wotson

  • Dokumenty43 372
  • Odsłony1 889 677
  • Obserwuję1 317
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 282 330

Jodi Picoult - Drugie spojrzenie

Dodano: 2 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 2 lata temu
Rozmiar :4.3 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
J

Jodi Picoult - Drugie spojrzenie.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion J Jodi Picoult
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 2 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 11 osób, 20 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 387 stron)

Jodi Picoult DRUGIE SPOJRZENIE

Dla Sammy, która jest i czytelniczką, i pisarką. Kocham Cię do księżyca i z powrotem XOXO, Mama

A jeśli spałeś? A jeśli śpiąc, śniłeś? A jeśli w tym śnie poszedłeś do nieba i zerwałeś tam dziwny i piękny kwiat? A jeśli po przebudzeniu okazało się, że trzymasz ten kwiat w ręku? Ach! Co wtedy? Samuel Taylor Coleridge

CZĘŚĆ I 2001 Prawdziwa miłość jest jak duchy, o których wszyscy mówią, ale mało kto je widzi. Francois książę de la Rochefoucauld, maksyma 76

1 Rossowi Wakemanowi udało się umrzeć za pierwszym razem, za drugim i trzecim już nie. Wprawdzie zasnął za kierownicą i zjechał z mostu do jeziora (to był ten drugi raz), ale na brzegu odnaleźli go ratownicy. Kiedy na pół zatopioną hondę wydobyto z wody, miała zablokowane wszystkie drzwi, a przyciemnione szyby popękane w pajęczynę, chociaż nierozbite. Nikt nie mógł pojąć, w jaki sposób Ross wydostał się ze środka, a tym bardziej, jak udało mu się uniknąć choćby zadrapania. Za trzecim razem, w Nowym Jorku, został napadnięty na ulicy. Złodziej zabrał Rossowi portfel, pobił go, a na koniec strzelił mu w plecy i porzucił na pewną śmierć. Kula wypalona dostatecznie blisko, aby roztrzaskać łopatkę i przebić płuco, jakimś cudem tylko utkwiła w kości. Mała bryłka ołowiu służyła teraz Rossowi za breloczek do kluczy. Pierwszy raz wydarzył się wiele lat wcześniej, w samym środku burzy. Z nieba oderwała się piękna błękitna błyskawica i trafiła Rossa prosto w serce. Lekarze powiedzieli mu później, że przez siedem minut był oficjalnie uznany za zmarłego. Dowodzili, że prąd nie zaatakował Rossa bezpośrednio, gdyż pięćdziesiąt tysięcy amperów spowodowałoby zagotowanie płynów w komórkach i rozsadzenie klatki piersiowej. Błyskawica musiała uderzyć gdzieś blisko i wytworzyć w jego ciele prąd na tyle silny, by doprowadził do zaburzenia rytmu serca. Lekarze uznali, że Ross miał kupę szczęścia. Byli w błędzie. Teraz, wchodząc po ciemku na stromy mokry dach domu O’Donnellów w Oswego, w ogóle nie zawracał sobie głowy środkami ostrożności. Chłodne nawet w sierpniu podmuchy wiatru znad jeziora Ontario zwiewały mu na oczy długie włosy, gdy manewrował wokół szczytowego okna. Mocując wodoodporną kamerę wideo tak, żeby obejmowała wnętrze strychu, czuł, jak tłuką go w kark krople deszczu. Buty ślizgały mu się po dachu, strącając kilka starych gontów. Na ziemi O’Donnell zerknął spod parasola w górę. - Uważaj, chłopie! - krzyknął, ale Ross usłyszał także słowa, które nie padły: Mamy już dość duchów. A jednak nic nie mogło mu się stać; nie groziło mu ani potknięcie, ani upadek. I dlatego właśnie podejmował się najbardziej ryzykownych zadań, raz po raz wystawiając się na niebezpieczeństwo. Dlatego próbował już skoków na bungee, górskiej wspinaczki i

eksperymentował z kokainą. Teraz pomachał tylko O’Donnellowi ręką na znak, że słyszał ostrzeżenie. Ale tak samo jak to, że za osiem godzin wzejdzie słońce, jak to, że będzie musiał ciągnąć tę grę pozorów przez kolejny dzień, Ross wiedział także, iż nie umrze, choć tego właśnie najbardziej by sobie życzył. Spencera Pike’a obudził płacz dziecka, więc dźwignął się z trudem do pozycji siedzącej. Mimo lampek, które przez całą noc paliły się w każdym pokoju domu opieki (wystarczyłoby tych watów do oświetlenia całego Burlington), Spencer nie widział dalej niż koniec łóżka. W ogóle ostatnio nic nie widział z powodu zaćmy, chociaż czasem gdy wstawał, żeby się odsikać, migał mu w lustrze ktoś, kto go obserwował. Ów ktoś wcale nie miał pożółkłego, pokrytego plamami czoła, a przez skórę nie przeświecały mu kości. Ale potem młody człowiek, jakim Spencer był kiedyś, znikał, zostawiając go zapatrzonego w okruchy tego, co zostało z jego życia. Słuch jednak nadal mu dopisywał. W przeciwieństwie do innych żałosnych starych debili w tym domu, Spencer nigdy nie potrzebował aparatu słuchowego. Słyszał nawet to, na czym wcale mu nie zależało. Jakby na zawołanie, dziecko znów zapłakało. Spencer wysunął spod koca rękę i nacisnął guzik przy łóżku. Po chwili zjawiła się pielęgniarka. - Co się stało, panie Pike? - Dziecko płacze. Pielęgniarka zakrzątnęła się za jego plecami, przewróciła poduszkę, podniosła zagłówek. - Tu nie ma dzieci, panie Pike, przecież pan wie. To tylko sen. - Poklepała pochyłość, która kiedyś była jego silnym ramieniem. - No, teraz powinien pan zasnąć. Jutro ma pan trudny dzień. Spotkanie, pamięta pan? Dlaczego mówi do niego jak do dziecka? I dlaczego on też reaguje jak dziecko? Opada pod naciskiem jej łagodnych dłoni, pozwala podciągać sobie kołdrę pod samą brodę? W dole gardła Spencera spęczniało wspomnienie - coś, co nie do końca mógł wyciągnąć zza mgły, ale co napełniło mu oczy łzami. - Chce pan naproxen? - spytała uprzejmie pielęgniarka. Pokręcił przecząco głową. W końcu kiedyś był uczonym. A żadne laboratorium nie wyprodukowało dotąd pigułki na ten rodzaj bólu. W realnej postaci Curtis Warburton wydawał się niższy niż w telewizji, ale nie był pozbawiony magnetyzmu, który zapewnił programowi „Wieczory ze straszydłem” największą

