wotson

  • Dokumenty43 372
  • Odsłony1 881 720
  • Obserwuję1 310
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 277 593

Jean DOrmesson - Raport Gabriela

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :1.2 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
J

Jean DOrmesson - Raport Gabriela.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion J Jean dOrmesson
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 11 osób, 18 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 131 stron)

Jean d'Ormesson Raport Gabriela I. GNIEW BOGA Groźba Nie pierwszy to raz ludzie wyprowadzili Boga z równowagi. Historia stosunków bosko-ludzkich, obfitująca w tyle namiętności i burz, to jedno długie pasmo kłótni i pojednań. Bóg kocha ludzi; zdradzają go; karze ich; okazują skruchę; wybacza im; sławią jego imię. A potem, kierowani pychą i pragnieniem czegoś innego, znów zaczynają swoje. Z miną stanowczą, z posępnym spojrzeniem, założywszy ręce z tyłu, Bóg chodził tam i z powrotem po wieczności. W mądrości swojej snuł posępne rozmyślania o sprawiedliwości, a być może i o zemście. Gdyż, jak wszystkim wiadomo, dobry i sprawiedliwy Bóg jest również Bogiem mściwym. Myślał sobie, że jego życie byłoby lepsze bez ludzi. Dał im wszystko. Przede wszystkim życie. A teraz sam sobie zadawał pytanie, czy słusznie zrobił, dobywając ich z niebytu. Po to, by mogli w upalne letnie dni skakać w morskie lale koloru wina i przez kilka wiosen przechadzać się pośród lilii i gołębic, pośród jaskrów i pól lawendy, z niczego wymyślił - to chyba niemało - przestrzeń i czas, Słońce i Ziemię, życie, myśl i niewzruszone prawa, które ich stworzyły. I, by dopełnić dzieła, pozostawił im swobodę działania. Swobodę jakiego działania, pytam ja was. Czynienia najlepszego i najgorszego. Sławienia jego wielkości, zaprowadzania jego pokoju. Mieszania go z błotem, wydania go na śmierć. A tymczasem do czego dążyli ludzie, sami powiedzcie, z tak wielką gorliwością, jak historia długa i szeroka? Do tego, żeby się go pozbyć. Wydawać by się mogło, słowo daję, że tylko o tym myśleli, że tylko to było ich celem. Doszło do tego, że zaczęli go uważać za jakieś złudzenie, hipotezę roboczą, próżną fantazję, bez której równie dobrze można się obyć. Zepchnęli go w kąt. Wyrzucili za burtę. Obrócili przeciwko niemu tę wolność, którą mu zawdzięczali, i bez cienia wstydu rozprawiali o jego nieistnieniu i swoim własnym majestacie. Hipoteza robocza, dobre sobie! Bóg zdusił okrzyk wściekłości. Cherubini zadrżeli. Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało! Ludzkie błędy były jego błędem. Mógł o to mieć żal tylko do siebie. Klasyczna historia; poświęcił się dla nich, a oni w odpowiedzi zagrali mu na nosie. Dobrze wiedział, bo wiedział wszystko, jakie to ciche przezwisko krąży po całej wieczności; za jego plecami trony i władztwa, skore do prześmiechów, nazywały go ojcem Goriotem. Pasowało do niego jak ulał: za bardzo kochał ludzi, zanadto ich rozpieszczał. A oni się nad nim pastwili. Ale nawet miłość ma granice.Łuski opadły mu z oczu. Sądząc z tego, w co zamieniła się historia - która nie dość, że oburzała jej autora, ale także zaczynała budzić trwogę w głównych jej bohaterach - było całkiem możliwe, że ludzie są źli. Okrutny to cios dla Boga. Ludzie byli ciałem jego ciała. Stworzył ich na wzór i podobieństwo swoje. Powołał ich na świat w akcie miłości. Hołubił ich. Bóg był ojcem cierpliwym i dobrym. Tymczasem na myśl o swoich niewdzięcznych dzieciach, które się go wyrzekły, robiło mu się po prostu niedobrze. Poczuł pokusę, żeby je zostawić, niech same sobie radzą. Ciekawe, co by się z nimi stało, gdyby tak nagle odmówił dalszego utrzymywania wszechświata, gdyby Ziemia przestała się kręcić, gdyby Słońce przestało dostarczać im ciepła i światła, gdyby prawa fizyki z hukiem zawaliły się niczym wieża Babel albo kursy na tej ich giełdzie czy tama w Marib tej królowej Saby, o której wspomina i Biblia, i Koran; gdyby czas stanął w miejscu. Gdyby czas stanął w miejscu! Co kazało im sądzić, że ta niebiańska mechanika, ten metafizyczny reżim, w których panoszyli się z brzydzącym go zarozumialstwem i wulgarnością, zostały zaprowadzone raz na zawsze po to, by zapewnić im wygodę i wspomagać ich zamysły? Czyżby zapomnieli, że wschód Słońca i następstwo dni, i spójność wszechświata, i wszelki porządek rzeczy

są tylko i wyłącznie bezinteresownym darem od Boga? Boskim zwyczajem zakorzenionym w bycie, który nic innego jak właśnie byt czynił niezbędnym. - I,m afraid - rzekł Bóg, który miał zdolności językowe i z łatwością przechodził z jednego języka na drugi - that they take it for granted: they are wrong. Zawezwał do siebie Gabriela. Wywiadowca Wszechmogącego Gabriel był uroczy. Ze świecą by szukać lepszego od niego. Był przystojny. Wszystko wiedział. Czuł bojaźń przed Bogiem i kroczył jego śladem. Na najwyższym szczeblu administracji wszechświata i wieczności służył sprawiedliwości i prawdzie. Obca mu była wszelka próżność i nikczemność. Był aniołem. A nawet archaniołem. I Bóg ukochał go spośród wszystkich. Lista jego funkcji budziła zazdrość jego współbraci. Zaprzyjaźnieni z nim Michał i Rafael darzyli go przywiązaniem i podziwem. Łączył w sobie odwagę z wiernością. Bóg, choć tak potężny i mądry, często postępował nierozważnie. Miewał różne fanaberie, ulegał impulsom przyprawiającym o konsternację jego najbliższych, a potem gorzko tego żałował. W czasach potopu okazał karygodną stronniczość wobec ryb. Okropnie postąpił z Jobem. Pozwolił zburzyć świątynię w Jerozolimie. Sankcjonował masakry przynoszące hańbę niebu. Nie do końca też był przekonany, czy aby w pewnym wielkim, zadawnionym sporze całe zło było po stronie Adama i Ewy. Ci, co go nie kochali lub też słabo znali, oskarżali go niekiedy - też dość pochopnie - że nie zadaje sobie trudu, by zastanowić się nad skutkami własnego postępowania, i że popełnia różne głupstwa. Wielu miało mu za złe stworzenie świata i ludzi i obarczało go odpowiedzialnością za panoszące się na świecie zło. Nie raz i nie dwa Gabriel zdecydowanie, acz z całym szacunkiem, ostrzegał Boga. Istniała pewna sprawa, która pozostawiła po sobie trwałą zadrę w sercu Gabriela. W czasach młodości, kiedy nie miał jeszcze swojej słynnej siwej brody - widocznej na jego portretach, będących w naszym posiadaniu - Bóg bardzo miłował inną istotę, sądząc ze świadectw tych nielicznych wybrańców, którzy znali ich obu, może nawet bardziej czarującą i promienną od Gabriela. A że istota ta jaśniała tysiącem ogni i zdawała się emanować jakimś mrocznym światłem, Bóg nazwał ją Lucyferem. Wiele wskazuje na to, że Gabriel, mimo wzniosłości duszy oraz wielkiego poczucia godności, poczuł w sercu igiełkę smutku i zazdrości. Trawiony nienasyconą ambicją Lucyfer stał się w krótkim czasie maskotką całej wieczności. Miał przy tym na Boga wpływ jak najgorszy. Ku rozpaczy Gabriela Bóg okazywał Lucyferowi bezgraniczne zaufanie i wszędzie się z nim afiszował. Do tego stopnia, że trony i władztwa, te plagi wieczności, zaczęły ich nazywać Bliźniakami lub Parą; niekiedy trudno było wręcz odróżnić, który jest który. Obawiam się, że doszło nawet do tego, iż zamarzył im się świat, nad którym wspólnie sprawowaliby rządy. Skutkiem sam już nie wiem jakiej aberracji, w porywie namiętności, w przystępie szaleństwa - Quos vult perdere... - Bóg mianował Lucyfera dowódcą swojej czarnej gwardii. Anioł ciemności uwielbiał krążyć po równinach wieczności na czele swoich szwadronów. Siał terror. I wciąż usiłował wspiąć się jeszcze wyżej. Aż w końcu opadła maska. Bunt Lucyfera, który odmówił dzielenia się władzą, i jego czarnej gwardii, do której dołączyły nieprzebrane zastępy aniołów owładniętych pychą i duchem rebelii, pamiętamy wszyscy: poświęcono mu niezliczoną ilość dzieł wierszem lub prozą, na płótnie lub drewnie, w kamieniu, w muzyce... Być może któregoś dnia my również wniesiemy nasz wkład niepublikowanych dotąd dokumentów i świadectw z pierwszej ręki do niewyczerpanych archiwów buntu aniołów. Jednak na razie nie mówmy o tym. Wszyscy oglądaliśmy przecież film o wydarzeniach, które przez długie tysiąclecia wprowadzały tyle zamętu do wieczności; wciąż jeszcze mamy w uszach świst stukasów, suchy chrzęst kałasznikowów, wybuchy granatów, głuchy łoskot ciężkiej artylerii, huk bomb wymienianych bez końca między aniołami wiernymi i aniołami zbuntowany- mi. Gdyby nie pomoc świętego Michała i jego szwadronów, świętego Jerzego i jego kawalerii - zwłaszcza sławnych smoków ziejących ogniem - niewykluczone, że Bóg poniósłby klęskę i wszystko na zawsze pogrążyłoby się w mrokach zła. Wszechmogący trochę zbyt późno przejrzał na oczy. Powróciwszy do łask, Gabriel pokierował tajnymi służbami i misjami specjalnymi z zatrważającą skutecznością. Często mówi się, skądinąd słusznie, że Bóg jest wszechwiedzący. Bóg wie wszystko o wszystkim właśnie dzięki Gabrielowi,

który zasłużył sobie wśród tronów i władztw na przydomek Gaby 007. To Gabriel, ten Hermes nieskończoności, ten Fouche prostoduszności i miłosierdzia, ten Canaris wieczności, ten James Bond na służbie Boga wspomagany przez zastępy cherubinów w roli Moneypenny odegrał decydującą rolę w zwycięstwie - relatywnym zwycięstwie, gdyż jak wszystkim wiadomo wojna zakończyła się polubownym pokojem - sił dobra nad siłami zła. Poufna misja Po wojnie w ciągu wieków Bóg nabrał zwyczaju zlecania Gabrielowi różnych delikatnych poruczeń i poufnych misji. Anioł Gabriel, tajny agent boży, wywiązywał się z nich jak należy, ku zadowoleniu zarówno swego pana i władcy, jak ziemskich znajomych i niebawem na ziemi i w niebie osobę posłańca Najwyższego zaczęła opromieniać złota legenda. To on, w imieniu Pana Światów, Najmiłościwszego, przekazał Abrahamowi, nieznanemu emigrantowi z Ur, ojcu trzech religii Boga jedynego i Księgi, Czarny Kamień z Kaaby. To jego Bóg posłał do Daniela - tego od jaskini lwów, rozpalonego pieca i trzech złowieszczych słów: mane, tekel, fares, skreślonych tajemniczą ręką na murach pałacu Nabuchodonozora podczas uczty Baltazara - by mu obwieścił, że po wszystkich dopustach i okropnościach wygnania do Babilonu nadejdzie zbawiciel: "Dowiesz się ode mnie, co nastąpi, gdy wygaśnie cholera, albowiem czas końca nieszczęścia został już wyznaczony". To również jemu zlecono zaniesienie posłannictwa sędziwemu kapłanowi imieniem Zachariasz ze świątyni w Jerozolimie. Zachariasz palił akurat kadzidło przed rozmodlonym tłumem w świątyni Pana, kiedy nagle po prawej stronie ołtarza ujrzał porażającej piękności zjawę w bieli. Na jej widok przeżył wstrząs i ze strachu upuścił u jej stóp kadzielnicę. - Nie lękaj się, Zachariaszu - odezwała się promienna zjawa. - Stoję przed Bogiem, panem przyszłości. Przysłano mnie, bym z tobą pomówił i obwieścił ci dobrą nowinę. I Gabriel powiadomił oszołomionego Zachariasza, że jego żona Elisabeth, która była już leciwa i nigdy nie dała mu potomka, porodzi syna. W opinii ludzi syna tego czekać będzie tragiczny koniec, gdyż zostanie ścięty, I jego głowa złożona zostanie na srebrnym półmisku. Nim to jednak nastąpi, jego syn, tajemnica dusz i losów, odziany w wielbłądzią skórę, z biodrami opasanymi skórzanym rzemieniem, żywiąc się szarańczą i dzikim miodem, wyrównywać będzie ścieżki Najwyższego, ochrzci Zbawiciela w wodach Jordanu i po wsze czasy uwieczni swoje imię jako Jan Chrzciciel. Zaledwie sześć miesięcy po obwieszczeniu tej nowiny Zachariaszowi - z tym że w wieczności panuje wielkie pomieszanie dni, miesięcy, wieków i tysiącleci - Gabriel, który dopiero co wrócił do siebie w zaświaty, znów został posłany przez Boga do galilejskiego miasta Nazaret, do młodej dziewczyny zaręczonej z mężczyzną z rodu Dawidowego, imieniem Józef, wykonującym zawód cieśli. Dziewczyna miała na imię Maria, a jej matka, z którą mieszkała - Anna. Gabriel bez pukania i dość bezceremonialnie wtargnął do jej domu i powiedział: - Zdrowaś Mario, łaskiś pełna. Pan z tobą. Na Marii, tak samo jak na Danielu i Zachariaszu, uroda Gabriela wywarła wielkie wrażenie. Zrobiła ruch, jakby się miała cofnąć. - Nie lękaj się - powiedział Gabriel. I oddawszy jej pokłon, od razu, bez zbędnych wstępów przystąpił do rzeczy: - Będziesz brzemienna i urodzisz syna, który zapanuje nad światem. - Jakże to? - zdumiała się Maria, która nim zaznała niedoli, była dziewczyną wesołą i spontaniczną i wiedziała co nieco o życiu. - Przecież nigdy nie obcowałam z mężczyzną: jestem dziewicą. Na co Gabriel odrzekł: - Odwiedzi cię Duch Święty i padnie na ciebie cień Wszechmogącego. Dlatego dziecko, które wydasz na świat, nazywać się będzie Synem Bożym. Gdyż dla władzy Ducha nie ma rzeczy niemożliwych. - Jestem służebnicą pańską - rzekła Maria i teraz ona pochyliła głowę gestem nieodparcie uroczym i po wsze czasy nieśmiertelnym. - Niech się stanie słowo twoje. Gabriel skłonił się przed nią w milczeniu i zniknął równie szybko, jak się zjawił.

