wotson

  • Dokumenty43 353
  • Odsłony2 057 347
  • Obserwuję1 386
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 546 387

John Grisham - Klient

Dodano: 2 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 2 lata temu
Rozmiar :1.3 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
J

John Grisham - Klient.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion J John Grisham
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 2 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 98 osób, 64 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 444 stron)

Grisham John “KLIENT” Powieści Johna Grishama w Wydawnictwie Amber Czas zabijania Firma Klient Komora Rainmaker Raport pelikana 1 Przekład MARCIN WAWRZYŃCZAK ,) AMBER Mark miał jedenaście lat i od dwóch lat popalał papierosy - nigdy nie próbując przestać, ale zawsze uważając, żeby nie wpaść w nałóg. Najbardziej smakowały mu koole, ulubiony gatunek jego eks-ojca, lecz matka wypalała dziennie dwie paczki virginia sumów - cienkich, słabych papierosów z białym filtrem - przeciętnie więc mógł jej podkraść tygodniowo dziesięć do dwunastu sztuk bez narażenia się na zdemaskowanie. Matka, wiecznie zajęta kobieta z masą problemów na głowie, miała zapewne nieco naiwny stosunek do swoich dwóch synów i nigdy nie przyszłoby jej do głowy, że starszy z nich, zaledwie jedenastolatek, pali papierosy. Czasami Kevin, złodziejaszek z sąsiedniej ulicy, sprzedawał mu po dolarze jedną czy dwie paczki kradzionych marlboro, ale na ogół Mark musiał się zadowalać cieniutkimi papierosami matki. Tego popołudnia miał ich w kieszeni cztery. Ze swoim ośmioletnim bratem Rickym szedł ścieżką do lasu, który rozciągał się na tyłach kempingu dla przyczep, gdzie mieszkali. Ricky był zdenerwowany

perspektywą wypalenia swojego pierwszego w życiu papierosa. Dzień wcześniej przyłapał Marka palącego pod ich przyczepą i zagroził, że go wyda, jeśli jego duży brat nie pokaże mu, na czym polega ta zabawa. Skradali się cicho zarośniętą ścieżką ku jednej z tajemnych kryjówek, gdzie Mark spędzał samotnie niezliczone godziny, próbując nauczyć się zaciągać i puszczać kółka z dymu. Większość dzieciaków z sąsiedztwa interesowała się piwem i trawką, dwoma grzechami, których Mark zdecydowanie postanowił unikać. 7 Jego eks-ojciec był alkoholikiem, który zawsze po obrzydliwych pijackich ciągach bił chłopców i ich matkę. Mark widział i poznał na własnej skórze efekty działania alkoholu. Bał się również narkotyków. - Zgubiłeś się? - spytał Ricky, jak to młodszy brat, kiedy opuścili ścieżkę i zaczęli przedzierać się przez sięgające do piersi zarośla. - Przymknij się - odparł Mark nie zwalniając. Ich ojciec przychodził do domu tylko po to, by pić, spać i rzucać obelgi. Ale, dzięki Bogu, już się to skończyło. Od pięciu lat Rickym zajmował się Mark. Czuł się jak jedenastoletni ojciec. Nauczył go grać w piłkę i jeździć na rowerze. Przekazał mu swoją wiedzę na temat seksu. Ostrzegł przed narkotykami i bronił przed starszymi chłopakami. A teraz miał go wprowadzić w nałóg i czuł się z tego powodu okropnie. Na szczęście chodziło tylko o papierosa. Mogło być o wiele gorzej . Wyszli z zarośli i stanęli pod dużym drzewem. Z jednego z konarów zwisała lina. Rząd krzewów prowadził ku niewielkiej polance, za którą widniała zarośnięta leśna droga znikająca za pobliskim pagórkiem. Z oddali dobiegał hałas autostrady. Mark wskazał na kłodę obok liny. - Usiądź tam - rzekł i Ricky posłusznie wykonał polecenie, rozglądając się przy tym nerwowo dookoła, jakby się bał, że go obserwuje policja. Mark przyjrzał mu się wzrokiem sierżanta od musztry i z kieszeni bluzki wyciągnął papierosa. Starając się robić to swobodnie, ujął go kciukiem i palcem wskazującym prawej dłoni. - Znasz zasady? - spytał, spoglądając w dół na brata. Były tylko dwie i przedyskutowali je co najmniej dziesięć razy w ciągu dnia, aż Ricky poczuł się sfrustrowany tym, że traktuje się go jak dziecko. Przewrócił oczami i odparł:

- Tak. Jeśli się wygadam, to mnie zlejesz. - Zgadza się. - I mogę wypalić tylko jednego dziennie - dodał z założony rękami. - Owszem. Jeżeli zobaczę, że palisz więcej, to będzie źle. A jeżel okaże się, że pijesz piwo albo próbujesz narkotyków, to... - Wiem, wiem. Też mnie zlejesz. - Tak. - A ile ty palisz dziennie? - Tylko jednego - skłamał Mark. Czasem rzeczywiście palił tylko jednego. Niekiedy trzy albo cztery, w zależności od zapasów. Teraz wsadził papierosa między zęby gestem gangstera. - Czy jeden dziennie mnie zabije? - spytał Ricky. 8 Mark wyjął papierosa z ust. - Nie tak szybko. Jeden dziennie jest całkiem niegroźny. Ale jak zaczniesz palić więcej, będziesz miał kłopoty - ostrzegł. - A ile dziennie pali mama? - Dwie paczki. - Ile to jest? - Czterdzieści. - Ojej. To znaczy, że ma bardzo duży kłopot. - Mama ma wiele różnych problemów. Nie sądzę, żeby przejmowała się papierosami. - A ile pali tata? - Cztery albo pięć paczek. Czyli sto dziennie. Ricky uśmiechnął się lekko.

- To znaczy, że niedługo umrze, prawda? - Mam nadzieję. Jeżeli dalej będzie się upijał i palił jak lokomotywa, wykończy się w kilka lat. - Co to znaczy „palić jak lokomotywa"? - To kiedy odpalasz jednego papierosa od drugiego, bez przerwy. Chciałbym, żeby palił dziesięć paczek dziennie. - Ja też. - Ricky spojrzał w kierunku polanki i zarośniętej drogi. W cieniu pod drzewem było chłodno, ale między konary wciskały się promienie słońca. Mark chwycił papierosa dwoma palcami i pomachał nim małemu przed twarzą. - Boisz się? - spytał groźnie, jak przystało na starszego brata. - Nie. - Myślę, że jednak tak. Patrz, trzymaj go w ten sposób, kapujesz? - Pomachał papierosem jeszcze bliżej jego twarzy, po czym z wielkim namaszczeniem cofnął rękę i wetknął sobie filtr w usta. Ricky patrzył uważnie. Mark zapalił, wypuścił maleńką chmurkę dymu, ponownie włożył papierosa między palce i przyglądał mu się z podziwem. - Nie próbuj połykać dymu. Na to jest jeszcze za wcześnie. Wciągnij tylko trochę, a potem wydmuchnij. Jesteś gotów? - Zrobi mi się niedobrze? - Tylko jeśli połkniesz dym. - Pociągnął dwa razy i wypuścił dym dla przykładu. - Widzisz? To naprawdę łatwe. Później nauczę cię, jak się zaciągać. - Okay. - Ricky nerwowym gestem wyciągnął kciuk i palec wskazujący, a Mark wetknął między nie papierosa. - Ruszaj - rzekł. Chłopiec zbliżył wilgotny filtr do ust. Jego dłoń drżała, kiedy pociągnął lekko, a potem wydmuchnął dym. Jeszcze jedno pociągnięcie. r 9