popularność w określonym czasie antenowym. Miał lśniące, czarne jak skunks włosy, z jednym białym pasemkiem; dorobił się go dziewięć lat temu, kiedy w nogach łóżka ukazał mu się duch dziadka i wprowadził go w dziedzinę badań paranormalnych zjawisk. Żona Warburtona, Maylene, elf w ludzkiej postaci o zdolnościach psychicznych dobrze znanych policji Los Angeles, przysiadła obok męża, skrzętnie notując odpowiedzi właścicieli domu na pytania Curtisa. - Zaczęło się w kuchni - mruknęła Eve O’Donnell, co jej mąż potwierdził skinieniem głowy. Małżeństwo na emeryturze kupiło ten dom nad jeziorem jako letnie siedlisko i w ciągu pierwszych trzech miesięcy doświadczało przynajmniej dwa razy na tydzień nadnaturalnych zjawisk. - Około dziesiątej rano zamknęłam wszystkie drzwi, włączyłam alarm i wyszłam na pocztę. Kiedy wróciłam, alarm nadal był włączony, ale w środku... kuchenne szafki pootwierane, na stole poprzewracane pudełka, płatki rozsypane... Zawołałam Harlana, bo myślałam, że to on wrócił i narobił bałaganu... - A ja - wtrącił mąż - cały czas siedziałem w Klubie Łosi, wcale nie wracałem do domu. W ogóle nikogo tu nie było. - I jeszcze o drugiej w nocy ze strychu dobiegała muzyka. Ktoś grał na organach parowych, ale gdy tylko ruszyliśmy na górę, wszystko ucichło. Otwieramy drzwi, a tam dziecięce zabawkowe pianino bez baterii. - Nie mamy takiego pianina - dodał Harlan. - A tym bardziej dziecka. - Zresztą po włożeniu baterii okazało się, że tam nie ma tego rodzaju muzyki. Panie Warburton... - Eve się zawahała. - Mam nadzieję, że pan nie bierze nas za takich, co wierzą w takie rzeczy, ale po prostu... jeśli to nie jest to, to chyba tracę rozum. - Och nie, pani O’Donnell, to wykluczone. - Curtis dotknął jej ręki z firmowym współczuciem. - Do jutra rana powinniśmy mieć jakieś pojęcie o tym, co się dzieje w państwa domu. Obejrzał się na Rossa, żeby sprawdzić, czy filmuje to wszystko. Zależnie od tego, co wydarzy się później, O’Donnellowie mogą trafić do programu „Wieczory ze straszydłem”, a wówczas ten materiał będzie miał kluczowe znaczenie. Warburtonowie otrzymywali codziennie ponad trzysta emaili od ludzi przekonanych, że ich domy są nawiedzone. Z tego osiemdziesiąt procent to były głupie kawały albo chrobot myszy w krokwiach, ale reszta... No cóż, Ross pracował z Warburtonami dostatecznie długo, aby wiedzieć, że pewnych spraw po prostu nie da się wyjaśnić. - Czy widywał pan jakieś zjawy? - spytał Curtis. - Albo odczuwał zmiany temperatury?

- W naszej sypialni potrafi być w jednej chwili gorąco jak w piekle, a w następnej trzęsiemy się z zimna - odrzekł Harlan. - A czy są miejsca w domu, gdzie odczuwacie szczególny niepokój? - Strych, zdecydowanie. I górna łazienka. Curtis omiótł wzrokiem pokój od ręcznie wiązanego orientalnego dywanika do antycznej wazy na półce kominka. - Muszę państwa uprzedzić, że odszukanie ducha może być dość kosztowne. Warburton już wcześniej polecił Rossowi, swojemu terenowemu researcherowi, odszukać w bibliotekach i archiwach prasowych wszystkie dokumenty na temat owej nieruchomości, w nadziei, że przy okazji wypłynie jakaś informacja na temat popełnionego tam morderstwa czy samobójstwa. Chociaż badania te spełzły na niczym, Curtis nie dawał za wygraną. W końcu duchy mogą nawiedzać zarówno osobę, jak miejsce; historia może unosić się w powietrzu niczym słaby zapach perfum czy wspomnienie odciśnięte pod czyimiś powiekami. - Zapłacimy, ile trzeba - odparła Eve O’Donnell. - Tu nie chodzi o pieniądze. - Oczywiście, że nie. - Curtis trzepnął się po kolanach z uśmiechem. - No dobrze. Bierzemy się do roboty. To był sygnał dla Rossa. W czasie dochodzenia odpowiadał za instalację i monitorowanie sprzętu elektromagnetycznego, cyfrowej kamery wideo, termometru na podczerwień. Pracował za minimalne wynagrodzenie mimo wpływów z programu telewizyjnego i takich przypadków jak ten. Ross zgłosił się do pracy u Warburtona dziewięć miesięcy temu, po tym jak przeczytał o nim w „Los Angeles Times” przy okazji Halloween. W przeciwieństwie do Curtisa i Maylene, nigdy nie widział ducha, ale pragnął tego ze wszystkich sił. Miał nadzieję, że wrażliwość na duchy jest czymś, co przekazuje się przy bliskim kontakcie, podobnie jak wietrzną ospę - i podobnie jak wietrzna ospa naznacza ona człowieka na zawsze. - Pomyślałem, że sprawdzę strych - rzekł Ross. Stał przez chwilę w progu, czekając, aż Eve O’Donnell pójdzie przodem. - Głupio się czuję - wyznała, chociaż Ross nie pytał. - W moim wieku widzieć Caspera... Ross się uśmiechnął. - Duch może wywołać lekki szok, wrażenie, że ma się bzika, ale na pewno pani nie skrzywdzi.

- Och, nie sądzę, by chciała mnie skrzywdzić. - Ona? Eve się zawahała. - Harlan mówił, żebym nie udzielała żadnych informacji. Bo w ten sposób, jeśli zobaczycie to samo co my, będziemy mieli pewność. - Zerknęła w stronę wąskich schodów i zadrżała. - Moja młodsza siostra zmarła, kiedy miałam siedem lat. Czasem się zastanawiam... czy duch, jeśli tego zechce, może nas odnaleźć? Ross odwrócił wzrok. - Nie wiem - odparł, żałując, że nie może zaofiarować jej nic więcej, dać jakiejś konkretnej odpowiedzi, podzielić się własnym doświadczeniem. Spojrzał na małe drzwiczki na szczycie schodów. - To tam? Skinęła głową i przepuściła go, żeby nacisnął klamkę. Przez okno obserwowało ich oko zamontowanej na zewnątrz kamery wideo. Eve objęła się ciasno ramionami. - Okropnie tu zimno.

