wotson

  • Dokumenty43 372
  • Odsłony1 881 720
  • Obserwuję1 310
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 277 593

Javier Marías - Twoja twarz jutro 02 - Taniec i sen

Dodano: 2 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 2 lata temu
Rozmiar :1.2 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
J

Javier Marías - Twoja twarz jutro 02 - Taniec i sen.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion J Javier Marías
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 2 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 24 osób, 23 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 290 stron)

JAVIER MARIAS TWOJA TWARZ JUTRO Taniec i Sen Z języka hiszpańskiego przełożyła Ewa Zaleska WYDAWNICTWO SONIA DRAGA

III ~ TANIEC ~

Oby nigdy nas o nic nie proszono ani nawet nie pytano, o żadną radę, przysługę ani pożyczkę, nawet o użyczenie uwagi, oby inni nie prosili nas, byśmy słuchali o ich bolesnej udręce albo żałosnych problemach takich samych jak nasze czy wysłuchiwali ich niezrozumiałych wątpliwości i błahych opowieści, które ludzie tak często między sobą wymieniają i które zostały już wszystkie spisane (gama tego, o czym można opowiedzieć, nie jest bardzo szeroka), czy też słuchali o ich frasunkach, jak to dawniej mawiano, któż ich nie ma i któż ich nie szuka, „sami wymyślamy nieszczęścia”, ten cytat często przychodzi mi na myśl, jest prawdziwy, gdy chodzi o nieszczęścia, które nas dopadają i obiektywnie rzecz ujmując, nie są nieuniknione; nie są katastrofą, wypadkiem, śmiercią, bankructwem, utratą pracy, plagą, głodem, okrutną opresją wobec kogoś, kto nic złego nie zrobił, historia w takie nieszczęścia obfituje, również nasza prywatna historia, mam na myśli nasz prywatny nie zakończony czas (bywa, że samemu szuka się utraty pracy, bankructwa i śmierci albo się je wymyśla). Oby nikt nigdy nie zbliżył się do nas i nie powiedział „Proszę cię” albo „Słuchaj”, to pierwsze słowa, które poprzedzają prośby, niemal każdą prośbę: „Słuchaj, może wiesz?...”, „Słuchaj, mógłbyś mi powiedzieć?...”, „Słuchaj, może masz?...”, „Słuchaj, chciałbym cię poprosić: o rekomendację, o informację, o twoje zdanie, o pomoc, pieniądze, wstawiennictwo albo o pocieszenie, o łaskę, o zachowanie tajemnicy bądź o to, żebyś zmienił się dla mnie i stał się kimś innym, lub żebyś dla mnie kogoś zdradził i skłamał czy coś przemilczał i tym sposobem mnie ocalił”. Ludzie ciągle o coś proszą, o wszystko,o rzeczy rozsądne i niedorzeczne, słuszne i przesadne, a także o to, co jest mrzonką — o gwiazdkę z nieba, ludzie zawsze tak mówili i wielu obiecywało ją na każdym kroku, nadal jest obiektem marzeń; proszą bliscy i nieznajomi, ludzie w kłopotach i tacy, którzy sami kłopoty powodują, potrzebujący i opływający w zbytki, nie różnią się od siebie w tym względzie: nikt nigdy nie sprawia wrażenia, że ma czegoś pod dostatkiem, nikt nigdy nie jest zadowolony, nikt nie przestaje prosić, jakby zostało powiedziane: „Proś, niech usta ci się nie zamykają, proś zawsze”. Prawda zaś jest taka, że nigdy

się tak nikomu nie mówi. I wtedy zaczynasz wysłuchiwać, tak dzieje się najczęściej, czasami słuchasz z obawą, czasem czując się wyróżniony, w zasadzie nic tak nie łechce naszej próżności jak sytuacja, w której możemy się na coś zgodzić albo czegoś odmówić, nic — i to też szybko staje się jasne — tak nie kusi i nic nie jest równie przykre: świadomość, myśl o tym, że można powiedzieć „Tak” lub „Nie” albo „Zobaczymy”; i „Być może”, „Zastanowię się”, „Jutro ci odpowiem” albo „Chcę tego i tego w zamian” zgodnie z aktualnym nastrojem i własnym widzimisię, zależnie od tego, czy masz dużo czasu, szeroki gest i czujesz się znudzony czy też wprost przeciwnie, jesteś zagoniony, brak ci cierpliwości i czasu, i od tego, jaki akurat masz humor albo czy chcesz z tego drugiego zrobić swego dłużnika czy przetrzymać go w niepewności bądź czy chcesz się zaangażować, bo godząc się na coś lub czegoś odmawiając — w obu przypadkach, a może już przez sam fakt nadstawienia ucha - stajesz się wmieszany w sprawy proszącego, wikłasz się w nie, a może i zaplątujesz. Gdy pewnego dnia damy datek miejscowemu żebrakowi, nazajutrz trudniej nam będzie odmówić, bo on będzie go oczekiwał (nic się nie zmieniło, nadal jest równie biedny, ja jeszcze nie zbiedniałem, dlaczego więc dziś nie, skoro wczoraj tak) i w pewnym sensie przyjęliśmy na siebie jakieś względem niego zobowiązanie: pomagając mu dotrwać do kolejnego dnia, jesteśmy odpowiedzialni za to, by ten dzień nie obrócił się przeciwko niemu, by nie okazał się dniem jego ostatniego cierpienia albo potępienia, albo śmierci, i powinniśmy podać mu przyjazną dłoń, aby go przetrwał, i tak dzień za dniem, może w nieskończoność, nie ma nic dziwnego ani absurdalnego w obyczaju odkrytym u niektórych pierwotnych — a może raczej bardziej logicznych - plemion, że kto uratuje życie innego człowieka, staje się tego człowieka strażnikiem, przyjmuje na siebie odpowiedzialność (chyba że pewnego dnia uratowany uratuje swego dobroczyńcę, wtedy wyrównują rachunki, każdy może iść wówczas w swoją stronę), jakby uratowany miał prawo mu powiedzieć: „Nadal żyję, bo ty tak chciałeś; to tak, jakbyś kazał mi narodzić się na nowo, musisz zatem mnie chronić, dbać o mnie i opiekować się mną, ponieważ gdyby nie ty, byłbym już poza wszelkim złem i niedosięgły lub prawie bezpieczny w niepewnej i na poły ślepej niepamięci”. I odwrotnie, jeżeli pierwszego dnia odmówisz jałmużny miejscowemu

