wotson

  • Dokumenty43 380
  • Odsłony1 874 277
  • Obserwuję1 306
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 273 241

Jodi Picoult - Głos serca

Dodano: 2 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 2 lata temu
Rozmiar :2.2 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
J

Jodi Picoult - Głos serca.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion J Jodi Picoult
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 2 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 15 osób, 19 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 558 stron)

JODI PICOULT GŁOS SERCA Przełożyła Agnieszka Barbara Ciepłowska Prószyński i S-ka

Tytuł oryginału SONGS OF THE HUMPBACK WHALE Copyright © 1992 by Jodi Picoult All rights reserved Projekt okładki Ewa Wójcik Zdjęcie na okładce © Digital Vision/Getty Images/Flash Press Media Redaktor prowadzący Katarzyna Rudzka Redakcja Wiesława Karaczewska Korekta Grażyna Nawrocka Łamanie Ewa Wójcik ISBN 978-83-7839-150-0 Warszawa 2012 Wydawca Prószyński Media Sp, z o.o. 02-651 Warszawa, ul. Garażowa 7 www.proszynski.pl Druk i oprawa MORAVIA BOOKS MORAVIA BOOKS www.cpi-moravia.com

Timowi. Za wszystko, co mi dałeś.

Prolog REBEKA Listopad 1990 W prawym górnym rogu fotografii widać miniaturowy samolot, który wygląda, jakby leciał prosto w moje czo- ło. Jest maleńki, stalowo-błękitny. Rozdęty, wydłużony owal, przecięty pośrodku skrzydłami. Właściwie ma kształt krzyża. Takie było pierwsze spostrzeżenie mamy, gdy otrzymałyśmy to zdjęcie w Massachusetts. - Spójrz, Rebeko - powiedziała - to znak. Mając trzy i pół roku, przeżyłam katastrofę lotniczą. Od tamtej pory mama twierdzi, że jest mi przeznaczony szczególny los. Nie mogę przyznać, że się z nią zgadzam. Nic nie pamiętam. Któregoś razu mama i tata się pokłóci- li, potem mama płakała, stojąc nad zlewem, a tata po- zdejmował ze ścian co cenniejsze obrazy i zamknął je w bagażniku samochodu. Wtedy mieliśmy chevroleta impa- lę. W rezultacie mama zabrała mnie do domu dziadków, żółtego, przestronnego budynku pod Bostonem. Tata ciągle dzwonił. Groził, że jeśli nie wrócę do domu, za- wiadomi FBI. W końcu mama się złamała, uznała jednak, że nie może ze mną lecieć. Dokładnie rzecz biorąc, 7

powiedziała: „Kochanie, jest mi naprawdę przykro, ale nie wytrzymam z tym człowiekiem ani minuty”. Ubrała mnie w cytrynową sukienkę, dzierganą na drutach, do tego kazała włożyć białe rękawiczki. Na lotnisku, zanim przekazała mnie stewardesie, jeszcze ucałowała na do widzenia i poprosiła: „Nie zgub rękawiczek. Zapłaciłam za nie jak za zboże”. Z samej katastrofy pamiętam bardzo mało. Samolot rozpadał się na kawałki, złamał się tuż przed ósmym rzę- dem. Pilnowałam rękawiczek jak źrenicy oka, ludzie się nie ruszali, a ja nie miałam pewności, czy wolno mi od- dychać. I to właściwie wszystko. Dopiero kiedy podrosłam na tyle, by rozumieć więcej, mama powiedziała mi, że by- łam jedną z pięciu ocalałych. Moje zdjęcie zamieszczono na okładce „Time'a”. Widnieje na nim ubrana w żółtą sukienkę zapłakana dziewczynka z rozłożonymi rączka- mi. Zrobił je jakiś farmer prymitywnym tanim aparatem. Za jego sprawą trafiło do prasy i poruszyło serca milio- nów Amerykanów. Mama opowiedziała mi też o płomie- niach sięgających nieba, o czarnym dymie, liżącym chmury, i o tym, jak nieistotna okazała się w porównaniu z tym kłótnia z tatą. Zdjęcie z samolotem w rogu zrobił nam w dniu wy- jazdu z Kalifornii jakiś kierowca ciężarówki. Mama mia- ła włosy ściągnięte w koński ogon. Niby obejmowała mnie za ramiona, ale dłoń położyła mi na szyi, nienatu- ralnie zaciskając palce, jakby chciała mnie powstrzymać od ucieczki. Uśmiechała się. Ubrana była w jedną z ko- szul taty. Ja się nie uśmiechałam. Nawet nie patrzyłam w obiektyw. 8