2 Jak na ośmiolatkę, Lucy Oliver wiedziała całkiem sporo. Umiała wymienić stolice wszystkich stanów, wytłumaczyć, jak się tworzą chmury burzowe, przeliterować tam i z powrotem słowo „rytm”. Wiedziała też o innych sprawach, ważniejszych, niezwiązanych ze szkołą. Na przykład o tym, że jej prababka przed miesiącem wróciła od lekarza z małymi białymi pigułkami, które ukryła w garderobie, w nosku ortopedycznego sportowego pantofla. Albo o tym, że kiedy dorośli ściszają głos, to trzeba tym pilniej nadstawiać ucha. I jeszcze, że nawet najsprytniejsza na świecie osoba przestraszyłaby się tego, czego nie rozumie. Poza tym Lucy była święcie przekonana, że prędzej czy później ktoś z nich ją dorwie, to tylko kwestia czasu. Co noc zmieniali formę. Czasem byli ruchomymi wzorami na zasłonach, czasem zimnymi miejscami na szerokich deskach podłogi, przez którą Lucy biegła do łóżka, czasem kryli się w zapachu - i potem śniły się jej liście, mrok i padlina. Dzisiejszej nocy udawała, że jest żółwiem. Nic nie mogło przeniknąć przez tę twardą skorupę, absolutnie nic, nawet to, co z całą pewnością oddychało w tej sekundzie w jej szafie. Ale nawet z szeroko otwartymi oczami Lucy widziała, jak noc się zmienia. W jednych miejscach stawała się bardziej spiczasta, w innych zapadnięta... aż wyłaniała się z niej przezroczysta twarz kobiety tak smutnej, że Lucy aż się skręcał żołądek. Znajdę cię, powiedziała ta pani w głowie Lucy. Dziewczynka stłumiła krzyk, żeby nie obudzić prababci, i narzuciła kołdrę na głowę. Jej wątła pierś poruszała się ciężko niczym tłok, oddech stał się wilgotny. Skoro ta kobieta może ją znaleźć wszędzie, to gdzie Lucy ma się schować? Czy mama pozna, że ją porwano, po samym wklęśnięciu, jakie ciało Lucy zostawi na materacu? Wysunęła rękę na tyle daleko, aby chwycić z nocnego stolika telefon i wcisnąć guzik, łączący ją automatycznie z laboratorium mamy. Lucy wyobraziła sobie, że między jej aparatem a tym, który trzymała teraz mama, rozciąga się niewidzialna linia, jakby pępowina, i z wdzięczności za tę wizję nie była w stanie wykrztusić ani słowa. - Och, Lucy - westchnęła mama prosto w ciszę. - O co chodzi tym razem? - O powietrze - szepnęła dziewczynka, nienawidząc swojego głosu, słabiutkiego, przerażonego, jak chrobot myszy. - Jest takie... ciężkie. - Masz inhalator? Miała. Była dostatecznie duża, by wiedzieć, co się robi w razie ataku astmy. Ale nie

chodziło o duszność tego rodzaju. - Ono chce mnie zmiażdżyć. No proszę, robiło się coraz gorzej. Lucy leżała pod ciężarem nocy, starając się brać małe hausty powietrza, żeby w pokoju na dłużej starczyło tlenu. - Skarbie. - Matka mówiła tonem, który przywodził Lucy na myśl szklane fiolki i długie białe blaty. - Wiesz przecież, że powietrze nie zmienia ciężaru, a już na pewno nie w twojej sypialni. To wszystko twoja wyobraźnia. - Ale... - Lucy odwróciła się od szafy, bo czuła, że pani wciąż ją obserwuje. - Mamuś, ja nie dam rady... Rozległ się stukot, trwający dokładnie tyle czasu, aby jej matka straciła wreszcie cierpliwość. - Lucy. Nie ma czegoś takiego jak duchy, gobliny, demony czy inne niewidzialne potwory, które kruszą powietrze. Do łóżka! Lucy trzymała dalej słuchawkę, chociaż po drugiej stronie zapadła cisza. Kiedy odezwał się metaliczny głos operatorki, który kazał jej się rozłączyć, jeśli chce jeszcze gdzieś zatelefonować, schowała aparat pod poduszkę. Mama miała rację; rozum Lucy podpowiadał, że nic w pokoju na nią nie czyha, że żaden potwór nie chowa się w szafie ani pod łóżkiem, że płaczące panie nie pojawiają się znikąd. Jeśli powietrze staje się gęste jak grochówka, to da się to logicznie wytłumaczyć prawami fizyki albo chemii. 17/640 Ale mimo to, kiedy Meredith Oliver wróciła kilka godzin później, znalazła swoją córkę śpiącą w tunelu z poduszek i koców, a w łazience paliły się wszystkie światła. Ross patrzył, jak jego siostrzeniec po raz kolejny przeczy prawu grawitacji; pod wyważonymi stopami chłopca deskorolka po prostu wzbiła się w powietrze. - Jest fiftyfifty - poinformował go Ethan z zaczerwienionymi z wysiłku policzkami. Spod zwiniętej klapy bejsbolówki wystawały wilgotne włosy. Ross udał, że chce podnieść mu nogę. - Jesteś pewien, że nie przywiązałeś jej żyłką? Ethan wyszczerzył się do niego i ponownie ruszył na rampę. Nagle obrócił się dookoła i podjechał z powrotem. - Wiesz, wujku? Mieć cię tutaj to totalny odjazd. Shelby, siedząca obok Rossa na kocu, skubnęła źdźbło trawy. - To jakby wyraz najwyższego uznania. - Domyślam się. - Ross położył się znowu z rękami pod głową. Przed jego oczami