Kilkaset lat później, które w wieczności minęły jak błyskawica, Gabriel po raz piąty i ostatni wysłany został pod pseudonimem Jibrail do pewnego byłego pasterza lat koło czterdziestu, wywodzącego się ze znakomitego rodu Quraych. Żył on jako asceta w grocie Hira na zboczu Góry Światła w Arabii i nazywał się Muhammad czy Mahom, czy Mohammed, czy też Mahomet. Jibrail prze- kazał mu Słowo Boże, a Mahomet, który nie umiał czytać ani pisać, lecz przewodnikiem była mu wiara, powtórzył je wąskiemu kręgowi najbliższych. To one stanowią pierwotny zaczyn musliman, których biblią jest Koran. Musliman to liczba mnoga od słowa muslim oznaczającego "tego, co przekazuje [swoją duszę Bogu]". Pewnego dnia pod postać Jibraila zdołał się podszyć anioł ciemności, co dało początek fragmentowi znanemu pod nazwą "szatańskich wersetów". W znacznie większym stopniu niż misje u Abrahama, u Daniela i Zachariasza, ta, z którą Gabriel przybył do Marii - trzy pierwsze przygotowały pod nią tylko grunt; ich celem było ni mniej, ni więcej, tylko wymazanie skutków buntu Lucyfera - i ta, z którą przybył do Proroka, miały wywołać lawinę konsekwencji; długo by o nich mówić, bo odtąd już nieustannie miały ciążyć na ludzkim losie. Bóg w dobroci swej okazał zadowolenie i od tej pory zaczął darzyć swojego agenta do zadań specjalnych jeszcze większą życzliwością i wdzięcznością. Spotkanie na szczycie - Usiądź - rzekł Bóg. Przyzwyczajony do tego, że zawsze - przy czym słowo zawsze należy tu rozumieć jak najdosłowniej - w obecności Najwyższego stoi, 007 zawahał się. Pojąwszy jednak, że wola Wszechmogącego ważniejsza jest od konwenansów i tradycji, sięgnął po taboret i przysiadł u stóp tronu. - Mam tego dosyć - oświadczył Bóg. - Jesteś mi potrzebny. Gabriel poczuł lekkie ukłucie goryczy, w jego sercu przetrwała bowiem pamięć o fanaberiach Wszechmogące- go, który w czasach Lucyfera się od niego odwrócił. Szybko jednak odegnał od siebie tę mroczną urazę. - Dosyć czego? - spytał Gabriel. - Dosyć ludzi - powiedział Bóg. Zapadła długa chwila ciszy. Bóg zmęczony ludźmi - to dopiero historia. - Dlaczego? - zapytał Gabriel. - Jak to, dlaczego? - zagrzmiał Bóg. - Bo świat ich bawi i wolą go od Boga. Bo podoba im się zło i wolą je od dobra. Gabriel popatrzył na Boga. Bóg popatrzył na Gabriela. Gabriel spuścił wzrok. - Ludzie zapominają o mnie - ciągnął Bóg. - Zaślepia ich pycha. A że uczyniłem ich wolnymi i potężnymi, w obłędzie swoim wyobrażają sobie, że potrafią się beze mnie obyć. - Jeśli chcesz ich ukarać - odezwał się Gabriel - wystarczy, jeśli zostawisz im wolną rękę. Obaj wiemy, że to całkiem do nich podobne, żeby się sami wykończyli. - Jestem ich ojcem - przypomniał Bóg. - Cokolwiek myślą, cokolwiek czynią, zawsze będę ich ojcem. Wiem, że zdolni są zniszczyć własną historię. Wiem także, że będą cierpieli. Przecież wszechświat utrzymuje na chodzie jedynie moja wszechmoc. Wstrzymuję oddech i wszystko zaczyna kuleć. Cofam ramię i wszystko się wali. Wolę więc sam przyspieszyć koniec, zamknąć im konto i położyć kres tej przygodzie, po której spodziewałem się nazbyt wiele i na której okropnie się zawiodłem. Gabriel skłonił głowę. - Niech się stanie wola twoja, Panie. - Dobrze wiesz, że dysponuję tysiącem sposobów, co jeden to bardziej prosty, bardziej logiczny i bardziej naturalny, by ich z powrotem wtrącić w otchłań nicości, z której tylko dzięki mnie wyszli. Dokręciłem wszystkie śrubki. Równie dobrze mogę je teraz poluzować. By użyć języka, jakim karmi się ich pycha, wystarczyłoby kilka stopni, kilka gramów, kilka centymetrów, kilka sekund więcej lub mniej, by z powierzchni tej ich Ziemi zniknęło wszelkie życie. A najlepsze jest to, że gdyby przypadkiem, to znaczy z mojej woli, choć kilku ludzi wyszło cało z tej katastrofy, to całkiem możliwe, że nawet wtedy dowodziliby, iż była ona nieuniknionym dziełem praw natury. Wszystko we wszechświecie wydaje się nieprawdo- podobne, dopóki się nie stanie. Wystarczy, że

jakaś rzecz zaistnieje, a od razu robi się nieuchronna. Wszystko jest zawsze nieprzewidziane i wszystko jest zawsze nieuniknione. Stworzyłem wszechświat tak, że wszystko, co się nań składa - galaktyki, czarne dziury, ruch gwiazd, atomy i kwarki, życie i namiętności, jak też sama wolność - zdaje się podlegać jakimś prawom. Również kres wszystkiego, a zwłaszcza ludzi i ich szalonej pychy podlegać będzie prawom. Dobrze wiesz, że panuję tylko nad jednym: nad nieuchronnością. I że nieuchronność idąca w parze z przypadkiem, który jest moją tancerką, moim kaprysem, moim bezinteresownym czynem, moim sekretnym ogródkiem, to nic innego, jak tylko prawo Najwyższego. - Wiem, Panie - odrzekł Gabriel. - Ale czego ode mnie oczekujesz? - Żebyś mi pomógł ocenić całą sprawę w należytym świetle oraz podjąć decyzję. Zapadła cisza. - Ufam ci - podjął Bóg. - Raz zlekceważyłem twoje rady i gorzko tego żałowałem. Mało brakowało, a wszyst- kim zawładnęłoby zło. Przetrwały jednak ślady władzy, jaką dałem Lucyferowi, i buntu aniołów. Przeze mnie na świecie rozpanoszyło się zło. Ostrzegałeś mnie. Nie posłuchałem cię. Wybacz mi. W odpowiedzi Gabriel wstał. Bez słowa zbliżył się do Pana i oddawszy mu pokłon, ucałował skraj jego szaty utkanej z promieni światła. Bóg nachylił się do anioła i uściskał go. - Powiem wprost: znalazłem się w zupełnie niesamowitej sytuacji. I szczerze mówiąc niemiłej. Przez długi czas, nim ludzie popadli w pychę i obłęd, Bóg był dla nich udręką. Teraz z kolei oni stali się udręką dla Boga. Obecnie wszystkie moje myśli zaprzątają ci, którzy już o mnie nie myślą. Są najmniejszym z moich zmartwień - a zarazem najbardziej dokuczliwym. Możesz mi wierzyć, że mam co innego do roboty niż zajmowanie się nimi, tymczasem gros czasu zabiera mi czuwanie nad nimi i narzekanie na nich. Są niczym, są wszystkim - i w tym cały dramat. Umieściłem ich na najdalszych rubieżach najpośledniejszego z moich rozlicznych światów, a on im całkowicie wystarcza i uważają go za nieskończony. I co robią? Maleńkie kwarki całości, atomy tak mikroskopijne, że wręcz nieistniejące, giganty upojone pychą i wolnością, którym przewróciło się w głowach od myślenia - drwią sobie ze mnie, ignorują mnie, uważają w swoich wyliczeniach za jakąś marginalną wielkość. Mało tego - zaprzeczają mojemu istnieniu. Sam wiesz najlepiej, że kochałem ludzi bardziej niż siebie samego i wielu z nich mnie też kochało. Odnoszę jednak wrażenie, że przestali mnie już kochać, i w tej sytuacji zadaję sobie pytanie, czy słusznie robię, nadal ich kochając. Ludzie w obłędzie swoim odwracają się od Boga? Więc czemu z kolei Bóg w swojej nieskończonej mądrości miałby nie odwrócić się od ludzi? Słowo Boże Gabriel słuchał bez ruchu i bez słowa. - Panie - odezwał się wreszcie po długiej chwili milczenia - prawo jest twoją wolą, a twoja wola jest prawem; niechaj się stanie prawo twoje i wola twoja. W odpowiedzi rzec mogę tylko jedno: ludzie wielbią cię i negują twoje istnienie, ponieważ obdarowałeś ich wolnością i władzą nad światem. Ich wolność jest twoim dziełem, tak samo jak twoim dziełem jest prawo. Miałżebyś ich teraz zniszczyć, odwracając się od nich? Bóg długo milczał. Wieczność zamarła. Tronom i władztwom nagle odechciało się żartów, cherubini wstrzymali oddech. Wszechświat zastygł w niepewności. - Gabrielu - odezwał się Bóg - jesteś najlepszym i najwierniejszym z duchów. Zawsze cię kochałem. Kocham cię na wieki wieków. Posłuchaj, co ci powiem. Niebyt zawsze był samowystarczalny. Był nieskończony, wieczny i nie znający granic. Oprócz mnie tylko on był nieskończony, wieczny i bezgraniczny. Utożsamiałem się z nim. I nad nim panowałem. Byłem ucieleśnieniem niebytu, gdyż istniał tylko on i on był wszystkim. Byłem panem niebytu, zanim stałem się panem wszystkiego. Byłem panem niebytu, zanim stałem się panem bytu. O niebycie nie sposób cokolwiek powiedzieć. Pierwsze, co do mnie dotarło, to było pragnienie słowa. Pośród milczenia zacząłem odczuwać potrzebę nazwania rzeczy po imieniu. Pośród nieobecności zacząłem odczuwać potrzebę usłyszenia odpowiedzi. Na początku było pragnienie. I na początku było słowo.

Ledwie tylko w niebycie rozległ się głos boży, od razu zamienił się w czyn. Samo moje słowo powołało do życia byt. Na początku było pragnienie. I na początku było słowo. I na początku był czyn. Mówiłem. Rodziły się anioły gotowe sławić moją chwałę. Anioły, archanioły, trony, władztwa, potęgi, cnoty i księstwa. Nieobecność zapełniała się duchami. A próżnia - energią. Byt i jego pełnia wypierały niebyt. Spieszyli do mnie cherubini i serafini. Pojawiłeś się ty, Gabrielu, a wraz z tobą Michał i Rafael, i Lucyfer. Na dźwięk imienia Lucyfer Gabriel zesztywniał. Bóg wyciągnął dłoń. - Nie lękaj się, Gabrielu. Zło musiało się pojawić po to, by umożliwić dobycie się z niebytu dobra. Gdyby nie zło, nie byłoby dobra. Zło to energia. U zarania spraw tego świata potrzebowałem energii, żeby z niebytu mogło wyodrębnić się wszystko. Zło to drożdże. Potrzebowałem go, żeby wydźwignąć w górę wszechświat. Pokochałem Lucyfera, ponieważ świat musiał nareszcie wydobyć się z niebytu. Lucyfer był złem. Czyżbyś sądził, że o tym nie wiedziałem? Gdyby nie było zła, nie byłoby też historii. W tej samej chwili, w której pokochałem Lucyfera, wiedziałem już, że stworzę świat. Oczywiście zło nie mogło zwyciężyć. Myślisz, że dopuściłbym do tego, żeby zło zapanowało nad światem? Od samego początku zaczyna się toczyć okrutna i subtelna gra łaski i przeznaczenia: zło stworzone zostało tylko po to, by dobro mogło je zwyciężyć. Lucyfer odrzuca łaskę i niczym blok rozżarzonego lodu na wieki wieków stacza się w nicość zewnętrznych ciemności. Ale cały świat naznaczony jest piętnem jego pazura. Świat istnieje, ponieważ istnieje zło. Zło istnieje, ponieważ istnieje świat. - Panie... - odezwał się Gabriel, który przebierając palcami po wyimaginowanym stole i nie mogąc odpędzić od siebie myśli o Lucyferze, mimo całego uszanowania zaczynał przejawiać całkiem niedwuznaczne oznaki znużenia i zniecierpliwienia. - Tak? - zapytał Bóg dobrotliwie. - Z tego, co powiedziałeś, właściwie nic nie zrozumiałem. Dlaczego mówisz, że ze światem związane jest zło? Nie widzę nic złego w ruchu gwiazd, ucieczce galaktyk, w strukturze atomów, w nieuchronności prawa, będącego przecież niczym innym, jak tylko namacalnym przejawem twojej niewidzialnej władzy. Gdzież skrywa się to zło, o którym mówisz, a które zawdzięczamy Lucyferowi, niech go na wieki wieków piorun jasny trzaśnie? Bóg popatrzył na Gabriela z lekkim politowaniem. - Jak to gdzie? Oczywiście w ludziach. Genialny pomysł - Wszystko zaczęło się wraz z czasem. Czas to najpiękniejszy pomysł, jaki kiedykolwiek zrodził się w wieczności. Nie jestem specjalnie pomysłowy, poza tym nie lubię się chwalić. Ale chyba oprócz myśli, która też jest całkiem do rzeczy, czas jest najzabawniejszym, najbardziej zaskakują- cym, zresztą, co tu ukrywać, sam dobrze wiesz, że to prawda, najgenialniejszym z moich wynalazków. Czas jest czymś, co na wieki wieków i dłużej trudno będzie wspominać inaczej, jak ze zdumieniem i niepokojem połączonymi z podziwem. Ty i ja żyjemy w tym, co wyobrazić sobie najprościej i najłatwiej: w wieczności. Przez długi czas utożsamiany byłem z czymś jeszcze prostszym: z nieskończonością niebytu. Ale działo się to jeszcze przed tobą i tego nie doświadczyłeś. I tobie, i mnie trudno jest wyobrazić sobie, jak niebywale skomplikowane są mechanizmy czasu. Zdaję sobie sprawę, że dla ducha wiecznego czas jest właściwie czymś niepojętym. Musiałbyś wyobrazić sobie jakąś rzecz tak nieuchwytną, że wręcz nieistniejącą - a przy tym oczywistą. Coś, co trwa i nie trwa. Coś, co mija - a przecież nie mija. Musiałbyś znać pojęcie niemożliwości i sprzeczności. W tejże sprzeczności pogrążone jest wszystko, co istnieje. Wszechświat i czas to jedno i to samo. Nie ma świata bez czasu i nie ma czasu bez świata. Czas i świat stworzyłem tym samym słowem. Nic, ale to nic z tego, co istnieje na świecie, nie wymknie się spod władzy czasu. Cały wszechświat, jako że pogrążony jest w czasie i stanowi z nim jedno, jest niemożliwością i sprzecznością. Wszechświat jest paradoksem.