nędzarzowi, drugiego dnia będziesz miał wrażenie, że jesteś mu coś winien, i to wrażenie może się potęgować trzeciego dnia i czwartego, i piątego, bo skoro żebrak wyprosił coś i przetrwał te dni bez mojego wsparcia, jakże odmówić mu zasługi i nie odwdzięczyć się za to, co już zaoszczędziłem? I każdego kolejnego ranka - po każdej kolejnej nocy, którą on przetrwa — będziemy coraz bardziej przekonani, że powinniśmy coś dorzucić, że teraz nasza kolej. (To, rzecz jasna, dotyczy tylko tych, którzy zauważają łachmaniarzy, większość mija ich obojętnie, omiata niewidzącym spojrzeniem i postrzega jako stertę szmat). Wysłuchujesz żebraka, który podchodzi do ciebie na ulicy, i już jesteś zaangażowany; wysłuchujesz cudzoziemca albo kogoś, kto się zgubił, kto pyta o drogę, i jeżeli zmierzasz w tym samym kierunku, bywa, że postanawiasz mu towarzyszyć, a wtedy wasze kroki się łączą i jeden staje się wytrwałym bytem równoległym do tego drugiego, co jednak przez żadnego z was nie jest postrzegane jako zła wróżba ani jako dokuczliwość lub przeszkoda, bo idziecie razem dobrowolnie, mimo że się nie znacie i może nawet nie rozmawiacie, przebywając razem ten kawałek drogi (cudzoziemca lub kogoś zagubionego zawsze można wyprowadzić w inne miejsce, wciągnąć w zasadzkę, zastawić na niego pułapkę, zostawić na bezludziu, złapać w potrzask); wysłuchujesz nieznajomego, który pojawia się w drzwiach twego domu, namawiając cię do czegoś, sprzedając ci coś lub głosząc ewangelię, zawsze stara się być przekonujący i zawsze mówi bardzo szybko, i przez sam fakt otwarcia drzwi już jesteś wplątany; słuchasz przez telefon przyjaciela, który naglącym lub histerycznym albo przymilnym tonem — nie, na pewno ton jest histeryczny - o coś cię błaga, czegoś od ciebie żąda lub nagle zaczyna grozić, i już poprzez sam ten fakt jesteś wplątany; słuchasz swojej żony i dzieci, które już prawie nie potrafią mówić do ciebie inaczej, niż prosząc o coś, to znaczy proszenie o coś jest jedyną formą rozmowy z tobą, jaką teraz znają ze względu na rosnący dystans i brak skupienia, i wtedy powinieneś sięgnąć po nóż lub ostrze, żeby przeciąć tę więź, która w końcu zacznie cię uwierać: ty sprawiłeś, że urodziły się te dzieci, które nie są i nigdy nie będą poza wszelkim złem i niedosięgłe, ty również sprawiłeś, że urodziła je ich matka, która wciąż pozostaje jak one, bo teraz jest niewyobrażalna bez dzieci - tworzą jedno jądro, nigdy się wzajemnie nie wykluczają — a one są niepojęte bez tej postaci, która jest im wciąż potrzebna, tak bardzo potrzebna, że jedyne, co ci pozostaje, to ją dla nich

chronić, dbać o nią i opiekować się nią — nadal uważasz, że to twoje zadanie - nawet jeśli Luisa nie w pełni ma świadomość tego i jest bardzo oddalona w przestrzeni, a w czasie także się oddala ode mnie z każdym dniem, z każdą następną kartką w kalendarzu. Nawet jeśli każda kolejna noc, którą udaje mi się wyprosić, przeżyć i przetrwać, jest coraz bardziej pochmurna i wciąż nie mogę jej zobaczyć, nie widzę jej.

Luisa nie uwikłała się ani nie zaplątała, ale zaangażowała się kiedyś z powodu pewnej prośby i pewnej jałmużny i mnie również trochę w obie te rzeczy wplątała, to było, zanim się rozstaliśmy i zanim wyjechałem do Anglii, kiedy jeszcze nie przewidywaliśmy postępującego oddalenia ani tego, że odwrócimy się do siebie plecami, ja przynajmniej nie przewidywałem, dopiero później człowiek uświadamia sobie, kiedy przestał ufać albo kiedy inni utracili do niego zaufanie — jeżeli w ogóle można to sobie uświadomić, w co ja w gruncie rzeczy nie wierzę; chcę powiedzieć, że dopiero potem, kiedy teraźniejszość jest już przeszłością, stała się zatem tak zmienna i wątpliwa, że można ją opowiedzieć (można opowiedzieć tysiąc razy i nigdy nie będzie tak samo), uświadamiamy sobie, że wiedzieliśmy to również wtedy, gdy teraźniejszość była jeszcze teraźniejszością, nie była jeszcze zanegowana, jeszcze nie zmętniała ani nie pogrążyła się w półmroku, bo inaczej nie moglibyśmy opatrzyć jej datą, a przecież możemy, och tak, zazwyczaj wszystko potem opatrujemy datami z zatrważającą precyzją: „To było w dniu, kiedy...” mówimy lub wspominamy, jak robią ludzie w powieściach (które zawsze zmierzają do konkretnego momentu: wyznacza to ich fabuła, ona to dyktuje; chociaż nie wszystkie powieści znają swoje zakończenie), czasami gdy jesteśmy sami, innym razem w czyimś towarzystwie, dwie osoby przypominają sobie na głos: „To tamte słowa, które rzuciłaś mimochodem w swoje urodziny, obudziły moją czujność albo zapoczątkowały moje oddalanie”. „Twoja reakcja mnie rozczarowała, kazała mi się zastanowić, czy nie myliłam się co do ciebie, ale to by znaczyło, że myliłam się przez długie lata, może się zatem zmieniłeś”. „Nie znosiłem twoich ciągłych pretensji, były takie niesłuszne, że zastanawiałem się, czy nie są dla ciebie tylko pretekstem, najlepszym sposobem, żeby mnie zmrozić; i rzeczywiście poczułem się zmrożony”. Tak, zazwyczaj wiemy, kiedy coś się rozpada, psuje lub zaczyna nas nużyć. Zawsze jednak mamy nadzieję, że się sklei, naprawi albo nabierze wigoru - czasami samo z siebie, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki — i że nie potwierdzi się to, co wiemy; albo jeśli widzimy, że sprawa jest dużo prostsza i że nudzi, nie podoba się albo odpycha coś, co mamy w sobie, podejmujemy wówczas dobrowolne próby, żeby się zmienić. Te próby podejmujemy jednak teoretycznie i bez przekonania. W rzeczywistości wiemy, że nam się nie uda, albo że sprawy nie zależą już od tego, co zrobimy i czego nie zrobimy. To samo uczucie mieli starożytni, gdy przywoływali w mowie lub w myśli zdanie zapomniane

już, a raczej poniechane w naszych czasach: „Kości zostały rzucone”. I choć to zdanie zostało niemal zanegowane, takie uczucie wciąż się pojawia, znamy je. „Nic już na to nie można poradzić”, tak faktycznie mówię sobie czasami. Przy wejściu do hipermarketu albo supermarketu, albo pseudomarketu, w którym Luisa robiła zakupy, koczowała przez kilka dni bardzo młoda kobieta, nie tylko była młoda, była też cudzoziemką i matką, i to podwójnie: miała dwoje dzieci, jedno kilkumiesięczne w zdezelowanym wózku i drugie starsze, ale też bardzo małe, dwu- albo trzyletnie (na tyle je oceniała Luisa, zauważyła, że pod krótkimi spodenkami nosiło jeszcze pieluchę), które pilnowało wózka niczym żołnierz, maleńki pretorianin bez broni; i ta młoda kobieta nie tylko była Rumunką czy Boś-niaczką, a może Węgierką - choć to akurat najmniej prawdopodobne, nie ma ich dużo w Hiszpanii - lecz przede wszystkim wyglądała na Cygankę. Nie mogła mieć więcej niż dwadzieścia lat i kiedy tam żebrała (nie każdego dnia, a może Luisa nie zawsze się na nią natykała), zawsze towarzyszyły jej dzieci, nie tyle, żeby wzbudzić większe współczucie — jak tłumaczyła sobie Luisa — ile dlatego, że najpewniej nie miała ich z kim zostawić. Dzieci były jej częścią, tak samo jak ramiona. Stanowiły jej przedłużenie, były z nią, tak samo jak pies był bez łapy wedle wizji Alana Marriotta, kiedy ten zdecydował połączyć w wyobraźni swojego psa i tamtą inną młodą Cygankę i razem objawili mu się jako przerażająca para. Całymi godzinami Rumunka tkwiła przy wejściu do hipermarketu, chwilami przysiadała na schodkach i siedząc, kołysała stojący na chodniku wózek, a starsze dziecko stało na warcie. Luisa zwróciła na nią uwagę nie z powodu tego tableau vivant, obrazu dość w każdym razie skutecznego i powszechnego, mimo że dziś zabrania się udziału dzieci w żebraniu. Luisa nie należy do osób, które nad wszystkimi się litują, ja też nie. A może i należymy, tak czy owak nie do tego stopnia, by zaraz sięgać do torebki, a w moim przypadku do kieszeni, ilekroć napotkamy na swojej drodze biedaka, nie moglibyśmy pozwolić sobie na taki wydatek w Madrycie, za mało się tu zarabia, a nasze nonszalanckie i bezduszne władze przenoszą wciąż do dużego miasta i wypuszczają beztrosko na ulice kolejne fale nielegalnych imigrantów, którzy nie znają języka, kraju ani jego zwyczajów - ludzi, którzy dostali się tu przez Andaluzję albo Wyspy Kanaryjskie, albo przez Katalonię i Baleary, jeśli pochodzą ze Wschodu, urzędnicy nie wiedzą nawet, dokąd

