wotson

  • Dokumenty43 372
  • Odsłony1 889 677
  • Obserwuję1 317
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 282 330

Jodi Picoult - Zagubiona przeszłość

Dodano: 2 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 2 lata temu
Rozmiar :2.3 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
J

Jodi Picoult - Zagubiona przeszłość.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion J Jodi Picoult
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 2 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 15 osób, 22 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 427 stron)

Jodi Picoult Zagubiona przeszłość PrzełoŜył Michał Juszkiewicz

Tytuł oryginału VANISHING ACTS Copyright © 2005 by Jodi Picoult All Rights Reserved Originally published by Atria Books, an Imprint of Simon & Schuster, Inc. Projekt okładki Mirosław Adamczyk Redakcja Magdalena Koziej Redakcja techniczna Małgorzata Kozub Korekta Mariola Będkowska Łamanie Aneta Osipiak ISBN 83-7469-249-9 Wydawca Prószyński i S-ka SA 02-651 Warszawa, ul. GaraŜowa 7 Druk i oprawa OPOLGRAF Spółka Akcyjna 45-085 Opole, ul. Niedziałkowskiego 8-12

KsiąŜkę tę dedykuję Katie Desmond, która w dniu mojego ślubu karmiła mnie markizami na śniadanie, która potrafi docenić fason obuwia z niebieskiego zamszu i wie dokładnie, ilu ludzi znalazło śmierć tamtej pierwszej nocy na „Queen Elisabeth II”. Co jakiś czas człowiekowi zdarza się wyciągnąć szczęśliwy los, jakim jest wspaniały, niezapomniany przyjaciel. Ty jesteś dla mnie właśnie kimś takim.

JakieŜ inne słowa, moŜna by zapytać, godne są tego, aby je pa- miętano i powtarzano, jeśli nie te wypowiedziane z natchnienia miło- ści? JuŜ samo to, Ŝe padły, moŜna nazwać cudem. Słów tych jest niewiele i naleŜą one do rzadkości, lecz powracają wiecznie niczym melodia poddawana nieustannej obróbce w ludzkiej pamięci. Inne zaś słowa kruszą się i odpadają wraz ze sztukaterią kryjącą pod sobą serce. Tamtych słów cudownych nie powinniśmy juŜ powtarzać na głos. Nie mamy prawa wysłuchiwać ich, kiedy tylko dusza zapra- gnie. Henry David Thoreau, Tydzień nad rzekami Concord i Merrimack, 1849

Podziękowania Jak zwykle, nie pracowałam sama. Wdzięczność naleŜy się w pierwszym rzędzie sierŜant Janice Mallaburn z biura szeryfa okręgu Maricopa, wulkanowi energii, która nie miała jednak pojęcia, na co się godzi, ofiarowując mi pomoc, gdy zjawiłam się z wizytą w aresz- cie na Madison Street; ona pierwsza (i jedyna) spośród wszystkich moich światłych ekspertów nazwała mnie „nałogowcem”. Dziękuję prawniczym specjalistom w róŜnych dziedzinach prawa: Chrisowi oraz Kiki Keatingom, Allegrze Lubano, Kevinowi Baggsowi (oraz Jean Arnett), Davidowi Bashowi, Jen Sternick, detektyw Claire De- marais, komendantowi Nickowi Giaccone oraz kapitanowi Frankowi Moranowi. Specjalne podziękowanie naleŜy się sędzinie Jennifer Sobel, która zabrała mnie na jeden dzień do aresztu - nawet jeśli zrobiła to wyłącznie po to, aby ktoś zechciał później uwierzyć w te niesamowite historie, które stamtąd przyniosłam. Dzięki policjantom z oddziałów poszukiwawczych: Mattowi Zarelli z Rhode Island i Jamesowi Steinmetzowi z New Hampshire (oraz jego podopiecznym, Maggie i Grecie) zrozumiałam, dlaczego psy-tropiciele to takie wspaniałe zwierzęta. Dziękuję lekarzom, szczególnie psychiatrom, za informacje dotyczące ukąszeń przez skorpiona, tracheotomii, hi- sterektomii oraz stłumionych wspomnień; wyrazy mojej wdzięczno- ści niech zechcą przyjąć Doug Fagen, Jan Scheiner, Ralph Cahaly, David Toub, Roland Eavey i Jim Umlas. Sindy Follensbee, jak zwy- kle, dziękuję za błyskawiczne przepisanie tekstu. Jeffowi Ha- stingsowi, JoAnn Mapson i Steve'owi Alspachowi - za zgodę na bezlitosne wykorzystanie ich własnych losów w mojej opowieści. 7

Jane Picoult - za to, Ŝe jest najlepszą pierwszą recenzentką. Za pełną poświęcenia pracę nad moimi ksiąŜkami dziękuję Carolyn Reidy, Judith Curr, Sarze Branham, Karen Mender i wszystkim lu- dziom w Atria Books, którzy konsekwentnie psują mnie i roz- puszczają. Składam gorące podziękowania Camille McDuffie, ko- biecie o Ŝelaznym charakterze, która czuwa nad tym, aby cały zespół pracował z oddaniem nad moimi ksiąŜkami. Dziękuję Laurze Gross w piętnastą rocznicę naszej znajomości (sto lat!), Emily Bestler zaś za najlepszy doping, jaki pisarka moŜe sobie wymarzyć. Dziękuję takŜe Kyle'owi, Jake'owi, Samancie oraz Timowi - za to, Ŝe są.

