wotson

  • Dokumenty43 372
  • Odsłony1 889 677
  • Obserwuję1 317
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 282 330

Jodi Picoult - Przemiana

Dodano: 2 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 2 lata temu
Rozmiar :2.0 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
J

Jodi Picoult - Przemiana.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion J Jodi Picoult
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 2 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 4 osób, 7 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 467 stron)

POLECAMY JODI PICOULT BEZ MOJEJ ZGODY, ZAGUBIONA PRZESZŁOŚĆ, ŚWIADECTWO PRAWDY, DZIESIĄTY KRĄG, JESIEŃ CUDÓW, CZAROWNICE Z SALEM FALLS, W IMIĘ MIŁOŚCI, JAK Z OBRAZKA, DZIEWIĘTNAŚCIE MINUT, DESZCZOWA NOC, KARUZELA UCZUĆ. JODI PICOULT: PRZEMIANA Przełożyła Katarzyna Pasterka ANITA SHREYE DRUGAMIŁOŚĆWYZNANIATRUDNA MIŁOŚĆHISTORIA PEWNEGO LATA "PYoszynski i 5-ka.

Tytuł oryginałuCHANGEOFHEART Copyright 2008 by Jodi PicoultAli rights reserved Projekt okładkiMaciej Trzebiecki Ilustracja na okładceLaCoppola Meier/Corbis Redaktor prowadzącyKatarzyna Rudzka RedakcjaMagdalena Koziej KorektaXsfcrażyna Nawrocka ŁamanieEwa Wójcik S 4S203 ISBN 978-83-7648-312-2 Warszawa 2010 WydawcaPrószyński Media Sp. z o. o. 02-651 Warszawa, ul. Garażowa 7www. proszynski. pl Druk i oprawaDrukarnia Naukowo-TechnicznaOddział Polskiej Agencji Prasowej 03-828Warszawa, ul. Mińska 65 Akc.L/W/40 Z miłością i podziwem zbyt wielkim,bym zdołała go tu wyrazić. Dla mojegodziadka, Hala Fńenda, który zawsze miałodwagę kwestionować to, w co wierzymy. Oraz dla mojej babci, Bess Friend,. która nigdy nie przestaławierzyć we mnie.

Alicja parsknęła śmiechem. - To na nic. Przecież nie sposób uwierzyć w rzecz niemożliwą. - Widocznie nie dośććwiczyłaśtęumiejętność - stwierdziłaKrólowa. -Ja w twoim wieku ćwiczyłam ją pół godziny dziennie. Doszłam do takiej wprawy, żezdarzało mi sięuwierzyć aż w sześćniemożliwych rzeczy naraz, i to przed śniadaniem. - LEWISCARROLL, ALICJA POTAMTEJ STRONIELUSTRA,PRZEŁ. JOLANTA KOZAK.

PROLOG: 1996 Swego czasu wierzyłam, że zawsze dostajemy od losudrugą szansę. Bo jak inaczej mogłabym wytłumaczyć fakt,że lata temu,tuż po wypadku - kiedy opadł dym, a samochód przestał koziołkować i wylądował w rowie - wciążżyłam i słyszałam wyraźnie płacz Elizabeth, mojej małejcóreczki? Policjant, który wyciągnął mnie z wraku, pojechałz nami do szpitala,gdzie złożono mi złamaną nogę,i przezcałą drogę trzymał na kolanach Elizabeth, cudownie nawetniedraśniętą. To on ściskał mnie za rękę, kiedymusiałamzidentyfikowaćzwłoki Jacka. Potemprzyszedł na pogrzeb. A także zjawił sięw progu mojego domu, żeby osobiściepoinformować o aresztowaniu kierowcy, który po pijanemuzepchnąłnas z drogi. Ten policjant nazywał sięKurt Nealon. Poprocesie iskazaniusprawcy wypadku zacząłwpadać od czasu do czasu,żeby sprawdzić, jak jai córeczka dajemy sobie radę. PrzyniósłElizabeth zabawki na urodziny, a potem na Boże Narodzenie. Przepchał zatkane rury w łazience. Zajrzał po służbie, żebyskosić sawannę,w jaką zamienił się nasz trawnik. Wyszłam za Jacka, ponieważ wierzyłam, że jest miłościąmojego życia i już na zawsze zostaniemy razem. Ale tobyło,zanimmoja koncepcja "na zawsze" została brutalnie przedefiniowana przez faceta, który miał ponad dwa promilealkoholu we krwi.

Kurt zdawał się rozumieć, że już nikogo nie można pokochaćtak gorąco, jak człowieka, który był pierwszą wielką miłością. I tomnie przyjemnie zaskoczyło. Jednak przeżyłam jeszczewiększezaskoczenie, kiedy odkryłam, że mimo wszystko jesttomożliwe. Pięć lat później zaszłam w ciążę i wówczas ogarnąłmnieniespodziewanysmutek - taki sam jak wtedy, kiedy się stoipod czystym, błękitnym niebem w cudowny letni dzień i naglezdaje sobie sprawę, że najprawdopodobniej już nigdy więcejsię nie przeżyje równie magicznej chwili. Gdyzginął Jack,Elizabeth miała zaledwie dwa lata; Kurt był jedynym ojcem,jakiegoznała. I łączył ich tak szczególny związek, żeniekiedysię czułam przy nich intruzem. Jeżeli Elizabethbyła księżniczką,to Kurt - jej rycerzem wzłocistej zbroi. Perspektywa przyjściana świat małej siostrzyczki (o dziwożadne z nas nie miało wątpliwości, że to będzie dziewczynka)wprowadziła Elizabeth iKurta w stan gorączkowejmobilizacji. Elizabeth prezentowała na wymyślnych rysunkach, jakpowinienwyglądać pokój dla dziecka, Kurtzaśwynajął fachowca, żebyprzeprowadził rozbudowę domu. Pech chciał, że w połowieprac nasz majster musiał w trybie awaryjnym przenieść sięna Florydę, ponieważ jego matka dostała udaru;na domiarzłego żadna z lokalnych ekip budowlanych nie była wstaniewcisnąć nas w swój grafik przed terminemmojego porodu. Tymczasem w ścianie domu ziaławielka dziura, deszcz zalewałpoddasze zpowodu częścioworozmontowanego dachu,podeszwybutów zaczęły namporastać pleśnią. Pewnego dnia - byłam wówczas w siódmym miesiącu ciąży -weszłam do salonu i zobaczyłam Elizabeth bawiącą się w stercieliści, które pomimo zasłony z grubego plastiku nawiał do środkawiatr. Gdy rozważałam, czywybuchnąć płaczem,czy się zabraćdo grabienia dywanu,rozległ się dzwonek do drzwi. Mężczyzna trzymał pod pachą zawinięte w płótno narzędzia,z którymi - co wkrótceodkryłam - nigdy się nierozstawał. Zmierzwione włosysięgały muramion. Ubranie miał nieświeże,pachnące śniegiem - chociaż dopiero zaczęła sięjesień. 10 Tak oto trafił do nas Shay Bourne- przybyłrównie nieoczekiwanie jak ulotka promująca letnifestyn, która wpadado holu w środku zimywraz z powiewemmroźnego wiatru,a człowiekniema pojęcia, gdzie się podziewała przez długiemiesiące. Wysławiał się z trudem: mówił urywkami zdań, mozolnierozsupływał splątanesłowa. -Chciałbym. -zaczął. -Czy pani. czyjest coś. bo.. - Wysiłek zrosił mu czoło potem. - Czy mogę coś dlapanizrobić? -wydukat wchwili, gdy podbiegła Elizabeth. Tak, możesz się natychmiast wynieść, pomyślałam, przymykając drzwi w instynktownym odruchu obrony córki przedintruzem. Tymczasem Elizabeth wsunęłarączkę w moją dłoń i podniosła wzrok namężczyznę. - Tutaj jest mnóstwo do roboty - oznajmiła. Bourne opadłprzed nią na kolana. Słowa, które wcześniej zdawałysię w jego ustach pełne splątanych węzłów, popłynęły niespodziewanie gładko. - Mogę temu zaradzić - odpowiedział.