przesunęła się spadająca gwiazda, po której na niebie została srebrzysta smuga. - On jest świetny, Shel. - Wiem - odparła, nie spuszczając oczu z syna. Ethan zadudnił na drewnianej rampie. - Na tyle świetny, żeby pójść z tobą na duchy? - Kto ci powiedział, że poluję na duchy? 18/640 - Mam swoje źródła. - Ethan zakręcił deską, zeskakując z niej jednocześnie, co wyglądało, jakby skoczyła mu prosto do ręki. - Szybki jestem, widzisz? I w nocy się nie męczę. Nie uwierzyłbyś, jak cicho potrafię się zachowywać. - O, z pewnością bym nie uwierzył - zaśmiał się Ross. - Ale ja mówię serio. No, wujku, czemu nie miałbyś mnie zabrać? - Hm. Po pierwsze dlatego, że twoja mama obdarłaby mnie żywcem ze skóry, a po drugie... właśnie się z tego wycofałem. - Wycofałeś się? - Chłopiec przesunął po tym słowie językiem. - To znaczy, że jakby... wymiękasz? - W pewnym sensie. Ethan osłupiał. - Ależ to... totalny obciach! - Ethan! - upomniała go matka. - To teraz jesteś taki zwyczajny krewny... Ross poczekał, aż chłopiec odjedzie. - To miała być obelga? Shelby zignorowała pytanie, za to spojrzała mu wymownie w oczy. - Więc powiadasz, że wszystko w porządku? - Totalnie - odparł z uśmiechem. - Bo rozumiesz, martwię się, kiedy za długo cię nie ma. Ostatnio od sześciu miesięcy... Ross wzruszył ramionami. - Sporo jeździłem z Warburtonami. 19/640 - Nie wiedziałam, że zrezygnowałeś z tych paranormalnych badań. - To się stało dopiero teraz, kiedy to powiedziałem. Bo już mi dojadło, że nie widzę tego, co bym chciał. - Na tym polega różnica między paleontologiem a łowcą duchów. Bo widzisz, kości

dinozaurów gdzieś tam leżą i paleontolog o tym wie, nawet jeśli nie ma szczęścia ich odkopać, ale duchy... no cóż, skoro opanowały jakieś miejsce, to czemu nikt tego dotąd nie udowodnił? - Byłem w pokoju, gdzie w ciągu paru sekund temperatura spadła o kilkanaście stopni. Nagrywałem kościelne chóry śpiewające w pustych, zamkniętych pomieszczeniach. Widziałem krany, które się same odkręcały. Ale nigdy nie ukazał mi się żaden duch. Kurczę, z tego, co mi wiadomo, każde z tych zjawisk da się jakoś wyjaśnić. Może to Bóg, może krasnoludki, może jakiś techniczny geniusz, który siedzi parę kilometrów stąd i uruchamia to wszystko pilotem... - Czy to mówi ten sam chłopak, który do piętnastego roku życia wierzył w Mikołaja? - Do dziesiątego. I to nie ty zastawiłaś na dachu pułapkę i zdobyłaś dowód. - Znalazłeś dachówkę. - Z odciskiem kopytka. - Ross sięgnął do kieszeni po papierosa, ale spojrzawszy na Ethana, zrezygnował. - Dawno powinienem to rzucić. - Palenie? - Polowanie na duchy. - Więc czemu tego nie zrobiłeś? Ross przypomniał sobie słowa Curtisa Warburtona: „Połowa tego biznesu polega na mówieniu ludziom tego, co chcą usłyszeć”. I jeszcze pierścionek zaręczynowy Aimee, który zniknął w nocy, chociaż Ross przewrócił do góry nogami cały pokój, żeby go znaleźć. - Bo działy się różne rzeczy, których nie potrafiłem zrozumieć. I myślałem, że jeśli będę się pilnie przyglądał, to znajdę przyczynę. - Może powinieneś pójść na fizykę. Ross wzruszył ramionami. - Nauka nie wyjaśnia wszystkiego. - Znaczy, jak Bóg? - Niekoniecznie zaraz Bóg. Co sprawia, że mijasz trzydzieści tysięcy osób, nie zaszczycając ich drugim spojrzeniem, a kiedy spotykasz następną, wiesz, że nie oderwiesz już od niej oczu? - Miłość może nie być racjonalna, ale nie jest paranormalna. Kto to powiedział, zastanawiał się Ross. - Nie o to chodzi. Nawet kiedy nie masz czegoś przed oczami, możesz to wyczuć. I skoro wierzysz własnym zmysłom w tym akurat wypadku, to czemu nie w innym? - Podniósł się na nogi i strzepnął dżinsy. - Wiesz, jeździłem do tych domów... i moja rola ograniczała się

tylko do nadstawiania ucha, a ci ludzie sami mówili. Nie żadni psychole, Shel... profesorowie, doktorzy filozofii, dyrektorzy z wielkich korporacji. Jeśli raz zobaczysz ducha, stajesz się jakby członkiem klubu i 21/640 nie możesz się doczekać, kiedy spotkasz kogoś, kto nie weźmie cię za wariata, bo nie zgadzasz się z tym, co ci mówili rodzice. I Ross w to właśnie pragnął wierzyć. Spotykał już psycholi, którzy utrzymywali, że gdziekolwiek się obrócą, wpadają na jakiegoś ducha. Że duchy bez przerwy próbują przyciągnąć ich uwagę. Ale teraz miał wątpliwości. Teraz zaczynał myśleć, że kiedy człowiek umiera, to wszystko się kończy. - Nawet doktorzy filozofii czy dyrektorzy z korporacji mogą kłamać. Albo zwariować - zauważyła Shelby. - A czterolatki? - Ross obrócił się twarzą do siostry. - Dziecko przychodzi w środku nocy do mamy i mówi, że w pokoju jest staruszek, który każe mu wyjść z warsztatu, bo musi zrobić stół. Potem idziesz do biblioteki i czytasz, że dwieście lat temu na miejscu tego domu był warsztat stolarski. - To się naprawdę zdarzyło? Ten chłopczyk niedługo potem zaczął tłuc się po głowie, żeby nie słyszeć głosu ducha, i trzeć oczy, żeby go nie widzieć. - No dobrze, dzieci pewnie też mogą popaść w obłęd. Ale chodzi o to, że ja już z tym skończyłem. Ross jednak wciąż się zastanawiał, czy próbuje przekonać swoją siostrę, czy siebie samego. Shelby poklepała go po ramieniu. - Cokolwiek to znaczy, Ross, jeśli ktoś miałby znaleźć konkretny dowód istnienia ducha, to nie mam cienia wątpliwości, że to byłbyś ty. Popatrzył na nią z wahaniem i sięgnął do kieszeni. Wyjął portfel, a z niego fotografię. 22/640 - Pewnie mi powiesz, że to wygląda jak usta i oczy. - Shelby zerknęła z ukosa. - I ręka. - Nie muszę, sama to powiedziałaś. - Więc co to jest? - Curtis Warburton nazwałby to ektoplazmą. Kiedy robiłem zdjęcie, na jeziorze nie było żadnej mgły ani zmarszczki... nic. Ale na kliszy utrwaliło się właśnie to. Film jest dostatecznie czuły, by uchwycić światło, ciepło i energię magnetyczną... Są to te same źródła energii, które duchy

