wotson

  • Dokumenty43 372
  • Odsłony1 884 627
  • Obserwuję1 315
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 279 398

Jean-Claude Izzo - Trylogia marsylska 01 - Total Cheops

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :1.2 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
J

Jean-Claude Izzo - Trylogia marsylska 01 - Total Cheops.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion J Jean-Claude Izzo
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 15 osób, 17 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 241 stron)

J E A N - C L A U D E I Z Z O total cheops p r z e ł o Ŝ y ł a M A R Y N A O C H A B

Cet ouvrage, publie dans le cadre du programme de participation a la publication BOY-śELEŃSKI, beneficie du soutien du Ministere des Affaires Etrangeres francais et du Service de Cooperation et d'Action Culturelle de 1'Ambassade de France en Pologne. Pozycja wydana w ramach programu wsparcia wydawniczego BOY-śELEŃSKI z udziałem francuskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych i Wydziału Kultury Ambasady Francji w Polsce. Tytuł oryginału: Total Kheops Copyright © Editions Gallimard, 1995 Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo W.A.B., 2005 Copyright © for the Polish translation by Maryna Ochab, 2005 Wydanie I Warszawa 2005

Od autora Historia, którą przeczytacie, jest od A do Z wymyślona. Znana formuła, ale zawsze warto ją przypomnieć. Z wyjątkiem wydarzeń publicznych, o których donosiła prasa, Ŝadne z opowiedzianych faktów ani występujących w ksiąŜce postaci nie istniały. Dotyczy to równieŜ narratora. Jedynie miasto jest realne. Marsylia. I wszyscy, którzy w tym mieście Ŝyją. Z właściwą tylko im pasją. To ich historia. Echa i reminiscencje.

Sebastianowi

Prawdy nie ma, są tylko opowieści. Jim Harrison

Prolog Rue des Pistoles dwadzieścia lat później Miał tylko adres. Rue des Pistoles w Vieux Quartier. Od lat nie był w Marsylii. Teraz nie miał juŜ wyboru. Był 2 czerwca, padał deszcz. Lecz choć padało, taksówkarz nie chciał się zapuścić w wąskie uliczki. Wysadził go przed Montee-des-Accoules. Ponad sto stopni schodów i labirynt uliczek do pokonania, zanim się dojdzie do rue des Pistoles. Ziemia była usiana rozbebeszonymi workami śmieci, w powietrzu unosił się kwaśny odór, mieszanina szczyn, wilgoci i stęchlizny. Jedyna wielka zmiana, to Ŝe dzielnicę zaczęto odnawiać. Wyburzono wiele domów. Fasady innych zostały pomalowane, ochra i róŜ, z zielonymi lub niebieskimi okiennicami, na włoską modłę. Z rue des Pistoles, jednej z najwęŜszych, została tylko połowa, strona parzysta. Nieparzystą wyburzono, tak samo jak domy przy rue Rodillat. Na ich miejscu był parking - pierwsze, co zobaczył, kiedy dotarł na róg rue du Refuge. Tutaj inwestorzy jakby spauzowali. Poczerniałe domy, po- znaczone liszajami zacieków, zŜerał grzyb. Wiedział, Ŝe jest za wcześnie. Ale nie miał ochoty na kawę w bistro i spoglądanie na zegarek, nim nadejdzie przyzwoita pora, by obudzić Lolę. Marzył o tym, Ŝeby się napić kawy, wygodnie siedząc w prawdziwym mieszkaniu. Od wielu miesięcy mu się to nie zdarzyło. Gdy tylko 9

otworzyła drzwi, skierował się do jedynego w pokoju fotela, jakby taki miał zwyczaj. Pogłaskał podłokietnik i powoli usiadł, zamykając oczy. Dopiero potem wreszcie na nią spojrzał. Dwadzieścia lat później. Stała wyprostowana jak zawsze. Z rękoma w kieszeniach płaszcza kąpielowego, którego słomkowoŜółty kolor nadawał jej skórze odcień bardziej niŜ zwykle brunatny i podkreślał czerń włosów, teraz krótko obciętych. MoŜe trochę przytyła w biodrach, nie był pewien. Stała się kobietą, lecz się nie zmieniła. Cyganka Lola. Piękna jak zawsze. - Napiłbym się kawy. Skinęła głową. Bez słowa. Bez uśmiechu. Wyrwał ją ze snu. Ze snu, w którym ona i Manu jechali do Sewilli, przyciskając gaz do dechy, beztroscy, z kieszeniami wypchanymi forsą. Pewnie śni się jej to co noc. Ale Manu nie Ŝyje. Od trzech miesięcy. Rozparł się wygodnie w fotelu, wyciągając przed siebie nogi. Potem zapalił papierosa. Niewątpliwie najlepszego od dawna. - Spodziewałam się ciebie. - Lola podała mu filiŜankę. - Ale później. - Przyjechałem nocnym pociągiem. Z legionistami. Mniej kontroli. Bezpieczniej. Nie patrzyła na niego. Spojrzenie miała utkwione tam, gdzie był Manu. - Nie usiądziesz? - Piję kawę na stojąco. - Nadal nie masz telefonu. - Nie. Uśmiechnęła się. Sen znikł z jej twarzy. Przegoniła senne mary. Spojrzała na niego melancholijnymi oczyma. Był zmęczony i niespokojny. Stare lęki. Podobało mu się, Ŝe Lola skąpi słów, wyjaśnień. Milczenie przywróci porządek w ich Ŝyciu. Raz na zawsze. 10

