wotson

  • Dokumenty43 372
  • Odsłony2 001 032
  • Obserwuję1 363
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 438 138

John Katzenbach - Podróż

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :1.7 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
J

John Katzenbach - Podróż.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion J John Katzenbach
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 19 osób, 19 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 379 stron)

Tytuł oryginału THE TRAVELER Ilustracja na okładce KLAUDIUSZ MAJKOWSKI Redakcja merytoryczna ELŻBIETA GUTOWSKA Redakcja techniczna ANDRZEJ WITKOWSKI Korekta ALDONA HOP Copyright © 1987 by John Katzenbach For the Polish edition Copyright © 1996 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o. ISBN 83-7082-995-3 Wydawnictwo Amber Sp. z o.o. Warszawa 1996. Wydanie I Druk: Wojskowa Drukarnia w Łodzi

Dla Maddy

‒ Zaiste, nigdy nie słyszałem, by sza… byś ty, panie, rościł sobie prawo do amerykańskiego obywatelstwa ‒ powiedział zaskoczony Daniel Webster. ‒ A komuż bardziej ono przynależy, jeśli nie mnie? ‒ rzekł obcy z jednym ze swych przerażających uśmiechów. ‒ Byłem tu, kiedy wyrządzano pierwsze zło pierwszym Indianom. Kiedy do Kongo wyruszył pierwszy statek niewolniczy, stałem na jego pokładzie. Czyż nie wspominano o mnie w waszych książkach, opowieściach i wierzeniach, od kiedy pojawił się tu pierwszy osadnik? Czyż nadal nie mówi się o mnie we wszystkich kościołach w Nowej Anglii? To prawda, że ludzie z Północy uważają mnie za południowca, a mieszkańcy Południa za przybysza z Północy. Nie mają wszakże racji. Jestem po prostu uczciwym Amerykaninem, tak jak ty, panie, i to z najznamienitszego rodu. Prawdę mówiąc, panie Webster, choć nie lubię się przechwalać, moje nazwisko jest znane w tym kraju znacznie dłużej niż pańskie… Stephen Vincent Benét Szatan i Daniel Webster

Część pierwsza PRZYCZYNA OBSESJI DETEKTYW BARREN 1 Spała niespokojnie. We śnie widziała dryfującą łódź, początkowo w oddali, potem bliżej, aż uświadomiła sobie, że to ona jest na łodzi, otoczona ze wszystkich stron wodą. W pierwszej chwili ogarnęła ją panika, rozglądała się za kimś, komu mogłaby powiedzieć, że nie potrafi pływać. Ale ilekroć odwracała głowę, łódź zaczynała niebezpiecznie się kołysać, siłą fali wyrzucana w górę, aby po chwili spaść, na łeb na szyję, miotając bezlitośnie pasażerką po całym pokładzie. Szukała czegoś nieruchomego, czego mogłaby się przytrzymać. Kiedy chwyciła maszt i przywarła do niego z całej siły, rozległ się przeraźliwy dźwięk dzwonków alarmowych. Wiedziała, co on oznacza ‒ łódź przecieka i za kilka chwil woda dosięgnie jej stóp, a potem coraz wyżej wzdłuż nóg, kropla po kropli, wzmagając przerażenie. Alarm nie milkł, a kobieta ‒ ona szeroko otworzyła usta, gotowa krzyczeć ze strachu i wołać o pomoc. Z trudnością utrzymywała równowagę na szalejącym, rozbujałym pokładzie. Łódź nagle podskoczyła, a kobieta krzyknęła jakby do swego śpiącego „ja”: „Obudź się! Obudź się! Ratuj się!” I obudziła się. Gwałtownie usiadła na łóżku i łapiąc pośpiesznie powietrze, przechodziła ze snu na jawę. Prawą ręką mocno chwyciła się poręczy, która po mglistych strachach snu stanowiła wreszcie stałe oparcie. Dotarło do niej, że dzwoni telefon.

