wotson

  • Dokumenty43 372
  • Odsłony1 884 627
  • Obserwuję1 315
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 279 398

Johan Theorin - Kwartet olandzki 03 - Smuga krwi

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :1.3 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
J

Johan Theorin - Kwartet olandzki 03 - Smuga krwi.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion J Johan Theorin
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 38 osób, 20 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 281 stron)

Johan Theorin Smuga krwi Przełożyła Barbara Matusiak

Noc Walpurgii Prawa dłoń Pera Mörnera była poparzona, miał połamane żebra i mętny wzrok. Jego ciało wciąż jednak nie straciło czucia. Czuł, jak polewano go benzyną. Była letnia. W porównaniu z zimnym wieczornym powietrzem ciecz zdawała się wręcz ciepła. Szczypała i parzyła, spływając mu po włosach i krwawiących ranach na twarzy. Uniesiony kanister wydawał spokojny, rytmiczny, bulgoczący dźwięk. Po chwili chlupot ustał, a pusty pojemnik odrzucono na bok, na wapienne podłoże. Per klęczał teraz w mokrym ubraniu pośrodku dużej kałuży. Wciąż kręciło mu się w głowie od uderzenia, a opary benzyny jeszcze wzmagały to odczucie. Wsparłszy się rękami, próbował wstać. Jednak nie mógł skupić wzroku, a stojąca nad nim postać była tylko mrocznym cieniem na tle wieczornego nieba. Jak troll, pomyślał Per. Wygląda jak górski troll. – Noc Walpurgii – powiedział cień. – Dziś wieczorem wszędzie zapłoną ogniska. Następnie wyjął coś z kieszeni kurtki – małe, wydające cichy dźwięk pudełko. Pudełko zapałek. Per miał teraz spłonąć za grzechy swego ojca. Uniósł głowę i nagle przyszło mu do głowy, co jeszcze mógłby zrobić, nawet jeśli już było za późno – mógł prosić o łaskę. Gdy otworzył usta, poczuł smak benzyny. – Nic nie powiem – szepnął. Chociaż właściwie nie mógł milczeć. Wiedział zbyt wiele o postępkach Jerry’ego, Bremera i Markusa Lukasa. Wiedział jednak również, że wszystkie te nazwiska, które poznał, jeżdżąc po okolicy przez ostatnich kilka tygodni, nie mają żadnego znaczenia. Wkrótce i tak znikną. Górujący nad nim cień wydawał się nie słuchać. Otworzył pudełko i wyjął zapałkę. Następnie zamknął kartonik, chwycił zapałkę między palce i potarł nią o jego brzeg. Dało się słyszeć cichy trzask, po czym zapałka rozgorzała jasnożółtym płomieniem. Jerry, Bremer, Markus Lukas. Jessika, Regina i wszyscy inni… Per zamknął oczy w oczekiwaniu na ogień. Imiona wciąż wirowały mu w głowie.

1 Był marzec. Na północnej Olandii słońce oświetlało małe szarobiałe płatki śniegu, topniejące na trawniku przy domu opieki w Marnäs. Lodowaty wiatr poruszał dwiema niebieskimi flagami – szwedzką z żółtym krzyżem i olandzką ze złotym jeleniem. Obie były opuszczone do połowy masztów. Długi czarny samochód wtoczył się powoli przed dom starców i zaparkował przy wejściu. Wysiadło z niego dwóch mężczyzn w średnim wieku, ubranych w grube zimowe płaszcze. Podeszli do tylnych drzwi samochodu, przez które wyciągnęli metalowe nosze. Rozłożyli ich kółka i ruszyli, pchając wózek po rampie dla inwalidów i dalej przez szklane drzwi do środka. Mężczyźni byli pracownikami zakładu pogrzebowego. Emerytowany kapitan statku Gerlof Davidsson siedział w jadalni, pijąc kawę ze swoimi sąsiadami, kiedy mężczyźni wysiedli z windy. Widział, jak przechodzą korytarzem, pchając przed sobą nosze. Leżały na nich żółte koce i szerokie rzemienie, które miały przytrzymywać ciało. Mężczyźni przemknęli cicho obok stołówki, kierując się ku windzie towarowej, która zjeżdżała do chłodni. Kiedy nosze przejechały obok, szmer wśród starszych ludzi zgromadzonych w sali na moment ucichł. Po chwili jednak powrócono do rozmów. Gerlof pamiętał, jak kilka lat wcześniej wszyscy mieszkańcy domu mogli zagłosować, czy chcą, aby kierowcy z zakładu pogrzebowego parkowali na tyłach budynku i dyskretnie wchodzili bocznymi drzwiami, gdy mieli zabierać zmarłego. Większość zagłosowała przeciwko tej propozycji, Gerlof także. Pensjonariusze domu opieki chcieli widzieć ostatnią drogę zmarłego sąsiada. Chcieli się pożegnać. Mężczyzna, który miał zostać zabrany tego zimnego dnia, nazywał się Torsten Axelsson i zmarł w swoim łóżku – w samotności, późno w nocy, tak jak wielu innych ludzi. Znaleźli go pracownicy porannej zmiany, wezwali lekarza, aby ten potwierdził zgon, po czym ubrali go w ciemny odświętny garnitur. Na nadgarstku zapięli mu plastikową tasiemkę z nazwiskiem i numerem identyfikacyjnym. Na koniec obwiązali mu głowę bandażem, aby żuchwa nie opadła, kiedy ciało zacznie sztywnieć. Gerlof wiedział, że Torsten doskonale zdawał sobie sprawę, co się stanie z nim po śmierci. Zanim przeszedł na emeryturę, pracował jako dozorca cmentarza i grabarz. Jedna z wielu trumien, które pogrzebał, kryła zwłoki mordercy, Nilsa Kanta, jednak najczęściej kopał groby dla zwykłych mieszkańców wyspy. Wykonywał swoją pracę na cmentarzu przez okrągły rok, pomijając okresy, kiedy zalegał śnieg, a temperatura osiągała dwucyfrowy wynik na minusie. Opowiadał Gerlofowi, że grzebanie było szczególnie trudne wiosną, ponieważ na Olandii zmarzlina cofała się z ziemi bardzo wolno. Jednak to nie wysiłek fizyczny był najgorszy, dodawał Torsten. Najtrudniej było mu podnieść się z łóżka w dni, kiedy wiedział, że musi pójść na cmentarz i wykopać

grób dla zmarłego dziecka. Teraz sam wkrótce zostanie złożony do grobu. W urnie – Torsten chciał zostać skremowany. – Wolę już spłonąć, niż żeby moje kości zostały w ziemi i poniewierały się to tu, to tam – mawiał. Dawniej tak nie było, pomyślał Gerlof. Nie było odpowiednich ludzi i zakładów pogrzebowych, którzy zajęliby się organizacją pochówku, gdy zmarł ktoś z rodziny. W przeszłości umierało się w swoim łóżku w domu, a drewnianą trumnę zbijał jakiś krewny. Gerlof przypomniał sobie starą rodzinną historię. Było to na początku XX wieku, w domku w miejscowości Stenvik, dziś przebudowanym. Świeżo zaślubionych rodziców Gerlofa obudził pewnej nocy dziwny dźwięk dochodzący ze strychu. Brzmiało to tak, jakby ktoś rozrzucał pozostawione tam przez ojca deski. Kiedy jednak ojciec poszedł na strych, aby sprawdzić, co się działo, było tam pusto i cicho. Gdy zszedł na dół i się położył, hałas rozbrzmiał na nowo. Rodzice Gerlofa leżeli w ciemności i słuchali potwornych odgłosów, nie ważąc się nawet poruszyć. Kiedy wypił kawę, pracownicy zakładu pogrzebowego wrócili z noszami. Gerlof widział, że teraz leżało na nich ciało, ukryte pod materiałem i przywiązane skórzanymi pasami. Wózek toczył się cicho i szybko w kierunku wyjścia. Żegnaj, Torstenie, pomyślał. Gdy drzwi się zamknęły, Gerlof odsunął krzesło. – Czas na mnie – rzekł do towarzyszy przy stoliku. Podniósł się powoli, wspierając na lasce. Zacisnął szczęki, czując reumatyczny ból w nogach, i wyszedł na korytarz, po czym ruszył w kierunku biura, w którym urzędowała kierowniczka placówki. Od kilku tygodni, czyli od swoich ostatnich urodzin – kiedy to uświadomił sobie nagle, że do skończenia osiemdziesięciu pięciu lat zostały tylko dwa lata – zastanawiał się nad jedną sprawą. Czas uciekał, rok był jak niegdyś tydzień. Teraz, po śmierci Torstena, Gerlof podjął decyzję. Ostrożnie zapukał do drzwi kierowniczki Boel i otworzył, gdy odpowiedziała. Siedziała przy komputerze, uzupełniając jakiś raport. Zatrzymał się w progu bez słowa. W końcu podniosła wzrok. – Dobrze się czujesz, Gerlofie? – Tak. – Co się stało? Masz jakiś problem? Wciągnął powietrze. – Muszę odejść. Boel pokręciła głową. – Gerlofie… – To już postanowione – przerwał. – Ach tak? – Opowiem ci pewną historię… – Gerlof zauważył, jak Boel zmęczonym wzrokiem spogląda w kierunku sufitu, ale zdecydował się kontynuować: – Mój ojciec i matka pobrali się w 1910 roku. Dostali wtedy stary dom, w którym nikt nie mieszkał od wielu lat.