odesłać ich z powrotem i mają się w nim jakoś urządzić bez papierów i bez pieniędzy, stale powiększającą się liczbę biedaków, w dodatku biedaków zbitych z tropu, zdezorientowanych, zagubionych, zabłąkanych, mówiących w niezrozumiałym języku, bezimiennych. Luisa zatem na tę grupkę, jedną z wielu podobnych, zwróciła uwagę nie dlatego, że wzbudziła w niej jakieś szczególne współczucie: dostrzegła każdą osobę oddzielnie, jej uwagę zwróciła piękna młoda Bośniaczka i maleńki wartownik, chcę przez to powiedzieć, że zobaczyła ich jako ich, nie wydali jej się nierozróżnialni ani wymienialni jako obiekty współczucia, zobaczyła ludzi niezależnie od ich kondycji, funkcji i potrzeb, potrzeb oczywiście wielkich i rozpowszechnionych. Nie dostrzegła jakiejś biednej matki z dziećmi, lecz tamtą konkretną matkę z tamtymi konkretnymi dziećmi, szczególnie z tym starszym. „Ma bardzo żywą i bystrą twarzyczkę”, powiedziała o malcu. „Najbardziej mnie wzrusza jego gotowość do pomocy, do opiekowania się braciszkiem, do bycia przydatnym. Ten malec nie chce być ciężarem, chociaż nic na to nie może poradzić i musi nim być, sam jeszcze nie potrafi o siebie zadbać. Taki mały, a już chce uczestniczyć, współpracować, jest taki opiekuńczy wobec niemowlęcia i tak uważa na to, co może się zdarzyć, i na to, co się dzieje. Spędza tam wiele godzin, nie ma czym się zająć, chodzi do góry i na dół po schodkach, pohuśta się chwilę na poręczy, stara się kołysać wózek, ale brak mu siły. Takie ma głównie rozrywki. Ale nie oddala się nigdy od matki, nie, nie brak mu żyłki awanturnika (wygląda na bardzo bystrego), ale jakby wiedział, że przysporzyłby jej dodatkowego zmartwienia, a przecież widać, że stara się pomóc matce jak może, jak potrafi, a potrafi niewiele. Czasami gładzi młodą kobietę i braciszka po policzkach. Rozgląda się wokół, na wszystkie strony, jest bardzo czujny, na pewno nic nie umyka jego bystremu spojrzeniu, żaden przechodzień, a niektórych, widzianych raz i drugi, rozpoznaje, na przykład mnie. Przykro mi się robi, jak widzę takie odpowiedzialne zachowanie, taką gorliwość, gotowość pomocy, tę wielką chęć bycia przydatnym. Jeszcze na to za wcześnie”. Umilkła na chwilę, a potem dodała: „Sam popatrz, jakie to absurdalne. Jest na świecie ledwie kilka chwil, a już przepełniają go troski, których nawet nie rozumie. Może dlatego nie czuje ich ciężaru, wygląda na radosnego i matka bardzo go kocha. Ale to pewnie niesprawiedliwe, nie mówiąc już o tym, że absurdalne”. Zamyśliła się na kilka sekund, gładząc się obiema dłońmi po kolanie, wcześniej przysiadła

na sofie po mojej prawej stronie, dopiero co wróciła do domu i jeszcze nawet nie zdjęła płaszcza, obok na podłodze stały torby z zakupami, nie poszła wprost do kuchni. Zawsze podobały mi się jej kolana, w rajstopach i bez rajstop, na szczęście nosiła zazwyczaj spódnice, więc mogłem je oglądać bez przeszkód. Potem powiedziała: „Przypomina mi trochę Guillerma, kiedy był taki malutki. Jego też mi było szkoda, nie chodzi mi o to, że oni są biedni. Kiedy widziałam, jak niecierpliwie chce uczestniczyć w toczącym się życiu, w obowiązkach i zadaniach, jak bardzo chce się dowiedzieć wszystkiego i być pomocnym, jak zdaje sobie sprawę z moich wysiłków i trudności. I chyba bardziej intuicyjnie albo bardziej dedukcyjnie z twoich też, sam pamiętasz, chociaż mniej cię widywał”. Nie pytała mnie, przypominała mi to tylko albo potwierdzała moje wspomnienia. Ja wciąż pamiętałem, nawet w Londynie, kiedy nie widywałem syna i zaczynałem się o niego niepokoić: był bardzo cierpliwy i opiekuńczy wobec swojej siostry, często się z nią dzielił i zanadto jej ustępował, jak ktoś, kto wie, że to szlachetne i prawe, by silni zawsze ustępowali pozbawionym bezwzględności i agresywności słabszym, dziś to staromodna zasada, bo dziś silni są zazwyczaj bezduszni, a słabi despotyczni; był też opiekuńczy wobec swojej matki, a możliwe, że i wobec mnie teraz, kiedy uważał, że jestem na wygnaniu, daleko i samotny, i w jego mniemaniu lub rozumieniu osierocony, ludzie, którzy spełniają rolę tarczy, bardzo cierpią w życiu, podobnie jak wartownicy, zawsze wytężony słuch i czujne oko. I ci, którzy chcą za wszelką cenę grać czysto, nawet podczas walki, gdy w niebezpieczeństwie znajduje się ich życie albo życie niezastąpionych najdroższych im osób, bez których nie potrafią lub prawie nie potrafią żyć. „Guillermo się nie zmienił”, powiedziałem do Luisy. „Chciałbym, żeby zawsze był taki, a przecież czasami mam nadzieję, że się zmieni. W dzisiejszym świecie jest na przegranej pozycji. Sądziłem, że nauczy się bardziej pilnować swego, jak pójdzie do szkoły i tam się przekona, co mu grozi, ale lata mijają i wcale się na to nie zanosi. Bywa, że się zastanawiam, czy jestem dobrym ojcem, nie ucząc go tego, co przydatne: podstępów, wykrętów, zastraszania, przebiegłości, narzekania; i większego egoizmu. Powinno się, jak sądzę, przygotować na to własne dzieci. Ale niełatwo jest wpajać to, co przydatne, jeżeli samemu się w tym nie gustuje. Tak że on jest lepszym człowiekiem ode mnie na razie”.

