wotson

  • Dokumenty43 372
  • Odsłony1 881 720
  • Obserwuję1 310
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 277 593

Jewgenij T. Olejniczak - Według Barnaby

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :297.3 KB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
J

Jewgenij T. Olejniczak - Według Barnaby.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion J Jewgienij T. Olejniczak
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 12 osób, 18 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 40 stron)

Jewgienij T. Olejniczak Według Barnaby ... Kraków i Nowa Huta – Sodoma z Gomorą Z Sodomy do Gomory jedzie się tramwajem... Opluty – Marcin Świetlicki. W ciemnościach listopadowej nocy przednie reflektory tramwaju świeciły jak ślepia chupacabry. Zgrzyt metalu o metal. Nocny drapieżnik polujący na ofiarę pośród ponurych osiedlowych bloków, tak to wygląda. Rozdzwoniony wagon – prawie pusty – powoli toczył się w stronę przystanku na Placu Centralnym. Pewnie spóźniona czwórka, pomyślał Kamil Rocki, chowając komórkę z powrotem do kieszeni puchowej kurtki. No i całe szczęście. Wygląda na to, że nie trzeba będzie jednak wzywać taksówki. Jakoś nie potrafił pogodzić się z myślą, że przed pięcioma minutami uciekł mu ostami tramwaj do Śródmieścia i że jedynym wyjściem z tej kurewskiej sytuacji pozostaje taryfa. W dodatku byłby to nocny kurs, trzy, cztery dychy co najmniej, a przecież pięćdziesięciozłotowy banknot, który bohatersko udało mu się ocalić podczas dzisiejszych zakupów w hipermarkecie, musiał wystarczyć do końca tygodnia.

Jemu i kotu. Nie jest więc aż tak źle. Pojazd wjeżdżał na wyludniony o tej porze Plac Centralny od strony mitycznego Kombinatu – tak przynajmniej zdawało się lekko wstawionemu Kamilowi. Huta wciąż była dla niego terytorium tajemniczym i obcym, nawet po trzeźwemu, jakby znajdowała się gdzieś na drugim końcu Polski, a nie dwadzieścia minut drogi autobusem od jego ulicy. Prawdę mówiąc, gdyby nie Anka, w ogóle by się tutaj nie pokazywał. Przyjeżdżał wyłącznie dla niej. Zarówno ona, jak i jej znerwicowana, paląca papierosa za papierosem matka przekonywały go wprawdzie za każdym razem, że to teraz najmodniejsze miejsce w Krakowie, że dzielnica jest na swój sposób piękna, że odwiedza ją coraz więcej zagranicznych turystów i tak dalej, i tak dalej – on jednak pozostawał obojętny. Jakoś nie podzielał zachwytów nad neobarokową architekturą, wzruszał ramionami, kiedy słyszał, że osiedle zbudowano na wzór zamku w Czersku, a Teatr Ludowy przypomina z kolei jakąś egipską świątynię. Po pierwsze, w życiu nie widział zamku w Czersku, a po drugie – nic go nie obchodziło, czym się kierowali komuniści budując swoje gmachy. Ważne jest jedno: wyszło im tragicznie. Żenada. Wszystkie te arkady, fryzy, attyki czy co tam jeszcze wydawały mu się po prostu szkaradne i śmieszne. Dla niego były to tylko ponure osiedla twierdze, po których krążyli pijacy, apatyczni,

zakapturzeni dresiarze i emeryci o zastygłych twarzach. Socrealistyczny koszmar zmieszany z całym współczesnym syfem. Tyle na ten temat. Gdy dwie godziny wcześniej podzielił się tą głęboką refleksją ze swoją dziewczyną, nic nie odpowiedziała, tylko popatrzyła na niego z politowaniem. Nie lubił tego spojrzenia. Anka była studentką, on skończył technikum. Trochę zbyt często dawała mu to ostatnio odczuć. Dzisiaj szczególnie go to wkurwiło, miał jej już nawet powiedzieć, co o tym myśli, ale powstrzymał się w ostatniej chwili – nie chciał tego robić przy jej matce. Obie były nieco przewrażliwione, stara chyba nawet bardziej, więc po co wprowadzać nerwówę? Będzie ponad to. Wielkie artystki: chińskie obrazki na ścianach, kadzidełka, płyty z muzyką cerkiewną. Pewnie wydaje im się, że zachwyty nad architektonicznymi koszmarkami sprzed półwiecza to przejaw wyrafinowanego gustu. Natomiast jego mają za prostaczka, któremu podobają się tylko zabytki z pocztówek dla turystów. No i dobrze. Usłyszał zgrzyty i piski zbliżającej się maszyny. Wstał z ławki, po raz ostatni zaciągnął się papierosem i rzucił niedopałek na ulicę. Tylko on czekał na tym przystanku. W ogóle był w tej chwili chyba jedynym człowiekiem na Placu Centralnym. Trochę tu pustawo jak na najmodniejsze miejsce w Krakowie, prawda? Zero zagranicznych turystów, zero knajpek, zero obejmujących