Pierwszej nocy, kiedy ułożyli się do snu, usłyszeli dziwne odgłosy dochodzące ze strychu… Brzmiało to, jakby ktoś przekładał deski, które ojciec złożył na górze. Nie udało im się wyjaśnić tego hałasu, ale następnego ranka odwiedził ich sąsiad. – Gerlof zrobił teatralną pauzę, po czym mówił dalej: – Sąsiad opowiedział, że jego brat zmarł w swoim domu poprzedniego wieczoru. Następnie poprosił o trochę drewna na trumnę. Ojciec pozwolił mu wejść samemu na strych i wybrać deski. A gdy z matką siedzieli w kuchni i usłyszeli łoskot na poddaszu, od razu go rozpoznali… Był to dokładnie ten sam dźwięk, który dobiegał stamtąd ostatniej nocy. W pokoju zapanowała cisza. – I? – zagadnęła Boel. – To było ostrzeżenie. Ostrzeżenie o zbliżającej się śmierci. – Aha, to ciekawa opowieść, Gerlofie… Ale o co właściwie ci chodzi? Westchnął. – Chodzi o to – odparł – że jeśli tu zostanę, następnym razem trzeba będzie zrobić trumnę dla mnie… Już słyszałem przerzucanie desek. I odgłos karawanu. Wydawało się, że Boel dała za wygraną. – Co zatem zamierzasz zrobić? Dokąd się udasz? – Do domu – powiedział Gerlof. – Wrócę do domu.

2 – Umierający? Kto powiedział, że jesteś umierający, tato? – Ja sam. – To śmieszne! Masz przed sobą jeszcze wiele lat… – oznajmiła Julia Davidsson i dodała: – Poza tym wydostałeś się żywy z domu starców. Jak wielu się to udaje? Gerlof nie odpowiedział, pomyślał tylko o stalowym wózku z ciałem Torstena Axelssona. Milczał, gdy córka jechała w kierunku wybrzeża i gdy dotarli do Stenviku. Słońce grzało przez przednią szybę, sprawiając, że zatęsknił za motylami i ptakami oraz wszystkim tym, co pojawiało się wraz z nastaniem ciepłych dni. Wola życia podniosła swą senną głowę wewnątrz jego piersi i zamrugała zdumiona, a on musiał się wysilić, żeby zabrzmieć ponuro, kiedy w końcu znowu się odezwał: – Tylko Bóg wie, ile jeszcze czasu mi zostało, i pozwala mu płynąć zdecydowanie za szybko… Ale jeśli mam umrzeć, chcę, żeby stało się to w tej wiosce. Julia westchnęła. Zatrzymała samochód na pustej wiejskiej drodze i wyłączyła silnik. – Czytasz zbyt wiele nekrologów. – Skądże. Zresztą to z nich żyją gazety. Ostatnie zdanie miało być żartem, ale Julia się nie roześmiała. W ciszy pomogła mu wysiąść z samochodu. Szli powoli w kierunku furtki prowadzącej do rodzinnego domku letniskowego, leżącego w lasku nieopodal Stenviku, kilkaset metrów od morza. Gerlof miał jasność, że większość czasu spędzi tu samotnie, ale jednocześnie będzie z dala od wszystkich chorób, tak wszechobecnych w domu opieki. Wszyscy jego mieszkańcy i ich lekarstwa, butle z tlenem i ciągłe rozmowy o dolegliwościach zaczynały działać mu na nerwy. Jego stara przyjaciółka Maja Nyman czuła się coraz gorzej i całymi godzinami leżała w łóżku w swoim pokoju. Niemal miesiąc trwało, zanim Boel i reszta kierownictwa placówki się poddali i pozwolili mu na powrót do Stenviku. Ostatecznie doszli do wniosku, że Gerlof zwolni miejsce dla kogoś innego, kto chce mieszkać w domu w Marnäs. On oczywiście w dalszym ciągu będzie potrzebował pomocy przy sprzątaniu, opieki lekarskiej i dostaw jedzenia, ale to można mu zapewnić poprzez wizyty pielęgniarek i pracowników pomocy społecznej. Gerlof był zupełnie sprawny umysłowo, tylko czasami miał problemy z poruszaniem się. Głowa i zęby były w porządku – zawodziły tylko ręce, nogi i reszta ciała, które potrzebowałoby renowacji. Tego dnia pod koniec marca po raz pierwszy od roku znowu znalazł się w nadmorskiej miejscowości, w której niegdyś się urodził i dorastał. Powrócił na ziemię, którą rodzina Davidssonów posiadała i użytkowała od stuleci, i do domu, który zbudował dla siebie i swej żony Elli przed niemal pięćdziesięciu laty. To właśnie tutaj, do Stenviku, zawsze powracał przez lata spędzone na morzu.

W ogrodzie śnieg niemal już zniknął. Pozostał mokry trawnik, który trzeba było zagrabić. – Zeszłoroczna trawa i zeszłoroczne liście – powiedział Gerlof. – Wszystko, co zima ukryła, znowu się wyłania. Opierał się mocno na ramieniu Julii, kiedy szli po bladożółtej trawie, ale gdy kobieta zatrzymała się przed kamiennymi schodami, zwolnił uścisk i powoli ruszył ku drzwiom, wsparty na swej lasce z drewna kasztanowca. Gerlof był w stanie się poruszać, ale pomoc córki zdecydowanie ułatwiała mu życie. Właściwie cieszył się, że Ella nie dożyła tej chwili. Teraz byłby dla niej tylko ciężarem. Wyjął klucz z portfela i otworzył. Gdy uchylił szklane drzwi, uderzył ich zapach zamkniętego domu. Powietrze było zimne i nieco wilgotne, ale nie było czuć pleśni. Dachówki z pewnością wciąż się trzymały. Na podłodze nie było małych czarnych kulek – Gerlof zobaczył to, kiedy tylko przekroczył próg. Myszy i norniki lubiły mieszkać zimą w piwnicach, ale nigdy nie wchodziły do pokojów. Julia przyjechała na wyspę na weekend, aby pomóc mu w przeprowadzce i sprzątaniu. Nazywała to wiosennymi porządkami. Dom oczywiście należał do Gerlofa, ale używany był jako domek letniskowy przez jego dwie córki i ich rodziny od wielu lat. Gdy nadejdzie lato, będą musieli jakoś się pomieścić w małych pokojach. Będę się martwił, gdy tego dożyję, pomyślał. Jak tylko wnieśli rzeczy Gerlofa do domu, włączyli prąd i otworzyli okna, żeby przewietrzyć mieszkanie, wyszli ponownie na zewnątrz. Z wyjątkiem krzyku kilku mew gdzieś w oddali na plaży wioska tej soboty wydawała się zupełnie opustoszała. Nagle jednak z drugiej strony drogi dobiegł ich uszu dudniący hałas. Odbijał się echem po okolicy i brzmiał jak ciężkie uderzenia młota. Julia obejrzała się. – Ktoś tu jest. – No tak – powiedział Gerlof. – Budują coś przy kamieniołomie. Nie był zaskoczony, gdyż poprzedniego lata był w wiosce i widział, jak na dwóch działkach w tamtym miejscu karczowano krzewy i zarośla oraz jak traktor gąsienicowy jeździł i równał teren. Uznał, że zbudują kolejne domy, które będą stały puste przez większą część roku. – Chcesz zobaczyć? – zapytała Julia. – Jasne, możemy się tam przejść. Chwycił się ramienia córki, a ona wyprowadziła go przez bramkę. Gdy Gerlof budował swój dom na początku lat pięćdziesiątych, miał widok na morze na zachodzie, a na wschodzie mógł dostrzec wieżę kościoła w Marnäs. Wtedy jednak pasło się tu wiele krów i owiec, które wyjadały wszystko do gruntu. Teraz zwierząt nie było, za to powróciły drzewa. Ich korony tworzyły coraz gęstszy dach wokół domu, a kiedy szli drogą, Gerlof tylko przez moment mógł dostrzec pokrytą lodem cieśninę na zachodzie. Stenvik był starą rybacką wioską. Gerlof pamiętał czasy, kiedy całe rzędy łodzi stały na kamiennej plaży, wygiętej w łagodny łuk, w oczekiwaniu na wypłynięcie ku zarzuconym na wodach cieśniny sieciom rybackim. Teraz wszystkie zniknęły, a chaty rybaków przebudowano na domy letniskowe. Skręcili na żwirową ścieżkę prowadzącą do kamieniołomu. ULICA ERNSTA, widniał napis na nowej białej tablicy ustawionej przy drodze.