„Na dodatek w jego przypadku to i tak mogło nic nie dać” odparła Luisa. I wstała jakoś w pośpiechu. „Wrócę tam, zanim sobie pójdą”. Dlatego wcześniej nie zdjęła płaszcza ani nie wypakowała zakupów, wiedziała, że nie zostanie jeszcze na dobre. „Zwykle daję tej dziewczynie kilka monet, ma tam kartonowe pudełko, dziś też wrzuciłam. Ale gdy wychodziłam, jak nigdy wcześniej poprosiła o coś jeszcze, odezwała się do mnie w takim dziwacznym, kulawym hiszpańskim, trudno rozpoznać akcent, wtrąciła też jakieś słowa po włosku. Poprosiła, żebym kupiła jej chusteczki higieniczne dla dzieci, takie wilgotne, jednorazowe, bardzo wygodne do mycia, wyciąga się po jednej z opakowania. Odmówiłam, powiedziałam, żeby sama je sobie kupiła, przecież już dostała ode mnie pieniądze. A ona na to: «Nie, pieniądze nie, pieniądze nie». W kółko o tym myślę i chyba właśnie zrozumiałam, o co jej chodziło. Pieniądze zbiera pewnie dla męża albo dla braci, albo dla ojca, czy ja wiem, dla swoich mężczyzn. Nie odważyłaby się dotknąć tych pieniędzy bez ich pozwolenia, pewnie sama nie może decydować o najdrobniejszym wydatku, wszystko musi im oddać, a oni potem decydują, co kupić, pewnie pamiętając najpierw o własnych potrzebach. Chusteczki dla dzieci uznaliby za zbyteczne, za kaprys, nie daliby na nie pieniędzy, niech dziewczyna radzi sobie inaczej. A ja wiem przecież, że się przydadzą, te dzieci spędzają tam wiele godzin, będą miały odparzoną skórę, jeśli na czas ich nie umyje. Chyba pójdę i kupię jej te chusteczki. Nie wpadłam wcześniej na to, że ona nie rozporządza zarobionymi pieniędzmi, nie ma dla siebie ani centyma, dlatego poprosiła o konkretną rzecz, nic jej po pieniądzach. Zaraz wracam”. Kiedy wróciła, zdjęła płaszcz. Zdążyłem do tego czasu rozpakować i porozkładać zakupy. „I co? Byli jeszcze?”, zapytałem dość już zaciekawiony. „Tak, pewnie tkwią tam aż do zamknięcia sklepu. Weszłam, kupiłam chusteczki i dałam jej. Nie wyobrażasz sobie, jak się ucieszyła i jaka była wdzięczna. To znaczy ta dziewczyna zawsze jest wdzięczna, uśmiecha się, ilekroć daję jej drobne. Ale tym razem było inaczej, dostała coś dla siebie, do swojego użytku i dla dzieci, nie chodziło o zwykły datek, wszystkie pieniądze są takie same, jedna moneta nie różni się od drugiej. Ten starszy malec też bardzo się ucieszył, widząc, że mama się cieszy. Miał taką

uroczystą minę, choć nie mógł przecież wiele rozumieć. Jest naprawdę pocieszny, a jaki bystry, nic mu nie umyka. Jeżeli życie nie da mu bardzo w kość, będzie z niego wielki optymista. Oby mu się poszczęściło”. Wiedziałem, że Luisa zaangażowała się z powodu tej prośby, na którą odpowiedziała z opóźnieniem, a więc po namyśle. Nie była uwikłana ani zaplątana, lecz zaangażowana. Ilekroć pójdzie do supermarketu i zobaczy znowu młodą Węgierkę i jej maleńkiego optymistę, zastanowi się, czy jednorazowe chusteczki już się nie skończyły, bo przecież dzieci wciąż się brudzą i jeszcze długo będą ich potrzebować. A jeżeli nie zastanie dziewczyny, zastanowi się, gdzie jest, gdzie są oni wszyscy, nie do tego jednak stopnia, żeby się niepokoić albo rozpytywać (Luisa nie jest ekshibicjonistką, nawet wobec samej siebie, nie wtrąca się także w życie innych ludzi). Ale ja to wiedziałem, bo od tamtej chwili sam kilka razy zastanowiłem się, gdzie mogą być, a przecież nigdy ich nawet nie widziałem i oczekiwałem, że żona mi powie, jeżeli któregoś dnia dowie się czegoś nowego w tej sprawie. Kilka tygodni później, kiedy wszyscy z lubością oddawali się zakupom przed zbliżającym się wielkimi krokami Bożym Narodzeniem, opowiedziała mi, że rumuńska matka znowu ją o coś poprosiła. „Dzień dobry, carina " tak odezwała się do niej dziewczyna, co kazało nam przypuszczać, że przed przyjazdem do Hiszpanii musiała się błąkać po Włoszech, skąd została pewnie bezceremonialnie wydalona przez brutalne, ksenofobiczne władze pseudolombardzkie, jeszcze bardziej grubiańskie i prostackie niż nasze pełne pogardy dla ludzi władze pseudomadryckie. „Jeżeli nie chcesz, powiesz nie, ale ja cię proszę jedna rzecz”, taki był jej uprzejmy wstęp, uprzejmość polega po części na stwierdzeniu tego, co oczywiste, to nigdy nie zawadzi, gdy taki nam przyświeca cel. „Mały chce ciasto. Ja nie mogę mu kupić. Ty możesz? Jeżeli chcesz? Jest tam, detralangolo " i wskazała w stronę rogu ulicy, Luisa od razu zrozumiała, który sklep ma na myśli, dobrą i drogą cukiernię, gdzie sama często robiła zakupy. „Jeżeli nie chcesz, nie”, powtórzyła dziewczyna jakby świadoma tego, że chodzi o zwykły kaprys. Warto było jednak poprosić, bo to kaprys synka. „Tym razem mały na pewno wszystko zrozumiał”, opowiedziała Luisa. „Przekazywała coś, czego pragnął, i on to wiedział. No cóż, niepewność na

jego twarzy nie zostawiała cienia wątpliwości, biedak wstrzymał oddech w oczekiwaniu na moje tak lub nie, oczy miał jak spodki”. (Jak podsądny w oczekiwaniu na werdykt, pomyślałem, nie przerywając jej. Ale podsądny optymistyczny). „Tak czy inaczej nie wiedziałam, co dokładnie ma na myśli, mówiąc «ciasto», poza tym sprawiali wrażenie, że dobrze wiedzą, o jakie konkretnie im chodzi, i chcą właśnie to, a nie inne, tak więc wszyscy razem, we czwórkę, musieliśmy pójść do cukierni, żeby mi to ciasto pokazali. Weszłam pierwsza, żeby ludzie w cukierni widzieli, że reszta jest ze mną, a i tak wielu klientów instynktownie odsunęło się z obrzydzeniem, rozstąpili się, jakby bali się czymś zarazić, myślę, że ona nie zdała sobie z tego sprawy albo zdążyła się przyzwyczaić i takie rzeczy nie robią już na niej wrażenia w przeciwieństwie do mnie. Chłopiec bardzo podniecony wskazał na ciasto za szybą, niewielki tort urodzinowy, a dziewczyna skinęła głową na potwierdzenie. Wtedy powiedziałam im, żeby wracali we trójkę na swoje schodki — w cukierni był tłok, a my weszliśmy tam z wózkiem — ja tymczasem zaczekam na swoją kolej, kupię tort, każę sobie zapakować, a potem im przyniosę. W cukierni zeszło mi z piętnaście minut albo coś koło tego, a kiedy wyszłam zza rogu z pakunkiem w ręce, roześmiałam się na widok malca, który z wyrazem potwornego napięcia na twarzy wpatrywał się w narożnik ulicy, jestem pewna, że odkąd wrócił na swoje stanowisko, ani na sekundę nie spuścił tego miejsca z oka w oczekiwaniu na mój powrót ze skarbem: jakby w myślach cały ten czas biegał z czystej niecierpliwości, z niepokoju. Ten jeden raz oddalił się od matki i ruszył mi pędem na spotkanie, mimo że krzyknęła za nim: «Nie, Emil! Wracaj, Emil!». Biegał wokół mnie jak mały psiak”. Luisa wspominała z uśmiechem, rozbawiona tym wspomnieniem. Potem dodała: „I to wszystko”. „Skoro spełniłaś jej prośbę, nie będzie teraz ciągle cię o coś nagabywać?”, zapytałem. „Nie, nie wygląda na naciągaczkę. Od czasu chusteczek higienicznych spotkałam ją kilka razy i do dzisiaj o nic konkretnego mnie nie poprosiła. Któregoś dnia widziałam jej mężczyzn, kręcili się tutaj, przypuszczam, że jeden jest jej mężem, chociaż żaden nie zachowywał się jakoś szczególnie wobec niej i dzieci. To mogli być jej bracia albo kuzyni, albo wujowie, rodzina, stali obok niej we czterech czy pięciu i o czymś żywo rozmawiali, ona była z tej rozmowy wyłączona, i zaraz sobie poszli”.