Wszystko, co istnieje, istnieje w czasie. Wszystko, co istnieje, jest - i nie jest. A to dlatego, że czas składa się z trzech wymiarów, z trzech hipostaz, jeszcze bardziej złożonych niż nicość i wszystkość, niż wieczność, która jest taka nieskomplikowana, i niż dziecinnie wręcz prosta nieskończoność: z przeszłości, której już nie ma, teraźniejszości, jedynej, która jest, i przyszłości, której jeszcze nie ma. A w całej tej mojej kombinacji najbardziej diaboliczne, nie ukrywam, jest to, że trwa ona w ciągłym ruchu. Czas to ruchomy obraz mojej wieczności. Przyszłości, słuchaj uważnie, większość czasu zabiera zamienianie się w teraźniejszość. A teraźniejszości - w przeszłość. To taki odwieczny balet. Nieustająca karuzela. Ciągła zmiana dekoracji. Co sprawia, że wszystko, co istnieje, istnieje, ale tak, jakby nie istniało: wszystko mija, wszystko zostaje; teraźniejszość była przyszłością, zanim stała się przeszłością; dzisiaj nosiło nazwę jutra, zanim zaczęło nazywać się wczoraj; nikt nie powie o sprawach doczesnych, że są, gdyż jednym tchem trzeba powiedzieć, że będą, są, były. Są i nie są, ponieważ już ich nie ma lub jeszcze ich nie ma. Teraźniejszość można uznać za najbardziej stabilny element czasu. Z tym, że ona nigdy nie trwa: gdybyśmy znajdowali się w wymiarze czasu, chwila, gdy to mówię, dawno by już minęła. Co prawda, można też powiedzieć, że teraźniejszość, nie trwając nigdy, trwa zawsze; ta przelotna, ta krucha teraźniejszość człowiecza to bolesny, nieustannie zagrożony obraz mojej wieczności. Gabriel z trudem nadążał. Nie bardzo mógł się połapać w labiryncie czasu, w którym, jak mu się wydawało, odnajdywał ślady niespokojnego ducha swego odwiecznego wroga Lucyfera, i na opuszkach jego skrzydeł drżały kropelki potu. - Sądziłem, przyznać muszę, że zanurzając świat w cza- sie i umożliwiając ludziom za pośrednictwem myśli decydowanie o tym czasie, dostarczam im klucza do ich statusu, sekretu tego, co, zachłystując się, nazywają kondycją człowieczą; dwuznaczna to kondycja i status więzienny. To kondycja pełna tajemnic i status metafizyczny. Czas odsyła do wieczności. Co się dzieje, gdy ludzie wahają się, a niekiedy nie chcą podążać z czasem, który na koniec zaprowadzi ich do mnie, gdy nie chcą przyznać, że czas bazuje na wieczności? Otóż rzecz w tym, że czas będący obrazem Boga jest zarazem teatrem zła. W czasie czai się cień Lucyfera, który pragnął zawładnąć światem. Ponieważ został pokonany, nie może narzucić swojego prawa. Mimo to z otchłani ciemności, w której nieustannie się pogrąża, prowadzi nie kończącą się walkę z moim prawem. Walczy z moim prawem za pośrednictwem diabolicznego spisku dwóch moich najbardziej udanych dokonań: czasu i ludzi. Ludzie wprowadzają swoją wolę w upływający czas: nazywa się to wolnością. I ta właśnie wolność umożliwia im występowanie przeciwko mnie. Długo pokładałem w ludziach niemądrą nadzieję. Myślałem, że pozostaną mi wierni w swojej niedoli i będą mnie szukać, kiedy mnie utracą. Sądziłem, że oznaki mojej obecności są wystarczająco czytelne we wszystkim, zwłaszcza zaś w czasie, by wypełnić moją nieobecność. Ale zarzuciłem już tę nadzieję. Pycha, uciechy i zło przed- stawiają w ich oczach tyle uroku, że dłużej już nie potrafię z tym walczyć. Ani mi się śni pozostawić ich na pastwę zła, które w końcu nie na darmo zwyciężyłem. Zamierzam tylko wstrzymać czas i zniszczyć świat, tak żeby za jednym zamachem unicestwić i ludzi, i zło. Rozterka Gabriela i śmiech Najwyższego Słowa Boga jak przez mgłę docierały do zdjętego trwogą Gabriela. Zatrzymać czas! W porównaniu z taką katastrofą obie wojny światowe, głód w Chinach, zatopienie Atlantydy, zagłada Sodomy i Gomory, a nawet sam potop, o którym nieraz opowiadał mu Bóg, i zbrodnia Abla, który za jednym zamachem uśmiercił jedną trzecią ludzkości, wydawał się dziecinną igraszką. Szczególnie dla niego, dla Gabriela, który przybył obwieścić Marii radosną nowinę, byłoby to dotkliwym przeniewierstwem. Już nigdy w życiu nie ośmieliłby się w swojej długiej białej szacie I z lilią w dłoni pokazać ludziom na oczy. Zresztą i tak by nie mógł, skoro nie byłoby już ludzi. Gabriel pogrążył się w nieskończenie długiej medytacji. Słabo znał ludzi. Cała jego wiedza o świecie pochodziła od Boga. I od jego służb wywiadowczych. Kiedy zstąpił na ziemię, ludzie - i kobiety, które to rozróżnienie przyprawiało go o rozterkę - wzbudzili w nim zachwyt. Podobały mu się drzewa, pustynia, nadmorskie wzgórza, świątynie, w których wierni czcili co innego niż otaczający ich świat, wielkie chłodne domy z tarasami tonącymi w słońcu. Przestąpił próg czasu i

świata z trzepotem skrzydeł i z biciem serca oraz z uczuciem osobliwego szczęścia. Och, nie było to owo niewysłowione szczęście, emanujące z Najwyższego. Mimo tych wszystkich, w większości niezrozumiałych dla niego szczegółów, jakie wyjawił mu Bóg, mówiąc o potwornościach czasu, było to szczęście pogodne i sielskie, rozbrzmiewające szmerem strumyków i śpiewem ptaków. Poczuł zawrót głowy na myśl, że wszystko to mogłoby przestać istnieć. - I co...? - odezwał się Bóg. - Wybacz, Panie - wyszeptał Gabriel. - O czymże tak marzysz? - spytał Bóg. - Myślę o ludziach - powiedział Gabriel. Bóg roześmiał się. Śmiech boży poszybował w wieczność. Bóg nieczęsto się śmiał. Za pamięci cherubinów nie roześmiał się nigdy. Nie śmiał się przy narodzinach księcia, który miał przyjąć imię Buddy. Nie śmiał się przy narodzinach Jezusa, które zapowiedział Gabriel. Nie śmiał się przy narodzinach Proroka, przyszłego Mahometa, tego samego, którego później odwiedzi Gabriel. Nie śmiał się z upadku Lucyfera oraz tych, którzy na Ziemi mieli się na nim wzorować. Nie śmiał się z dowcipów Arystofanesa, Plauta, Terencjusza, Moliera, Becketta i Ionesco. Za wszystkim, co radosne i wielkie, i szczęśliwe, i niosące z sobą obietnicę, widział zawsze jedynie posępny pochód czasu dokonującego nieustannie dzieła zniszczenia i zdążającego ku śmierci. Usłyszawszy śmiech boży Gabriel zadrżał. Uznał to za znak, że Bóg odwrócił się od ludzi. Bóg nigdy się nie śmiał. I jeszcze nigdy dotąd nie odwrócił się od ludzi. A teraz śmiał się. Śmiał się z ludzi. Widział ich podłości, ich szaleństwo, przyziemność ich nadziei, śmieszność ich ambicji. Nie pamiętał o ich wielkości, o ich wierze, ich miłosierdziu, ich odwadze. - Opowiedz mi, Panie, jeszcze trochę o świecie i o tych ludziach, których chcesz zetrzeć z powierzchni Ziemi - poprosił błagalnym tonem. O wszechświecie i o jego narodzinach Bóg popatrzył na Gabriela i nie każąc się długo prosić, zaczął: - Czas nie jest jedynym bohaterem opowieści o świecie. Do czasu dołączyła przestrzeń. Wkraczają na scenę pospołu, niczym Kastor i Polluks, niczym Achilles i Patrokles, niczym Laurel i Hardy, i zaczynają wygłaszać swoje kwestie. Przy czym trzeba od razu powiedzieć, że odkrycie przestrzeni nawet się nie umywa do odkrycia czasu. Nawet duch taki jak ty, nie mający zielonego pojęcia o czasie, jest w stanie bez większego trudu wyobrazić sobie, że na świecie rzeczy oddzielone są jedne od drugich i rozciągnięte w przestrzeni. Przestrzeń nie jest tak błyskotliwa, tak wyrafinowana, tak zabawna i odkrywcza jak czas. I nie tak zmienna. Może to, co traci na talencie, zyskuje na prostocie i klarowności. W razie czego zawsze lepiej liczyć na przestrzeń niż na czas. Przestrzeń jest sprzymierzeńcem, czas jest wrogiem. Przestrzeni można stawić czoło, można ją poskromić i oswoić; czas jest zawsze górą, a w dodatku nie zna litości. Przytłacza przestrzeń swoimi niepokojącymi darami i swoją nieposkromioną ambicją. Przestrzeń - taka godna, taka racjonalna, tak zawsze chętna do przysługi - stanowi gorszą wersję czasu. Trzeba tu od razu powiedzieć - choć ludziom odkrycie tego zajęło długie wieki i tysiąclecia - że obaj ci aktorzy teatru wszechświata stanowią nierozłączną parę. Choć każdy z nich żyje własnym życiem, jeden burzliwym i niespokojnym, drugi pogodnym i uregulowanym, to tworzą wyjątkowo zgodne stadło. Trzeba czasu na pokonanie przestrzeni i trzeba przestrzeni na zmierzenie czasu. Czas przecieka między palcami z takim pośpiechem i tak wartką płynnością, że ludziom potrzebna jest przestrzeń, by móc przełożyć na obecność jego wieczny brak. Stąd zegary słoneczne, klepsydry, wahadła, zegary i zegarki, które na Ziemi stanowią jedynie odbicie ruchu gwiazd na niebie. A przy tym jest tak uniwersalny, że nie sposób obyć się bez jego usług, chcąc ujarzmić przestrzeń. Stąd konie, wielbłądy, pociągi, samochody, samoloty; etapy i rozkłady jazdy nierozłącznie związane z ich kursowaniem. I tu zaczynają się problemy. W świecie ludzi - jako że istnieje w nim coś, co nazywa się światłem, które porusza się z niesamowitą, choć skończoną szybkością, i jest niczym innym, jak tylko cieniem mojej chwały - widzieć coś daleko w przestrzeni znaczy widzieć to daleko w cza- sie;

moje światło przynosi im obrazy odległych planet, które wtedy, kiedy oni na nie patrzą, już nie istnieją. Rzecz w tym, że szybkość występuje tak w przestrzeni, jak i w czasie: szybkość - i ogólnie ruch, również będący jednym z moich tajnych agentów na ziemskim padole - jest łączącym je ogniwem. Od zarania dziejów przestrzenią i czasem steruje pewna zdumiewająca siła, która nieustannie mnie zadziwia swoim podobieństwem do mnie i mojej wszechmocy: matematyka i liczby. Najlepsi z ludzi już dawno się połapali, że świat składa się z liczb, a liczby są moim znakiem. Liczby odgrywają tak wielką rolę w powstaniu wszech- świata i jego przetrwaniu, że ludzie mogą żyć w dwóch różnych rejestrach: liczb i obliczeń oraz świata realnego. I za sprawą cudu, który nieustannie ich zadziwia, tak samo jak nie przestaje dziwić również mnie samego, oba te rejestry współgrają ze sobą. Dokonuję obliczeń i powstaje świat. Ludzie dokonują obliczeń i odkrywają go. Pewien wielki genialny ziemianin powiedział, że najbardziej nie- zrozumiałą rzeczą byłoby to, gdyby świat stał się zrozumiały. I proszę, dotknął tym samym sedna sprawy: wszechświat jest zrozumiały, ponieważ go takim uczyniłem i ponieważ oddałem go we władanie nieuchronności i liczb. Ja sam kryję się we wszechświecie. Obecny jestem jedynie poprzez moje prawo. Jestem Bogiem utajonym. Natomiast moje prawo jest wszechobecne i wszechmocne. Na ten, skądinąd tak prosty temat ludzie zawsze wygadywali różne niestworzone rzeczy. Jedni w swej naiwnej dobroci przypuszczali, że pod różnymi imionami, z brodą lub bez, włączałem się w sprawy świata wbrew swoim prawom, niosąc ratunek młodym dziewicom, oblężonym miastom, armiom w rozsypce, marynarzom na morzu, alpinistom podczas zawiei śnieżnej, wielbłądnikom na pustyni konającym z pragnienia. Z kolei inni, subtelniejsi, uważali, że prawo to Bóg; że ono i ja tworzymy jedno. Owszem, tworzę z nim jedno, Gabrielu, ale to nie ja pochodzę od niego, tylko ono pochodzi ode mnie. Jeszcze inni, a jest ich coraz więcej, utrzymują, że nieuchronność i liczby, będące znakiem mojej potęgi, są dowodem mojego nieistnienia; że one same w zupełności wystarczą do objaśnienia świata. Ich właśnie pychę chcę pokarać, kładąc kres światu. Uczynię to bez radości w sercu. Wszechświat, tak wielki, że ludziom śmiało mogło się wydawać, iż jest nieskończony, to cudowna i zachwycająca machina o nie- zrównanych osiągach, dopracowana w najdrobniejszych szczegółach, która nigdy nie odstępuje ani od swojego zadania, ani od swojego celu. To najwspanialsza rzecz, jaka wyłoniła się kiedykolwiek z mojej wieczności. Ten wszechświat, który ludziom jest tak trudno zrozumieć i który poprzez swój obłęd narażają na takie niebezpieczeństwo, nie jest jedynym pośród wszystkiego, co istnieje. Otacza go nieprzebrana ilość innych wszech- światów, nie posiadających nazwy w żadnym języku. Ludzie zamieszkują planetę, którą nazwali Ziemią. Ziemia krąży wokół Słońca, z kolei wokół Ziemi krąży Księżyc. Słońce, Ziemia i Księżyc wchodzą w skład galaktyki zwanej Drogą Mleczną. Droga Mleczna liczy sobie plus minus sto miliardów gwiazd. Ludzki wszechświat liczy sobie plus minus sto miliardów galaktyk. Całym tym małym światkiem rządzą czas, przestrzeń, nieuchronność i prawo. Rządy ich nie obejmują innych wszechświatów, które oddałem we władanie innych znów praw - wszech- światów, których ludzie, żyjąc w czasie, nie potrafią nie tylko sobie wyobrazić, ale nawet dopuścić myśli o ich istnieniu. Myśl ludzka bowiem poddana jest temu samemu prawu, które rządzi światem, i dlatego, choć zdolni są go zrozumieć, niezdolni są wydostać się z niego. Jednak inne światy, skądinąd obfitujące w wiele powabów i wynalazków nie są tak drogie mojemu sercu, jak świat zła, czasu, myśli i ludzi. Cóż na to poradzę? Kocham akurat ten. Jest piękny, smutny, pełen niespodzianek. Tylko nie dla ludzi, którzy nic innego nie znają i którzy nie wiedzieć czemu uważają, że czas wynika sam z siebie i - co już w tym wszystkim najdziwniejsze - że nie istnieje nic bardziej nieuchronnego od nieuchronności. Wyżej, ponad ludźmi rozciąga się bezkres, który zgłębiają krok po kroku, po omacku, jak ślepcy. Niżej - inny bezkres, do którego również próbują zstąpić. Ach, Gabrielu, naprawdę udał mi się ten numer. Nad nimi Słońce i Księżyc, galaktyki z zatrzęsieniem gwiazd, czarne dziury i kwazary, i granice wszechświata, który w przestrzeni połączonej z czasem wiedzie ich prosto do wielkiego wybuchu. Poniżej molekuły, atomy, elektrony, protony, neutrony, postrzelone, nieprzewidywalne cząsteczki, kwarki o nieprawdopodobnych, godnych krasnoludków imionach: up, down, strange, chamie, beauty albo bottom, top... i hadrony, mezony, leptony, bozony, fotony, gluony, miony, groźne neutrina, których pozbawione masy i ładunku szwadrony uderzają ze zdwojoną siłą, i migotanie całej tej senno-koszmarnej rojności nasuwającej pytanie, czy faktycznie istnieje, czy