Gerlof wiedział, na czyją cześć tak ją nazwano: Ernst był kamieniarzem i jego przyjacielem, a także ostatnim ze wszystkich mieszkańców wyspy, którzy pracowali w kamieniołomie, zanim go na dobre zamknięto na początku lat sześćdziesiątych. Ernsta także już nie było – została tylko jego ulica. Gerlof zamyślił się… Czy kiedykolwiek coś zostanie nazwane jego imieniem? Kiedy zza lasku wyłonił się kamieniołom, Gerlof zobaczył, że czerwonobrązowy dom Ernsta nadal stoi tuż przy nim, zamknięty na cztery spusty. Po śmierci właściciela odziedziczył go jakiś krewny, ale jego rodzina prawie w ogóle tu nie bywała. – Ojej – odezwała się Julia – tu też budują! Gerlof oderwał wzrok od domu przyjaciela i zauważył dwie nowe wille, o których mówiła. Leżały po wschodniej stronie kamieniołomu, w odległości kilkuset metrów od siebie. – W lecie ubiegłego roku przygotowywali teren pod działki – rzekła Julia. – Musieli budować na jesieni i w zimie. Gerlof pokręcił głową. – I nikt nie zapytał mnie o pozwolenie. Julia zaśmiała się. – Chyba ci to nie przeszkadza? Oddzielają cię od nich drzewa. – Nie. Ale jednak mogliby okazać nieco szacunku. Wille zbudowano z drewna i kamienia. Miały błyszczące panoramiczne okna oraz bielone kominy. Dachy pokryte zostały czarnym łupkiem. Przy jednym z domów wciąż stały rusztowania, na których dwóch stolarzy w grubych wełnianych swetrach przybijało drewniane panele elewacyjne. W ogrodzie w pobliżu drugiego budynku stała duża, biała wanna owinięta folią. Dom Ernsta, leżący na północ od nowych budynków, wyglądał przy nich jak mała szopa. Luksusowe domy, pomyślał Gerlof. To nie to, czego wioska potrzebuje. Ale jednak tu są, prawie gotowe. Opuszczony kamieniołom wciąż się tu znajdował, jak rana w ziemi. Szeroki na pięćset metrów, wypełniony małymi i dużymi pagórkami usypanymi z kamieni, które wydobyto i odrzucono na bok w poszukiwaniu znajdujących się głębiej warstw surowca pozbawionego pęknięć. – Chcesz się przyjrzeć z bliska? – zapytała Julia. – Możemy podejść i zobaczyć, czy któryś z właścicieli jest w domu. Gerlof pokręcił głową. – Już ich znam. To bogaci i beztroscy mieszkańcy dużych miast. – Nie każdy, kto kupuje dom, pochodzi z dużego miasta – odparła Julia. – Tak, tak… Ale na pewno jest bogaty i beztroski.

3 – Chcesz, żebym otworzył okno? – zapytał Per Mörner. Jego córka Nilla przytaknęła, odwrócona do niego plecami. – Widać jakieś ptaki? – spytała. – Mnóstwo – odparł. Skłamał, przed szpitalem nie widział ani jednego. Przy szpitalnym parkingu rosło jednak wiele drzew, więc może wśród nich siedziały jakieś małe ptaszki. – W takim razie możesz otworzyć – powiedziała Nilla i wyjaśniła: – Na zadanie z biologii mam w tym tygodniu liczyć gatunki ptaków. Nilla chodziła do siódmej klasy, a wszystkie jej podręczniki leżały na stole przy szpitalnym łóżku. Obok poduszki ułożyła swoje przynoszące szczęście zwierzątka i kamyki, a na ścianie nad łóżkiem zawiesiła duży kawałek materiału, na którym widniał napis: NIRVANA. Per otworzył okno i rzeczywiście do pokoju doleciał słaby świergot. Zmieszał się jednak z rykiem silników, a wkrótce i tak miał ucichnąć. Zbliżał się wieczór, a błyszczące samochody opuszczały parking – to lekarze i pielęgniarki wyjeżdżali ze szpitala do domów. Jego własny brązowy saab także stał na dole. Miał już jednak dziewięć lat i już nie błyszczał. – O czym myślisz? – odezwała się Nilla za jego plecami. Per odwrócił głowę. – Zgadnij. – Myślisz o wiośnie. – Właśnie tak – odparł, mimo że myślał tylko o swoim starym samochodzie. – Jesteś w tym coraz lepsza. Czytanie w myślach było najnowszym hobby jego córki. Wcześniej przez wiele miesięcy uczyła się pisać lewą ręką równie dobrze jak prawą, jednak w przerwie świątecznej obejrzała w telewizji program o telepatii i zaczęła eksperymentować z bratem bliźniakiem Jesperem i z ojcem, zarówno wysyłając do nich myśli, jak i próbując je odczytywać. Zadanie Pera polegało na tym, aby codziennie o ósmej wieczorem wysyłać do Nilli specjalną myśl. Stał wciąż przy oknie, obserwując, jak zachodzące słońce odbija się w szybach samochodów. Mimo chłodu była już właściwie wiosna, ale Per ledwo zdążył to zauważyć. Ptaki wróciły znad Morza Śródziemnego, a rolnicy zaczęli obsiewać pola. Pomyślał o swoim ojcu, Jerrym, który zawsze wyczekiwał wiosny. To wtedy zaczynał pracę na dobre. Oczywiście ludzie mawiali, że wiosna to czas młodości. Czas młodości i miłości. Pera nigdy nie dotyczyły wybuchy wiosennych uczuć. Nie doświadczył ich nawet wtedy, gdy na seminarium marketingowym przed piętnastu laty poznał Marikę i później, gdy brali ślub w słoneczny majowy dzień. Chyba już wtedy przypuszczał, że prędzej czy później go

zostawi. – Czy mama powiedziała, kiedy przyjedzie? – zapytał. – Mhm – przytaknęła Nilla. – Między szóstą a siódmą. Per spojrzał na zegarek, dochodziła piąta. – Chcesz, żebyśmy z Jesperem na nią zaczekali? – Nie, poradzę sobie. Liczył na taką odpowiedź. Nie miał nic przeciwko spotkaniu z Mariką, ale skoro jechała w odwiedziny do córki, istniało ryzyko, że będzie z nią jej nowy mąż Georg – ze swoimi znacznymi dochodami i drogimi prezentami. Per nie był już zazdrosny o Marikę, jednak nie mógł uporać się z faktem, że spotkała mężczyznę, który rozpieszcza nie tylko ją, ale i bliźniaki. Nilla dostała własny pokój i miała dobrą opiekę. Pół godziny wcześniej przyszedł do nich młody lekarz i wyjaśnił, jakie badania zostaną wykonane w ciągu najbliższych dni i w jakiej kolejności. Nilla słuchała ze spuszczonymi oczami i nie zadawała pytań. Od czasu do czasu spoglądała na lekarza, ale nie na ojca. – Do zobaczenia wkrótce, Pernillo – powiedział lekarz, wychodząc. Czekały ją dwa długie i trudne dni, w czasie których lekarze będą ją dokładnie badać, a Per nie miał do powiedzenia nic podtrzymującego na duchu. Wzięła się z powrotem do układania swoich rzeczy, a on jej pomagał. Nie dało się sprawić, aby szpitalny pokój stał się przytulny. Było tu zbyt wiele rurek i guzików alarmowych, jednak próbowali. Poza własną różową poduszką Nilla zabrała odtwarzacz płyt kompaktowych i płyty Nirvany, kilka książek i więcej spodni i swetrów, niż potrzebowała. Miała na sobie dżinsy i czarną bluzę, ale wkrótce dostanie standardową szpitalną koszulę: biały strój, który łatwo dało się podwinąć do wszystkich badań. – No tak – zaczął Per. – Chyba już pojedziemy, ale mama niedługo będzie… Mam pójść po Jespera? – Pewnie. Jego syn siedział na kanapie w poczekalni. Na półce leżało tam kilka książek i gazet, ale Jesper tkwił pochylony nad swoją grą Game Boy, jak zawsze. – Jesper? – powiedział głośno Per. – Co? – Nilla chce się pożegnać. Chłopak przerwał grę. Wszedł sam do pokoju siostry bliźniaczki i zamknął drzwi. Per zastanawiał się, o czym rozmawiali. Czy Jesper łatwiej dogadywał się z siostrą niż z tatą? Poruszali temat jej choroby? Z Perem właściwie wcale nie rozmawiał. Gdy bliźniaki były małe – miały wówczas po kilka lat – posługiwały się własnym językiem, niezrozumiałym dla nikogo poza nimi samymi. Był to śpiewny język, składający się niemal wyłącznie z samogłosek. Szczególnie Nilla miała trudności, żeby zacząć mówić po szwedzku, wolała tajny język, którym porozumiewała się z Jesperem. Zanim znaleźli logopedę, który poradził sobie z problemem, Per miał czasami poczucie, jakby był ojcem dwojga kosmitów. W głębi korytarza otworzyły się drzwi. Stawiając długie kroki, wyszedł przez nie lekarz,