Kurt do znudzenia powtarzał, że ludzie nie są tacy, za jakichich bierzemy, że każdego trzeba starannie prześwietlić, zanimsię w jakikolwiek sposób z tymkimś zwiąże. Ja natomiastnieodmiennie powtarzałam Kurtowi, że jestzbyt podejrzliwy,skażony mentalnością gliniarza. Ostatecznie wpuściłam godo swojego życia tylko dlatego, że miał serdeczne spojrzenieoraz dobre serce. I nawet on nie mógł kwestionować rezultatów tego posunięcia, prawda? - Jak się pan nazywa? - spytałam. - Shay. Shay Bourne. - A więc proszę się brać do pracy, panie Bourne -odparłam. Itobył początekkońca.

SIEDEM MIESIĘCY PÓŹNIEJ Michael Shay Bourae wyglądał zupełnie inaczej, niż się spodziewałem. Sądziłem, że zobaczę brutalnego osiłka, owielkichłapach,byczym karku i małych, szparkowatych oczach. Ostatecznieto była zbrodnia stulecia: podwójne morderstwo,które wstrząsnęło wszystkimi mieszkańcami stanu - od Nashua po DixvilleNotch; morderstwo wyjątkowo porażające, zważywszy na ofiary: małą dziewczynkę i oficera policji, jej ojczyma. Taka zbrodniakażenam wątpić, czy jesteśmy bezpieczni we własnymdomu,czy ludzie, których znamy, niespodziewanienie zwrócąsiębrutalnie przeciwko nam, i może właśnie dlatego prokuratura stanu New Hampshire wystąpiła o karę śmierci - po razpierwszy od pięćdziesięciu ośmiu lat. Z powodu szaleństwa medialnego zaczęto snuć przypuszczenia, że nie znajdzie się dwunastuprzysięgłych, którzy jużzaocznie nie osądzilitej sprawy, jednak wymiarowi sprawiedliwości udałosię nas zlokalizować. Mnie wyłuskano z zakątkabiblioteki Uniwersytetu Stanu New Hampshire, gdziepilniepisałem pracę licencjacką zmatematyki. Od miesiąca nie miałem porządnego posiłku w ustach, nie oglądałem naoczy żadnejgazety, a więcbyłem idealnym kandydatem na przysięgłegowprocesieShaya Bourne'a zagrożonego karą śmierci. Kiedy pierwszegodnia wprowadzono nas na rozprawęz małegopomieszczenia dlaprzysięgłych -pomieszczenia, 12 w którym po pewnym czasie zacząłem się czuć równie swojskojak w swoimpokoju w akademiku - pomyślałem, że zostaliśmyskierowani do niewłaściwej sali. Siedzący tam oskarżony byłdrobny,wręcz delikatniezbudowany -typ faceta, który w szkolemusiał stanowić wdzięczną pointę rozlicznych dowcipów. Miał na sobietweedową marynarkę, pod którą niemal ginął,a węzeł krawata odchylałmu się prostopadle do kołnierzyka,niczym odpychany magnetyczną siłą. Jego skute dłonie kuliłysię jakmałezwierzątka. Przez całyczas wbijał wzrokwe własnekolana i niepodniósłoczu nawet wtedy, gdy jego nazwisko,wypowiedziane przez sędziego, poniosło się po widowni z sykiem pary uwolnionej z przegrzanej chłodnicy. Gdy sędzia wrazz prawnikami omawiał reguły obowiązujące na jego sali, nad stołem obrony zabrzęczała mucha. Zwróciłem uwagę na ten drobny szczegół z dwóch zasadniczychpowodów: po pierwsze,muchy wmarcu są raczej niezwykłymzjawiskiem w New Hampshire; po drugie, intrygowało mnie,jak można odgonić owada, gdy ma się ręce skutekajdankamiumocowanymi do grubego skórzanego pasa. Shay Bourne wpatrzył się w muchę, która usiadła na leżącym przed nim prawniczym bloku, a potem ze szczękiemmetalu uniósł dłonie igwałtownie opuścił na stół, miażdżącinsekta. A w każdym razie takmi sięzdawałodo chwili, gdyodwróciłręce i pokolei rozwarł palce, spomiędzyktórych wyfrunęłamucha, żeby uprzykrzać życiekomuś innemu na sali. Wtym samymmomencie zerknął na mnie spod okai wówczas uświadomiłem sobie dwie rzeczy: Był przerażony. Miał mniej więcej tyle samo lat coja. Ten podwójny morderca,ten POTWÓR, był łudząco podobny do kapitanadrużyny pitki wodnej, który w zeszłymsemestrze siedział obok mnie naseminarium z ekonomii. Przypominał dostawcę z mojej ulubionej pizzerii, wypiekającejwyjątkowo cienkieplacki. Miał w sobie nawet coś z chłopaka,którego zobaczyłem w drodze do sądu: brnął przez śnieg, więc

13.