Przeklęła w myśli, przetarła oczy i dostrzegła telefon stojący tuż obok na podłodze. Odchrząknęła i podniosła słuchawkę. ‒ Detektyw Barren. Słucham? Nie miała czasu na ocenę sytuacji. Mieszkała sama, bez męża, bez dzieci. Rodzice dawno już zmarli, więc dzwoniący w środku nocy telefon nie napawał jej szczególnym niepokojem, choć wielu ludzi w takiej sytuacji spodziewałoby się najgorszych wieści. Jako detektyw policji zdążyła przywyknąć do nocnych wezwań i do tego, że policjanci często pracują długo po godzinach urzędowania. To nie mogło być nic innego. Zapewne z jakichś przyczyn jej umiejętności kryminologa były potrzebne na miejscu przestępstwa. ‒ Merce? Nie śpisz? ‒ Nie, nie śpię. Kto mówi? ‒ Robert Wills z wydziału zabójstw, muszę… ‒ zamilkł. ‒ W czym mogę ci pomóc? ‒ zapytała. ‒ Merce, przykro mi, że to właśnie ja muszę ci przekazać ci tę wiadomość… Nagle zobaczyła Boba Willsa, siedzącego za biurkiem w wydziale zabójstw. To był surowy, dziwny pokój, oświetlony bezlitosnymi jarzeniówkami, których całymi dniami nikt nie wyłączał. Pełno w nim było metalowych szaf z aktami i pomalowanych na pomarańczowo biurek, na których odcisnęły się wszelkie brudy, o jakich mówiono nad ich blatami. ‒ Co? Na chwilę ogarnęła ją fala podniecenia, rodzaj strachu o podłożu erotycznym, odmiennego od sennej paniki, z jakiej się właśnie wynurzyła. Jednak kiedy rozmówca przerwał, w żołądku poczuła pustkę, wewnętrzną próżnię, którą natychmiast wypełnił strach. ‒ O co chodzi? ‒ zapytała, mając świadomość, że mówi zmienionym głosem. ‒ Merce, masz siostrzenicę… ‒ Zgadza się, u diabła. Ma na imię Susan Lewis. Studiuje na uniwersytecie. O co chodzi? Miała jakiś wypadek? Nagle doznała olśnienia: Bob Wills pracuje w wydziale zabójstw. Zabójstwo. Zabójstwo. Zrozumiała, z jakiego powodu niepokojono ją w środku nocy. ‒ Przykro mi ‒ mówił Wills, ale jego głos docierał do niej z bardzo daleka. Przez chwilę zaczęła żałować, że nie jest z powrotem w swoim śnie. Detektyw Mercedes Barren ubrała się szybko i w środku letniej nocy pachnącej lukrecją jechała przez Miami. Kiedy notowała adres na kartce, miała wrażenie, jakby ręka należała do kogoś zupełnie innego i ktoś inny kończył rozmowę z detektywem z wydziału zabójstw. Słyszała własny głos ‒

