wotson

  • Dokumenty43 372
  • Odsłony1 884 627
  • Obserwuję1 315
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 279 398

Jean M. Auel - Dzieci Ziemi 02 Dolina Koni

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :3.8 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
J

Jean M. Auel - Dzieci Ziemi 02 Dolina Koni.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion J Jean M. Auel
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 56 osób, 24 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 710 stron)

AUEL JEAN M Dzieci Ziemi #2 Dolina Koni

JEAN M. AUEL . 1. Była martwa. Jakie więc miało znaczenie to, że marznący deszcz lodowymi igiełkami odzierał ją ze skóry. Młoda kobieta zmrużyła oczy i spojrzała pod wiatr, otulając się szczelniej kapturem z rosomaka. Gwałtowne podmuchy owijały jej wokół nóg okrycie z niedźwiedziej skóry. Czyżby tam z przodu były drzewa? Zdawało się jej, że widziała wcześniej na horyzoncie poszarpaną linię drzewiastej roślinności, i żałowała, iż nie zwróciła na nią większej uwagi. – Szkoda, że nie mam pamięci tak dobrej, jak reszta klanu. – Nadal myślała o sobie jak o członku klanu, chociaż nigdy nim nie była. Teraz zaś była martwa. Kobieta pochyliła się pod wiatr. Burza spadła na nią nagle, nacierając z łoskotem od północy. Rozpaczliwie potrzebowała schronienia. Była jednak daleko od jaskini i znanych sobie terenów. Od czasu gdy odeszła, księżyc zdążył przejść pełny cykl przemian, a ona nadal nie miała pojęcia, dokąd idzie. Na północ, na kontynent rozciągający się za półwyspem, to wszystko, co wiedziała. Iza, w noc swej śmierci, kazała jej odejść. Powiedziała, że Broud, gdy zostanie przywódcą, znajdzie sposób, aby ją skrzywdzić. Iza miała rację. Broud skrzywdził ją bardziej, niż to sobie mogła wyobrazić. Nie miał dobrego powodu, aby zabierać mi Durca, pomyślała Ayla. On jest moim synem. Broud nie miał też powodu mnie wyklinać. To on wywołał gniew duchów. To on jest tym, który sprowadził trzęsienie ziemi. Tym razem przynajmniej wiedziała, czego się spodziewać. Jednak wszystko zaszło tak szybko,

że nawet klan potrzebował trochę czasu, aby pogodzić się z jej usunięciem. Ale choć była martwa dla reszty klanu, to nie mogli sprawić, żeby Durc przestał ją dostrzegać. Broud wyklął ją pod wpływem impulsu zrodzonego z gniewu. Brun przygotował wszystkich, zanim wyklął ją po raz pierwszy. Miał zresztą powód; wszyscy wiedzieli, że musi to zrobić. On jednak dał jej szansę. Uniosła głowę ku następnemu lodowatemu podmuchowi i spostrzegła, że zmierzchało. Wkrótce będzie ciemno. Nogi miała zdrętwiałe. Zimna maź przesiąkała przez skórzane okrycia jej stóp, pomimo izolującej warstwy trawy, którą napchała do środka. Nagle widok karłowatej i poskręcanej sosny sprawił jej ulgę. Drzewa na stepie należały do rzadkości; rosły jedynie tam, gdzie było dostatecznie wilgotno. Podwójny rząd sosen, brzóz lub wierzb, rzeźbionych przez wiatr w skarłowaciałe asymetryczne kształty, zwykle znaczył bieg wody. W krainie, gdzie wody gruntowe zdarzały się rzadko, ten widok był szczególnie miły. Drzewa oferowały skąpą, ale jednak osłonę przed burzami spadającymi z wyciem z wielkiego północnego lodowca na otwarte równiny. Kilka następnych kroków przywiodło młodą kobietę nad brzeg strumienia, lecz pomiędzy skutymi lodem brzegami płynął jedynie wąski strumyczek wody. Kobieta skierowała się na zachód, podążając w dół jego biegu i rozglądając się za gęstszymi zaroślami, które zapewniłyby jej lepsze schronienie niż pobliskie krzaki. Wlokła się naprzód z naciągniętym głęboko kapturem, ale gdy tylko wiatr niespodziewanie na chwilę przycichał, spoglądała w górę. Po drugiej stronie strumienia niska, prostopadła ściana broniła przeciwnego brzegu. Trawiasta cibora mająca grzać jej stopy zdała się na nic, gdy przy przechodzeniu na drugą stronę lodowata woda wdarła się do środka okryć, ale kobieta się cieszyła, że ma osłonę przed wiatrem. Błotnista ściana brzegu zawaliła się w jednym miejscu,

pozostawiając nawis z poplątanych korzeni traw i starych krzaków, a pod nim dość suche miejsce… Ayla odwiązała nasiąknięte wodą rzemienie, które przytrzymywały jej na plecach nosidła i strząsnęła je z siebie, potem wyciągnęła skórę żubra i mocne kije pozbawione gałązek. Ustawiła niski, pochyły namiot, obłożyła go kamieniami i przycisnęła kłodą wyrzuconego przez wodę drewna. Umieszczone z przodu pałąki tworzyły wejście. Kobieta rozluźniła zębami rzemyki osłon na dłonie. Były to niemal okrągłe kawałki podbitej futrem skóry, zebrane w nadgarstku, z rozcięciem na dłoniach, przez które mogła wysunąć kciuk lub rękę, gdy chciała coś uchwycić. Okrycia na stopy były zrobione w ten sam sposób, lecz bez rozcięcia. Z trudem usiłowała rozwiązać nabrzmiałe paski skóry okręcone dookoła kostek. Po zdjęciu okryć ze stóp była na tyle ostrożna, aby zachować mokrą ciborę. Rozciągnęła wewnątrz namiotu swe okrycie z niedźwiedziej skóry, mokrą stroną do dołu, rozłożyła trawiastą ciborę, a na wierzchu położyła okrycia ze stóp i rąk, potem wsunęła się pod skórę. Okręciła się futrem i wciągnęła nosidła, aby zablokować otwór. Rozcierała swe zimne stopy, a gdy w wilgotnym futrze zrobiło się przytulnie ciepło, zwinęła się i zamknęła oczy. Zima wydawała swe ostatnie mroźne tchnienie, niechętnie ustępując z drogi wiośnie, ale ta młoda pora roku była kapryśna. Wśród zimnych pozostałości lodowcowego chłodu zwodne przebłyski ciepła obiecywały letnie upały. W nocy burza nagle ucichła. Ayla obudziła się w oślepiających blaskach słońca odbijanych od łat śniegu i lodu leżących wzdłuż brzegów, pod błękitnym niebem. Poszarpane strzępy chmur płynęły daleko na południu. Wyczołgała się z namiotu i pobiegła boso nad brzeg wody z workiem na picie. Ignorując lodowaty chłód, napełniła pokryty skórą pęcherz, pociągnęła solidny łyk i pognała z powrotem. Na brzegu wypróżniła się i