Prolog Kiedy zniknęłam po raz pierwszy, miałam sześć lat. Było to podczas występu mojego taty na świątecznej imprezie w klubie seniora; ojciec był iluzjonistą. Pech chciał, Ŝe akurat tego dnia zachorowała na grypę jego asystentka, pani recepcjonistka, która miała prawdziwy złoty ząb i sztuczne rzęsy grube jak pajęcze odnó- Ŝa. JuŜ miałam błagać tatę, Ŝeby pozwolił mi wystąpić ze sobą, ale skończyło się inaczej: on sam mnie poprosił o przysługę. Przysługę, dobre sobie! Miałam więc, jak juŜ powiedziałam, lat sześć i wciąŜ jeszcze święcie wierzyłam, Ŝe tata potrafi wyciągnąć mi pieniąŜek z ucha, wyszperać bukiet kwiatów w fałdach szenilowego swetra pani Kle- ban i sprawić, Ŝe sztuczna szczęka pana van Looena zniknie bez śladu. Napatrzyłam się na jego sztuczki, powtarzane bez przerwy dla rozrywki starszych państwa, którzy przychodzili do klubu seniora grać w bingo, wykonywać ćwiczenia gimnastyczne na siedząco i oglądać stare czarno-białe filmy ze ścieŜką dźwiękową trzeszczącą jak płomień w kominku. Wiedziałam, Ŝe niektóre rzeczy są na niby, na przykład te podkręcone wąsy, które przylepiał sobie tata albo jego ćwierćdolarówka z dwoma awersami, ale jeśli chodzi o czarodziejską róŜdŜkę, to byłam absolutnie pewna, Ŝe drzemie w niej moc, która potrafi przenieść mnie w niebyt, gdzie pozostanę tak długo, aŜ on uzna, Ŝe nadszedł stosowny moment, aby przywołać mnie z powro- tem. Tamtego świątecznego wieczoru w klubie seniora zebrali się mieszkańcy trzech domów spokojnej starości działających w naszym mieście; męŜnie stawiwszy czoło mrozom i śnieŜycy, przyjechali 9

wspólnym autokarem na imprezę. Zasiedli półkolem i przyglądali się występowi mojego taty, a tymczasem ja czekałam za kulisami. Wreszcie usłyszałam zapowiedź: „A oto przed państwem Zdumiewa- jąca Cordelia!” i wyszłam, prezentując wszem wobec naszywany cekinami trykocik gimnastyczny, który zazwyczaj spoczywał w głębi mojego pudła z kostiumami do przebieranek. Tego wieczoru nauczyłam się wielu nowych rzeczy. Na przykład Ŝe asystentka iluzjonisty musi umieć, między innymi, radzić sobie z iluzją w bezpośrednim starciu. śe sekret niewidzialności tak na- prawdę polega tylko na tym, Ŝe trzeba zwinąć się w kłębek, ułoŜyć ciało w odpowiedni sposób i pozwolić, aby opadła na nie czarna zasłona. śe człowiek nie moŜe ulotnić się jak kamfora, a kiedy nie moŜna kogoś znaleźć, to znaczy, Ŝe z jakiegoś powodu szuka się nie tam, gdzie trzeba.

I Wydaje mi się, ze jest to kwestia miłości. Im bardziej człowiek ukocha jakieś wspomnienie, tym większej nabiera ono mocy i tym bardziej zaczyna przypominać fantazję. Władimir Nabokov DELIA Nie ma sposobu, aby Ŝyć na tym świecie, nie pozostawiając ni- czego po sobie. Nie istnieje człowiek nieuwikłany w sieć ściśle wy- tyczonych ścieŜek, którymi mogą być na przykład pokwitowania uŜycia karty kredytowej, terminarze umówionych spotkań, obietnice złoŜone innym ludziom. Inne ślady, jak odciski palców, są niewi- dzialne - o ile się nie wie, jak ich szukać. A nawet w wypadku, gdy brak wszelkich innych tropów, zawsze jest jeszcze zapach. KaŜdy z nas stanowi centrum niewidzialnej chmury, która przemieszcza się razem z nim, gdy idzie sprawdzić e-mail, wychodzi pobiegać, kiedy na zmianę z kimś uŜywa tego samego samochodu. Za kaŜdym z nas nieustannie sypią się złuszczone komórki skóry, czterdzieści tysięcy na minutę, tworząc tropy zapachowe sięgające naszych podbródków i nóg. Biegnę w ślad za Gretą, która u podnóŜa góry, w miejscu, gdzie zaczynają się gęste chaszcze, nagle przyspiesza. Nogi mam utytłane aŜ po same kolana mazistym błotem; mojemu tropowcowi nie prze- szkadza ono w najmniejszym stopniu. Ten straszliwy teren, gdzie orientuję się z najwyŜszym trudem, ma jedną zaletę: trop się w nim trzyma. Miał mi towarzyszyć policjant z okręgowego posterunku w mie- ście Carroll, stan New Hampshire, ale został w tyle. Wystarczyło mu jeden raz rzucić okiem na ten gąszcz, w który Greta wgryzła się jak buldoŜer. - Nigdy w Ŝyciu - orzekł. - Nie ma mowy, Ŝeby przeszło tędy czteroletnie dziecko. 11

Prawdę mówiąc, wszystko zdaje się wskazywać, Ŝe pan mundu- rowy ma rację. Jest juŜ dobrze po południu, słońce zaczyna za- chodzić, a ziemia traci ciepło, co powoduje, Ŝe prądy powietrza spływają po zboczu, przez co Greta łapie w tym miejscu woń dziew- czynki, która przeszła gdzieś dalej, tam, gdzie jeszcze jest płasko. - Greta jest innego zdania - odpowiadam policjantowi. W moim fachu nie moŜna sobie pozwolić na brak zaufania do partnera. Pięćdziesiąt procent powierzchni psiego nosa to zmysł wę- chu - u człowieka, czyli u mnie teŜ, jest to tylko dwa mizerne centy- metry kwadratowe. Jeśli zatem Greta upiera się, Ŝe mała Holly Gar- diner, która wymknęła się z przedszkolnego placu zabaw, zawędro- wała aŜ tutaj i puściła się na przełaj w kierunku szczytu Podstępnej Góry, to jeśli chcę ją znaleźć, nie mam innego wyjścia, jak tylko ruszyć tą samą drogą. Greta przez kilkadziesiąt metrów obwąchuje skraj zarośli, szar- piąc się na końcu pięciometrowej smyczy. To piękny pies, ten mój tropowiec; aksamitna brązowa sierść z czarnym klinem na czubku głowy. Kiedy biegnie, jej ruchy są niezdarne, jak u dziewczynki smutnym wzrokiem śledzącej z widowni tancerki na scenie. Dwu- krotnie okrąŜa gładką, nagą skałkę i podnosi oczy na mnie, a fałdy jej długiego pyska pogłębiają się. Zapach niesie się, rozchodzi jak kręgi na wodzie, do której ktoś wrzucił kamień; tutaj dziewczynka przystanęła, Ŝeby odpocząć. - Szukaj - wydaję polecenie. Greta obiega teren, węsząc wściekle, łapie woń i puszcza się biegiem. Pędzę za nią; nagle krzywię się z bólu, kiedy jakaś zaczepiona gałązka smaga mnie po twarzy, rozci- nając skórę nad lewym okiem. Przedzieramy się przez plątaninę krzewów zdziczałej winorośli. Po drugiej stronie jest wąska ścieŜyn- ka, prowadząca na polanę. Dziewczynka siedzi na mokrej ziemi, ciasno oplatając rączkami kolana. Trzęsie się jak osika. Jak zwykle w pierwszej chwili jej twarz ma rysy Sophie, a ja muszę się siłą powstrzymywać, Ŝeby nie porwać małej w ramiona; wiem, Ŝe to by ją na śmierć wystraszyło. Greta przypada do niej wielkim susem i zaczyna podskakiwać w miejscu; w ten sposób daje mi znak, Ŝe znalazła, Ŝe do tej właśnie osoby nale- Ŝy zapach czapeczki na misiu, którą dałam jej do nawęszenia w przedszkolu, dziesięć kilometrów stąd. 12