Kierowca nazywał się Flex. Miał rudą brodę, ale wą- sów już nie. Powiedział, że od Nebraski nie spotkał mil- szego widoku niż my dwie. Sfotografował nas własnym aparatem, bo my się za bardzo śpieszyłyśmy, żeby zabrać nasz. - Dajcie mi adres, przyślę wam odbitkę - obiecał. Mama uznała, że diabła tam, w końcu to adres domu, który jej brat wynajmuje obcym ludziom, więc jeśli Flex okaże się wariatem i podpalaczem, to i tak wszystko jed- no. Flex przesłał zdjęcie, dostaliśmy je spod adresu wujka Joleya. Przyszło w używanej, przeadresowanej brązowej kopercie, naznaczonej wężem dwudziestu pięciu znacz- ków po jednym cencie. Kierowca ciężarówki dołączył do fotografii karteczkę samoprzylepną, której mama nie pozwoliła mi przeczytać. Opowiadam ci historię naszej podróży, bo to właśnie ja złożyłam zdarzenia w całość. Ta historia dotyczy nas wszystkich: mamy, taty, wujka Joleya, Sama i nawet Ha- dleya, jednak każde z nas widzi ją inaczej. Dla mnie przewija się ona wstecz. Jak puszczony do tyłu film. Nie mam pojęcia, dlaczego tak ją widzę. Wiem, że na przy- kład mama patrzy na nią inaczej. Gdy przyszła odbitka od Flexa, wszyscy stanęliśmy przy kuchennym stole i się jej przyglądaliśmy. Mama, tata, ja, Joley i Sam. Joley powiedział, że ładnie wy- szłam, i spytał, gdzie zrobiłyśmy to zdjęcie. Sam pokręcił głową i odszedł od stołu. - Nic nie widać - ocenił. - Ani drzew, ani kanionów, nic. 9

- Nas widać - powiedziała mama. - Nie dlatego zostało zrobione - rzekł Sam. Jego słowa oprószyły kąty srebrnym pyłem. - Coś w nim jest. Tylko my tego nie widzimy. - I wyszedł z kuchni. Mama i ja spojrzałyśmy na siebie ze zdziwieniem. To była nasza tajemnica. Odruchowo wbiłyśmy wzrok w punkt na autostradzie, na prawo od naszych postaci. Tam Kalifornia przechodziła w Arizonę. Kierowcy ciężaró- wek wyczuwają tę zmianę w nawierzchni drogi. Nikt inny jej nie dostrzega.

1. JANE W noc przed ślubem obudziłam się z krzykiem. Ro- dzice przybiegli do mojego pokoju, zamknęli mnie w uścisku, głaskali i przytulali, a ja nie mogłam przestać krzyczeć. Nawet z zaciśniętymi ustami. Z gardła wydzie- rał mi się przenikliwy pisk nocnego zwierzęcia. I mama, i tata wychodzili z siebie, żeby mnie uspoko- ić. Mieszkaliśmy wtedy na przedmieściach Bostonu, w nieciekawej okolicy. Sąsiedzi budzili się jeden po dru- gim. Patrzyłam na światła zapalające się w kolejnych domach - niebieskie i żółte, mrugające jak w wigilię Bo- żego Narodzenia - i głowiłam się, co mi jest. Nie było to zjawisko powszednie. Miałam dziewiętna- ście lat, właśnie ukończyłam Wellesley College z naj- wyższymi notami, co w roku tysiąc dziewięćset siedem- dziesiątym szóstym nadal stanowiło nie lada osiągnięcie. Miałam poślubić wymarzonego mężczyznę, uroczystość zaplanowano w typowym dla Nowej Anglii drewnianym białym kościółku, a wesele - wystawne i huczne, uświet- nione kawiorem z bieługi i obecnością kelnerów w bia- łych rękawiczkach - zaplanowano w ogrodzie naszego 11

