wotson

  • Dokumenty43 372
  • Odsłony2 005 355
  • Obserwuję1 363
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 440 706

John Katzenbach - Człowiek cień

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :1.8 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
J

John Katzenbach - Człowiek cień.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion J John Katzenbach
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 17 osób, 18 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 566 stron)

John Katzenbach Człowiek Cień (The Shadow Man) Przełożył Piotr Jędrusi Napisanie książki nie jest możliwe bez pomocy innych osób. Czasami pomoc ta ma jedynie techniczny charakter, jak w przypadku redaktorów, którzy przeglądają pierwotną wersję manuskryptu i wychwytują błędy, które popełnił autor. Niekiedy jest mniej namacalna, lecz równie ważna. (Dzieci, które zostawiają cię w spokoju, a przecież znacznie bardziej wolałyby, abyś wyszedł z nimi na dwór i pograł w koszykówkę.) Przy pisaniu tej powieści bardzo pomogli mi moi przyjaciele Jack Rosenthal, David Kaplan, Janet Rifkin oraz Harley i Sherry Tropin, których uwagi pozwoliły na ulepszenie ostatecznej wersji. O holocauście napisano już wiele wspaniałych książek, a każda z nich jest bardziej wstrząsająca, bardziej przygnębiająca i bardziej zdumiewająca niż inne. Nie zamierzam wymieniać tu wszystkich prac, które przestudiowałem, ale sądzę, że jedna z nich zasługuje na szczególną uwagę. Kiedy po raz pierwszy w moim umyśle zakiełkowało ziarno idei, dzięki której ostatecznie powstała ta powieść, nieżyjący już Howard Simons z Uniwersytetu Harvarda podarował mi egzemplarz niezwykłego dokumentu, zatytułowanego „Ostatni Żydzi w Berlinie” (The Last Jews In Berlin), napisanego przez Leonarda Grossa. Wszyscy, którzy chcieliby się dowiedzieć, na czym polega prawdziwa pomysłowość i odwaga, powinni zapoznać się z tamtą książką. Jak zwykle, najwięcej zawdzięczam mojej rodzinie, i to właśnie Justine, Nickowi oraz Maddy poświęcam niniejszą powieść.

Historia, powiedział Stefan, jest nocną zmorą, z której staram się przebudzić... James Joyce, Ulisses Rozdział pierwszy PRZERWANA ŚMIERĆ Pewnego wczesnego wieczoru, który zapowiadał początek kolejnej piekielnie gorącej nocy w środku lata w Miami Beach, Simon Winter doszedł do wniosku, iż nadszedł czas, aby się zabić. Znał się na tym: był już starym człowiekiem, który przez większą część życia zajmował się śmiercią. Żałował nawet przez chwilę, że jego zamierzenia przysporzą tak wiele kłopotów i pracy innym. Powoli podszedł do szafki w sypialni, wyciągnął stamtąd wytartą, przepoconą brązową skórzaną kaburę i wyjął z niej policyjny rewolwer kalibru trzydzieści osiem z krótką lufą, noszący ślady licznych gwałtownych poczynań posiadacza tej broni. Otworzył magazynek i usunął z niego pięć z sześciu kul, które następnie włożył do kieszeni. Ten czyn, jak sądził, pomoże rozwiać wszelkie wątpliwości co do jego intencji. Trzymając rewolwer w ręku zaczął szukać papieru i pióra, aby napisać list pożegnalny. Trwało to parę minut i denerwowało go, dopiero kiedy odsunął na bok kilka białych, starannie wyprasowanych chusteczek do nosa oraz parę spinek do krawatów i mankietów, które znajdowały się w szufladzie sekretarzyka, znalazł pojedynczą czystą kartkę papieru oraz tani długopis. Cóż, pomyślał, cokolwiek zamierzasz napisać, i tak musisz się streszczać. Zastanawiał się, czy przypadkiem nie potrzebuje czegoś jeszcze, a przechodząc obok lustra zatrzymał się na moment, aby ocenić, jak wygląda. Nieźle. Sportowa koszula w kratkę była czysta, podobnie jak spodnie khaki, skarpetki oraz bielizna. Zastanawiał się też, pocierając o policzek grzbietem dłoni, w której trzymał broń, i czując całodzienny zarost, czy nie powinien się ogolić, ale doszedł do wniosku, że nie jest to konieczne. Natomiast

pewnie przydałoby mu się strzyżenie. Wzruszył ramionami, pośpiesznie przeczesując palcami czuprynę siwych włosów. Nie ma czasu, pomyślał. Nagle przypomniał sobie, jak w dzieciństwie dowiedział się, że włosy rosną nawet po śmierci. Włosy i paznokcie. Chciał, aby okazało się to prawdą. Tego rodzaju informacje, jakie jedno dziecko przekazuje szeptem drugiemu w aurze absolutnej wiarygodności, nieodwołalnie prowadziły do powstawania mrocznych opowieści o duchach kryjących się w ciemnych pokojach. Dorastanie i starzenie się, pomyślał Simon Winter, częściowo polega właśnie na obalaniu mitów z czasów dzieciństwa. Odwrócił się od lustra i rozejrzał po sypialni. Łóżko zostawił zasłane, w rogu pokoju nie było żadnych brudnych ubrań, a książki, które czytał wieczorami – powieści kryminalne i opowiadania przygodowe w miękkich okładkach – nawet jeśli ich nie ułożył idealnie równo, to przynajmniej przedstawiały się nie najgorzej, mniej więcej tak jak i on sam. Z pewnością nie można mu zarzucić, że jest bałaganiarzem, to cecha niedopuszczalna zarówno w przypadku starego kawalera, jak i małego dziecka. Rozmyślał o tym przez chwilę, z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Wsunął głowę do łazienki i zobaczył opakowanie tabletek nasennych. Przez moment zastanawiał się, czy nie posłużyć się nimi zamiast starego rewolweru, ale doszedł do wniosku, że taki sposób odebrania sobie życia byłby tchórzostwem. Trzeba mieć na tyle odwagi, mruknął sam do siebie, aby spojrzeć w lufę własnej broni, a nie po prostu połknąć garść pigułek i łagodnie zapaść w śmiertelny sen. Wszedł do kuchni. W zlewozmywaku leżała całodzienna porcja brudnych naczyń. Kiedy się tak w nie wpatrywał, duży brązowy karaluch wpełzł na krawędź talerza i zatrzymał się tam, zupełnie jakby czekał, co teraz zrobi Winter. – Odrażające bestie – odezwał się na głos. – Osławione karaluchy. – Podniósł pistolet i wycelował w owada. – Pif paf – powiedział. – Czy wiesz, robaku, że ze strzelania zawsze dostawałem celujący?