Dym ani razu nie przedostał się za jego przednie zęby. Kolejne pociągnięcie. Mark obserwował go uważnie, mając nadzieję, że Ricky się zakrztusi, zacznie kasłać, zrobi się niebieski, po czym zwymiotuje i już nigdy nie sięgnie po papierosa. - To łatwe - oznajmił malec, z dumą ujmując papierosa we wskazany sposób i obrzucając go pełnym podziwu spojrzeniem. Jego dłoń drżała. - To nic wielkiego. - Smakuje dość dziwnie. - Tak, tak. - Mark usiadł na kłodzie obok brata i wyciągnął z kieszeni jeszcze jednego papierosa. Ricky wydmuchiwał dym raz za razem. Mark zapalił i siedzieli tak razem w milczeniu pod drzewem, paląc spokojnie, zadowoleni. - Fajna zabawa - oznajmił mały, skubiąc filtr. - Świetna - odparł Mark. - Tylko dlaczego trzęsą ci się ręce? - Wcale mi się nie trzęsą. - Jasne. Ricky nie odpowiedział. Pochylił się do przodu, oparł łokcie na kolanach, wciągnął nieco więcej dymu, po czym splunął na ziemię, tak jak to robił Kevin i inni duzi chłopcy na tyłach kempingu dla przyczep. To było łatwe. Mark otworzył usta, ułożył je w idealny okrąg i spróbował puścić kółko. Myślał, że chociaż w ten sposób zaimponuje młodszemu bratu, ale mu się nie udało i szary dym rozwiał się w powietrzu. - Uważam, że jesteś za młody, by palić - powiedział. Ricky zajęty był wypuszczaniem dymu i spluwaniem; z ogromnym zadowoleniem przeżywał swój milowy krok ku dorosłości. - A ile ty miałeś lat, kiedy zacząłeś? - spytał. - Osiem. Ale bylem bardziej od ciebie dojrzały. - Zawsze tak mówisz - Bo to prawda. Ricky stuknął kciukiem filtr i popiół spadł na ziemię. Siedzieli obok siebie na kłodzie pod drzewem, paląc spokojnie i gapiąc się na skąpaną w słońcu

trawiastą polankę. Mark naprawdę był bardziej dojrzały niż Ricky, kiedy miał osiem lat. Był bardziej dojrzały niż jakikolwiek chlopak w jego wieku. Zawsze był dojrzały. Mając siedem lat, walnął ojca kijem baseballowym. Pijany idiota nie wyglądał po tym najpiękniej, ale przynajmniej przestał bić matkę. Wiele było kłótni i maltretowania, a matka zawsze szukała rady i ukojenia u swego pierworodnego. Pocieszali się nawzajem i kon-spirowali, jak przetrwać. Krzyczeli wspólnie po biciu. Wymyślali sposoby ochronienia Ricky'ego. Jako dziewięcioletnie dziecko, Mark przekonał matkę, żeby wystąpiła o rozwód. Zadzwonił po policję, kiedy ojciec zjawił się pijany, otrzymawszy papiery rozwodowe. Zeznawał w sądzie o obelgach, zaniedbywaniu i znęcaniu się. Był bardzo dojrzały. Ricky pierwszy usłyszał samochód. Od strony leśnej drogi dobiegł go głuchy warkot motoru. Chwilę później usłyszał go również Mark i przestali palić. - Siedź spokojnie - nakazał cicho. Obaj nie poruszyli się. Długi czarny lśniący lincoln pojawił się na szczycie niewielkiego wzgórza i zaczął zjeżdżać w ich stronę. Krzaki na drodze sięgały mu do przedniego zderzaka. Przyciemniane szyby uniemożliwiały zajrzenie do środka. Mark upuścił swojego papierosa na ziemię i przydeptał go butem. Ricky przyjrzał się uważnie, po czym zrobił to samo. Samochód zwolnił koło polanki, zawrócił, ocierając się powoli o gałęzie drzew, i po chwili stanął przodem do drogi. Mark ześliznął się z kłody i poczołgał przez zarośla ku rzędowi krzewów na brzegu polanki. Ricky ruszył za nim. Tył lincolna znajdował się teraz nie więcej niż dziesięć metrów od nich. Przyglądali mu się z napięciem. Rejestracja była z Luizjany. - Co on robi? - wyszeptał Ricky. Mark zerknął na niego i zasyczał: - Cśśś! - Na kempingu słyszał opowieści o nastolatkach korzystających z tego lasu, żeby spotykać się z dziewczynami i palić trawkę, ale ten samochód nie należał do nastolatka. Silnik zgasł i przez dłuższą chwilę lincoln stał nieruchomo w krzakach. Potem otworzyły się drzwi i wysiadł kierowca, rozglądając się dokoła. Był pulchnym mężczyzną, ubranym w czarny garnitur. Miał dużą, okrągłą głowę, pozbawioną włosów, z wyjątkiem równego rzędu nad uszami. Jego broda była

czarnoszara, a oczy lśniły jak u szaleńca. Chwiejnym krokiem przeszedł na tył samochodu i z trudem wcelowaw-szy kluczem w zamek, otworzył bagażnik. Wyjął z niego gumowy wąż, którego jeden koniec wetknął w wylot rury wydechowej, a drugi w szczelinę tylnego lewego okna. Zamknął bagażnik, rozejrzał się ponownie, jakby obawiał się, że ktoś może go obserwować, i wgramolił się z powrotem do środka. Po chwili silnik zaczął działać. - Aha - rzekł cicho Mark, gapiąc się pustym wzrokiem na lincolna. - Co on robi? - spytał Ricky. Próbuje się zabić. ła m Malec podniósł głowę o kilka centymetrów, żeby lepiej widzieć. - Nie rozumiem, Mark. - Schowaj się. Widzisz wąż, prawda? Spaliny z rury wydechowej lecą do wnętrza samochodu i to go zabija. - To jest samobójstwo? - Tak. Widziałem, jak jeden facet zrobił to kiedyś w filmie. Pochylili się do przodu, obserwując gumowy wąż biegnący niewinnie z rury wydechowej do okna. Nie widzieli, co się dzieje w środku samochodu. Silnik pracował regularnie. - Dlaczego on chce się zabić? - dociekał Ricky. - Skąd mam wiedzieć? Ale musimy coś zrobić. - Tak, zwiewajmy stąd. - Nie. Poczekaj chwilę. - Idę, Mark. Ty możesz patrzeć, jak umiera, ale ja idę. Mark chwycił brata za ramię i pociągnął w dół. Chłopiec oddychał ciężko i obaj pocili się, mimo że słońce skryło się właśnie za chmurą. - Jak długo to potrwa? - spytał Ricky drżącym głosem.