Pachniało miętą. Rozejrzał się po pokoju. Dość duŜy, gołe białe ściany. śadnych etaŜerek, bibelotów czy ksiąŜek. Podstawowe sprzęty: stół, krzesła, kredens, nie pasujące do siebie, pod oknem wąskie łóŜko. Otwarte drzwi prowadziły do drugiego pokoju, sypialni. Ze swego miejsca widział fragment łóŜka. Niebieską skotłowaną pościel. Zupełnie zapomniał zapachów nocy. Ciał. Zapachu Loli. Kiedy się kochała, jej pachy pachniały bazylią. Zamykała oczy. Przeniósł wzrok na łóŜko pod oknem.- MoŜesz tu spać. - Chciałbym się teraz połoŜyć. Później zobaczył Lolę przechodzącą przez pokój. Nie wiedział, jak długo spał. Musiałby wstać, Ŝeby sprawdzić godzinę na zegarku. Nie chciało mu się wstawać. Wolał patrzeć spod wpółprzymkniętych powiek, jak Lola kręci się po mieszkaniu. Wyszła z łazienki owinięta w ręcznik. Nie była wysoka. Ale miała to co trzeba tam, gdzie trzeba. I bardzo piękne nogi. Potem znów usnął. Bez najmniejszego lęku. Zapadł zmrok. Lola włoŜyła czarną płócienną sukienkę bez rękawów. Skromną, ale twarzową. Delikatnie podkreślającą kształty. Raz jeszcze przyjrzał się jej nogom. Tym razem poczuła jego spojrzenie. - Zostawiam ci klucze. Jest gorąca kawa. Zaparzyłam świeŜą. Mówiła rzeczy najbardziej oczywiste. Na inne nie było miejsca w jej ustach. Usiadł na łóŜku, nie spuszczając z niej oczu, sięgnął po papierosa. - Wrócę późno. Nie czekaj na mnie. - Dalej jesteś fordanserką? - Hostessą. W Vampingu. Nie chcę, Ŝebyś się tam pokazywał. Przypomniał sobie Vamping. Lokal nad plaŜą Katalończyków. Niebywałe wnętrze a la Scorsese. Śpiewaczka 11

i orkiestra za błyszczącymi od cekinów pulpitami. Tango, bolero, cza- cza, mambo... - Nie miałem zamiaru. Wzruszyła ramionami. - Nigdy nie znałam twoich zamiarów. - Jej uśmiech ucinał wszelkie komentarze. - Chcesz się spotkać z Fabiem? Spodziewał się tego pytania. Sam je sobie zadawał. Ale odrzucił ten pomysł. Fabio był gliniarzem, a przez to jakby przekreślił ich młodość. Ich przyjaźń. A jednak mimo wszystko chciałby się z nim zobaczyć. - MoŜe kiedyś później. Jaki jest? - Taki sam. Jak my. Jak ty, jak Manu. Zagubiony. Nie umieliśmy nic zrobić z naszym Ŝyciem. Więc czy się jest policjantem, czy złodziejem... - Prawda, ty go lubiłaś. - Tak, lubię go. Poczuł ukłucie w serce. - Widujecie się? - Nie widziałam go od trzech miesięcy. Sięgnęła po torebkę i biały lniany Ŝakiet Nie spuszczał z niej oczu. - Pod twoją poduszką - powiedziała wreszcie. (Widział po jej twarzy, Ŝe bawi ją jego zaskoczenie.) - Reszta w szufladzie kredensu. I wyszła, nie dodając ani słowa. Podniósł poduszkę. Jego 9 mm. Wysłał go Loli pocztą, nim wyjechał z ParyŜa. W metrze i na dworcach roiło się od gliniarzy. Republikańska Francja postanowiła się oczyścić. Zero imigracji. Nowe francuskie marzenie. Nie chciał problemów w razie kontroli. Nie takiego problemu. Wystarczy, Ŝe ma fałszywe papiery.Pistolet. Dostał go w prezencie od Manu na dwudzieste urodziny. W tamtym czasie Manu juŜ rozrabiał. Nigdy się nie rozstawał z tym pistoletem, ale teŜ i nigdy go nie uŜył. Nie zabija się ot tak człowieka. Nawet w sytuacji zagroŜe- 12