który wcześniej rozmawiał z Nillą. Per ruszył w jego kierunku. Nigdy nie przepadał za tym zawodem – ponieważ jego matka nie chciała opowiedzieć, czym się zajmował ojciec, Per wymyślił sobie, że Jerry był lekarzem w obcym kraju. Wierzył w to przez wiele lat. – Mam pytanie – zagadnął. – Chodzi o moją córkę, Nillę. Lekarz zatrzymał się. – Tak? Co chciałby pan wiedzieć? – Wygląda na lekko opuchniętą. Czy to normalne? – Opuchnięta? A gdzie? – Na twarzy, na policzkach i wokół oczu. To pojawiło się w drodze do szpitala. Czy to coś znaczy? – Możliwe – powiedział lekarz. – Dokładnie ją przebadamy. EKG, ultradźwięki, tomografia, rentgen, pobierzemy próbki krwi… To cały arsenał. Per kiwnął głową, ale Nilla była już badana tyle razy w związku z tym dziwnym bólem. Wydawało się, że wyniki badań dają tylko powód do robienia kolejnych testów. Ciągłe czekanie. Otworzyły się drzwi jej pokoju i pojawił się Jesper. Szedł ze swoim gameboyem w kierunku poczekalni, ale Per zatrzymał go ruchem dłoni. – Nie zaczynaj znowu grać – powiedział. – Jedziemy do domu. Gdy kwadrans później zjechali z mostu Ölandsbron i skręcili na północ, na płaskiej wyspie otoczyła ich przyroda o żółtobrązowej barwie, przypominająca krajobraz na granicy między zimą i wiosną. Wieczorne słońce oświetlało rowy, z których wyglądały kwitnące zawilce i podbiały, ale po obu stronach drogi wciąż widać było połacie skrzącego się śniegu. Z kolei śnieg, który już stopniał w słońcu w głębi alwaretu 1 , zaczynał tworzyć duże jeziora. Szemrzące wiosenne strumyki wypływały z nich w poszukiwaniu morza. Wodny świat. Dokoła nikogo nie było, jedynie gromady czajek i zięb. Per uwielbiał pustkę i wyraźne linie wyspy. Gdy minęli Borgholm, ruch zmalał, a Per przyśpieszył. Warcząc, saab zmierzał na północ przez pusty krajobraz. Mijali zagajniki i wiatraki – było to jak jazda przez obraz olejny. Obraz przedstawiający wiosnę. Zielone i brązowe pola ziemi, olbrzymia kryształowa kopuła nieba i cieśnina na zachodzie. Wciąż pokrywał ją granatowy lód, jednak wydawał się już cienki, a gdzieniegdzie widać było w nim ciemne pęknięcia. Wkrótce fale wydostaną się na wolność. – Czy tu nie jest pięknie? – zagadnął Per. Siedzący obok niego Jesper podniósł wzrok znad swojego gameboya. – Gdzie? – Tutaj. Tu, na wyspie… wszędzie. Chłopak spojrzał przez przednią szybę i kiwnął głową, ale Per nie widział we wzroku syna tej samej radości, którą on odczuwał w tym miejscu. I próbował wmówić sobie, że w młodym wieku nie docenia się przyrody dla niej samej. Być może zainteresowanie duszą krajobrazu wymagało dojścia do pewnego wieku, czy też przeżycia wielkiego smutku. A może to z Jesperem było coś nie tak. Czy Per chciał, aby to Nilla siedziała na fotelu obok, zdrowa i pełna nadziei? Chciał, żeby to Jesper poddawany był badaniom? Odepchnął tę myśl. W zamian zaczął myśleć o wiośnie. O wiośnie na Olandii.

Pierwszy raz przyjechał na wyspę razem z mamą Anitą, jeszcze jako dziecko. Było to latem 1958 roku, w dwa lata po tym, jak się rozwiodła i ledwo było ją stać na podróże. Jerry miał płacić alimenty co miesiąc, ale robił to tylko od czasu do czasu – Anita opowiadała nawet, że pewnego razu Jerry przejeżdżał obok jej domu swoim dużym samochodem i rzucił pod drzwi gruby plik pieniędzy, po czym odjechał. Problemy finansowe oznaczały krótkie i tanie wakacje w pobliżu Kalmaru. Anita była jednak kuzynką Ernsta Adolfssona, kamieniarza mieszkającego samotnie w domu na Olandii, i zawsze w czasie wakacji mogła z synem wsiąść na prom płynący na wyspę i zostać, jak długo chciała. Per uwielbiał się bawić w opuszczonym kamieniołomie w pobliżu domu Ernsta. Dla dziewięciolatka był to baśniowy świat. Ernst nie miał dzieci ani rodzeństwa, a gdy umarł przed kilkoma laty, Per jako syn kuzynki odziedziczył jego dom. Poprzedniego lata przeprowadził porządki, a teraz miał tam mieszkać przez letnią połowę roku – a może nawet przez cały rok. Nie stać go było na utrzymanie dwóch domów, więc mieszkanie w Kalmarze wynajął do końca września. Jego dzieci miały przyjeżdżać na Olandię tak często, jak tylko chciały, taki był plan Pera. Jednak Nilla rozpoczęła siódmą klasę nieco przemęczona i apatyczna, a jesienią była już bardzo osłabiona. Szkolny lekarz uważał, że chodzi o dojrzewanie, że to dolegliwości związane z wiekiem dorastania, jednak po Nowym Roku dziewczynka zaczęła się skarżyć na bóle po lewej stronie ciała. Z czasem nasiliły się, lecz nikt nie potrafił ich wytłumaczyć. Nagle wszystkie plany na lato stały się niepewne. – Chcesz zadzwonić do mamy, jak dojedziemy? – zapytał Per. Jego syn nie oderwał wzroku od gry. – Nie wiem. – Masz ochotę zejść na plażę? – Nie wiem – powtórzył Jesper. Wydawał się tak odległy jak satelita na orbicie, ale na tym chyba polega bycie trzynastolatkiem w dzisiejszych czasach. Gdy Per miał tyle lat, jego największym marzeniem było, żeby ojciec przyjechał w odwiedziny i z nim porozmawiał. Przy drodze wyłonił się nagle szyld stacji benzynowej, więc Per zahamował i zjechał. – Chcesz lody? Czy może jeszcze na nie za wcześnie o tej porze roku? Jesper spojrzał znad gry. – Coś słodkiego. – Zobaczymy, co mają – powiedział Per i skręcił na parking. Wysiedli. Mimo słońca było mroźno. Per sądził, że o tej porze roku będzie na wyspie cieplej, jednak pokrywa lodowa na cieśninie wyraźnie ochładzała powietrze. Wiatr przewiał jego zieloną pikowaną kurtkę i zawirował piaskiem, który dostał się do ust i zgrzytał między zębami. Jesper zatrzymał się przy samochodzie, a Per przeszedł szybko obok dystrybutorów z paliwem i stanął przy kiosku. Okno było ciemne, jednak zapukał kilka razy, zanim zauważył za szybą wyblakłą od słońca kartkę: DZIĘKUJEMY ZA PIĘKNE LATO – PONOWNE OTWARCIE 1 CZERWCA! Kwiecień to jednak zbyt wcześnie – wyspa jeszcze nie zbudziła się z zimowego snu, a nieliczne sklepy otwarte zimą z pewnością zaspokajały potrzeby mieszkańców. Przez