Dziewczynka unosi na nas oczy, mruga, powoli przebijając się przez twardą skorupę strachu. - Ty jesteś Holly, zgadłam? - Kucam obok niej, ściągając z ra- mion rozgrzaną ciepłem ciała kurtkę, którą otulam jej sterczące ło- patki. - Ja mam na imię Delia. - Na gwizdnięcie moja suka podbiega do nas. - A to jest Greta. Odpinam uprząŜ, którą zawsze zakładam suce w terenie, kiedy kogoś szukamy. Greta merda z całych sił, jej ogon, a wraz z nim całe ciało, chodzi jak wskazówka metronomu. Dziewczynka wyciąga rączkę, klepie psią szyję, a ja obrzucam ją szybkim, uwaŜnym spoj- rzeniem. - Skaleczyłaś się gdzieś? Mała kręci głową, zauwaŜa u mnie krwawiące rozcięcie nad okiem. - A pani tak. W tej samej chwili na polanę wpada policjant z miasta Caroll, zdyszany po forsownym biegu. - Niech mnie cholera - sapie. - Znalazła ją pani. Zawsze znajduję. Nie siedzę jednak w tym fachu dlatego, Ŝe mam wyniki. Nie jestem uzaleŜniona od adrenaliny i nie przepadam za szczęśliwymi zakończeniami. Robię to, co robię, bo w głębi serca to ja jestem tą zabłąkaną dziewczynką. Przyglądam się z daleka spotkaniu pani Gardiner z odnalezioną córeczką, widzę, jak Holly znika w matczynych ramionach, jak na obie spływa to uczucie olbrzymiej ulgi, spajając mocno niczym szew. I nawet gdyby ta kobieta była innej rasy albo wystrojona jak Cyganka, to i tak wyłowiłabym ją z tłumu innych: odróŜnia się tym, Ŝe wygląda jak rozwinięty motek, z którego ubyła połowa włóczki. Nie potrafię sobie wyobrazić niczego gorszego niŜ to, Ŝe mogła- bym stracić moją Sophie. Kiedy kobieta jest w ciąŜy, myśli tylko i wyłącznie o tym, Ŝeby mieć swoje ciało z powrotem na własność. Lecz kiedy dziecko juŜ się urodzi, przychodzi olśnienie: największa część jej osoby jest od tej pory odrębnym bytem, na który czyhają wszelkie moŜliwe niebezpieczeństwa, który pewnego dnia moŜe po prostu zniknąć - i tak przez resztę Ŝycia matka zawsze stara się za- trzymać dziecko przy sobie, najbliŜej jak tylko się da. 13

To jest właśnie najdziwniejsze w macierzyństwie: dopóki się nie ma dzieci, nie wie się nawet, jak bardzo chciało się je mieć. Kiedy szukamy z Gretą kolejnej zaginionej osoby, jej wiek i płeć nie grają roli - bo dla kogoś ten konkretny człowiek znaczy tyle, co Sophie dla mnie. Wiem dobrze, Ŝe silna więź, która łączy mnie z córką, ma po czę- ści charakter kompensacyjny. Moja matka umarła, kiedy miałam trzy lata. Kiedy byłam w wieku Sophie, słyszałam nieraz, jak mój tato wyjaśnia innym ludziom, Ŝe jego Ŝona zginęła w wypadku - i za nic nie mogłam zrozumieć, o co mu chodziło. Skoro zginęła, to dlaczego jej nie szuka? PrzecieŜ wie, gdzie jest - w wypadku. Pojęłam to do- piero wtedy, gdy Ŝycie mnie nauczyło, Ŝe rzeczy bezwartościowe się nie gubią, Ŝe nikomu nie brakuje czegoś, na czym mu nie zaleŜało; ja jednak byłam za mała i nie zdąŜyłam zgromadzić wspomnień o ma- mie. Przez długi czas powracał do mnie tylko jej zapach, mieszanka wanilii i jabłek, aromat, który stawiał ją przede mną nie dalej niŜ na wyciągnięcie ręki. A potem nawet to się ulotniło, rozpłynęło. Bez takiej wskazówki nawet Greta nie znalazłaby nikogo. Moja suka, siedząca na ziemi tuŜ obok mnie, trąca mnie nosem w czoło, przypominając o krwawiącym rozcięciu. Ciekawe, czy trzeba będzie to szyć; ciekawe, czy znów wysłucham ojcowskiej tyrady o tym, Ŝe powinnam znaleźć sobie w Ŝyciu jakieś bezpieczniejsze zaję- cie i zostać na przykład łowcą nagród albo dowódcą saperskiej bry- gady antyterrorystycznej. Przykładam do rany opatrunek, który ktoś mi podał. Unoszę wzrok - to Fitz, mój najlepszy przyjaciel i, tak się składa, reporter najpoczytniejszej gazety w naszym stanie. - Biłaś się? - pyta. - Co mu zrobiłaś? Jak wygląda? Tak samo jak ty? - Nie biłam się. Drzewo się na mnie rzuciło. - Nie zalewaj. Nie takie drzewo straszne, jak je leśniczy maluje. Nasz dom stoi pomiędzy dwoma innymi: Fitzwilliam MacMurray wy- chował się w jednym z nich. W drugim mieszkał Eric Talcott. Mój tato mówił, Ŝe jesteśmy syjamskie trojaczki. Znamy się od zawsze, a wśród naszych wspólnych wspomnień moŜna znaleźć i ślimaki suszone solą na chodniku, i bombardowanie ludzi balonami z wodą z wysokości szkol- nego dachu, i porwanie kota wuefistki. W dzieciństwie stanowiliśmy 14