nia. Co mu się kilka razy przydarzyło tu i tam. Zawsze było jakieś inne wyjście. Tak uwaŜał. I wciąŜ jeszcze Ŝył. Ale dziś pistolet będzie mu potrzebny. śeby zabić. Było parę minut po ósmej. Deszcz przestał padać i kiedy wyszedł z kamienicy, gorące powietrze uderzyło go w twarz. Długo stał pod prysznicem, potem wciągnął czarne płócienne spodnie, włoŜył czarne polo i dŜinsową kurtkę. Wzuł mokasyny, ale bez skarpetek. Poszedł przed siebie rue du Panier. Jego dzielnica. Tutaj się urodził. Rue de Petits-Puits, dwa zaułki dalej urodził się Pierre Puget*. Po przyjeździe do Francji ojciec mieszkał na początku przy rue de la Charite. Miał dwadzieścia lat, ciągnął za sobą dwóch braci. Uciekli przed nędzą Mussoliniego. Nabos, neapolitańczycy. Trzej pozostali bracia wyjechali do Argentyny. Wykonywali tu robotę, jakiej Francuzi nie chcieli się imać. Ojciec najął się do pracy w porcie jako tragarz, płacono mu grosze. „Pieskie doki", przeklinał. Matka pracowała przy daktylach, czternaście godzin dziennie. Wieczorami nabos i babis, ci z Północy, wylęgali na ulice. Wystawiano krzesła przed drzwi. Rozmawiano z okna do okna. Jak we Włoszech. Piękne Ŝycie, jednym słowem. Nie rozpoznał swojego domu. TeŜ go wyremontowano. Poszedł dalej. Manu mieszkał przy rue Baussenque. Ciemny, wilgotny dom, w którym matka Manu, z nim w brzuchu, zainstalowała się z dwójką jego braci. Ojca, Jose Manuela, rozstrzelali frankiści. Imigranci, uchodźcy, wszyscy lądowali pewnego dnia na jednej z tych uliczek. Z pustymi kieszeniami i sercem pełnym nadziei. Kiedy zjawiła się tutaj Lola ze swoją rodziną, Manu i on byli juŜ dorośli. Szesnaście lat. W kaŜdym razie wmawiali dziewczynom, Ŝe są dorośli. *Słynny francuski architekt z XVII w., twórca Vieille Charite (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki.) 13

Mieszkać w dzielnicy Panier to była hańba. Od zeszłego stulecia. Dzielnica marynarzy i kurew. Szankier miasta. Wielki lupanar. A dla nazistów, którzy marzyli, aby ją zburzyć, „ognisko zwyrodnienia dla zachodniego świata". Ojciec i matka doznali tu upokorzenia. 24 stycznia 1943, w środku nocy, nakaz wysiedlenia. Dwadzieścia tysięcy osób. Naprędce znaleziony wózek, aby załadować parę gratów. Opryskliwi francuscy Ŝandarmi i szyderczy niemieccy Ŝołnierze. Pchanie wózka o świcie po Canebiere*, na oczach ludzi śpieszących do pracy. W liceum wytykali ich palcami. Nawet synowie robotników, ci z dzielnicy Bel-le-de-Mai. Ale niedługo. Oni łamali im te palce! Wiedzieli, on i Manu, Ŝe ich ciała i ciuchy zalatują stęchlizną. Odór dzielnicy. Pierwsza dziewczyna, którą pocałował, miała ten odór w gardle. Ale olewali to. Kochali Ŝycie. Byli piękni. I umieli się bić. Skręcił w rue du Refuge, Ŝeby zejść w dół. Na dole sześciu beurów**, czternaście-siedemnaście lat, szykowało się do skoku. Obok stał motorower. Błyszczący. Nowy. Przyglądali mu się, kiedy się do nich zbliŜał. Mieli się na baczności. Nowa twarz w dzielnicy to niebezpieczeństwo. Glina. Kapuś. Albo nowy właściciel odremontowanego domu, gotów pójść do merostwa, Ŝeby się poskarŜyć na brak bezpieczeństwa. Pojawiliby się gliniarze. Kontrola dokumentów, zatrzymanie w komisariacie. MoŜe bicie. Kłopoty. Mijając ich, spojrzał na tego, który wyglądał na szefa. Szczere spojrzenie prosto w oczy. Krótkie. Przeszedł dalej. Nikt się nie poruszył. Zrozumieli się. Minął place de Lenche, wyludniony o tej porze, potem zszedł do portu. Zatrzymał się przy pierwszej kabinie telefonicznej. Odebrał Batisti.- Jestem przyjacielem Manu. * Główna arteria Marsylii, biegnąca od Starego Portu. ** Urodzeni we Francji potomkowie imigrantów z Maghrebu. 14

