenia są już faktami, a pragnienia są swoim spełnie- niem i zdarza się to co wymyślone, choćby nie działo się tak nigdy z punktu widzenia zdrowego rozsądku lub prawa, które na przykład do- strzega przepastną różnicę między zamiarem i przestępstwem albo między popełnieniem przestępstwa a jego usiłowaniem. Świadomość nic nie wie o ustawach, nie obchodzi jej także ani nie pociąga zdrowy rozsądek, każda świadomość ma własny rozsądek i jak wynika z moje- go doświadczenia, ta cieniutka linia się rozmywa i znikając, niczego już nie rozdziela, toteż nauczyłem się obawiać wszystkiego, co przebiega przez myśl, a nawet tego, co jeszcze nie przyszło na myśl, bo niemal zawsze się przekonuję, że wszystko już gdzieś było, nim przeniknęło umysł, nim do niego dotarło. Nauczyłem się zatem obawiać nie tylko powziętej myśli, pomysłu, ale i tego, co jest wcześniej, co je poprzedza. I tak oto jestem swoim własnym bólem i własną gorączką.

Mój dar albo moje przekleństwo to nic nadzwyczajnego, chcę przez to powiedzieć, że nie jest niczym nadnaturalnym, nadprzyrodzonym, sprzecznym z naturą ani przeciwnym naturze, nie ma nic wspólnego ze zdolnościami paranormalnymi ani nawet z jasnowidzeniem, chociaż czegoś na kształt tego ostatniego oczekiwał w końcu mój przejściowy szef, człowiek zatrudniający mnie przez pewien czas, który wydawał się bardzo długi, odpowiadał mniej więcej okresowi mojego rozstania z Luisą, kiedy wróciłem do Anglii, by nie pozostawać w pobliżu żony, gdy ona powoli oddalała się ode mnie. Ludzie z godną uwagi częstotli- wością zachowują się idiotycznie ze względu na swoją skłonność, by wierzyć w powtarzalność tego, co im sprawia przyjemność: jeżeli raz zdarza się coś dobrego, to powinno się zdarzyć ponownie, a przynajm- niej ku temu zmierzać. Wystarczyło, że przy jednej okazji udało mi się trafnie zinterpretować pewien związek, ważny (przejściowo) dla pana Tupry, by Mr Tupra - w istocie tak zawsze się do niego zwracałem, dopóki się nie uparł, żebym nazywał go Bertramem, a trochę później Bertiem, choć nie miałem na to wielkiej ochoty - zechciał wynająć 27

moje usługi, początkowo okazjonalnie, a wkrótce potem już na pełny etat, powierzając mi teoretyczne funkcje tyleż nieokreślone, co rozma- ite, wśród nich rolę współpracownika czy też okazjonalnego tłumacza podczas jego hiszpańskich i iberoamerykańskich eskapad. W rzeczywi- stości jednak, a raczej w praktyce, byłem dla niego interesujący, i w takim charakterze mnie przyjął, jako interpretatora ludzkich losów, by przytoczyć jego pompatyczne sformułowanie i nadmierne oczekiwania. Byłoby lepiej powiedzieć po prostu „tłumacz” albo „obserwator ludzi”: ich zachowań, reakcji, skłonności, charakterów i wytrzymałości; ich podatności na wpływy i uległości, ich słabej lub nieugiętej woli, ich niestałości, ograniczeń, naiwności, braku skrupułów i oporu; różnych stopni ich lojalności lub nikczemności oraz ich szacunkowej ceny, ich trucizn i pokus; a także możliwych do wydedukowania i będących ich udziałem historii, nie tych przeszłych, lecz przyszłych, takich, które jeszcze się nie zdarzyły i dlatego można im było zapobiec. Albo można je było stworzyć. Poznałem go u profesora Petera Wheelera z Oksfordu, wybitnego emerytowanego już hispanisty i portugalisty, człowieka, który wie wię- cej niż ktokolwiek na świecie o życiu księcia Henryka Żeglarza, jedne- go z najlepszych znawców Cervantesa, dziś już sir Petera Wheelera i pierwszego laureata Nagrody Nebrija przyznawanej w Salamance naj- większym sławom w swojej specjalności albo dziedzinie i - co trochę zaskakujące w świecie uniwersyteckim, skąpym lub spauperyzowanym, w zależności od konkretnego przypadku - związanej z pokaźną sumą pieniędzy, w związku z czym jego skąpi albo klepiący biedę zagranicz- ni koledzy skierowali na niego zwężone z zazdrości oczy po raz przed- ostatni. Jeździłem do niego co jakiś czas z Londynu (godzina pocią- giem w jedną i godzina w drugą stronę), poznawszy go wiele lat wcze- śniej i mając z nim trochę do czynienia jeszcze w swoich kawalerskich 28