triumwirat, a jako dorośli nadal utrzymujemy nadzwyczaj bliskie kontakty; dość powiedzieć, Ŝe na moim ślubie Fitz wystąpi w po- dwójnej roli - jako wspólny druŜba, Erica i mój. Z tej perspektywy Fitz wygląda jak gigant, przy metr dziewięć- dziesiąt trzy wzrostu i z tą rudą czupryną, która płonie mu na głowie. - Zgodzisz się na kilka słów dla prasy? - pyta. Zawsze wiedziałam, Ŝe będzie zarabiał na Ŝycie pisaniem, chociaŜ wyobraŜałam go sobie raczej jako poetę albo autora krótkich form, dla którego słowa są tym, czym dla dzieci kamyki i patyczki do za- bawy: surowcem do budowania szkieletowych konstrukcji słuŜących do wypełnienia wyobraźnią. - Weź coś wymyśl - odpowiadam. Wybuch śmiechu. - Nie wiesz, Ŝe ja pracuję w „New Hampshire Gazette”, a nie w „New York Timesie”? - Przepraszam...? Na dźwięk kobiecego głosu obracamy się oboje. Matka Holly Gardiner spogląda mi prosto w oczy; na twarzy ma wypisane tak wiele, Ŝe przez chwilę milczy, nie mogąc znaleźć właściwych słów. - Dziękuję - wybiera w końcu jedno. - Ogromnie pani dziękuję. - Proszę podziękować Grecie - odpowiadam. - To jej zasługa. Kobieta jest bliska łez. Przytłacza ją cięŜar tej chwili - jej waga, doniosłość spadają na nią nagle niczym niespodziewana ulewa. Chwyta mnie za rękę, ściska ją w swojej dłoni; na jedno uderzenie serca łączy nas pulsująca nić matczynego porozumienia. Potem od- chodzi i wraca do ratowników, którzy zajmują się Holly. W okresie dorastania zdarzały mi się chwile, gdy straszliwie Ŝa- łowałam, Ŝe nie mam mamy: kiedy na przykład graliśmy szkolny koncert, a kaŜde inne dziecko miało na widowni dwójkę rodziców, kiedy dostałam pierwszy okres i czytałam instrukcje z paczki tampo- nów, siedząc z tatą na krawędzi wanny, kiedy po raz pierwszy cało- wałam się z Erikiem i czułam się tak, jakbym za chwilę miała eks- plodować. Chwile takie jak teraz. Fitz obejmuje mnie ramieniem. - Nie martw się, nic nie straciłaś - pociesza mnie cichym głosem. - Twój tato był lepszy niŜ większość pełnych rodzin. 15

- Wiem - mówię, ale nie przestaję śledzić wzrokiem Holly Gardi- ner, drepczącej do samochodu u boku mamy, uczepionej jej ręki. Wyglądają razem jak dwa klejnociki na cieniutkiej nitce, nitce, która w kaŜdej chwili moŜe pęknąć. W wieczornych wiadomościach nasza wspólna akcja, Grety i mo- ja, jest tematem dnia. New Hampshire to stan słabo zurbanizowany; tutejsze gazety nie prześcigają się w relacjach o wojnach gangów, morderstwach i seryjnych gwałcicielach. U nas mówi się o poŜarach stodół, uroczystych otwarciach nowych szpitali i o lokalnych bohate- rach, takich jak ja. Stoję z ojcem przy stole kuchennym, przygotowujemy kolację. - Coś nie tak z Sophie? - pytam, rzuciwszy okiem przez drzwi do salonu, gdzie moja córka leŜy zwinięta w kłębek na dywanie. - Zmęczona - odpowiada tato. Rzeczywiście, Sophie zdarza się zdrzemnąć po przyjeździe z przedszkola, ale dziś nie mogłam jej odebrać, bo dostałam we- zwanie; musiała pojechać z dziadkiem do klubu seniora i siedzieć tam aŜ do zamknięcia. Ale to chyba jednak nie wszystko: kiedy wró- ciłam do domu, nie czekała na mnie jak zwykle w przedpokoju z najwaŜniejszymi wiadomościami dnia. Nie dowiedziałam się, kto dziś huśtał się najwyŜej, jaką ksiąŜkę czytała im pani Easley ani teŜ czy na podwieczorek znów były kostki z marchewki i sera, juŜ trzeci dzień z rzędu. - Zmierzyłeś jej temperaturę? - pytam. - Nie mogłem znaleźć linijki. - Tato uśmiecha się, widząc jak ze zniecierpliwieniem przewracam oczami. - OdŜyje, zanim jeszcze dostanie deser - zapowiada mi. - Dzieci szybko odzyskują energię. Mój ojciec ma juŜ prawie sześćdziesiąt lat, a trzyma się świetnie, w ogóle nie wygląda na swój wiek. Ma szpakowate włosy i wy- sportowaną sylwetkę. Pań, które z ochotą rzuciłyby się w ramiona takiego męŜczyzny jak Andrew Hopkins, nigdy nie brakowało, ale ojciec rzadko kiedy umawiał się z kobietami i nie oŜenił się po- nownie. Zwykł mawiać, Ŝe dla chłopaka najwaŜniejsze w Ŝyciu jest to, Ŝeby spotkał tę jedną jedyną, najcudowniejszą dziewczynę, on zaś miał to szczęście, Ŝe złoŜono mu ją prosto w ręce na oddziale połoŜ- niczym. 16