„Pewnie jakaś mafia, przeprowadzają inspekcje, pilnują, żeby inni żebracy nie weszli w ich rewir. Wielu płaci za dobre miejsce, jakby płacili za wynajem, nawet w żebraniu jest konkurencja. A miejsce tej dziewczyny nie jest złe, nie utrzymałaby się tam bez ochrony. Jacy byli ci mężczyźni?” „Typy spod ciemnej gwiazdy. Obawiam się, że w ich przypadku ja też bym się odsunęła, żeby się czymś nie zarazić. Paskudne mordy. Naburmuszeni. Apodyktyczni. Aroganccy. Brudni. I wszyscy z telefonami komórkowymi i z sygnetami na palcach. Kilku nosiło kamizelki”. Aha, pomyślałem, reakcja innych klientów w cukierni naprawdę zrobiła na niej wrażenie, będzie o niej pamiętać, gdy następnym razem zajdzie tam sama albo z naszymi nie znającymi biedy ani żebrania dziećmi: dotknęła ją ta reakcja do żywego. Jest zaangażowana. Ale to nie jest ani nie będzie nic poważnego. Ja także jestem zaangażowany, na pewno. Przekonałem się o tym w Londynie. Bo nawet tam, z dala od Luisy i od naszych dzieci, nachodziła mnie niekiedy myśl o młodej Bośniaczce i jej dwóch chłopcach, odpowiedzialnym małym optymiście bezpaństwowcu i jego braciszku w zdezelowanym wózku, mimo że sam nigdy ich nie widziałem ani nie słyszałem, znałem ich tylko z opowiadań Luisy. Nie zastanawiałem się, jak im się wiedzie, czy im się poszczęściło, lecz przede wszystkim - może to dziwne, a może nie — zadawałem sobie pytanie, czy są jeszcze na świecie, jakby to był konieczny warunek, żeby poświęcić im krótką, ulotną myśl bez konkretnej treści. A przecież tak nie było: choćby odeszli już z tego świata z powodu jakiegoś nieszczęścia albo okropnej pomyłki, na skutek jakiejś niesprawiedliwości lub wypadku czy morderstwa, to stali się już jedną z historii, które usłyszałem i dołączyłem do swoich, byli jednym z gromadzonych przeze mnie obrazów, mamy nieskończoną zdolność przyswajania takich obrazów (wszystkie się dodaje, żadnego nie odejmuje), prawdziwych i wymyślonych, jak to, co oparte na faktach i co nieprawdziwe, stale narażamy się na nowe historie i na kolejny milion zdarzeń, i na wspominanie istot, których nigdy nie było, nie postawiły stopy na ziemi ani nie przemierzyły świata, a jeśli nawet przezeń przemknęły, to są już prawie bezpieczne w swej własnej błogosławionej nieważności albo w błogiej o nich niepamięci. Mały Emil przypomniał kiedyś Luisie naszego Guillerma z dawnych lat, gdy ten był dwu- albo trzyletnim dzieckiem, teraz natomiast

nasz starszy już syn przypominał mi lub nam - zawsze przecież myślimy o dzieciach — o malutkim nieważnym Węgrze, podczas gdy ten podjął pewnie dalszą drogę i w narzuconym mu życiu nomady wyjechał do innego kraju albo nawet nie istniał już w czasie, wyrzucony wcześnie poza jego nawias na skutek jakiegoś niefortunnego zdarzenia bądź spotkania, jak często przytrafia się ludziom, którym spieszno, by uczestniczyć w świecie, w jego zadaniach, dobrodziejstwach i strapieniach. Niekiedy więc budziłem się w środku nocy, albo tak sądziłem, zlany potem czasami i niespokojny zawsze, i wciąż we śnie lub wydobywając się ze snu niezdarnie i z opóźnieniem, zadawałem sobie pytanie: czy są jeszcze na świecie? Czy moje dzieci są jeszcze na świecie? Co się z nimi dzieje tej odległej nocy, w tej właśnie chwili, w przestrzeni dawniej mojej, co się z nimi dzieje właśnie teraz? Nie mogę się tego dowiedzieć, nie mogę wejść do ich pokojów, żeby sprawdzić, czy wciąż oddychają, czy pojękują przez sen, czy telefon dzwonił, żeby mnie zawiadomić o czymś złym, czy rozbrzmiał tylko w moim mętnym śnie? Czy miał mnie zawiadomić, że już ich nie ma, zostali wyrzuceni poza czas, co mogło się stać? Jak mogę być pewien, że w tej właśnie chwili Luisa nie wybiera mego numeru, by powiedzieć mi o tragedii, którą przeczułem? A może z płaczu nie mogłaby mówić i to ja powiedziałbym do niej: „Cicho, uspokój się, powiedz mi, co się stało, wszystko będzie dobrze”. Ale ona nigdy by się nie uspokoiła ani nie umiałaby mi tego wytłumaczyć, bo są rzeczy, których nie da się wytłumaczyć, ani nie ma na nie rady, są smutki, których nigdy nic nie ukoi. I kiedy sam powoli się uspokajałem - kark uparcie wilgotny od potu - i docierało do mnie, że to wszystko z powodu odległości i lęku, i snu, i przekleństwa niewidzenia -kark nigdy nie widzi, nie widzą też oczy na wygnaniu - wtedy za sprawą skojarzenia pojawiło się to drugie pytanie, niepotrzebne, znośne: czy te rumuńskie dzieci ze schodków przed supermarketem są jeszcze na świecie, czy jest na świecie ich młoda matka Cyganka? Nie mogę się tego dowiedzieć i w gruncie rzeczy to mnie nie dotyczy. Na pewno nie dowiem się dzisiejszej nocy, a jutro zapomnę spytać o to Luisę, jeżeli zadzwoni akurat do mnie albo ja do niej (to nie jest umówiony termin), bo za dnia już nie będzie mnie tak obchodzić, czy ona wie, co się z nimi stało, nie tutaj, w dalekim Londynie, czyli tu, gdzie jestem, tak, teraz sobie przypominam, teraz pojmuję, to okno i to niebo, to falujące gwizdanie wiatru, ten ożywiony szum drzew, który nigdy nie jest apatyczny i ospały jak

szum rzeki, to ja wyjechałem do innego kraju, nie tamten maluch (może nadal wędruje po moich ulicach), za kilka godzin pójdę do pracy w tym mieście i Tupra będzie tam na mnie czekał, Bertram Tupra nigdy nie ma dosyć, zawsze czeka nienasycony, uważa, że nic nie przekracza ludzkich możliwości, zawsze chce od nas więcej i więcej, ode mnie, od Mulryana i od Perez Nuix, i od Rendela, i od każdej z nowych twarzy, które mogą się pojawić u jego boku jutro, łącznie z naszymi, gdy będą już nie do poznania, bo staną się takie zdradzieckie albo takie zużyte. Proszenie, proszenie, prawie nikt go sobie nie odmawia, prawie wszyscy podejmują próbę, któż tego nie robi: możliwe, że spotkam się z odmową - tak myśli sobie każdy, nawet ten, kto nie myśli - ale jeśli nie poproszę, nic nie dostanę, mam to jak w banku; poproszę, nie mam nic do stracenia, jeżeli tylko nie będę robić sobie zbyt wielkich nadziei. I ja tu jestem w wyniku prośby, początkowo, po części, myślałem w swoim londyńskim półśnie, to Luisa poprosiła, żebym odszedł, ustąpił pola, wyprowadził się z domu i ułatwił jej sytuację, i zostawił wolną drogę komuś, kto będzie mógł przyjść, bo w ten sposób wszystko stanie się bardziej klarowne dla nas obojga, nie będziemy sobie nawzajem przeszkadzać. Spełniłem jej prośbę, dostosowałem się, wysłuchałem jej: odszedłem i wyruszyłem, usunąłem się i szedłem, aż dotarłem tutaj i jeszcze nie wracam. Nawet nie wiem, czy już zakończyłem ten marsz. Może nie wrócę, może nigdy nie wrócę, chyba że pojawi się inna prośba, na przykład taka: „Przyjedź, wcześniej tak bardzo się myliłam. Zajmij znowu miejsce przy mym boku, nie potrafiłam wcześniej wyraźnie cię zobaczyć. Chodź. Chodź do mnie. Wróć. I zostań na zawsze”. Ale minęła kolejna noc, a ja wciąż takiej prośby nie słyszę.