rodzinnego domu. Czekała na mnie praca, którą miałam rozpocząć po powrocie z miesiąca miodowego. Trudno o lepszy układ. Nie przewidywałam żadnych kłopotów. Dzisiaj też nie wiem, co mi się wtedy stało. Krzyk, równie niespodziewanie jak się narodził, w końcu się urwał i następnego ranka wyszłam za mąż za Olivera Jonesa - za tego Olivera Jonesa - by żyć długo i szczęśli- wie. Jestem jedynym logopedą w okolicy, co oznacza, że jeżdżę po przedmieściach San Diego od jednej szkoły do drugiej. Teraz, kiedy Rebeka podrosła na tyle, żeby sama o siebie zadbać, a Oliver większość czasu spędza poza domem, już nie jest to uciążliwe, bo mam znacznie mniej obowiązków w domu. Lubię swoją pracę, jednak zupeł- nie inaczej niż Oliver swoje zajęcie. On chętnie by za- mieszkał w namiocie na wybrzeżu Argentyny i bez ustanku obserwował wieloryby w ciepłych wodach oce- anu. Moja praca polega na niesieniu pomocy dzieciom z wadami wymowy, z rozszczepieniem wargi, podniebie- nia albo jednego i drugiego. Z początku, gdy przychodzą do mojego prowizorycznego gabinetu, szurają nogami, nieśmiało zerkają na imponujący sprzęt audio i milczą. Czasami ja też milczę, czekam, aż dziecko się przełamie i zapyta, co ma robić. Niektóre zakrywają usta dłonią, jed- na dziewczynka nawet się popłakała. Nie znoszą dźwięku własnego głosu, nienawidzą części ciała, które inni uznali za brzydkie. Moja rola polega na uświadomieniu im, że istnieje osoba gotowa słuchać, co mają do powiedzenia, w taki sposób, w jaki muszą mówić. 12

Opowiadam im, że kiedy miałam siedem lat, wyma- wiałam literę „s” z przyświstem. W szkole się ze mnie śmiali, więc mówiłam jak najmniej i nie miałam wielu przyjaciół. Któregoś razu nauczycielka oznajmiła klasie, że zorganizujemy przedstawienie i wszyscy weźmiemy w nim udział. Byłam tak przerażona perspektywą czytania i recytowania tekstu przed wszystkimi, że postanowiłam udać chorą. Gdy mama wyszła z pokoju, nagrzałam ter- mometr przy żarówce. Zostałam w domu. Trzeciego dnia zadzwoniła nauczycielka i mama zorientowała się w oszustwie. Gdy wróciłam do szkoły, wychowawczyni poprosiła mnie na stronę. Powiedziała mi, że wszystkie role zostały już obsadzone, dla mnie zarezerwowała naj- istotniejszą funkcję, kierownika efektów dźwiękowych. Jak w filmach. Przez trzy tygodnie dzień w dzień zosta- wałam w szkole po lekcjach, a wychowawczyni uczyła mnie, co robić. Po jakimś czasie okazało się, że dzięki seplenieniu mogę naśladować wóz strażacki, ptaka, mysz, pszczołę i wiele innych dźwięków. W dzień przed- stawienia zostałam wyposażona w czarną szatę i mikro- fon. Inni uczniowie odgrywali zaledwie po jednej roli, ja natomiast wydawałam odgłosy kilku zwierząt i urządzeń. Tata był ze mnie bardzo dumny. O ile pamiętam, tylko raz w życiu to od niego usłyszałam. Właśnie wtedy. Taką historię opowiadam na koktajlach organizowa- nych przez Centrum Badań Oceanicznych, na których bywamy z Oliverem. Ocieramy się tam o ludzi sławnych i bogatych, wspomagających instytut dotacjami. Przed- stawiamy się zawsze jako państwo Jones, małżeństwo z tytułem doktorskim, chociaż ja mam tylko magistra. 13

Wymykamy się z przyjęcia, gdy inni siadają do główne- go dania, biegniemy do samochodu, żartując sobie ze smokingów i kreacji wyszywanych cekinami. Potem Oli- ver prowadzi, a ja zwijam się w kłębek, opieram mu głowę na ramieniu i słucham opowieści, które słyszałam już tysiąc razy. O czasach, gdy wieloryby żyły w każdym oceanie. Mimo wszystko Oliver ma to coś. Wiesz, o co mi chodzi. Był pierwszym mężczyzną, którego widok zaparł mi dech w piersiach. Jeszcze i dzisiaj czasem się to zda- rza. Tylko przy nim czułam się na tyle bezpiecznie, by stworzyć dom, urodzić dziecko, by dzielić z nim życie. Jednym uśmiechem potrafi cofnąć czas o piętnaście lat. Mimo wszelkich różnic stanowimy jedność. W tej szkole, gdzie pracuję we wtorki, mój gabinet zorganizowano w stróżówce. Wczesnym popołudniem sekretarka puka do drzwi i mówi, że dzwoni do mnie doktor Jones. Prawdziwa niespodzianka. Oliver jest w tym tygodniu w domu, podsumowuje jakieś badania, ale zwykle nie ma ani czasu, ani ochoty do mnie dzwonić. Nigdy nie pyta, w której szkole jestem konkretnego dnia. - Proszę mu przekazać, że jestem zajęta z uczniem - odpowiadam i wciskam klawisz magnetofonu. Pomieszczenie wypełnia się dźwiękiem samogłosek. Aaaa... Eeee... Iiii... Zbyt dobrze znam Olivera, żeby dać się wciągnąć w jego grę. Eeee yyy. Eeee yyy. Ech, ty. Oliver jest człowiekiem sławnym. Gdy się poznali- śmy, był nikim, ale dziś jest jednym z najwybitniejszych badaczy wielorybów i ich zwyczajów. Dokonał odkryć, 14