wczołgała do swego futra, aby ponownie się ogrzać. Nie została długo. Teraz, gdy burza przeszła, a słońce wróciło, pilno jej było znaleźć się na zewnątrz. Owinęła nogi okryciami, które wysuszyła ciepłem swojego ciała, i zawiązała niedźwiedzią skórę na podbitym futrem, skórzanym okryciu, w którym spała. Wyjęła z kosza kawałek suszonego mięsa, spakowała namiot, okrycia na dłonie i ruszyła w drogę, żując mięso. Strumień płynął lekkim skosem w dół, więc wędrówka była łatwa. Ayla pomrukiwała sobie monotonnie bezbarwnym głosem. W zaroślach w pobliżu brzegu spostrzegła plamy zieleni. Widok małego kwiatka, dzielnie wystawiającego swą miniaturową twarzyczkę z łaty topniejącego śniegu sprawił, że się uśmiechnęła. Krok za nią oderwał się kawałek lodu i popłynął uniesiony rwącym prądem. Wiosna się zaczęła, gdy opuściła jaskinię, ale na południowym końcu półwyspu było cieplej i pory roku następowały wcześniej. Pasmo gór stanowiło barierę dla ostrych lodowcowych wiatrów, a morskie bryzy znad wewnętrznego morza, które ogrzewały i nawadniały wąski pas wybrzeża i południowe stoki, zapewniały klimat umiarkowany. Stepy były chłodniejsze. Ayla obchodziła wschodni kraniec górskiego pasma, lecz w miarę jak się posuwała na północ przez otwarty step, pora roku zdawała się wędrować wraz z nią. Wydawało się, że nigdy nie będzie cieplej, że wiecznie będzie wczesna wiosna. Jej uwagę przyciągnęły zachrypnięte piski rybitwy. Spojrzała w górę i dostrzegła kilka małych podobnych do mew ptaków krążących i szybujących bez wysiłku z rozłożonymi skrzydłami. Morze musi być blisko, pomyślała. Ptaki powinny teraz gniazdować; a to oznaczało jajka. Przyspieszyła kroku. I może będą omułki na skałach, mięczaki, czaszołki i odpływowe kałuże pełne ukwiałów. Słońce stało w zenicie, gdy dotarła na osłoniętą plażę uformowaną przez

południowe wybrzeże kontynentu i północno-zachodni bok półwyspu. Znalazła się w końcu w miejscu, gdzie szerokie gardło łączyło język lądu z kontynentem. Ayla zrzuciła nosidła i wspięła się na stromą skałę, która wznosiła się wysoko nad otaczającym ją terenem. Od strony morza uderzenia wody poznaczyły ją ostrymi występami. Stadko gołębic i rybitw beształo Aylę pełnymi złości piskami, gdy zbierała jajka. Rozbiła kilka i wypiła, nadal jeszcze nagrzane ciepłem gniazda. I nim zeszła na dół, schowała kilka innych w fałdach swego odzienia. Zdjęła z nóg okrycia i brodziła w przybrzeżnych falach, obmywając z piasku omułki, które poodrywała ze skały na poziomie wody. Podobne kwiatom morskie ukwiały stuliły czułki, gdy sięgnęła, aby wyciągnąć je z płytkiego stawu pozostawionego przez odpływ. Jednakże te stworzenia miały kolor i kształt, których nie znała. Toteż zadowoliła się kilkoma mięczakami, wyciągniętymi z piasku, w miejscach lekkich zagłębień, które zdradzały ich kryjówki. Nie rozpaliła ognia, rozkoszując się jedzonymi na surowo darami morza. Potem, objedzona jajkami i owocami morskimi, odpoczywała u podnóża wysokiej skały. Po jakimś czasie wdrapała się na nią ponownie, aby mieć lepszy widok na wybrzeże i ląd. Usiadła na szczycie monolitu, objęła kolana i spojrzała na drugą stronę zatoki. Wiatr owiewający jej twarz niósł z sobą zapach bogatego w życie morza. Południowe wybrzeże kontynentu zakręcało łagodnym łukiem na zachód. Za wąskim pasmem drzew mogła dostrzec rozległą krainę stepów, różniącą się od zimnej krainy łąk na półwyspie jedynie brakiem najmniejszych śladów ludzie] egzystencji. To tam, pomyślała, tam jest kontynent ciągnący się za półwyspem. – Dokąd mam teraz iść, Izo? Mówiłaś, że Inni tam są, ale ja nikogo nie widzę. – Patrząc na rozległą pustą krainę, Ayla powędrowała myślami z powrotem ku straszliwej nocy trzy lata temu, nocy śmierci Izy.

–Ty nie jesteś członkiem klanu, Ayla. Urodziłaś się wśród Innych; należysz do nich. Musisz odejść, dziecko, odszukać swój własny lud. –Odejść! Dokąd miałabym pójść, Izo? Nie znam Innych, nie wiedziałabym, gdzie ich szukać. –Na północy, Ayla. Idź na północ. Na północ stąd, na kontynencie za półwyspem, jest ich wielu. Nie możesz tu zostać. Broud znajdzie sposób, aby cię skrzywdzić. Idź i odszukaj ich, moje dziecko. Znajdź swój własny lud, znajdź sobie towarzysza. Wtenczas nie odeszła, nie mogła. Teraz nie miała wyboru. Musi znaleźć Innych, nikogo oprócz nich nie było. Nigdy nie może wrócić; nigdy nie zobaczy już swego syna. Po twarzy Ayli popłynęły łzy. Wówczas nie płakała. Gdy odchodziła, jej życie było zagrożone i nie mogła sobie pozwolić na luksus żalu. Ale teraz, gdy już raz bariera runęła, nic nie mogło powstrzymać jej od płaczu. –Durc… moje dziecko – szlochała, kryjąc twarz w dłoniach. – Dlaczego Broud mi cię zabrał? Opłakiwała swego syna, klan, który zostawiła za sobą; opłakiwała Izę, jedyną matkę, jaką pamiętała; opłakiwała swą samotność i strach przed czekającym na nią nie znanym światem. Ale nie Creba, który kochał ją jak własną córkę; jeszcze nie teraz. Ten smutek był zbyt świeży; nie była gotowa stawić mu czoło. Gdy Ayla już się wypłakała, to stwierdziła, że wpatruje się w przybrzeżne fale rozbijające się daleko w dole. Obserwowała tryskające w górę strumienie piany, które po spłynięciu w dół wirowały wokół ostrych kamieni. To nie będzie zbyt łatwe, pomyślała. –Nie! – Potrząsnęła głową i wyprostowała się. – Powiedziałam mu, że może zabrać mego syna, może mnie zmusić do odejścia, może obłożyć mnie klątwą śmierci, ale nie może sprawić, bym umarła!