czasach - teraz byłem w separacji, w Anglii zawsze samotny - kiedy przez dwa lata pracowałem jako lektor języka hiszpańskiego na Uni- wersytecie Oksfordzkim. Wheeler i ja przypadliśmy sobie do gustu od samego początku, może z szacunku dla Toby'ego Rylandsa, profesora literatury angielskiej, który nas sobie przedstawił, bliskiego przyjaciela Wheelera od czasów młodości, bardzo do niego podobnego pod wielo- ma względami, a także wiekiem i statusem przymusowego emeryta mimo woli. O ile Rylandsa odwiedzałem często, o tyle Wheelera nie spotkałem już do końca mego ówczesnego pobytu, bo kiedy u nas trwa- ły zajęcia ze studentami, on wykładał jako profesor emerytowany w Teksasie, w wakacje natomiast ja wyjeżdżałem zazwyczaj do Madrytu lub podróżowałem, tak więc nie nadarzyła się sposobność. Kiedy Ry- lands umarł, już po moim wyjeździe, Wheeler i ja nadal darzyliśmy go szacunkiem, a ponieważ od tej chwili był to już szacunek dla wspo- mnienia lub bezbronnego ducha, przypuszczam, że będzie trwał w nie- skończoność: korespondowaliśmy i dzwoniliśmy do siebie od czasu do czasu, a jeżeli przyjeżdżałem na kilka dni do Londynu, starałem się wykroić wolną chwilę i odwiedzić go, sam albo z Luisą (Wheelera jako zastępcę lub następcę Rylandsa albo jako spadek po nim: to szokujące jak łatwo zastępujemy ludzi, którzy znikli z naszego życia, jak podej- mujemy starania, by zapełnić puste miejsce, jak nigdy nie godzimy się na to, by zmniejszyła się obsada, bez której kiepsko sobie radzimy i ledwie umiemy przeżyć, i jak równocześnie wszyscy jesteśmy gotowi zająć w zastępstwie puste miejsca, które nam się przydziela, ponieważ rozumiemy ten mechanizm stałej powszechnej substytucji i uczestni- czymy w nim, on dotyczy wszystkich, nas zatem także, toteż zgadzamy się na rolę nieudolnych naśladowców i sami znajdujemy się w otocze- niu coraz większej ich liczby). 29