wykorzystują przy materializacji. - Ross wsunął fotkę z powrotem do portfela. - Ale może to być także jakieś świństwo rozlane w pracowni fotograficznej. Nie dodał, że kiedy zrobił zdjęcie, powietrze nagle pochłodniało i zjeżyły mu się włoski na nogach i rękach. Ani że przez resztę dnia drżały mu ręce i nie mógł na niczym skupić wzroku. - Nie było wtedy mgły? - spytała Shelby. - Nie. Zmarszczyła brwi. - Gdybym zobaczyła takie zdjęcie w gazecie, pomyślałabym, że to fałszywka. Ale... - Ale jestem twoim bratem, więc musisz mi ufać? Ethan zatrzymał się przy nich z wielkim łomotem. - W mieście jest taki kamieniołom, gdzie dawno temu zamordowano pewnego gościa. Wszyscy mówią, że tam straszy. Moglibyśmy... - Nie - przerwali mu chórem. - Dżizas - mruknął chłopiec i znów zniknął im z oczu. Ross spojrzał w stronę horyzontu; noc zaczynała już blednąć. - Nie musimy już wracać do domu? Shelby przytaknęła i zaczęła zbierać resztki po pikniku. - I co będziesz teraz robił? - Śledził UFO. - I po chwili dodał: - Żartowałem. - Mógłbyś robić za niańkę, kiedy będę w pracy. Chociaż opieka nad Ethanem może dostarczyć ci mocniejszych wrażeń niż poprzednie zajęcie. - Duchy nie są straszne - odrzekł Ross, zanim sobie przypomniał, że powinien mówić hipotetycznie. - To zwykli ludzie... to znaczy, kiedyś nimi byli. Shelby znieruchomiała z kocem w rękach. - Przecież nigdy nie widziałeś ducha. - Nie. - Mimo że bardzo tego chciałeś. Ross zmusił się do uśmiechu. - Dziesięciotysięcznego banknotu także nie widziałem, chociaż miałem na to wielką ochotę. Rezygnacja miała sens. To po prostu kwestia przekonania samego siebie. Fakt, w ciągu dziewięciu miesięcy nie znalazł tego, czego szukał. Nie widział na własne oczy żadnego

ducha, ponieważ ich tam nie było. Ale z drugiej strony, fotografia paliła go przez tylną kieszeń, nie dając o sobie zapomnieć; duch mógł zaczerpnąć energii z ciepła czy światła albo nawet z baterii aparatu, żeby odbić się na kliszy i dać się zobaczyć. Rossowi wydawało się to całkowicie logiczne, w końcu to Aimee ładowała go energią. Bez niej był nie lepszy niż sam duch, przemykający się przez własne życie, niewidzialny. - Nie przejadę po nim buldożerem! - wrzasnął brygadzista o błyszczącej, rumianej jak śliwka twarzy. Łypał wściekle na Eliego ze swej korzystniejszej pozycji w kabinie, z rękami skrzyżowanymi na wydatnym brzuchu. - Panie Champigny... - Winks. - Facet leżący na wznak na ziemi uśmiechnął się z przymusem do Eliego. - Tak wszyscy do mnie mówią. Nagle wyskoczył skądś pies i wparł się łapami w pierś Winksa. - Watson, siad - zakomenderował Eli. - Panie Champigny, jestem zmuszony poprosić, aby pan wstał. Spółka Redhook dysponuje kontraktowym pozwoleniem na wykonywanie na tej ziemi koniecznych robót... - On mówi po angielsku? - krzyknął Winks do grupy pikietującej. - Nie może pan ich aresztować? - spytał Rod van Vleet. - Jak dotąd nie sprawiają żadnych kłopotów. To jest tylko nieposłuszeństwo obywatelskie. - Przynajmniej takie rozkazy Eli odebrał od komendanta Follesbee, który nie zamierzał tykać tego, co mogło łatwo doprowadzić do zamieszek na tle rasowym. Eli wiedział, że Abenaki nie będą dążyli do konfrontacji, jeśli nie przyciśnie się ich do ściany. Zresztą nie miał na to najmniejszej ochoty. Wcześniej musiał zgarnąć z Gas & Grocery Abbotta Thule’a, miejscowego pijaka, i osadzić go na dołku do wytrzeźwienia. Musiał też zdobyć jakieś żarcie dla Watsona i naprawdę nie chciało mu się opieprzać z bandą Indian, których pychy starczyłoby do wypełnienia całej niecki Jeziora Champlaina. Rozmasował sobie kark. Przy takich okazjach często zadawał sobie pytanie, dlaczego po śmierci matki nie wyniósł się na Florydę. Miał trzydzieści sześć lat i stanowczo za ciężko pracował. Kurczę, powinien teraz rozgrywać z ojcem partię golfa albo siedzieć pod palmą... Watson przy jego nodze podniósł uśmiechnięty pysk. - W tej ziemi są ludzkie szczątki - upierał się Winks. - Naprawdę? - spytał Eli. Rodowi pociemniała twarz.

- Nic takiego nie odnaleziono. Były tylko jakieś skorupy, blaszany wisiorek i moneta z 1932 roku. - I grot strzały - krzyknął Az Thomson, chociaż Eliemu zdawało się, że stary siedzi zbyt daleko, by słyszeć ich rozmowę. - Nie zapominajcie o grocie! Deweloper przewrócił oczami. - No dobrze, znaleźli jakiś grot. Z czego absolutnie nic nie wynika, poza tym, że jakieś dzieciaki bawiły się tam w kowbojów i Indian. Az Thompson podszedł bliżej. - Nas też nie obchodzą groty, tylko nasi przodkowie. Nie oglądaliście „Poltergeista”? Naruszyliście miejsce ich spoczynku, a to wystarczający powód, żeby to, co tu wybudujecie, nie zaznało spokoju. Eli zastanawiał się, skąd u Aza takie przywiązanie do tego gruntu. Z tego, co wiedział, stary przeprowadził się tu z Zachodu. Powiedzmy, że żył w tym mieście tak długo jak Eli, ale to nie oznaczało jakichś szczególnych związków ze sporną ziemią. Najwyraźniej jego pretensje do deweloperów płynęły nie tyle z przyczyn osobistych, ile z zasady. - To groźba! - zawołał Rod do Eliego. - Jest pan świadkiem! Az parsknął śmiechem. - Gdzie pan tu widzi groźbę? - Jakaś klątwa. Eee... czary... Stary Indianin osłonił fajkę dłońmi i podpalił liście. - Musiałbym pierwej sam uwierzyć w te bzdury. - Zaciągnął się głęboko i wydmuchał ostatnie słowa razem z dymem. - A pan w nie wierzy, panie van Vleet? - Posłuchaj, Az - zaczął Eli z westchnieniem. - Wiem, co czujesz w związku z działalnością tej spółki. Ale jeśli masz jakieś pretensje, to najlepiej zrobisz, zwracając się do sądu. - Kiedy ostatni raz prawo tego kraju orzekło, co jest najlepsze dla Abenaki, to omal nie zmiotło nas z powierzchni ziemi. Odwalili kawał dobrej roboty... Nie, panie detektywie, raczej nie pójdziemy do twoich sądów. - Jak to: twoich? - prychnął Winks, który zdążył już wstać i otrzepywał właśnie dżinsy. - Eli, kto ci wmówił, że w tym dracznym niebieskim wdzianku twoja skóra będzie mniej czerwona? 27/640