- Niezbyt długo. - Mark puścił brata i opadł na czworaka. - Zostań tutaj, okay? Jeśli się ruszysz, skopię ci tyłek. - Co robisz, Mark? - Po prostu siedź tutaj. To wszystko. Mark przylgnął chudym ciałem do ziemi i opierając się na łokciach i kolanach, poczołgał przez zarośla w stronę lincolna. Trawa była sucha i wysoka co najmniej na pół metra. Wiedział, że mężczyzna nie może go zobaczyć, ale niepokoił się, że zauważy ruch trawy. Dotarł do samochodu od tyłu, po czym - ślizgając się na brzuchu niczym zaskroniec - ukrył w cieniu bagażnika. Sięgnął ręką, wyciągnął gumowy wąż z rury wydechowej i upuścił go na ziemię. Wycofał się tą samą drogą, którą przyszedł, tyle że nieco szybciej, i po kilku sekundach był znowu przy Rickym, ukrytym w gąszczu pod najdalej sięgającymi gałęziami drzewa. Wiedział, że w razie gdyby zostali spostrzeżeni, będą mogli prześliznąć się koło drzewa i pomknąć ścieżką co sił w nogach, zanim pulchny mężczyzna zdoła zrobić choćby krok w ich stronę. Czekali. Minęło pięć minut, które zdawały się trwać godzinę. - Myślisz, że on nie żyje? - wyszeptał Ricky suchym, słabym głosem. - Nie wiem. Nagle drzwi się otworzyły i nieznajomy wyszedł na zewnątrz. Płakał i coś mamrotał. Słaniając się przeszedł na tył lincolna, gdzie znalazł gumowy wąż leżący w trawie. Zaklął i wepchnął go z powrotem w rurę wydechową. Trzymając w dłoni butelkę whisky, potoczył 12 dzikim wzrokiem po drzewach i znów wsiadł do samochodu. Zatrzaskując drzwi, krzyknął coś jeszcze do siebie. Chłopcy patrzyli na to przerażeni. - Jest kompletnie walnięty - wyszeptał Mark. - Zwiewajmy stąd - rzekł z desperacją Ricky. - Nie możemy! Jeśli on się zabije, a ktoś się dowie, że byliśmy przy tym albo że o tym wiedzieliśmy, grożą nam nie lada kłopoty. Ricky podniósł głowę, jakby chciał uciekać.

- W takim razie nikomu o tym nie piśniemy. Chodźmy, Mark! - poprosił. Brat chwycił go za rękaw i ponownie przydusił do ziemi. Siedź cicho! Nigdzie nie pójdziemy, dopóki nie powiem. Ricky zacisnął powieki i zaczął płakać. Mark potrząsnął z obrzydzeniem głową, nie przestając jednak obserwować samochodu. Młodsi bracia sprawiają więcej kłopotów, niż są warci. Przestań - wyszeptał gniewnie. Boję się. - Daj spokój. Po prostu nie ruszaj się i już. Słyszysz, co mówię? Nie ruszaj się. I przestań płakać. - Mark, znowu na czworakach, Wcryty głęboko w zaroślach, przygotowywał się, by ponownie ruszyć przez wysoką trawę w stronę lincolna. Daj mu umrzeć, Mark - wyszeptał Ricky, na moment przerywając szlochanie. Starszy brat spojrzał na niego przez ramię i zaczął pełzać w kierunku samochodu, którego silnik przez cały czas pracował regularnie, jakby pic się nie stało. Czołgał się tą samą drogą, przez lekko pogniecioną trawę, tak wolno i ostrożnie, że nawet Ricky, suchymi już oczami, łedwie go widział. Malec wpatrywał się w drzwi samochodu, czekając, ~aedy się otworzą i ze środka wysiądzie szaleniec, żeby zabić Marka. Stanął na palcach w pozycji sprintera, aby w razie czego błyskawicznie zerwać się do ucieczki przez las. Ujrzał, jak brat wyłania się spod tylnego zderzaka, opiera rękę o światło i powoli wyciąga gumowy wąż z rury wydechowej. Trawa cicho zaszeleściła, krzaki poruszyły się i po Gńwili Mark był źnów przy nim, zasapany i spocony, ale - o dziwo - z uśmiechem na twarzy. Usiedli na piętach, niczym dwa owady w gęstwinie, i obserwowali samochód. - Co będzie, jeśli on znowu wyjdzie? - spytał Ricky. - Jeśli nas zobaczy? Nie może nas zobaczyć. Gdyby jednak skierował się w tę stronę, biegnij za mną. Uciekniemy mu, zanim zdąży cokolwiek zrobić. 13 - Dlaczego nie uciekniemy już teraz? - wyszeptał Ricky.

Mark spojrzał na niego ostro. - Próbuję uratować mu życie, kapujesz? Może, może zorientuje się, że wąż nie działa, i uzna, że powinien jeszcze się zastanowić albo coś takiego. Dlaczego tak trudno to zrozumieć? - Bo on jest wariatem. Jeśli chce zabić siebie, to z pewnością zabije i nas. Dlaczego tak trudno to zrozumieć? Brat potrząsnął z rozczarowaniem głową i nagle drzwi samochodu znowu się otworzyły. Ze środka wytoczył się mężczyzna; jęcząc i mówiąc coś do siebie, powlókł się na tył lincolna. Chwycił końcówkę węża, popatrzył na nią, jakby nie umiała się zachować, po czym rozejrzał się powoli dokoła. Oddychał ciężko, z trudem. Zerknął na drzewa i chłopcy przypadli do ziemi. Spojrzał pod nogi i zmarszczył brwi, jak gdyby wreszcie zrozumiał, co się stało. Trawa była nieco pognieciona, więc klęknął, chcąc się jej przyjrzeć, ale zamiast tego wepchnął końcówkę węża w rurę wydechową i pośpiesznie wrócił do drzwi. Wydawało się, że nie obchodzi go, czy ktoś obserwuje go spoza drzew. Chciał po prostu jak najprędzej umrzeć. Dwie głowy uniosły się ponad zarośla, lecz tylko o parę centymetrów. Chłopcy przez długą chwilę przyglądali się samochodowi. Ricky był gotów uciekać, ale Mark cały czas się zastanawiał. - Mark, proszę cię, chodźmy stąd - błagał malec. - Już prawie nas zauważył. A jeśli ma pistolet albo coś takiego? - Gdyby miał pistolet, to by go użył. Ricky przygryzł wargi, a w jego oczach znowu pojawiły się łzy. Nigdy jeszcze nie wygrał w dyskusji z bratem i tym razem też nie było mu to pisane. Minęła kolejna minuta i Mark zaczął się denerwować. - Spróbuję jeszcze raz - zdecydował. - Jeśli on nie przestanie, to spadamy stąd. Przyrzekam, okay? Ricky pokiwał z wahaniem głową. Jego brat rozpłaszczył się na brzuchu i wczołgał w wysoką trawę. Tym razem poruszał się wolniej, czyniąc mniej hałasu i niemal nie dotykając traw. Malec brudnymi palcami otarł z policzków łzy. Nozdrza prawnika drżały, kiedy gwałtownie wciągał powietrze. Oddychał powoli, gapiąc się przed siebie i próbując stwierdzić, czy drogocenny gaz znalazł już drogę do jego krwi i rozpoczął swoje działanie. Naładowany pistolet leżał na siedzeniu obok. Mężczyzna trzymał w dłoni opróżnioną do połowy butelkę whisky Jack Daniels o pojemności trzech czwartych litra. Pociągnął łyk, zakręcił butelkę i odłożył ją na poprzednie miejsce. Wciąż oddychając wolno, zamknął