się zatrzymałem, opuściłem szybę i zapytałem, czy gdzieś gonie podrzucić. Innymi słowy, Bourne zupełnie niewyglądałjakmorderca z moich wyobrażeń. Był taki sam jak inne dwudziestolatki. Taki samjak ja. Tyle że on siedział kilka metrów ode mnie ze skutymirękami i nogami. A ja miałem zdecydować, czy zasługiwałnadalsze życie. Miesiąc później wiedziałem już doskonale, że prawdziwyprocesnie ma nic wspólnego ze spektaklami, które się oglądaw telewizji, natomiast zasiadanie w ławie przysięgłych wiąże sięprzede wszystkim z ciągłym paradowaniem do i z sali rozpraw; z fatalnym żarciem z pobliskiego baru kanapkowego i ględzeniem prawników z lubościąwsłuchującychsię wewłasny głos,przy czym -wierzcie mi - żaden zprokuratorów ani w przybliżeniu nie przypominałtej seksownej laski z serialu "Prawoi porządek - sekcja specjalna". I nawet po czterechtygodniachtrwaniaprocesu, ilekroć wchodziłem na salęrozpraw, czułemsię tak, jakbym lądował w obcymkrajubez przewodnika. a przecież w tej konkretnej sytuacji nie mogłem się powoływaćna ignorancję turysty. Oczekiwano ode mnie, że z płynnościątubylca będę się posługiwał obowiązującym językiem. Po miesiącuod rozpoczęcia procesu pierwsza część postępowania dobiegła końca - uznaliśmy Bourne'a za winnego zarzucanych mu czynów. Oskarżenie zasypało nas górąmateriału dowodowego, wskazującego, że Kurt Nealon zginął na służbie podczas próby aresztowania Shaya Bourne'a,którego podejrzewał o molestowanie pasierbicy - o czymmogły świadczyć majtki dziewczynki wkieszeni oskarżonego. June Nealonprzeżyła szok: gdy wróciła do domu po wizycieu ginekologa-położnika,jej córeczka była już martwa, a mążwłaśnie umierał. Wątłe argumenty obrony -że Kurt opaczniezrozumiał intencje upośledzonego werbalnie Bourne'a, żebrońwypaliłaprzypadkowo -gasły całkowicie w zestawieniu z liniąoskarżenia opartą na logicznymłańcuchu dowodów. Co gor14 sza, Bourne nie zdecydował się zeznawać w swojej obronie. Być może z powodu trudności w formułowaniu myśli. albodlatego, że był winny jak wszyscy diabli, a na dodatektaknieprzewidywalny, że nie ufał mu nawet własny obrońca. Teraz zbliżaliśmy się do końcadrugiegoetapu postępowania sądowego - fazy wydania wyroku przez ławę, lub innymisłowy fazy odróżniającej ten proces od wszystkich innychprocesów wsprawie o morderstwo,prowadzonychw stanieNew Hampshire od ponad pół wieku. Obecnie musieliśmyrozstrzygnąć zasadniczą kwestię: czy Bourne, którego uznaliśmy za winnego zarzucanych mu czynów,zasługiwał na karęśmierci? Ten etapbył w istocie kondensacją pierwszego. Prokuratorzrekapitulował wymowę przedstawionego materiałudowodowego, anastępnie obrońca dostał szansę wzbudzenialitości dla mordercy. Usłyszeliśmy więc, że przez całedzieciństwo Bourne się tułałpo rozmaitych rodzinach zastępczych; że w wieku szesnastulatwzniecił pożar w domu opiekunów, za co został skazanyna dwa lata poprawczaka. Cierpiał nanigdy nieleczoną chorobędwubiegunową; na zaburzenia percepcjisłuchowej;nietolerancjęna nadmiar bodźców sensorycznych; miałproblemyz formułowaniem myśli; dysgrafię i dyskalkulię. Te fakty jednak poznaliśmy zdrugiej ręki. Itym razemShayBourne nie zajął miejsca dla świadkówi nie poprosiłnas osobiście o litość. Nadszedł czas na mowykońcowe. Prokurator podniósł sięzza stołu, wygładził pasiastykrawat i ruszył w naszą stronę. Zasadniczą różnicą pomiędzystandardowym procesema fazą wydania wyroku przez przysięgłych jest kolejność występowania stron.

Dowiedziałem się tego od Maureen, siedząceju mego boku przeuroczej starszej pani, do której zapałałemmiłością oddanego wnuka. Maureen nie opuściła anijednegoodcinka "Prawa i porządku" i w rezultacie, nie wstając z wygodnego fotela, stalą się wytrawną jurystką. W większościprocesówz oskarżenia publicznego ostatnie słowonależy 15.

do prokuratora, by jego argumenty były wciąż świeże w pamięciprzysięgłych podczas narad nad werdyktem. Wfazie wyrokowania w procesie o przestępstwo zagrożone karą śmierciobrona występowała po prokuratorze, żeby zmiękczyć sercaczłonków ławy. Ostatecznie, była to w dosłownymsensie kwestia życialubśmierci. Oskarżyciel zwrócił się w naszą stronę. - Minęło pięćdziesiąt osiem latod czasu, gdy wstanieNew Hampshire któryś zprzedstawicielimojej profesjiprosiłprzysięgłych o decyzję tak trudną i poważną w skutkach, jakąpaństwo - dwunastu obywateli naszej społeczności - będzieciemusieli wkrótce rozważyć. Podobnej decyzji nikt nie podejmuje z lekkim sercem, jednak fakty przedstawione w tokupostępowania czynią ją zasadną. Tylko w ten sposób możemybowiem dopełnić sprawiedliwości i jednocześnie zadośćuczynićpamięci KurtaNealonaoraz Elizabeth Nealon, którymżyciezostało odebrane w tak odrażających okolicznościach. Chwycił wielkie zdjęcie Elizabeth Nealon i trzymał wprostprzed moimi oczami. Elizabeth byłajedną z tych srebrzystowłosych, cienkonogich dziewczynek, które zdają się utkanez jakiejś eterycznej materii - kiedy patrzysz, jak się bawiąna drabinkach, odnosisz wrażenie, że odfrunętybywdal, gdybynieciężar tenisówek. Ale owa fotografia zostaławykonana tużpo śmierci Elizabeth. Jejtwarz i włosy były splamione krwią,oczy miałaszeroko rozwarte. Ponieważw chwiliupadku jejspódniczka podjechała do góry, widać było, żedziewczynkaod pasa w dółjest naga. - Elizabeth Nealon nigdy się nie nauczy złożonych działańmatematycznych ani jazdy konnej czystania na rękach. Nigdynie pojedziena wakacyjny obóz, nie pójdzie na bal maturalny,nie odbierze dyplomu. Nigdy nie włoży butów na wysokichobcasach, nie zazna smaku pierwszego miłosnego pocałunku; nie będziekroczyć ślubną nawą u boku ojczyma; nie poznaswojej siostrzyczki, Claire. Nie doświadczy tych niezwykłychchwil ani teżtysiąca innych -i bynajmniej nie z powodu tra16 gicznego wypadku czynieuleczalnej choroby- ale ponieważShayBourne zdecydował,żena to nie zasłużyła. Zza zdjęcia Elizabeth prokurator wysunął kolejną fotografię. Kurt Nealon został postrzelony w brzuch. Na błękitnymmundurze widniała olbrzymia plama krwi -jego i Elizabeth. W trakcie procesu dowiedzieliśmy się, żegdy ratownicy przybyli na miejsce, Kurt nie chciał puścić dziewczynki, chociażwykrwawiał się na śmierć. -Shay Bourne nie poprzestał na pozbawieniu życia Elizabeth. Zamordował także Kurta Nealona. A czyniąc to, nietylkoodebrał Claire ojca, a June męża - ale również pozbawiłmiasto Lynley doskonałego oficera policji i inicjatoraakcjiBezpieczny Rower w lokalnej szkole podstawowej, a hrabstwoGrafion - trenera mistrzowskiej drużyny Małej Ligi Baseballowej. Shay Bourne zastrzelił funkcjonariusza publicznego,któryw chwili śmierci nie tylko chroniłswój ą pasierbicę. leczprzede wszystkim występował w rolistróża bezpieczeństwacałejspołeczności. Prokurator odłożył zdjęcia na stół. - Panie i panowie,nie bez przyczyny od pięćdziesięciu ośmiulat w New Hampshire nie żądano kary śmierci. Chociaż przezte ponad pół wieku prowadziliśmy postępowania w sprawiewielu zbrodni, żadnanie zasługiwała na taksurowy wyrok. Niemniej, istnieją powody,dla których obywatele naszegostanu nie poszli w kierunku pełnej abolicji, jak w niektórychinnych stanach, lecz zachowali w kodeksie karę śmierci. I jeden ztych powodów siedzi dzisiaj przed wami.