Na myśl o tym westchnął głęboko i uśmiechnął się sam do siebie. Położył rewolwer i kartkę papieru na tanim blacie kuchennym z plastiku, wziął płyn do zmywania naczyń i zaczął szorować talerze. Znów odezwał się na głos: – Miejmy nadzieję, że czystość ma coś wspólnego z pobożnością. Pomyślał, że zmywanie naczyń u kresu ziemskiej wędrówki jest dosyć komiczne. Ale gdyby ich nie pozmywał, ktoś inny byłby zmuszony zrobić to za niego. Taki właśnie miał charakter. Nie zostawiał spraw, które inni musieliby kończyć za niego. Karaluch musiał poczuć płyn do zmywania naczyń i zorientował się, że grozi mu śmiertelne niebezpieczeństwo, więc zaczął uciekać na drugą stronę blatu. Winter rzucił w niego gąbką, ale nie włożył w to zbyt wiele serca. – Tak jest. Możesz uciekać, ale nie zdołasz się ukryć. Sięgnął pod zlewozmywak i znalazł pojemnik z trucizną na insekty. Potrząsnął nim energicznie i rozpylił aerozol w miejscu, gdzie schował się karaluch. – Chyba umrzemy razem, robaku – powiedział. Przypomniał sobie, że dawni wikingowie zabijali psa i kładli go u stóp człowieka, którego grzebali, ponieważ sądzili, że wojownik chciałby mieć towarzystwo w drodze do Walhalli, a któż mógłby być lepszym towarzyszem drogi niż wierny pies. A to, że przy okazji z powodu barbarzyńskiego zwyczaju pozbawiano życia niewinne zwierzę, nie miało wtedy żadnego znaczenia. A zatem, pomyślał, gdybym miał psa, mógłbym zastrzelić najpierw jego, ale nie mam, a poza tym i tak bym tego nie zrobił, więc moim towarzyszem w drodze do wieczności będzie jedynie karaluch. Ciekawe, o czym to będę z nim rozmawiał, zastanawiał się rozbawiony. Właściwie, pod pewnym względem życie ich obu nie różniło się aż tak bardzo; obaj egzystowali na śmietnisku. Energicznym ruchem wytarł gąbką

czysty już zlew, odłożył ją na bok, a potem wziął kartkę papieru i rewolwer, przechodząc do skromnie urządzonego salonu. Usiadł na wytartej kanapie, położył broń na stoliku do kawy i po chwili namysłu zapisał na kartce pierwsze słowa: Do każdego, kogo może to dotyczyć: Zrobiłem to sam. Jestem stary, zmęczony i samotny. Od wielu lat nie dokonałem niczego pożytecznego. Nie sądzę, aby świat bardzo rozpaczał z powodu mojego odejścia. No cóż, pomyślał, to wszystko prawda, ale życie i tak toczy się dalej niezależnie od tego, kto umiera, więc właściwie nie napisałeś niczego odkrywczego. Włożył między zęby końcówkę długopisu i zastukał w niego palcami. Po prostu napisz, co masz na myśli, zezłościł się, niczym nauczyciel w szkole podstawowej sfrustrowany nieporadnymi wypracowaniami uczniów. Dopisał pośpiesznie: Czuję się jak gość, który przedłużył swoją wizytę ponad miarę. Tak już lepiej, pomyślał i uśmiechnął się. A teraz do rzeczy. Na moim koncie w First Federal znajduje się nieco ponad pięć tysięcy dolarów, z których część należy przeznaczyć na pokrycie kosztów spopielenia tych starych kości. Gdyby ktoś okazał się na tyle uprzejmy, aby rozrzucić moje prochy w wodach koło Govemment Cut w czasie przypływu, byłbym niezmiernie wdzięczny. Przerwał na chwilę i pomyślał: byłoby miło, gdyby zrobili to wtedy, kiedy wielkie ławice Megalops atlanticus, które żyją w wodach zatoki, zaczynają pojawiać się na powierzchni. Robią wówczas wiele hałasu: wzburzają wodę, nabierają prędkości, aby dopaść małe makrele i inne ryby, którymi się żywią. To piękne zwierzęta: wielkie srebrne łuski po bokach niczym zbroje nadają im wygląd średniowiecznych błędnych rycerzy morza, a ogromne, silne, przypominające kosy ogony pozwalają im szybko poruszać się w głębinach.

Są jak starożytne plemię, od stuleci nienaruszone przez ewolucję; niektóre pewnie równie stare jak ja. Przez chwilę zastanawiał się, czy ryba może kiedykolwiek znudzić się pływaniem, a jeśli tak, to co wtedy robi. Może po prostu zwalnia i nie ucieka tak szybko jak zwykle, kiedy wielka ryba młot zaatakuje ławicę. Wcale nie byłoby tak źle, pomyślał, powrócić w następnym życiu jako Megalops atlanticus. Zaczął pisać dalej: Wszystkie pozostałe pieniądze należy przekazać Funduszowi Pomocy Wdowom po Funkcjonariuszach Wydziału Policji z Miami Beach, czy też jakkolwiek nazywa się teraz owa instytucja. Nie mam żadnych krewnych, których należałoby zawiadomić. Mój brat zmarł, a z jego dziećmi straciłem kontakt przed wieloma laty. Potrafiłem cieszyć się życiem i zdołałem dokonać kilku pożytecznych rzeczy. Gdyby to kogokolwiek zainteresowało, w sypialni znajduje się teczka z wycinkami na temat moich dawnych spraw. Doszedł do wniosku, że chyba może sobie pozwolić na małą zarozumiałość, a zarazem przeprosiny: Kiedyś naprawdę nadawałem się do tej pracy. Przepraszam za wszystkie kłopoty. Przerwał, jeszcze raz przeczytał cały list, a potem podpisał się zamaszyście. Simon Winter, emerytowany policjant. Wziął głęboki wdech i zasłonił ręką oczy. Gotowe. Znów popatrzył na to, co napisał przed chwilą. Ani śladu niezdecydowania, pomyślał. W porządku. Kiedyś stawiałeś czoło o wiele trudniejszym problemom. Nie ma powodu, aby zwlekać choćby chwilę dłużej. Chwycił rewolwer, kładąc palec na spuście. Czuł dokładnie każdy ruch: napięcie palca dotykającego cyngiel, naprężone ścięgno na grzbiecie dłoni.