Poczuła smak soli i krzywy uśmiech przebiegł jej po twarzy. Jej łzy zawsze wzburzały Izę i Creba. Z oczu ludzi klanu, a nawet z oczu Durca nie płynęły łzy, oni płakali jedynie wtedy, gdy się ich poważnie zraniło. Durc wiele po niej odziedziczył, potrafił także wydawać dźwięki w ten sam sposób, co ona, ale jego ogromne, brązowe oczy były oczami klanu. Ayla zeszła szybko na dół. Mocując nosidła na plecach zastanawiała się, czy jej oczy rzeczywiście były słabe, czy też wszyscy Inni również mieli płaczące oczy. Potem następna myśl przebiegła jej przez głowę: Znajdź swój własny lud, znajdź swego towarzysza. Młoda kobieta podróżowała na zachód wzdłuż wybrzeża, pokonując wiele strumieni i rzeczułek, które odnalazły drogę do wewnętrznego morza. W końcu dotarła do dość dużej rzeki. Tu skręciła na północ, podążając wzdłuż rwącego strumienia wody w kierunku lądu i rozglądając się za miejscem, w którym mogłaby przejść na drugą stronę. Szła brzegiem porośniętym sosnami i modrzewiami, drzewami, które podkreślały swą wyższość nad skarłowaciałymi kuzynami. W krainie kontynentalnych stepów do iglastej roślinności porastającej brzegi rzeki dołączyły wierzby, brzozy i osiki. Nie ominęła żadnego zakrętu ani zakola płynącej meandrami wody i z każdym dniem robiła się coraz bardziej niespokojna. Rzeka wiodła ją z powrotem na wschód, a generalnie rzecz biorąc w kierunku północno-wschodnim. A ona nie chciała iść na wschód. Niektóre klany polowały na wschodnich obszarach kontynentu. Planowała w swej wędrówce na północ skręcić na zachód. Nie chciała natknąć się na żadnego członka klanu – nie teraz, gdy była naznaczona klątwą śmierci! Musiała znaleźć sposób na przebycie rzeki. Postanowiła zaryzykować przejście w miejscu, gdzie rzeka się poszerzyła i rozdzieliła na dwa kanały, które opływały małą żwirową wysepkę o brzegach porośniętych zaroślami uczepionymi kamieni. W wodzie po drugiej stronie wyspy

leżało kilka dużych otoczaków, co pozwalało przypuszczać, że jest tam dostatecznie płytko, aby przejść w bród. Dobrze pływała, ale nie chciała zamoczyć sobie ubrania ani kosza. Ich wyschnięcie wymagałoby potem zbyt wiele czasu, a noce były nadal zimne. Chodziła tam i z powrotem po brzegu, przyglądając się rwącej wodzie. Gdy wybrała najpłytsze miejsce, rozebrała się, ułożyła wszystko w koszu i trzymając go wysoko nad głową, weszła do rzeki. Kamienie na dnie były śliskie, a prąd nie pomagał w zachowaniu równowagi. Na środku pierwszego kanału woda sięgała jej do pasa, ale szczęśliwie dostała się na wyspę. Drugie koryto było szersze. Nie wiedziała, czy można je przejść w bród, ale miała już za sobą prawie pół drogi i nie zamierzała się poddać. Jednakże dalej rzeka robiła się coraz głębsza, aż w końcu kobieta szła na czubkach palców, trzymając kosz wysoko nad głową, a woda sięgała jej do szyi. Nagle dno opadło. Ayla odruchowo pochyliła głowę i zachłysnęła się wodą. W następnej chwili trzymała się już jednak prosto, opierając kosz na głowie. Przytrzymywała go jedną ręką, usiłując posuwać się w kierunku przeciwległego brzegu za pomocą drugiej. Prąd porwał ją i uniósł, ale tylko kawałek. Pod stopami wyczuła kamienie i kilka chwil później wyszła na ląd. Ayla znowu wędrowała stepami, zostawiając rzekę za sobą. Dni słoneczne zaczęły przeważać nad deszczowymi, wreszcie nastała ciepła pora roku, co pozwoliło kobiecie szybciej wędrować na północ. Pąki na drzewach i krzewach rozwinęły się w liście, a na końcach gałązek roślinności iglastej wyrosły pędzelki miękkich, jasnozielonych igiełek. Zrywała je, aby żuć po drodze, rozkoszując się ich lekko ostrym sosnowym smakiem. Zwyczajem się stało, iż wędrowała cały dzień prawie aż do zmroku, kiedy to odszukiwała jakieś źródło lub strumień, i rozbijała obóz. Wodę wciąż łatwo znajdowała. Wiosenne deszcze i topniejące na dalekiej północy pozostałości zimy

napełniły strumienie po brzegi i zalały niecki oraz koryta wyrzeźbione przez wodę, po których potem zostaną jedynie wyschnięte parowy lub w najlepszym razie błotniste kanały. Dostatek wody był okresem przejściowym. Wilgoć szybko wchłonie ziemia, ale przedtem pozwoli zakwitnąć stepom. Niemal w ciągu jednej nocy teren pokryły białe, żółte i purpurowe – rzadziej błękitne czy jaskrawoczerwone – kwiaty ziół. Z daleka mieszały się z dominującą zielenią młodych traw. Ayla była zachwycona pięknem tej pory roku; wiosna zawsze była jej ulubioną porą. Z czasem, gdy otwarte równiny rozkwitły nowym życiem, coraz mniej korzystała ze swych skromnych zapasów żywności, jakie z sobą niosła, i zaczęła się żywić tym, co znajdowała wokół. Prawie wcale nie zwalniało to jej tempa marszu. Każda kobieta klanu uczy się zrywać liście, kwiaty, pączki i jagody w czasie wędrówki nieomal wcale nie przystając przy tym zajęciu. Ayla oczyściła z liści i gałązek kawał mocnego konaru, zaostrzyła jego koniec krzemiennym nożem i wykorzystywała go do szybkiego wydobywania korzeni i bulw. Zbieranie było łatwe. Musiała wyżywić jedynie siebie. Ale Ayla posiadała umiejętność, której normalnie nie miały inne kobiety klanu. Mianowicie potrafiła polować. Co prawda jedynie z procy, ale nawet mężczyźni przyznali – gdy w końcu przystali na to, by polowała – że była najzręczniejszym łowcą z procą w całym klanie. Sama się tego nauczyła i drogo okupiła tę umiejętność. Gdy puszczające pędy zioła i trawy skusiły ryjące w ziemi popielice, chomiki olbrzymie, wielkie skoczki i zające do opuszczenia zimowych norek, Ayla zaczęła ponownie nosić swą procę, wsuniętą za rzemień, którym obwiązywała swe futrzane okrycie. Kij do wygrzebywania również trzymała zatknięty za rzemień, ale woreczek z lekami miała, jak zawsze, umocowany do rzemienia opasującego jej wewnętrzne okrycie.