się par, jakby w okolicy panowała zaraza. Zatarł zgrabiałe dłonie i wcisnął je głęboko w kieszenie. Nad przesłaniającą mu widok wiatą dostrzegł już sunące po elektrycznych drutach owadzie odnóża pantografu. Pająk biegnący po swojej rozpiętej nad torowiskiem pajęczynie. Żółte, upiorne światło zalało przystanek, a chwilę potem tramwaj ukazał się w całej okazałości. Był to jedno wagonowy, kanciasty pojazd bez żadnych reklam na boku, pomalowany na niebiesko model z lat dziewięćdziesiątych, nazywany przez gawiedź akwarium z powodu dużych okien, nad którymi były jeszcze małe, wąskie okienka z przesuwanymi na bok szybkami. Niewiele już takich wozów jeździło po Krakowie, większość pewnie stała w zajezdniach, czekając, aż rozbiorą je na złom. Ten jednak ruszył w trasę. Tablice z numerem miał zdjęte, więc kiedy dwuskrzydłowe drzwi na przedzie wagonu otworzyły się samoczynnie, Kamil nie wsiadł od razu, tylko postawił najpierw nogę na metalowym stopniu i nachylił się w stronę motorniczego. – Dojadę na Lubicz? – spytał trochę głośniej, niż chciał. Dwie butelki wina zrobiły jednak swoje. Gruby motorniczy przytaknął w milczeniu, zupełnie jak samochodowa maskotka. Być może uznał, że o tej porze nie musi się już odzywać. Ostatni kurs, ciesz się, człowieku, że w ogóle się załapałeś. Kamil Rocki mimo wszystko podziękował skinieniem głowy, wskoczył do środka i nieco chwiejnie przeszedł na

tył wagonu, mijając po drodze trzech lub czterech pasażerów, którzy zupełnie nie zwrócili na niego uwagi. Siedzieli jak manekiny albo eksponaty w gabinecie figur woskowych. Gówniarz z wielkimi słuchawkami na uszach patrzył przed siebie nieruchomym wzrokiem, siwiuteńka kobieta w okularach czytała kolorowe pismo za dwa złote, jakiś mocno łysiejący mężczyzna po czterdziestce, od którego śmierdziało potem i piwem, spał ze spuszczoną nisko głową. Dobry wieczór, witam państwa bardzo serdecznie, nazywam się Tomasz Kammel – pomyślał Rocki i uśmiechnął się do siebie, ubawiony tym skromnym dowcipem. Zdjął czapkę, obnażając ogoloną na zero głowę. Mimo że tramwaj jeszcze nie ruszył, Kamil zachwiał się. W ostatniej chwili złapał za lodowato zimną poręcz i udało mu się utrzymać równowagę. Nawet nie podejrzewał, że jest aż tak pijany. Zielona lampka w obudowie elektronicznego kasownika przypomniała mu o bilecie. Pogrzebał w kieszeniach spodni, ale znalazł tylko kilka dwudziestogroszówek, identyfikator z pracy i banderolkę po paczce fajek, która przykleiła mu się natychmiast do palców. Trudno. O tej porze nie powinno już być kanarów. Usiadł na ostatnim po prawej stronie krzesełku, głośno pociągnął nosem, rozpiął kurtkę i wyjął komórkę, żeby wysłać SMS-a do Anki. Motorniczy tymczasem zamknął drzwi. Świetlówki zamrugały nerwowo, a przesuwane szybki zadzwoniły w ramach

okien, kiedy tramwaj z szarpnięciem ruszył przed siebie. Spod jednego z siedzeń wytoczyła się pusta puszka po piwie. * * * Jestem w tramwaju. Zdążyłem. Pa. Anka siedziała już pewnie w wannie. Wybraził ją sobie pośród piany, na tle plastikowych pojemników z szamponami, kremami i odżywkami, słuchającej z zamkniętymi oczami którejś z tych swoich cerkiewnych płytek. Drobna blondynka o niezbyt ładnej, ale miłej twarzy. Kiedy poznali się pół roku temu w knajpie, wydawała mu się chyba atrakcyjniejsza. W świetle dnia jej uroda nie potwierdziła się. Ale tamtej nocy Anka wyglądała świetnie, nosiła jeszcze długie włosy, oczy błyszczały jej w blasku świeczki. Wziął od niej wtedy numer telefonu, lecz zadzwonił dopiero po tygodniu, bo akurat nosiło go po kilku piwach wypitych w trakcie półfinału Ligi Mistrzów. Po głosie rozpoznał, że czekała na ten telefon. Umówił się z nią na najbliższy weekend, trochę dlatego, że wypadało, a trochę – z braku laku. Kumple, z którymi zwykle chodził w soboty po knajpach, wyjechali właśnie do Irlandii, gdzie czekały na nich samochody do umycia. Może to i dobrze, że nie była typową laską z dyskoteki, bo prawdę mówiąc, nie miałby czym takiej pannie zaimponować: pracował w ochronie hipermarketu i