Zupełnie jakby nagle wszystko, co robił, nabrało specjalnego znaczenia. Kiedy podnosił broń, czuł, jak pracują mięśnie ramienia. Usztywnił nadgarstek, aby utrzymać rewolwer nieruchomo. Serce zaczęło szybciej bić, a w wyobraźni zaroiło się od wspomnień. Zmusił się, aby zamknąć oczy i pozbyć się wszelkich wątpliwości. W porządku, powiedział sam do siebie. No dobrze. Już czas. Włożył lufę rewolweru do ust, zastanawiając się, czy poczuje, jak nabój, który zabije go za chwilę, rozrywa mu czaszkę. I właśnie to krótkie wahanie, opóźnienie o ułamek sekundy sprawiło, że panująca dookoła cisza została przerwana przez głośne i natarczywe pukanie do drzwi mieszkania. Ten dźwięk pozbawił go samobójczej determinacji, a nawet trochę przestraszył. Nagle uświadomił sobie jak wiele aspektów ma życie, jakby cały świat zażądał, aby on, Simon Winter, przyjął do wiadomości jego obecność. Miał wrażenie, że ostra krawędź spustu za chwilę przetnie mu skórę na palcu; tam, gdzie spodziewał się błyskawicznego uderzenia palącej nicości, poczuł metaliczny smak lufy, dławiąc się ostrym, oleistym zapachem płynu, którego używał do czyszczenia broni. Język ześlizgnął się po lodowatej stali i w tym momencie Winter usłyszał świst własnego oddechu. Gdzieś daleko zawył dieslowski silnik autobusu. Simon zaczął się zastanawiać, czy to A30, zmierzający w kierunku Ocean Drive, czy też może A42, jadący do Collins Avenue. Uwięziona mucha zabrzęczała przy szybie, próbując się wydostać; przypomniał sobie, że w jednej z okiennic jest niezałatana dziura. Otworzył oczy i opuścił rewolwer. Znów rozległo się pukanie do drzwi, jeszcze bardziej natarczywe niż za pierwszym razem, i to ostatecznie pozbawiło go zdecydowania. Położył broń na stoliku do kawy, na kartce z listem pożegnalnym, i wstał. Usłyszał głos: – Proszę, panie Winter...

Piskliwy głos wydawał się znajomy. I wystraszony. Jest ciemno, pomyślał. Od dwudziestu lat nikt nie zapukał do moich drzwi po zachodzie słońca. Zerwał się, zapominając przez moment o ograniczeniach, jakie upływający czas nałożył na sprawność jego mięśni, i ruszył na spotkanie. – Tu jestem! Już idę... – zawołał i otworzył drzwi. Nie wiedział zbyt dokładnie, dlaczego to robi, ale gdzieś w głębi duszy czuł nadzieję, że zaczyna się dziać coś naprawdę ważnego. Stojąca na zewnątrz starsza kobieta sprawiała wrażenie porażonej lękiem. Była blada, stała sztywno, napinając wszystkie mięśnie. Patrzyła na Simona Wintera z taką bezradnością, że aż się cofnął, niczym smagnięty nagłym uderzeniem wiatru. Dopiero po chwili rozpoznał kobietę, z którą sąsiadował od niemal dziesięciu lat. – Pani Millstein, co się stało? Wyciągnęła rękę przed siebie i chwyciła go za ramię, potrząsając głową. Ze strachu nie była w stanie wydusić z siebie nawet jednego słowa. – Czy coś się stało? – Panie Winter... – powiedziała powoli. Słowa z trudem przeciskały się przez zaciśnięte wargi. – Dzięki Bogu, że zastałam pana w domu. Jestem taka samotna i nie wiedziałam, co zrobić... – Proszę wejść do środka. Co się stało? Sophie, cała rozdygotana, niepewnie zrobiła krok przez siebie, wbijając paznokcie w ramię Wintera. Trzymała się go niczym alpinista, który w każdej chwili może spaść w głęboką przepaść. – Nie wierzyłam, panie Winter – zaczęła cicho, ale potem, w miarę narastania gniewu, jej słowa nabrały energii. – Chyba nikt z nas nie wierzył. Wszystko wydawało się takie odległe. Niemożliwe. Jakim cudem mógłby tu

być? Tutaj! Nie, to wszytko było czystym szaleństwem. Nikt z nas nie uwierzył. Ani rabbi, ani pan Silver, ani Frieda Kroner. Ale myliliśmy się, panie Winter. On rzeczywiście tu jest. Widziałam go dzisiaj. Dziś wieczorem. Tuż przed lodziarnią na Lincoln Road Mail. Wyszłam na zewnątrz i wtedy go zobaczyłam. Stał i po prostu na mnie patrzył, panie Winter, i wtedy zrozumiałam. Jego wzrok jest przenikliwy jak stalowe ostrze. Nie wiedziałam, co robić. Leo by wiedział. Powiedziałby: „Sophie, musimy zadzwonić”. I od razu znałby właściwy numer. Ale Leo odszedł i teraz zostałam sama, a on tu jest. Popatrzyła bezradnie na Simona Wintera. – Mnie także zabije – powiedziała, z trudem chwytając oddech. Zaprowadził Sophie do salonu i posadził ją na zapadającej się kanapie. – Nikt nikogo nie zabije, pani Millstein. Teraz przyniosę coś zimnego do picia, a potem mi pani wyjaśni, dlaczego jest pani taka przerażona. Popatrzyła na niego wzrokiem oszalałym ze strachu. – Muszę ostrzec innych! – Oczywiście. Pomogę pani, ale najpierw proszę się napić. I wyjaśnić mi dokładnie, o co chodzi. Otworzyła usta, aby odpowiedzieć, ale nagle straciła chyba wątek, bo nie wydobyła z siebie żadnego dźwięku. Dotknęła ręką czoła, jakby sprawdzała, czy ma gorączkę. W końcu odezwała się: – Tak, tak, poproszę o herbatę z lodem, jeśli pan ma. Jest tak gorąco. Czasami w lecie mam wrażenie, jakby powietrze dosłownie się paliło. Zgarnąwszy w popłochu rewolwer i list pożegnalny ze stolika do kawy, pośpieszył do kuchni. Wyjął czystą szklankę, nalał do niej wody, wrzucił kilka kostek lodu i nasypał herbaty w proszku. Zostawił list na blacie, ale zanim zaniósł herbatę Sophie, zatrzymał się na chwilę, aby załadować do rewolweru pięć kul, które miał w kieszeni. Podniósł wzrok i zobaczył starą kobietę, tępo wpatrującą się w dal, zupełnie jakby przed jej oczami