oczy, żeby poczuć wreszcie gaz i cudowne efekty jego działania. Czy po prostu odpłynie w nicość? Czy też gaz sprawi mu ból, będzie go palił, aż zrobi mu się niedobrze, zanim umrze? List leżał na tablicy rozdzielczej nad kierownicą, obok opakowania prochów. Adwokat krzyknął i wybełkotał coś nieskładnie, czekając, by gaz wziął się wreszcie do roboty, nim - do diabła! - będzie musiał użyć pistoletu. Był tchórzem i mimo całej determinacji o wiele bardziej wolał wdychać i odpływać powoli, niż wsadzić sobie lufę w usta. Pociągnął łyk whisky, tak palący, że aż syknął. Tak, gaz już działał. Wkrótce będzie po wszystkim. Uśmiechnął się do siebie w lusterku, ponieważ gaz działał, a on umierał i nie był jednak tchórzem. Taka rzecz wymaga przecież odwagi. Płacząc, mamrocząc i pojękując, zdjął nakrętkę z butelki, żeby pociągnąć ostatni łyk przed odejściem w niebyt, ostatni łyk w życiu. Przełknął i whisky pociekła mu po ustach na brodę. Nikt nie będzie za nim tęsknił. Chociaż ta myśl powinna być bolesna, prawnika uspokoiła świadomość, że nikt nie będzie go żałował. Jego matka, jedyna osoba na świecie, która go kochała, nie żyła od czterech lat i śmierć syna nie mogła jej już zaboleć. Będzie miał skromny pogrzeb. Kilku kumpli prawników i może ze dwóch sędziów, wszyscy ubrani na czarno, będą szeptać poważnie, czas gdy muzyka organowa popłynie przez prawie pustą kaplicę. mych łez. Juryści usiądą, spoglądając na zegarki, a pastor, obcy człowiek, wypowie szybko standardowe formułki przeznaczone dla drogich zmarłych, którzy nigdy nie chodzili do kościoła. Będzie to dziesięciominutowa robota, nic specjalnego. List nad l~ierownicą nakazywał poddać ciało kremacji. - Aha! - zachichotał cicho, pociągając kolejny łyk. Wszystko to r.;~zem - gaz, alkohol i prochy w tym raczej dużym ciele, złożą się na nezły wybuch, kiedy w krematorium przyłożą do niego zapałkę. Ostatni łyk. Uniósł butelkę i pijąc spojrzał we wsteczne lusterko. Krzaki z tyłu wyraźnie się poruszyły. Ricky zobaczył otwierające się drzwi, zanim Mark je usłyszał. Utworzyły się gwałtownie, jakby kopnięte, i wysoki, ciężki mężczyzna z czerwoną twarzą, opierając się o samochód, pobiegł na jego tył, rycząc wściekle. Chłopiec wstał, zaszokowany i przerażony, i zsikał się vv majtki. 14 15 Mark dotknął właśnie zderzaka, kiedy usłyszał trzask drzwi.

Zamarł na sekundę, przez chwilę myślał o wczołganiu się pod samochód, i to właśnie go zgubiło. Chciał wstać i uciec, ale ppśliznął się i mężczyzna go złapał. - Ty! Ty mały sukinsynu! - wrzasnął, ciągnąc go za włosy i przyciskając do bagażnika. - Ty mały sukinsynu! Mark kopnął faceta i próbował się wyrwać, ale tłusta dłoń uderzyła go mocno w twarz. Kopnął raz jeszcze, już słabiej, i ponownie został spoliczkowany. Spojrzał na oddaloną o kilka centymetrów dziką, błyszczącą twarz. Oczy były czerwone i mokre. Z nosa i brody coś ciekło. - Ty mały sukinsynu! - syczał mężczyzna wściekle przez zaciś- nięte brudne zęby. Kiedy Mark osłabł i przestał się wyrywać, prawnik wetknął końcówkę węża z powrotem w rurę wydechową, ściągnął chłopaka za kołnierz z bagażnika, poprowadził go do otwartych drzwi i pchnął do środka, na czarny skórzany fotel. Mark chwycił za klamkę i zaczął szukać przycisku blokady, ale nieznajomy, który opadł ciężko na siedzenie, zorientował się, co chce zrobić, zatrzasnął za sobą drzwi i wrzasnął: - Nie dotykaj tego! - po czym wierzchem dłoni uderzył go z wściekłością w lewe oko. Chłopiec krzyknął z bólu, zakrył oczy i płacząc skulił się, ogłuszony. Nos bolał go jak diabli, a usta jeszcze bardziej. Kręciło mu się w głowie. W ustach miał pełno krwi. Słyszał jęki i postękiwania mężczyzny. Czuł zapach whisky i prawym okiem widział kolana swoich brudnych niebieskich dżinsów. Lewe oko zaczynało już puchnąć. Obraz stał się nieco zamazany. Tłusty prawnik pociągnął łyk whisky i spojrzał na skulonego, trzęsącego się chłopaka. - Przestań płakać - warknął. Mark oblizał wargi i przełknął krew. Potarł siniak nad lewym okiem i nadal wpatrując się w swoje dżinsy, starał się oddychać głęboko. Mężczyzna powtórzył: - Przestań płakać - więc spróbował usłuchać. Silnik wciąż pracował: Samochód był duży, ciężki i cichy, ale Mark słyszał dobiegający gdzieś z oddali miękki szum silnika. Przekręcił powoli głowę i zerknął na ogrodowy wąż biegnący przez okno za fotel kierowcy, niczym prawdziwy