- Cześć, chłopcze. Wpadnij na kielicha do Peano. Jutro, koło pierwszej. Miło cię będzie zobaczyć. Ciao, synu. OdłoŜył słuchawkę. Niezbyt rozmowny ten Batisti. Nie miał czasu mu powiedzieć, Ŝe wolałby wszędzie indziej, byle nie tam. Nie w Peano, barze malarzy, gdzie Ambrogiani wystawiał swoje pierwsze płótna. A potem inni, jemu podobni. Bladzi naśladowcy równieŜ. Bywali tam takŜe dziennikarze, z prawa i z lewa: „Le Provencal", „La Marseillaise", AFP, „Liberation". Pastis przerzucał mosty między ludźmi. Wieczorami czekało się przy barze na zamknięcie numeru, a potem szło się słuchać jazzu w sali na zapleczu. Występował Petrucciani z synem. I Aldo Romano. IleŜ on tam spędził nocy! Usiłował zrozumieć swoje Ŝycie. Tamtej nocy przy pianinie siedział Harry. - Człowiek rozumie tylko to, czego sam pragnie - powiedziała Lola. - Mhm. A ja muszę sobie oczy dotlenić. NajwyŜszy czas. Wrócił Manu z entą kolejką. Po północy przestawaliście liczyć. Trzy razy podwójna szkocka. Usiadł i wzniósł toast, uśmiechając się pod wąsem: - Zdrowie zakochanych! - Zamknij się - powiedziała Lola. Spojrzał na was jak na egzotyczne zwierzęta, po czym zapomniał o was dla muzyki. Lola przyglądała ci się. Wysączyłeś do dna swoją szklaneczkę. Powoli. Ze smakiem. Podjąłeś decyzję. Wyjedziesz. Wstałeś i wyszedłeś, zataczając się z lekka. WyjeŜdŜasz. Wyjechałeś. Bez słowa dla Manu, twego jedynego przyjaciela. Bez słowa dla Loli, która właśnie skończyła dwadzieścia lat. Którą kochałeś. Którą kochaliście. Kair, DŜibuti, Aden, Harar. Trasa zapóźnionego młodzika. Potem utrata niewinności. Z Argentyny do Meksyku. Na koniec Azja, gdzie straciłeś resztki złudzeń. I międzynarodowy nakaz aresztowania na karku, za przemyt dzieł sztuki. 15

Wróciłeś do Marsylii z powodu Manu. śeby się porachować z tym sukinsynem, który go zabił. Manu wychodził z knajpy U Feliksa przy rue Caisserie, gdzie zwykle jadał w południe. Lola czekała na niego w Madrycie, u swojej matki. Miał dostać niezły kawał grosza. Za bezbłędne włamanie do domu słynnego marsylskiego adwokata Erica Brunela, przy boulevard Longchamp. Postanowili wyjechać do Sewilli. Zapomnieć o Marsylii i galerach. Nie miałeś Ŝalu do tego, kto zabił. Z pewnością jakiś płatny morderca. Anonimowy. Zimny. Przybyły z Lyonu albo z Mediolanu. Którego nie odnajdziesz. Miałeś Ŝal do skurwiela, który mu to zlecił. Zabić Manu. Nie chciałeś wiedzieć dlaczego. Nie musisz znać powodów. Choćby tylko jednego. Manu to jakby ty sam. Obudziło go słońce. Dziewiąta. LeŜąc na plecach, wypalił w łóŜku pierwszego papierosa. Od miesięcy nie spał tak głębokim snem. Zawsze mu się śniło, Ŝe śpi nie tam, gdzie jest. W burdelu w Hararze. W więzieniu w Tijuanie. W ekspresie Rzym-ParyŜ. Zawsze gdzie indziej. Ale tej nocy śniło mu się, Ŝe śpi u Loli. I spał u niej. Jak u siebie. Uśmiechnął się. Usłyszał przez sen, Ŝe wróciła do domu i zamknęła drzwi do sypialni. Spała w swojej niebieskiej pościeli, odtwarzała swój roztrzaskany sen. Zawsze brakowało w nim jednego kawałka. Manu. A moŜe nie Manu, tylko jego? Ale dawno odpędził tę myśl od siebie. Zbyt piękną przypisałby sobie rolę. Dwadzieścia lat to dłuŜej niŜ Ŝałoba. Wstał, wypił kawę i wszedł pod prysznic. Pod gorącą wodę. Czuł się teraz o wiele lepiej. Z zamkniętymi oczami, stojąc pod strumieniem, zaczął sobie wyobraŜać, Ŝe Lola do niego przyszła. Jak dawniej. śe tuli się do niego, przyciskając swoją płeć do jego przyrodzenia. Jej ręce przesuwają się po jego plecach, po pośladkach. Stanął mu. Z wrzaskiem odkręcił zimną wodę. 16