Młoda Perez Nuix też chciała o coś poprosić, długo się wcześniej wahając, czy to zrobić. Chciała czegoś, może czegoś, na co nie zasługiwała, wziąwszy pod uwagę, jak długo szła za mną niezdecydowana, czy podejść, w ulewnym wieczornym deszczu, w dodatku ciągnąc przemoczonego i pozbawionego osłony przed deszczem psa albo sama ciągnięta przez niego. Nie musiałem się nad tym zastanawiać, ja to wiedziałem, gdy rozpoznałem jej głos w domofonie i otworzyłem z góry drzwi na dole, żeby mogła wejść i porozmawiać ze mną, tak jak zapowiedziała, „Wiem, że jest trochę późno, ale muszę z tobą porozmawiać, zajmę ci tylko chwilę” (powiedziała to w moim języku i nazwała mnie Jaime: tak samo jak zrobiłaby Luisa, gdyby to ona przyszła). Wiedziałem to, gdy słyszałem, jak wchodzi niespiesznie stopień po stopniu z przemoczonym pointerem i jak pies otrząsa się z wody, nareszcie pod dachem i nareszcie skutecznie (niezrozumiałe w swym uporze niebo już go ponownie nie zmoczy): przystawała na fałszywych podestach czy też maleńkich zakolach moich schodów bez narożników albo stale zaokrąglonych, przykrytych wykładziną dywanową jak niemal wszystkie angielskie schody, dzięki temu wsiąka w nie woda, wszyscy się na nich otrzepujemy, tyle tu deszczowych dni i jeszcze więcej deszczowych nocy; słyszałem też, jak Perez Nuix przecina powietrze zamkniętym parasolem, parasol już nie skrywał jej twarzy, możliwe, że wykorzystywała każdy krótki przystanek i każde otrząsanie się psa, żeby przejrzeć się szybko w lusterku — oczy, brodę, skórę albo usta - i poprawić włosy, włosy zawsze nasiąkają wilgocią mimo nakrycia głowy (nie widziałem wcześniej, czy przykrywał je kapelusz, chustka, czapka czy przekrzywiony na jedną stronę nudny beret, nigdy chyba nie widziałem jej głowy poza biurem i poza naszym budynkiem bez nazwy). Wiedziałem to już wówczas, gdy jeszcze nie wiedziałem, że to ona ani kim jest, kiedy była po prostu jakąś kobietą, obcą lub wyrachowaną, zagubioną lub ekscentryczną, bezradną lub niewidomą na pustych ulicach, w płaszczu, w wysokich butach i z tym przyjemnym udem, które mignęło mi w pewnej chwili (a może był to tylko wytwór mojej wyobraźni, niepoprawne desideratum całego życia, ugruntowane od wczesnej młodości, które nigdy nie słabnie ani, jak obserwuję, nigdy nie mija), kiedy się nachyliła, by pogłaskać psa i szepnąć mu coś do ucha. Niech to ona do mnie podejdzie, pomyślałem wówczas, zatrzymując się nagle, odwracając i patrząc w jej stronę, jeżeli czegoś ode mnie chce albo jeżeli za mną idzie. To jej problem. Z jakiejś przyczyny za mną szła albo wciąż jeszcze idzie, na pewno nie

dlatego, żeby nie porozmawiać. I faktycznie był po temu powód, chciała ze mną porozmawiać i o coś poprosić. Spojrzałem na zegarek, rozejrzałem się po mieszkaniu, czy nie ma nadmiernego nieporządku, aczkolwiek nigdy nie miewałem u siebie bałaganu (ale właśnie dlatego my, porządniccy, sprawdzamy porządek, ilekroć ktoś przychodzi do nas z wizytą). Jak na Anglię było rzeczywiście trochę późno, nie było późno jak na Hiszpanię — tam wiele osób dopiero wybiera się na kolację albo zastanawia nad wyborem restauracji, w Madrycie noc dopiero się zaczyna, a Nuix była półkrwi Hiszpanką, może trochę mniej - Luisa mogła właśnie wychodzić z domu, żeby spędzić długą noc ze swoim domniemanym adoratorem bon-vivantem, którego nic nie obchodziły moje dzieci ani nie chciał wejść dalej niż za próg (ani też - szczęśliwie - zająć mego miejsca). To jej problem, pomyślałem sobie wówczas pod niekończącymi się włóczniami deszczu i teraz pomyślałem ponownie, stojąc w otwartych drzwiach w oczekiwaniu na jej nadejście, trochę dyszała, idąc po schodach, miała już za sobą długi spacer, słyszałem, jak dyszeli oboje, ona też, nie tylko pies, kilka chwil wcześniej sam też dyszałem na schodach i potem na górze — dwie minuty na wyrównanie oddechu - ja również przeszedłem wcześniej kawał drogi przez place i pustymi ulicami, i obok pomników. To jej problem, myślimy błędnie lub połowicznie, to jego problem, gdy ktoś szykuje się, żeby o coś nas poprosić. To także mój problem, powinniśmy zawsze dodać albo, powiedzmy, załączyć. To będzie bez wątpienia mój problem od chwili, kiedy prośba wyjdzie z jej ust, z jej gardła, od chwili, kiedy ja ją usłyszę. Kiedy oboje już ją usłyszymy, bo wtedy proszący wie, że jego prośba poszybowała w powietrzu i nie można jej zignorować, ponieważ znalazłszy się w powietrzu, dotarła do swego przeznaczenia.

Na początku młoda Perez Nuix mówiła bez ustanku, wypełniła sobą powietrze — to taka forma odwleczenia tego, co naprawdę chce się powiedzieć — równocześnie zdejmowała płaszcz, podała mi parasol, jakby oddawała mi swój miecz, i pytała, co zrobić z psem, który jeszcze strzepywał z siebie pojedyncze krople wody. — Może zaprowadzę go do kuchni? — zapytała. — Inaczej wszystko ci zamoczy. Spojrzałem na nieszczęsnego pointera, nie wyglądał na psa, który kiedykolwiek się sprzeciwia. - Nie, zostaw go. Należy mu się trochę szacunku. Będzie mu raźniej z nami. Szybciej wyschnie na wykładzinie, tak czy owak jest już bardzo batallada. — Od razu zdałem sobie sprawę, że użyłem dziwacznego wyrażenia, ni to hiszpańskiego, ni to będącego adaptacją jakiegoś wyrażenia angielskiego, możliwe, że oba te języki nie tyle zaczynały mi się mylić, ile zaczynały mnie zawodzić, bo prawie ciągle mówiłem po angielsku, a będąc sam, myślałem po hiszpańsku. Być może traciłem swoje umocowanie i w jednym, i w drugim, nie byłem przecież dwujęzyczny od dzieciństwa jak Perez Nuix. Dodałem: - Mam na myśli, że jest bardzo sufrida. - Wcale nie byłem pewien, czy to właściwe słowo, moja matka używała go w innym znaczeniu, odnosząc je raczej do wyblakłego koloru jakiejś materii, a nie jej zużycia. Matka mówiła świetną hiszpańszczyzną, dużo lepszą niż moja, bardzo zanieczyszczona. Powiedziałem tylko tyle, gdy tymczasem mój gość przepraszał: wybacz, że przychodzę o tak późnej porze, wybacz, że bez uprzedzenia, wybacz, że jestem cała mokra i w dodatku mam ze sobą jeszcze bardziej mokrego psa, musiałam go wyprowadzić, bądź tak miły i daj mi jakiś ręcznik, spokojnie, to dla mnie, nie dla psa, czy nie będzie ci przeszkadzać, jeśli zdejmę na chwilę botki, są niby nieprzemakalne, ale na taki deszcz nie ma mocnych, przemarzły mi stopy. Powiedziała to w potoku innych słów, lecz nie zdjęła butów — może taka pozostałość oględności - rozpięła w nich tylko suwaki, a po chwili znowu je zapięła, właściwie trochę się nimi bawiła, raz przesuwając je w dół, raz do góry, ze dwa razy w mojej obecności, cały czas siedząc, bo wcześniej zmusiłem ją, by usiadła, gdy sam poszedłem do kuchni,