spokojny i beznamiętny ‒ którym prosiła o wszelkie dostępne informacje: zaawansowanie śledztwa, nazwiska oficerów prowadzących sprawę, ustalone już fakty, hipotezy stawiane przez detektywów. Świadkowie. Dowody. Zeznania. Nie dała się zbyć Willsowi, choć wewnątrz niej wszystko krzyczało, grożąc wybuchem zwierzęcego bólu. Odrzucała wszystkie myśli o siostrzenicy. W pewnej chwili oślepiły ją reflektory nadjeżdżającej z naprzeciwka ciężarówki i tuż obok usłyszała wściekle buczący klakson. Kiedy już się uspokoiła, uświadomiła sobie, że miejsce strachu zajęły wspomnienia sprzed mniej więcej dwóch tygodni. Opalały się wówczas z Susan nad przydomowym basenem. Dziewczyna zwróciła uwagę na jej służbowy rewolwer wystający z plażowej torby. Wyglądał głupio i nie na miejscu wciśnięty między ręczniki, emulsję do opalania i książkę. Pamiętała reakcję nastoletniej siostrzenicy i jej stwierdzenie, że rewolwer jest „wstrętny”, co zdaniem Merce było najwłaściwszym określeniem. ‒ Dlaczego musisz go nosić? ‒ Bo tak naprawdę nigdy nie schodzę ze służby. Gdybym była świadkiem przestępstwa, musiałabym zareagować jak policjantka. ‒ Myślałam, że teraz nie musisz już tego robić. Od czasu… ‒ Od czasu tamtej strzelaniny, zgadza się. Teraz jestem spokojną panią policjantką. Kiedy przyjeżdżam na miejsce przestępstwa, zazwyczaj jest już po wszystkim. ‒ Fuj. Musisz patrzeć na truposzy? ‒ Zgadza się. I to że muszę, i to że fuj. Roześmiały się. ‒ To byłby dopiero ubaw ‒ powiedziała Susan. ‒ Co takiego? ‒ Zastać aresztowanym przez policjantkę w bikini. Znów wybuchnęły śmiechem. Barren patrzyła, jak siostrzenica wstaje i nurkuje w błękitnej wodzie basenu. Obserwowała Susan, jak bez wysiłku przepłynęła pod wodą wzdłuż basenu, po czym, nie nabierając powietrza, zawróciła. Przez krótką chwilę Merce poczuła zazdrość o utraconą młodość, ale szybko się pocieszyła ‒ w końcu nie jest jeszcze z nią tak źle. Susan podpłynęła do krawędzi basenu. ‒ Merce, jak to się stało, że mieszkasz nad oceanem i nie potrafisz pływać? ‒ spytała. ‒ To moja tajemnica ‒ odparła. ‒ Moim zdaniem to głupie ‒ stwierdziła Susan, wyskakując z basenu. Woda spływająca po jej szczupłym ciele migotała w słońcu. ‒ Czy już ci mówiłam, że jesienią będę chodzić na zajęcia z oceanografii? Już sobie wyobrażam te oślizłe ryby ‒ roześmiała się. ‒ Kolczaste kraby. Potężne wieloryby. Kapitanie Cousteau, nadchodzi konkurencja. ‒ To wspaniale ‒ ucieszyła się detektyw Barren. ‒ Zawsze lubiłaś wodę.

‒ No właśnie. „Błękitna woda i piasek biały taki, słońce rozpalone i śmierdzące rybie flaki” ‒ zaśpiewała. Ponownie wybuchnęły śmiechem. Susan wciąż się śmiała ‒ pomyślała Merce i przycisnęła mocniej pedał gazu. Kątem oka ujrzała łunę bijącą od centrum miasta, na tle której odcinały się sylwety strzelających w niebo wieżowców. Nagle poczuła w sercu falę żaru, która ścisnęła ją za gardło. Starała się skupić wyłącznie na prowadzeniu samochodu, próbowała wyrzucić z pamięci wszelkie wspomnienia. Trzeba tam pojechać i wszystkiego się dowiedzieć ‒ myślała ‒ nie można łączyć tego, co tam zobaczę, ze wspomnieniami. Detektyw Barren skręciła z autostrady nr 1 i jechała przez osiedle domków jednorodzinnych. Od północy minęło sporo czasu i świt zaczął rozjaśniać niebo. Ruch był niewielki, a Merce pędziła na złamanie karku, jednak kilka kilometrów przed celem przyhamowała gwałtownie, tak że jej nie oznakowany sedan ledwie się toczył po wyludnionych ulicach. Szukała śladów życia wśród rzędów eleganckich, zamożnych domów. Próbowała sobie wyobrazić ludzi kryjących się w tej przyzwoitej podmiejskiej ciemności. Od czasu do czasu w którymś z okien błyskało światło. Detektyw Barren zastanawiała się, jaka książka, program telewizyjny, kłótnia czy zmartwienia nie pozwalały spać tym ludziom. Kusiło ją, by stanąć przy jednym z takich domów, zapukać do drzwi i zapytać. Może jakieś złe wspomnienia, które burzą spokój i odganiają sen? Proszę się ze mną nimi podzielić. Skręciła w Old Cutler Road. Do bramy parku pozostało zaledwie kilkaset metrów. Noc spowijała przyrodę. Wielkie palmy i wierzby otulała ciemność, skrywając gałęzie i liście. Detektyw Barren miała dziwne uczucie, że jest zupełnie sama na świecie, jedyna ocalała osoba pędząca donikąd pośród nie kończącej się nocy. Ledwie zdołała odczytać wyblakłe białe litery przy wejściu do parku. Nagle wystraszył ją opos, przebiegający przed samochodem. Przyhamowała gwałtownie. Otworzyła okno i poczuła zapach przesyconego solą powietrza. Potężne palmy, rosnące wzdłuż autostrady, ustąpiły miejsca pokręconym i koślawym gałęziom namorzynów. Droga ostro skręcała i Merce Barren wiedziała, że kiedy wyjedzie na prostą, jej oczom ukaże się rozległy widok na Zatokę Biscayne. Z początku miała wrażenie, że w wodach zatoki odbija się światło księżyca. Ale to nie był księżyc. Zatrzymała się i rozejrzała się wkoło. Najpierw doszedł do niej szum potężnych generatorów. Miarowym, rytmicznym mruczeniem zasilały trzy zespoły potężnych lamp, które wydobywały z mroku fragment terenu w pobliżu parkingu. Kręciło się tam mnóstwo umundurowanych policjantów i detektywów, poruszających się ostrożnie w sztucznej poświacie. Wokół stał rząd policyjnych samochodów, karetka i biało-zielone furgonetki ekip