piętnaście lat zajmował się badaniami rynku, więc dobrze to rozumiał. Jesper nie stał już przy samochodzie. Usiadł na drewnianej skrzyni z napisem: PIASEK DROGOWY, leżącej przy parkingu. Znowu grał na swoim gameboyu. Idąc w jego kierunku, Per usłyszał w oddali warkot samochodu. Z północy z dużą prędkością zbliżał się biały tir. Wyjął kluczyk i zawołał do syna: – Nie będzie słodyczy. Zamknięte. Jesper tylko kiwnął głową, a Per kontynuował: – Dalej na północy jest więcej sklepów. Pojedziemy i… Zamilkł, gdyż nagle usłyszał głuchy huk i pisk opon na asfalcie. Oślepiły go promienie zachodzącego słońca. Było to audi, które właśnie zaczęło zjeżdżać na lewy pas, wprost pod ciężarówkę. Per mógł jedynie stać i patrzeć. Wiedział, że samochód musiał się z czymś zderzyć, gdyż na masce widoczne były ślady krwi, która pokrywała też przednią szybę. Czyja to krew? Ciężarówka zaczęła trąbić. Za zamazaną szybą widać było kierowcę. Mężczyzna pochylał się nad kierownicą, próbując odzyskać kontrolę nad samochodem. Tir zjechał na prawe pobocze. Per poruszył się w chwili, gdy ucichł przeraźliwy dźwięk klaksonu. Audi w okamgnieniu wróciło na swój pas jezdni. Gdy pojazdy się minęły, audi wpadło na parking. Koła się zablokowały, ślizgając się po żwirze. Auto wciąż jednak poruszało się z dużą prędkością. Przecinało asfalt w poprzek, kierując się wprost na skrzynię z piaskiem. – Jesper! – krzyknął Per. Jego syn nadal siedział na skrzyni. Kciukami przyciskał guziki na gameboyu i nawet nie podniósł wzroku. Per ruszył. Pędził przez plac. – Jesper! W końcu chłopak podniósł głowę. Odwrócił się i otworzył usta. Jednak audi poruszało się szybko, a spod jego opon tryskały żwir i piach. Mknęło wprost na Jespera.

4 W chwili wypadku Vendela Larsson siedziała obok Maxa i medytowała. Przymknąwszy powieki, zagłębiła się w sobie, przeżywając widziane pola i łąki, i wszystkie kamienne murki jak film przesuwający się za oknem samochodu. Był to krajobraz dobrze znany, a jednocześnie taki obcy. Max bywał tu kilka razy jesienią i zimą, gdy powstawał dom, ale dla niej była to pierwsza wizyta od wielu lat. Ile lat minęło? Trzydzieści czy trzydzieści pięć? Gdy po cichu zaczęła liczyć, coś mocno uderzyło w przód auta. – Kurwa! – krzyknął Max, a Vendela otrzeźwiała zupełnie. Usłyszeli krótki plask i szyba nagle zrobiła się czerwona. Samochód już nie pędził naprzód. Zaczął jechać slalomem, od jednej krawędzi drogi do drugiej, opony piszczały. Najpierw zjechał na lewą stronę, wprost pod nadjeżdżającą z naprzeciwka ciężarówkę, po czym nagle odbił na prawo w szeroki wjazd na pusty parking, obok którego znajdowała się stacja benzynowa z kioskiem. Niezupełnie pusty. Stał na nim samochód. Vendela zauważyła także ludzi. Mężczyznę biegnącego przez plac i chłopca siedzącego na dużej skrzyni. – Kurwa! – wrzasnął ponownie Max. Vendela usłyszała szczekanie swego psa Ally’ego. Otworzyła usta, ale nie wydobyła z siebie żadnego dźwięku. Była ciałem, podążającym tam, dokąd podążał samochód, i niemogącym nic zrobić. Max skręcił kierownicą. Nastąpiło uderzenie, słychać było zgrzyt. Samochód obrócił się i gwałtownie zahamował. Vendelę rzuciło do przodu, ale pas ją przytrzymał. Silnik zawarczał i zgasł. – Cholera… – powiedział Max. Siedział i się gapił, a jego zbielałe palce wciąż zaciskały się na kierownicy. Siedzieli bez ruchu. Audi wjechało w skrzynię z piachem i ją roztrzaskało. Chłopiec, który na niej siedział, zniknął. Gdzie się podział? Vendela odpięła pas i pochyliła się do przodu, przyciskając czoło do szyby. Zobaczyła niewielką dłoń, wystającą z prawej strony auta. Wydawało się, że chłopiec leży obok skrzyni z nogami pod samochodem. Wysoki mężczyzna już był przy nim, oparł rękę na masce audi i pochylił się nad dzieckiem. Max na oślep szukał klamki, próbując otworzyć drzwi. Czerwony na twarzy, wypadł na zewnątrz. – Nie dotykaj mojego samochodu! Vendela widziała, że spanikował. Był jak w amoku i nie wiedział, co robi. Postąpił dwa kroki w przód i uniósł dłonie w stronę mężczyzny. Dwie sekundy później leżał z nosem przygniecionym do ziemi, parę metrów od samochodu, powalony przez nieznajomego.

– Uspokój się! – Per pochylił się nad Maxem z zaciśniętymi zębami i uniósł pięść. Wyglądało na to, że kieruje ją w stronę karku Maxa. Serce. Vendela odszukała klamkę, otworzyła drzwi i wyszła na wiatr. Krzyknęła pierwsze, co przyszło jej na myśl. – Nie. On ma chore serce! Mężczyzna spojrzał na nią, wciąż był wściekły. Złość jednak nagle zniknęła z jego oczu. Odetchnął, opuścił ręce i zerknął na Maxa. – Uspokoiłeś się? – zapytał niskim głosem. Max nie odpowiedział. Zagryzł zęby, próbując się oswobodzić, jednak ostatecznie dał za wygraną. – Okej – powiedział tylko. Vendela stała nieruchomo przy samochodzie. Widziała, jak mężczyzna puszcza Maxa i prostuje plecy. Delikatnie objął tułów chłopca i odciągnął go ostrożnie od auta. – Dobrze się czujesz? Chłopiec coś odpowiedział, jednak zbyt cicho, by Vendela mogła to usłyszeć. Wydawało się, że nie odniósł obrażeń. – Możesz poruszyć palcami u stóp? – zapytał mężczyzna. – Tak. Chłopiec próbował wstać. Mężczyzna pomógł mu i odprowadził go do samochodu. Nie obejrzeli się za siebie, a Vendela poczuła się, jakby została z czegoś wykluczona. Oparłszy się o maskę, Max także wstał. Zamrugał i zauważył Vendelę. – Wsiadaj – powiedział. – Zajmę się tym. – Dobrze. Wzięła głęboki oddech i wróciła do samochodu. Usiadła i obserwowała, jak krew spływa po szybie. Był to niemal piękny widok. Nie. Mogła przyznać, że rzeczywiście był piękny. Krew rozmazana przez wycieraczki utworzyła na szkle szerokie linie. Wyglądały jak dwie małe tęcze w bladoróżowych i ciemnoczerwonych barwach, które lśniły w promieniach słońca niczym neony. Słaby powiew wiatru znad morza uniósł pióra, które osiadły w rowkach karoserii. Zaczęły wirować, po czym przykleiły się do szyby. Były szarobiałe i brązowe. Być może potrącili bażanta lub dzikiego gołębia. Niezależnie od tego, jakiego był gatunku, ptak pojawił się przed samochodem nagle, trzepocząc skrzydłami. W momencie kolizji eksplodował jak balon, jego ciało mocno uderzyło w osłonę chłodnicy, odbiło się rykoszetem, trafiając w szybę i rozbryzgując krew, po czym zniknęło ponad dachem i zostawiło za sobą szerokie ślady. Z podłogi sprzed jej siedzenia dochodziło skomlenie. – Cicho, Ally! – zawołał Max. Vendela przełknęła ślinę. Ciężko było znieść, gdy Max wrzeszczał na nią, ale jeszcze gorzej, gdy krzyczał na ich psa. – Już dobrze, piesku – powiedziała cicho. Otworzyła drzwi. – Max, dobrze się czujesz? Skinął głową. – Wytrę do czysta – rzucił tylko.