przesuwały się koszmarne wspomnienia. Nagle, tak jak dawniej, ogarnęło go dziwne podniecenie. Czuł, że znowu musi działać. Strach Sophie Millstein wypełniał pokój niczym gęsty, dławiący dym. Oddychając ciężko, niemal podbiegł i usiadł obok niej. – Niech pani to wypije – powiedział takim tonem, jakiego mógłby użyć wobec dziecka, które ma gorączkę. – A teraz proszę mi spokojnie opowiedzieć, co się stało. Skinęła głową, chwytając oburącz szklankę i łapczywie popijając brązowy, pienisty napój. Potem przyłożyła szklankę do czoła. Zobaczył, że jej oczy napełniły się łzami. – Zabije mnie – powtórzyła. – Nie chcę umierać. – Pani Millstein, proszę – powiedział. – Kto? Zadrżała i wyszeptała po niemiecku: – Der Schattenmann. – Kto taki? Czy to czyjeś nazwisko? Popatrzyła na niego z przerażeniem. – Nikt nie znał jego nazwiska, panie Winter. A przynajmniej nikt, kto zdołał przeżyć. – Ale kto... – Był jak duch. – Nie rozumiem... – To prawdziwy diabeł.

– Kto taki? – Był uosobieniem zła, panie Winter. Większego zła, niż ktokolwiek mógłby sobie wyobrazić. A teraz tu jest. Nie wierzyliśmy, ale myliliśmy się wszyscy. Pan Stein nas ostrzegał, ale nie znaliśmy go, więc jak mogliśmy uwierzyć? Cały czas dosłownie się trzęsła. – Jestem stara – szepnęła. – Jestem stara, ale nie chcę umierać. Podniósł rękę. – Pani Millstein, proszę, musi mi pani wszystko wyjaśnić. Proszę się uspokoić i opowiedzieć mi rzecz od samego początku. Co to za człowiek i dlaczego jest pani taka przerażona? Jeszcze raz napiła się herbaty, a potem odstawiła szklankę. Powoli pokiwała głową, próbując odzyskać spokój. Podniosła rękę do czoła i przejechała palcami po brwiach, zupełnie jakby chciała w ten sposób odblokować wspomnienia. W końcu otarła oczy z łez, wzięła głęboki wdech i podniosła wzrok. Zauważył, że kiedy opuszczała rękę, na ułamek sekundy dotknęła naszyjnika, którego nigdy nie zdejmowała, podobnie jak obrączki z palca. Był bardzo charakterystyczny: cienki złoty łańcuszek i blaszka z wytłoczonym imieniem „Sophie”. Od tysięcy podobnych łańcuszków noszonych przez nastolatków, odróżniały go dwa małe diamenty umieszczone na obu końcach litery „S” w słowie „Sophie”. Winter wiedział, że jej zmarły mąż zdołał zaoszczędzić całkiem sporo pieniędzy ze swojej skromnej emerytury i ofiarował ten naszyjnik żonie na urodziny – tuż przed tym, zanim jego serce ostatecznie odmówiło posłuszeństwa. – To bardzo skomplikowana historia, panie Winter. Wszystko wydarzyło się tak dawno temu, że teraz czasami wydaje mi się snem. Ale to nie był sen, tylko koszmar. Pięćdziesiąt lat temu. – Proszę mówić dalej, pani Millstein.

– W tysiąc dziewięćset czterdziestym trzecim roku moja rodzina – mama, tata oraz mój brat Hansi – wciąż byliśmy w Berlinie. Ukrywaliśmy się... – Proszę mówić dalej. – Nasze życie było straszne, panie Winter. Nawet przez chwilę, przez jedną sekundę, przez jedno uderzenie serca nie mogliśmy czuć się bezpieczni. Nie mieliśmy zbyt wiele jedzenia, zawsze było zimno, a każdego ranka budziliśmy się z myślą, że ten dzień może okazać się ostatnim. A zagrożenie rosło z każdą sekundą. Jakiś sąsiad mógł zacząć coś podejrzewać. Policjant na ulicy mógł zażądać dokumentów. Wystarczyło wsiąść do tramwaju i zostać dostrzeżonym przez kogoś, kto znał nas sprzed wojny, jeszcze z czasów, kiedy nie musieliśmy nosić żółtych gwiazd. Wystarczyło powiedzieć coś nie tak. Mógł nas zdradzić każdy drobiazg: gest, ton głosu, najmniejszy ślad zdenerwowania, cokolwiek. Na całym świecie nie ma bardziej podejrzliwego narodu niż Niemcy, panie Winter. Dobrze o tym wiem, bo kiedyś sama byłam Niemką. Wystarczyło naprawdę niewiele: moment wahania, może przestraszone spojrzenie. Coś, co wskazywałoby na to, że znaleźliśmy się nie na miejscu, które nam wyznaczono. A wtedy w mgnieniu oka nastąpiłby koniec. Dobrze wiedzieliśmy, że schwytanie oznaczało śmierć. Po prostu. Czasami wieczorem leżałam w łóżku, nie mogąc zasnąć, i modliłam się, żeby skończył się ten strach: żeby jakiś brytyjski bombowiec zrzucił swój ładunek na nasze głowy, tak abyśmy mogli odejść wszyscy razem. Kiedy tak drżałam, modląc się o śmierć, mój brat Hansi trzymał mnie za rękę, dopóki nie zasnęłam. Był taki silny, panie Winter. I pomysłowy. Kiedy nie mieliśmy niczego do jedzenia, zawsze potrafił znaleźć parę ziemniaków. A kiedy nie mieliśmy gdzie mieszkać, znajdował nowe mieszkanie, jakąś nową piwnicę, gdzie nie groziły nam żadne pytania, gdzie mogliśmy spędzić kolejny tydzień, może dłużej, wciąż razem, wciąż walcząc o przetrwanie. – Co się stało z...