Bawił mnie i wiele mnie nauczył swoją inteligentną, pozbawioną za- tem okrucieństwa złośliwością i dziwną przenikliwością, tak subtelną i wolną od ostentacji, że często trzeba się było jej domyślać albo ją od- gadywać z jego uwag i pytań pozornie nieszkodliwych, retorycznych bądź nieistotnych, ale dla kogoś dostatecznie czujnego zagadkowych jak hieroglify: trzeba go było słuchać „między słowami”, podobnie jak czasem trzeba czytać między wierszami jego zapiski, aczkolwiek ten sposób komunikowania się nie wprost nie przeszkadzał mu również - gdy znudzony niedopowiedzeniami postanawiał odrzucić je nagle jak zbędny balast - być tak szczerym i bezlitosnym w stosunku do osób trzecich, do życia albo do samego siebie (nie zachowywał się tak za- zwyczaj wobec swego bezpośredniego rozmówcy) jak żadna ze zna- nych mi osób, może z wyjątkiem Rylandsa i mnie, lecz jako ucznia i wychowanka ich obu. Ja dostarczałem mu pewnie rozrywki - nie ośmielałem się myśleć inaczej - i swoją nieskrywaną sympatią, łatwym zadowoleniem i pełnym admiracji śmiechem podbijałem mu bębenka, do czego nie trzeba mnie zachęcać w obecności osób, które szanuję i podziwiam, a Wheeler wzbudza we mnie oba te uczucia. (Ja nie byłem dla niego zastępcą ani następcą nikogo, w każdym razie nikogo mi znanego, może kogoś z jego zamierzchłej przeszłości, długo odwleka- nym, a kto wie, czy nie wykluczonym już zastępstwem jakiejś dawnej postaci, której odgłosu albo tylko cienia lub odbicia już się wyrzekł). Tak więc w czasie mego pobytu w Londynie, gdzie pracowałem dla BBC Radio, dopóki nie wyciągnął mnie stamtąd Mr Tupra, odwiedza- łem go w Oksfordzie, w jego domu położonym nad rzeką Cherwell, podobnie jak dom Rylandsa, jego dawnego sąsiada, robiłem to z wła- snej inicjatywy, a bywało, że i z jego, gdy z jakiego bądź powodu pra- gnął mieć świadków swoich występów lub teatralnych inscenizacji 30

albo kiedy miał gości i chciał im zapewnić trochę urozmaicenia - na przykład w postaci Hiszpana, który nie miał już nic wspólnego z dobrze wszystkim znanym środowiskiem uniwersyteckim - albo innych gości, na których temat miał ochotę ze mną porozmawiać następnego dnia, kiedy już będziemy sami. Odniosłem takie wrażenie dwa albo trzy razy: jakby Wheeler, dobrze już po osiemdziesiątce, przygotowywał sobie zawczasu rozmowy, które mogły mu dostarczyć rozrywki lub pobudzić go do działania w niedalekiej, dla niego ciągle przewidywalnej jeszcze przyszłości. A jeżeli przewidywał, że będzie się dobrze bawił, rozma- wiając ze mną potem o Tuprze, opowiadając mi jakieś niedyskrecje na jego temat, komentując jego przywary, śmiesznostki czy tajemnice, to powinienem był wcześniej Tuprę poznać, a przynajmniej kojarzyć go z jakimś konkretnym głosem i konkretną twarzą i wyrobić sobie jakiś pogląd, choćby powierzchowny, z którym on mógłby się potem zgodzić lub nie, a nawet wykłócać się ze mną na ten temat z niepotrzebnym uporem, tylko wtedy bowiem nasza rozmowa sprawiała mu przyjem- ność. Potrzebny mu był przeciwnik, kiedy perorował. Zastanawiam się, czy zagadkowy kruchy czas starości nie na tym właśnie polega, na paradoksalnym odkryciu - przez tych, którym udaje się go doczekać i przynależeć do niego - że jest tego kurczącego się cza- su nadmiar i że niemałą jego część można poświęcić na przygotowanie czy komponowanie wybranych momentów; albo, powiedzmy, na wy- bieganie myślą w trakcie wielu pustych lub bezczynnych chwil ku kilku zawczasu wymyślonym scenom i zamierzonym dialogom, zapamiętaw- szy już wcześniej kwestie przeznaczone w nich dla siebie: jakby starzy ludzie bardzo dbali, by ich czas - zarazem krótki i powolny, skąpy i obfity, czas przebiegłego starca - był jak najlepiej zaplanowany, ukie- runkowany i zarządzany, i jakby się nie godzili - już dość, wystarczy: 31