które wstrząsnęły światem nauki. Jest tak sławny, że lu- dzie fotografują się z naszą skrzynką pocztową, jakby chcieli stwierdzić z dumą: „Widziałem dom doktora Jo- nesa”. Najistotniejsze osiągnięcia Olivera związane są ze śpiewem wielorybów. Wydaje się, że poszczególne stada śpiewają te same pieśni i przekazują je kolejnym pokole- niom. Oliver je nagrywa. Nie do końca rozeznaję się w pracy męża, ale jest w tym tyle samo mojej, ile jego wi- ny. On już od dawna nie mówi mi o pomysłach, jakie się rodzą w jego głowie, a ja czasami zapominam spytać. Naturalnie kariera Olivera zawsze stała na pierwszym miejscu. Przeprowadziliśmy się do Kalifornii, by mógł podjąć pracę w San Diego, w Centrum Badań Oceanicz- nych, a zaraz potem wyszło na jaw, że jego najgorętszą pasją są humbaki zamieszkujące wody przy Wschodnim Wybrzeżu. Od pierwszej chwili chciałam uciec z San Diego, ale nic Oliverowi nie powiedziałam. Co ma być, to będzie, uznałam. On musiał wrócić do Bostonu, a ja zostałam z maleńkim dzieckiem w klimacie, gdzie pano- wało wieczne lato, gdzie nigdy nie pachniało śniegiem. Nie odbiorę jego telefonu. Nie dam się znowu nabrać, koniec, kropka. Co innego grać drugie skrzypce, a co innego patrzeć, jak jest w takiej pozycji ustawiana Rebeka. W wieku czternastu lat posiadła umiejętność patrzenia na życie z rezerwą - dla mnie niedostępną po przekroczeniu lat trzydziestu pięciu. Moim zdaniem, nie podoba się jej to, co widzi. Gdy Oliver przyjeżdża do domu, co zdarza się rzadko, spędza więcej czasu w swoim gabinecie niż z nami. Interesują go wyłącznie kwestie związane z 15

morzem. Jak traktuje mnie, to odrębna sprawa, mamy za sobą niejedną burzę. I - poza wszystkim innym - to ja w nim się zakochałam. Z Rebeką jest inaczej. Ona nie daje Oliverowi wiary na piękne oczy, tylko dlatego, że on jest jej ojcem. Ma swoje wymagania. Wiadomo, jak to bywa z nastolatkami: ucieczki z do- mu, nieplanowane ciąże, rzucanie szkoły... Słyszałam, że takie zdarzenia często mają źródło w problemach rodzin- nych. Właśnie dlatego postawiłam Oliverowi ultimatum. Piętnaste urodziny Rebeki, wypadające w przyszłym ty- godniu, zbiegły się w czasie z planowanym wyjazdem Olivera na wybrzeża Ameryki Południowej, w celu ob- serwacji długopłetwców na obszarach godowych. Oliver zamierza jechać. Ja oczekuję, że zostanie. Mówię mu przez to: Rebeka jest twoją córką. Nawet jeśli nas oboje rozdzieliła przepaść tak wielka, że już siebie nie poznajemy, to jednak jesteśmy razem w jed- nym życiu, w tym wycinku czasu. I co ty na to? Jedną z przyczyn, dla których milczałam, był wypa- dek Rebeki. U jego źródeł leżała kłótnia z Oliverem, więc robiłam, co w mojej mocy, żeby coś takiego się nigdy nie powtórzyło. Nie pamiętam, o co się wtedy po- różniliśmy, ale powiedziałam mu, co myślę, a on mnie uderzył. Wzięłam dziecko na ręce - Rebeka miała wtedy trzy i pół roku - i uciekłam do rodziców. Powiedziałam mamie, że się rozwiodę, bo Oliver zachowuje się jak wa- riat, a na dodatek mnie uderzył. Oliver zadzwonił i oznajmił, że nie obchodzi go, co będę robiła ja, ale nie mam prawa zabierać mu córki. Zagroził pozwaniem do sądu. Wobec czego pojechałam z małą na lotnisko. 16