– Zginął. Wszyscy zginęli. – Wzięła głęboki wdech. – Mówiłam panu. Zabił ich. Znalazł nas i oni wszyscy zginęli. Chciał zadać jej jeszcze jedno pytanie, ale podniosła do góry drżącą rękę. – Proszę pozwolić mi skończyć, panie Winter, dopóki mam jeszcze siłę. Wśród tylu rzeczy, których musieliśmy się bać, chyba najgorsi byli łapacze. – Łapacze? – Żydzi. Tacy sami jak my, panie Winter. Żydzi, którzy pracowali dla gestapo. Na Iranischestrasse stał kiedyś budynek, jeden z wielu okropnych szarych budynków z kamienia, które Niemcy tak uwielbiali. Mieścił się tam Referat 4 B. Właśnie tam pracował. Oni wszyscy tam pracowali. Ich wolność zależała od tego, jak sprawnie potrafili nas wyłapywać. – I myśli pani, że widziała dzisiaj człowieka, który... – Niektórzy stali się naprawdę sławni, panie Winter. Rolf Isaaksohp, młody i arogancki, albo piękna Stella Kubler. Miała blond włosy i była naprawdę ładna. Wyglądała jak jedna z tych ich nordyckich dziewczyn. Zdradziła własnego męża. Rzecz jasna, byli też inni. Nie nosili gwiazd i kręcili się po mieście, po prostu obserwując, niczym drapieżne ptaki. – Ten człowiek dziś... – Der Schattenmann. Pojawiał się we wszystkich naszych nocnych koszmarach. Mówiono, że potrafi bezbłędnie wyłowić pojedynczego Żyda z gęstego tłumu ludzi, zupełnie jakby tylko on dostrzegał jakiś charakterystyczny odcień koloru naszej skóry, albo błysk oczu. Równie dobrze mógł rozpoznawać sposób chodzenia, czy też zapach. Nie mieliśmy pojęcia. Wiedzieliśmy tylko, że kiedy już kogoś znalazł, śmierć stukała do jego drzwi. Ludzie mówili, że stał tam w ciemności, kiedy przychodzili po nieszczęśnika; stał i patrzył, kiedy w brzasku poranka ładowali go do transportu odchodzącego do Oświęcimia. Ale nikt nie wiedział niczego na pewno, ponieważ nikt nie widział jego

twarzy i nikt nie znał jego nazwiska. Podobno każdy, kto go zobaczył, trafiał do piwnicy w więzieniu Plotzensee, gdzie zawsze panowały ciemności i skąd nikt nigdy nie wyszedł żywy. A der Schattenmann czekał tam zawsze. Pilnował, aby jego ofiary nie uniknęły śmierci – i aby ostatnią rzeczą, którą widział umierający, były jego oczy. Był najgorszy ze wszystkich, panie Winter. O wiele gorszy od innych, ponieważ mówiono, że uwielbiał swoje zajęcie, i ponieważ robił to aż tak dobrze... – A dziś... – Tutaj. W Miami Beach. To wprost niemożliwe, panie Winter. A jednak wierzę, naprawdę wierzę, że dzisiaj go widziałam. – Ale przecież... – Zaledwie przez kilka sekund. Zostawili otwarte drzwi, kiedy kazali nam przechodzić z jednego gabinetu do drugiego, bo przecież mieli masę dokumentów do wypełnienia. Dokumentów! Dla Niemców dokumenty były najważniejsze nawet wtedy, kiedy chcieli kogoś zabić. Więc kiedy urzędnik gestapo skończył wypełniać nasze papiery, przybił pieczęcie i zabrano nas na dół, do cel, gdzie mieliśmy czekać na transport, właśnie wtedy widziałam go przez ułamek sekundy. Był tam, stał pomiędzy dwoma oficerami w tych okropnych czarnych mundurach. Śmieli się z jakiegoś dowcipu i wiedziałam, że to właśnie on. Kapelusz miał zsunięty na tył głowy; podniósł wzrok i krzyknął, a wtedy zatrzaśnięto drzwi. Pomyślałam, że zaraz zabiorą mnie do piwnicy; byłam absolutnie pewna, że niebawem umrę, ale zamiast tego załadowano mnie do pociągu. Zapewne doszedł do wniosku, że i tak zginę w obozie. Byłam taka mała: miałam szesnaście lat, ale prawie nie różniłam się wzrostem od dzieci o wiele młodszych, tylko że zaskoczyłam ich wszystkich, panie Winter, bo przeżyłam. Przerwała, pośpiesznie chwytając powietrze. – Nie chciałam umierać. Ani wtedy, ani teraz. Jeszcze nie. Sophie Millstein była drobną kobietą; na obcasach ortopedycznych butów miała zaledwie metr pięćdziesiąt, a przy tym odrobinę nadwagi. Przy Simonie, który pomimo swojego wieku wciąż miał prawie dwa metry

wzrostu, wyglądała jak karzełek. Siwe włosy wiązała w kok, co miało dodać jej jeszcze kilka centymetrów, lecz zwykle robiło niemal komiczne wrażenie, zwłaszcza wtedy, gdy wychodziła z mieszkania do pobliskiego sklepu spożywczego, ubrana w obcisłe pastelowe spodnie oraz koszulę w kwiaty, ciągnąc za sobą dwukołowy wózek. Winter prawie jej nie znał; zwykle mówili sobie „dzień dobry”, a potem starał się uniknąć dłuższej rozmowy, która nieodmiennie sprowadzała się do narzekania na ten czy inny temat: na władze miasta, upał, nastolatki i głośną muzykę, syna, który nie dzwonił wystarczająco często, starzenie się czy też samotność po śmierci męża. Dotychczas miał o swojej sąsiadce mniej więcej takie samo zdanie jak o innych – odnosił się do niej z dystansem i traktował z chłodną uprzejmością, nie mieli bowiem wspólnych zainteresowań. Dopiero dziś, kiedy dostrzegł w jej oczach strach, po raz pierwszy zobaczył ją w zupełnie innym świetle. Nie wiedział zbyt dokładnie, w co ma wierzyć. Znowu zachowywał się jak detektyw z dawnych czasów: nic nie było prawdą, dopóki sam tego nie potwierdził. A jak na razie, uświadomił sobie, jedyną rzeczą, którą mógł potwierdzić, było przerażenie Sophie Millstein. Kiedy na nią patrzył, widział, że ze strachu skurczyła się jeszcze bardziej. Odwróciła się w jego stronę z pytającym spojrzeniem. – Pięćdziesiąt lat. I widziałam go wtedy jedynie przez krótką chwilę. Czy mogę się mylić, panie Winter? Postanowił nie odpowiadać na to pytanie, ponieważ z jego własnego doświadczenia wynikało, iż szansa, że Sophie ma rację, jest niemal równa zeru. Ów człowiek, pomyślał, ów der Schattenmann musiał być młody; pięćdziesiąt lat temu nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia kilka lat. A teraz byłby już starym człowiekiem: jego włosy musiały zmienić kolor, tak samo jak rysy twarzy, obwisłe z powodu starości. Miałby zupełnie inny krok i głos. Nic nie pozostałoby takie samo jak przed pięćdziesięciu laty.