Staje przy kuchence i zalewa przecier pomidorowy mlekiem pół na pół ze śmietaną; ten domowy przepis dostaliśmy od jednej starszej pani z jego klubu seniora. Okazał się zadziwiająco dobry - w odróŜ- nieniu od innych domowych sposobów, na przykład na ochronę przed krupem (czarna tasiemka wiązana na szyi) albo na ból ucha (zatkanie małŜowiny watą nasączoną oliwą z pieprzem). - O której przyjedzie Eric? - pyta. - Nie mogę tego trzymać na ogniu. Eric miał wrócić juŜ pół godziny temu, ale nie zadzwonił, Ŝe się spóźni i nie odbiera komórki. Nie wiem, gdzie się podziewa, ale wyobraźnia podpowiada wiele moŜliwości: bar U Murphy'ego na Main Street, pub Callahan's na North Park, jakiś przydroŜny rów. Do kuchni wchodzi Sophie. - Cześć - zagaduję, a niepokój o Erica ulatnia się na widok szero- kiego, promiennego uśmiechu naszej córeczki. – Przyszłaś pomóc? - Wyciągam w jej stronę miskę z fasolą; wiem, Ŝe lubi, jak strączki trzaskają przy otwieraniu. Mała wzrusza ramionami i siada na stołku pod lodówką. - Jak było w przedszkolu? - staram się wciągnąć ją do rozmowy. Jej twarzyczka nagle ciemnieje jak lipcowe niebo, kiedy nadciąga burza, przesłania ją groźna chmura. Trwa to jedną chwilę, po czym Sophie wbija we mnie wzrok. - Jennica ma Krostkę - dowiaduję się. - To niedobrze. - Nie pamiętam, czy Jennica to ta platynowa blondyneczka z warkoczykami, czy moŜe córka właściciela wy- kwintnego sklepu z kawą. - TeŜ chcę Krostkę. - Wydaje ci się. - W oknie błyskają światła samochodu, ale nie skręca on na nasz podjazd. Skupiam uwagę na rozmowie z Sophie, usiłując sobie przypomnieć, czy krosty są zakaźne, czy moŜe to tylko babski przesąd. - Ale ona jest taka zielona - piszczy Sophie. - I mięciutka, i ma karteczkę z imieniem. Wychodzi na to, Ŝe owa Krostka to najnowszy krzyk mody wśród przytulanek. - Zobaczymy, moŜe dostaniesz ją na urodziny - mówię. - Na pewno zapomnisz, tak samo jak dzisiaj - syczy Sophie z wy- rzutem, ucieka z kuchni i biegnie po schodach na górę. 17

A mnie nagle rzuca się w oczy czerwone kółeczko w kalendarzu. Godzina trzynasta, herbatka dla dzieci i rodziców. O trzynastej by- łam juŜ w połowie drogi na szczyt Podstępnej, szukając z Gretą Hol- ly Gardiner. Kiedy byłam mała, nigdy nie mówiłam tacie, Ŝe w szkole jest spotkanie dla dziewczynek i ich mam. Udawałam, Ŝe jestem chora, Ŝeby móc zostać w domu i nie musieć patrzeć, jak do kaŜdej kole- Ŝanki przychodzi jej mama, bo wiedziałam, Ŝe moja nigdy nie stanie w drzwiach klasy. Sophie leŜy na łóŜku w swoim pokoju. - Kochanie - odzywam się. - Bardzo cię przepraszam. Moja córka patrzy mi w oczy. - Jak juŜ ich wszystkich znajdziesz - wbija mi nóŜ prosto w serce - to myślisz czasem o mnie? Nie odpowiadam od razu. Najpierw podnoszę ją z łóŜka i sadzam sobie na kolanach. - Myślę o tobie nawet przez sen - zapewniam. Czując, jak to drobne ciałko stapia się w jedną całość z moim, wprost nie mogę uwierzyć, Ŝe kiedy dowiedziałam się o ciąŜy, za- stanawiałam się, czy jej nie usunąć. Dziecko było nieślubne, a Eric miał dość własnych kłopotów, Ŝeby dorzucać mu jeszcze taką odpo- wiedzialność. W końcu jednak doszłam do wniosku, Ŝe nie potrafię tego zrobić. Chciałam być matką, która nie pozwoli odebrać sobie dziecka bez walki, i to zaciekłej, cięŜkiej walki. Chętnie wyobraŜam sobie, Ŝe moja mama była właśnie taka. Wychowywanie Sophie - z Erikiem albo samotnie, bo zdarzały się lata, kiedy był nieobecny - okazało się trudniejsze, niŜ się spo- dziewałam. Wszelkie sukcesy na tym polu zawdzięczam genialnemu przykładowi, który dał mi ojciec. Winą za kaŜdą poraŜkę obarczam zły los. W drzwiach do sypialni staje Eric. Jego widok zapiera mi dech w piersiach - trwa to pół sekundy, zanim umysł zaleją wspomnienia. Sophie ma moje ciemne włosy oraz piegi i to na szczęście juŜ wszystko. Po nim wzięła natomiast szczupłą sylwetkę i wydatne kości policzkowe, swobodny, naturalny uśmiech i intrygujące spoj- rzenie, rozjarzony błękit lodowca. - Przepraszam za spóźnienie. - Eric muska ustami czubek mojej głowy, a ja nabieram powietrza przez nos, szukając w jego oddechu 18