może została wymyślona przez człowieka, który ją odkrył i ochrzcił - a potem, z jeszcze innej strony, tak w wymiarze mikroskopijności i niedostrzegalności, jak ogromu - granice wszechświata. Sam powiedz, czy to nie zabawne? Czy to nie ekscytujące? Opowiadając o wszechświecie, Bóg odzyskał nieco werwy i rozpogodził się. Na wspomnienie stworzenia świata jego słowa nabrały żywości. Pokraśniały mu policzki. Jego oczy znów ciskały błyskawice, które tak przeraziły Mojżesza na Górze Nebo, na szczycie Fasga, Galaad, Efraim, Manasse. I doskonałość własnego dzieła sprawiła, że zapomniał o ludziach, będących dzieła tego hańbą i uwieńczeniem. Gabriel czuł narastający w nim niejasny niepokój. - A ludzie? - zapytał niepewnym głosem. Ludzie i ich los - No właśnie!... Ludzie! - powiedział Bóg. I wyciągnąwszy ramię z otwartą dłonią zwróconą wnętrzem do przodu w geście odmowy, zda się zapożyczonym ze swojego własnego portretu pędzla Michała Anioła, na nowo pogrążył się we frasunku, w rozgoryczeniu i gniewnym milczeniu. Gabriel zrozumiał, że od ludzi, których tak ukochał, Bóg zaczyna bardziej miłować kwarki, kwazary, regularny ruch ciał niebieskich, okrutne czarne dziury, które wszyst- ko, co im wpada w zęby, zamieniają w spaghetti, cztery podstawowe siły, na których trzymał się wszechświat, węgiel, łupki, wodór i hel, może króliki, ludzie nie znający pisma i nie bawiący się w filozofię oraz ameby i bakterie, które z tych czy innych powodów w ciągu trzech czy czterech miliardów lat nie rozwinęły się i nie stały się ludźmi. Bóg gniewał się na ludzi, ponieważ ich myśli zwracały się przeciwko niemu. - Świat jest piękny - odezwał się Bóg po długiej chwili milczenia. - Są na nim jeziora, urwiste nabrzeżne skały, wyspy porośnięte piniami i bugenwillami, rafy koralowe, lilie afrykańskie, lirogony, pantery i biedronki, obłoki mknące po niebie i zachody słońca. Piękna jest nie tylko Ziemia, błękitna jak pomarańcza. Równie piękny jest wszechświat. Jego firmament usiany jest gwiazdami, jarzącymi się niegasnącym blaskiem tysiąca ogni. Aż dziw bierze, jakim sposobem noc potrafi być aż tak czarna. W odległym zakątku niezmierzonego wszechświata, a jest on tylko pyłkiem pośród mojego ogromu, Ziemia jest maleńkim promiennym klejnotem. A na niej mieszkają ludzie. Stworzyłem wiele zdumiewających rzeczy. Ale najbardziej zdumiewający jest człowiek. Przez długi czas ludziom wydawało się, że są ośrodkiem i ukoronowaniem wszech- świata - i w pewnym sensie tak jest. Ale tylko w pewnym sensie; są jego panami, ale zarazem jedynie jego znikomym, śmiechu wartym fragmentem. Stworzyłem świat dla ludzi, ale są oni na nim tylko stworzeniem jednym z wielu; zalążkiem życia, które jest zalążkiem materii. Ludzie sprawują rządy nad światem i z niego pochodzą; wyłaniają się z niego i nad nim panują. Są tylko algami, którym się powiodło, bo ja na to pozwoliłem. Są kręgowcami, ssakami, naczelnymi, które miały piękne widoki na przyszłość, gdyż otaczałem je opieką. Mogliby jednak dostrzec, wystarczyłoby tylko szerzej otworzyć oczy, że ta ich sławetna ewolucja przebiegała zawsze tylko w jednym, korzystnym dla nich kierunku. Wiele innych odgałęzień życia miało mniej szczęścia i lądowało w ślepym zaułku. A oni pokonali wszystkie niebezpieczeństwa. Bez zmrużenia oka zmierzali naprzód. Pokonali wszystkie prze- szkody. Mogliby więc okazać mi - nie żądam chyba zbyt wiele? - bodaj cień wdzięczności. Człowiek jest cudem, ponieważ to dla niego zostało ustanowione prawo. W końcu mnie zawdzięczają tę zawrotną władzę, którą teraz tak beztrosko obracają przeciwko mnie. Jestem Bogiem utajonym. Jestem panem i ofiarą. Jestem źródłem potęgi, która mnie odrzuca i neguje moje istnienie. Potęga - a przecież słabość. Jedną z tajemnic świata jest to, że ludzie nie będą trwać wiecznie. Oczywiście jeszcze o tym nie wiedzą. Ale zaczynają już coś prze- czuwać. Przez długi czas te biedne dzieciaki wyobrażały sobie, że spadły z nieba w pełnym rynsztunku, wypisz, wymaluj grecki posąg, i że już zawsze pozostaną takie same. Być może nadal mają nadzieję, że nie ruszając się z miejsca zdołają przemierzyć wieki i tysiąclecia; że są czymś w rodzaju nieśmiertelnego skarbu. Uporczywie wierzą, że zawsze i niezmiennie z człowieka będzie się rodził człowiek.

Prawda, nim objawiła się po stronie przyszłości, wyszła najpierw na jaw po stronie przeszłości. A prawda jest taka, że człowiek jest przede wszystkim zwierzęciem, że zwierzę jest przede wszystkim rośliną, że roślina jest przede wszystkim życiem, że życie jest przede wszystkim materią i że materia jest przede wszystkim energią. Pomału, nie szczędząc wysiłku i poszukiwań, ludzie w końcu zrozumieli, że są owocem długiej historii sięgającej początkami Wielkiego Wybuchu, jak to zabawnie określają. Ale najciekawsze jest to, że odkrycie znikomości własnych pradawnych korzeni, miast nauczyć ich pokory, wbiło ich w jeszcze większą pychę. "Jesteśmy algami - mówią algami zaszczepionymi na czasie. Bóg jest nam już niepotrzebny". Są kuzynami małp; Bóg przestał być ich kuzynem. Tak jakby algi i małpy były przyczyną samą w sobie, jakby od razu wychynęły z nicości razem z całym swoim dobytkiem, jakby wszystko wzięło się za jednym zamachem z niczego. Jeśli idzie o przeszłość, to dzięki nauce ludzie odkryli, że w ciągu paru milionów lat bardzo się zmienili i że kilka miliardów, ba, kilka milionów lat temu w ogóle ich jeszcze nie było. Jeśli idzie o przyszłość, trudno im uwierzyć, że wraz z nauką zmienią się jeszcze szybciej niż przedtem i że za kilka miliardów, za kilka zaledwie milionów lat od ogłoszenia Pochodzenia gatunków i triumfu Darwina nie będzie już ludzi, tylko jakieś niesamowite, niewyobrażalne stwory, którym będzie równie daleko do człowieka, co człowiekowi było do ameby. Ludzie są bytem tak samo przejściowym jak ich kolejne wierzenia, ich społeczeństwa, ich imperia, ich domy i odzienie; są nietrwałym cudem, ulotnym zjawiskiem. Brylują przez kilka milionów lat, a potem znikają. Byli bezszczękowcami, gadami, naczelnymi. Będą maszynami i robotami. Byli potworami i będą potworami. Niemal jednocześnie w tym samym momencie, kiedy zaczynają grzmieć wielkie organy opiewające śmierć Boga, rozlega się cicha muzyczka obwieszczająca śmierć człowieka. A ponieważ ludzie mają na swoim punkcie hyzia, więc łacniej wierzą w śmierć Boga niż w śmierć człowieka. Wielu z nich wyobraża sobie, że z wysokości swoich tarasów, na próżno szturmowanych przez stulecia, niczym jacyś nietykalni zwycięzcy, są świadkami zagłady Boga, gdy tymczasem w czas, który unosi z sobą wszystko i niszczy, i ludzie nie stanowią tu żadnego wyjątku, wpisana jest sytuacja dokładnie odwrotna: dziś już nikt nie wątpi, że za kilka tysięcy czy milionów tysiącleci, które w mojej wieczności miną z szybkością błyskawicy, ludzie pośród okrutnych rozterek wymrą jeden po drugim na oczach Boga. Nietzsche umarł wcześniej niż Bóg. Nietzsche umarł na dobre, Bóg istnieć będzie zawsze. Ludzie odchodzą. Lecz panują. Cały ten świat, który tak bardzo ich przerasta, dopiero dzięki nim nabiera sensu. Powoli zaczynają odkrywać jego wielkość i prawa. Przejmują moją władzę. Kiedy się pojawili, scedowałem na nich moje uprawnienia i przerzuciłem na nich cały majdan Wymyślili naukę, wymyślili historię. "Wykorzystują je po swojemu i na własną odpowiedzialność. Są za nie odpowiedzialni tak dalece, że mogą je sprowadzić na Bóg wie jakie manowce. Są zdolni do wszystkiego, ponieważ są wolni i myślą. Jedynym moim wynalazkiem, z którego oprócz czasu jestem prawdziwie dumny, jest myśl - nawet jeśli obraca się ona przeciwko mnie. Nie spadła z nieba od razu gotowa. Tak samo jak wszechświatu, początek jej dała pewna ilość mechanizmów - które zresztą sama będzie zgłębiać, jako że świat to paradoks i czysta ironia - ukrytych pod maską między innymi fizyki, chemii, matematyki. Wyłoniła się z materii. Związana jest z ciałem, mózgiem, neuronami, złączami nerwowymi. I podporządkowana prawu. Odsyła jednak do czegoś innego niż do samej siebie. Ludzkie myślenie dokonuje się zawsze w obrębie świata, ale sama myśl nieustannie wyrywa się ku czemuś innemu, dalej; znajduje się w połowie drogi między światem i mną. Wyrywa się poza granice świata z dwóch powodów: przede wszystkim dlatego, że z niego się wywodzi; a następnie dlatego, że nad niego wyrasta. Odcisnąłem mój ślad na myśli ludzkiej, tak samo jak odcisnąłem go na czasie. Czy zaczynasz pojmować wreszcie ogrom mojego zamysłu? Stworzony z tej samej materii co gwiazdy człowiek wyłania się z natury jak z wolno bujającej się kołyski, w której wykluwa się jego los. Jest fragmentem, któremu przypadło zadanie i zaszczyt myślenia o wszechświecie. I o mnie. To, że tak głupie stworzenie zdolne jest - po omacku wprawdzie, lecz bezsprzecznie - do refleksji o tym, co wieczne, i o tym, co nieskończone, dało do myślenia co poniektórym najsubtelniejszym duchom. Zaczęli po trochu uświadamiać sobie, że jest w myśli coś, co przynajmniej w pewnym stopniu wyrasta ponad świat i czas. Uznali, że pojęcie nieskończoności nie mogło zrodzić się ze skończoności; że to raczej skończoność zrodziła się z nieskończoności.

Te przebłyski zatraciły się jednak w oparach pychy. Ludzie uznali, że podlegają tylko i wyłącznie sobie. Krok po kroku odkrywali fragmenty prawa, które własnym staraniem narzuciłem światu i czasowi. Orzekli jednak, że prawo nie potrzebuje prawodawcy, że wręcz go wyklucza, fundamenty nieuchronności zaś wynikają z niej samej. A kiedy okazało się, że do wytłumaczenia początków myśli, życia czy materii nie wystarczy już sama nieuchronność, wtedy ze swojej pustej i dziurawej kieszeni wyciągnęli przypadek. Nie przyszło im do głowy, że nieuchronność być może wcale nie jest nieuchronna oraz że przypadek to zwyczajnie moja wola, tylko inaczej nazwana - bo nie chcieli, żeby taka myśl powstała im w głowie. Woleli wybrać cokolwiek, byle na swoim poziomie, niż coś, co mogło ich przerosnąć. Mało tego: głośno, więcej niż pretensjonalnie i prowokacyjnie, przyznali, że wolą absurd od tajemnicy. Wszyscy - to znaczy sami ludzie - powtarzali zawsze, że jedyną zbrodnią jest pycha. Domyślasz się, kto stoi za tą pychą: oczywiście twój koleżka Lucyfer. Usłyszawszy imię Lucyfera Gabriel zadrżał, gdyż nagle pojął, że cala sprawa waży się między Diabłem i Dobrym Bogiem. W duchu raz jeszcze stanął u boku tego, którego żołnierze nazywali czule "kapitanem Michałem" - dowódcy niebiańskiej milicji i księcia zastępów niebieskich. Michał! Jakże go kochał! Jak kochał go wciąż jeszcze w Bogu i wieczności! To Michał osadził go na stanowisku szefa tajnych służb; od tamtej pory nigdy nie zaprzestali współpracy tak w czasach wojny jak pokoju. To także Michał powierzył intendenturę i służby medyczne armii Rafaelowi; ich trójka, Michał, Gabriel i Rafael, "trzy archanioły", "trio niebieskie", tworzyła zaufane grono Najwyższego oraz jego osobistą gwardię, toczącą wojnę z czarną gwardią Lucyfera. W legendzie i historii często występowali razem; wiele kalendarzy obchodziło co roku 29 września ich wspólne imieniny. Gabriel ujrzał znów Uriela, dowódcę komandosów i służb specjalnych, kolosa przerastającego ich wszystkich wzrostem i posturą, który z honorem wyszedł z wielu zda się z góry straconych sytuacji; Jehudiela, generalnego skarbnika i płatnika, bankiera ekipy, zawsze umiejącego zdobyć fundusze i wyśrubować podatki na najbardziej nawet jałowych pustyniach; Barachiela, szefa sztabu, nie- odstępnego i zatrważająco kompetentnego zastępcę Mi- chała; Seatiela, oratora całej paczki i jej adwokata, którego wysyłało się, ilekroć zaistniała potrzeba negocjacji z władzami i związkami zawodowymi. Ujrzał Jerzego, legendarnego jeźdźca, ciut może staromodnego, zawsze jak spod igły, prezentującego się bardzo z brytyjska z tą swoją szpicrutą i wąsami, groźnego rębajłę, i postępujące za nim jego smoki, które w następstwie bez końca upamiętnianej - w Wenecji i gdzie indziej, przez Carpaccia i wielu innych - epopei odbił Lucyferowi i obrócił przeciwko niemu. - Ludzie byli zbyt daleko - rzekł Bóg. - Zaczęli sobie chyba wyobrażać, że są mną. Oczywiście w gorszym wydaniu. Obawiam się, że to przeze mnie zamienili się w błaznów Wiekuistego, w klownów Wszechmogącego. Jakby nie dość im było rozpowszechniania tych wszystkich oszczerstw i przelewu krwi, to jeszcze nie mogą się zdecydować, czy zniszczyć tę swoją planetę, czy też powołać do życia jakieś fantastyczne stwory na wzór i podobieństwo swoje. Nie dopuszczę do tego, żeby Lucyfer, którego pokonałem w wieczności, wziął teraz dzięki nim odwet w czasie. Modlitwa Gabriela W tym miejscu rozgrywa się scena, która powinna by przejść do historii wieczności na równi z buntem Lucyfera, wygnaniem z rajskiego ogrodu Adama i Ewy, posłaniem Noemu do arki na górze Ararat synogarlicy z gałązką oliwną czy wstrzymaniem przez Najwyższego noża Abrahama, którym ten właśnie zamierzał poderżnąć gardło Izaakowi. Wysłuchawszy w milczeniu i z wielką uwagą opowieści Wszechmogącego, Gabriel nagle ze łzami w oczach padł mu do stóp, kierując do niego te słowa, które i na ziemi, i w niebie znane są bardziej jako Modlitwa Gabriela: - Ludzie są zawodni i zmienni i szaleństwem byłoby na nich polegać. Zdolni do wszystkiego, do najlepszego i najgorszego, bardziej są nieprzewidywalni niźli morski wiatr czy chmury w górach. Wierzysz, że są dobrzy, a są źli; wiadomo, że są źli - a są dobrzy. Panie, osądź litościwie i z przychylnością błędy tych, których stworzyłeś. Zmierz podług własnej potęgi ich słabość i karygodne czyny. Ludzie nie mogą nic. Ty możesz wszystko. I pozwalasz na okrucieństwa, które budzą w nich bunt i rozpacz.

Stworzyłeś ich pełnymi miłości, tymczasem oni patrzą, jak cierpią i umierają ci, których kochają. Ukryłeś się gdzieś poza światem i dziwisz się, że cię nie znajdują. Obdarzyłeś ich prawem i nieuchronnością, ciążącymi im okrutnym jarzmem, i masz im za złe, że odwracają się od ciebie, gdy ty sam jaśniejesz głównie blaskiem swej nieobecności. Umieściłeś ich w czasie, z którego nie potrafią się wydostać, i zamierzasz ich ukarać, bo nic nie wiedzą o wieczności. Panie, który żądasz takiej miłości od ludzi żyjących w ciemnościach, pozwól, by z wyżyn twojego blasku spłynęło na nich trochę twojej miłości. Tak, wiem. Na okrągło powtarzałeś, że zrobiłeś dla nich wszystko. Powołałeś ich na świat, a oni odpłacili ci za to niewdzięcznością. Słałeś do nich proroków i znaki, a oni cię wydrwili. Poświęciłeś się dla nich, a oni cię nie uznali. To smutne. To tragedia. Trudno o coś bardziej ponurego. I trudno o coś pełniejszego blasku. Trudno o coś większego i piękniejszego niż pełne burz stosunki Boga z ludźmi. W gruncie rzeczy nic innego nie istnieje. W tym zawiera się całe piękno świata. I cała prawda. To jedyna powieść, jaka kiedykolwiek powstała. Jedyna wystawiona kiedykolwiek opera. Jedyna historia, jaka się kiedykolwiek zdarzyła. Oczywiście, bez Boga nie byłoby świata. Lecz Bóg - słuchaj, Panie - byłby niczym bez ludzi. Twoja chwała, wszechmogący Boże, bierze się z ich miłości. A być może jeszcze bardziej z ich buntu i zdrady. Jeśli nie udzielisz raz jeszcze, i jak zawsze dotąd czyniłeś, swego przebaczenia im, którzy tak bardzo są tego niegodni, to komu, Panie, będziesz mógł go udzielić? Wybacz jak Bóg tym, którzy grzeszą jak ludzie. Bóg słuchał. Jego twarz stała się coraz bardziej niewidzialna. Przerażony własnymi słowami Gabriel z pokorą padł mu do stóp. Szósta misja Bóg dobrotliwie pomógł mu się podnieść. Wziął go w ramiona. Anioł Wszechmogącego poczuł spływający na niego obłok zbawienia, żywą morską falę, szczęście wieczności. - Gabrielu - przemówił Bóg - ludzie są mniej niż niczym. Są prochem i pyłem. Mgnieniem nieskończoności. I są więcej niż wszystkim. Nie wydam na nich wyroku, dopóki ich nie wysłucham. Ty zaś jesteś ich najlepszym adwokatem. Opowiesz mi o nich. Zstąp raz jeszcze między ludzi. Przyjrzyj się, jak postępują. A potem wróć do mnie z gotowym raportem pod pachą. Postaraj się, żeby to była piękna bajka do opowiadania nad brzegami czasu i wieczności. Stań się człowiekiem między ludźmi. Zgłęb ich lędźwie i serca. Zważ ich lekkomyślną duszę. A potem powiesz mi, czy rację miałem wtedy, gdy stworzyłem świat, czy też wtedy, gdy chciałem go unicestwić; gdyż obawiam się, że w tym czy innym momencie mogłem się pomylić. Ufam ci. Powiodły ci się inne misje, które okryły cię chwałą i rozsławiły twoje imię wśród aniołów i ludzi. Będziesz moim agentem wśród niewdzięczników i niewiernych, tak jak nim byłeś u Abrahama, u Daniela, Zachariasza, u Marii i Mahometa. Będziesz naszym bożym człowiekiem w historii i w czasie. - Tak, Panie - zawołał anioł rozpościerając skrzydła i spuszczając głowę - jestem twoim sługą, twoją święconą duszą, twoim kretem długo pozostającym w uśpieniu i będę twoim człowiekiem. Zejdę między nich na Ziemię i w tajemnicy mojego serca powiem ci, ile są warci. Opuszczę dom ojca mego, wyruszę o świcie... - No proszę! - zauważył Bóg z uśmiechem - już zaczynasz przemawiać językiem ziemian. Obawiam się, że trochę za wcześnie. W wieczności świt nie istnieje. Nie istnieje też i w czasie widzianym z zewnątrz: nad Ziemią nie ma świtu. Lub jest on wszędzie - i nigdzie. Dla ludzi zawsze i wciąż, w tym czy innym punkcie planety wstaje świt. Pora, byś się dowiedział, że czas stanowiący jedno ze światem, żyje życiem zapożyczonym i zmiennym. - Wiem, Panie - powiedział Gabriel. - Ale czuję się już tak, jakbym był człowiekiem. Zanikają mi skrzydła, ogarnia mnie próżność, zaczynam odczuwać potrzebę mówienia; nie jestem już samym tylko spojrzeniem, odczuciem, świadomością; zaczynam uważać się za pępek świata Jeszcze trochę i stanę się taki jak oni, pyszny i zły, i zwątpię w Pana mojego i Boga. - Błogosławię cię - rzekł Bóg. Gabriel skłonił się przed Wiekuistym, który pozwala historii na każdym kroku roztaczać swoje iluzje i powaby. I odfrunął do ludzi.