Pożywienia było pod dostatkiem; trochę trudniej było zdobyć drewno i ogień. Umiała co prawda rozniecić ogień, a i materiałów do tego nie brakowało, jako że krzakom i drobnym drzewkom, którym się udało przetrwać nad brzegami sezonowych strumieni, często towarzyszyła wikłanina powalonej i suchej roślinności. Zbierała również napotkane po drodze suche gałęzie i nawóz. Ale nie każdej nocy rozpalała ognisko. Czasami jednak nie miała pod ręką wystarczająco dużo odpowiednich gałązek lub też były one zielone albo mokre; a czasami była zbyt zmęczona, aby zawracać sobie głowę rozniecaniem ognia. Jednakże nie przepadała za spaniem na otwartym terenie bez opieki jaką dawał jej ogień. Rozległa kraina traw obfitowała w duże zwierzęta trawożerne, których szeregi przerzedzali różnorodni czworonożni myśliwi. Ogień zwykle odstraszał zwierzęta. Do powszechnych praktyk klanu należało, aby podczas podróży wysoki rangą mężczyzna nosił żar do rozpalenia następnego ogniska. Ayli początkowo nie przyszło do głowy, aby nosić z sobą żar. Gdy już na to wpadła, zastanawiała się, dlaczego nie uczyniła tego wcześniej. Świderek i płaski kawałek drewna na niewiele się zdawały, gdy huba lub drewno było zbyt zielone czy też wilgotne. Dopiero wtedy, gdy natknęła się na szkielet tura, to pomyślała, że znalazła sposób na swoje kłopoty. Księżyc po raz kolejny przeszedł cały cykl przemian i mokra wiosna się ociepliła, ustępując miejsca wczesnemu latu. Kobieta nadal wędrowała szeroką nadbrzeżną równiną, która opadała łagodnie ku wewnętrznemu morzu. Szczeliny wyrzeźbione w zboczach przez sezonowowe rzeki często tworzyły u ujścia wielkie rozlewiska, które częściowo zamknięte przez ławice piasku lub całkowicie odcięte – formowały laguny i stawy. Ayla wczesnym przedpołudniem zatrzymała się nad małym stawem, gdzie rozbiła obóz. Woda co prawda wyglądała na zastałą i nie nadającą się do picia, ale worek Ayli był już prawie próżny. Zanurzyła więc dłoń, by zaczerpnąć nieco wody,

skosztowała, po czym wypluła słonawy płyn i pociągnęła mały łyk ze swego worka, aby wypłukać usta. –Ciekawa jestem, czy ten tur napił się tej wody – pomyślała, zauważając zbielałe kości i czaszkę z długimi zwężającymi się rogami. Odeszła od stawu zastałej wody i jego widma śmierci, ale nie przestawała myśleć o leżących tam kościach. Nadal miała przed oczyma białą czaszkę i długie rogi, lekko zakręcone, puste w środku. Około południa zatrzymała się nad strumieniem i postanowiła rozniecić ogień, aby upiec zabitego przez siebie zająca. Siedząc w ciepłych promieniach słońca i obracając w dłoniach świderek oparty na płaskim kawałku drewna, pragnęła, aby się pojawił Grod z żarem niesionym w… Poderwała się na nogi, wrzuciła świderek i podkładkę do rozniecania ognia do kosza, położyła na wierzch królika i pospieszyła z powrotem. Po dotarciu do stawu zaczęła rozglądać się za czaszką. Grod zwykle nosił żar zawinięty w suchym mchu lub porostach i schowany w długim, pustym w środku, rogu tura. Ona również mogłaby w nim przenosić ogień. Poczuła jednak wyrzuty sumienia, gdy zaczęła z wysiłkiem wyciągać róg. Kobiety klanu nie przenosiły ognia; to było niedozwolone. Ale kto poniesie go za mnie, jeżeli ja sama tego nie uczynię, pomyślała, szarpiąc mocno i odrywając w końcu róg. Pospiesznie opuściła to miejsce, jakby już samo myślenie o tym zakazanym czynie mogło wyczarować czujne, pełne potępienia spojrzenia. Był czas, gdy przeżycie zależało od przystosowania się do sposobu życia obcego jej naturze. Teraz zależało od umiejętności przełamania uwarunkowań dzieciństwa i rozpoczęcia samodzielnego myślenia. Róg tura był początkiem i dobrze jej wróżył na przyszłość. Jednakże z przenoszeniem ognia wiązało się więcej problemów, niż myślała. Rankiem udała się na poszukiwanie suchego mchu, aby zawinąć w niego żar. Ale

mech rosnący w takiej obfitości w drzewiastym otoczeniu jaskini, nie występował na suchych równinach. W końcu zadowoliła się trawą. Gdy jednak zamierzała ponownie rozniecić ogień, to z trwogą stwierdziła, że drewienka zgasły. Wiedziała już, że niełatwo jest przenosić żar, i często dokładała do ognia, aby przetrwał noc. Wiedziała dostatecznie dużo. Trzeba było jednak wielu prób i błędów, wiele wygasłego żaru, nim odkryła sposób na przechowywanie odrobiny ognia z jednego ogniska do czasu rozpalenia następnego. Róg tura również nosiła uczepiony do rzemienia w pasie. Ayla zawsze radziła sobie z pokonywaniem w bród strumieni przecinających jej drogę, lecz gdy dotarła do dużej rzeki, stwierdziła, że będzie musiała znaleźć inny sposób. Przez kilka dni szła jej brzegiem. Rzeka zbaczała jednak z powrotem na północny wschód i nie robiła się wcale węższa. Choć Ayla wiedziała, że znajduje się poza terenami łowieckimi klanu, nie chciała iść na wschód. Wędrówka na wschód oznaczała powrót w stronę klanu. Ona nie mogła wracać i nie chciała nawet iść w tamtym kierunku. Jednakże tutaj, na otwartym terenie nad rzeką, również nie mogła pozostać. Musiała przedostać się na drugą stronę; nie istniał inny wybór. Miała nadzieję, że sobie poradzi – zawsze była dobrym pływakiem – martwił ją jedynie kosz z całym dobytkiem na głowie. Dobytek stanowił problem. Siedziała przy małym ognisku pod osłoną zwalonych drzew, których nagie gałęzie znaczyły smugami wodę. Popołudniowe słońce odbijało się w wartkim prądzie. Co jakiś czas przepływały obok niesione wodą kawałki drewna. Przypomniał jej się strumień płynący w pobliżu jaskini i połów łososi oraz jesiotrów u jego ujścia do wewnętrznego morza. Z wielką ochotą wtedy pływała, choć niepokoiło to Izę. Alya nie pamięta, aby się uczyła pływać; zdawało się, że zawsze to potrafiła. –Dlaczego nikt inny nigdy nie chciał pływać? – dumała. Uważano mnie za