zdradzieckich śladów alkoholu. Podnosi Sophie z moich kolan, bie- rze małą na ręce. Nie wyczuwam ani cierpkiej woni whisky, ani zboŜowo-droŜ- dŜowej nuty, jaką pozostawia piwo, ale to oczywiście o niczym nie świadczy. Jeszcze w szkole średniej Eric opanował tysiąc sposobów kamuflaŜu stanu wskazującego na spoŜycie. - Gdzie byłeś? - pytam. - Ze znajomym w „Amazonce”. - Z tylnej kieszeni Eric wyciąga zieloną Ŝabkę-przytulankę. Sophie piszczy z radości, ściskając go tak mocno, Ŝe chyba zaraz cały zdrętwieje. - Podeszła nas z dwóch stron - potrząsam z niedowierzaniem głową. - Spryciara. - Asekuracja. - Eric stawia małą na podłodze, a ona wypada pę- dem z pokoju; biegnie na dół, pochwalić się dziadkowi. Wtulam się w ramiona mojego męŜczyzny, zatykając kciuki w tylne kieszenie jego dŜinsów. Jego serce bije tuŜ obok mojego ucha, podaje mi tempo. Przepraszam za brak zaufania, myślę, a na głos pytam: - Czy ja teŜ dostanę Ŝabkę? - JuŜ dostałaś. Pocałowałaś ją, a Ŝabka zamieniła się we mnie. Pa- miętasz? - Dla zobrazowania swoich słów Eric przesuwa ustami od niewielkiego zagłębienia u dołu mojej szyi - blizny po upadku na sankach, kiedy miałam dwa lata - w górę, aŜ do samych ust. Czuję smak kawy i smak nadziei i, dzięki Bogu, Ŝadnych innych smaków. Kiedy pocałunek dobiega końca, stoimy tak w pokoju naszej cór- ki jeszcze przez kilka minut, przytuleni, otoczeni ciszą i spokojem. Zawsze go kochałam. Z krostkami. Ze wszystkim. Gdy Eric, Fitz i ja byliśmy jeszcze dziećmi, wymyśliliśmy własny język. Mało co juŜ z niego pamiętam, ale kilka słów zawsze przypo- mnę sobie bez trudu, na przykład valyango, co znaczyło „pirat” i palapala, czyli „deszcz”. Było jeszcze jedno słowo, ruskifer, pojęcie nieprzetłumaczalne na angielski, a oznaczające nierówne, powgnia- tane dno wiklinowego koszyka w miejscu, gdzie wszystkie pręty wikliny splatają się razem; czasami uŜywaliśmy tego słowa na okre- ślenie naszej przyjaźni. To było jeszcze zanim wspólna zabawa za- częła przypominać stały punkt w harmonogramie uporządkowanego 19

małŜeństwa, w czasach, kiedy prawie kaŜdy dzień zaczynał się od tego, Ŝe ja wpadałam do któregoś z chłopaków albo jeden z nich przychodził po mnie i razem szliśmy po drugiego lub teŜ oni obaj zachodzili z rana do mojego domu. Zimą budowaliśmy śnieŜne fortece, drąŜąc w środku jamy i la- birynty korytarzy. Stawialiśmy w nich nawet trzy śnieŜne trony i siedzieliśmy na nich, ssąc sople lodu tak długo, aŜ z zimna martwiały nam wszystkie palce u rąk i nóg. Wiosną dostawaliśmy od taty Fitza watę cukrową z syropu klonowego własnej roboty i biliśmy się na widelce o najdłuŜsze, najsłodsze pasemka. Jesienią chodziliśmy przez płot „na dzierŜawę” do sadu jabłoniowego pana McNaba i zajadaliśmy się macounami, kortlandami i jonatanami; pamiętam, Ŝe skórka owoców była nagrzana, ciepła jak nasza własna. Latem przy blasku złapanych w słoik świetlików zapisywaliśmy sobie Ŝyczenia i wróŜby na przyszłość, a potem chowaliśmy je w dziurze po sęku w pniu starego klonu; miał to być wehikuł czasu, który cofnie nas w przeszłość, kiedy juŜ dorośniemy. KaŜde z nas miało własną, wyznaczoną rolę: Fitz był marzycie- lem, ja taktykiem, a Eric był naszym rzecznikiem, jako ten, kto z równą łatwością potrafił czarować dorosłych, jak i inne dzieciaki. Eric nigdy nie zapominał języka w gębie i zawsze wiedział, co nale- Ŝy powiedzieć, kiedy cała stołówka gapi się na ciebie, bo upuściłaś tacę z obiadem albo kiedy nauczyciel o coś cię pyta akurat w mo- mencie, gdy wypisujesz listę świątecznych prezentów. Członkowie jego świty chodzili skąpani w blasku przypominającym promienie słońca wpadającego przez szybę okienną, muskające ciepłem nad- stawioną twarz. Początek zmian przypadł na pierwsze studenckie wakacje. Powrót do utartych reguł Ŝycia w domu rodzinnym wszystkim nam dawał się we znaki, ale Eric znosił to najgorzej i odŜywał tylko wtedy, kiedy wieczorem wybieraliśmy się dokądś we trójkę. Za kaŜdym razem wyciągał nas do jakiegoś baru - znał sporo takich, gdzie wpuszczali nieletnich. Po skończonej zabawie Fitz wracał do domu, a ja szłam z Erikiem na drugi brzeg jeziora w miejskim parku. Kładliśmy na zie- mi starą kołdrę i rozbieraliśmy się, przepędzając komary z tych miejsc na naszych ciałach, co do których Ŝywiliśmy konkretne za- miary. Ale kiedy mnie całował, w jego oddechu zawsze czułam al- kohol. Nie mogłam ścierpieć tego zapachu. To takie moje dziwactwo, 20

chociaŜ, jak sądzę, wcale nie mniej absurdalne jest to, Ŝe niektórzy ludzie nie znoszą zapachu benzyny i kiedy tankują samochód, muszą wstrzymywać oddech. W kaŜdym razie po pierwszym pocałunku, kiedy w moje nozdrza uderzała ta gorzka woń sfermentowanego alkoholu, odsuwałam się od Erica, a on śmiał się ze mnie i wyzywał od świętoszek. W końcu zaczęłam wierzyć, Ŝe faktycznie taka je- stem, bo to było łatwiejsze, niŜ przyznać się przed samą sobą, co tak naprawdę oddala mnie od niego. Czasami bywa tak, Ŝe kroczymy przez Ŝycie na oślep - i z całych sił będziemy się zapierać, Ŝe to nie my, własnymi palcami, za- supłaliśmy sobie opaskę na oczach. Przez dziesięć lat po skończeniu szkoły średniej Fitz i ja tak właśnie Ŝyliśmy. Kiedy Eric mówił, Ŝe pije tylko jedno piwko raz na jakiś czas - wierzyliśmy mu. Odwraca- liśmy wzrok, widząc, jak na trzeźwo trzęsą mu się ręce. Kiedy pró- bowałam porozmawiać na ten temat, słyszałam, Ŝe to mój problem, nie jego. A jednak, mimo wszystko, i tak nie potrafiłam zerwać tej znajomości. Eric przewijał się w tle kaŜdego wspomnienia, które przywoływałam z pamięci; pozbyć się ich oznaczało utracić smak dzieciństwa. Tego dnia, kiedy dowiedziałam się, Ŝe jestem w ciąŜy, Eric roz- walił samochodem wątłą barierkę na skraju drogi i wjechał komuś na pole kukurydzy. Zadzwonił do mnie, Ŝeby opowiedzieć, co się stało i całą winę zwalił na świstaka, który podobno wyskoczył mu przed maskę. A ja rozłączyłam się i pojechałam do Fitza. „Wydaje mi się, Ŝe mamy problem”, powiedziałam mu, jakby to był problem całej naszej trójki i w gruncie rzeczy tak właśnie było. Fitz wysłuchał z moich ust tej prawdy, którą tak skrzętnie skry- waliśmy przed sobą. A potem zdradziłam mu najnowszą sensację, wspaniałą i przeraŜającą. „Nie poradzę sobie sama”, powiedziałam na koniec. Spojrzał w dół, na mój brzuch, płaski jakby nigdy nic. „Nie jesteś sama”, odparł. Eric był, bez dwóch zdań, człowiekiem, za którym inni poszliby w ogień, ale tego wieczoru zrozumiałam, Ŝe Fitz i ja takŜe sta- nowimy siłę, z którą naleŜy się liczyć. A kiedy poŜegnałam się z nim i pojechałam do domu, uzbrojona we wszystkie potrzebne słowa, 21