zarabiał grosze, samochód ojciec sprzedał pięć lat temu, a o urodzie nie warto było nawet wspominać. Co tu dużo mówić, nie miał w ręku dobrych kart. W towarzystwie Anki nie czuł się przynajmniej jak totalny frajer. Po kilku spotkaniach ze zdziwieniem odkrył, że w sumie dobrze mu z nią. Nie wybuchała nagle piskliwym śmiechem na ulicy, nie robiła kretyńskich min jak inne i nie upijała się. On sam – i owszem – lubił się napić, czemu nie, ale zalane dziewczyny drażniły go do bólu. To, że Anka pozowała na intelektualistkę i artystkę, można było od biedy przeżyć. Prawdopodobnie miała to po matce, bo ojciec, o ile Kamil zdążył się zorientować, był zupełnie normalny. Najnormalniejszy w świecie właściciel hurtowni tkanin. Sygnał komórki z trudem przebił się przez dudnienie tramwaju. Kamil wcisnął klawisze i spojrzał na wyświetlacz. Pa. Idę spać. Do jutra. Szybko, pomyślał z uśmiechem, skasował wiadomość i schował telefon do kieszeni. Podkulił nogi i oparł się buciorami o puste krzesło przed sobą, zasłaniając wykonany flamastrem napis HUTNIK FOREVER. Jarzeniowe światło zgasło, by zapalić się po ułamku sekundy. Aluminiowa puszka wtoczyła się z powrotem pod siedzenie. Ciekawe, czy w Irlandii też są tramwaje? Chyba nie. Tam się jeździ przede wszystkim tymi piętrowymi

autobusami. No i trzeba płacić kierowcy przy wejściu. Kiedyś może i jemu uda się polecieć do Dublina albo Londynu. Czemu nie? Po angielsku mówi lepiej niż goście, którzy już tam pracują, a umyć auto albo gary każdy głupi potrafi. Zarobi trochę kasy i po powrocie rozkręci własny interes. Kupi samochód. Nie będzie musiał spacerować osiem godzin dziennie wzdłuż linii kas z tą idiotyczną słuchawką w uchu, robić groźnych min, przybijać pieczątek, słuchać wciąż tych samych piosenek, reklam i komunikatów o promocjach, użerać się z kierownikiem, klientami i złodziejami, powtarzać jak automat przy wejściu: „Proszę o pozostawienie zakupów w depozycie“ – i wszystko to za tysiąc z czymś tam złotych na rękę. Miesięcznie. Sam sobie będzie kierownikiem. Może znajdzie wtedy ładniejszą dziewczynę, co mu szkodzi? Zawsze jarały go wysokie, opalone brunetki, takie jak ta kierowniczka RTV – jak jej jest? chyba Karolina – albo jak ta kelnerka z pizzerii na piętrze. Tak, to jest dopiero laska. Tatuażyk na ramieniu i kolczyk w pępku. Marzenia. „Zamki na piasku, gdy pełno w szkle. Poranna witaj zmiano: to życie twe. “ Dobrze przynajmniej, że jutro ma wolne. Wyśpi się, a potem pogra trochę na komputerze. Ziewnął i wyjął komórkę, żeby sprawdzić godzinę. Dochodziła północ, na wyświetlaczu pojawił się napis „szuka sieci“. Trzeba zmienić operatora, pomyślał bez emocji, chowając telefon

do kieszeni kurtki. Zaczyna mnie lekko wkurwiać ten brak zasięgu. Spojrzał w okno, ale na zewnątrz było tak ciemno, że zobaczył tylko odbicie swojej pustej twarzy na tle równie nieciekawych poręczy oraz krzesełek lewego rzędu. Zupełnie jakby tramwaj jechał gdzieś głęboko pod ziemią. Na przykład do piekła. Huta to jednak straszne zadupie. Nieraz dziwił się, że tyle ziemi się tutaj marnuje: jakieś błonia, ogródki działkowe, laski, jeziorka, co kilometr błyska tylko w dziczy, niczym złoty zegarek na ręce bezdomnego, centrum handlowe albo wypasiona stacja benzynowa. Horrory można kręcić. Tramwaj zakołysał się gwałtownie, coś trzasnęło z przodu – pewnie drzwiczki oddzielające motorniczego od reszty wagonu. Tak, to nawet niegłupi pomysł, doszedł do wniosku Kamil, wciąż wpatrzony w odbicie wagonu – tramwaj jechał wzdłuż jakiegoś opuszczonego ośrodka sportowego – nie taki głupi pomysł nakręcić horror z Nową Hutą w tle. Tylko jest ciężka sprawa bez sponsora. Na film to trzeba mieć nie tylko pomysł, ale przede wszystkim kasę. Przypomniał sobie jednego gościa z kucykiem, jakiegoś tam znajomego Anki ze studiów, który kilka tygodni temu bezceremonialnie przysiadł się do ich stolika w Starym Porcie. Nazywał się Barnaba Wielicki czy jakoś równie dziwacznie. Artysta i oszołom. W pierwszej chwili Kamil pomyślał, że to ćpun i że zaraz