Eli bez namysłu rzucił się na Winksa i złapawszy go za klapy, rąbnął nim o bok buldożera. W tej samej chwili Watson obnażył kły. Eli usłyszał satysfakcjonujący odgłos uderzenia głowy Winksa o metal i dopiero wtedy wrócił mu rozsądek. Czuł na sobie wzrok Aza Thompsona i ucisk powietrza w głębi własnych płuc. Kiedy odwrócił się i zawołał psa, przypomniało mu się, jak dawno temu, w lecie, szedł z krewnymi matki brzegiem jeziora na ryby. Brązowe, bose dzieciaki tak długo bawiły się w berka, że zdeptały wysoką trawę na przestrzeni niemal kilometrowego pasa. Dopiero w wieku dziesięciu lat dowiedział się, że jezioro znane mu jako Pitawbagw - „woda, która leży pomiędzy” - na mapie nazywa się Jeziorem Champlaina. Skinieniem głowy dał znak kierowcy buldożera, że może zaczynać pracę. Celowo odwróciwszy się od Indian, zmusił się do zachowania spokoju. Tydzień po przyjeździe do Comtosook Ross wędrował brzegiem jeziora, nie zwracając uwagi na drobne kamyki pod bosymi stopami. Woda była zimna... zbyt zimna jak na sierpień, ale na to także nie zważał. Odczuwanie czegokolwiek, także dyskomfortu, traktował jako miłą odmianę. Jezioro Champlaina było takie długie, że z jednego brzegu nie widziało się drugiego, chociaż w oddali majaczyły niczym żołnierze szczyty Adirondack. Tam, po drugiej stronie, w stanie Nowy Jork urodziła się Aimee. Kiedy zawaliło się niebo, jechali do domu jej rodziców. Raz do księgarni na Manhattanie, gdzie Ross pracował, przyszedł pewien autor, żeby wygłosić odczyt na temat rytuałów związanych ze śmiercią. W Tybecie mnisi odrywają ciało nieboszczyka od kości i kroją na kawałki, żeby sępy mogły pożywić się szczątkami. Na Bali ciało grzebie się od razu, a potem - nieraz po latach - ekshumuje i urządza spektakularną uroczystość kremacji. Ale przed pochówkiem zmarłego okręca się, ochlapuje i otrząsa w kolorowej wieży z bambusa, żeby duch nie znalazł drogi powrotu. Ross miał wtedy dyżur, co oznaczało, że musi ustawić krzesła dla słuchaczy, ułożyć na stoliku egzemplarze książki do podpisywania, przygotować dla autora butelkę wody i tak dalej. Publiczność była dobra - socjologowie z uczelni ocierali się tweedowymi rękawami o „Gotów” w czarnych płaszczach z postawionymi na żel włosami. W trakcie wykładu Ross stał z tyłu, dziwiąc się, na jak wiele sposobów można się z kimś żegnać. Aimee pojawiła się mniej więcej w środku. Wciąż miała na sobie płócienny strój chirurga i w pierwszej chwili Ross pomyślał, że musi jej być zimno; zawsze marzła, kiedy nosiła tę służbową „pidżamę”, a teraz przecież był grudzień. W następnej chwili uświadomił sobie, że musiało się stać coś strasznego. - Hej. - Złapał ją, zanim omal nie wpadła na regał.

Rzuciła mu się na szyję i zaczęła szlochać. Kilka osób się obejrzało, sam mówca na chwilę stracił wątek. Ross pociągnął ją do działu ogrodnictwa, którym nikt w Nowym Jorku się nie interesował. Ujął jej twarz w ręce, serce waliło mu jak młotem. Jest w ciąży? Nie kocha go już? - Martin umarł - wykrztusiła. Trzymał ją w ramionach, usiłując dopasować nazwisko do osoby. Pięćdziesięciotrzyletni Martin Birenbaum był ofiarą pożaru w fabryce chemikaliów. Oparzenia trzeciego stopnia pokryły osiemdziesiąt pięć procent jego ciała. Aimee, studentce trzeciego roku na oddziale ratunkowym, przypadło zadanie usuwania zmartwiałej tkanki z ran, utrzymywania ich w czystości, aplikowania silvadiny. Kiedy Martin zapytał ją, czy umrze, spojrzała mu w oczy i odpowiedziała, że tak. Był pierwszym pacjentem, którego straciła, i dlatego jego twarz tak wryła się jej w pamięć. - Zostałam przy nim, bo wiedziałam, że nie mogę pomóc - wyznała Aimee. - Może z każdym przypadkiem jest łatwiej, a może nie. Może nie powinnam studiować medycyny. - Nagle wlepiła w niego wzrok. - Kiedy ja będę umierać, masz przy mnie być. Tak jak ja dzisiaj przy nim. - Ty nie umierasz. - Boże, Ross, mam za sobą taki smutny dzień! Czy nie możesz po prostu mi przyrzec... - Nie. Bo ja umrę pierwszy. Zamilkła na chwilę, po czym zaśmiała się cichutko. - Wykupiłeś już bilet? W tym momencie dobiegł ich głos pisarza: 30/640 - Guei, czyli głodne duchy, to dusze Chińczyków, którzy zmarli nienaturalną śmiercią. Dlatego błąkają się po ziemi i przysparzają kłopotów żywym. Aimee spojrzała na Rossa. - Czego my, do diabła, słuchamy? - Tak, z pewnością to bliskie diabła. Potem już nigdy nie wspomnieli o Martinie Birenbaumie. Ross towarzyszył Aimee na pogrzebie. W trakcie rezydentury zmarło jej więcej pacjentów, ale przy żadnym aż tak się nie załamała. Wkrótce, jak większość lekarzy,