– Czy dzisiaj ten człowiek coś do pani powiedział? – Nie. Po prostu patrzył. Nasze oczy spotkały się na chwilę. Było późne popołudnie; nagle dokładnie za nim pojawiło się słońce i zniknął, tak po prostu, jak gdyby rozpłynął się w jego blasku – a ja uciekłam, panie Winter. Uciekłam. Nie tak szybko, jak potrafiłam kiedyś, ale prawie. Tak się ucieszyłam, kiedy zobaczyłam światła w pańskim mieszkaniu, panie Winter, bo naprawdę bałam się zostać sama. – Nic nie powiedział? – Nie. – Czy groził pani, albo zrobił jakikolwiek gest? – Nie. Po prostu na mnie patrzył. Miał spojrzenie jak stalowe ostrze, mówiłam panu. – A jak wyglądał? – Był wysoki, ale nie aż tak wysoki jak pan, panie Winter, a poza tym potężniej zbudowany. Silny. Miał ręce i ramiona młodego człowieka. Winter pokiwał głową. Jego sceptycyzm narastał. Rozpoznanie człowieka, którego widziało się zaledwie przez kilka sekund przez pięćdziesięcioma laty, wydawało się nieprawdopodobne, choć dla detektywa z wydziału zabójstw granice prawdopodobieństwa bywały czasami naprawdę bardzo rozległe. Sądził, iż Sophie Millstein po śmierci męża zaczęła patrzeć na świat jeszcze mniej realistycznie niż dotąd. Pewnego upalnego dnia stała zbyt długo na słońcu pogrążona we wspomnieniach, które wciąż okazywały się bolesne, więc kiedy jakiś człowiek zwrócił jej uwagę, przestraszyła się, ponieważ jest stara i samotna. A czy ja sam, pomyślał ponuro, różnię się od niej aż tak bardzo? Ale zamiast powiedzieć to na głos, oświadczył stanowczo:

– Moim zdaniem, pani Millstein, wszystko będzie w porządku. Potrzebuje pani jedynie trochę odpoczynku... – Muszę ostrzec innych – odparła szybko. Jej głos nie nadążał za myślami. – Muszą dowiedzieć się o wszystkim. Pan Stein miał rację. Och, panie Winter, powinniśmy mu wtedy uwierzyć, ale co robić teraz? Jesteśmy starzy. Nie wiedzieliśmy. Do kogo można zadzwonić? Komu to wszystko opowiedzieć? Taka szkoda, że nie ma już z nami Leo. – Jakich innych? I kto to jest pan Stein? – On także go widział. A teraz nie żyje. Winter natychmiast ponownie przeanalizował swoje wątpliwości. – Nie rozumiem, pani Millstein – odezwał się po chwili. – Proszę mi to wytłumaczyć. Ale ona tylko spojrzała na niego przerażonym wzrokiem. – Czy to pańska broń? Naładowana? – Tak. – Dzięki Bogu. Przez te wszystkie lata jako policjant miał pan tę samą broń? – Tak. – Nie powinien się pan z nią rozstawać, panie Winter. Mój Leo też chciał mieć broń, bo mówił, że czarnuchy – tak naprawdę to zwykle używał innego słowa, nie był do nich uprzedzony, ale rzeczywiście bardzo się bał i dlatego wyrażał się tak brzydko – więc mówił, że oni przyjadą do Beach i obrabują wszystkich starych Żydów, którzy tu mieszkają, bo my właśnie nimi jesteśmy, po prostu starymi Żydami. Nie pozwoliłabym mu trzymać broni w domu, ponieważ bardzo bym się wtedy bała, bo on, mój Leo, był naprawdę dobrym człowiekiem, ale niezbyt rozważnym. Czasami naprawdę

zachowywał się nieostrożnie. Gdyby trzymał broń w domu, mógłby sam się zranić, i dlatego nie pozwoliłabym mu jej trzymać, a teraz żałuję, że tak uważałam, bo miałabym się czym bronić. Nie mogę czekać ani chwili dłużej, panie Winter. Muszę zadzwonić do innych i powiedzieć im, że on tu jest, i że musimy postanowić, co robić dalej. – Pani Millstein, proszę się uspokoić. Kim jest pan Stein? – Muszę zadzwonić. – Zrobi to pani za chwilę. Nie odpowiedziała. Siedziała sztywno, z nieruchomymi oczami, wpatrzona uważnie w jakiś punkt przed sobą. Nagle przypomniał sobie strzelaninę, w której brał udział przed wieloma laty: napad na bank. To nie on wystrzelił kulę, która powstrzymała napastnika, ale on pierwszy do niego dopadł i kopniakiem wytrącił mu broń z wyciągniętej ręki, a potem zobaczył źrenice tego człowieka, które stawały się coraz szersze, w miarę jak przez dziurę w klatce piersiowej uciekały z niego krew i życie. Rabuś miał najwyżej dwadzieścia kilka lat, a Winter był od niego niewiele starszy. W spojrzeniu rannego dostrzegł mnóstwo pełnych desperacji pytań, włącznie z tym najważniejszym: czy przeżyję? Zanim jednak zdołał mu odpowiedzieć, dostrzegł, jak wzrok napastnika odpływa w dal, a po chwili tamten człowiek już nie żył. Właśnie takie gasnące życie zobaczył u Sophie Millstein, a co gorsza, nie potrafił zapobiec panice. Nastrój ten, przynajmniej w części, zaczynał mu się powoli udzielać. – Zabije mnie – odezwała się tępym, zrezygnowanym głosem. – Muszę ostrzec innych. – W tych słowach tkwiła jakaś jałowość, a ton jej głosu przypominał trzeszczenie napiętej skóry. – Pani Millstein, proszę, nikt nie zamierza pani zabić. Nie pozwolę na to. Przez cały czas patrzyła w jeden punkt, zupełnie jakby Wintera wcale nie było w pokoju. Po chwili całe jej ciało zadrżało, jak gdyby wspomnienia