dziwną, ponieważ lubiłam daleko się wypuszczać… do czasu, gdy Ona niemal się nie utopiła. Pamiętała, jak wszyscy byli jej wdzięczni za uratowanie dziecku życia. Brun nawet pomógł jej wyjść z wody. Czuła wówczas ciepłą akceptację, tak jakby naprawdę do nich należała. Długie i proste nogi, zbyt szczupłe i zbyt wysokie ciało, jasne włosy i niebieskie oczy oraz wysokie czoło nie miały znaczenia. Niektórzy członkowie klanu próbowali się nawet potem nauczyć pływać, ale nie radzili sobie dobrze i czuli lęk przed głęboką wodą. Ciekawa jestem, czy Durc by się nauczył? Nigdy nie był tak ciężki, jak dzieci innych i nigdy nie będzie tak muskularny, jak większość mężczyzn. Myślę, że mógłby… Kto go nauczy? Mnie tam nie będzie, a Uba nie potrafi. Ona się nim zaopiekuje; kocha go równie mocno jak ja, ale nie potraci pływać. Brun też nie umie. Brun jednak nauczy go polować i będzie go bronił. Obiecał, że nie pozwoli, by Broud skrzywdził mego syna – pomimo tego, że nie wolno mu było mnie widywać. Brun był dobrym przywódcą, nie to co Broud… Czy to możliwe, aby to za sprawą Brouda począł się we mnie Durc? Ayla wzdrygnęła się na wspomnienie tego, jak Broud ją niewolił. Iza mówiła, że mężczyźni czynią tak z kobietami, które lubią, ale Broud uczynił to jedynie dlatego, że wiedział, jak bardzo tego nie cierpiałam. Wszyscy mówili, że to duchy totemów dawały początek dziecku. Ale żaden z mężczyzn nie miał dostatecznie silnego totemu, aby pokonać mojego Lwa Jaskiniowego. Nie zachodziłam w ciążę, dopóki Broud nie zaczął mnie niewolić, i wszyscy byli tym zaskoczeni. Nikt nie myślał, że kiedykolwiek będę miała dziecko… Chciałabym go zobaczyć, gdy urośnie. Już jest wysoki jak na swój wiek, tak jak i ja. Będzie najwyższym mężczyzną w klanie, jestem tego pewna… Nie, nie jestem! Nigdy nie będę tego wiedziała. Nigdy nie zobaczę już

Durca. Przestań o nim myśleć, poleciła samej sobie, ocierając łzy. Wstała i podeszła nad brzeg rzeki. Nic dobrego nie przyniesie mi myślenie o nim. Nie przeniesie mnie to na drugi brzeg! Była tak zajęta swymi myślami, że nie zauważyła rozwidlonej kłody dryfującej w pobliżu brzegu. Z obojętnością przyglądała się, jak wyciągnięte konary zwalonych drzew usidliły ją w swych splątanych gałęziach i patrzyła, nie widząc, na kłodę, która przez długą chwilę obijała się i czyniła gwałtowne wysiłki, aby się uwolnić. Jednakże, gdy tylko Ayla ją w końcu spostrzegła, natychmiast uświadomiła sobie możliwości, jakie jej dawała. Ayla weszła na płyciznę i wyciągnęła kłodę na piaszczysty brzeg. Była to górna część pnia pokaźnych rozmiarów drzewa, świeżo powalonego przez gwałtowną powódź w górze rzeki i nie nasiąkniętego jeszcze mocno wodą. Krzemienną siekierką, którą nosiła w fałdach swego futrzanego okrycia, przycięła dłuższy z rozwidlonych konarów, wyrównując ich długość. Odrąbała również przeszkadzające gałęzie, zostawiając jedynie dwa długie konary. Rozejrzała się szybko i podeszła do kępy brzóz oplecionych powojnikami. Ciągnąc z wysiłkiem, oderwała długi kawałek łodygi pnącza. Wracała na poprzednie miejsce, oczyszczając ją po drodze z liści: Następnie rozłożyła na ziemi skórę służącą za namiot i wysypała na nią zawartość kosza. Nadszedł czas, by przejrzeć zapasy i przepakować rzeczy. Na dno kosza włożyła futrzane okrycia nóg i rąk, a także podbite futrem okrycie wierzchnie, ponieważ teraz nosiła letnie okrycie; nie będzie ich potrzebowała aż do następnej zimy. Zawahała się na chwilę, zastanawiając się, gdzie będzie następnej zimy, ale nie przejęła się tym na tyle, aby zbyt długo nad tym rozmyślać. Ponownie przerwała pracę, gdy podniosła miękką skórę, w której nosiła na biodrze Durca.