Powędrowałem wzrokiemza spojrzeniem prokuratora,które się zatrzymało naShayu Bournie. - Jeżeli w ciągu pięćdziesięciu ośmiu lat jakakolwiekzbrodnia zasługiwała nanajwyższy wymiar kary -podjąłoskarżyciel -to właśnie tapopełniona przez siedzącego tutaj człowieka. College jest niczym bańka mydlana. Wpadasz w jej środek na cztery lata i w ferworze ostatecznych terminów, pi17.

semnych prac, egzaminów semestralnych i zawodów w piciupiwa zapominasz, że istnieje jeszcze inny świat. Nie czytaszgazet tylko podręczniki. Nieoglądasz wiadomości - tylkotalk-show Lettermana. Mimo to, niekiedy jakieśfragmentyzewnętrznej rzeczywistości wnikają dotejenklawy beztroski: słyszysz o matce, która zamknęła swoje potomstwo w samochodzie, a potem zepchnęłasamochód do jeziora, żeby siępociechy potopiły; o porzuconym mężu, który zastrzelił żonęna oczach dzieci; o seryjnym gwałcicielu, który przez miesiącmaltretował w piwnicy nastolatkę, zanim w końcu poderżnąłjej gardło. Morderstwo popełnione na Kurciei ElizabethNealon było straszne- ale czy te inne były mniej okrutnelub odrażające? Po chwili podniósł sięobrońca Shaya Bourne'a. - Uznaliście państwo mojego klientaza winnego podwójnego zabójstwa pierwszego stopnia. Przyjmujemyten werdyktz pokorą. Nie zamierzamygo kwestionować. Teraz jednakoskarżenie żąda od was, byście zamknęli tę sprawę - sprawędotyczącą utraty życia przez dwoje ludzi - odebraniem życiajeszcze jednemu człowiekowi. Po plecach spłynęła mi strużka lodowatego potu. - Egzekucja Shaya Bourne'a niewpłynie na poprawę bezpieczeństwa publicznego. Jeżeli pozostawicie go przy życiu,oni tak nie będzie stanowił dla nikogo zagrożenia. Czeka gobowiem podwójne dożywocie bezprawa doprzedterminowegozwolnienia. - Adwokat położył dłonie na ramionachswojego klienta. -Wiecie, jak wyglądało dzieciństwo ShayaBourne'a. Gdzie miał zdobyć tę wiedzę, którąwy wynieśliściez rodzinnego domu? Gdziemiał się nauczyć, jak odróżniaćdobro od zła, prawo od bezprawia? A gdy jużo tym mowa,gdzie miał się nauczyć, jak poprawnie pisać czy rachować? Czy jemu ktokolwiek czytałbajkido łóżka, takjak rodziceElizabethNealon czytali swojej córce? Adwokat stanął naprzeciwko nas. - Dowiedzieliście się państwo, żeShay Bourne cierpina nieleczoną chorobę dwubiegunową. Że miał trudności 18 z nauką na elementarnym poziomie, stąd zadania, któredlanas są banalnie proste, u niego wywołują kolosalną frustrację. Usłyszeliście, jak trudno mu się komunikować zeświatemzewnętrznym, werbalizowaćswoje doznania i myśli. Te wszystkie czynniki sprawiły,że Shay dokonywał w życiu fatalnychwyborów -jak samipaństwo przyznaliście,uznając go za winnego zarzucanych czynów. - Obrońca spojrzał każdemu z nasuważnie w oczy. -Tak jest- podjął. - Shay Bourne dokonywałnajgorszych możliwych wyborów. Proszęjednak,żebyściepaństwo nie szli w jegoślady.