wąż wijący się w ich stronę, żeby ich zabić. Grubas zaczął się śmiać. - Myślę, że powinniśmy umrzeć razem - obwieścił spokojnie. Lewe oko Marka puchło w szybkim tempie. Obrócił się i spojrzał prosto na mężczyznę, który wydawał się teraz jeszcze większy. Miał opasłą twarz, a nad splątaną brodą błyszczały niczym u nocnej zjawy czerwone, załzawione oczy. - Proszę, niech mnie pan wypuści - poprosił drżącym głosem przez zesztywniałe wargi. Nieznajomy przyłożył butelkę whisky do ust i uniósł ją do góry. Skrzywił się i oblizał wargi. - Przykro mi, mały. Chciałeś być sprytnym dupkiem i wetknąłeś swój brudny nos w moje sprawy, tak? Więc myślę, że powinniśmy umrzeć razem. Jasne? Tylko ty i ja, kumplu. Właśnie teraz. Odjeżdżamy do krainy pa pa. Na spotkanie z czarodziejem. Słodkich snów, chłopcze. Mark wciągnął powietrze przez nos i zauważył pistolet leżący między nim a mężczyzną. Odwrócił wzrok, ale kiedy facet pociągał kolejny łyk z butelki, zerknął na niego ponownie. - Chcesz ten pistolet? - Nie, proszę pana. - To dlaczego na niego patrzysz? - Nie patrzę. - Nie kłam, chłopcze, bo jeśli będziesz kłamał, to cię zabiję. Jestem kompletnie stuknięty i naprawdę cię zabiję. - Chociaż z oczu ciekły mu łzy, mówił bardzo spokojnie. Wciągnął powietrze przez nos i dodał: - A poza tym, chłopcze, jeżeli mamy zostać kumplami, musisz być ze mną szczery. Szczerość jest bardzo ważna, wiesz? A zatem, chcesz pistolet? - Nie, proszę pana. - Czy chciałbyś wziąć ten pistolet i mnie zastrzelić? - Nie, proszę pana. - Nie boję się umierania, chłopcze, rozumiesz?

- Tak, proszę pana, ale ja nie chcę umierać. Opiekuję się matką i młodszym bratem. - Ach, jakie to piękne. Prawdziwa głowa rodziny! Zakręcił wolno butelkę, po czym nagle chwycił pistolet, wsadził go sobie w usta, zacisnął na nim wargi i spojrzał dzikim wzrokiem na Marka, który obserwował każdy jego ruch, mając nadzieję, że strzeli, i zarazem, że tego nie zrobi. Po chwili powoli wyjął lufę z ust, pocałował jej czubek i wycelował w dzieciaka. - Nigdy z niego nie strzelałem, wiesz? - rzekł prawie szeptem. - Kupiłem go przed godziną w lombardzie w Memphis. Myślisz, że zadziała? - Proszę, niech mnie pan wypuści. - Wybór należy do ciebie, chłopcze - odparł, wciągając nosem z - xse„c 16 17 niewidoczne spaliny. - Rozwalę ci łeb i skończę to teraz albo dostanie cię gaz: Twój wybór. Mark nie patrzył na pistolet. Powąchał powietrze i przez sekundę wydawało mu się, że coś poczuł. Pistolet był blisko jego głowy. - Dlaczego pan to robi? - zapytał. - Jestem stuknięty, wystarczy? Zaplanowałem sobie to malutkie, miłe samobójstwo, rozumiesz, tylko ja i mój gumowy wąż, no może jeszcze trochę prochów i whisky. Tu, gdzie nikt mnie nie znajdzie. Ale nie, ty chciałeś być sprytniejszy. Ty mały sukinsynu! Opuścił pistolet i położył go na siedzeniu. Mark pomasował siniak na czole i przygryzł wargi. Trzęsły mu się ręce, więc wetknął je między kolana. - Za pięć minut będziemy martwi - oznajmił oficjalnym tonem mężczyzna, unosząc do góry butelkę. - Tylko ty i ja, kumplu. Na spotkanie z czarodziejem. Ricky ruszył się w końcu. Szczękał zębami, miał mokro w spodniach, ale myślał. Opadł z kucek na brzuch i na czworakach zaczął się czołgać w stronę samochodu, płacząc i zgrzytając zębami. Za chwilę otworzą się drzwi, stuknięty facet, duży, ale szybki, wyłoni się nie wiadomo skąd i chwyci go za kark, tak jak Marka, i wszyscy umrą w długim czarnym samochodzie. Wolno, centymetr po centymetrze, Ricky przedzierał się przez zarośla. Mark powoli ujął pistolet obiema rękami. Był ciężki jak cegła i drżał, kiedy uniósł go do góry i wycelował w tłustego mężczyznę, który pochylił się ku niemu, aż lufa znalazła się o centymetr od jego nosa.

- Teraz pociągnij za spust, chłopcze - rzekł uśmiechając się, z oczami błyszczącymi od radosnego oczekiwania. - Zrobisz to, ja umrę, a ty będziesz wolny. - Mark zacisnął palec na cynglu. Nieznajomy skinął głową, nachylił się jeszcze bardziej, otworzył usta i przygryzł zębami czubek lufy. - Pociągnij za spust! - jęknął wściekle. Mark zamknął oczy i powoli rozluźnił uchwyt. Zapłakał głośno. Mężczyzna chwycił pistolet prawą ręką, pomachał nim gniewnie przed twarzą chłopca i nacisnął cyngiel. Mark krzyknął, kiedy okno za jego głową pękło na tysiąc części, nie rozpryskując się jednak. - Działa! Działa! - wrzeszczał prawnik. Mark jęknął i zatkał sobie uszy. Usłyszawszy strzał, Ricky ukrył twarz w trawie. Był trzy metry od samochodu, kiedy coś trzasnęło i rozległ się krzyk Marka. Tłusty mężczyzna też krzyczał i Ricky zlał się ponownie. Zamknął oczy i kurczowo zacisnął dłonie na łodygach traw. Ze ściśniętym żołądkiem i walącym sercem tkwił tak nieruchomo przez długą chwilę. Zapłakał za swoim bratem, który już nie żył, zabity przez szaleńca. - Przestań płakać, do cholery! Niedobrze mi się robi od twojego płaczu! Mark ścisnął kolana i spróbował opanować płacz. Czuł suchość w ustach i łomot pod czaszką. Wetknął dłonie między kolana i się skulił. Musi przestać płakać, musi myśleć. Przypomniał sobie, jak kiedyś w telewizji pewien świr chciał wyskoczyć przez okno i jeden opanowany gliniarz nie przestawał do niego spokojnie mówić, aż w końcu ten świrus zaczął mu odpowiadać i oczywiście nie wyskoczył. Mark pociągnął nosem, próbując wykryć zapach spalin, po czym zapytał: - Dlaczego pan to robi? - Bo chcę umrzeć - odparł mężczyzna spokojnie. - Dlaczego? - A dlaczego dzieci zawsze zadają tyle pytań? - Bo są dziećmi. Więc dlaczego chce pan umrzeć? - Ledwie słyszał swoje słowa. - Słuchaj, synu, za pięć minut będziemy martwi, rozumiesz? Tylko ty i ja, na spotkanie z czarodziejem. - Pociągnął długi łyk z prawie już pustej butelki. - Czuję gaz. A ty go czujesz? Nareszcie.