będzie próbował naciągać na kasę: nawiedzone spojrzenie, prawie dwa metry wzrostu, chudy jak tyka, kości policzkowe zdawały się przebijać skórę, na przedramieniu prawej ręki wytatuowane jakieś chińskie znaczki. Ale nie, zamówił tylko soczek pomarańczowy, wyjął szpanerskie francuskie fajki i zaczął nawijać. Oczywiście po chwili rozmowa zeszła na Hutę, jakżeby inaczej. Facet powiedział, że kilka dni temu skończył pisać scenariusz do filmu grozy i wraz z kumplem, który jest obiecującym offowym reżyserem, rozglądają się teraz za odważnym producentem. Miał to być horror dziejący się właśnie w Nowej Hucie. Zanim zdążyli zareagować, Barnaba Wielicki wyjął z plecaka pokaźny plik kartek i zaczął odczytywać im fragmenty scenariusza. Z początku Kamil słuchał tego jednym uchem, ale w miarę jak tamten opowiadał i czytał, coraz częściej łapał się na tym, że temat mu odpowiada. Lubił horrory. W dzieciństwie zaliczył prawie wszystkie książki Kinga i Barkera, do dzisiaj chodził do kina na amerykańskie i japońskie filmiki o klątwach, zakazanych miasteczkach oraz mechanicznych piłach. Wprawdzie nie wierzył w to, że taki zakręcony film o Nowej Hucie ma jakiekolwiek szanse na realizację, ale sam pomysł uznał za ciekawy. Dość ciekawy. * * * – Zaczynałoby się to we wczesnych latach

pięćdziesiątych, w trakcie wielkiej budowy. Wiecie: wszystko rozkopane, rozpirzone, mnóstwo błota, transparenty, a do tego pieśni masowe puszczane przez megafony. – I brygady młodzieżowe! – krzyczy Anka. – Otóż to. Brygady młodzieżowe. A w tle łuna Kombinatu. Czyli klimaciki w okolicach „Człowieka z marmuru". – Wajda? – Andrzej Wajda – uśmiecha się Barnaba. – Też tak paradokumentalnie, jeśli damy radę. W stylu kronik filmowych. Kamil w milczeniu sączy piwo, starając się nie zdradzić miną, że nigdy nie oglądał żadnego filmu Wajdy. W ogóle nie lubi polskich filmów, co najwyżej może obejrzeć w telewizji jakąś komedię Machulskiego albo Barei. Ale tylko z nudów. Za to Wajda kojarzy mu się wyłącznie z czarno-białymi filmami o okupacji. – Lata pięćdziesiąte to trochę nudny okres – mówi wreszcie, żeby cokolwiek powiedzieć. – Dzisiaj ludzie nie będą chcieli tego oglądać. – Ale to tylko prolog, stary – odpowiada Barnaba. – Później będzie już współcześnie. – Słyszałam kiedyś okropną historię z tamtych lat. – Anka musi przekrzykiwać refren puszczanej przez głośniki piosenki. – Podobno autentyczną. Może ją nawet znacie. Otóż kiedy powstawały pierwsze osiedla w Hucie, kobiety i mężczyźni mieszkali w specjalnych domach,

takich hotelach robotniczych, bo wszystko było wtedy jeszcze jednym wielkim terenem budowy. Dwa hotele robotnicze – jeden dla kobiet, drugi dla mężczyzn – tuż obok siebie. Pewnie sobie wyobrażacie, co tam się musiało dziać? No właśnie. Po pijaku urządzano prawdziwe orgie. Robotnicy i robotnice szaleli na całego, żeby sobie urozmaicić szarą, budowlaną rzeczywistość. No i – posłuchajcie! – nie wiem, czy to prawda, ale w fundamentach tych najwcześniejszych nowohuckich osiedli spoczywa podobno mnóstwo szkieletów noworodków – robi pauzę dla efektu. – Wrzucano je po prostu nocami do wykopów, które rano zalewane były betonem. Rozumiecie? Wynika z tego, że te bloki zbudowano na kościach niechcianych niemowląt. Słyszeliście o tym? To jest dopiero horror! – Kto ci to opowiedział? – pyta Kamil z krzywym uśmiechem. – Matka. – Aha. No to wszystko jasne. – Daruj sobie, kochanie. – Świetna historia! – chwali Barnaba Wielicki. – Ale to już było, koleżanko. W „Duchu“ wykorzystano przecież dom zbudowany bodajże na starym indiańskim cmentarzu. – King też chyba coś podobnego napisał – odzywa się Kamil, sięgając po kolejnego papierosa. – No i co z tego? – mówi Anka nienaturalnie wysokim głosem. Jedna lampka wina i już dostała

rumieńców. – Cały horror to przecież tylko kilka prostych opowieści, kilka archetypów, które ubiera się wciąż w nowe szatki: złe miejsce, przeklęty przedmiot, powrót z zaświatów, wilkołaki i wampiry, ple-ple-ple. Jedyne, co można moim zdaniem robić, to tworzyć wariacje na te tematy. Popatrzcie, ile było książek i filmów o nawiedzonych domach. – W sumie racja – zgadza się Barnaba, wpatrzony w Ankę jak w obrazek. – Moja historia w zasadzie też nie jest nowa.... * * * Tramwaj z łoskotem zbliżał się do niewidocznego w ciemnościach przystanku. Żółta puszka po piwie powróciła na środek wagonu i zatrzymała się przy klapie w metalowej podłodze, tuż obok biletu ulgowego i fragmentu ulotki reklamującej kurs językowy. Nikt nie zwrócił na to uwagi. Przez kilka chwil Kamil zajęty był liczeniem wyjętych z kieszeni spodni monet i kiedy podniósł wreszcie głowę, zdał sobie sprawę, że coś jest nie tak. Coś się zmieniło. Światło w tramwaju wydało mu się dziwnie zielonkawe. Delikatnie zabarwione. Jakby chore. Taki niezdrowy kolor mają w amerykańskich filmach tylko opuszczone podziemne przejścia i labirynty o ścianach upstrzonych graffiti, gdzie za każdym zakrętem czają się