II Misja Archanioła Oto ja Było lato. Piękna pogoda. Wychodziłem z morza. O niczym specjalnym nie myślałem. Nie wiem, czy wy też, ale ja często nie myślę o niczym. Byłem świeżo po kąpieli i po raz pierwszy od dawna poczułem się zupełnie nieźle. Powoli zapominałem. Spacerowałem po słońcu prażącym piasek i skały na małej, niemal bezludnej wysepce w zachodniej części Morza Śródziemnego. Nie wiem dlaczego, ale Morze Śródziemne zawsze zajmowało wiele miejsca w moich marzeniach. To morze nasze, morze ludzi Zachodu, dzieci starej Europy, spad- kobierców Ulissesa, Biblii i Eneasza, potomków Peryklesa i Fryderyka II nazywanego Stupor mundi, który panował na Sycylii i w Jerozolimie. Przez długi czas mieszkałem w miastach przeżywających istną inwazję motorów, w wielkich budynkach, uważanych za kuźnie przyszłości. Nie znosiłem mojego biura, akt, dzwonią- cych telefonów i listów czekających na napisanie. Dużo telefonowałem. Straciłem mnóstwo czasu w służbie pilnych spraw, tego bożyszcza dzisiejszych czasów i wroga istoty rzeczy. Zawsze kochałem słońce schodzące za horyzont morza. Właściwie tylko tyle zostało nam z naszej wieczności. Powróciłem teraz sam na te wyspę, której nazwy nie ma na żadnej z map i gdzie pewnego wieczoru przed kilkoma laty przyjechałem razem z Marie. Marie miała jasne włosy, niebieskie oczy i długie, długie nogi aż do samej ziemi. Przypominają mi się słowa Gastona Gallimarda, przyjaciela i wydawcy Gide'a, Claudela, Valery'ego, Prousta, Celine'a, Aragona oraz wielu innych, których książkami karmiliśmy się w młodości. Zapytany kiedyś, co w życiu kocha najbardziej, odpowiedział: "Kąpiele morskie, kobiety i książki - w tej właśnie kolejności". Nie zabrałem z sobą książek. Marie już nie było. Zostawało mi morze. Morze było niebieskie jak oczy Marie. Wskakiwałem w nie jak w ogień, zatracałem się w nim z rozkoszą, wyskakiwałem nagle w gejzerze wody, chwytałem oddech, wyciągałem się na piasku lub skalach i podrzemawszy przez chwilę z oczami szczypiącymi od soli, na nowo zanurzałem się w tę cudowność chłodu i niebytu. Egzystencja nagle nabierała płynności i ciekłości. Zespalałem się w jedno ze światem, który przelewał mi się między palcami. I zewsząd mnie otulał. Przestawałem myśleć o czymkolwiek. Byłem światem i jego odrzuceniem. Przepełniał mnie odurzający tragizm życia. Atak z powietrza Szybszy od światła, szybszy od myśli cichociemny Boga zbliżał się do Ziemi, quaderens quem devoret - wypatrując zdobyczy. Nie jestem sam Nikt nigdy nie jest sam. Jest się po to, żeby być kimś. A kiedy jest się we dwoje, z dwojga robi się troje. Bóg coś już o tym wie: Ojciec powołuje do życia Syna, natomiast zadaniem Ducha Świętego jest kursowanie między jednym i drugim i zapewnianie łączności między nimi dwoma oraz między nimi i światem.. Ewie nie trzeba wiele czasu, by zamieszkać z Adamem i urodzić mu dzieci. W otchłani lochów na zamku If ksiądz Faria i Edmund Dantes kontaktują się ze sobą potajemnie, szykując przyszłą zemstę hrabiego Monte Christo za kłamstwa oszczerców i społeczeństwa, Na wyspie, zda się bezludnej, niczym z nieba ląduje Piętaszek, a samotność Robinsona to tylko, powiedzmy sobie jasno, romantyczny wymysł. Oczywiście wiedziałem, że wokół mnie istnieje system zasad, sukcesji, spotkań i układów. Kilkaset tysięcy lat od zdobycia ognia, sześć lub osiem tysięcy lat od wy- nalezienia pisma, dwa i pół tysiąca lat po Sokratesie i Buddzie, dwa tysiące lat po Chrystusie, tysiąc trzysta lat po Proroku, dwieście lat po Rewolucji Francuskiej, wyznaczającej na dobre i na złe początek czasów no- wożytnych - byłem jedną z osiemdziesięciu miliardów istot ludzkich, które przewinęły się przez

Ziemię, by objąć ją w posiadanie. Byłem sukcesorem. Stanowiłem jedno z najsłabszych ogniw nie kończącego się łańcucha. Byłem człowiekiem, jakich wielu. Skrępowanego jak Guliwer, trzymały mnie na uwięzi tysiące niewidzialnych nici, na które składały się wiedza, władza, pieniądze, ambicja, układy sił, a także uczucia, wspomnienia, miłość i namiętności. Pragnąc choć na kilka dni uszczkniętych historii zerwać się z nich i o nich zapomnieć, pluskałem się w morzu i drzemałem w słońcu, śniąc o Marie. Inne spojrzenie na Drogę Mleczną Opuszczając progi wieczności, by znaleźć się w czasie, anioł Gabriel przemierzał bajeczny wszechświat, którego żaden ludzki umysł nie jest w stanie sobie wyobrazić ani cokolwiek o nim powiedzieć. Przebywszy dystans, który w oczach ludzi liczyłby się w milionach, milionach lat, choć w oczach wieczności był jedynie pyłkiem, przeniknął wreszcie w progi naszego świata, z podziwem odkrywając wszystkie jego szczegóły. Było to widowisko nieskończenie różnorodne i wspaniałe. Umykające jedne przed drugimi miliardy galaktyk formowały nieustannie nowe konstelacje, zajmujące coraz więcej miejsca w czasie i w przestrzeni. Powstawały wciąż nowe kolory i formy. Tworzyły je jutrzenki i koszmary, wybuchy gwiazd, zwijanie się i kurczenie, apokalipsy i powtarzające się w nieskończność paruzje. Gabriel jednym rzutem pokonywał ogrom odległości i epok. Widział rzeczy niedostępne czyjemukolwiek oku; upajała go muzyka sfer. Nie zwracał uwagi na czarne dziury, które tylko czekają, by rzucić się na zdobycz, za to nie mógł wyjść z podziwu nad wdziękiem i potęgą tych odprysków energii, z których rodziły się różne światy. W swoim locie szybszym od światła czuł odurzenie rozmachem zamysłu bożego. Przedtem wielbił Pana w próżni jego wieczności; teraz olśniony był jego dziełem. Był jak pływak, który zanurkowawszy w przestrzeń, oszołomiony i lekko skołowany bawi się czterema wymiarami wyznaczającymi ramy człowieka. Oraz wszystkimi innymi. Unosiły go niczym powietrze utrzymujące w locie gołębicę. Zostawiwszy za sobą nieprzebrane mrowie galaktyk ujrzał Drogę Mleczną. Widział ją od zewnątrz, od strony, od której nigdy dotąd nie oglądało jej żadne ludzkie oko. Z bezkresnych przestrzeni zaczynało emanować coś swojskiego. Zbliżał się koniec podróży. Szczęśliwy zbieg okoliczności Mój ojciec nie był cieślą, nie palił kadzidła w jerozolimskiej świątyni, nie szukał schronienia w grocie w górach Arabii; był dyplomatą. Miał katar sienny i poczucie racji stanu. Nie widziałem go nigdy w zarękawkach, w tweedowej marynarce, w tenisówkach czy kostiumie kąpielowym. Nosił szelki, kamizelki, ciemne kolory, trzewiki za kostkę, getry, cylindry; czasem nawet zdarzało mu się paradować z piórami na głowie. Moja matka, błogo- sławione niechaj będzie jej święte imię, pochodziła ze starego rodu, w którym spotykało się wymieszanych z sobą jak groch z kapustą arcybiskupów, marszałków, drukarzy, finansistów, członków Konwentu, rentierów, kawalerzystów i zakonnice i gdzie od dawien dawna nie brakowało grosza. Dla dopełnienia miary oraz przydania sobie jeszcze większego szyku i powodów do zadzierania nosa, ja sam byłem owocem nie tylko szczęśliwego zbiegu okoliczności, lecz również jednej z tych instytucji, które odegrały niemałą rolę w naszym stuleciu, nazywanych z emfazą i pompatycznym tonem, w którym pobrzmiewały duma, ironia, respekt, właściwie pojęty interes własny oraz autentyczne umiłowanie wiedzy, "wielkimi szkołami". Byłem osadzony w świecie i w społeczeństwie. Zewsząd otaczały mnie bariery ochronne. Nie brakowało mi funduszy. Działałem na pólku kultury. Posiadałem bibliotekę, książeczkę czekową, prawo jazdy, karty kredytowe, kra- waty i koszule błękitne lub w prążki, często kupowane w Londynie, i, jak daleko pamięcią sięgnę wstecz, nigdy nie poszukiwałem rozpaczliwie na nocleg żadnej stajni i nieczęsto bywałem głodny. Orientujecie się już, w czym rzecz? By użyć języka, jakim posługiwano się za moich czasów, należałem do warstwy uprzywilejowanej. Bóg nie grywa w kości

Bóg widział, jak wychodziłem z morza, jak śniłem o moim ojcu, o Marie, o Gastonie Gallimardzie. Widział spojrzenie, jakie wymienili z sobą po raz pierwszy - gdzie i kiedy, nie wiem - mój ojciec i moja matka. Widział Marie, o której nie miałem już żadnych wieści, żyjącą własnym życiem z dala ode mnie. Widział Gabriela zstępującego w czas. Znał naturalnie, gdyż Bóg wie wszystko o wszystkim i nic nie ujdzie jego uwagi, przyszły rozwój wydarzeń. Pozwolił, by kości potoczyły się same. Kości, jak świat światem, nigdy nie przestawały się toczyć. I toczyć się będą do samego końca. Do chwili, gdy nad największym spektaklem wszech czasów - największym i jedynym zapadnie noc. Do ostatecznego zamknięcia czasu i przestrzeni. Sam Bóg nie grywał w kości. Z wyżyn swoich biur światłości, górujących, i to znacznie, nad kasynem historii, zadowalał się śledzeniem samej gry. Przyglądał się graczom, krupierom, szatniarkom, kasjerkom, prostytutkom, groomom w czerwonych kaszkietach, karuzeli samochodów, wysadzających przy pałacowych schodach smokingi i wieczorowe suknie, kloszardom przy wejściu, tym, którzy wygrywali fortuny, i tym, którzy rzucali się z okna. W ostatecznym rozrachunku on był jedynym zwycięzcą. Gra otwarta. Gra skończona. Po tych wszystkich wzlotach i upadkach powrót do punktu wyjścia: partie rozegrane, kasyno zamknięte, znów wieczność, nieskończoność, nicość i próżnia. Bóg. Pozwalał, by sprawy toczyły się własnym torem, zgodnie regulaminem, jaki opracował dla Wielkiego Kasyna i podług woli i talentów ludzi, na których raz na zawsze scedował swoją władzę. Sobie pozostawił tylko decyzje w sprawach najważniejszych: założenie instytucji, statuty, księgi rachunkowe, zamknięcie i likwidacja. Co do reszty... niech się dzieje, co chce. Bóg widział, jak jego anioł, wstępując w wymiar czasu, przeistacza się w człowieka. Wiedział o wszystkim, co wydarzyłoby się, jeśliby pozwolił światu i ludziom na ich dalszy wariacki pęd. Po raz pierwszy od dawna, może od czasu potopu czy zakazanego owocu w Raju, czy jeszcze dawniej, od swobody działania, jaką pozostawił Lucyferowi, Bóg znalazł się w rozterce. Mógł zamknąć teatr cieni, zerwać zasłonę iluzji, położyć kres największej przygodzie, jaka kiedykolwiek stała się udziałem Wieczności lub też pozwolić, by kości toczyły się aż do zamknięcia sezonu w Wielkim Kasynie. Wciąż był niezdecydowany. Zawód mojego ojca Zawód mojego ojca zaprowadził go do Niemiec, do Rumunii, do Brazylii. W Bawarii, w Monachium, nad Izarą i Tegernsee spędziłem pierwsze lata życia. Szybko nauczyły mnie one, że świat jest zamkniętym systemem, w którym jedne rzeczy wpływają na drugie. Kiedy ojciec przyjechał do Bawarii, którą należało w ten czy inny sposób od- separować od Niemiec i tych wrednych Prus, pewien nieznany skrajnie prawicowy agitator nazwiskiem Hitler, mający na swym koncie nieudany pucz, wtrącony został właśnie do więzienia, gdzie napisał książkę, z powodu której miało się polać w przyszłości morze łez: Mein Kampf. Biblia, Koran, Wyznania świętego Augustyna, Rozprawa o metodzie czy Kapitał wstrząsnęły światem. Mein Kampf miał świat spustoszyć. Osiem lat później, kiedy ojciec opuszczał placówkę, uczyniwszy co w swej mocy, by ratować Żydów, którym odebrano majątki i których życie znalazło się w niebezpieczeństwie, Hitler zdążył już przejąć władzę z tytułem Reichskanzlera, a niebawem Fuhrera. My zaś w poczcie przynoszonej w porze śniadania znajdowaliśmy zdjęcia, na których ojciec miał zmęczone oczy. Byliśmy zżytą, kochającą się rodziną wolną od sensacji i skandali. Odtąd historia miała nas już nie wypuścić z rąk, a była ona tragiczna. Najwcześniejsze ze wspomnień snujących się razem z Marie po spalonych słońcem skałach wyprzedzało nawet obraz dziewczynki w czerwonej sukience, która, pamiętam, była córką krawca i bardzo mi się podobała. Wiązało się ono z historią tamtych czasów. Miałem sześć lat. Była piękna pogoda i z jednego z naszych okien wychodzących na Izarę przyglądałem się brunatnym czy czarnym koszulom, defilującym w takt muzyki pod czerwonymi sztandarami ze swastyką. Był to bardzo wesoły widok. Ludzie klaskali. Więc ja też, stojąc na balkonie w moim aksamit- nym garniturku, zacząłem klaskać razem z nimi. A wtedy ojciec, człowiek wielkiej łagodności, przeciwny wszelkiej przemocy, po raz pierwszy i ostatni w życiu dał mi po buzi. Policzek ten nauczył mnie, że nietolerancji tolerować nie należy oraz że granicą tolerancji są sprawy, których tolerować nie sposób.