Nie potrzebowała tego kawałka skóry; nie był niezbędny dla jej przeżycia. Zabrała go jedynie dlatego, że przypominał jej o synu. Przytuliła skórę do policzka, następnie troskliwie złożyła i schowała do kosza. Na nim położyła miękkie pasma dobrze chłonącej skóry, których używała podczas okresu. Potem do środka powędrowała dodatkowa para okryć na nogi. Co prawda chodziła teraz boso, ale nadal gdy było mokro lub zimno, przywdziewała okrycia, a te, niestety, zużywały się. Cieszyła się, że zabrała zapasową parę. Następnie sprawdziła swoje zapasy jedzenia. Został jeszcze jeden pakunek z brzozowej kory z klonowym cukrem. Ayla otworzyła go, oderwała kawałek, i włożyła do ust, zastanawiając się, czy jeszcze kiedykolwiek skosztuje klonowego cukru, gdy ten jej się skończy. Miała jeszcze kilka placków podróżnego jedzenia, z rodzaju tych, jakie mężczyźni zabierają z sobą na polowanie. Były zrobione z topionego tłuszczu, z kruszonego suszonego mięsa i suszonych owoców. Na myśl o pożywnym tłuszczu pociekła jej ślinka. Drobne zwierzątka, które zabijała za pomocą procy, były przeważnie chude. Gdyby nie to, że zbierała pożywienie roślinne, to na diecie z czystego białka powoli umarłaby z zimna. Tłuszcz oraz węglowodany w pewnych postaciach były niezbędne. Włożyła placki podróżne do kosza, nie zaspokajając swego apetytu, żeby zaoszczędzić je na sytuacje kryzysowe. Dodała kilka pasków suszonego mięsa – twardych niczym skóra, ale pożywnych – kilka suszonych jabłek, trochę orzechów, kilka woreczków ziarna zebranego z traw porastających stepy w pobliżu jaskini i wyrzuciła zgniły korzeń. Najedzeniu ułożyła czarkę i miskę, kaptur z rosomaka i znoszone okrycia na nogi. Odczepiła woreczek z lekami od rzemienia w pasie i potarła dłonią gładkie wodoszczelne futerko wydry, wyczuwając pod palcami twarde kosteczki łapek i ogona. Rzemyk zawiązany wokół rozcięcia na szyi zamykał woreczek, a dziwnie

spłaszczona głowa, która nadal była połączona pasmem skóry z grzbietem, służyła za górne zamknięcie. To Iza zrobiła go dla niej, gdy została szamanką klanu, przekazując jej tym samym całą spuściznę po sobie, niczym matka córce. Wtem, po raz pierwszy od wielu lat, Ayla pomyślała o pierwszym woreczku na leki, jaki Iza zrobiła dla niej, o tym, który Creb spalił, gdy pierwszy raz została obłożona klątwą. Brun musiał to zrobić. Kobietom nie wolno było dotykać broni, a Ayla od kilku lat posługiwała się procą. On jednakże zostawił jej szansę na powrót gdyby udało się jej przeżyć. Być może, dał mi większą szansę, niż sądził, pomyślała. Zastanawiam się, czy jeszcze bym teraz żyła, gdybym nie przekonała się wtedy o tym, jak klątwa śmierci odbiera ochotę do życia. Jeżeli nie liczyć tego, że musiałam zostawić Durca, to myślę, że za pierwszym razem było trudniej. Gdy Creb spalił wszystkie moje rzeczy, chciałam umrzeć. Nie mogła myśleć o Crebie; żal był zbyt świeży, ból zbyt piekący. Kochała starego szamana równie mocno, jak kochała Izę. Był bratem Izy i Bruna. Creb nigdy nie polował, brakowało mu jednego oka i części ramienia, ale był najwspanialszym, wielkim mężem wszystkich klanów. Mog-ur, budzący strach i respekt – jego pobrużdżone, jednookie oblicze wzbudzało strach w najdzielniejszym myśliwym, ale Ayla znała go od innej, łagodniejszej strony. Bronił jej, troszczył się o nią i kochał jak dziecko swej towarzyszki, której nigdy nie miał. Do śmierci Izy, trzy lata temu, miała czas przywyknąć, a choć rozłąka z Durcem napawała ją głębokim żalem, to jednak miała świadomość tego, że on nadal żyje. Po Crebie jeszcze nie rozpaczała. Nagle ból, który dusiła w sobie od czasu, gdy trzęsienie ziemi zabiło Creba, odezwał się ze zdwojoną siłą. Wyrzuciła go z siebie. Wykrzyczała jego imię. –Creb… Och, Creb… Dlaczego musiałeś wrócić do jaskini? Dlaczego musiałeś umrzeć?

Szlochała gwałtownie wtulona twarzą w woreczek ze skóry wydry. Potem zawodziła wysokim głosem. Kołysała się w przód i w tył, opłakując swoją udrękę, swój smutek, swoją rozpacz. Ale nie było w pobliżu kochających członków klanu, którzy rozumieliby jej nieszczęście. Rozpaczała samotnie i rozpaczała z powodu samotności. Przestała płakać, zdawało jej się, że wypłakała wszystkie łzy, ale okropny ból ustąpił. Po chwili poszła nad rzekę i obmyła twarz, a potem włożyła woreczek z lekami do kosza. Nie musiała sprawdzać jego zawartości. Wiedziała dokładnie, co zawiera. Złapała kij do wygrzebywania, po czym odrzuciła go na bok, gdy rosnący gniew począł wypierać żal, zwiększając jej determinację. Broud nie sprawi, abym umarła! Wzięła głęboki oddech i zmusiła się do dalszego pakowania swego kosza. Włożyła do niego materiały do rozniecania ognia i róg tura, następnie wyciągnęła z fałdy okrycia kilka krzemiennych narzędzi. Z innej fałdy wyciągnęła okrągły kamień, podrzuciła go w górę i ponownie złapała. Każdy kamień odpowiedniej wielkości można było wyrzucać procą, ale gładki i okrągły pocisk zapewniał większą celność. Zatrzymała te kilka, które miała. Następnie sięgnęła po procę, pasek jeleniej skóry, rozszerzony pośrodku, aby trzymać kamienie, z długimi poskręcanymi od używania końcami. Bez wątpienia należało ją zatrzymać. Odwiązała długi pasek skóry, którym miała przewiązane okrycie z miękkiej skóry kozicy tak, że tworzyły się fałdy, w których nosiła różne rzeczy. Zdjęła okrycie. Stała naga, nie licząc amuletu – małego skórzanego woreczka zwisającego na rzemyku z szyi. Zdjęła go i zadrżała, czując się bardziej naga bez swojego amuletu niż bez okrycia, ale małe, twarde przedmioty we wnętrzu woreczka działały na nią uspokajająco. Oto było wszystko, cały jej dobytek, wszystko, czego potrzebowała do