Był zziajany, a twarz miał czerwoną, choć raczej tylko ze złości. Poprzedniego lata Max poczuł nagły ból w piersi, stojąc na scenie podczas odczytu na temat swojej ostatniej książki Maxymalna pewność siebie. Musiał przerwać i zejść z mównicy, a gdy dzwonił do Vendeli, w jego głosie słychać było panikę. Pojechał taksówką na pogotowie, gdzie podano mu tlen i przeprowadzono badania. Według lekarza był to łagodny zawał serca, z naciskiem na „łagodny”. Operacja nie była potrzebna – miał tylko wypoczywać. I na tyle, na ile się dało, odpoczywał przez całą jesień, w chwilach gdy nie nadzorował budowy domu na Olandii ani nie przygotowywał nowej książki. Miała się różnić od poprzednich i traktować mniej o psychologii, a więcej o właściwym trybie życia i odpowiedniej diecie. Książka kucharska Maxa Larssona. Vendela obiecała, że mu pomoże. W schowku znalazła serwetki i butelkę wody mineralnej. Otworzyła ją, wypiła kilka łyków, po czym odsunęła szybę. – Max, proszę. Wziął butelkę, ale nie wypił – wylał wodę na szybę, rozpuszczając krew, która czerwonymi strumieniami zaczęła spływać po karoserii. Zacisnąwszy szczęki, pochylił się nad maską i czyścił, i czyścił. Vendela chciała zapomnieć o martwym ptaku. Spojrzała przez boczną szybę na prawo, w kierunku alwaretu. Płaski świat traw, krzewów i kamieni. Tęskniła za nim. Jeśli Max nie będzie zbyt poirytowany po kolizji, mogłaby pobiegać tam już dziś wieczorem. Rodzina Vendeli pochodziła z wyspy, a ona sama dorastała w gospodarstwie rolnym pod Stenvikiem. Po części też dlatego przekonała Maxa do zakupu działki właśnie tutaj. Jej mąż wielokrotnie powtarzał, że w lecie wolałby mieszkać bliżej Sztokholmu. Jednak uległ jej namowom, gdy dowiedział się, że Stenvik leży na wybrzeżu, a Vendela pozwoliła mu wybrać projekt domu, który mieli zbudować przy kamieniołomie. Architekt zaprojektował dla nich nadmorską willę marzeń. Bajkowy zamek z kamienia i szkła. Ally ciągle kręcił się w koło na sztywnych nogach, zmieniając co chwila miejsce na podłodze. Zarażał swoim niepokojem, a w końcu sprawił, że źle się poczuła. – Leżeć, Ally… zaraz pojedziemy dalej. Szarobiały pudel przestał wyć, jednak wciąż cicho skomlał, przyciskając się do jej nóg. Jego wielkie oczy patrzyły na nią, blade i rozbiegane. Ally miał trzynaście lat, czyli psich ponad osiemdziesiąt. Nie mógł już zginać prawej przedniej łapy, a w ostatnich latach bardzo pogorszył mu się wzrok. Weterynarz w Sztokholmie już na jesieni wyjaśniał, że wkrótce Ally będzie tylko odróżniał światło od mroku, a za niespełna rok prawdopodobnie zupełnie oślepnie. Vendela wpatrywała się w niego. – I nic nie możemy zrobić? – Możemy… to, co zawsze robi się ze starymi psami. I to wcale nie boli. Gdy weterynarz zaczął opowiadać, jak usypia się psy, chwyciła Ally’ego w ramiona i uciekła. Doprowadzenie samochodu do jako takiej czystości wymagało użycia około dwudziestu serwetek. Max lał wodę, wycierał serwetkami szybę i wyrzucał je, jedną po drugiej. Vendela patrzyła, jak nasączone czerwienią zgniecione chusteczki turlały się i wpadały do

rowu. Z pewnością będą tu leżeć przy stacji jak suche liście przez całą wiosnę i lato, a mieszkańcy wyspy będą narzekać na zaśmiecających okolicę turystów. Mieszkańcy alwaretu także będą widzieli odpadki. Max wyrzucił ostatnią serwetkę i pochylił się – wyglądał, jakby sprawdzał, czy ślady krwi nie zostały na zamszowej kurtce i dżinsach. Wrócił do samochodu, unikając wzroku Vendeli. – Wszystko dobrze? – zapytał, gdy już usiadł. Skinęła tylko głową i pomyślała: Oczywiście. Niektóre dni są tylko trochę bardziej szalone niż zwykle. Spojrzała w kierunku drugiego samochodu, w którym siedzieli mężczyzna i chłopiec. – Porozmawiasz z nimi? – A po co? – odparł Max i włączył silnik. – Przecież nikt nie został ranny. Nikt oprócz ptaka, pomyślała Vendela. Coś zgrzytnęło, gdy Max zaczął cofać, uwalniając auto ze skrzyni z piaskiem. Była pęknięta z jednej strony – Vendela widziała, jak cienka strużka piasku wysypuje się na asfalt. Przód audi też musiał być porysowany. Ally przestał skomleć i znowu ułożył się na podłodze. – No tak – powiedział Max i potrząsnął głową, jakby chciał strząsnąć z siebie to, co się stało. – Możemy ruszać dalej. Wrzucił jedynkę i spryskał przednią szybę. Następnie dodał gazu i wyjechał ze stacji na szosę. Vendela odwróciła się, żeby sprawdzić, czy zobaczy przy krawędzi drogi roztrzaskane ciało ptaka. Nie było go jednak, może leżało w rowie. – Ciekawe, co to był za gatunek. Widziałeś, Max? Nie zdążyłam zobaczyć, czy to bażant, czy cietrzew, a może… Pokręcił głową. – Zapomnij już o tym. – Bo to chyba nie był żuraw, Max? – Zapomnij o ptaku, Vendelo. Pomyśl o nowej willi. Droga była zupełnie pusta, więc przyśpieszył. Vendela wiedziała, że chciał jak najszybciej dotrzeć do domu, żeby kontynuować pracę nad książką kucharską. Po weekendzie miał przyjść fotograf i zrobić mu zdjęcia w nowej kuchni. Jedzeniem miała się zająć oczywiście Vendela. Audi przyśpieszało. Po chwili pędziło równie szybko co wcześniej, jakby nic się nie stało. Tylko Ally wciąż drżał, przytulając się do nóg Vendeli. Drżał prawie zawsze, gdy Max znajdował się w pobliżu. Gdyby Ally był młodszy i zdrowszy, mógłby chodzić z nią na odprężające spacery po okolicy, ale w tej sytuacji będzie musiał zostawać w domu. Max nie lubił spacerów i biegów. Na spotkania z naturą Vendela będzie więc udawać się sama. Może jednak niezupełnie sama. Przecież tam są elfy.

5 – Dobrze się czujesz? – spytał Per po raz szósty lub siódmy. Jesper skinął głową. – Obie nogi całe? – No tak. Siedzieli już w swoim samochodzie. Dziesięć metrów dalej audi wyjeżdżało z roztrzaskanej skrzyni z piaskiem. Per zauważył, że spoiler był rozbity, podobnie jak prawy reflektor. Audi nawróciło na parkingu i wyjechało na drogę. Kierowca patrzył prosto przed siebie, ale siedząca obok niego kobieta na ułamek sekundy spojrzała w oczy Pera, po czym się odwróciła. Miała szczupłą twarz i kogoś mu przypominała. Reginę? Zerknął znowu na syna i chwycił go za ramiona. Jesper wydawał się spokojny, ale mięśnie karku mu drżały. – Nic cię nie boli? – To tylko parę siniaków – chłopak obdarzył Pera lekkim uśmiechem. – Rzuciłem się tak, żeby nie wpaść pod koła, ale niewiele brakowało. – Tak, makabrycznie niewiele… Dobrze, że jesteś szybki. Per odwzajemnił uśmiech, choć widać było, że jest spięty. Powoli puścił ramiona syna. Położył dłonie na kierownicy i głęboko westchnął. Nie czuł złości, mimo że zaledwie przed kilkoma minutami powalił jakiegoś mężczyznę i był gotowy go pobić. Właściwie chciał komuś przyłożyć. Tak jakby mogło to w czymkolwiek pomóc. Myślał także o tym, że Jesper przed chwilą się do niego uśmiechnął, pierwszy uśmiech od długiego czasu. Czyżby to oznaka nadejścia wiosny? Widział, jak audi przyśpieszało na wiejskiej drodze, a jego maskę wciąż pokrywały błyszczące ślady krwi. Kierowca dodał gazu i samochód zniknął, jadąc na północ. Widok tego dużego auta sprawił, że Per zaczął myśleć o wszystkich okazałych limuzynach swojego ojca – całym zbiorze samochodów, które Jerry sprowadzał ze Stanów. W połowie lat siedemdziesiątych jeździł cadillakiem, niemal co roku zmieniał auto na nowy model. Ludzie oglądali się, kiedy przejeżdżał, a on to uwielbiał. – Co mu zrobiłeś? – zapytał Jesper. – Co takiego? – No ten rzut judo. Per potrząsnął głową i przekręcił kluczyk w stacyjce. Kiedyś trenował judo, ale trwało to niecałe dwa lata i udało mu się zdobyć tylko pomarańczowy pas. Jesper jednak wyraźnie był pod wrażeniem. – To nie było judo… Tylko go przewróciłem, jakbym podstawił mu nogę – wyjaśnił synowi. – Też byś tak potrafił, gdybyś nie przerwał treningów. Jesper zamilkł. – Ty też już nie trenujesz – odezwał się po chwili. – Nie mam z kim – odparł Per, wyjeżdżając z parkingu. – Za to zamierzam zacząć biegać.