mordercy z hakami zamiast dłoni. Może jeszcze zimne prosektoria bostońskich szpitali skąpane są w podobnym świetle. Kamil zacisnął na sekundę powieki, lecz kiedy je rozchylił, wrażenie nie ustąpiło. Poświata jak z telewizora albo akwarium. Zabawne. Pewnie przejeżdżali obok jakiegoś oświetlonego na zielono pawilonu. Tylko po której stronie on jest? Nie mógł go dostrzec, chociaż bardzo się starał. Za oknami było wciąż ciemno, nie widział nawet reflektorów aut. W takim razie musiało nawalić oświetlenie. Nie ma innego wytłumaczenia. Niezły motyw. Może niepotrzebnie nakręcałem się tymi horrorami? – pomyślał Kamil, wodząc językiem po ukruszonym zębie. Coś jak w „Strasznym filmie", ludzie oglądają w kinie jakąś jatkę, a za chwilę sami znajdują się w centrum koszmaru. Wyluzuj, chłopie. Uśmiechnął się do siebie, zaintrygowany i lekko oszołomiony. To, co nastąpiło niedługo potem, nie wydało mu się już jednak ani trochę śmieszne. Ponieważ na zewnątrz panowała nieprzenikniona ciemność, wciąż towarzyszyły mu odbicia wnętrza wagonu. Olbrzymie okna sprawiały, że można było poczuć się niemal jak w lustrzanej sali. Nie zwracał na nie uwagi, dostrzegał je tylko kątem oka. Nie odczuwał zbyt wielkiej potrzeby oglądania własnej twarzy. Prawdę mówiąc, starał się tego widoku unikać – zbyt często wprawiał go w przygnębienie. W pewnej chwili jednak, spojrzawszy całkowicie

bezwiednie na to odbite w okiennej szybie wnętrze, Kamil poczuł bolesny skurcz w żołądku: lustrzany tramwaj jak gdyby ożył. Nabrał zadziwiającej głębi, jakby otworzyła się tam bezmierna otchłań. Na jedną sekundę stał się równie realny, równie konkretny jak ten obskurny, źle ogrzany wagon, w którym właśnie siedział. Wizja trwała krótko, ale była tak sugestywna, tak wyrazista, że przyprawiła go o zawrót głowy. Autentycznie się przestraszył. Odwrócił się od okna i wbił wzrok w podłogę. Upłynęło kilka chwil, nim zmusił się, by ponownie spojrzeć w szybę. Nic, żadnej głębi, zwyczajne, lekko zamazane odbicie w porysowanym kluczami szkle. Wizja znikła, światło jarzeniówek znów było normalne, jasnożółte, serce Kamila powoli się uspokajało. Nabrał głęboko tchu. Wszystko pozornie wróciło do normy. Niezły odlot, pomyślał. Kurwa, co się ze mną dzieje? Cóż to było? Widział wagon widmo, a nawet dużo, dużo więcej. Jak gdyby tamten tramwaj należał do odrębnego, ale jak najbardziej istniejącego świata, jak gdyby żył sobie w najlepsze jakiś inny Kamil Rocki, też ogolony na zero palant o mętnym spojrzeniu, ubrany w puchową kurtkę z Tesco, zaglądający ciekawie ze swojej strony, oddzielony jedynie cieniutką barierą. Człowiek z krwi i kości. Siedzieli tak niebezpiecznie blisko siebie i przez chwilę nawiązali nawet kontakt wzrokowy. Kamil czuł, że w każdej chwili może znaleźć się po drugiej stronie. Że może zająć miejsce swojego sobowtóra.