przeżycia – to oraz wiedza, zręczność, doświadczenie, inteligencja, determinacja i odwaga. Szybko zawinęła amulet, narzędzia i procę w swoje okrycie i włożyła je do kosza. Następnie okręciła go skórą niedźwiedzia i obwiązała długim rzemieniem. Owinęła pakunek skórą żubra i uwiązała pnączem za rozwidleniem kłody. Przez chwilę przypatrywała się dzikiej rzece i drugiemu brzegowi, myśląc o swoim totemie, następnie zagrzebała piaskiem ogień i zepchnęła drąg z całym swoim cennym dobytkiem nad rzekę, poniżej drzewa i jego pułapki z gałęzi. Ayla usadowiła się na rozwidlonym końcu, chwytając za sterczące resztki konarów i pchnęła swą tratwę dalej na wodę. Ciało ogarnęła ciągle jeszcze chłodna woda z topniejącego lodowca. Ayla dyszała, z trudnością łapiąc oddech, ale odrętwienie ustąpiło, gdy przywyka do zimnego żywiołu. Wartki prąd porwał kłodę próbując, zgodnie ze wcześniejszym zamiarem, unieść ją do morza i cisnąć w jego wzburzone fale, ale rozwidlone konary zapobiegały kręceniu się. Mocno kopiąc, starała się utorować sobie mogę przez rozkołysaną wodę i kierować się pod kątem w stronę przeciwnego brzegu. Zbliżała się jednak do niego niepokojąco wolno. Za każdym razem, gdy patrzyła w jego kierunku, drugi brzeg był dalej, niż się spodziewała. Poruszała się o wiele szybciej w dół rzeki niż na drugą stronę. Prąd porwał ją i kłoda minęła miejsce, w którym Ayla miała nadzieję wylądować. Była zmęczona, a zimno obniżało temperaturę jej ciała. Dniała. Mięśnie ją bolały. Czuła się tak, jakby całą wieczność kopała z kamieniami uwiązanymi u stóp, ale zmuszała się, by nie przerywać. W końcu, wyczerpana, poddała się nieubłaganej sile fal. Rzeka, wykorzystując swą przewagę; pchnęła prowizoryczną tratwę z powrotem z biegiem wody. Ayla trzymała się kurczowo kłody, która teraz przejęła nad nią kontrolę. Jednakże dalej rzeka zmieniała swój południowy kierunek, skręcając ostro na

zachód i opływając sterczący, skalisty, długi i wąski kawałek lądu. Ayla, zanim się poddała, pokonała już trzy czwarte rwącego strumienia wody i gdy ujrzała skaliste wybrzeże, ze zdecydowaniem ponownie przejęła kontrolę nad tratwą. Zmusiła nogi w wodzie do wierzgania, dokładając wszelkich starań, aby dotrzeć do brzegu, nim rzeka nie poniesie jej dalej. Z zamkniętymi oczyma, skoncentrowała się na ustawicznym poruszaniu nogami. Nagle poczuła wstrząs, kłoda otarła o dno i zatrzymała się. Ayla nie mogła się poruszyć. Na wpół zanurzona w wodzie, leżała nadal uczepiona resztek konarów. Fala wzburzonej wody uwolniła kłodę z ostrych kamieni, wzbudzając tym samym w młodej kobiecie panikę. Ayla zmusiła się więc do tego, aby uklęknąć i popchnąć zniszczony pień do przodu, osadzając go na brzegu, a potem przewróciła się w wodę. Ale nie mogła długo odpoczywać. Drżąc gwałtownie z zimna, zmusiła się do wyczołgania na skalny występ. Pogmerała przy supłach pnącza i wytargała na brzeg uwolniony pakunek. Rzemień jeszcze trudniej było rozplątać drżącymi palcami. Opatrzność pomogła. Rzemień pękł w słabym miejscu. Zdarła długi pasek skóry, odsunęła na bok kosz, wczołgała się na niedźwiedzią skórę i otuliła nią. Zasnęła, nim przestała drżeć. Po pełnym niebezpieczeństw przebyciu rzeki Ayla skierowała się na północ, odbijając lekko na zachód. Letnie dni robiły się coraz cieplejsze, w miarę jak przemierzała rozległe stepy w poszukiwaniu śladów ludzkiej egzystencji. Dzikie kwiaty, które rozjaśniały krótką wiosnę, przekwitły, a trawa sięgała prawie do pasa. Do swojego pożywienia włączyła koniczynę i lucernę oraz z radością powitała sycące, słodkawe orzeszki ziemne, wyszukiwała korzenie, tropiąc rosnące na powierzchni pnącza. Oprócz jadalnych korzeni również strąki mlecznej wyki były wzdęte od rządków owalnych zielonych ziaren, a Ayla bez trudu odróżniała je

od trujących kuzynów. Choć minęła pora na pączki żółtawego liliowca, to jego korcenie nadal były miękkie. Kilka wcześnie dojrzewających odmian niskopiennych porzeczek zaczęło zmieniać swój kolor i zawsze można było uszczypnąć na zielony posiłek kilka nowych listków lebiody, gorczycy czy pokrzywy. Jej praca również nie narzekała na brak celu. Równiny roiły się od stepowych zajęcy, świstaków, dużych skoczków, których futerka zmieniły teraz kolor z białych zimowych na szarobrązowe. Czasami można się też było natknąć na wszystkożerne, polujące na myszy, olbrzymie chomiki. Nisko latające głuszce i pardwy były szczególnie łakomym kąskiem, choć jedząc pardwę, Ayla zawsze wspomina, jakim to przysmakiem dla Creba były te tłuste ptaki i ich pożywny tłuszcz. Ale to były jedynie mniejsze ze zwierząt ucztujących na szczodrych letnich równinach. Ayla widziała stada zwierzyny płowej reniferów, czerwonych jeleni i ogromnych jeleni ze wspaniałym porożem; stada krępych koników stepowych i podobnych do nich dzikich osłów; czasem na jej drodze pojawiały się potężne żubry lub rodzina antylop; stada rudobrązowych turów, z bykami na sześć stóp w kłębie i wiosennym przychówkiem ssącym obfite wymiona krów. Ayli leciała ślinka na myśl o smaku mięsa z wykarmionych mlekiem cieląt, ale jej proca nie była odpowiednią bronią do polowania na tury. Mignęły jej nawet przed oczyma migrujące włochate mamuty, dojrzała stado wołów piżmowych z ciągnącymi na końcu młodymi, które musiały stawić czoło sforze wilków, i ostrożnie ominęła rodzinę nieprzyjaźnie usposobionych włochatych nosorożców. Były totemem Brouda, przypomniała sobie, i doskonale do niego pasowały. W miarę posuwania się na północ kobieta zaczynała zauważać zmianę w wyglądzie okolicy. Robiła się ona suchsza i bardziej posępna. Ayla bowiem dotarła do północnej granicy wilgotnych, zaśnieżonych stepów kontynentalnych. Poza