Popatrzył w stronę płaskiego krajobrazu, rozpościerającego się wzdłuż drogi. Ziemia wyglądała na martwą, choć pod powierzchnią wiele się działo. – Dokąd będziesz biegał, tato? – zapytał Jesper. – Dokądkolwiek.

6 Spal je, Gerlofie, mówiła Ella Davidsson, kiedy leżała chora w łóżku, przypominając szkielet. Obiecaj, że je spalisz. Potwierdził skinieniem głowy. Jednak dzienniki jego zmarłej żony wciąż tu były. Znalazł je w ostatni piątek. Słońce powróciło nad Bałtyk na tydzień przed Wielkanocą. Teraz brakowało już tylko ciepła, aby Gerlof mógł przesiadywać całe dnie w ogrodzie. Odpoczywać, rozmyślać i budować okręt w butelce. Pośród brązowych liści wokół niego zaczęły pojawiać się cienkie zielone źdźbła. Trawy nie trzeba będzie kosić aż do maja. Promienie słońca w środku dnia przyciągały motyle. Dla Gerlofa były one najważniejszą oznaką wiosny. Już w dzieciństwie wyczekiwał, kiedy zobaczy pierwszego motyla i jakiego będzie on koloru. W wieku osiemdziesięciu trzech lat trudno dać się porwać równie silnym wiosennym uczuciom jak w młodości, jednak Gerlof w napięciu czekał na pierwszego motyla także w tym roku. Był teraz sam w domu, dzień jak co dzień po przeprowadzce. Człapał między małymi pokojami, z laską w jednej ręce i kubkiem kawy w drugiej. Wózek inwalidzki stał w sypialni w cichym oczekiwaniu, aż Sjögren – tak nazywał objawy reumatyzmu – znowu się nasili. Na razie mógł schodzić po kamiennych schodach bez problemów. Tydzień wcześniej przywieziono nieliczne meble z domu opieki, które chciał zachować, i wszystkie drobiazgi gromadzone przez trzydzieści lat na morzu: stateczki w butelkach, mapy morskie, deski z nazwami kilku łajb, na których pływał, i piękne przedmioty wykonane z ciemnobrązowych lin, które wciąż pachniały dziegciem. Gerlofa otaczały wspomnienia. Kiedy otworzył szafkę naprzeciwko lodówki, aby schować tam dzienniki okrętowe i mapy, natrafił na pamiętniki żony. Przewiązane sznurkiem, leżały na półce za małą szkatułką Elli i za starymi młodzieżowymi książkami Karola Maya i Lucy Maud Montgomery. Na okładce każdego z tomów czarnym atramentem zapisany był rok. Kiedy Gerlof rozwiązał sznurek i otworzył je, zobaczył gęste linijki zapisane wytwornym pismem żony. Były to dzienniki Elli, łącznie osiem tomów. Gerlof wahał się kilka sekund. Myślał o obietnicy, którą złożył Elli. W końcu wziął pierwszy zeszyt i wyszedł na zewnątrz, kierując się w stronę drewnianego krzesła stojącego na trawniku i mając poczucie, że robi coś niegodziwego. Zaledwie kilka razy widział, jak je pisała, ale nigdy mu ich nie pokazywała, a wspomniała o dziennikach tylko raz, gdy była umierająca. Spal je, Gerlofie. Usiadł, owinął nogi kocem i położył książkę na stole obok siebie. Ella zmarła na raka wątroby jesienią 1976 roku. Minęły dwadzieścia dwa lata, ale tu, w ogrodzie, często miał poczucie, jakby nigdy nie odeszła, że wciąż stoi w kuchni i parzy kawę.

Ella zawsze wyznaczała jasne granice. Nigdy na przykład nie wpuszczała męża do kuchni, a Gerlof oczywiście się o to nie prosił. Kiedy ich córki Lena i Julia stały się nastolatkami na początku lat sześćdziesiątych, uporczywie próbowały nakłonić ojca do pomocy w pracach domowych, ale Gerlof odmawiał. – Dla mnie jest już za późno – mawiał. Najbardziej przestraszony i niepewny był w kuchni. Nigdy nie nauczył się gotować ani prać, potrafił tylko zmywać. Teraz szwedzcy mężczyźni robią właściwie wszystko, nastały nowe czasy. Gerlof odwrócił głowę. W trawie za ogrodzeniem usłyszał ciche trzepotanie. Pierwszy tegoroczny motyl. Zbliżał się do niego, wykonując w locie tak samo nierówne ruchy jak wszystkie inne wiosenne motyle, które widywał przez lata – z jednej strony na drugą i pozornie bez wyznaczonego celu podróży. Motyl był żółty, cytrynek. Piękny wiosenny znak. Gerlof uśmiechnął się do jasnego motyla, kiedy ten doleciał do trawnika tuż przed nim – uśmiech jednak zniknął z jego twarzy, kiedy ujrzał jeszcze jednego motyla w dzikiej trawie. Ten miał ciemne skrzydełka, niemal czarne, w szare i białe prążki. Nie znał jego nazwy. Rusałka pokrzywnik? A może rusałka żałobnik? Leciał prosto i dotarł na trawnik prawie równocześnie z cytrynkiem. Przez kilka sekund wirowały wokół siebie w wiosennym tańcu, po czym przeleciały obok Gerlofa i zniknęły za domem. Żółty i szaro-czarny, co to mogło znaczyć? Dotąd pierwszego motyla ujrzanego wiosną traktował jak znak określający, jaka będzie dalsza część roku – jasna i pełna nadziei czy ciemna i posępna. Teraz nie był pewny. To tak jakby flaga wciągana na maszt utknęła w połowie drogi, zanim znowu ruszy aż na sam szczyt. W chwili gdy otwierał książkę, usłyszał dźwięk silnika. Duży lśniący samochód przetoczył się drogą, po czym skręcił na żwirową ścieżkę prowadzącą do kamieniołomu. Gerlofowi mignęli siedzący z przodu mężczyzna i kobieta w średnim wieku. To pewnie ktoś z nowych sąsiadów, którzy zbudowali domy przy kamieniołomie. Letnicy. Z pewnością będą tu mieszkać tylko, gdy będzie jasno i ciepło. Mało prawdopodobne, aby byli gotowi chodzić i marznąć, wycinając ostatnie drzewa rosnące wzdłuż wybrzeża, jak niegdyś musieli robić jego krewni. Gerlof nie przejmował się nimi. Zajrzał do dziennika i zaczął czytać: Mamy dziś 7 maja 1957 roku. Tej nocy Gerlof wyrusza w pierwszą w tym roku podróż po olej do Nynäshamn. Był dzisiaj w Kalmarze ze swoją łodzią, aby zrobić pomiary, ponieważ przerabiał zejście pod pokład. Lena i Julia popłynęły z nim. Dzień był słoneczny. Wróciłam do domu koło szóstej wieczorem i otworzyłam okna. Wydawało mi się, że czuję słaby zapach pleśni, więc chciałam przewietrzyć, ale okazało się, że to dzbanek z jagodami jałowca w zalewie cukrowej, które zaczęły fermentować, rozbił się na tysiąc kawałków. Rozeźlona, musiałam sprzątać, a niebieskoczerwony syrop bardzo mocno przywarł do podłogi. Ledwo zdążyłam ugotować obiad (klopsiki). Dziewczynki i Gerlof wracają do domu pojutrze. Gerlof zorientował się, że jego żona pisała dzienniki wakacyjne. Wiedział, że kiedy on był na morzu, Ella często jeździła z córkami do domku letniskowego. Później, gdy dzieci