- Kochanie, jest mi naprawdę przykro - powiedzia- łam - ale nie wytrzymam z tym człowiekiem ani minuty. Wcisnęłam stewardesie sto dolarów, żeby przyjęła dziecko bez opieki. Samolot rozbił się pod Des Moines. Dalej pamiętam, dopiero jak stałam na polu kukurydzy i patrzyłam na dymiący wrak. Wydawał się nadal w ruchu. Wiatr gwizdał między częściami maszyny, docierały do mnie głosy, których nie potrafiłam zlokalizować. A za mną Rebeka, osmalona, lecz cała i zdrowa, jeden z pię- ciorga pasażerów, którzy przetrwali katastrofę, skulona w ramionach ojca. Odziedziczyła po Oliverze jasne włosy i piegi. Oraz niepowszednią urodę. Spojrzeliśmy po sobie z Oliverem i wtedy zrozumiałam, dlaczego los kazał mi się zakochać akurat w tym mężczyźnie. Ponieważ we dwoje stworzyliśmy dziecko, zdolne swoim urokiem po- ruszyć zimny głaz.

2. OLIVER Humbaki hawajskie i karaibskie są, moim zdaniem, znacznie szczęśliwsze od tych, które żyją u wybrzeży Nowej Anglii. Śpiewają pieśni radosne, staccato, żywe. Bardziej jak melodie grane na skrzypcach niż na obojach. W ich nurkowaniu, w ich skokach nad wodę jest gracja, jest triumf. Gładkie wielorybie ciało sunie przez morski lej prosto w niebo, z wyciągniętymi płetwami wznosi się z głębin oceanu, przywodząc na myśl powtórne przyjście Chrystusa. Natomiast pieśni humbaków ze Stellwagen Bank chwytają za serce, przepełniają człowieczą duszę. W tych wielorybach zakochałem się, gdy pierwszy raz usłyszałem ich wołanie: rozdzierające, przenikliwe, dźwięk podobny do rytmu człowieczego serca, przerażo- nego samotnością. Przy słuchaniu taśm z nagraniami pieśni populacji wielorybiej z północnego Atlantyku zda- rza mi się rozpłakać. Współpracę z Rogerem Payne'em rozpocząłem na Bermudach, w roku tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym dziewiątym, gdy wraz ze swoim kolegą, Scottem McVay- em, doszli do wniosku, iż dźwięki wydawane przez hum- baki, przez Megaptera novaeangliae, są w rzeczywistości pieśniami. 18

Oczywiście jest to określenie dość swobodne, jednak ogólnie można się zgodzić, że mamy do czynienia z „ciągiem dźwięków ułożonych przez wykonawcę w określony wzór”. Pieśni wielorybów takie właśnie są: dwa lub więcej dźwięków tworzy frazę, fraza jest powta- rzana i staje się motywem. A kilka motywów to pieśń. Przeciętna pieśń wielorybia trwa od siedmiu do trzydzie- stu minut. Wykonujący ją osobnik powtarza tony w usta- lonym porządku. Istnieje siedem podstawowych typów dźwięków: jęki, postękiwanie, wołanie, kwilenie, ćwier- kanie, grzechotanie i świsty. Każdy ma swoje wariacje. Wieloryby z odrębnych populacji śpiewają różne pieśni, które z czasem się zmieniają, podlegając ogólnym pra- wom rozwoju, a wszystkie wieloryby przyswajają sobie zachodzące zmiany. Humbaki nie powtarzają pieśni au- tomatycznie, raczej dodają coś od siebie, wplatają nowe elementy. Jeszcze do niedawna przypisywano tę umiejęt- ność wyłącznie człowiekowi. Oczywiście to tylko teoria. Nie zawsze zajmowałem się badaniem wielorybów. Karierę w zoologii rozpocząłem od obserwacji robaków, następnie awansowałem na badacza nietoperzy, potem sów i w końcu - wielorybów. Po raz pierwszy usłyszałem długopłetwca przed laty, gdy wsiadłem do łodzi wiosło- wej, spuszczonej z większej jednostki, i raptem uświa- domiłem sobie, że znajduję się dokładnie nad tym impo- nującym morskim ssakiem, a dno łodzi drży od jego gło- su. Mój udział w badaniach polegał na odkryciu, że śpie- wają wyłącznie samce. Hipoteza ta istniała wcześniej, natomiast zdobycie dowodów wymagało określenia płci poszczególnych wielorybów, znajdujących się w morzu. 19