które Eric miał ode mnie usłyszeć, przypomniało mi się to, co napi- sałam na kartce tamtego lata, gdy starałam się odgadnąć, jak potoczy się moje Ŝycie. Wstydziłam się tego, co napisałam i złoŜyłam papier trzy razy, Ŝeby Fitz i Eric nie podejrzeli. Ja - chłopczyca wychowana w towarzystwie facetów, bawiąca się z nimi w Wyspę Skarbów albo w Indianę Jonesa, dziewczyna, która tylko jeden jedyny raz w Ŝyciu była nieszczęsną damą w opałach, i która nawet wtedy uratowała się samodzielnie - napisałam na tamtej kartce tylko jedno szalone Ŝy- czenie. „Nadejdzie taki dzień, kiedy zostanę matką”. W Wexton, naszym mieście, pracuje trzech adwokatów. Eric jest jednym z nich. Zajmuje się handlem nieruchomościami i egzekucją testamentów, czasem kogoś rozwiedzie, ale ma teŜ niejakie doświad- czenie w sądzie, bo zdarza mu się reprezentować ludzi oskarŜonych o prowadzenie pod wpływem alkoholu albo o drobne kradzieŜe. Zwykle wygrywa swoje sprawy, co mnie akurat nie dziwi ani trochę; w końcu nie raz, i nie dwa zasiadałam na ławie przysięgłych - i zaw- sze dawałam się przekonać. Sprawa na wokandzie: mój ślub. Dla mnie wystarczyłoby poje- chać do sądu i podpisać dokumenty, ale Eric zaczął przebąkiwać, Ŝe moŜe fajnie by było wyprawić huczne wesele i zanim się obejrzałam, byłam zasypana folderami sal bankietowych, nagraniami zespołów weselnych i katalogami florystów. Po skończonej kolacji siedzę na podłodze w salonie. Kolana mam zasłane próbkami tkanin. Wygląda to jak łaciata kapa zszyta ze ścin- ków. - PrzecieŜ to wszystko jedno, czy serwetki będą niebieskie czy la- zurowe - mruczę sama do siebie. - Lazur to teŜ niebieski, tyle Ŝe na sterydach. Wręczam Ericowi stosik albumów ze zdjęciami; mamy wybrać dziesięć jego portretów i dziesięć moich do czołówki filmu ze ślubu. Otwiera na chybił trafił pierwszy z wierzchu. Na zdjęciu jesteśmy we trójkę, Eric, Fitz i ja. Wbici w zimowe kombinezony, w których wy- glądamy jak serdelki, stoimy w otworze wejściowym naszego po- dwórkowego igloo. Ja w środku, pomiędzy nimi dwoma. Mało jest zdjęć, na których byłoby inaczej. - Co ja mam na głowie, popatrz - śmieje się Eric, wskazując na swoje włosy. - Wyglądam jak strach na wróble. 22

- Nie, to ja wyglądam jak strach na wróble. Ty wyglądasz, jakby piorun w miotłę strzelił. Na zdjęciach z kolejnych dwóch albumów jestem juŜ starsza. Mniej tam portretów całej naszej trójki; zaczynają się serie „Eric i ja”, a Fitz udziela się juŜ jakby tylko na okrasę. Bal na zakończenie szkoły średniej: Eric i ja, a na osobnej fotce Fitz z dziewczyną, której imienia nie potrafię sobie przypomnieć. Kiedy mieliśmy po piętnaście lat, powiedzieliśmy raz rodzicom, Ŝe wybieramy się ze szkołą na całodzienną wycieczkę z noclegiem, a zamiast tego zakradliśmy się na wieŜę dzwonniczą gmachu biblioteki w Dartmouth, na jej dach, Ŝeby obejrzeć deszcz meteorów. Popijając spirytusową nalewkę na brzoskwiniach, podebraną z barku w domu Erica, patrzyliśmy, jak gwiazdy bawią się w berka z księŜycem. W końcu Fitz zasnął, przytulony do butelki, a ja czekałam z Erikiem, aŜ pokaŜą się komety, przecinające skosem nieboskłon. „Widziałaś?”, zapytał nagle, a kiedy nie udało mi się wypatrzyć na niebie spadają- cej gwiazdy, wziął mnie za rękę i wskazał ją moim własnym palcem. I juŜ nie puścił. Kiedy o wpół do piątej rano zeszliśmy z tego dachu, wiedziałam juŜ, jak smakuje pocałunek. I nasza trójka przestała być trójką. Do salonu zagląda mój ojciec. - Idę na górę, na telewizję - mówi. - Pozamykaj wszystko, do- brze? Spoglądam na niego. - Gdzie są moje zdjęcia z dzieciństwa? - W albumach. - Nie... Te wcześniejsze, kiedy miałam cztery, pięć lat. - Podno- szę się z podłogi, siadam prosto. - MoŜna by teŜ wmontować do filmu jakieś twoje zdjęcie ślubne. Jedyne zdjęcie mojej matki, jakie znajduje się w tym domu, nale- Ŝy do mnie. Widać na nim kobietę, która za chwilę się uśmiechnie. Oglądając je, nie moŜna się nie zastanawiać, dla kogo jest przezna- czony ten uśmiech i z czego ona tak się cieszy. Ojciec wbija wzrok w podłogę, potrząsa lekko głową. - No cóŜ, wiedziałem, Ŝe ta chwila musi kiedyś nadejść. Chodź- cie. Prowadzi nas do swojej sypialni. Siadamy na jego duŜym, po- dwójnym łóŜku, po tej nieuŜywanej stronie. Tato wyjmuje z szafy puszkę z napisem „Pepsi-Cola” na wieczku i wysypuje całą jej za- wartość na pościel, pomiędzy mnie a Erica: są tam dziesiątki fotografii 23