Teraz wszystko zależało od przysięgłych. Już po raz drugiw moimżyciu. Dziwne to uczucie,gdy sprawiedliwość zostaje oddanaw ręce dwunastu obcych ludzi. Przezniemal całą drugą fazęprocesu pilnie obserwowałam ich twarze. Znajdowało sięwśród nich kilka matek - podchwytywałam wzrok tych kobietiuśmiechałam się do nich, ilekroć miałam ku temu okazję. Niektórzy zmężczyzn wyglądali na emerytowanych wojskowych. I był tamteż jeden chłopiec, który sprawiał wrażenie zbytmłodego,by zacząć się golić, nie wspominając jużo zdolnoścido podejmowania słusznych decyzji. Jakżepragnęłam usiąść i porozmawiać z każdym z nichzosobna. Pokazać im liścik, który Kurt do mnie napisałpo naszej pierwszej oficjalnej randce. Dać do potrzymaniamiękką,bawełnianą czapeczkę, w której nowo narodzoną Elizabethprzywiozłam ze szpitala do domu. Puścićzapowiedź nagranąna automatycznej sekretarce przez mojego męża icóreczkę - wiadomość,której nie miałam serca skasować, mimoże ilekroć jej słuchałam, zwijałam się z bólu. Pragnęłam ichoprowadzić po naszym domu,pokazać pokój Elizabeth,jejkostiumy na Halloween i bale przebierańców; chciałam, żebywtulilitwarz w poduszkę Kurta,zachłysnęli sięjego zapachem. Żeby przezchwilę mogli pożyć moim życiem, bo tylko wtedyzdołaliby pojąć, conaprawdę straciłam. W środku nocy poowym dniu, gdy strony wygłosiły mowykońcowe, zaczęłam karmić piersią Claire, a potem zasnęłam 20 z maleństwem w ramionach. Śniło mi się,że moja maleńka córeczka leży na piętrze, daleko ode mnie, i rozdzierająco płacze. Weszłam po schodach na górę iskierowałam się do pokojudziecinnego,wciąż pachnącego świeżym drewnem ifarbami. Otworzyłamdrzwi i wykrzyknęłam "Już jestem". Ale kiedyprzekroczyłam próg, okazało się, że pokój nigdy nie zostałzbudowany, ja nie urodziłam żadnego dziecka i spadamgwałtownie w czarnąotchłań.

Michael Tylko pewien typ ludzi zasiada w ławie przysięgłych podczas tego typu procesów. Matki z maluchami wymagającymiopieki,księgowi, których gonią nieprzekraczalne terminy, czylekarze jeżdżący z konferencji na konferencję są automatycznie wyłączani ze składu. Pozostają emeryci, niepełnosprawni,kury domowe, których dzieci już dorosły, oraz studenci tacyjakj a, ponieważ żadne z nas nie musi sięznajdować w jakimśszczególnym miejscu w ściśle określonym czasie. Ted, przewodniczącynaszej ławy, był starszym panem,którynieodparcieprzywodził mi na myśl dziadka. Niedlatego,że wysławiał się czy wyglądał jak on, ale ponieważ miał darwzbudzania wnas wszystkich dobrze pojętej ambicji. Mójdziadek też się odznaczał tącechą -w jegoobecności chciatosię wypaść jak najlepiejnie dlatego, że tego wymagał, aledlatego,że nie było nic wspanialszego od uśmiechu, jakimmnie obdarzał, gdyzdołałem go zadowolić. To z powodumojego dziadka zostałem członkiem ławyprzysięgłych. Chociaż nigdy osobiście nie zetknąłem sięz morderstwem, wiedziałem, jakie są konsekwencje utratybliskiej osoby. Przejście przez żałobę jestbolesnym procesem- ponieważ go doświadczyłem, rozumiałem June Nealono wiele lepiej, niżby się mogło jej wydawać. Minionej zimy,cztery lata po śmierci dziadka,ktoś się włamał do mojego pokoju w akademiku i ukradł komputer, rower orazjedyne zdjęcie przedstawiające mnie razem z dziadkiem. Złodziej zostawił ramkę zesrebra, aleona sama w sobie 22 nie miała dla mnie żadnej wartości - to utrata fotografiibolała najbardziej. Tedpoczekał, aż Maureen przeciągnie szminką poustach,Jack skorzysta z toalety,a reszta z naszajmie miejsca zastołemi ochłonie na tyle,by działać jako jednokolegialne ciało. - No, dobrze- zagaił w końcu, rozkładając dłonie płaskonablacie stołu. - Chyba czas, byśmysię zabrali do pracy. W tym momencieodkryliśmy bolesną prawdę: o wielełatwiejpowiedzieć, że ktoś swoim postępkiem zasłużył na śmierć, niżosobiście podjąć odpowiedzialność za pozbawienie drugiegoczłowieka życia. -Nie będę owijała w bawełnę i powiem to prosto z mostu- westchnęłaVy. - Zupełnie nie rozumiem, czego właściwiesędzia od nas oczekuje. Napoczątku drugiej fazy procesusędzia niemal przezgodzinę udzielał nam pouczeń. Sądziłem,że najważniejszepunkty jegoinstrukcji otrzymamydodatkowona piśmie, jednak się przeliczyłem. - Mogę to wyjaśnić - oświadczyłem. - To trochę takjak w wypadku menu z chińskiej restauracji. Jestcała listaczynników, które się składają na zbrodnię karalną śmiercią. Ogólnie rzecz ujmując, musimy stwierdzić, czy wgrę wchodziczynnik z kolumny A, a potem jeden lub więcejz kolumnyB. i gdy tak się stanie,możemy wydać wyrok śmierci. Jeżeliznajdziemy odpowiadający przestępstwu czynnik z kolumnyA, lecz żadnego z kolumny B, wówczas sędzia automatycznie orzeknie dożywocie bez prawado przedterminowegozwolnienia. - Nie mam pojęcia, co się znajduje w kolumnie A i B -przyznała Maureen. -Osobiście nie znoszęchińszczyzny - dorzucił Mark. Stanąłem przedbiałą tablicą i chwyciłem ścieralny flamaster. KOLUMNAA, napisałem. INTENCJE - Przede wszystkim musimy zdecydować, czy Bourne zamie23.