Zaglądanie im pod brzuch jest wykonalne, lecz niebez- pieczne, wobec czego, mając na względzie osiągnięcia genetyki, zacząłem rozważać możliwość pobrania próbki komórek. Wymyśliłem strzałkę wystrzeliwaną ze zmody- fikowanego działka harpunniczego, umożliwiającą po- branie próbki pozwalającej na wykonanie biopsji. Strzał- ka, trafiając wieloryba, zbierała fragment jego naskórka grubości mniej więcej centymetra, po czym należało ją ściągnąć liną. Była pokryta antybiotykiem, by chronić wieloryba przed ewentualną infekcją. Mam za sobą wiele nieudanych prób, jednak w końcu zgromadziłem obszer- ny materiał badawczy. Do dnia dzisiejszego zarejestro- wano wyłącznie pieśni samców. Nie udało się nagrać ani jednej śpiewającej samicy. Po dwudziestu latach analiz wiemy niemało o różnych pieśniach wielorybów, natomiast niewiele o celu ich śpiewania. Ponieważ pieśni są przekazywane z pokolenia na pokolenie, a w całości wybrzmiewają tylko na obsza- rach godowych, postrzegamy je jako ewentualną metodę przyciągania uwagi samic. Znajomość konkretnych pie- śni może być warunkiem wstępnym kopulacji, a jej wzbogacanie i ozdabianie - odgrywać rolę dodatkowego atutu. Wyjaśniałoby to złożoność wielorybich pieśni oraz konieczność poznania tych, które są aktualnie w modzie - samice wybierają partnera na podstawie zasłyszanych dźwięków. Według innej teorii próbującej tłumaczyć to zjawisko, wielorybi śpiew ma przyciągać nie samice, lecz samce. Są to akustyczne miecze, jeśli można się tak wy- razić, pozwalające samcom konkurować o względy przy- szłej partnerki. Jej potwierdzenie mają stanowić blizny, powstałe w czasie walk godowych. 20

Niezależnie od tego, jakie przesłanie niosą ze sobą te cudowne dźwięki, wzbudziły one wiele domysłów i spo- wodowały zebranie licznych informacji na temat zacho- wań humbaków. Wieloryby należące do konkretnej po- pulacji śpiewają określoną pieśń. Co za tym idzie, jeśli znamy pieśni populacji, można określić pochodzenie każdego samca, niezależnie od tego, gdzie został zareje- strowany jego śpiew. Zyskaliśmy nową metodę śledzenia wielorybich wędrówek, alternatywę dla inwazyjnego oznaczania zwierząt lub identyfikowania ich na podsta- wie wyglądu sfotografowanej płetwy ogonowej. Możemy rozpoznawać samce na podstawie ich śpiewu, możemy do grup samców przypisać samice, kierując się pieśnia- mi, których słuchają. Ostatnio zadaję sobie pytanie, czy powinniśmy może przywiązywać większą wagę do poszczególnych osobni- ków. Czy dzieje poszczególnych wielorybów, informacje o tym, gdzie je widziano, co robiły, z którymi innymi się zadawały, pozwolą nam odkryć, dlaczego śpiewają tak, a nie inaczej? Prowadzę intensywne badania. Moje artykuły druko- wały „Newsweek”, „Christian Science Monitor” i „New York Times”. Nie przerywając pracy, zawarłem związek małżeński, spłodziłem dziecko. Od tej pory brakuje mi czasu albo dla rodziny, albo na pracę. Znalazłem się w potrzasku. Wieloryby nigdy nie śpią. Oddech nie jest u nich odruchem bezwarunkowym. Muszą się wynurzać, by nabrać powietrza. Dryfują w głębinach oceanu, nie- zdolne do dłuższego wypoczynku. Swego czasu usiłowałem połączyć rodzinę i pracę. Zabierałem Rebekę i Jane na morze, puszczałem w domu 21