Lola nastawiła jedną z pierwszych płyt Azuquity. Hura salsa. Gust się jej nie zmienił. Wykonał kilka tanecznych kroków, a ona uśmiechnęła się do niego. Podeszła, Ŝeby go pocałować. Dostrzegł w ruchu jej piersi. Jak gruszki, które czekają, Ŝeby je zerwać. Nie dość szybko odwrócił spoj- rzenie. Ich oczy spotkały się. Znieruchomiała, zacisnęła pasek płaszcza kąpielowego i poszła do kuchni. Poczuł się jak Ŝebrak. Minęła cała wieczność. Wróciła z dwiema filiŜankami kawy. - Zeszłej nocy jakiś gość pytał o ciebie. Czy jesteś w Marsylii. Twój kumpel. Malabe. Franckie Malabe. Nie znał Ŝadnego Malabe'a. Gliniarz? Prędzej kapuś. Nie podobało mu się, Ŝe nachodzą Lolę. A jednocześnie jakoś go to uspokoiło. Gliniarze z urzędu celnego wiedzą, Ŝe wrócił do Francji, ale nie wiedzą, gdzie jest. Na razie nie. Próbują znaleźć ślad. Potrzebuje jeszcze trochę czasu. MoŜe dwóch dni. Wszystko zaleŜy od tego, co Batisti ma do sprzedania. - Dlaczego przyjechałeś? Sięgnął po kurtkę. Przede wszystkim nie odpowiadać. Nie dać się wciągnąć w pytania i odpowiedzi. Nie umiałby jej okłamać. Nie potrafiłby wytłumaczyć, dlaczego to zrobi. Nie teraz. Musi to zrobić. Tak jak kiedyś musiał wyjechać. Nigdy nie znalazł odpowiedzi na te pytania. Były tylko pytania. Nie było odpowiedzi. Tyle wiedział i koniec. Niewiele, ale zawsze pewniejsze to niŜ wiara w Boga. - Zapomnij o pytaniu. Gdy wyszedł z mieszkania, otworzyła za nim drzwi i krzyknęła: - Nic mi to nie dało, Ŝe nie zadawałam pytań. Dwupiętrowy parking przy cours d'Estienne d'Orves został wreszcie zburzony. Z dawnego kanału dla galer zrobił się piękny plac. Odremontowano domy, wymalowano 17

fasady, połoŜono bruk. Plac w stylu włoskim. Bary i restauracje z tarasami. Białe stoliki i parasole. Ludzie wystawiali się na pokaz, jak we Włoszech. Minus elegancja. W Peano teŜ był taras, juŜ dobrze zapełniony. W większości młodzieŜ. Czysto ubrana. Wnętrze przerobione. Zimne, modne dekoracje. Obrazy zastąpiono reprodukcjami. Zesrać się moŜna. Właściwie lepiej, Ŝe tak się stało. Mógł powstrzymać napływ wspomnień. Stanął przy barze. Zamówił pastis. Na sali para przy stoliku. Prostytutka i alfons. Ale moŜna się było pomylić. Rozmawiali cicho, rozmowa była raczej oŜywiona. Oparł się łokciem o nowiutki kontuar i obserwował wejście. Minuty mijały. Nikt nie wchodził. Zamówił drugi kieliszek. Usłyszał: „Ty skurwysynu". Suchy odgłos uderzenia. Spojrzenia zwróciły się w stronę pary. Cisza. Kobieta wybiegła. MęŜczyzna wstał, zostawił pięćdziesięciofrankowy banknot i wyszedł za nią. Na tarasie jakiś gość złoŜył gazetę, którą czytał. Na oko sześćdziesiątka. Marynarska czapeczka, wyrzucana na spodnie biała koszula z krótkimi rękawami, niebieskie espadryle. Wstał i podszedł do niego. Batisti. Spędził popołudnie na sprawdzaniu miejsc. Pan Charles, jak go nazywano w Środowisku*, mieszkał w jednej z eleganckich willi nad Corniche**. Zawieszone nad wybrzeŜem zadziwiające wille z dzwonnicami lub kolumnami, w ogrodach pełnych palm, oleandrów i figowców. Za Rou-cas-Blanc szosa wije się po niewielkim wzgórzu, gmatwanina uliczek, tylko niekiedy wyasfaltowanych. Autobusem 55 dojechał na place des Pilotes u szczytu ostatniego zbocza. Dalej poszedł piechotą. *Milieu (franc.) - świat przestępczy. ** Promenada nadmorska. 18

Spoglądał z góry na redę. Widok od Estaque po Pointe-Rouge. Wyspy Frioul i Chateau d'If. Marsylia jak na panoramicznym ekranie. Cudo. Zaczął schodzić, zwrócony twarzą w stronę morza. Tylko dwie wille dzieliły go od posiadłości Zukki. Spojrzał na zegarek. 16.58. Brama willi otworzyła się. Wyjechał z niej czarny mercedes, zaparkował. Minął willę, mercedesa i szedł dalej, aŜ do rue des Esperettes, która przecina drogę Roucas- Blanc. Przeszedł na drugą stronę jezdni. Jeszcze dziesięć kroków i dotrze na przystanek autobusowy. Według rozkładu autobus 55 przyjeŜ- dŜa o 17.05. Spojrzał na zegarek, potem oparł się o słup i czekał. Mercedes przy krawęŜniku cofnął się i stanął. W środku dwaj męŜczyźni, w tym szofer. Pojawił się Zucca. Wyglądał na jakieś siedemdziesiąt parę lat. Elegancko ubrany, jak wszyscy starzy gangsterzy. Łącznie ze słomkowym kapeluszem. Trzymał na smyczy białego pudla. Prowadząc przed sobą psa, zszedł do przejścia dla pieszych przy rue des Esperettes. Zatrzymał się. NadjeŜdŜał autobus. Zucca przeszedł przez jezdnię na ocienioną stronę ulicy. Potem ruszył dalej w dół drogą Roucas- Blanc. Minął przystanek autobusowy. Mercedes wolno jechał za nim. Informacje Batistiego były warte pięćdziesięciu tysięcy franków. Wszystko skrupulatnie przekazał. Opis zgadzał się w najdrobniejszych szczegółach. Tą trasą Zucca chodził na spacer codziennie z wyjątkiem niedziel, kiedy to gościł u siebie rodzinę. O osiemnastej mercedes odwoził go do willi. Batisti nie wiedział jednak, dlaczego Zucca zawziął się na Manu. Pod tym względem nie zrobił postępów. Na pewno miało to związek z włamaniem do adwokata. Tak to teraz widział. Ale prawdę powiedziawszy, miał to gdzieś. Interesował go tylko Zucca. Pan Charles. Nienawidził tych starych mafiosów. Skumplowani z gliniarzami, z administracją. Nigdy niekarani. Pełni pychy i lekcewaŜenia. Zucca wyglądał jak Marlon Brando w Ojcu 19