Tolerancja pasowała do nas jak ulał: to cnota typowa dla zbytku, my zaś nie należeliśmy do pechowców. Silni poczuciem obowiązku, tradycją, umiłowaniem wolności i demokracji, miłością rodziców do dzieci i dzieci do rodziców chodziliśmy wcześnie spać, trzymaliśmy się prosto, wiedzieliśmy, że przyszłość może okazać się niełatwa, i uważaliśmy się za ludzi skromnych, przy- zwoitych, pełnych konwenansów, uprzedzeń oraz utrzy- mywanej w ryzach dumy. Mieliśmy służbę, która odgrywała ważną rolę. Wychowywała mnie matka, błogosławione niechaj będzie jej święte imię, która w przerwach między balami maskowymi i oficjalnymi kolacjami poświęcała nam wiele czasu, oraz niemiecka niańka, którą uwielbiałem - dostawałem od niej klapsy szczotką do włosów, za drobne grzeszki drewnianą stroną, za poważniejsze przewiny stroną z włosiem - i której twarz zatarła mi się w pamięci; spacerując plażą powtarzałem sobie jej nazwisko: Fraulein Heller, żeby go nie zapomnieć, bo teraz, kiedy mój brat już nie żyje, kto miałby je jeszcze pamiętać? To ze względu na ciebie, fraulein Heller, po to, żebyś nie umarła na dobre - no proszę, sam już nie wiem, jak miałbym zwracać się do ciebie na co dzień - pozwoliłem, by w blasku słońca owładnęła mną przeszłość. Nie mieliśmy służących ani posługaczek: mieliśmy pokojówki, lokajów, ogrodników, kucharzy nazywanych "mistrzami". Na rozgrzanych skałach, gdzie zmęczony pływaniem i wyczerpany upałem drzemałem z ramionami rozrzuconymi na krzyż, otaczali mnie teraz milczącym kołem. Ich zadaniem było przydawanie blasku wizerunkowi Francji, którą reprezentował mój ojciec, i opłacani byli z kieszeni Republiki oraz podatników. Ojciec nie miał nic przeciwko podatkom, tak własnym jak cudzym. Był jedynym znanym mi Francuzem, który nigdy nie narzekał, że są zbyt wysokie. Lubił podatki, jakie był winien państwu, ponieważ nieustannie dostarczały mu dowodu na to, że ma je z czego płacić. Widziałem, widziałem na własne oczy, jak napisał kiedyś do inspektora, z niejakim sarkazmem wypominając mu, że kwoty, jakich żąda od niego skarb państwa, są według jego własnych wyliczeń niższe od tych, jakie faktycznie powinien zapłacić; dziwiła go ta niedbałość i stanowczo życzył sobie, by jak najszybciej położono jej kres. Ojciec, którego nigdy nie ciekawiło, czy świeci słońce ani jaka jest pogoda - przypuszczam, że uważał meteorologię, którą ja sam tak się pasjonowałem, za szczyt wulgarności - nie przepadał za ubraniami ani za samo- chodami, ani za inwestycjami giełdowymi. Ale dla dobra Republiki, stanowiącej, obok cnoty i rodziny, przedmiot jego najwyższej troski, nigdy nie skąpił grosza, czego nie można było powiedzieć o wielu jego kolegach, pakujących kostki lodu do delikatnych kieliszków z szampanem, ubierał się w pelisy, żakiety, sztuczkowe spodnie i jeździł, służbowym samochodem. Samochód był oczywiście czarny i oczywiście francuski. Posiadał stopnie, wewnętrzną szybę oddzielającą pasażerów od kierowcy oraz podnoszone siedzenie. Ojciec oczywiście nie umiał prowadzić. Matka oczywiście też nie umiała. Od tego mieliśmy szofera. Nazywał się Maederer. O Panie! Jakim cudem w tym słońcu prażącym skały i morze przypomniało mi się nazwisko Maederera? W najwcześniejszych latach dzieciństwa widywałem go w każdy boży dzień, zabierał mnie z Fräulein Heller na przejażdżki po łąkach i lasach wokół Oktoberfest, przypuszczam też, że zdarzało mu się brać mnie na ręce lub na kolana, i mam cudowne, wzruszające wrażenie, że dosłownie w ostatniej chwili zdążyłem schwytać na wędkę wdzięczności i wierności jego nazwisko, ześlizgujące się już całym pędem po stokach zapomnienia. Maederer! Co też się z nim stało podczas późniejszych dziejowych burz? Poległy wśród rosyjskich śniegów? Pogrzebany w piaskach pod Tobrukiem albo Marsa-Matrouh? A może zasztyletowany przez Francuza w metrze? Zabity podczas bombardowania Hamburga lub Drezna w 1944 albo w 1945 roku? Aresztowany w ruinach Berlina po upadku III Rzeszy, która miała przetrwać tysiąclecie? Ścięty toporem hitlerowskiego kata jak młody Conrad von Hohenfels z powieści Freda Uhlmana Spotkanie po latach} Niechaj ta stronica będzie namiastką kwiatów złożonych na jego grobie. Opuszczając w 1933 roku Monachium ojciec zostawił swojemu następcy, panu Ame-Leroy wspaniały list; to, że go odnalazłem, zawdzięczam rodzinie człowieka, który był jego adresatem. Ojciec dawał w nim wyraz swojej nieufności wobec nowego pana Niemiec, których cywilizacyjne i pokojowe oblicze tak bardzo miłował, oraz dzielił się swymi obawami co do przyszłości. Mówił, że jeśli nie położy się kresu nienasyconej ambicji i zbrodniczemu szaleństwu Hitlera, Niemcy będą zgubione, a wraz z nimi Europa. Przedstawiał też swoje zdanie o kilku współpracownikach, którzy pozostawali na miejscu: jednym nie szczędził pochwał, wobec innych miał pewne zastrzeżenia.

Polecał swojego szofera i mechanika Maederera, który, jak to się wtedy mówiło, "prowadził" go zawsze bez zarzutu. Mijały lata. Otaczały mnie teraz kołem w letnim słońcu. Napływały chaotycznie, podług jakiegoś tajemniczego klucza, i musiałbym się zdobyć na niejaki wysiłek, by je z powrotem poukładać w porządku narzuconym przez czas. Obrazy Hitlera, jego kosmyka włosów, jego wąsika, jego delirycznych wystąpień, głowy odchylonej do tyłu, wzniesionego na rzymską modłę ramienia, jak po nitce zaprowadziły mnie do zasłanego gazetami stołu w wielkim domu w Bukareszcie, który niedawno znów odwiedziłem, na calea Biserica Amsei. Spakowaliśmy walizy i ogromne, przypominające sejfy kufry z drewna i ze skóry, których widok w dzisiejszych czasach wywołałby uśmiech. Wylądowaliśmy wśród różnych Cantacuzene, Bratiano, Stirbei, Ghyka - "Taki młody - mawiał król do siedmioletniego księcia Ghyki - taki młody, a już Ghyka!" - urodziwych i uroczych jak jeden mąż Brancovanów, tak miłych sercu Prousta Bibesców. Wszyscy Rumuni, jak głosi sławne powiedzenie, są urodzonymi frankofilami, antysemitami i rozwodnikami. Bukareszt - przez korespondentów mojego ojca, a niekiedy nawet przez samo MSZ regularnie mylony z Budapesztem - kojarzył mi się przede wszystkim z ogrodem, w którym urządzaliśmy z bratem różne zwariowane zabawy, oraz z pewnym osobliwym Rumu- nem, może pochodzenia greckiego, imieniem Alexis, który był kimś pośrednim między dozorcą, woźnym, szefem służby i telefonistą. Kiedy odbierając telefon, słyszał w słuchawce: - Halo, czy to poselstwo francuskie? - odpowiadał: - We własnej osobie. W każdym, kto pod niebem Mołdawii znał i kochał czausza Alexisa, pół Greka, pół Rumuna, a przecież ucieleśnienie Francji, wszelki szowinizm, ksenofobia i rasizm budzić będą już zawsze tylko pusty śmiech. Na trasie Paryż-Bukareszt wsiadaliśmy do Orient-Expressu, przez dwa i pół dnia podróżowaliśmy statkiem, który płynął przez Wenecję, wiózł nas do Grecji, mijał Bosfor i na Morzu Czarnym stawiał czoło groźnym sztormom, po czym przesiadaliśmy się do samochodu, by przeżywać magiczne przygody na bezkresnych równinach Węgier i w Karpatach Juliusza Verne'a. Pewnego wieczoru na bitych drogach Węgier czy Transylwanii, gdzie widywało się samochód raz na dwa lub trzy miesiące, za- błądziliśmy. Kiedy mój brat dogadujący się jako tako z miejscowymi po niemiecku, z mapą w ręku zapytał napotkanego jakimś cudem wieśniaka, dokąd prowadzi prosta droga, którą właśnie jechaliśmy, usłyszał udzieloną po długim namyśle cudowną odpowiedź, odtąd sławną w naszej rodzinie: - Geradeaus. Prosto. Dużo podróżowaliśmy po Wołoszczyźnie, Mołdawii, po monastyrach Bukowiny - nazwy takie jak Woroneż, Suceava czy Sucevitsa do dziś budzą we mnie czarowne wspomnienia - po Besarabii, po Dobrudży. Zimą jeździliśmy saniami. Na rozpalonej słońcem plaży przypominam sobie pewną rozgwieżdżoną noc gdzieś w głębokich Karpatach i nas, mknących po śniegu saniami zaprzężony- mi w konie, niedbale rzucających za siebie ochłapy mięsa, by zająć wilki, których ciemne sylwetki niewyraźnie majaczyły w oddali na tle białej równiny. Był to okres, kiedy mój ojciec - zaprzyjaźniony z Tataresco, a jeszcze bardziej z Titulesco, genialnym wizjonerem o mongolskich rysach, nieraz zapraszającym go do udziału w posiedzeniach rumuńskiej Rady Ministrów - z desperackim zapałem dąży do umocnienia wrogiej nazistowskim Niemcom i komunistycznej Rosji Małej Ententy, której pisany był tak tragiczny koniec. Ojciec radzi sobie jak może między dwoma totalitarnymi potworami, rządzonymi przez zbrodniarzy, a w bukareszteńskich salonach lawiruje, jak umie między dwiema niezwykłymi kobietami, noszącymi nazwiska na trwałe związane z kulturą francuską, które się wzajem nienawidzą: księżną Bibesco i Hélene Vacaresco. Z Hélene Vacaresco próbuje zorganizować konferencję na dwa głosy. - Jaki proponuje pani temat? - pyta ją ojciec. - Miłość i przyjaźń - odpowiada zdecydowanie Hélene. - Dobrze - mówi ojciec, z natury ustępliwy. - I kto będzie mówił o czym? - Pan o przyjaźni jak Cyceron - rozstrzyga Hélene. - A ja o miłości jak wszyscy. Na jednej z ówczesnych kolacji plan rozlokowania gości przy stole przewidywał, że ojciec zajmie miejsce obok Hélene Vacaresco. Wściekła, że ojciec wolał towarzystwo Hélene, wyróżniającej się raczej zaletami umysłu niż powabami ciała, piękna księżna Bibesco, podejmująca

w swojej posiadłości w Mogosoaia wszystkie liczące się osobistości świata polityki i literatury, zanim zasiedli do stołu, szepnęła do niego: - Tylko niech się pan nie pomyli: przód to ta strona, z której ma przypiętą broszkę. Dom, schody, ogród na ulicy Biserica Amsei - widzę to wszystko jak dziś - i wielki pokój na pierwszym piętrze, gdzie ojciec w towarzystwie matki oraz kilkorga przyjaciół - mógłbym wymienić ich nazwiska, one zaś powiodłyby nas jeszcze dalej - nerwowo wertuje stos gazet zaścielają- cych stół. Mam jakieś dziewięć lat. W Marsylii chorwacki ustasz zamordował króla Jugosławii Aleksandra oraz Louisa Barthou, ministra spraw zagranicznych i zwierzchnika ojca. Pamiętając zapewne - w końcu wszyscy żyjemy w obrębie własnej kultury - śmierć arcyksięcia Franciszka Ferdynanda z ręki serbskiego nacjonalisty w Sarajewie, Ojciec widzi w tym zdarzeniu zapowiedź wielkich nie- szczęść. Jestem bardzo podekscytowany. Zostaję wysłany do łóżka. W nadchodzących latach dojdzie do jeszcze większych dramatów, ale myślę, że w historii prasy ten akurat oznacza przede wszystkim triumf pewnego młodego dziennikarza z "Paris-Soir", który na pniu publikuje zdjęcia z zamachu nadesłane telegrafem obrazowym; dziennikarz nazywa się Pierre Lazareff i w późniejszych latach zetknę się z nim ponownie w nie kończącej się kanwie historii i mojej skromnej egzystencji. Zamach w Marsylii będzie miał jeszcze inne konsekwencje: ponieważ zabójca oddał strzały do króla i ministra wskoczywszy na stopnie, odtąd samochody służbowe, a niebawem wszystkie inne, będą już bez stopni. Znów wchodzę do wody. Myślę o Marie i zastanawiam się, o czym ona teraz myśli. Gdyż ona również ma własne życie, którego drogi rozeszły się z moimi; opowieść o niej mógłbym ciągnąć przez wiele, wiele stron. Kto prowadzi mnie do łóżka? Panna Ferry-Barthelemy, zwana przeze mnie Mademoiselle; zajęła miejsce mojej ukochanej Fräulein Heller, której odejście przed rokiem czy dwoma laty wywołało u mnie, a być może u niej również, potoki łez. W Rumunii, a potem w Brazylii, gdzie ojciec, konserwatysta i liberał, ambasador Francji Leona Bluma i Frontu Ludowego został dalekim następcą Paula Claudela, moja matka, błogosławione niechaj będzie jej święte imię, oraz panna Ferry-Barthélemy, obie nie znające łaciny, greki ani matematyki, wytrwale udzielają mi lekcji, przygotowując mnie do odległej matury oraz - nieświadome tego ani one, ani ja - do jeszcze odleglejszego egzaminu wstępnego na legendarną uczelnię z ulicy Ulm, wtedy jeszcze czającą się w mglistej przyszłości i nie znaną mi nawet ze słyszenia. W walizie dyplomatycznej, która przewoziła już tyle spodenek, poufnych depesz, koszul szytych w Londynie i arcydzieł Claudela, Saint-John Perse'a, Giraudoux, Moranda czy Romaina Gary'ego, docierają do mnie z prywatnego kursu - sławnego kursu Hattemera - zadane prace oraz programy szkolne. W obliczu takiego ogromu czekającej nas pracy panna Ferry z lekkim niepokojem w głosie mruczy: "Dalej, dziecko!" i pełna zapału oraz dobrych chęci godnych lepszej sprawy zaczyna mi wbijać do głowy ablativus absolutus oraz prawa przeciwprostokątnej, których sama kosztem niewyobrażalnego wysiłku nauczyła się nie dalej jak wczoraj. Matka po odbyciu długich, tajemniczych konferencji z kucharzem, z ogrodnikiem, z szefową pokojówek także uczestniczy w zajęciach. Na odległość śledzi je również ojciec, wstrząśnięty zaginięciem Mermoza, którego hydroplan "Krzyż Południa" zatonął niedawno na Atlantyku gdzieś między Senegalem a Brazylią. I jakoś leci. Wśród eksternów musi być mnóstwo nieuków, bo prawie z wszystkiego jestem najlepszy. Kiedy ojciec, udręczony upałem i katarem siennym, nie nawiązawszy takiej przyjaźni z Getulio Vargasem, brazylijskim prezydentem, w którym wyczuwa dyktatora, jak z Titulesco, przed osiągnięciem wieku emerytalnego wy- stępuje o odwołanie go ze stanowiska, ponieważ obawia się Hitlera, o którym zdanie ma wyrobione raz na zawsze i ponieważ chce powrócić do ojczyzny, by być z nią w ciężkich chwilach, gdyż domyśla się ich nieuchronności w epoce Anschlussu, kryzysu sudeckiego, Monachium, nieco później paktu Ribbentrop-Mołotow, wracam do Francji. Latem w ogrodzie ojciec czyta gazetę. Na jego twarzy maluje się podobne zatroskanie, co tego wieczoru, kiedy miał miejsce zamach w Marsylii. Wie, czym będzie dla przyszłości zbliżenie między nazistą Hitlerem i komunistą Stalinem. Sojusz dwóch nienawidzących się dyktatorów, sojusz wody i ognia oznacza koniec wszelkich jego nadziei i początek wielkich nieszczęść. Odkłada gazetę. Jeszcze go widzę. I słyszę. Mówi: "To wojna". Mam trzynaście czy czternaście lat.