nagrania pieśni humbaków z Nowej Anglii, zainstalowa- łem nagłośnienie w kuchni i w łazience. A potem, które- goś dnia, zastałem Jane dłubiącą nożem w kuchennym głośniku. Powiedziała: „Już nie mogę tego słuchać”. Raz, gdy Rebeka miała pięć lat, popłynęliśmy na Ber- mudy, obserwować obszary godowe humbaków ze Wschodniego Wybrzeża. Było wtedy ciepło, moja córka w drodze na rafę wskazywała morświny. Jane miała na sobie mój sztormiak. Pamiętam doskonale, bo na niebie nie było ani jednej chmurki, ona jednak wolała ciężką kurtkę niż gęsią skórkę od wilgotnej bryzy. Stała przy relingu „Podróżnika”, mojej wynajętej łodzi, słońce za- różowiło jej włosy. Mocno ściskała barierkę - nigdy nie czuła się swobodnie na wodzie. Po zejściu na ląd zawsze robi kilka kroków tam i z powrotem, upewnia się, że stoi na twardej ziemi. Wieloryby się bawią. Gdy dotarliśmy do właściwego miejsca i opuściliśmy hydrofon, kilkaset metrów od nas znajdowała się grupa humbaków. Chociaż nagrywaliśmy pieśni głęboko w wodach oceanu, obserwowaliśmy stado baraszkujące na powierzchni. Płaskie uderzenia ogona, ruchy spokojne i majestatyczne, powolne obroty, wza- jemne ocieranie się płetwami grzbietowymi, wyskoki z wody, szybkie, mocne, przywodzące na myśl pocisk. A potem zanurzenie, wślizgnięcie się między fale. Marmur, kość słoniowa i biel. Usłyszeliśmy melancholijne tony wielorybiej pieśni. Zrozumieliśmy, że oglądamy artystycznie wystawiony balet, nie wiemy jedynie, o czym opowiada. Łodzią zako- łysało na boki, Rebeka przytrzymała się nogi Jane. Po- myślałem wtedy: „Moje kobietki, najpiękniejsze na świe- cie”. 22

Rebeka, chociaż była wtedy jeszcze mała, sporo pa- mięta z naszej wyprawy na Bermudy. Nie zapamiętała wielorybów. Opowiada o zaróżowionym piasku, o Dia- belskiej Dziurze, gdzie rekiny pływają człowiekowi pod nogami, o stawie z wysepką dokładnie w kształcie Ber- mudów. Nie pamięta matki w żółtym sztormiaku ani po- wolnego radosnego tańca wielorybów. Ani ich wołania, na które zwróciła uwagę. - Tatusiu, dlaczego nie możemy im pomóc? Nie przypominam sobie, by Jane wyraziła swoją opi- nię. W kwestiach dotyczących wielorybów pozostawała milcząca.

3. JANE W sprawach rodzinnych Rebeka jest prawdziwym sto- ikiem. Co oznacza, że gdy ja w pewnych sytuacjach wy- chodzę z siebie, ona nie daje nic po sobie poznać. Do- brym przykładem jest jej pierwsze zetknięcie ze śmiercią, gdy zdechła jej ukochana świnka morska, Tofik. Moja córka zupełnie spokojnie posprzątała klatkę i pochowała zimne, sztywne ciałko na podwórku, podczas gdy ja, u jej boku, zalewałam się łzami. Trzymała rozpacz na wodzy osiem dni. Dziewiątego zastałam ją przy zmywaniu na- czyń, rozszlochaną, jakby świat się skończył. Chwilę wcześniej upuściła półmisek, odłamki szkła rozsypały się wokół jej stóp w promienisty wzór. - Pamiętasz, jaki był śliczny? - spytała przez łzy. Gdy wracam po pracy, Rebeka jest w swoim pokoju. Tego lata zarabia jako ratownik. Kończy zmianę o dru- giej, więc dociera do domu wcześniej niż ja. Ogląda „Ko- ło fortuny”, chrupiąc słupki marchewki. Podaje odpo- wiedzi szybciej niż uczestnicy. Macha do mnie. - „Opowieść o dwóch miastach” - mówi. W telewizorze rozlega się gong. 24

Rebeka idzie do kuchni, plaskając bosymi stopami. Ma na sobie czerwony kostium kąpielowy z napisem RATOWNIK na piersiach, na głowie starą czapkę z daszkiem. Jak na swoje niecałe piętnaście lat, wygląda bardzo poważnie, czasem ludzie biorą nas za siostry. I nic dziwnego. W dzisiejszych czasach nierzadko w wie- ku trzydziestu pięciu lat rodzi się pierwsze dziecko. - Tata jest w domu - ostrzega Rebeka. - Wiem. Dzwonił do mnie do pracy. Nasze spojrzenia się spotykają. Rebeka wzrusza ra- mionami. Ma oczy Olivera, jej wzrok wędruje gdzieś ponad moim ramieniem, ale nie skupia się na niczym konkretnym. - Będzie jak zawsze. Pójdziemy do kina, obejrzymy film, który mu się i tak nie spodoba, a potem wybierzemy się na duże lody. - Niespiesznie otwiera drzwi lodówki. - Nie ma nic do jedzenia. To prawda. Nawet mleko się skończyło. - Może wolałabyś jakiś inny scenariusz? W końcu to twoje urodziny. - Nie ma problemu. Nagle odwraca się do drzwi, w których stanął Oliver. Mój mąż przestępuje z nogi na nogę, obcy człowiek we własnym domu. Po chwili podchodzi do mnie i cmo- ka mnie w policzek. - Mam złą wiadomość - mówi z uśmiechem. Oliver zawsze wywiera na mnie kojący wpływ. Jest bardzo przystojny. Chociaż dużo czasu spędza na powie- trzu, skórę ma nie suchą i spaloną na brąz, ale gładką jak jedwab w kolorze mrożonej kawy. Oczy błyszczące, przywodzące na myśl mokrą farbę, a dłonie duże i silne. 25