żeby zostawić tam niepotrzebne jej teraz części garderoby obok moich, już wyschniętych, wcześniej spędziłem przecież jakiś czas, wyglądając przez okno, a ona, kiedy już zobaczyła, gdzie mieszkam, długo nie mogła się zdecydować, co zrobić, to znaczy nie mogła się zdecydować, czy nacisnąć dzwonek i dać się rozpoznać bez podawania imienia. Prawdę mówiąc, trudno mi było uwierzyć, że pracując tam, gdzie oboje pracowaliśmy, i mając pod ręką archiwum, nie znała wcześniej mojego adresu, mogła była poczekać pod domem bez konieczności śledzenia mnie tak długo w ten nieprzyjemny wieczór, a jeszcze wygodniej byłoby poczekać w holu hotelu naprzeciwko, widziałaby stamtąd, że wracam, albo zauważyłaby zapalone światło (jakkolwiek kiedy mnie nie ma, zawsze w mieszkaniu pali się jakieś światło, za dnia i w nocy) i przeszłaby wtedy przez plac, specjalnie nawet nie moknąc. Zapytałem, czy się czegoś napije, czegoś gorącego, alkoholu, wody, nic na razie nie chciała, zapaliła papierosa, w naszym biurze mimo zakazu paliliśmy wszyscy z wyjątkiem Mulryana, który usiłował rzucić, nadal szybko i dużo mówiła, żeby nie przejść do rzeczy albo do tej jednej sprawy, którą winna mi była powiedzieć, co za wieczór, jakby miało padać do końca świata, nie, tak nie powiedziała, powiedziała coś podobnego, lecz równie trywialnego, jeżeli ktoś udaje, że w jego niezwyczajnym zachowaniu nie ma nic niezwyczajnego, może się zdarzyć, że to zachowanie w końcu wcale nie wyda się niezwyczajne, ta banalna sztuczka odnosi skutek w przypadku sennej lub biernej większości, nie ma to jak być bezwstydnie bezczelnym, lecz ani ona, ani ja, ani Tupra, ani Wheeler nie należeliśmy do większości, my nie wypuszczaliśmy zdobyczy z rąk ani nie dawaliśmy się skołować, nigdy nie traciliśmy wątku ani naszych celów z pola widzenia, traciliśmy tylko częściowo albo na pozór. Dopiero po dłuższej chwili założyła nogę na nogę, jakby niezdecydowanie względem suwaków w botkach było możliwe tylko przy nogach ułożonych równolegle i zgiętych pod kątem prostym, nie wytarła nóg ręcznikiem, który szybko jej podałem (miała na sobie przydymione rajstopy, nie ciemne ani nie przezroczyste, dostrzegłem zaciągniętą nitkę, pójdzie od niej oczko, chociaż to były grube zimowe rajstopy), lecz użyła go do twarzy, rąk, szyi, karku, tym razem nie wytarła się z obu boków ani na piersiach, ani pod pachami, żadna z tych części ciała nie była widoczna. Udo było tym samym, które wcześniej dostrzegłem z daleka, gdy na ulicy rozchyliły jej się poły płaszcza, tyle tylko że teraz mogłem widzieć oba uda jako całość, jak widzi się je zazwyczaj miałem dobry pretekst, spoglądając na leżącego przy jej nogach psa, a jeszcze lepszy, gdy

nachylałem się, żeby psa pogłaskać przypomniało mi się, jak u Wheelera podczas bufetowej kolacji De la Garza skulił się na pufie do rozmiarów krasnoludka by przyjrzeć się pozbawionym kompleksów udom Beryl Tupry pod minispódniczką (aczkolwiek trudno powiedzieć, że „pod”, raczej „poza” minispódniczką, a może wcale nie na jej uda wtedy czatował). Spódnica Perez Nuix nie była taka krótka czy też nie bardzo krótka, jakkolwiek trochę albo dość znacznie podjeżdżała w górę przy siadaniu; tak czy owak ja nie posunąłbym się do takich szczeniackich sztuczek, gapienie się nie jest zasadniczo w moim stylu, a przynajmniej nie z jakąś ukrytą intencją, a tu by taka była - być może to resztka oględności z mojej strony. - Co za wieczór, jakby miało padać do końca świata — powtórzyła to zdanie albo jakiś jego bardziej prozaiczny wariant, co oznaczało, że wyczerpały jej się wszelkie wstępy i manewry kierujące uwagę w inną stronę, a także obliczone na zwłokę bawienie się suwakami (były podciągnięte, choć nie do końca) i ręcznikiem, ręcznik nadal trzymała w ręce opartej na sofie, ściskała go, jak ściska się użytą już raz chusteczkę do nosa, która w każdej chwili może znowu okazać się potrzebna, kiedy się kicha raz za razem, nigdy nie wiadomo, czy jeszcze jest jakaś w zapasie. Nogi miała bardzo odsłonięte, musiała być świadoma, jak bardzo, ale jej zachowanie wcale na to nie wskazywało — nie było oczywiste, a gdy coś nie jest oczywiste, zawsze nabieramy wątpliwości, choćby wszystko wydawało się jasne. Jest w tym względzie bardzo inteligentna, pomyślałem. Na tyle inteligentna, że nie może nie być świadoma tego, co pokazuje, a równocześnie jej całkowita naturalność - nie jest nieskromna ani nie jest ekshibicjonistką — przeczy tej świadomości, przeczy nawet temu, by ów szczegół miał jakiekolwiek znaczenie, podobnie jak owego ranka w gabinecie, gdy niczym się nie przykryła przez kilka sekund - może nie bardzo, lecz wystarczająco długo - a ja wyciągnąłem z tego oczywisty wniosek, że nie spisywała mnie na straty, nie wykluczała: nic ponadto, nie zacząłem snuć planów, nie myślę, żebym był aż tak zarozumiały, jest przepaść między odczuwaniem pożądania a nieodtrąceniem kogoś, między potwierdzeniem a niewiadomą, między gotowością zrobienia czegoś a zwykłym brakiem jakiegokolwiek planu, między „tak” a „może”, między „dobrze” a „zobaczymy” albo nawet mniej niż to, czyli „no cóż” bądź „ach tak” lub czymś, co nawet nie formułuje się jako myśl, jest stanem zawieszenia, przestrzenią, pustką, nigdy tego nie brałem pod uwagę, nie przyszło mi to nawet do głowy, nawet mi przez myśl