rżał zabić każdą z ofiar. - Zwróciłem sięw stronę audytorium. - Moim zdaniem nato pytanie już odpowiedzieliśmy twierdząco, gdy uznaliśmy go za winnego stawianych zarzutów. KOLUMNA B. - Terazsprawa się komplikuje. Na tej liście jest wieleczynników. Zacząłem odczytywaćswoje notatki, pospiesznie skreślone podczas wykładu sędziego. Oskarżony już wcześniej został skazany za zabójstwo. Oskarżonybył uprzednio sądzonyza co najmniej dwaprzestępstwa i skazany na ponad rok więzienia - regułatrzeciego przewinienia. Oskarżony byf co najmniej dwukrotnie karany za handelnarkotykami. Dopuszczając sięzabójstwapierwszego stopnia, oskarżonynaraził na niebezpieczeństwo utraty życiajeszcze inneosoby poza ofiarami. Oskarżony działał z premedytacją, zgodnie z wcześniejopracowanymplanem. Ofiara miała ograniczone możliwość obronyzewzględuna młody lub podeszły wiek czy chorobę. Oskarżony dopuścił się zbrodni ze szczególnym okrucieństwem lub w celu zaspokojenia dewiacji. Zbrodnię popełniono w celu uniknięcia aresztowania. Ted pilnie wpatrywał się wtablicę, naktórej zapisywałem wszystko,co byłem w stanie sobie przypomniećz sędziowskich wywodów. - Awięc jeżeli uznamy, że w wypadku naszej sprawyw grę wchodzi jakiś punkt z kolumny A oraz jakiś punktz kolumny B, musimy go skazać na śmierć? -Nie - odparłem. - Ponieważ mamy jeszcze kolumnę C. OKOLICZNOŚCI ŁAGODZĄCE, napisałem. - Na podstawie tej listy będziemy analizować argumentyprzedstawione przez obronę. 24 Oskarżony miałograniczoną zdolność odróżniania dobra od zła. Oskarżonydziałał w sytuacji przymusu. Oskarżony zostałuznany za winnego jedynie pomocnictwadozbrodni popełnionej przez osobętrzecią. Mimo że pełnoletni, oskarżony jest wciąż młody wiekiem. Oskarżony nie popełnił w przeszłości żadnych poważnychprzestępstw. Oskarżonydopuścił się zbrodni na skutek silnych zaburzeńl emocjonalnych lub psychicznych. Inny oskarżony nie został skazany na śmierć za podobnązbrodnię. Ofiara wyraziła zgodę na działanie oskarżonego, na skutekktórego poniosła śmierć. Istnieję inne czynniki wynikłe z przebiegu życia oskarżonego, które możnauznać za okoliczności łagodzące. Pod trzema kolumnami wypisałemwołowymi literami: (A + B) - C = WYROK Marilynw desperacji rozłożyła ramiona. - Byłam w stanie pomagać synowi w matematyce jedyniedo szóstej klasy podstawówki. -To w gruncie rzeczy bardzo proste - zapewniłem. -Musimy uznać, że Bourne zamierzał zabić ofiary w chwili,gdy podniósł broń. To czynnik z kolumny A. Potem musimysprawdzić, czy któryś z punktów zawartych w kolumnie B,dodatkowo obciążających sprawcę, ma zastosowanie w naszejsprawie. Na przykład bardzo młody wiek ofiary - to dotyczyElizabeth, prawda? Wszyscy siedzący wokół stołu pokiwaligłowami.

- Kiedyjuż znaleźliśmyczynniki z kolumny A i B, musimyrozważyć okoliczności łagodzące, takie jak choroba psychicznaczypobyty w rodzinach zastępczych. To w istocie prosta matematyka. Jeżeli A + Bjest większe od C, skazujemy oskarżonegona śmierć. JeżeliA + B nie przeważaargumentów obrony, 25.

wówczas nie wydajemy takiego wyroku. - Zakreśliłem wypisanąprzezsiebie matematyczną formułkę. -Musimy sprawdzić,jak się mają dosiebie składniki równania. Ujęty w takich kategoriach, proces decyzyjny stawał sięodpersonalizowany. To jedynie ustalenie wartości zmiennychi wykonanieprostego matematycznego działania. Nasze zadanie, ujętew takich kategoriach, zdawało się dużołatwiejszedo przeprowadzenia. GODZINA 13:12 - To jasne, że Bourne wszystko zaplanował - oznajmiłJack. - Zgłosił siędo tej pracy, żeby być bliskodziewczynki. Starannie wybrałrodzinę Nealonówi sprytnie się wkręciłdo ich domu. - Już skończył pracę owego dnia -dorzucił Jim. - Gdybynie miał złych intencji, po co bywracał? - Po swoje narzędzia -odparła Maureen. - Zapomniałje zabrać, a dla niego miały wyjątkową wartość. Pamiętacie,copowiedziałpsychiatra? Bourne powykradał je ludziomz garaży, ponieważ onich potrzebował, a u właścicieli - w jegomniemaniu - tylko leżały bezużytecznie i porastały kurzem. - Może owego dnia celowo je zostawił -zasugerował Ted. -Jeżeli rzeczywiście były dla niego tak cenne, jak mógł o nichbeztrosko zapomnieć? Powyższe sugestie padały na podatnygrunt. - Czy wszyscy sięzgadzają, że sprawca działał planowo iz premedytacją? - podjął Ted. -Sprawdźmy to w głosowaniu. Połowa zgromadzonych, mnie nie wyłączając, podniosłaręce. Reszta powoli też się przyłączyła. Ostatnia podjęła decyzję Maureen, gdy jejdłoń pojawiła się w górze, zakreśliłemczynnik premedytacjinatablicy. - Więc uznaliśmy za zasadne dwa punktyz kolumny B -podsumowałTed. -A taka propos słonia. -odezwał się Jack - gdzie jestnasz lunch? Czy już nie czas,bygo przynieśli? 26 Czy ten facet naprawdęmógł myśleć teraz o żarciu - o menubaru kanapkowego, gdy właśnie zapadała decyzja o życiu lubśmierci drugiegoczłowieka? Marilynwestchnęła głośno. - Moim zdaniem powinniśmy wziąć pod uwagęfakt,żetabiedna dziewczynka została znaleziona bez majtek. -Uważam, że nie wolno namtego robić- sprzeciwiła sięMaureen. - Pamiętacie, gdy debatowaliśmy nadwerdyktem,zapytaliśmy sędziego oewentualne molestowanieElizabeth? Powiedział, żeskoro oskarżonemu nie postawiono takiegozarzutu, niemożemy go brać pod uwagę. Jeżeli wówczas niemogliśmy, nie możemy i teraz. - Terazsytuacjasię zmieniła - odezwała się Vy. - Bournejuż zostałuznany zawinnego. - On chciałzgwałcić tę małą dziewczynkę - zawyrokowałaMarilyn. - Dla mnie to okrutnei dewiacyjne. - Nie ma żadnych dowodów, że zamierzał coś podobnegozrobić - zaprotestował Mark. Marilyn sarkastycznie uniosła brew. - Halo? Elizabeth była bez majtek. Siedmiolatki nie biegają po domu z gołą pupą.