chrzestnym. Oni wszyscy tak wyglądają. Czy tu, czy w Palermo, czy w Chicago. I wszędzie indziej. A teraz ma jednego z nich na muszce. Jednego zastrzeli. W imię przyjaźni. I Ŝeby dać upust nienawiści. Grzebał w rzeczach Loli. Komoda, szafy. Wrócił do domu lekko wstawiony. Nie szukał niczego specjalnego. Węszył, jakby miał odkryć tajemnicę. Sekret Loli, sekret Manu. Ale nie było nic do odkrycia. śycie przeleciało im przez palce szybciej niŜ forsa. W którejś szufladzie było pełno zdjęć. Tylko to im zostało. Zrobiło mu się niedobrze. Omal nie wypieprzył wszystkiego do śmieci. Ale znalazł wśród nich trzy takie same fotografie. Zrobione w tym samym miejscu, o tej samej porze. Manu i on. Lola i Manu. Lola i on. Na końcu duŜego mola za portem handlowym. Trzeba było zmylić czujność wartowników, Ŝeby się tam dostać. W tym byliśmy dobrzy, pomyślał. Za nimi miasto. W tle wyspy. Wyszliście z wody. Zdyszani. Szczęśliwi. Syciliście oczy widokiem statków wychodzących w morze o zachodzie słońca. Lola czytała głośno Wygnanie Saint-John Perse'a. Wietrzne zastępy na piaskach wygnania. W drodze powrotnej wziąłeś Lolę za rękę. OdwaŜyłeś się. Wcześniej niŜ Manu. Tego wieczoru zostawiliście Manu w Bar de Lenche. Wszystko było inaczej niŜ zwykle. śadnych śmiechów. śadnych słów. Piliście pastis w pełnym skrępowania milczeniu. PoŜądanie oddaliło was od Manu. Następnego dnia trzeba było po niego pójść na posterunek. Tam spędził noc, bo wszczął bójkę z dwoma legionistami. Nie mógł otworzyć prawego oka. Miał opuchnięte usta i przeciętą wargę. Cały był w siniakach. - Dowaliłem im obu. I to zdrowo! Lola pocałowała go w czoło. Przytulił się do niej i rozbeczał. 20

- Kurwa, ale mi cięŜko - powiedział. I nagle zasnął, ot tak, na kolanach Loli. Lola obudziła go o dziesiątej. Spał głębokim snem, ale zaschło mu w gardle. W pokoju pachniało kawą. Lola usiadła na skraju łóŜka. Ręką musnęła jego ramię. Ustami dotknęła czoła, potem warg. Szybki, czuły pocałunek. JeŜeli jest szczęście, to właśnie się o nie otarł. - Zapomniałem. - Jeśli to prawda, to natychmiast się stąd wynoś! Podała mu filiŜankę kawy, wstała, Ŝeby pójść po kawę dla siebie. Uśmiechnięta. Szczęśliwa. Jakby smutek się nie obudził. - Nie chcesz usiąść jak przed chwilą? - Kawę... - Pijesz na stojąco, wiem. Znów się uśmiechnęła. Nie mógł się nasycić tym uśmiechem, tymi ustami. Zajrzał jej w oczy. Błyszczały jak tamtej nocy. Uniosłeś jej podkoszulek, potem swoją koszulę. Wasze brzuchy przylgnęły do siebie i trwaliście tak bez ruchu, bez słowa. Tylko wasze oddechy. I jej oczy utkwione w twoich. - Nigdy mnie nie opuścisz. Przysiągłeś. Ale wyjechałeś. Manu został na miejscu. Lola czekała. MoŜe Manu został na miejscu, bo ktoś musiał czuwać nad Lolą. A Lola nie pojechała za tobą, bo Manu nie zasłuŜył na to, Ŝeby go zostawić samego. Od śmierci Manu nie przestawał o tym myśleć. Wiedział, Ŝe musi wrócić. I wrócił. Czuł Marsylię w gardle. A z nią smak Loli. Jej oczy błyszczały bardziej niŜ zwykle. Od hamowanych łez. Domyślała się, Ŝe coś knuje. I Ŝe to coś zmieni jej Ŝycie. Miała tego przeczucie po pogrzebie Manu. W cią- 21