kryminologów. Ich niebiesko-czerwone migające światła dawały efekt stroboskopowy. Detektyw Barren wzięta głęboki oddech. Zaparkowała samochód obok pozostałych i ruszyła w stronę grupki mężczyzn. Patrzyli na coś, czego nie była w stanie dojrzeć, co jednak spodziewała się zobaczyć po wieloletnim doświadczeniu. Cały teren opasano żółtą taśmą, do której co kilka metrów przyczepiono plakietki napisem: TEREN ZABEZPIECZONY PRZEZ POLICJĘ. WSTĘP WZBRONIONY. Uniosła taśmę i wśliznęła się do środka. Umundurowany policjant przeciął jej drogę. ‒ Halo ‒ odezwał się. ‒ Proszę pani, tu nie wolno wchodzić. Zatrzymał się pod wpływem jej wzroku. Przesadnie wolnym ruchem sięgnęła do torebki i wyjęła złotą odznakę. Policjant rzucił na nią okiem, po czym błyskawicznie cofnął się, mamrocząc słowa przeprosin. Incydent został zauważony przez zgromadzonych mężczyzn. Jeden z nich szybko ruszył w jej kierunku, by ją powstrzymać. ‒ Merce, na litość boską. Czy Wills nie mówił ci, żebyś tu nie przyjeżdżała? ‒ Mówił ‒ odparła. ‒ Tu nie ma nic do oglądania. ‒ A skąd, u diabła, wiesz? ‒ Merce, przykro mi. Musi ci być… Przerwała mu gniewnie: ‒ Jak? Ciężko? Smutno? Trudno? Strasznie? Jak myślisz, jak się czuję?! ‒ Uspokój się. Posłuchaj, wiesz dobrze, co tu się dzieje. Może zaczekasz kilka minut? Chodź, przyniosę ci kawy. ‒ Próbował wziąć ją pod ramię i odprowadzić. Wyswobodziła się zwinnie. ‒ Nie próbuj mnie stąd wyprowadzić, do jasnej cholery! ‒ Tylko na kilka minut, potem zdam ci dokładną relację… ‒ Nie chcę żadnej cholernej relacji. Chcę sama zobaczyć. ‒ Merce… ‒ Detektyw rozłożył szeroko ramiona, by zasłonić jej widok. ‒ Daj spokój. Wzięła głęboki oddech i zamknęła oczy. Zaczęła mówić krótkimi, urywanymi zdaniami: ‒ Peter. Poruczniku Burns. Przypomnę wam o dwóch rzeczach. Po pierwsze, leży tam moja siostrzenica. Po drugie, jestem zawodową policjantką. Chcę to zobaczyć. Na własne oczy! Porucznik dał za wygraną. Spojrzał na nią. ‒ No dobrze. Za kilka minut lekarz skończy wstępne oględziny. Kiedy położą ciało na noszach, będziesz mogła podejść. Jeśli chcesz, przeprowadzisz od razu oficjalną identyfikację zwłok. ‒ Nie za kilka minut. Nie na noszach. Chcę zobaczyć, co jej zrobiono.