Na dodatek jej majtki znalezionow kieszeni Bourne'a. dlaczego niby się tamznalazły? -A czy toma jakiekolwiek znaczenie? Już uznaliśmy,że ze względu na wiek Elizabeth była szczególnie bezbronna. Nie musimy się doszukiwać kolejnych czynników z kolumnyB. - Maureenzmarszczyła czoło. -Mam mętlik w głowie. Alison, żonalekarza, która była dość milczącapodczaspoprzednichobrad, spojrzała znacząco na Maureen. - Kiedyja zaczynam się gubić, przypominam sobie zeznaniatego policjanta, który mówił, żejakbiegł na górę po schodach,słyszał krzyk dziewczynki. "Nie strzelaj! " - błagała. Błagałao życie. To sprowadza wszystkona właściwe tory, prawda? Wokół stołu zapadła cisza i w końcu Tedzdecydował,że przeprowadzi głosowanie rozstrzygające o egzekucji ShayaBourne'a. - Nie- zaprotestowałem. - Pozostała nam jeszcze jedna 27.

składowa równania. - Wskazałem na kolumnę C. -Musimyprzedyskutować argumenty obrony. - Jedyną rzeczą, o której teraz mogę dyskutować, jestlunch - wtrącił Jack. Ted przeprowadził głosowanie. Wynik - 8:4. Znalazłem się w mniejszości. GODZINA 15:06 Powiodłem wzrokiem po zgromadzonych. Tym razemdziewięćosób uniosło ręce w górę. Tylko ja, Maureen i Vygłosowaliśmyprzeciwko egzekucji. - Co was powstrzymuje od podjęcia decyzji? - zatroskałsię Ted. - Wek Bourne'a -odparła Vy. - Mój syn madwadzieścia czterylata, niewiele więcej niż oskarżony. I wciążzdarza mu się podejmowaćfatalne decyzje. Jeszcze do niektórych rzeczy me dorósł. Jack zwrócił się w moją stronę. - Jesteś rówieśnikiem Bourne'a. Co zamierzasz robićwżyciu? Policzki zaczęły palić mnie od wypieków. -Najprawdopodobniej. hmm. pójdę na studia magisterskie. Chociaż jeszczenie podjąłem ostatecznej decyzji. - Ale nikogo do tejpory nie zabiłeś, prawda? Jack poderwał się zza stołu. - Zróbmy przerwę na siusiu - zasugerował. Wszyscy ochoczo pochwyciliśmy okazję do chwili wytchnienia. Ja rzuciłem flamaster na stół i podszedłem doparapetu. Na stojącychprzed gmachemławkachrozsiedli się pracownicysądu ze swoimi lunchami. Chmury płynące po niebie raz po razzahaczałyo artretyczne palce drzew. W bocznej uliczcestafytelewizyjne vany z antenami satelitarnymina dachu, wyczekującena naszą decyzję, by jak najszybciej obwieścić ją światu. Nieopodal okna siedział Jim pogrążony wlekturze Biblii,która była jego nieodłącznym atrybutem. - Jesteś religijny? - zapytał. 28 - Dawno temu chodziłem na zajęcia szkółki niedzielnej. -Odwróciłemsię w jegostronę. - Czy przypadkiem w tej księdzenie ma mowy o nadstawianiu drugiego policzka? Jim ściągnął usta,poczymodczytał: - "Jeśli tedy prawe oko twoje gorszy cię, wytup je i odrzućod siebie, albowiem będzie pożyteczniej dlaciebie,że zginiejeden z członkówtwoich, niż żeby całe ciało twoje miało pójśćdo piekła". Kiedy jedno jabłkozacznie toczyć zgnilizna, niedopuścisz, byzaraziłocały zbiór, prawda? - WyciągnąłBiblięw moją stronę. -Sam zobacz. Przebiegłem wzrokiem zacytowany werset, po czym zamknąłem Pismo. Moja znajomość ewangelii ani wprzybliżeniu niemogła się równać z wiedzą Jima, pomyślałem

jednak, że Jezuschętnie by odwołał te słowa w chwili, gdy sam został skazanyna śmierć. I jeżeli znalazłby się znamiw tej sali obrad, miałby takie sametrudnościz podjęciem decyzji jak ja. GODZINA 16:02 Ted zarządził, bym na tablicy wypisał dwa słowa ZA i PRZECIW. Potem każde znas pytał o stanowisko,a janotowałemimiona przysięgłych w odpowiedniej kolumnie. -Jim? - Za. -Alison? -Za. - Marilyn? -Za. - Vy? -Przeciw. Zawahałem się, poczym umieściłem swojeimię pod imieniem Vy. - Wszystkie cytaty z ewangelii kanonicznych (zwanych również synoptycznymi) oraz ze Starego Testamentu za Biblią Brytyjskiego iZagranicznegoTowarzystwaBiblijnego; cytaty z Ewangeliiśw. Tomasza napodstawieprzekładu księdza Wincentego Myszora (przyp. tłum. ). 29.

- Zgodziliście się głosować za karą śmierci w razie konieczności - zauważył wojowniczo Mark. - Każdego z nas podczaswyborulawy pytano, czy bylibyśmy w stanie to zrobić. - Pamiętam. Rzeczywiście, stwierdziłem, że zgodzę się na egzekucję,jeżeli zbrodnia będzie wymagałatak surowej kary. Ale wówczasnie zdawałem sobiesprawy,jak trudno takie zobowiązaniewprowadzić w czyn. Vy schowała twarz w dłoniach. - Kiedy mojemu synowi zdarzało się uderzyć młodszegobrata, nie spuszczałam mu lania, mówiąc jednocześnie "Niewolno na nikogo podnosić ręki". Uważałam, że takie zachowaniebyłoby szczytem hipokryzji. To samo czuję w tej chwili. - Vy - odezwała się cichym głosem Marilyn - agdyby twojesiedmioletnie dzieckozostałozamordowane? - Zpudła pełnegomateriałów dowodowych wyciągnęła to samo zdjęcie ElizabethNealon, które prokurator prezentował podczas mowykońcowej. Położyła je przed Vy, pogładziła błyszczący papier. Po chwili Vy wstała ciężko z krzesła, podeszła do tablicyi wyjęłami flamaster z ręki. Wymazałaswoje imięz kolumnyPRZECIW iwpisała je pod imionami pozostałych dziesięciuprzysięgłych głosujących za egzekucją. - Michaelu - rozległsię głos Teda. Poczułem, żezasycha mi w gardle. - Jakich jeszcze potrzebujesz argumentów? Które zdowodów chciałbyś po raz kolejny obejrzeć? Powiedz, pomożemyci je znaleźć. - Sięgnął do pudła,w którym znajdowały siępociski i ekspertyzy balistyczne, zakrwawione ubrania, raportyz autopsji. Przesypałmiędzy palcami zdjęcia z miejsca zbrodni - na kilku z nich spod krwi nie widać byłoofiar. -Michaelu,odwołajsię do matematyki - powiedział Ted. - Porównaj składowe równania. Odwróciłemsię w stronę tablicy, ponieważ nie mogłemznieść żaru skupionych namnie spojrzeń. Obok kolumnyimion widniała formuła, którą wypisałem, gdyrozpoczęliśmynasze rozważania. 30 (A + B) - C = WYROK Matematyka zawsze dawała mipoczucie bezpieczeństwa- to właśnie lubiłem w niej najbardziej. Pozwalałaznaleźćwłaściwe rozwiązanie, choćby tylkow sferze abstrakcji. Ale nie w tym konkretnym przypadku. Bojakkolwiekpatrzeć, A + B - czynniki, któredoprowadziły do śmierci Kurtai Elizabeth Nealon - będą zawszeprzeważać C. Nikt i nic nieprzywróci już ofiar do życia i żaden, choćby najbardziej chwytający zaserce argumentobrony, nie mógłtego zmienić. ZA albo PRZECIW to ludzkie być albo nie być. Różnicamiędzy nowądrogą a tą, którąsię porzuca. Przepaśćpomiędzy tym, kimsię miało szansę stać, a tym, kimsię jestw rzeczywistości. Przestrzeń na kłamstwa, którymi się będziekarmić w przyszłości. Wymazałem swoje imię z tablicy. A potem chwyciłemflamaster, zapisałem je w sąsiedniej kolumnie i w ten sposóbzostałem dwunastym, ostatnimprzysięgłym, który skazał ShayaBourne'a na śmierć.