Gdy widzę go stojącego w progu, nie czuję namiętności, podniecenia. Nie przypominam sobie, czy kiedykolwiek tak na niego reagowałam. Daje mi poczucie wygody, niczym para ulubionych butów. Uśmiecham się do niego, wdzięczna za ciszę przed burzą. - Tato - odzywa się Rebeka - twoja zła wiadomość to żadna tajemnica. Wiedziałam, że w moje urodziny wyje- dziesz. Oliver, patrząc na mnie, wyraźnie się rozpromienia, jakby mówił: „A widzisz? Nie ma sprawy”. Obrócił się do Rebeki. - Wybacz, mała. Sama wiesz, jak jest. Mój wyjazd le- ży w interesie nas wszystkich. - Konkretnie kogo? Jestem zdziwiona, że powiedziałam to na głos. Oliver przenosi na mnie wzrok. Oczy ma wyblakłe, spojrzenie beznamiętne. Tak się patrzy na obcego w metrze. Zsu- wam z nóg pantofle, biorę je w prawą dłoń. - Nic nie mówiłam. Po sprawie. Rebeka, wracając do salonu, dotyka mojej ręki. - Nie ma problemu - szepcze. - Wynagrodzę ci to - przyrzeka Oliver. - Gdy zoba- czysz prezent, zemdlejesz z wrażenia. Rebeka jakby go nie słyszała. Wzmacnia dźwięk w te- lewizorze, zostawia mnie samą z moim mężem. - Co jej dasz? - pytam. - Nie wiem. Coś wymyślę. Ściskam razem palce dłoni - nabrałam tego nawyku w kontaktach z Oliverem - i idę na górę. Na półpiętrze 26

obracam się, widzę, że Oliver też wchodzi na piętro. Chcę zapytać, kiedy wyjeżdża, ale z moich ust wychodzi coś zupełnie innego. - Niech cię szlag. I rzeczywiście, właśnie to mam na myśli. Niewiele w nim zostało z dawnego Olivera. Pierwszy raz zobaczyłam go na Cape Cod, czekając z rodzicami na prom na Martha's Vineyard. Miał dwadzieścia lat, pra- cował w Instytucie Oceanografii w Woods Hole. Miał proste blond włosy, opadające niesymetrycznie na lewe oko, i cuchnął rybami. Jako typowa nastolatka spodzie- wałam się, że między nami zaiskrzy, jednak nic podob- nego się nie stało. Stałam, gapiąc się na niego jak cielę na malowane wrota, i czekając, aż mnie zauważy. Nie wie- działam, że powinnam się postarać jakoś zwrócić na sie- bie jego uwagę. Mogłoby się na tym skończyć, ale dwa dni później, gdy wracaliśmy promem, on znowu pracował przy doku. Zdążyłam zmądrzeć. Rzuciłam do wody portmonetkę, wiedząc, że prąd zniesie ją w jego stronę. Po dwóch dniach zadzwonił do mnie do domu z informacją, że zna- lazł moją własność, i spytał, czy chcę ją odzyskać. Gdy zaczęliśmy się spotykać, powiedziałam rodzicom, że to zrządzenie losu. Wtedy znów pracował przy basenach pływowych, słuchałam opowieści o mięczakach, jeżowcach i całym ekosystemie, niszczonym przez kaprys oceanicznej fali. Twarz Olivera promieniała, gdy dzielił się swoimi mor- skimi odkryciami. Teraz mój mąż jest szczęśliwy jedynie wówczas, kiedy zniknie w niewielkim domowym gabi- necie, by w samotności analizować zebrane materiały. Zanim uchyli rąbka tajemnicy przed resztą świata, 27