Ostrożnie dotknął dłonią wibrującej tafli. Zobaczył, że tamten uśmiecha się, ale tym razem było to tylko zimne odbicie jego własnego uśmiechu. Zwykłe i bezpieczne. Mimo to Kamil patrzył teraz na swego widmowego towarzysza nieco innymi oczami, dużo uważniej, nieufny i czujny jak zwierzę. Tak, jeśli dobrze się przyjrzeć, ten gość wyglądał obco. Niesamowicie obco. Czasami tak właśnie bywa w koszmarnych snach, prawda? Niby dobrze znane osiedla, ulice, bloki, bramy, klatki schodowe i mieszkania, a jednak wszystko poprzesuwane, pomieszane, zniekształcone, groźne i nieznane. Ciekawe, czy tamten nawalony gość po drugiej stronie, jeśli istnieje, również pracuje w hipermarkecie? Czy ma przy sobie tylko pięćdziesiąt złotych? Czy spotyka się z Anką? A jeśli tak, to jaka ona jest w tamtym świecie? Jak wygląda jej mieszkanie? Czy jest oblane brudnozielonym światłem? Tramwaj wjeżdżał na przystanek. A może czekałem na widmowym przystanku i wsiadłem do nieistniejącego, odbitego tylko wagonu? – pomyślał Kamil. Idiotyczny pomysł. Było to tak bardzo nie w jego stylu, że aż sam się zdziwił, skąd mu się to wzięło. Czyżby alkohol zrobił z niego kompletnego czubka? Po wypiciu każdy jest wizjonerem, mawiał jego kumpel czyszczący teraz irlandzkie gabloty na stacji benzynowej w Dublinie. Pewnie miał rację. Ale przecież nie było dzisiaj jakiegoś specjalnego pijaństwa, bez przesady. Dwa

wina, nic więcej. A jeśli tu chodzi o coś innego? Może mimo wszystko drzemie w nim jakiś głęboko schowany talent. Może warto byłoby sprzedać ten pomysł Barnabie? – Słuchaj, a co powiesz o takim oto filmie: facet jedzie sobie w nocy tramwajem i nagle orientuje się, że wsiadł do widmowego pojazdu, no wiesz, tego, co się odbija w szybie? – Brzmi nieźle, kolego. Kupuję to. Brzmi kretyńsko. Pewnie by go facet wyśmiał, a Anka wypominałaby mu to potem przy każdej możliwej okazji, taka jest. Może i mam wyobraźnię, pomyślał Kamil, ale nie potrafię nawet składnie opowiedzieć swoich pomysłów. Otworzyły się drzwi i do środka wtargnęło mroźne powietrze. * * * – Plener. Plan ogólny. Późne grudniowe popołudnie. Pojawia się napis: A. D. 1955. Nowa Huta. Barnaba odchrząkuje. – Stukot betoniarki, płatki śniegu osiadające na czapkach i waciakach, rozpięty wysoko w górze transparent trzepocze sobie na wietrze. A gdzieś w oddali widać sklecone naprędce baraki. Plan średni. Inżynierowie, majstrowie, brygadziści i robotnicy – wszyscy z papierosami w ustach – nachylają się nad świeżym wykopem, na którego dnie spoczywają kości.

Mężczyźni czekają na komendanta ORMO i przedstawicieli organizacji partyjnej. – Odkryli prastare cmentarzysko? – pyta Anka. – Coś w tym stylu – odpowiada Barnaba. Odkłada scenariusz na bok i manipuluje przy swojej drogiej komórce, która przed chwilą wydała wesoły świergot. Przy sąsiednim stoliku dwóch gości w szarych golfach wyjmuje z futerałów gitary akustyczne i przykładając głowy do pudeł rezonansowych, zaczyna je stroić. Kamil wzdycha, bo zapowiada się, że do muzyki z głośników dołączą zaraz dźwięki marynarskich pieśni. – Pewnie jakaś osada z czasów przedpiastowskich? – Anka wodzi palcem po brzegu pustego kieliszka. Łokieć na stoliku, podbródek wsparty na dłoni. Oczy jej błyszczą i wydaje się teraz bardzo ładna. – Lepiej. – Znaczy? – To nie są ludzkie szczątki. Barnaba Wielicki uśmiecha się po przeczytaniu wiadomości, wyłącza telefon i upija łyk soku. – Chodzi o to, że szkielety na dnie wykopu wyglądają bardzo dziwnie – patrzy teraz Ance prosto w oczy. – Jakby natrafili na szczątki innej, nieznanej rasy. Na ślad stworzeń zamieszkujących te tereny na wiele tysiącleci przed ludźmi. – Serio? – pyta Kamil. – Tak płytko byli schowani? – Nie znam się na tym. – Nieważne – wtrąca Anka.

– W mojej historii istnieje rasa inteligentnych insektoidów, takiej krzyżówki człowieka i owada – podejmuje Barnaba. – Nazwa jest umowna. Jeśli chodzi o wygląd, to pójdziemy raczej w kinowy stereotyp. Jednym słowem, na potrzeby filmu można wyobrazić je sobie jako smukłe, wysokie humanoidy, z trójkątnymi, stożkowato wydłużonymi głowami. Na wąskich czołach mają coś w rodzaju kolczastego wyrostka. Twarze wydają się pozbawione wyrazu, wyglądają, jakby były zabandażowane albo pokryte gęstą pajęczyną, spod której widać jedynie olbrzymie czerwone oczy. Stwory są nieco wyższe od ludzi, mają długie i cienkie palce. To drapieżniki, najczęściej polują w nocy. Tak naprawdę jednak trudno mi je opisać, bo nie są podobne do niczego, co znamy. To bardziej demony niż zwierzęta, wprawdzie materialne, ale mające wiele wspólnego... – Mówisz o nich tak, jak gdyby rzeczywiście istniały, a ty jedynie nie potrafisz przedstawić ich na taśmie – przerywa mu Anka, wyraźnie zafascynowana. – Nie umiesz ich pokazać za pomocą środków filmowych. Stąd ten uproszczony, alienowaty wizerunek, prawda? – Zgadza się. – Sam wymyśliłeś te... istoty? – Nie lubię słowa „wymyślać". – A więc? – W sztuce rzecz nie polega na wymyślaniu czegoś, tylko na odkrywaniu i wydobywaniu na powierzchnię bytów, które już istnieją.