nie przeszło. Ale w mojej pracy uczę się obawiać wszystkiego, co przechodzi przez myśl, a nawet tego, czego myśl jeszcze nie wie, bo zauważyłem, że niemal zawsze wszystko już gdzieś tam było, nim przyszło na myśl lub przebiegło przez myśl. Uczę się zatem obawiać nie tylko powziętej myśli, lecz również tego, co ją poprzedza albo jest od niej wcześniejsze i nie jest ani wizją, ani świadomością. I tak oto wszyscy jesteście swoim własnym bólem i gorączką albo możecie być, a wtedy... wtedy, kto wie, pewnego dnia możecie usłyszeć jakieś „tak” w odniesieniu do czegoś lub wypowiedziane przez kogoś, kto nie został jeszcze spisany na straty: zależnie od zagrożenia albo wrażliwości, albo niepewności, albo oczekiwanej przysługi, albo przykrości, albo zaangażowanych interesów, albo rewelacji bywa, że dokonuje się spóźnionych odkryć, czasami po zaskakującym i ciągnącym się długo na wpół lubieżnym śnie bądź na jawie po kilku schlebiających słowach, naprawdę nie trzeba koniecznie samemu być obiektem namiętności, wszystko jest jeszcze bardziej zdradzieckie: ktoś wreszcie wyraża się jasno i skupia na sobie naszą uwagę, toteż widząc tę osobę, jak mówi z taką zapalczywością i uczuciem, zaczynamy zwracać uwagę na usta, z których wypływają te refleksje, argumenty lub opowieść, i rozważamy, czy tych ust nie pocałować, któż nie doświadczył zmysłowości inteligencji, nawet głupcy są na nią podatni i wielu nieoczekiwanie jej ulega, chociaż nie umie tego nazwać ani rozpoznać. Kiedy indziej znowu uświadamiamy sobie, że już nie potrafimy obejść się bez kogoś, kto nam się wydawał jak najbardziej niekonieczny, albo że jesteśmy skłonni podjąć wszystkie kroki, aby dotrzeć do kogoś, w czyim kierunku nie wykonaliśmy ani jednego kroku przez połowę życia, bo zawsze to on albo ona brali na siebie pokonanie dystansu i dlatego byli ciągle pod ręką. Aż nagle pewnego dnia męczy ich ten wysiłek lub bierze w nich górę uraza, lub opadają z sił, lub umierają, a wtedy wpadamy w panikę i rzucamy się, żeby ich odnaleźć, miotani niepewnością i porzuciwszy wszelkie pozory czy rezerwę, znienacka stajemy się niewolnikami tych, których sami mieliśmy w niewoli, nie spytawszy ich nigdy o inne pragnienia lub wierząc, że ta niewola była jedynym, czego świadomie pragnęli. „Nigdy nie czuliście do mnie tego, co ja czułam do was, choć do tego nie dążyłam; trzymaliście mnie na dystans, nie dbając nawet o to, czy kiedykolwiek ponownie się spotkamy, wcale wam tego nie wyrzucam; ale będziecie żałować mego odejścia, będziecie żałować mojej śmierci, bo człowiekowi sprawia przyjemność i kon-tentuje go świadomość, że jest kochany”. Często cytuję te słowa lub je sobie powtarzam, zastanawiając się, czyjego odejścia będę

niespodziewanie żałował albo kto, ku swemu zaskoczeniu, będzie czuł żal po mojej śmierci; cytuję niedokładnie lub bardzo swobodnie, to pożegnalny list napisany dwieście z górą lat temu przez starą ślepą kobietę do człowieka powierzchownego, cudzoziemca, jeszcze młodego i z dobrą prezencją. Ona mnie nie spisuje na straty, nie wyklucza, ale nic ponadto, pomyślałem. Pokazuje beztrosko nogi, a robiąc to, nie spisuje mnie na straty, nic więcej, tylko tyle, to ja zwracam uwagę i mam to na względzie. W rzeczywistości to nic nie jest. Wykorzystałem wówczas powtórzenie przez nią tego samego zdania i nagłe zamilknięcie, miała świadomość, że się powtarza, i zmieszała się z tego powodu. Do niej należało wyjaśnienie, po co przyszła, lecz gdy nagle umilkła, poczułem się w obowiązku przypomnieć jej o tym. — O czym miałaś ze mną porozmawiać? O czym chcesz mówić? Po prostu to odwlekała, być może taka zwłoka jest konieczna, by doszło do jakiejkolwiek transakcji, rzadko kiedy można od razu przejść do rzeczy, nie powodując obrazy ani nie zachowując się przy tym jak jakiś mafioso lub bezceremonialny, pogardliwie traktujący ludzi multimilioner, nawet oni, jak dawni władcy, przestrzegają swoich ceremoniałów (kiedyś zauważył to i podkreślił pewien słynny, pogrążony w rozmyślaniach szekspirowski król), a przynajmniej przestrzegali ich ci ze starej szkoły niezależnie od tego, czy byli Włochami, jakkolwiek z tego, co wiem i miałem okazję zauważyć w Londynie, dzisiejsi już dużo częściej się bez ceremoniałów obywają. Odwlekała wyjaśnienia, w żadnej mierze jednak nie zamierzała przed nimi uciec, zrobiwszy już tak wiele kroków, nie zamierzała się wycofać, przyszła do mnie bez uprzedzenia, nocą, mimo że widzieliśmy się kilka godzin wcześniej i że za kilka godzin miała mnie zobaczyć znowu w pracy, musiała zatem zostawić swe nieuniknione wątpliwości na ulicy w strugach deszczu, odpędzić je raz na zawsze w chwili, gdy przycisnęła wreszcie mój dzwonek i wymówiła jedno z moich imion, Jaime. Nie wydawało się także, by to leżało w jej charakterze: wahanie owszem, i to długie - a może raczej namysł albo długie oswajanie się z czymś, co nieuchronne, albo z podjętą już decyzją, a może kondensacja zdarzenia tak, żeby naprawdę stało się zdarzeniem, gdy jest już bliskie tego, by się wydarzyć, lecz jeszcze nie jest ani przeszłością, ani zdarzeniem, bo zdarzenia nie ma, dopóki się nie zdarzy; wycofywanie się

na pewno nie. Musiała długo się nad tym zastanawiać, idąc z psem i wypatrując z daleka moich pleców, a i wcześniej, rankiem, w naszym budynku bez nazwy, i kto wie w jak wiele innych ranków i przynależnych im wieczorów i nocy. Uśmiechnęła się ciepło, jak miała w zwyczaju, jakby przy tym moje pytanie, sformułowane w dwóch czasach, uwolniło ją trochę od ciężaru. Zauważyłem, że ilekroć zwracała się do mnie, zbierała w sobie energię przed wypowiedzeniem pierwszego zdania; jakby najpierw w myślach to zdanie tworzyła, budowała, zapamiętywała i jakby brała zamach albo rozpędzała się, żeby nie móc się już zatrzymać ani zmienić czegoś w zdaniu i tym sposobem paść ofiarą przedwczesnych wyrzutów sumienia w chwili, gdy mówiła. I tym razem nie dostrzegłem śladu rumieńca na jej twarzy, może rumieńcem oblała się na ulicy, gdy była sama, i tam go zostawiła. Jej uśmiech był raczej niepewnie rozbawiony, jakby śmiała się po trosze z samej siebie, znalazłszy się w sytuacji, gdy musi oto coś wytłumaczyć, usprawiedliwić się przed spotykanym codziennie kolegą, którego widziała już naturalnie tego dnia w tym samym neutralnym miejscu co zawsze, gdzie nigdy nie trzeba się szukać, żeby się spotkać, inaczej niż teraz, teraz młoda Perez Nuix szukała mnie, potrzebowała, szła za mną przez opustoszałe miasto w strugach deszczu. Było jasne, że miejsce naszych codziennych spotkań nie nadawało się do rozmowy o tym, o czym chciała ze mną rozmawiać, możliwe, że najmniej się do tego nadawało, nie było wskazane ani godne zalecenia, zbyt wiele tam uszu i czujnych oczu. Jej uśmiech miał w sobie zatem jakąś szczyptę ironii, prawdopodobnie pod własnym adresem; nie kokietowała nim, raczej chciała zadowolić i uspokoić, ten uśmiech mówił: „Dobra, zaraz powiem, już mówię, nie irytuj się, nie przejmuj się, nie zajmę ci dużo czasu. Wiem, jestem albo robię się męcząca, ale to część przedstawienia, zauważyłeś, widzisz, już zdałeś sobie z tego sprawę, nie jesteś głupi, jesteś tylko nowy”. — Chcę cię prosić o przysługę — powiedziała. — Dla mnie to duża przysługa, dla ciebie nie tak bardzo. Ach, więc o coś mnie prosi, pomyślałem. Nie proponuje ani nie oferuje, w jej przypadku byłoby to możliwe, ale tego nie robi. Nie chce sobie ulżyć ani nic wyznać, ani nawet czegoś mi opowiedzieć, aczkolwiek każda prośba mieści w sobie jakąś opowieść. Jeżeli pozwolę jej kontynuować, już będę