nimi, aż do pionowych ścian ogromnego północnego lodowca, rozciągały się suche, lessowe stepy, środowisko, które istniało jedynie wtedy, gdy lodowiec Pokrywał ląd, podczas Ery Lodowcowej. Lodowce, masywne połacie lodu rozciągały się na kontynencie, okrywając lodowym płaszczem Półkulę Północną. Blisko jedna czwarta powierzchni ziemi była pogrzebana pod jego miażdżącym ciężarem. Woda uwięziona w jego okowach spowodowała obniżenie poziomu oceanów, przesuwając linię brzegową i zmieniając kształt lądu. Żaden fragment globu nie był wyłączony spod jego wpływu, deszcze powodowały powodzie obszarów równikowych i skurczenie się pustyń, ale w pobliżu granicy lodu te skutki były szczególnie widoczne. Rozległe przestrzenie pokryte lodem chłodziły powietrze, powodując skraplanie wilgoci w atmosferze, a potem opady śniegu. Ale bliżej centrum wysokie ciśnienie ustalało się, tworząc skrajnie suche i zimne warunki, pchając burze śnieżne na skraj lodowca. Ogromne lodowce rozrastały się na swoich krańcach; lód rozciągał się niemal równomiernie we wszystkich kierunkach, warstwą więcej niż na milę grubą. Ponieważ większość śniegu spadała na lód, odżywiając lodowiec, obszar na południe od niego był suchy i mroźny. Różnica ciśnień powodowała przesuwanie się chłodnych mas powietrza w kierunku obszarów o niższym ciśnieniu, czyli znad centrum na brzegi lodowca; na stepach wiał bez przerwy północny wiatr. Zmieniała się tylko jego intensywność. Po drodze porywał ze sobą zmieloną na mąkę skałę przez przesuwający się skraj lodowca. Niesione powietrzem drobinki zostawały przesiewane do rozmiarów niewiele większych od cząsteczek tworzących gliniasty less i były osadzane na setkach mil na grubość wielu stóp, stając się glebą. Zimą, wyjące wichry omiatały posępną, skutą lodem krainę, pędząc śnieżne burze. Ale ziemia nadal kręciła się na swej pochylonej osi i nadal zmieniały się pory roku. Przeciętne roczne temperatury były jedynie kilka stopni niższe od

temperatury powstawania lodowca; kilka gorących dni nie miało większego wpływu, jeżeli nie wpływały na zmianę średnich temperatur. Wiosną ubogie śniegi, które pokrywały krainę, topniały i skorupa lodowca się ocieplała, a na stepy spływała woda. Woda z topniejącego śniegu i lodu na tyle zmiękczała glebę, że powyżej wiecznej zmarzliny mogły kiełkować trawy i zioła. Trawa rosła gwałtownie, czując w głębi swych nasionek, że jej żywot będzie krótki. W połowie lata cały porośnięty trawą kontynent był krainą suchej trawy, z porozrzucanymi bliżej oceanów połaciami północnych lasów i tundry. W pobliżu granicy lodowca, gdzie pokrywa śniegu była cienka, trawa zapewniała przez okrągły rok pożywienie dla nieprzeliczonej liczby żywiących się trawą i nasionami zwierząt, które przystosowały się do lodowcowego zimna – i do drapieżników, które potrafią przystosować się do każdego klimatu, jaki odpowiada ich zdobyczy. Mamut potrafił paść się u stóp błyszczącej, błękitnobiałej ściany lodu wznoszącej się na milę i więcej nad nimi. Okresowe strumienie i rzeki zasilane przez lodowiec wypłukiwały kanały w głębokich pokładach lessu, docierając często przez warstwę skał osadowych aż do krystalicznej płyty granitowej, na której spoczywał kontynent. Strome parowy i wąwozy rzeczne były powszechnym elementem krajobrazu, rzeki zapewniały wilgoć, a wąwozy osłonę od wiatrów. Nawet na suchych lessowych stepach istniały zielone doliny. W miarę upływu czasu robiło się coraz cieplej. Ayla zaczynała być zmęczona wędrówką, zmęczona monotonią stepów, zmęczona bezlitosnym słońcem i ustawicznym wiatrem. Jej skóra zrobiła się szorstka, popękała i zaczęła się łuszczyć. Wargi spierzchły, oczy bolały, a gardło zawsze było pełne piasku. Przecinała doliny okresowych rzek, bardziej zielone i zalesione niż stepy, ale żadna z nich nie skusiła jej do pozostania i w żadnej z nich nie mieszkali ludzie. Choć niebo było zwykle bezchmurne, to jej bezowocne poszukiwania

napawały ją obawą i strachem. Zima zawsze rządziła tą krainą. W najcieplejszy letni dzień trudno się było pozbyć wspomnień surowego zimna lodowca. Aby przetrwać długą – przenikliwie zimną – porę roku, należało zgromadzić pożywienie i znaleźć schronienie. A ona wędrowała od wczesnej wiosny i zaczynała się zastanawiać, czy jest skazana na wieczną włóczęgę po stepach, czy też umrze. U schyłku kolejnego, podobnego do poprzednich, dnia rozbiła obóz. Ubiła zwierzynę, ale żar wygasł, a drzewa spotykało się coraz rzadziej. Zjadła więc kilka kęsów surowego mięsa, nie kłopocząc się rozniecaniem ognia, lecz nie miała apetytu. Odrzuciła świstaka na bok, zwierzyna również pojawiała się coraz rzadziej – lub też ona nie rozglądała się już za nią tak uważnie. Zbieranie także nastręczało coraz więcej kłopotów. Grunt był zbity i pokryty grubą warstwą starej roślinności. I zawsze wiał wiatr. Źle spała, dręczyły ją senne koszmary i obudziła się nie wypoczęta. Nie miała nic do jedzenia; zniknął nawet odrzucony świstak. Pociągnęła łyk zatęchłego picia, spakowała nosidła i ruszyła na północ. Około południa znalazła łożysko potoku z kilkoma wysychającymi bajorkami, w których woda miała co prawda nieco gorzki smak, ale napełniła nią swój bukłak. Wykopała kilka korzonków kocimiętki; były cienkie jak sznurek i łagodne w smaku. Żuła je, wlokąc się przed siebie. Nie chciała iść dalej, ale nie wiedziała, co innego może robić. Przygnębiona i apatyczna nie zwracała większej uwagi na to, dokąd szła. Nie zauważyła dumnego lwa jaskiniowego wygrzewającego się w popołudniowym słońcu, dopóki nie warknął na nią ostrzegawczo. Wzdrygnęła się przestraszona, a lęk przywrócił jej świadomość. Cofnęła się i skręciła na zachód, aby obejść terytorium lwa. Wystarczająco daleko wędrowała już na północ. To duch Lwa Jaskiniowego ją ochraniał, nie wielkie bestie w swej fizycznej postaci. To, że był jej totemem, nie oznaczało, iż była bezpieczna przed