Ledwie zdążyłem po raz ostatni wskoczyć do wody i przygotować się do matury, już czekają na mnie - a to dużo jak na jednego człowieka - druga wojna światowa wraz z milionami poległych, anioł spadły z nieba na skraj plaży i na tyłach Panteonu egzamin wstępny na Uczelnię z ulicy Ulm. Sprawy się komplikują Cóż mam powiedzieć? Sprawy już zaczynają się komplikować. Nie ma sensu utrzymywać, że strony, które właśnie czytacie, piszę na rozgrzanych słońcem skałach czy w domu po powrocie z plaży. Piszę je znacznie później. Czas płynie. Zycie toczy się dalej. Wszystko wciąż kończy się i zaczyna na nowo. Zdarzyły się pewne sprawy, które nas zmiotły. Historia, którą wam opowiadam, toczy się nie tylko na dwóch płaszczyznach czasowych - brzegi Izary, Fraillein Heller i Maederer, zamach w Marsylii, pakt Ribbentrop-Mołotow, bliskość wojny, daleki cień ulicy Ulm, a potem ta wyspa, gdzie na okrągło wspominam i wychodzę z wody - lecz na trzech: spisuję ją pod lipą, w długi czas po dniach spędzonych na małej, prawie bezludnej wysepce w czasach dawno minionej przeszłości. Na dwóch płaszczyznach? Trzech? Oczywiście na czterech: kiedy wy ją czytacie, ja już całe tygodnie temu, miesiące, a być może lata opuściłem cień mojej lipy. jest więc przede wszystkim ta wyspa, na której krążą wokół mnie milczące - lecz obecne, jakże w to wątpić? - cienie Hitlera i zamordowanego w Marsylii króla Aleksandra, mojej matki, błogosławione niechaj będzie jej święte imię, panny Ferry-Barthelemy i szofera ojca. Izarę od tej maleńkiej wysepki w zachodniej części Morza Śródziemnego, gdzie żar słońca nie wystarcza, by strawić moje wspomnienia, oddziela pół wieku, może nawet więcej. A potem kolejnych kilka lat oddziela zachodnią część Morza Śródziemnego od lipy, pod którą teraz próbuję wspominać swoje życie. Jest więc Izara, jest wyspa, jest lipa i jesteście wy. I każde z tych pięter, zmiecionych przez czas, jest sceną fantastycznych spektakli odsyłających do świata, który można by w całości odtworzyć, wychodząc z dowolne- go punktu w czasie lub w przestrzeni. Pochwała książek Uczelnia z ulicy Ulm wkroczyła w moje życie za sprawą książek. W dzieciństwie bardzo lubiłem czytać; czytałem namiętnie wszystko, co wpadło mi w ręce. Plakaty na murach, recepty, uliczne prospekty, rachunki z pralni. Zaczynałem od albumów, prekursorów dzisiejszych komiksów tyle że wtedy nazywały się inaczej. Moje najwcześniejsze lektury nie były w języku francuskim, tylko po niemiecku. Czytałem Maxa und Moritza, historię o dwóch urwisach, Die Biene Maya, historię o pszczole, ale przede wszystkim Struwwelpeter, historię o nicponiu, który nigdy nie obcinał paznokci ani włosów i wyglądał jak szalony Poliszynel. Słuchałem też piosenek, które dziś jeszcze brzmią mi w uszach: Ach! Du lieber Augustin! Augustin, Augustin!... albo: Hanschen klein Ging allein In die weite hinein... Wkrótce przerzuciłem się na francuski. Moim stałym towarzystwem były typy spod ciemnej gwiazdy. Dni i noce opromieniała mi lektura Bibi Fricotin boit 1'obstacle, Bicot président de club czy Les aventures des Pieds nickeles. Budziłem się, żeby pod kołdrą znów spotkać się z nimi ukradkiem w świetle latarki kieszonkowej. W owym czasie byłem zmyślnym dzieckiem. To była niezrównana zabawa. Nic wyparli jej z mojej pamięci ani Stendhal, ani Spinoza. Bicot, syn państwa Bicotin, był bratem Suzy - niemądrej szaławiły i okropnej snobki, która organizowała komiczne podwieczorki ze swoimi przyjaciółkami zwariowanymi na punkcie bon tonu - oraz wspólnie ze swoimi kumplami Auguste'em i Ernestem, założycielem klubu Ran-tan- plan. Matka i siostra uparły się, żeby zmusić go do noszenia znienawidzonego aksamitnego ubranka, on zaś w cudownej scenie, której czytania nigdy nie miałem dosyć, oskarżał je, że uszyły je z zasłon w salonie. Rozumiałem Bicota o tyle dobrze, że ja również nienawidziłem tych wszystkich

kołnierzy przypominających śliniaki i garniturów w stylu Eton, w które stroili mnie rodzice, nie mówiąc już o czerwonym ubranku, w którym pewnej zaprzyjaźnionej artystce - właśnie przypomniało mi się jej nazwisko: Tina Ruprecht - polecili mnie namalować. Ten jej pastel, na którym wyglądam jak zamyślona dziewczynka z grzywką a la Joanna d'Arc, przechowuję do dziś pośród różnych fotografii, przedstawiających mnie raczkującego na golasa na niedźwiedziej skórze, przebranego za Indianina lub ze złożonymi rękami niczym mały ministrant. W skład bandy Pieds nickelés wchodzili długonosy Croquignol, Filochard z opaską na oku i Ribouldingue z potarganą brodą. Uwielbiałem ich. Dopuszczali się rozmaitych niegodziwości, by móc prowadzić pańskie życie, i z cygarem w zębach przyjeżdżali długachnymi limuzynami do wielkich hoteli, gdzie łupili mieszczuchów i kpili w żywe oczy z policji. Aksamitny garnitur Bicota i rozśmieszające mnie do łez cygara Pieds nickelés niepostrzeżenie zaprowadziły mnie do bohatera moich młodych lat, mojego mistrza, idola, tego, który wprowadził mnie w czarodziejski świat wyobraźni i książek: Arsene'a Łupina. Wszyscy znają Arsene'a Lupina, jego monokl, biały szal, cylinder. Z bijącym sercem rozczytywałem się w jego przygodach; Arsene Lupin dżentelmen-włamywacz, 813, Agencja Barnett i spółka, Osiem uderzeń zegara i inne rozniecały we mnie marzenia. Oczywiście wiem, co wnosił w moje tak straszliwie poprawne i uporządkowane życie: wnosił naruszenie prawa. Pieds nickelés i Arsene Lupin sprawili, że owo naruszenie prawa wtargnęło pod chroniący mnie od zawsze szklany klosz pod maską komizmu. Pieds nickelés byli farsą, Arsene Lupin zaś był tak wytworny, że mógł śmiało, nie powodując skandalu, pojawić się w rozjarzonych światłem żyrandoli i pełnych służby salonach, w których moi rodzice podejmowali Tomasza Manna, paru zbłąkanych Rotszyldów oraz nuncjusza papieskiego nazwiskiem Pacelli, który w przyszłości zasiądzie na tronie świętego Piotra jako Pius XII Tu momentalnie pojawia się inna postać zajmująca wiele miejsca w moim życiu: mój brat Henry. Z igrek na końcu. Jest ode mnie o cztery lata starszy. Ja jestem lekkomyślny i pobudliwy, on twardy i szorstki. Mówi na mnie "komar". Ja, hipokryta i jeszcze gorzej, jestem ulubieńcem rodziców, którzy jego traktują surowo. Mam swoje powiedzonka, jak wszystkie dzieci. Henry ma trudny charakter. Ja jestem pracowity. On nie. Kiedy kilka lat później oznajmi, że zamierza zdawać do Szkoły Morskiej i zostać marynarzem, rodzina powita jego słowa gromkim śmiechem. Szkoła Morska! Do tego trzeba mieć dobre oczy - on akurat je ma i to jeszcze bardziej niebieskie od moich i Marie. Trzeba też być dobrym z matematyki i przedmiotów ścisłych- a on jest niemal modelowym okazem nieuka. Exit więc Szkoła Morska i łuny zachodu nad Oceanem Indyjskim. "Więc co będziesz robił?" - spyta go ojciec na poły z ironią, na poły ze smutkiem. "Cóż, to zostanę inspektorem finansów" - odpowie na to mój brat. Nowy wybuch śmiechu zabarwionego lekkim politowaniem dla tego nieuleczalnego marzyciela, który nie cofa się przed niczym. Dostanie się do inspekcji finansów uwarunkowane było zdaniem jednego z najtrudniejszych egzaminów konkur- sowych Republiki, który prowadził - i nadal prowadzi, tyle że w innej formie - na szczyty państwowej kariery. Zaraz po wojnie mój brat przystąpi do jednego z pierw- szych - już nie pamiętam, może pierwszego lub drugiego egzaminów wstępnych do nowo powstałej Krajowej Szkoły Administracji, sławnej i okrzyczanej ENA, którą pod auspicjami i z błogosławieństwem generała de Gaulle'a założył syn lekarza i wnuk rabina, Michel Debre. I zda go. Skończy szkołę jako jeden z najlepszych. I zostanie, jak było nie do przewidzenia, inspektorem finansów. Ministrowie IV Republiki, mając do czynienia z delikatnymi dossiers, wymagającymi postawienia kategorycznego weta, zwracać się będą do mojego brata, który potrafił z niebywałą swobodą i prostotą mówić "nie". Taki był mój brat. Już nie żyje. Był solidny i dobry. Wolał lasy od literatury. Kochałem go. W okresie, kiedy toczy się akcja tej opowieści, to znaczy kiedy jeszcze żył, w okresie mojego drugiego pobytu, bez Marie, na małej wysepce na Morzu Śródziemnym, ale także i przede wszystkim, jako że na tym ziemskim padole istnieje pamięć i przeszłość, ponad pół wieku wcześniej, pośród wszystkich tych widm wyłaniających się, kiedy wspominam Marie, mój brat, wtedy chyba dziesięcioletni, dorabiał sobie po cichu na nielegalne kieszonkowe, zbierając piłki w klubie tenisowym nad jednym z bawarskich jezior. Kiedy fatalnym zbiegiem okoliczności dowiedział się o tym mój ojciec, zrobiła się straszliwa afera. Czy to zajęcie dla pierworodne- go syna francuskiego posła w Bawarii? I jakiż przykład dawał temu kochanemu aniołkowi - znaczy

mnie - swojemu biednemu pięcio- czy sześcioletniemu braciszkowi! Któregoś wieczoru miał przyjść do nas na kolację monsignore Pacelli, nuncjusz Jego Świątobliwości i dziekan korpusu dyplomatycznego. Rodzice nie dowierzali manierom wy- rzutka. Matka wzięła go na stronę, wyjaśniła, że ma pocałować wielki pierścień na palcu pana w purpurze, przykazała mu zachowywać się jak należy, zapomnieć o manierach rodem z szatni i kortów tego okropnego klubu tenisowego, ale głównie i przede wszystkim nie odzywać się. Zjawił się nuncjusz. Brat zachowywał się bez zarzutu. Pocałował pierścień i tak dalej. W momencie gdy wszyscy mieli już przejść do stołu, z nieuniknionym w takich razach krygowaniem się, wezwano Fraulein Heller - Boże mój!... przypomniałem sobie: nazywałem ją Lala... - i odesłano go do łóżka. Wtedy mój brat, zupełnie jak Bicot, stanął przed Jego Eminencją na szeroko rozstawionych nogach i mierząc w niego palcem, głosem wyraźnym i zdecydowanym rzucił: "Cześć, staruszku". Przez długi czas rodzice karmili się nadzieją, że nuncjusz nic usłyszał, bądź że zatopiony w planetarnych, mistycznych rozmyślaniach, po prostu nie zrozumiał. Trzydzieści lub czterdzieści lat później - widzicie, jak to działa, naprzód, wstecz, we wszystkich kierunkach po trochu mój brat, inspektor finansów kierujący jedną z misji gospodarczych czy finansowych, został przyjęty na audiencji w Watykanie przez papieża Piusa XII. Wszystko poszło Jak z płatka w atmosferze dostojnego skrępowania towarzyszącego zwykle tego typu ceremoniom. Moja bratowa, osoba pochodząca z Wandei i niezmiernie pobożna, ubrana na czarno i w mantyli, była niezwykle wzruszona. Brat wydukał parę słów. Ojciec Święty wygłosił przemowę. Uśmiechy. Wzruszenie. Przyklęknięcia. Błogosławieństwo. Całe towarzystwo gotowe było już porzucić sacrum na rzecz profanum i udać się na spaghetti do Alfredo alla crofa, do Da Meo Patacca na Trastevere lub na piazza Navona, kiedy najwyższy pontyfik przetrzymawszy przez chwilę dłonie mojego brata w swoich szepnął mu na ucho: "To nie powie pan już "staruszku" do papieża?" Wcale by mnie nie zdziwiło, gdyby Arsene Lupin wraz z depczącym mu po piętach, jak zwykle bez skutku, inspektorem Ganimardem, pojawił się nagle nad Izarą, by w salonie mojej matki uciąć sobie pogawędkę z Fraulein Heller i monsignore Pacellim i być może przejść z nimi na "ty", zanim by ich obrobił. Nie pojawił się. Ale nigdy mnie nie opuszczał. Z jednakową przyjemnością miałem się na niego natykać w różnych okresach mojego życia. W mojej głowie i pod moją kołdrą dołączył do długiego orszaku postaci, wśród których prym wiedli giganci, niegodziwe kobiety, czarujący głupole, istoty silne i łagodne: Atos, Portos, Aramis, d'Artagnan, piękna pani Bonacieux, okrutna Milady, wicehrabia de Bragelonne, kapitan Nemo, Fileas Fogg i Passeparout, Lavarede, Rouletabille oraz pirat z drewnianą nogą i z papugą na ramieniu. Coraz trudniej mi było odróżniać rzeczywistość od marzeń. Rano niechętnie się budziłem. Moje łóżko zaludniały tłumy ludzi. O każdym z bohaterów moich rojnych nocy mógłbym opowiadać godzinami. Pląsali dookoła mnie na rozgrzanej słońcem plaży, kiedy zbierałem mój ręcznik kąpielowy i podarte espadryle, prezent od Marie, i wracałem do domu: był pomalowany na niebiesko-biało, obsypany kwieciem bugenwilli, z drzewem na dziedzińcu, a wynająłem go na dwa miesiące. Z czasem otaczający mnie tłum coraz bardziej gęstniał. Dołączali do niego Cenci, ksieni de Castro, Julian Sorel, Fabrycy del Dongo, Frédéric Moreau i Emma Bovary, Vautrin i Rubempré, moja przyjaciółka Nane i Władca gór, Charles Swann i Oriane de Guermantes, Nathanael, Aurelian, Gilles, Anne d'Orgel i przyjaciel Meaulnes. W wielu książkach spotykałem pewien ogromnie mnie intrygujący szczegół. Przeczytałem kiedyś powieść Josepha Malegue'a zatytułowaną Augustin ou le Maitre est la, dziś już kompletnie zapomnianą. Była w niej mowa o jakiejś tajemniczej instytucji stanowiącej skrzyżowanie klasztoru z niezdobytą twierdzą, noszącej nazwę Ecole Normale Superieure. Ponownie zetknąłem się z tym świeckim Kościołem, z tym żłobkiem dla dzieci marzycieli w Rodzinie Thibault Rogera Martin du Gard, gdzie mój ulubieniec Jakub, uparty i krnąbrny brat Antoniego, lekarza, zdał do niej egzamin wstępny, a potem w Ludziach dobrej woli Jules`a Romains, gdzie Jallez i Jerphanion urządzają na jej dachach spacery i dyskusje. Zetknąłem się z nią również W Comme le temps passe Roberta Brasillacha, który nim dopuścił się tych wszystkich wybryków, jej właśnie poświęcił swe najlepsze stronice. Szkoła z ulicy Ulm zaczęła nabierać w moich oczach uroku legendarnej księżniczki, dalekiej i niedostępnej, wymagającej od swych aspirantów odbycia różnych sprawdzianów i prób sił.