wywołały w niej fizyczny ból. Powoli odwróciła się do starego policjanta i pokiwała głową. – Byłam taka młoda i taka przerażona. Chyba wszyscy się baliśmy. To były naprawdę okropne czasy, panie Winter. Wszyscy musieliśmy się ukrywać i nikt nie wybiegał myślami w przyszłość dalej niż o następną minutę. To coś strasznego, panie Winter, kiedy ktoś jest młody i musi się ukrywać, a śmierć stale depcze mu po piętach... Przytaknął. Chciał, żeby nie przerywała: miał nadzieję, że w końcu wróci myślami do teraźniejszości. – Proszę mówić dalej. – Rok temu – zaczęła powoli – Herman Stein, który mieszkał w Surfside, popełnił samobójstwo. – Jej głos znowu stracił energię. – Przynajmniej tak powiedziała policja, ponieważ zastrzelił się z pistoletu... Zrobił to samo, co i ja zamierzałem, pomyślał Winter. – Tak? – Już po jego śmierci, policyjnym śledztwie i rodzinnych uroczystościach żałobnych do domu rabina Rubinsteina przyszedł list. Czy zna pan rabina, panie Winter? – Nie. – Jest już stary, tak samo jak ja. Na emeryturze. I dostał list od umarłego, wysłany zaledwie kilka dni wcześniej. A tego Hermana Steina wcale nie znałam, bo i skąd? Mieszkał w Surfside, czyli ile przecznic stąd, panie Winter? Siedemdziesiąt? Osiemdziesiąt? To prawie jak w innym świecie. I ów człowiek przed śmiercią wysłał list do rabbiego, którego sam prawie nie znał, ponieważ dowiedział się, że rabin także pochodzi z Berlina, i także przeżył obóz, co udało się jedynie nielicznym. Stein napisał w swoim liście: „widziałem der Schattenmanna”. Rabin oczywiście wiedział, o kogo chodzi,

więc odnalazł mnie i kilka innych osób, które kiedyś były berlińczykami. Panią Kroner i pana Silvera, jedynie ich udało mu się znaleźć, ponieważ jesteśmy coraz starsi, panie Winter. Przeżyli tylko nieliczni spośród i tak niewielu, którzy przetrwali wojnę. Zebrał nas razem i przeczytaliśmy ten list, ale kto wie, co robić? Żadna policja nie jest w stanie nam pomóc. W ogóle nikt nie może nam pomóc, a poza tym i tak nie wiemy, czy w to wierzyć. Któż by pomyślał, że on tu jest, panie Winter? Ze wszystkich możliwych miejsc na ziemi właśnie tutaj. Więc mijają miesiące, a ja co pewien czas chodzę do domu rabina; siadamy i rozmawiamy, ale o takich rzeczach niechętnie się pamięta, panie Winter. Aż do dzisiaj, ponieważ tak samo jak ten biedny pan Stein z Surfside, którego wcale nie znałam, a który już nie żyje, ja również go zobaczyłam, więc teraz der Schattenmann zabije także i mnie. Po policzkach Sophie Millstein ściekały łzy, a jej głos zamienił się w pełen przerażenia szept. – Gdzie jest Leo? – zapytała stara kobieta. – Chciałabym, żeby Leo był ze mną. – Ten człowiek, Herman Stein, czy on rzeczywiście popełnił samobójstwo? – Tak. Nie. Tak właśnie powiedziała policja, panie Winter. Ale teraz, dzisiaj, myślę, że musiało być inaczej. – A inni, rabin... – Muszę do nich zadzwonić. – Rozejrzała się dookoła oszalałym wzrokiem. – Mój notes. Mój mały notes ze wszystkimi telefonami. Mam go w mieszkaniu... – Pójdę tam z panią. Wszystko będzie w porządku.

Pokiwała głową i wypiła resztę herbaty z lodem. – Czy mogę się mylić, panie Winter? Przecież był pan kiedyś policjantem. Minęło pięćdziesiąt lat, a ja widziałam tego człowieka jedynie przez krótką chwilę, zanim zatrzasnęli drzwi. Przez pięćdziesiąt lat ludzie zmieniają się tak bardzo. Czy mogę się mylić? Pokręciła głową. – Chciałabym, żeby tak było, panie Winter. Modlę się o to, żebym się myliła. Nie wiedział, co odpowiedzieć, więc milczał. Zapewne się myli, pomyślał. Ale jej opowieść zaniepokoiła go, a poza tym nie był pewien, co sądzić o samobójstwie Hermana Steina. Dlaczego stary człowiek miałby się zabić po wysłaniu listu? Może po prostu czuł się stary i bezużyteczny, tak jak ja. Może zwariował. Może był chory, a może zmęczony życiem. Istniało jeszcze co najmniej sto równie prawdopodobnych „może”; kiedy tonie się w smutku, nie zwraca się uwagi na pojedynczą łzę. Nie wiedział, ale nagle zapragnął się dowiedzieć. Gdzieś w głębi duszy pojawiło się uczucie, które, jak sądził, już dawno zniknęło z powodu nieubłaganego upływu czasu i trybu życia emeryta. Ożywił się wewnętrznie: słowa jego sąsiadki i panika w jej oczach stały się bodźcem. Musiał poznać rozwiązanie. – Pani Millstein, to, czy ma pani rację, czy nie, nie ma żadnego znaczenia. Najważniejsze, że się pani przestraszyła, a teraz potrzebuje pani porozmawiać z przyjaciółmi. Potem powinna pani zasnąć. Zajmiemy się całą sprawą rano, kiedy wszystkie umysły będą odświeżone. – Pomoże mi pan? – Oczywiście. Właśnie po to są sąsiedzi. Skinęła głową z wdzięcznością i wyciągnęła rękę przed siebie, dotykając nią nadgarstka Wintera. Spuścił wzrok i po raz pierwszy od czasu, kiedy ją