Gdyby Bóg nie istniał, należałoby go wymyślić. - YOLTAIRE, ZA l PRZECW.

JEDENAŚCIE LAT PÓŹNIEJ Lucius Nie mam pojęcia, gdzie trzymali Shaya Bourne'a, zanimgo do nas przenieśli. Choć naturalniewiedziałem, że zostałosadzony wtym więzieniu -stanowym więzieniu w Concord. Oglądałem wiadomości w dniu, gdy go skazali, i bacznie śledziłem na ekranie elementy zewnętrznego świata, które jużpowoli blakły w mojej pamięci: szorstki kamienny mur więzienia,złotą kopułę Kapitelu stanowego, nawet fakturę rozmaitychdrzwi niewykonanych z metalowej siatki i metalowych płyt. PrzypadekShaya był wowym czasie przedmiotem długiejdyskusji na naszym oddziale - gdzie będą trzymać więźniaskazanego na śmierć wstanie, w którym od wiekównikt nieusłyszał takiego wyroku? Plotka głosiła, żebyło tu kilkacel dla kaesów i to niedalekomojego skromnego lokum w bloku I oddziału o zaostrzonymnadzorze. CrashVitale - który zawsze miał wieledo powiedzenia na każdy temat, chociażrzadkokomukolwiek chciałosię go słuchać - utrzymywał, że w dawnych celach śmierciskładowano cienkie, powleczone plastikiem prostokąty pianki,które tutaj uchodziły za materace. Przez jakiśczas nawet sięzastanawiałem,co zrobili ztymi nadliczbowymi materacami Żargonowe określenie skazanego na śmierć w czasach, gdyw Polsce kodeks przewidywał jeszcze ten najwyższy wymiar kary. Od liter KS,którymi oznakowanebyły drelichy więźniów osadzonychw celach śmierci(przyp. tłum. ). 35.

po przetransportowaniu Shaya do więzienia. Jedno było pewne - nam niktichnie zaoferował. Przeprowadzka z celi doceli to więzienna rutyna. Władzenie chcą, żeby osadzenimieli poczucie stabilizacji. W ciągupiętnastu lat, które tu spędziłem, przenoszono mnie aż osiemrazy. Wszystkie cele, naturalnie,wyglądają tak samo. Jedynąróżnicą jest to, kto siedzi obok- i może dlatego perspektywapojawienia się Bourne'a zelektryzowała każdego z nas. Choć na swój sposóbto samo w sobiebyło jużniezwykłe. Trudno znaleźć bowiemsześciuradykalniej różniących sięod siebie ludzi niż nasza szóstka osadzonych w bloku I. A więcfakt, że jeden człowiek wzbudziłciekawość wszystkich bezwyjątku, niemal graniczył z cudem. Celę numer lzajmował Joey Kunz, pedofil egzystującyna samymdnie więziennej hierarchii. Celę 2 - Calloway Reece,dumny posiadacz karty członkowskiej Bractwa Aryjskiego. Cela 3 toja, Lucius DuFresne. Cele 4 i 5 były puste, wiedzieliśmy więc, że nowy zajmie jedną z nich, pytanie tylko którą- tę bliżej mnie czy trzech pozostałych osadzonych: TexasaWridella, Pogiego Simmonsa i Crasha Vitale - samozwańczegoprzywódcy bloku I. Gdy Shay Bourne został wprowadzony przez sześciu funkcjonariuszy ubranych w kamizelkiprzeciwodłamkowe i hełmyz osłonami na twarz, wszyscy podeszliśmy do drzwiswoich cel. Eskorta wraz z więźniem minęła pomieszczenie prysznicowe,celę Joeya oraz Callowaya i przystanęła dokładnie naprzeciwko mnie, więcmogłem się dobrze przyjrzeć Bourne'owi. Był niewysoki i drobny,o brązowych, ściętychkrótko włosachi oczach koloru Morza Karaibskiego. Doskonale zapamiętałemtę barwę, ponieważ właśnie na Karaibach spędziłem swojeostatnie wakacje zAdamem. Cieszyłemsię, że ja nie mamtakich oczu. Nie chciałbym, żebykażde spojrzenie w lustroprzypominało mi omiejscu, którego już nigdy nie zobaczę. Nagle Shay Bourne zwróciłna mnie wzrok. Może to dobry moment, żeby opisać, jak wyglądam. Z powodu mojej twarzy strażnicy nigdynie patrzą mi w oczy; z tej 36 samej przyczynywiększość czasu spędzam ukryty w głębiceli. Od czoła po brodę jestemupstrzony purpurowymi, łuszczącymisięwrzodami. Na ich widok większość ludzi odruchowo siękrzywi. Nawet ci o gołębim sercu jakten osiemdziesięcioletnimisjonarz, który co miesiąc przynosi nam pisemka religijne: za każdymrazem, gdyna mnie patrzy, wytrzeszcza oczy, mimowolniedając do zrozumienia, że wyglądam dużogorzej,niż zapamiętał. Tymczasem Shayobrzucił mnie neutralnymspojrzeniem iskinął głową na powitanie, jakbym wniczymsięnie różnił od zwykłych śmiertelników. Drzwi sąsiedniej celi zamknęły się z trzaskiem, następnierozległsięszczęk metalu, gdyShay wysunął ręce przez wąskiotwór, żeby zdjęto mukajdanki. Chwilę później funkcjonariuszeopuścili nasz blok, a wówczas do akcji wkroczył Crash. - Hej, Kaes! -wrzasnął. Shay Bourne niezareagował. - Ej, ty, jak Crash do ciebie mówi, masz odpowiadać. -Odczep się od niego -westchnąłem ciężko.