Kiedy ojciec, łagodny sfinks czasów nowożytnych, zada mi w moim przyszłym życiu - a schodząc ze skał z wolna okrywających się już cieniem, zastanawiałem nic, czy rzeczywiście było ono moje - złowieszcze pytanie, które już wcześniej zadał mojemu bratu: "Co zamierzasz robić w przyszłości?", z dławiącym niepokojem w żołądku odrzeknę, że chętnie zapisałbym się do jednej z tych mitycznych klas, wypełnionych po brzegi wyklętymi poetami i początkującymi geniuszami, nazywanych hypokhâgne i khâgne, które przygotowywały do egzaminu na ulicę Ulm, dla mnie zaś pozostawały kompletną niewiadomą. Marzyło mi się wejście nie tyle w życie, ile w legendę. Ojciec, który w głębi duszy pewnie by wolał Ecole des Sciences Politiques, Szkołę Nauk Politycznych, gdzie rządy sprawował André Siegfried, syn Jules'a, skłonił głowę z mieszanymi uczuciami aprobaty i rezygnacji: w końcu przez jej progi przewinęli się Hippolyte Taine, Jean Jaures, Léon Blum, Edouard Herriot i jego kolega François Poncet. Może więc i mnie, mimo całej mojej płochości i trawiącego mnie w głębi ducha zamiłowania do przyjemności, które już wtedy niepokoiło mojego ojca, uda się dostać do jednej z tych narodowych świątyń pełnych wspomnień o wielkości i gobelinów i wstąpię na służbę państwową? Zgiełk namiętności Zbliżając się do planety ludzi Gabriel poczuł lekki zawrót głowy. Znad błękitnej kuli jaśniejącej w Słońcu dobiegał go jakiś zgiełk i zapach. Przestrzeń wypełniała woń niemiła, a jednak upajająca. Do anioła, który znał dotąd jedynie harmonię sfer, docierała jakaś osobliwa kakofonia dźwięków. Ziemia nie przypominała innych ciał niebieskich. Każdy przybysz z zaświatów natychmiast by odgadł, że na tym, zda się niepozornym, podobnym wielu innym satelicie dzieje się coś podejrzanego: rozgardiasz, sabat, czarna świetlista msza, tajemna i pełna blasku ceremonia. Dla Gabriela, który jak wszystkie duchy obdarzony był nadprzyrodzonymi mocami - oraz, jak wiemy, cieszył się u Najwyższego większymi względami niż inni członkowie zastępów niebieskich - ten zgiełk i woń stawały się coraz bardziej nie do wytrzymania. Zmarszczył nos. Zatkał uszy rękami, w które powoli zamieniały się jego białe postrzępione skrzydła. Powietrze stawało się coraz cięższe. Okropnie dawał mu się we znaki ten hałas. Planetę otaczała gruba warstwa mgły: to z niej zdawała się dobywać ta wrzawa i wyziewy. Co to może być? Nagle Gabriel zrozumiał, że przestrzeń wokół Ziemi skażona jest myślą i namiętnościami, które emanują z ludzi. Świat się wali "Młodość to czas, kiedy człowiek nie wie, co go czeka" pisał Henri Michaux. Spadając jak z księżyca do hypokhâgne, a potem do khâgne w liceum Henri IV, gdzie rej wodzili różni panowie Alba, Boudot, Hyppolite, Dieny - nauczyciele, którym zawdzięczam wszystko - byłem całkowicie nieświadom tego, co mnie czeka. Z zawiązanymi oczami i smakiem soli na ustach brnąłem ku nieznanym morzom. Cała przygoda, błaha przygoda, ale cóż, to było moje życie i innego nie miałem, zaczęła się w Owernii pośród wulkanów, a konkretnie w Clermont-Ferrand w liceum Blaise Pascal, o dwa kroki od placu Jaude i merostwa Ambert uwiecznionych przez Jules'a Romains w Kolegach, którzy zajęli w moim sercu miejsce Pieds nickelés i Arsene'a Lupina. Co robiłem w Clermont-Ferrand? Pod koniec wiosny 1940 roku, wiosny pięknej i bezchmurnej Maj był bezchmurny, a Czerwiec we krwi skąpany... stałem się świadkiem najstraszliwszej katastrofy, o jakiej zamarzyć może dziecko: wszystko się zawaliło. Bajka. Historia absolutnie niesamowita. Totalna czystka. Stłukłem żyrandol: nikt się tym nie przejął. Wszelkie pańszczyzny, ćwiczenia z łaciny, listy do ciotek z prowincji, niedzielne nieszpory: wszystko zapadło się jak pod ziemię. Nie zostało nic. Państwo diabli wzięli. Republika, spadkobier- czyni tysiącletniej monarchii, która zaznała swego czasu dni chwały i pomyślności, jednym pociągnięciem pióra skreślona została z powierzchni Ziemi. Dożywaliśmy ostatnich dni wygasłej cywilizacji. Namiętnie rozczytywałem się w opisach bitew, których wynik w jednej chwili przesądzał o losie krain odległych w czasie i w przestrzeni. Słyszałem o imperiach w Ameryce i w Azji,

rozgromionych w kilka tygodni przez mitycznych najeźdźców. I to właśnie przydarzyło się nam na terenach tak swojskich jak Ardeny czy równiny Północy. Pod ostrzałem stukasów i pancerfaustów Guderiana, który nawet nie musiał specjalnie wytężać swoich talentów, wszystko zamieniło się w gruzy i ruiny. To była Apokalipsa. Tu i teraz. Było w tej katastrofie coś tak doskonałego i skończonego, że bez mała graniczącego z magią: Dzięki Bogom nieszczęście me przeszło oczekiwania. Osłupienie wynikało z zaskoczenia, które dla nas przy- najmniej nie było niczym niespodziewanym: ojciec już zawczasu wszystko przewidział, stąd koniec świata specjalnie mnie nie zdziwił. Już dwa lata wcześniej, we wrześniu 1938 roku, Monachium oburzyło mnie - i rozczarowało. Oburzyło, ponieważ słusznie czy niesłusznie byłem zaciekłym, wręcz egzaltowanym antymonachijczykiem. Z wielu powodów. Ojciec, człowiek nastawiony pokojowo, przeciwny wszelkiej przemocy, miłośnik niemieckiej muzyki i filozofii, na których się kompletnie nie znał, przyjaciel niemieckich liberałów, gorliwy orędownik współpracy międzynarodowej oraz Ligi Narodów wraz z całym jej orszakiem marzycieli i genialnych wizjonerów w rodzaju Brianda czy Stresemanna, dał się schwytać w pułapkę dialektyki historii, z której niełatwo było się wyplątać i która doprowadzała go do rozpaczy: już w marcu 1936 roku w okresie remilitaryzacji Nadrenii opowiadał się za francuską i europejską interwencją przeciw Hitlerowi, którego nienawidził za jego kłamstwa, szantaże, histeryczne wystąpienia, nawoływanie do nienawiści, jego kult siły i rasy wybranej. Był przeciwnikiem Hitlera w 1935 roku, był przeciwnikiem Hitlera w 1936 roku, był przeciwnikiem Hitlera w 1937. Błędem demokracji było to, że nie złamały Hitlera wtedy, kiedy by jeszcze ustąpił. Ręce pacyfistów pozostały czyste i dlatego splamiły się krwią. Anielskość odpowiedzialna jest za śmierć milionów istot ludzkich. Mój ojciec dobrze wiedział, że w 1938 roku na wszystko jest już za późno. Ale uważał, że w 1939 roku będzie jeszcze gorzej niż w 1938. Śmiało mógłby się podpisać pod słowami Churchilla nazajutrz po Monachium: "Mogliście wybierać między hańbą i wojną. Wybraliście hańbę, a i tak będziecie mieli wojnę". W tym okresie wielki wpływ wywierał na mnie również inny człowiek: Georges Bidault. Autor artykułów redakcyjnych w "L'Aube", dzienniku demokracji ludowej a określenie demokracja ludowa nie miało wtedy tego złowieszczego wydźwięku, jaki kilka lat później nada mu Stalin - i zaciekły przeciwnik Monachium Georges Bidault przez kilka miesięcy będzie moim profesorem historii w trzeciej klasie liceum Louis-le-Grand, w okresie, kiedy z lekkim przestrachem oderwałem się od spódnic matki i panny Ferry-Barthélemy - "No, dalej, dziecko!" - by rzucić się w wielki świat i jego wiry. Bidault - nie noszący kapelusza ani brody, zawsze zapięty na ostatni guzik, starannie ostrzyżony i ogolony, obdarzony metalicznym głosem - nie szczędził nam swoich jędrnych, trochę zagadkowych powiedzonek, które miały mu w przyszłości zapewnić takie powodzenie na mównicy Zgromadzenia Narodowego: "Dachówki już położono", czy "Lepiej umyć zęby w kieliszku z nóżką niż nogi w szklance do zębów". Nigdy z nami nie rozmawiał o polityce. Lecz znaliśmy jego poglądy, ja zaś je podzielałem. Już jako trzynastolatek zaliczałem się do małej trzódki buntowników: nie chciałem przyłączać się do beczącego stada, upojonego uczuciem tchórzliwej ulgi, kiedy oklaskiwał Daladiera po powrocie z Monachium. Podobno ujrzawszy z samolotu tłumy oczekujące go na lotnisku, Daladier, orientujący się lepiej od innych, co wydarzyło się w Monachium i jak wygląda faktyczna sytuacja, w pierwszej chwili pomyślał, że przybyły go wygwizdać i być może dobrać mu się do skóry. W momencie kiedy szykował się do opuszczenia samolotu, usłyszawszy okrzyki wpierw niewyraźne, potem z wolna zamieniające się w burzę wiwatów, Daladier półgłosem wypowiedział sąd, który choć w niczym nie usprawiedliwia jego polityki, dobrze przynajmniej świadczy o jego trzeźwości umysłu: "Idioci!" Monachium, które w imię podniosłych zasad tak mnie oburzyło, jednocześnie w imię uczuć mniej chwalebnych i znacznie mniej wzniosłych mnie rozczarowało. Sprawa Sudetów skomplikowała i opóźniła początek roku szkolnego. Rozwiązanie kryzysu monachijskiego sprawiło, że szkoła się jednak zaczęła. Bawiłem się właśnie na strychu domostwa, które odegrało wielką rolę w moim życiu, kiedy doniesiono mi tę nowinę. Jak dziś pamiętam mój zawód, kiedy się dowiedziałem, że burza wisząca nam nad głowami została zażegnana. Byłem dobrym uczniem, ale liceum mnie nudziło.

Pragnąłem czegoś nieoczekiwanego, nowego, fantastycznego. Myślę, że marzyły mi się klęski, które wszystko obrócą w perzynę. Nurtowało mnie ciche pragnienie katastrofy. Moje życzenia miały spełnić się, i to z nawiązką. Historia - a ja razem z nią - cofnęła się tylko po to, by z tym większym impetem ruszyć naprzód. Katastrofa, która w 1938 roku przyczaiła się, dopadła mnie u schyłku lata 1939 roku. A z jeszcze większą siłą w połowie maja 1940, kiedy to zawalił się cały świat. Wejrzenie Boga Bóg, jako że różne okresy czasowe zlewają się w oczach Ducha Świętego w jedno i jednym spojrzeniem ogarnia on wszystko, co zgodnie z zasadą następstwa rozprasza się we wszechświecie, widział mnie na mojej wysepce otoczonego przez Fraulein Heller i Georges'a Bidault, pannę Ferry i generała Guderiana, Marie i Maederera. Widział lipę i biało-niebieski dom. Widział waszego ojca i waszą matkę i tych wszystkich, od których pochodzili, i wszyst- kich, którzy z was powstaną przez wieki wieków. Widział mnie piszącego. Widział was czytających. Widział historię nas wszystkich, od jej nieprawdopodobnych początków po jej nieuchronny koniec. Widział Gabriela schodzącego między ludzi. Niespodziewany powrót Ronsarda oraz Racine'a Każdy człowiek ma swój maj. Są dzieci maja '68 roku. Ja byłem dzieckiem maja 1940 roku. Przez cały koniec 1939 i początek 1940 roku życie nabierało złowieszczych barw zagrożenia i zawieszenia. Był to przedziwny okres: życia niejako w nawiasie, odroczonego czasu. Wojna została wypowiedziana - lecz wojny nie było. Polska przeżywała gehennę. Trwały walki w Finlandii. Trwały walki w Norwegii. Jedne z Rosjanami. Drugie z Niemcami. Grzmot dział dobiegał jeszcze z daleka. Na linii Maginota, stanowiącej już bez mała instytucję taką jak Senat, jak małżeństwo czy płatne urlopy, nie działo się prawie nic. W końcu ludzie przestali przejmować się komunikatami wojennymi, przebąkującymi w kółko o braku nowin. Śpiewano: "Rozwiesimy naszą bieliznę na linii Zygfryda". Żołnierzy pojono grzanym winem; los wielu znalazł się w rękach reżimu, który osiągnąwszy szczyty potęgi lada chwila miał się zawalić, oraz generała Gamelina, który zanim upadł, kazał wpinać chorągiewki na wielkiej mapie ściennej i toczył swoją własną wojnę z syfilisem. Choć wszyscy wiedzieli, że prowizorka długo potrwać nie może, urządzali się w niej tak, jakby miała trwać wiecznie. Słychać już było tykanie piekielnej machiny: kołysało nas do snu. Rankiem 10 maja mój kuzyn André załomotał jak opętany do drzwi pokoju, w którym spałem, podobnie jak cała Francja, snem ufnym i niewinnym, wrzeszcząc, że wojska niemieckie zajęły już Holandię, Belgię i Luksemburg. To był nareszcie początek, który od tak dawna się odwlekał, a jednocześnie już koniec. III Republika padła w trzy tygodnie. Zaczynały się nowe czasy. Zapamiętałem sobie wtedy raz na zawsze, że historia jest nietrwała i trzeba bronić jej Termopili. Nie piszę pamiętników; na skałach, w słońcu, jedynie od niechcenia wspominam. I nie tyle nawet wspominam, ile próbuję pokazać, jak to wszystko działa. W czerwcu 1940 roku marszałek Pétain, który zainstalował się w hotelu "Parc" w Vichy, bo tak było wygodnie, a poza tym pokoje można było zamienić na biura, powołał mojego ojca na stanowisko przewodniczącego francuskiego Czerwonego Krzyża. Zaczynała się tragedia, w której absurd i śmieszność mieszać się będzie ze sprawami wykluczającymi wszelką tolerancję. Po podróży w monstrualnym korku, który w przyszłości określać się będzie mianem exodusu, wiodącej nas przez Moulins, gdzie spędziłem noc w wannie, a mój brat na stole bilardowym, przez Brive, przez Bordeaux, potem niespodziewanie przez l'Hérault, gdzie na zamku Lézignan-la-Cebe straszyła nasza stara lekko zwariowana ciotka, ojciec umieścił nas w Royat pod Vichy, w pensjonacie "Bon Accueil" - skąd go wytrzasnął? nie wiem - kilka minut tramwajem od centrum Clermont- Ferrand i cieszącego się niezłą opinią liceum Blaise Pascal. W lipcu czy w sierpniu 1940 roku ojciec wybrał się na trzy dni do Vichy. Wystarczyło mu kilka godzin, by zrozumieć - prawdą jest, że był uodporniony na narodowy socjalizm, który znał od środka - to, co inni ze zdumieniem mieli odkryć dopiero po dwóch, trzech latach, a niekiedy później: nie sposób pracować w Vichy pod rozkazami Pétaina i Pierre'a Lavala. Z miejsca złożył rezygnację. Powrót do Paryża okupowanego przez Niemców nie wchodził w grę. Zresztą zostałem