gu tych paru godzin spędzonych z Fabiem. Wiedziała, Ŝe to się stanie. Wyczuwała wiszący w powietrzu dramat. Ale nic nie powie. Niech on sam mówi. Sięgnął po szarą kopertę leŜącą koło łóŜka. - Masz tu bilet do ParyŜa. Na dziś. TGV o 13.54. Tutaj jest kwit do przechowalni na Dworcu Lyońskim. Tutaj to samo, ale na Dworcu Montparnasse. Dwie walizki do ode brania. W kaŜdej pod starymi ciuchami znajdziesz sto tysięcy franków. To jest pocztówka bardzo dobrej restauracji w Port-Mer pod Cancale, w Bretanii. Na odwrocie telefon Marine. To kontakt. MoŜesz Ŝądać od niej, czego tylko chcesz. Ale nie targuj się o cenę usług. Zarezerwowałem ci pokój w hotelu des Marroniers przy rue Jacob. Na twoje nazwisko, na pięć dni. W recepcji czeka na ciebie list.Nie drgnęła. Zastygła. Jej oczy powoli wyzbyły się wszelkiego wyrazu. Spojrzenie nie wyraŜało juŜ nic. - Mogę wtrącić słówko? - Nie. - To wszystko, co masz mi do powiedzenia? Potrzeba by całych wieków na to, co miał do powiedzenia. Ale mógł to streścić w jednym słowie i jednym zdaniu. śałuję. Kocham cię. Tyle Ŝe nie mają juŜ czasu. A raczej czas ich prześcignął. Przyszłość mieli za sobą. Przed sobą juŜ tylko wspomnienia. śal. Podniósł na nią oczy. Z moŜliwie największą obojętnością. - OpróŜnij konto bankowe. Zniszcz kartę kredytową. I ksiąŜeczkę czekową. Zmień toŜsamość, jak najszybciej się da. Marine ci to załatwi. - A ty? - wydusiła z trudem. - Zadzwonię jutro rano. Spojrzał na zegarek. Wstał. Nie patrząc na nią, przeszedł obok i skierował się do łazienki. Zamknął za sobą drzwi na klucz. Nie chciał, Ŝeby Lola przyszła do niego pod prysznic. Ujrzał swoją twarz w lustrze. Nie podobał się sobie. Czuł się staro. Nie potrafił juŜ się uśmiechać. W kącikach ust 22

pojawiły się gorzkie zmarszczki, które juŜ nie znikną. Niebawem skończy czterdzieści pięć lat, a ten dzień będzie najpaskudniejszym dniem w jego Ŝyciu. Usłyszał pierwszy akord gitary. Entre dos aguas. Paco de Lucia. Lola głośniej nastawiła płytę. Paliła papierosa, stojąc przy hi-fi ze skrzyŜowanymi ramionami. - Oddajesz się wspomnieniom? - Wypchaj się. Wyciągnął pistolet, naładował go, nałoŜył bezpiecznik i wsunął broń między koszulę i spodnie, z tyłu. Lola odwróciła się, śledziła wszystkie jego ruchy. - Pośpiesz się. Nie chcę, Ŝebyś się spóźniła na ten pociąg. - Co zamierzasz? - Zrobić burdel. Mam nadzieję. Motorower kręcił się na zwolnionych obrotach. Nikogo. 16.51. Rue des Esperettes, willa Charles'a Zukki. Było gorąco. Pot spływał mu po plecach. Chciał z tym skończyć jak najprędzej. Całe przedpołudnie szukał beurów. Bezustannie przenosili się z ulicy na ulicę. Taką mieli zasadę. Pewnie niczemu to nie słuŜyło, ale musieli mieć swoje powody. Natknął się na nich na rue Fontaine-de-Caylus, zamienionej obecnie w plac z drzewami i ławkami. Byli sami. Nikt z dzielnicy tutaj nie przesiadywał. Ludzie woleli trzymać się własnych drzwi. Starsi chłopcy siedzieli na schodkach przed jednym z domów, młodsi stali. Motorower stał obok nich. Na jego widok ten, co wyglądał na szefa, podniósł się z miejsca, pozostali rozstąpili się. - Potrzebuję twojego koła. Na popołudnie. Do szóstej. Dwa tysiące gotówką. Rozejrzał się dookoła. Niespokojnie. Liczył na to, Ŝe nikt nie będzie czekał na przystanku autobusowym. Zrezygnuje, jeśli ktoś się pojawi. Ale gdyby jakiś pasaŜer chciał tu 23