W bocznym lusterku, przez pęknięcia w szybie Mark zobaczył poruszające się krzewy i przez moment widział, jak Ricky prześlizguje się w trawie i znika w gęstwinie pod drzewem. Zamknął oczy i odmówił pacierz. - Muszę ci powiedzieć, że to miło mieć ciebie tutaj, chłopcze. Nikt nie lubi umierać w samotności. Jak się nazywasz? - Mark. - Mark, a dalej? - Mark Sway. - Mów do niego, może nie wyskoczy, powtarzał sobie w myśli. - A jak pan się nazywa? - Jerome. Ale możesz mi mówić Romey. Tak nazywają mnie przyjaciele, a ponieważ ty i ja jesteśmy teraz całkiem blisko, masz prawo tak się do mnie zwracać. Koniec pytań, w porządku, chłopcze? - Dlaczego chcesz umrzeć, Romey? 18 19 - Powiedziałem: koniec pytań. Czujesz gaz, Mark? - Nie wiem. - Niedługo poczujesz. Lepiej się pomódl. - Romey rozsiadł się wygodnie w fotelu, z wielką głową odrzuconą do tyłu i zamkniętymi oczami, kompletnie rozluźniony. - Zostało nam około pięciu minut, Mark. Jakieś ostatnie słowa? - Butelkę whisky trzymał w prawej dłoni, pistolet w lewej. - Tak, dlaczego pan to robi? - spytał ponownie Mark, zerkając w lusterko, by sprawdzić, czy nie widać gdzieś brata. Oddychał szybko przez nos i nie czuł żadnego zapachu ani żadnych innych objawów działania gazu. Ricky z pewnością wyciągnął wąż z rury wydechowej. - Bo jestem stuknięty. Jeszcze jeden stuknięty prawnik, rozumiesz. Doprowadzono mnie do tego stanu, Mark. A ile ty masz lat? - Jedenaście. - Próbowałeś kiedyś whisky? - Nie - odparł chłopak zgodnie z prawdą.

Butelka znalazła się nagle przed jego twarzą. Chwycił ją obiema rękami. - Pociągnij sobie - rzekł Romey, nie otwierając oczu. Mark chciał przeczytać naklejkę na butelce, ale na lewe oko prawie nie widział z powodu opuchlizny, a w uszach dzwoniło mu od wystrzału i nie mógł się skoncentrować. Odłożył więc butelkę na fotel i Romey wziął ją bez słowa. - Umieramy, Mark - oznajmił tak, jak gdyby mówił do siebie. - To chyba trudne, kiedy się ma jedenaście lat, no ale się stało. Nic na to nie poradzę. Jakieś ostatnie słowa, chłopie? Mark powiedział sobie, że Ricky zrobił, co trzeba, że ogrodowy wąż przestał być groźny, że jego przyjaciel Romey jest pijany i stuknięty i że jeśli ma przeżyć, musi główkować i ani na chwilę nie przestawać gadać. Powietrze wydawało się czyste. Wziął głęboki oddech i wmówił sobie, że potrafi to zrobić. - Co sprawiło, że pan zwariował? - zapytał. Romey zastanowił się przez chwilę, po czym uznał pytanie za żart. Odchrząknął i nawet zaśmiał się lekko. - Ach, to świetne. Doskonałe. Otóż od wielu tygodni wiem coś, czego nie wie nikt inny na świecie, z wyjątkiem mojego klienta, który, nawiasem mówiąc, jest prawdziwą szmatą. Widzisz, Marle, mój kumplu w śmierci, prawnicy słyszą wiele rzeczy, których nigdy nie .wolno im powtórzyć. Całkowita dyskrecja, rozumiesz? Nie wolno nam powiedzieć, co się stało z pieniędzmi albo kto z kim śpi czy też gdzie pochowane jest ciało, kapujesz? - Wziął głęboki oddech i wypuścił powietrze z nieopisaną rozkoszą. Zapadł głębiej w fotel, nadal z zamkniętymi oczami. - Przykro mi, że musiałem cię uderzyć. - Zacisnął palec na spuście. Mark zamknął oczy. Nic nie czuł. - Ile masz lat, Mark? - Jedenaście. - Mówiłeś mi. Jedenaście. A ja czterdzieści cztery. Obaj jesteśmy za młodzi, żeby umierać, prawda, Mark? - Tak, proszę pana.

- Ale właśnie umieramy, dziecino. Czujesz to? - Tak, proszę pana. - Mój klient zabił człowieka i ukrył zwłoki, a teraz chce zabić mnie. Ot i cała historia. Doprowadzili mnie do szaleństwa. Ha! Ha! To wspaniałe, Mark. Cudowne. Ja, zaufany prawnik, mogę ci zdradzić, dosłownie na sekundy przed naszym odpłynięciem, gdzie jest ukryte ciało. Ciało, Mark, najsłynniejszy nie odnaleziony trup naszych czasów! Niewiarygodne. Mogę to w końcu ujawnić! - Jego szeroko otwarte oczy błyszczały dziko. - To diabelnie śmieszne, synu! Mark nie widział w tym nic śmiesznego. Zerknął na dzikie oczy, potem w lusterko, a potem na przycisk blokady drzwi oddalony od niego o jakieś trzydzieści centymetrów. Klamka była jeszcze bliżej. Romey ponownie się rozluźnił i zamknął oczy, jakby rozpaczliwie pragnął się zdrzemnąć. - Przykro mi, że tak wyszło, chłopie, ale jak już powiedziałem, miło jest mieć kogoś przy sobie. - Wolnym ruchem postawił butelkę na desce rozdzielczej obok listu i przełożył pistolet z lewej do prawej ręki, głaszcząc go delikatnie i drapiąc cyngiel palcem wskazującym. Marle próbował odwrócić wzrok. - Naprawdę mi przykro, że tak wyszło, synu. Ile masz lat? - Jedenaście. Pytał mnie pan już trzy razy. - Jestem kompletnie stuknięty, zgadza się. Czuję działanie gazu, a ty? Przestań węszyć, do diabła! Jest bez zapachu, ty mały głupku. Nie da się go wyczuć. Byłbym martwy, a ty bawiłbyś się dalej w policjantów i złodziei, gdybyś nie był taki sprytny. Jesteś całkiem głupi, wiesz? Ale nie tak głupi jak ty, pomyślał Marle. - Kogo zabił pana klient? - zapytał. Romey wyszczerzył zęby, lecz nie otworzył oczu. - Senatora Stanów Zjednoczonych. Mówię. Mówię. Sypię. Czytasz gazety? - Nie. 20 21 Nie jestem zaskoczony. Senatora Boyette'a z Nowego Orleanu. Stamtąd jestem.