zrozumiała, że śmierć to tylko najdalszy kres życia. Rzucił do jeziora kamyk, który zatonął, zanim drugi zdążył musnąć powierzchnię. Aimee została skremowana, jej prochy były gdzieś na drugim brzegu, u rodziców. Ross nie wiedział, co z nimi zrobili; po trzech latach przestał odpowiadać na ich telefony i listy - po prostu za bardzo go to bolało. Podniósł buty i ruszył do samochodu. Kiedy wsunął się na fotel kierowcy, przypomniał sobie jeszcze jedną historię tamtego pisarza z księgarni. Meksykanie wierzą, że w jeden dzień każdego roku zasłona się unosi i stare dusze mogą odwiedzić swoich bliskich w domach. Kiedy umrę, masz przy mnie być. Ale nie był. A teraz nie zanosiło się, by miał się stąd wydostać. Biuro Meredith Oliver w Generra Institute miało kod pocztowy stanu Waszyngton DC, a jeśli ktoś patrzył uważnie, mógł z okna dojrzeć Jefferson Memorial. Meredith uważała to za czystą ironię, gdyż większość naukowców w jej placówce drwiła sobie z zasady, że wszyscy ludzie zostali stworzeni jako równi - według nich przeżywali tylko najsilniejsi. Naprzeciwko niej siedzieli, ze splecionymi palcami, państwo De La Corria. - Mam dobre wieści - oznajmiła Meredith z uśmiechem. W ciągu dziesięciu lat stawiania przedimplantacyjnych diagnoz genetycznych nauczyła się, że jeszcze bardziej stresującym etapem od samego zapłodnienia in vitro jest oczekiwanie na wyniki wstępnych testów. - Są trzy widoczne embriony. Carlos De La Corria chorował na hemofilię. W obawie, że przeniesie chorobę na potomstwo, zdecydowali się z żoną na rozród wspomagany. Polegał on na tym, że embriony tworzono z ich własnego nasienia i jajeczek, po czym Meredith badała je pod względem genetycznym. Przed wszczepieniem embrionu do macicy matka miała pewność, że dziecko nie odziedziczy genu hemofilii. - Ilu chłopców? - spytał Carlos. Meredith spojrzała mu w oczy. - Dwóch. Gen hemofilii jest przenoszony przez chromosom X. To znaczy, że męski potomek De La Corriów nie przekaże choroby przyszłym pokoleniom. Gdyby małżonkowie mieli samych synów, nikt w tej rodzinie nie odziedziczyłby hemofilii. Carlos porwał żonę w ramiona i okręcił ją dookoła małego gabinetu Meredith. Ci wszyscy moraliści, którzy straszyli go skutkami modyfikacji genów... no niechby tylko zobaczyli ich w tej chwili! Meredith trzymała na biurku dwie fotografie - na jednej była Lucy,

a na drugim pierwsza pacjentka Meredith, cierpiąca na zwłóknienie torbielowate, z synkiem, który dzięki Meredith uniknął tej strasznej choroby. Pani De La Corria opadła na krzesło, wciąż jeszcze z trudem łapiąc oddech.. - A co z dziewczynką? - spytała cicho. - Trzeci embrion, niestety, jest nosicielem. Bardzo mi przykro. Carlos ścisnął żonę za rękę. - A więc wygląda na to, że będziemy mieli bliźniaki - rzekł, wyraźnie optymistycznie nastawiony. Mieli jeszcze mnóstwo przeszkód do pokonania i było wysoce prawdopodobne, że embriony nie przeżyją, ale Meredith już swoje zrobiła. Od tej chwili sprawą implantacji mieli zajmować się inni lekarze z Generra. Meredith przyjęła wyrazy wdzięczności i przebiegła wzrokiem plan wizyt. Czekały ją jeszcze dwie konsultacje, a potem całe popołudnie w laboratorium. Włożyła okulary do czytania - trzymała je w kieszeni, próżność nie pozwalała jej ich eksponować - i ściągnęła niesforne kędziory w coś podobnego do węzła. Loki w kolorze miodu opadały jej zwykle na ramiona splątaną masą; Bóg wyraźnie postanowił zażartować z Meredith, obdarzając ją takim wybrykiem natury - włosami, które zdawały się rządzić własnym rozumem. Przesunęła dłońmi po twarzy, przecierając zaczerwienione piwne oczy. - Dziś wieczorem - powiedziała głośno - nie pozwolę sobie na żadną pracę. Pojadę do domu, wezmę gorącą kąpiel i poczytam Lucy coś innego niż artykuł z „Journal of Theriogenology”. Ciekawe, czy mówiąc to na głos, a nie tylko w duchu, zwiększała prawdopodobieństwo spełnienia tej obietnicy. Zapukano do drzwi i weszła sekretarka. - Pani doktor? Państwo De La Corria podpisali zrzeczenie. Meredith nie musiała patrzeć, żeby wiedzieć, co to jest: pozwolenie na zniszczenie trzeciego, żeńskiego embrionu. - Powinni zaczekać do implantacji. Istnieje prawdopodobieństwo, że in vitro się nie uda, a wtedy... Głos jej uwiązł w gardle. A wtedy i tak będzie bez różnicy. De La Corria prędzej pozostaną bezdzietni, niż wykorzystają skażony embrion. To dziecko nie chorowałoby na hemofilię... Miałoby wszelkie szanse, aby stać się idealnie zdrową dziewczynką z błyszczącymi włosami swojej matki i orzechowymi oczami ojca. Ale kiedyś ta dziewczynka mogłaby

przekazać chorobę swoim męskim potomkom i biorąc to pod uwagę, rodzice woleliby, żeby się nie urodziła. Meredith podpisała dokument i odłożyła go na bok. - Są już Albertsonowie - powiedziała sekretarka. - Niech chwilę zaczekają. Gdy tylko drzwi się zamknęły, Meredith wzięła telefon i wybrała numer domu. Miała przed oczami córeczkę, która siedzi przy kuchennym stole, z warkoczami wijącymi się po bokach głowy jak repliki ludzkiego genomu, i zapełnia pracowicie zeszyt ćwiczeniami na literę U i V. „Ula umyła umazane usta”... Lucy podniosła słuchawkę. - Halo? - Cześć, Klusiu. - Mama! Gdzie jesteś? - Na Jowiszu. A ty? - Na pustyni Kalamari. - Chyba Kalahari. - Kiedy wrócisz? - Niedługo. Chwila ciszy. - Zanim będzie ciemno? Meredith przymknęła oczy. - Wrócę na kolację, powiedz babci Ruby. I nie jedz chrupek, dopóki nie przyjadę. Lucy wciągnęła powietrze. - Skąd wiedziałaś, że... - Bo jestem mamą. Kocham cię. Meredith odłożyła telefon i zwinęła włosy na czubku głowy. Przeczesała szufladę w poszukiwaniu gumki, ale znalazła tylko parę klipsów do papieru, które musiały posłużyć jako spinki. W tym momencie jej wzrok padł na dokument De La Corriów i jakiś impuls kazał jej schować go do dolnej szuflady. Na jakiś czas go „zgubi”. Tak na wszelki wypadek. Nacisnęła guzik interkomu i po chwili w drzwiach ukazali się Albertsonowie. Wyglądali na wycieńczonych, jak wszystkie pary na pierwszej wizycie. Meredith wyciągnęła do nich rękę. - Jestem doktor Oliver. Zapoznałam się z waszym przypadkiem. I - dodała z błyskiem w oku - mogę wam pomóc.