– Masz na myśli zbiorową podświadomość? – Niezupełnie, chociaż po części tak. – Barnaba odchyla w tył głowę, splata dłonie na karku i mruży podrażnione dymem oczy. Napis na jego koszulce rozciąga się: Hutnik Forever. – Niczego nie możemy stworzyć, bo wszystko gdzieś już jest i tylko czeka, aż to odkryjemy. Zadanie artysty polega zatem na odnajdywaniu tych ukrytych bytów. One mogą zamieszkiwać w innym wymiarze, w świecie nocnych koszmarów czy w jakimś bliżej nieokreślonym polu prawdopodobieństwa, ale są już obecne. Umysł artysty łączy się z tym światem i przywołuje byty do naszej rzeczywistości. Oświetlamy je za pomocą obrazów, słów i dźwięków. Byty konkretyzują się. Sztuka, moim zdaniem, polega tylko na poszerzaniu pola widzenia. Do stolika podchodzi pijana dziewczyna i prosi o ogień. – To trochę tak jak ze strukturami matematycznymi w ujęciu platoników – kontynuuje Barnaba, podczas gdy Kamil szuka po kieszeniach zapalniczki. – Tam też istnieje jakiś uniwersalny świat wzorców, świat idei, z którego czerpią matematycy. – Słyszałam o tym – mówi Anka. – Właśnie. Ja idę jeszcze dalej. Dla mnie nie tylko idealne formy, ale i nawet najbardziej absurdalne, pokraczne światy są równie prawdziwe jak ten, w którym żyjemy. – Naprawdę w to wierzysz? – pyta Kamil, błyskając

płomieniem zapalniczki. – Tak, wierzę. – To trochę chore. Znaczy: dziwne, no nie? – Powiem tak: wierzę, że istnieje gdzieś obszar Wszechświata, w którym szalona pielęgniarka więzi w tej chwili rannego pisarza i zmusza go do napisania kolejnej powieści. No i przygotowuje właśnie siekierę, aby ukarać go za to, że był niegrzeczny. Może to za tamtymi drzwiami w głębi? – wskazuje papierosem toaletę. – Albo pod naszymi stopami? Nasz obszar należy tylko do jednego z podzbiorów i zapewne też jest przez kogoś wymyślony. – Przez Stephena Kinga? – uśmiecha się Anka. – Raczej przez jakiegoś podrzędnego bożka. – Niezły jesteś. – Dzięki. Barnaba odchrząkuje nieco zakłopotany sięga po szklankę i dopija resztkę soku. – Wracając do filmu. Powiedzmy, że insektoidy władały tym obszarem, zanim jeszcze pojawiły się pierwsze ludzkie osady. Kiedy przyszli ludzie, istoty te natychmiast zaczęły na nich polować. Napadały na Celtów, potem na Wiślan, w ogóle na wszystkich, którzy zamieszkiwali kiedyś te ziemie. Dlaczego? – robi przerwę, żeby zapalić kolejnego papierosa. Znowu pstryka zapalniczka Kamila, oświetlając na moment wydatne kości policzkowe Barnaby. – Potrzebowały krwi do swoich obrzędów. Ludzka krew pozwalała im bowiem

rozwijać zdolności telepatyczne. Prócz tego przedstawiciele tej rasy potrafili od zawsze wpływać na ludzkie umysły, zmieniać kształty, maskować się, takie tam sprawy. Chwytacie? Mogli nawet stawać się niewidzialni. Zależało to tylko od ilości zdobytej krwi. Tego wszystkiego w scenariuszu oczywiście nie ma, ale dzięki tym informacjom łatwiej wam będzie ich sobie wyobrazić. Barnaba – już z dymiącym papierosem w ustach – przerzuca niecierpliwie kartki scenariusza. – Mimo tych wszystkich umiejętności po wielu latach role się wreszcie odwróciły – podejmuje po kilku sekundach, odłożywszy papierosa na brzeg popielniczki. – Ludzie stali się na tych terenach liczniejsi, w dodatku wszystkie plemiona sprzymierzyły się w walce z owadopodobnymi istotami. Zepchnięto je na margines, ale – co bardzo ważne – nie pobito do końca. Wyobraźcie sobie, że jeszcze drużyny wojów z przełomu dziewiątego i dziesiątego wieku męczyły się z nimi w okolicach Krakowa. O tym nie wspominają nawet kroniki Kadłubka. – Barnaba Wielicki mruga porozumiewawczo i uśmiecha się. – W pierwszej wersji scenariusza taki miał być zresztą prolog. Pojawia się napis: rok 913, pięćdziesiąt trzy lata przed chrztem Polski, tereny dzisiejszej Nowej Huty. Oglądamy scenę, w której woje – w spiczastych hełmach, z długimi toporami i okrągłymi czerwonymi tarczami – atakują ostatnią owadzią osadę. Wojownicy księcia Wiślan w pancerzach sami wyglądają jak wielkie insekty,