poznał przed tyloma laty, dostrzegł wyblakły niebieski tatuaż na przedramieniu. 1742. Napisane gotykiem cyfry nie pozostawiały wątpliwości, kto je wyrył. Simon Winter i Sophie Millstein szli przez dziedziniec, ukryty w nieprzeniknionych ciemnościach. Bezlitosny upał otaczał ich szczelną powłoką, niczym nieprzepuszczające powietrza jedwabne wstęgi. Na środku dziedzińca stał posążek na wpół nagiego cherubina, grającego na trąbce. Cherubin ozdabiał kiedyś małą fontannę, która zepsuła się przed laty. Kompleks mieszkań był mały; dwa identyczne, dwupiętrowe budynki pokryte beżowym stiukiem, stojące frontem do siebie. Zostały zbudowane w okresie boomu, który ogarnął Miami Beach w latach dwudziestych, i miały pewne cechy stylu Art Deco – łukowate wejście, zaokrąglone okna, niemal zmysłowe kształty fasady, które przydawały budynkom odrobinę kobiecości i budziły skojarzenie z delikatnością, z jaką kochanek obejmuje swoją partnerkę. Czas i nieustępliwe słońce surowo obeszły się z mieszkaniami: tu i ówdzie farba odpadła ze ścian, wentylatory urządzeń klimatyzacyjnych raczej grzechotały niż szumiały, a drzwi skrzypiały i często się zacinały, ponieważ fale tropikalnej wilgoci wypaczyły framugi. Na zewnątrz, od strony ulicy, wisiał wyblakły napis: THE SUNSHINE ARMS. Winter zawsze podziwiał tę zdumiewająco zniekształconą metaforę; po prostu dobrze się czuł w swojskiej atmosferze chylących się ku upadkowi budynków. Sophie zatrzymała się przed drzwiami swojego mieszkania. – Wejdzie pan pierwszy? – zapytała. Wziął od niej klucz i wsunął go do zamka.

– Nie powinien pan wyciągnąć rewolweru? Pokręcił głową. Nalegała, aby zabrał broń, na co się zgodził, niemniej uważał, że wymachiwanie nią na wszystkie strony było co najmniej śmieszne. Poza tym miał na tyle doświadczenia, aby wiedzieć, iż strach Sophie udzielił mu się i sam czuł zdenerwowanie. Jeśli przez cały czas będzie trzymał rewolwer w dłoni, skończy się na tym, że zastrzeli Sophie lub pana Kadosha, albo też starego Harry’ego Finkela, sąsiadów pani Millstein z góry. – Nie – odparł. Przekręcił klucz w zamku i wszedł do środka. – Włącznik światła jest na ścianie – powiedziała. Sam zresztą doskonale o tym wiedział, ponieważ rozkład mieszkania był identyczny, jak u niego. Wyciągnął rękę i zapalił światło. – Jezu! – jęknął, zaskoczony. Jakieś szarobiałe stworzenie przebiegło mu między nogami. – Co do diabła... – Och, panie Boots, zachowuje się pan naprawdę niegrzecznie! Odwrócił się i zobaczył, że Sophie upomina dużego, tłustego kota, który ocierał się o jej nogę. – Przepraszam, że pana przestraszył, panie Winter. Wzięła kota na ręce. Zwierzę obserwowało go z denerwującym kocim samozadowoleniem. – Wszystko w porządku – zapewnił, czując, jak wciąż łomocze mu serce. Sophie została w korytarzu, głaszcząc kota, podczas gdy Winter rozglądał się po mieszkaniu. Po chwili był już pewien, że są sami, jeżeli nie liczyć papugi

z długim ogonem, zamkniętej w klatce w rogu salonu. Kiedy przechodził obok klatki, ptak wydał z siebie irytujący rechot. – Wszystko w porządku, pani Millstein! – zawołał. – Sprawdził pan w szafie? I pod łóżkiem? – odpowiedziała z korytarza. Westchnął i odrzekł: – Zaraz to zrobię. – Wszedł do małej sypialni i rozejrzał się dookoła. Stojąc w pokoju, który Sophie dzieliła kiedyś ze swoim mężem, poczuł dziwne zażenowanie. Zauważył, że bardzo dbała o porządek: kremowa koszula nocna oraz takiego samego koloru szlafrok leżały w nogach łóżka. Blat sekretarzyka był posprzątany. Dostrzegł fotografię Leo Millsteina w czarnej ramce oraz drugie zdjęcie, przedstawiające, jak się natychmiast domyślił, rodzinę syna pani Millstein. Fotografia była zrobiona w studio: wszyscy mieli na sobie marynarki, krawaty, najlepsze odświętne ubrania. Zauważył małe pudełko z biżuterią, stojące na sekretarzyku – misternie rzeźbiona mosiężna szkatułka, zrobienie jej musiało kiedyś zabrać sporo czasu jakiemuś rzemieślnikowi. Rodzinna spuścizna? Tak przynajmniej należało przypuszczać. Podszedł do szafy i otworzył drzwi, nie dostrzegając żadnego intruza, za to przekonał się, że Sophie zachowała pokaźną kolekcję ciemnobrązowych i granatowych garniturów męża. Jeden podobny do drugiego, wisiały obok sporego zapasu kwiecistych sukienek. W rogu zauważył również jedwabiste, brązowe futro z norek – coś, co niezbyt często można nosić w takich miejscach jak Miami Beach, pomyślał. Prawdopodobnie szczególna wartość tego stroju zawierała się w związanych z nim wspomnieniach. Spostrzegł też, że pantofle Sophie były równo ustawione na podłodze, tuż obok butów jej zmarłego męża. Odwrócił się i jeszcze raz spojrzał na fotografię w czarnej ramce, mamrocząc pod nosem: – Przepraszam, Leo. Nie chciałem przeszkadzać, ale to ona prosiła... Szybko ukląkł na jedno kolano, natychmiast czując, jak odzywa się jego reumatyzm, ale również pod łóżkiem nikt się nie czaił. Dostrzegł, że nie było tam kurzu,