Az wiedział, że jak przyjdzie co do czego, to nie przepędzi z Angel Quarry nawet wiewiórki, a co dopiero uzbrojonego intruza. Właściciele trzymali go na stanowisku ochroniarza z dobrego serca albo z litości, a może dlatego, że realizował nie więcej niż połowę czeków, jakimi mu płacili, bo na dłuższą metę nie potrzebował aż tyle. Na szczęście do kamieniołomu prowadziła tylko jedna droga, na którą zresztą Az i tak nie zwracał zbytniej uwagi. Siedział sobie w oświetlonej budce, gdzie na trzech monitorach mógł obserwować trzy różne miejsca, ale i tak wzrok miał utkwiony w czwartym, na którym leciał mecz Red Soksów. - Ha! - prychnął na pałkarza. - I za takie coś bulą jedenaście milionów rocznie? Kamieniołom był jedną z vermonckich kopalń granitu, którego żyły wrzynały się głęboko w klify, niczym bruzdy w twarzy Aza. Dawno temu ręcznie wykonywano odwierty, zakładano ładunki i kruszono kamień na eksport. Teraz prawie wszystkim sterowały komputery. Pracując samotnie, nocami, Az nigdy nie widywał tu żywego ducha, ale z tego co wiedział, w godzinach szczytu było tak samo. Czasem się zastanawiał, czy w ogóle ktoś oprócz niego jest tu zatrudniony. W ciągu trzydziestu lat pracy tylko dwa razy zdarzyło mu się napisać raport. Jeden dotyczył burzy, podczas której piorun spowodował eksplozję zaplanowaną na następny dzień. Drugi - samobójcy, który sforsował mur ochronny i próbował skoczyć z klifu na gruz skalny w dole. Głupek połamał sobie nogi, ale przeżył, a potem założył internetowy biznes. Az lubił pracować nocami i lubił samotność. Jeśli w czasie obchodów zachowywał się naprawdę cicho, słyszał, jak rozwijają się pączki kwiatów, potrafił też węchem wyczuć zmianę pory roku. Niekiedy kładł się na wznak z rękami pod głową i obserwował, jak gwiazdy układają się na nowo w konstelacje jego życia: rozjuszonego byka frustracji, niewyważone szalki sprawiedliwości czy bliźniacze, dawno utracone miłości. Zastanawiał się, co się działo na Otter Creek Pass. W tygodniu pojawił się tam Rod van Vleet, Abenaki nasilili protest, sprawa przedostała się do wiadomości publicznej. Pomógł nieco fakt, że Abbott Thule, miejscowy pijak, obudził się pewnego ranka z poskręcanymi włosami, chociaż przedtem miał proste jak druty. Potem przesiedział cały dzień w kościele, gdzie przyjął dawkę Jezusa, i o wszystkie swoje nieszczęścia oskarżył duchy. Plotki fruwały po Comtosook niczym te płatki róż, które zasypywały samochody zaparkowane przy Dairy Twirl i zatykały odpływy zewnętrznych pryszniców na miejskich pływalniach. Gdyby Rod van Vleet miał równo pod sufitem, ściągnąłby swoje maszyny budowlane w nocy, kiedy większość Indian chrapie w swoich namiotach kawał drogi stąd. To dobrze, że główny macher grupy Redhook okazał się głupkiem. Wziąwszy pod uwagę fatalną

organizację protestu Abenakich, można uznać, że strony są siebie warte. Przed lewym okiem Aza przemknął jakiś świetlik. Po chwili stary uświadomił sobie, że to nie żaden owad, tylko światełko drgające na czarnym ekranie telewizora, tego, który monitorował północną ścianę kopalni i najbardziej eksploatowane wyrobisko. Kiedy po chwili do Aza dotarło, co to może być, poczuł na grzbiecie przypływ gorąca. Wcisnął kapelusz na głowę i ruszył w tamtą stronę. Z każdym krokiem opadały z niego kolejne lata, aż wreszcie znów stał się prosty i silny jak dąb, który szturmuje niebo, aż znowu był potrzebny. Ross nie wiedział, kogo bardziej wini: Ethana, który zasiał to ziarenko w jego umyśle, czy siebie, że w ogóle zawracał sobie tym głowę. „W Angel Quarry straszy, każdy to wie”. Ross szedł cicho po ścieżce, dopóki nie poczuł, że podnoszą mu się włoski na karku. Tu właśnie postanowił się zaczaić. Nie odważył się jeszcze zapalić latarki - dawno nauczył się tego od Warburtonów. Władze zwykle zostawiały łowców duchów w spokoju, ale wtargnięcie na cudzy teren to co innego. Przy eksploracji cmentarza człowiek szybko uczy się wyłączać latarkę czołową, by w każdej chwili rzucić się do ucieczki. Tak samo, kiedy zakrada się nocą na prywatną posesję, dokłada wszelkich starań, by nie ściągnąć na siebie uwagi. Tego dnia wspomnienie o Aimee natchnęło go, by spróbować jeszcze ten jeden, ostatni raz, chociaż powiedział Shelby, że zawiesza na kołku swoją paranormalną działalność. Znad Jeziora Champlaina pojechał do Burlington, do rabatowego sklepu elektronicznego, gdzie kupił nową kamerę wideo na podczerwień. Kiedy Shelby postawiła przed nim talerz, oznajmił, że ma randkę. - Naprawdę? - ucieszyła się tak szczerze, że aż go to zabolało. - Z kim? - Nie twój interes. - Ross, tego ci właśnie trzeba! Nie znosił okłamywać siostry. Okropnie się czuł, kiedy w ostatniej chwili sięgnęła przez okno samochodu, żeby poprawić mu kołnierzyk. A potem jeszcze przyrzekła, że zostawi mu w nocy otwarte drzwi. Teraz pewnie zastanawiała się, z jaką to samiczką jej brat się spotyka, a on tymczasem balansował z latarką po odkrywce, szukając miejsca na ustawienie statywu. - I tak niczego nie zobaczę - mruczał pod nosem, zerkając w wizjer. Odczekał chwilę i zaklął. Miał tego dość. I nie wierzył już w duchy. Ale jeśli akurat tym razem coś się zmaterializuje? Jeśli Ross stąd odejdzie, nie przekonawszy się o tym z całą pewnością?