- Dlaczego przyjechał pan do Memphis? - Do diabła, chłopcze! Masz pełno pytań, co? - Tak. Dlaczego pana klient zabił senatora Boyette'a? - Dlaczego, dlaczego, dlaczego, kto, kto, kto! Jesteś strasznie uciążliwy, Mark. - Wiem. Dlaczego mnie pan po prostu nie wypuści? - Chłopak zerknął w lusterko, a potem na gumowy wąż znikający za tylnym siedzeniem. - Może palnę ci po prostu w łeb, jeśli się nie zamkniesz - odparł Romey. Broda opadła mu w dół i niemal dotykała piersi. Oddychał ciężko. - Mój klient zabił wielu ludzi. W ten sposób zarabia pieniądze, wiesz? Jest członkiem mafii w Nowym Orleanie, a teraz chce zabić mnie. Kiepsko, co, chłopcze? Ale my go wyprzedzimy. Zrobimy mu kawał. Romey pociągnął długi łyk i wlepił wzrok w Marka. - Tylko pomyśl, chłopcze, właśnie teraz Barry albo Barry Ostrze jak go nazywają - ci bandyci z mafii mają ładne przezwiska, co? - czeka na mnie w pewnej obskurnej restauracji w Nowym Orleanie. Jest z nim kilku jego kumpli. Po miłym obiedzie zapraszają mnie do swojego samochodu na małą przejażdżkę, żeby porozmawiać o jego sprawie i tak dalej, a potem Barry wyciąga pistolet lub może nóż - dlatego nazywają go Ostrze - i jest po mnie. Ukrywają gdzieś moje pulchne ciałko, tak jak zrobili to z senatorem Boyette'em, i trach! - tak po prostu. No i Nowy Orlean ma kolejne nie rozwiązane morderstwo. Ale my im pokażemy, co, chłopcze? Pokażemy im. Mówił coraz wolniej i coraz chrapliwiej, pociągając przy tym pistoletem po udzie i nie zdejmując palca ze spustu. Niech mówi, myślał Mark. - Dlaczego ten cały Barry chce pana zabić? - Jeszcze jedno pytanie. Unoszę się. Czy ty też się unosisz? - Tak. Fajne uczucie.

- Z wielu powodów. Zamknij oczy, chłopcze. Módl się. Mark obserwował pistolet i blokadę drzwi. Powoli dotknął kciuków czubkami kolejnych palców, tak jak podczas liczenia w przedszkolu, i stwierdził, że koordynacja jest idealna. - A więc gdzie jest ciało? Romey chrząknął i skinął głową. Mówił niemal szeptem. - Ciało Boyda Boyette'a. Cóż za pytanie?! Pierwszy senator w historii Stanów Zjednoczonych zamordowany podczas swojej kadencji, wiedziałeś o tym? Załatwiony przez mojego drogiego przyjaciela Barry'ego Ostrze Muldanno, który strzelił mu cztery razy w głowę, a następnie ukrył zwłoki. Nie ma trupa, nie ma sprawy. Rozumiesz, synu? - Nie całkiem. - Dlaczego nie płaczesz? Jeszcze kilka minut temu płakałeś. Nie boisz się? - Owszem, boję się. I chciałbym już iść. Przykro mi, że zdecydował się pan umrzeć i tak dalej, ale muszę opiekować się matką. - Wzruszające, doprawdy wzruszające. A teraz zamknij się. Widzisz, FBI musi mieć ciało, żeby udowodnić, iż popełniono morderstwo. Barry jest podejrzanym, jedynym podejrzanym, bo on to naprawdę zrobił, rozumiesz? W gruncie rzeczy oni wiedzą, że to on zabił, ale muszą mieć ciało. - Gdzie ono jest? Czarna chmura przesłoniła słońce i na polance nagle pociemniało. Romey oddychał powoli, ciężko. Przesunął lekko pistolet wzdłuż nogi, jakby ostrzegając Marka przed czymś nieoczekiwanym. - Ostrze nie jest najsprytniejszym bandytą, jakiego znam. Uważa się za geniusza, ale w rzeczywistości jest całkiem głupi. To ty jesteś głupi, pomyślał Mark. Siedzisz w samochodzie z wężem podłączonym do rury wydechowej. Czekał bez ruchu. - Ciało jest pod moją łodzią. - Pana łodzią?

- Tak, pod moją łodzią. Widzisz, Ostrze się śpieszył. Nie było mnie w mieście, więc mój ukochany klient przewiózł zwłoki do mojego domu, umieścił je pod podłogą w garażu i zalał świeżym cementem. I one nadal się tam znajdują, wyobrażasz sobie? FBI przekopało pół Nowego Orleanu, ale nikomu nie przyszło do głowy szukać w moim domu. Może Barry nie jest jednak taki głupi. - Kiedy panu o tym powiedział? - Mam dosyć twoich pytań, chłopcze. - Naprawdę chciałbym sobie pójść. - Zamknij się. Gaz już działa. Już po nas. Po nas. - Romey upuścił pistolet na siedzenie. Silnik warczał cicho. Mark spojrzał na dziurę po kuli w szybie, a potem na czerwoną twarz i ciężkie powieki. Rozległo się krótkie, chrapliwe chrząknięcie i głowa pochyliła się w dół. Mężczyzna tracił przytomność! Mark patrzył na poruszającą się ciężko pierś. Setki razy widział swojego eks-ojca w takiej samej sytuacji. 22 23 Oddychał ciężko. Przycisk blokady narobi hałasu. Pistolet był za blisko dłoni Romeya. Miał zdrętwiałe stopy i skurcze w żołądku. Czerwona twarz wydała głośny, niezadowolony jęk i Mark zrozumiał, że nie będzie miał drugiej szansy. Wolno, bardzo wolno zaczął zbliżać drżący palec do przycisku blokady drzwi. Oczy Ricky'ego były prawie tak suche jak jego usta, ale w spodniach miał mokro. Tkwił pod drzewem, w ciemnościach, z dala od krzewów, od wysokiej trawy i samochodu. Od czasu gdy odłączył wąż po raz czwarty, upłynęło pięć minut. Pięć minut od strzału. Wiedział jednak, że jego brat żyje, bo kiedy pokonywał dwudziestometrowy odcinek za drzewami, mignęła mu blond czupryna Marka siedzącego nisko w wielkim lincolnie. Przestał więc płakać i zaczął się modlić. Wrócił do pnia, przykucnął i wlepił spojrzenie w samochód, z całej siły tęskniąc za bratem. I wtedy nagle drzwi się otworzyły i ze środka wyskoczył Mark. Broda Romeya opadła na piersi i dokładnie w chwili gdy zaczynał następne chrapnięcie, Mark zepchnął pistolet lewą ręką na podłogę, prawą podnosząc przycisk blokady. Pociągnął za klamkę i naparł