właśnie wysiąść z autobusu, dowie się o tym za późno. Na tym polega ryzyko. Postanowił zaryzykować. A potem powiedział sobie, Ŝe skoro idzie na takie ryzyko, to moŜe pójść i na inne. Zaczął liczyć. Autobus się zatrzymuje. Otwierają się drzwi. Ktoś wsiada. Autobus rusza. Cztery mi- nuty. Nie, wczoraj zajęło to tylko trzy minuty. No, ale powiedzmy, cztery. Wygnał wszelkie myśli z głowy, licząc i jeszcze raz licząc minuty. Tak, to moŜliwe. A potem zacznie się western. 16.59. Opuścił wizjer kasku. W ręku mocno trzymał pistolet. Dłonie miał suche. Przyśpieszył, ale tylko leciutko, jadąc wzdłuŜ trotuaru. Lewa ręka zaciśnięta na kierownicy. Pojawił się pudel, za nim Zucca. Poczuł w środku chłód. Zucca widział, jak nadjeŜdŜa. Zatrzymał się na skraju chodnika, powściągając psa. Zrozumiał, ale za późno. Otworzył usta, z których nie wydobył się Ŝaden dźwięk. Wytrzeszczył oczy. W oczach strach. Wystarczyło tylko tyle. Niechby się zesrał w gacie. Nacisnął spust. Z obrzydzeniem. Do siebie. Do tamtego. Do ludzi. Do ludzkości. Władował mu w pierś cały magazynek. Mercedes zaparkowany pod willą gwałtownie ruszył z miejsca. Z prawej nadjeŜdŜał autobus. On minął przystanek, nie zwalniając. Na pełnym gazie wyprzedził autobus, przecinając mu drogę, i o mało się nie wywalił na chodnik, ale zdąŜył przejechać. Autobus raptownie zahamował, blokując mercedesowi dostęp do ulicy. On gnał przed siebie, skręcił w lewo, jeszcze raz w lewo, drogą Souvenir, potem rue des Roses. Na rue des Bois-Sacres wrzucił pistolet do studzienki kanalizacyjnej. Kilka minut później jechał juŜ spokojnie rue d'Endoume. Dopiero wtedy pomyślał o Loli. Jedna myśl goniła drugą. Niczego juŜ się nie da zrobić. Pragnąłeś czuć jej brzuch przy swoim brzuchu. Pragnąłeś smaku jej ciała. Jej zapachu. Mięta i bazylia. Ale zbyt wiele lat was dzieli. I Manu. Umarły, ale wciąŜ Ŝywy. Dzieli was pięćdziesiąt centymet- 24

rów. Gdybyś wyciągnął rękę, mógłbyś ją objąć w talii i przygarnąć do siebie. Ona mogłaby rozwiązać pasek swojego szlafroka. Olśnić cię urodą swego ciała. Przywarlibyście do siebie gwałtownie. Pełni niezaspokojonej Ŝądzy. A potem byłoby potem. Znaleźć słowa. Słowa, których nie ma. Potem byś ją stracił. Na zawsze. Zostawiłeś ją samą. Bez poŜegnania. Bez pocałunku. Kolejny raz. Trzęsło nim. Zahamował przy pierwszym bistrze na boulevard de la Corderie. Działając jak automat, załoŜył łańcuch bezpieczeństwa, zdjął kask. Jednym haustem wypił kieliszek koniaku. Czuł, jak palący płyn spływa mu do Ŝołądka. Chłód go opuścił. Teraz się spocił. Pobiegł do toalety, Ŝeby się wreszcie wyrzygać. Wyrzygać swoje czyny i myśli. Wyrzygać tego, kim był. Tego, kto porzucił Manu. Kto nie miał odwagi kochać Loli. Człowieka, który dryfuje. Od jakŜe dawna. Zbyt dawna. To pewne, Ŝe najgorsze dopiero go czeka. Przy drugim koniaku przestał się trząść. Opanował się. Zaparkował przy Fontaine-de-Caylus. Beurów nie było. 18.20. Dziwne. Zdjął kask, powiesił go na kierownicy, ale nie zgasił silnika. Zjawił się najmłodszy z chłopaków. Kopiąc przed sobą piłkę, rzucił w jego stronę: - Spadaj, gliny się tu kręcą. Przed domem twojej kobity teŜ stoją. Ruszył w górę uliczki. Pewnie pilnują pasaŜy. Montee-des-Accoules, Montee-Saint-Esprit, Traverse des Repenties. Na place de Lenche teŜ muszą być, oczywiście. Zapomniał spytać Lolę, czy Franckie Malabe znów się pojawił. MoŜe uda mu się wywinąć, jeśli skręci w rue des Cartiers, na samej górze. Zeskoczył z motoroweru i pędem zbiegł po schodach. Było ich dwóch. Młodzi gliniarze w cywilu. U stóp schodów. - Policja. Usłyszał syrenę gdzieś w górze ulicy. Dopadli go. Trzasnęły drzwiczki. Nadchodzili. Z tyłu, zza jego pleców. 25

- Nie ruszać się! Zrobił to, co naleŜało zrobić. Sięgnął ręką pod kurtkę. Trzeba z tym skończyć. Przestać uciekać. Był tutaj u siebie. W swojej dzielnicy. Więc niech się to tutaj stanie. Na koniec w Marsylii. Wycelował w dwóch młodych gliniarzy. Ci z tyłu nie mogli widzieć, Ŝe nie ma broni. Pierwsza kula przeszyła mu plecy. Płuco eksplodowało. Nie poczuł dwóch następnych kul.