na których widać moją mamę, ubraną w kwieciste spódnice i bluzki z cienkiej gazy, z burzą czarnych włosów spływających falami po plecach. Portret weselny: mama w białej, rozkloszowanej sukni, tato wbity w smoking tak obcisły, Ŝe wydaje się, jakby za chwilę miał wystrzelić z niego jak korek. Na innych zdjęciach jestem ja, ciasno zawinięta w kocyk; wyglądam jak wielki rogalik, a mama trzyma mnie niezgrabnie na rękach. Jest teŜ jedno, gdzie siedzimy we trójkę na brzydkiej zielonej kanapie: mama, tato, a pomiędzy nimi ja - po- most z pulchnego ciała, zmieszanej krwi. Czuję się jak badacz, który przybył na obcą planetę z jedną rolką filmu w aparacie, jak uczestnik strajku głodowego zaproszony na bankiet - tych nowych obrazów jest tyle, Ŝe muszę sobie powtarzać raz po raz, Ŝe nie znikną, powstrzymywać się siłą, Ŝeby nie rzucić się do przeglądania. Policzki nabiegają mi krwią, jakby ktoś mnie ude- rzył. - Dlaczego chowałeś to wszystko? - pytam ojca. On wyjmuje mi z ręki jedno zdjęcie i wpatruje się w nie tak dłu- go, aŜ nabieram przekonania, Ŝe w ogóle zapomniał o naszej obecno- ści. - Kiedyś trzymałem je na widoku - odzywa się wreszcie – ale ty wciąŜ pytałaś, kiedy mama wróci do domu. A mnie się zdarzało, Ŝe przechodząc obok półki, na której je ustawiłem, zatrzymywałem się ni stąd, ni zowąd i gapiłem się na nie przez dziesięć minut, przez pół godziny, przez pół dnia. Schowałem te zdjęcia nie dlatego, Ŝe nie chciałem ich oglądać, ale dlatego, Ŝe nie pragnąłem robić nic innego, jak tylko patrzeć na nie. - Odkłada ślubne zdjęcie z powrotem do puszki, przysypuje innymi. - MoŜesz je wziąć - mówi do mnie. - Wszystkie. Wychodzi, zostawiając nas w ciemniejącej sypialni. Eric dotyka fotografii leŜącej na samym wierzchu, delikatnie, jakby to była kulka dmuchawca. - Wybierz to - mówi cicho. - Chcę mieć ciebie na tym zdjęciu. Kiedy nie udaje mi się kogoś odnaleźć, taki człowiek pozostaje w mojej pamięci. Przechowuję w niej nastolatka, który w lodowaty marcowy poranek skoczył z mostu kolejowego Fairlee-Orford do rzeki Connecticut; kobietę z North Conway, która zniknęła bez śla- du, zostawiając ogień pod garnkiem i dziecko w kojcu; niemowlę 24

porwane z samochodu zaparkowanego przed pocztą w Stratford, pozostawione na chwilę przez opiekunkę, która miała duŜą paczkę do wysłania i nie mogła go zabrać ze sobą. Niekiedy ich widuję; stają za moimi plecami, kiedy myję zęby, ich twarze migają mi w ostatniej chwili przed zaśnięciem albo, tak jak dziś, budzą mnie w środku nocy i nie pozwalają z powrotem zasnąć. Jest wieczór. W powietrzu wisi gęsta mgła, ale Greta i ja znamy tę okolicę na pamięć, bo tędy biegną nasze szlaki treningowe. Sia- dam na omszałej kłodzie, a Greta obwąchuje teren. Nad moją głową z gałęzi zwisa coś, co jest Ŝółte i ma kształt kuli. Jestem małą dziewczynką. Przyglądałam mu się, jak sadził w ogródku drzewko cytrynowe, a teraz tańczę dookoła roślinki. Chcia- łabym zrobić lemoniadę, ale na gałęziach nie ma Ŝadnych owoców, bo nasze drzewko to dopiero małe dziecko. „Kiedy będą cytrynki?”, pytam go. Jeszcze trochę”, odpowiada. Siadam obok, na ziemi i patrzę, jak krzaczek rośnie. „To ja poczekam”, oświadczam. Na te słowa on podchodzi i bierze mnie za rękę. „Chodź, grilla”, mówi. „Skoro mamy tu siedzieć tyle czasu, to lepiej przynieść sobie coś na ząb”. Bywają sny, które potrafią w nocy zawieruszyć się gdzieś w ustach, a rano ulatują z pierwszym ziewnięciem. Ale to wspomnienie jest zbyt rzeczywiste. Jakby naprawdę coś takiego się zdarzyło. Mieszkam w New Hampshire od urodzenia. śadne drzewo cy- trusowe nie zniesie klimatu w tym stanie, gdzie białe jest juŜ Hallo- ween, a nie dopiero BoŜe Narodzenie. Zdejmuję z gałęzi Ŝółtą kulkę; to podziobana bryłka ulepiona z łoju i ziarna dla ptaków. Grilla. Co to znaczy grilla? Nie przestaję o tym myśleć nawet następnego ranka, po odwie- zieniu Sophie do przedszkola. śeby jej wynagrodzić moje wczoraj- sze zachowanie, zostałam z nią dziesięć minut. Pobawiłyśmy się klockami, namalowałyśmy razem obrazek, puszczałyśmy mydlane bańki. Zaplanowałam sobie na ten dzień poranny trening terenowy z Gretą, ale gdy wsiadałam do samochodu, rzucił mi się w oczy portfel ojca, leŜący na podłodze. Kilka dni temu tato pojechał na stację po benzynę. Podskoczę do klubu seniora i oddam mu zgubę; przy- najmniej tak mu się odwdzięczę. 25