ramieniem na drzwi. Ostatnim dźwiękiem, jaki usłyszał, gdy wyskakiwał na zewnątrz, było głębokie chrapnięcie prawnika. Wylądował na kolanach i chwytając się zarośli, drapiąc o nie i ciągnąc je za sobą, zaczął oddalać się od samochodu. Pomknął schylony przez trawę i kilka sekund później był już przy drzewie, skąd w niemym przerażeniu obserwował go Ricky. Zatrzymał się przy pniaku i odwrócił, spodziewając się ujrzeć prawnika goniącego go z pistoletem w ręce. Ale samochód wyglądał niegroźnie. Drzwi były nadal otwarte. Silnik pracował. W rurze wydechowej nic nie tkwiło. Mark odetchnął po raz pierwszy od dłuższej chwili i spojrzał na brata. - Wyciągnąłem wąż - rzekł cienkim głosem Ricky, oddychając szybko. Mark skinął głową w podziękowaniu, ale nic nie powiedział. Nagle poczuł się dużo spokojniej. Od lincolna dzieliło ich dobre piętnaście metrów i gdyby nagle pojawił się Romey, w ułamku sekundy zniknęliby w lesie. A gdyby zdecydował się strzelać, drzewa i krzewy stanowiłyby wystarczającą osłonę. Romey chciał jednak zabić tylko siebie i w tej chwili Mark z całego serca życzył mu powodzenia. - Boję się, Mark. Chodźmy stąd - odezwał się Ricky piskliwym głosem, trzęsąc się cały. - Poczekaj chwilę. - Starszy brat wpatrywał się w samochód. - Mark, chodźmy - powtórzył malec. - Powiedziałem, że jeszcze chwilę. Ricky też spojrzał na samochód. - Czy on jest martwy? - spytał. - Nie sądzę. A zatem wielki mężczyzna żył, miał pistolet i stawało się oczywiste, że Mark już się nie boi i zamierza coś zrobić. Ricky zrobił krok do tyłu. - Idę - wymamrotał. - Chcę wrócić do domu. Mark się nie poruszył. Powoli wypuścił powietrze przez zaciśnięte zęby, nadal obserwując samochód. - Sekundę - rzekł, nie patrząc na małego. W jego głosie znowu brzmiała władcza nuta.

Ricky znieruchomiał, po czym pochylił się do przodu, kładąc obie ręce na mokrych kolanach. Spojrzał na brata i wolno pokręcił głową, gdy Mark, wciąż wpatrzony w lincolna, wyciągnął papierosa z kieszeni bluzki. Zapalił go, pociągnął mocno i wypuścił dym w górę ku gałęziom. Dopiero w tym momencie Ricky zauważył opuchliznę. - Co ci się stało w oko? Mark przypomniał sobie nagle. Pomasował delikatnie oko, a potem siniaka na czole. Uderzył mnie kilka razy. Nie wyglądasz najlepiej. - To nic wielkiego. Wiesz, co chcę zrobić? - spytał, nie oczekując adpowiedzi. - Wrócę tam i wetknę ten wąż z powrotem w rurę wydechową. Zrobię to dla niego, tego sukinsyna. - Jesteś bardziej stuknięty niż on. Nie mówisz tego poważnie, prawda, Mark? Brat powoli wypuścił dym. Nagle drzwi po stronie kierowcy otworzyły się i ze środka wygramolił się Romey z pistoletem w dłoni. Wybełkotał coś głośno i chwiejnym krokiem przeszedł na tył samochodu. Gdy po raz czwarty znalazł wąż leżący niewinnie w trawie, spojrzał w górę i zaczął wykrzykiwać obelgi. Mark przykucnął, pociągając za sobą Ricky'ego. Prawnik rozejrzał ię dokoła, przypatrując się drzewom otaczającym polankę. Zaklął głośno zapłakał. Pot ściekał mu z głowy, a jego czarny garnitur - 4lcompletnie mokry - przykleił się do ciała. Romey zataczał się wokół bagażnika, łkając i mówiąc do siebie, to znowu wrzeszcząc na pobliskiè~zewa. 24 25 Nagle zamilkł, wciągnął swój potężny korpus na pokrywę bagaż- nika, po czym wijąc się i ślizgając niczym pijany słoń, dotarł do tylnej szyby. Wtedy wyprostował klocowate nogi. Jedną stopę miał bosą. Sięgnął po pistolet ruchem ani wolnym, ani szybkim, niemal rutyno-wym, i wsadził sobie lufę głęboko w usta. Dzikie czerwone oczy błysnęły dokoła i na sekundę jego wzrok spoczął na drzewie, pod którym siedzieli chłopcy. Rozchylił wargi i wbił swoje wielkie brudne zęby w lufę, po czym zamknął oczy i kciukiem prawej dłoni nacisnął spust.

Buty były ze skóry rekina, a jedwabne pumpy koloru wanilii ciągnęły się aż do kolan, gdzie zatrzymywały się, by popieścić włochate łydki Barry'ego Muldanno lub Barry'ego Ostrze, lub po prostu Ostrza, jak lubił być nazywanym. Ciemnozielony garnitur połyskiwał i na pierwszy rzut oka wydawało się, że uszyto go ze skóry jaszczurki, iguany albo jakiegoś innego oślizłego gada, lecz po bliższych oględzi-wach materiał okazywał się poliestrem. Garnitur był dwurzędowy, x wieloma guzikami z przodu. Wyglądał elegancko na dobrze zbudo-wanym Barrym i marszczył się ładnie, gdy Muldanno stąpał dumnie ku telefonowi na tyłach restauracji. Nie był jaskrawy, tylko błyszczący. Barty mógłby uchodzić za wymuskanego importera narkotyków lub wziętego bukmachera z Vegas, i to mu odpowiadało, gdyż był Ostrzem i oczekiwał, że ludzie go spostrzegą i dojrzą w nim uosobienie sukcesu. A potem powinni zatrząść się ze strachu i zejść mu z drogi. Miał gęste czarne włosy, ufarbowane, by ukryć ślady siwizny, gładko przyczesane i pokryte żelem, ściągnięte mocno do tyłu i zebrane w niewielki, idealnie równy koński ogon, schodzący łukiem w dół i dotykający precyzyjnie na środku kołnierza ciemnozielonej poliest-tbwej marynarki. Włosom poświęcał Barty wiele godzin pracy. Obowiązkowy brylantowy kolczyk błyszczał jak należy w lewym uchu, dla prawym przegubie, tuż poniżej wysadzanego brylantami rolexa, kołysała się wytworna złota bransoletka, a na lewym grzechotał elegancki, również złoty, łańcuszek. Pyszałek zatrzymał się przed automatem, który wisiał na ścianie między toaletami, w wąskim korytarzu na tyłach restauracji. Stanął 27 i rozejrzał się na wszystkie strony, jakby szukał śledzących go szpiegów. Przeciętny człowiek na widok tych oczu - tnących, ślizgających się błyskawicznie i żądnych gwałtu, dostałby bólów żołądka. Oczy były brązowe, niezwykle ciemne i osadzone tak blisko siebie, że gdyby ktoś zdołał patrzeć w nie dłużej niż przez dwie sekundy, mógłby przysiąc, iż Barry ma zeza. Ale nie miał. Równa linia czarnych brwi biegła od skroni do skroni bez najmniejszej przerwy na bruzdę nad dość długim i spiczastym nosem. Czoło było wysokie. Brązowe worki pod oczami świadczyły o zamiłowaniu do alkoholu i szybkiego życia. Mętne białka zdradzały, oprócz innych rzeczy, wiele przeżytych kaców. Ostrze kochał swoje oczy. Były legendarne. Wystukał numer biura swego prawnika, nie przestając ciąć wzrokiem po korytarzu, i powiedział prędko, nie czekając na odpowiedź: - Tak, tu Barry! Gdzie jest Jerome? Spóźnia się. Miał się ze mną spotkać czterdzieści minut temu.