natomiast owady przypominają obdartych ze skóry ludzi, jak gdyby wszystkie mięśnie, żyły i ścięgna miały na wierzchu. W końcu uznałem jednak, że taniej będzie nakręcić plac budowy. – Mimo wszystko brzmi trochę głupio z tymi robakami – mówi Kamil. – To jest horror, człowieku! Musi być odrobinę głupi. Wszystkie dobre horrory są głupie. Te filmowe robaki to tylko taka figura, jasełkowa kukła, chodzi o coś o wiele groźniejszego i poważniejszego. Chcecie posłuchać dalej? – Czytaj! – zachęca go Anka. – To trochę jak „Przedwieczni" Lovecrafta. – Wszystkiego nie będę czytał, bo za długie. – Barnaba Wielicki znów sięga po wydruk, za jego plecami chłopcy w golfach śpiewają zawzięcie, jak to miło wypłynąć na szerokie wody oceanu. – Streszczę wam tylko fabułę, żebyście mieli ogólne pojęcie. No więc jest ten prolog, w którym budowlańcy odkrywają w łatach pięćdziesiątych szczątki osady insektoidów. To już znacie. Potem przenosimy się do współczesnego Krakowa, a w zasadzie do współczesnej Nowej Huty. Umierający w szpitalu świadek tamtego wydarzenia, Stanisław Kruk, opowiada o wykopalisku synowi. Syn jest dziennikarzem lokalnej gazety. – Założę się, że zatuszowano wtedy całą sprawę – przerywa Anka. – To znaczy w latach pięćdziesiątych. – Dokładnie. Przyjechali radzieccy towarzysze i zabrali szczątki do Moskwy. Robotnikom natomiast

zabroniono wspominać o znalezisku, a wręcz dano do zrozumienia, że będzie najlepiej, jeśli o wszystkim natychmiast zapomną. Ale facet naturalnie nie potrafił wymazać takiego zdarzenia z pamięci i teraz dzieli się tajemniczą historią z synem. Pamiętajcie, że jest umierający. – Coś jak klątwa tego faraona? – pyta ostrożnie Kamil. – Nie, nie. Daj spokój, stary. Gość po prostu umiera, powiedzmy: na raka. Żadnej tajemniczej klątwy, serii zgonów; to już było wałkowane tysiące razy. Tak więc syn wysłuchuje historii, najpierw to olewa, ale potem wydarza się coś, co każe mu potraktować słowa ojca poważnie. Postanawia zbadać sprawę. Zaczyna się śledztwo. Bohater chodzi tu i tam, grzebie w dokumentach, odnajduje kilku żyjących jeszcze świadków, po drodze ma romans, w końcu powoli, bardzo powoli zaczyna odkrywać straszliwą prawdę... * * * Nikt nie wsiadł na przystanku, nikt też nie opuścił tramwaju, więc motorniczy szybko zamknął drzwi, zamrugały światła, zakołysały się uchwyty i po chwili pojazd znowu toczył się poprzez mroczne i anonimowe tereny Nowej Huty. Jechał teraz bardzo szybko, trzęsąc się i hałasując, jakby lada chwila miał się rozpaść. Kamil wyjął rękę z kieszeni i zaczął bębnić palcami

w kolano. Ze zdziwieniem stwierdził, że nie potrafi nad tym zapanować. Pod wpływem tamtego zielonego światła i sugestywnej wizji lustrzanej rzeczywistości ogarnął go jakiś irracjonalny niepokój, który nie chciał ustąpić. Puls wyraźnie przyśpieszył. Nawet dłonie mu się spociły. Dziwne, nigdy nie łapały go takie schizy. Zwykle był opanowany i myślał w miarę rozsądnie, Anka czasami zarzucała mu nawet brak wyobraźni. No a teraz ten opanowany i pozbawiony wyobraźni ochroniarz przestraszył się ulicznego neonu i własnego odbicia w szybie. Tak, nie da się ukryć: czuł się nieswojo. Nie powinien pić więcej tych bułgarskich sikaczy. Najwyraźniej wypalały mu mózg. W dodatku zaczęło go martwić, że za chińskiego boga nie może rozpoznać, którędy właściwie jedzie ten tramwaj. Co to za tereny? Żadnych świateł, żadnych pojazdów. Trudno się zorientować. Może to objazd? Ostatnio rozkopano cały Kraków i prawie wszystkie linie miały pozmieniane trasy. Tyle że chyba nie rozwalono miasta do tego stopnia, by trzeba było jeździć aż takimi zadupiami. Kamil powoli, ale nieubłaganie nabierał pewności, że to jednak nie jest jego tramwaj. Źle wsiadł, nie ma dwóch zdań. Popełnił błąd i zmierza teraz prawdopodobnie w kierunku nowohuckiej zajezdni, czyli na koniec świata, gdzie-jeśli się dobrze rozejrzysz – masz szanse zobaczyć jeszcze ostatnich przedstawicieli owadziej rasy z filmu