podrosły i wolały płynąć z ojcem do Sztokholmu lub zostać w Borgholmie, była tu sama. Pewnie dlatego właściwie nie widywał, jak pisała. Czytał dalej: Mamy dziś 15 maja 1957 roku. Słońce, lekki chłód od północno-wschodniej bryzy. Dziewczynki były po południu na długiej wycieczce rowerowej wzdłuż wybrzeża. Gdy ich nie było, wydarzyła się dziwna rzecz. Stałam na werandzie, podlewając pelargonie – i nagle zauważyłam trolla z kamieniołomu. No bo cóż to mogło być? W każdym razie to coś miało dwie nogi, ale poruszało się tak szybko, że aż mnie zatkało. Zaledwie cień. Trzask na pastwisku, szelest w zaroślach i już go nie było. Wydaje mi się, że się ze mnie śmiał. „Pastwiskiem” Ella i Gerlof nazywali zarośnięty zagon niedaleko domu, gdzie przed wojną wypasano krowy. Ale co Ella miała na myśli, pisząc o trollu? Nagle Gerlof usłyszał nowy odgłos silnika za drzewami. Dźwięk ucichł, ale zaskrzypiała furtka. Pośpiesznie ukrył dziennik pod kocem. Nie wiedział dlaczego, chyba przez wyrzuty sumienia. Do ogrodu wszedł niski, przysadzisty mężczyzna w wieku około siedemdziesięciu lat. Był to jego przyjaciel John Hagman. Miał na sobie wytarte niebieskie ubranie robocze i jasnoniebieską marynarską czapkę. Ubierał się tak zarówno zimą, jak i latem. Niegdyś był sternikiem Gerlofa na Bałtyku, obecnie dzierżawił pole kempingowe w południowej części wsi. Zbliżył się ciężkimi krokami i zatrzymał na trawniku. Gerlof uśmiechnął się i skinął głową. John nie odwzajemnił uśmiechu – okazywanie zadowolenia nie było w jego stylu. – No proszę – powiedział. – Słyszałem, że wróciłeś. – Zgadza się. I ty też. John przytaknął. Zimą kilka razy odwiedził Gerlofa w domu opieki. Mieszkał wtedy w małym mieszkaniu swojego syna w Borgholmie. Niemal ze wstydem wyjaśniał, że zimy na wsi stały się zbyt zimne i samotne. Dłużej tego nie mógł znieść, co Gerlof rozumiał. – Czy ktoś inny jeszcze tu jest? John zaprzeczył ruchem głowy. – Od Nowego Roku wioska świeci pustkami. Zaledwie kilka weekendowych wizyt. – A Astrid Linder? – Ona także w końcu dała za wygraną i zaryglowała dom na cztery spusty… Chyba wyjechała w styczniu gdzieś na riwierę. – Aha – odparł Gerlof. Przed przejściem na emeryturę Astrid była lekarzem. – No tak, pewnie odłożyła trochę grosza. Znowu zapadło milczenie. Gerlof nie widział już motyli. Słuchając słabego szumu wiatru wśród drzew, powiedział: – Nie wydaje mi się, żebym tu jeszcze długo zabawił, Johnie. – Tu, w wiosce? – Mam na myśli tutaj – odpowiedział, wskazując na swoją klatkę piersiową, gdzie według

niego umiejscowiona była dusza, a zatem i życie. Nie zabrzmiało to tak dramatycznie, jak się spodziewał, a John tylko skinął i zapytał: – Nie czujesz się najlepiej? – Nie gorzej niż zazwyczaj – odrzekł. – Ale jestem bardzo zmęczony. Powinienem zrobić coś pożytecznego, coś naprawić, pomalować dom jak dawniej… ale tylko tu siedzę. John odwrócił wzrok, jakby rozmowa była trudna. – Zacznij od czegoś drobnego – powiedział. – Idź nad morze i zajmij się łodzią. Gerlof westchnął. – Pełno w niej dziur. – Możemy ją naprawić – zaproponował John. – Za dwa lata zaczyna się nowe tysiąclecie, nowy czas. Chyba chcesz przy tym być? – Może… Zobaczymy, jak nowy będzie ten „nowy czas”. – Gerlof chciał zmienić temat i kiwnął głową w kierunku furtki. – A co sądzisz o nowych sąsiadach? Tych po drugiej stronie drogi. John milczał. – Nie znasz ich? – Znam. Widziałem ich. Ale dotąd właściwie tu nie bywali. Nie wiem o nich zbyt wiele. – Ja też nie. Ale człowiek jest ciekawy, prawda? – Są bogaci – stwierdził John. – To bogaci mieszkańcy stałego lądu. – Z pewnością – odparł Gerlof. – Więc chyba poinformujesz ich o swojej obecności we wsi. – A to niby po co? – Żebyś mógł wykonać dla nich pewne prace, zanim pojawią się turyści na kempingu. – No tak, niezła myśl. Gerlof skinął i lekko pochylił się ku przyjacielowi. – I wziąć niezłą zapłatę. – W rzeczy samej – odparł John. Wyglądał na niemal zadowolonego.

7 – A więc zamierzacie zostać tu jakiś czas? – zapytał młody pośrednik, przekazawszy Vendeli Larsson klucze i ostatnie dokumenty. – Cieszyć się wiosennym słońcem? – Miejmy nadzieję – odparła i zaśmiała się. Często śmiała się nerwowo, rozmawiając z ludźmi, których nie znała. Wierzyła jednak, że ten nawyk zniknie tutaj, na wyspie. Wiele rzeczy teraz się zmieni. – Dobrze, bardzo dobrze – powiedział pośrednik. – W ten sposób pomożecie przedłużyć sezon turystyczny, będziecie prawdziwymi pionierami… Pokażecie ludziom ze stałego lądu, że na Olandii można korzystać ze spokoju dłużej niż przez kilka letnich tygodni. Vendela przytaknęła. Korzystać ze spokoju? Zależało to także od tego, czy ona sama potrafi się odprężyć, czy Maxowi będzie się podobało i czy zdoła skończyć swoją książkę kucharską. W tej chwili stał w podgrzewanym garażu i za pomocą wody oraz gąbki czyścił samochód. Każda kropelka krwi musiała zniknąć. Odkąd dotarli do domu, Max nie powiedział ani słowa o zdarzeniu na drodze, ale złość przez cały czas wisiała wokół niego jak kwaśny odór. Vendela musiała się sama zająć pośrednikiem. Starała się nie trząść na zimnym wietrze. Był już wieczór, słońce zniknęło za cieśniną, zabierając ze sobą całe ciepło. Najchętniej weszłaby z powrotem do domu. Pośrednik rozejrzał się dokoła w zmierzchu, popatrzył w stronę dużej sąsiedniej willi na południu i mniejszego domu, leżącego kilkaset metrów dalej na północ. – To znakomita okolica – rzekł. – Kapitalna. Sąsiedzi w odpowiedniej odległości, nie za blisko ani nie za daleko. I żadnych innych domów między wami a plażą… Żeby zażyć porannej kąpieli, wystarczy tylko obejść kamieniołom. – Najpierw lód musi stopnieć – powiedziała Vendela. – Niedługo stopnieje – odparł pośrednik. – Rzadko się zdarza, aby utrzymywał się tak długo… ale mieliśmy ostrą zimę w tym roku. Do minus piętnastu stopni w niektóre noce. Obok pośrednika stał mężczyzna niższy od niego o głowę, ubrany w roboczy kombinezon. Był to miejscowy majster, który zwrócił się do Vendeli: – Proszę zadzwonić, jeśli coś będzie szwankować. Były to jego pierwsze i ostatnie słowa skierowane do Vendeli tego wieczoru. Zarówno on, jak i pośrednik szykowali się do drogi. – Niech pani zadba o dobre stosunki z sąsiadami – pośrednik dał Vendeli ostatnią radę, potrząsając jej dłonią na pożegnanie. – To złota zasada wśród właścicieli willi. – Jeszcze nie spotkaliśmy sąsiadów – odparła i znowu się zaśmiała.