‒ Merce, na litość boską… ‒ Chcę zobaczyć. ‒ Po co? To tylko pogorszy sprawę. ‒ Skąd, u diabła, możesz o tym wiedzieć? Uważasz, że można coś jeszcze pogorszyć? Za plecami porucznika rozbłysło światło. Odwrócił się, a detektyw Barren ujrzała policyjnego fotografa chodzącego wokół zwłok. ‒ Teraz ‒ powiedziała. ‒ Chcę ją zobaczyć teraz. ‒ W porządku ‒ porucznik ustąpił. ‒ Będziesz miała swój koszmar. Ruszyła szybko za nim. Zatrzymał się. Zaczerpnęła powietrza. Zamknęła na chwilę oczy, przywołując w pamięci uśmiech siostrzenicy. Ostrożnie podeszła do ciała. Zapamiętuj wszystko! Utrwal w pamięci każdy szczegół ‒ myślała. Zmusiła się, by zlustrować wzrokiem ziemię wokół kształtu, na który nie śmiała jeszcze spojrzeć. Piaszczyste podłoże i liście. Żadnych szans na wyraźne ślady butów. Wprawnym okiem oceniła odległość miedzy parkingiem a ciałem. Dwadzieścia metrów. Sporo. Zazwyczaj było łatwiej, jeśli ‒ zawahała się na myśl o nazwaniu zwłok po imieniu ‒ znajdowano ofiarę w miejscu morderstwa. Można było liczyć na znalezienie jakichś dowodów. Przyglądała się ziemi wokół zwłok, kiedy za plecami usłyszała głos porucznika: ‒ Merce, przeszukaliśmy teren bardzo dokładnie, nie musisz… ‒ Nie zważając na jego słowa, przyklęknęła i zbadała ręką sypkość ziemi. Jeśli przylepiałaby się do butów, byłby jakiś dowód ‒ rozumowała. ‒ Zbierzcie próbki ziemi z całego obszaru ‒ powiedziała głośno, nie patrząc na porucznika. Po chwili ciszy usłyszała pomruk aprobaty. Nie przestając szukać, znalazła się tuż obok kształtu. No dobrze ‒ powiedziała do siebie. ‒ Spójrz na Susan. Zapamiętaj, co stało się tej nocy. Spójrz na nią. Obejrzyj każdy fragment ciała. Nie przeocz niczego. Podniosła oczy, by spojrzeć na leżący obok kształt. ‒ Susan ‒ powiedziała głośno, lecz łagodnie. Miała świadomość, że wkoło poruszają się ludzie, że być może to jej znajomi, koledzy, przyjaciele, ale nie była w stanie rozróżnić twarzy. ‒ Susan ‒ powtórzyła. ‒ Czy to twoja siostrzenica, Susan Lewis? ‒ Usłyszała głos porucznika. ‒ Tak. Zawahała się. ‒ To b y ł a moja siostrzenica. Nagle ogarnął ją żar, jakby ktoś skierował w jej kierunku jeden z reflektorów i piekł ją w snopie silnego światła. Wzięła głęboki oddech, potem drugi, by pokonać zawrót głowy. Przypomniała sobie inną chwilę sprzed lat, kiedy trafiła ją kula i poczuła ciepło spływającej po niej krwi. Tak jak teraz,

ze wszystkich sił starała się nie zemdleć. ‒ Merce? Dobiegł ją czyjś głos. ‒ Nic ci nie jest? Nie była w stanie zareagować. ‒ Niech ktoś zawoła lekarza! Zdołała pokręcić głową. ‒ Nie ‒ powiedziała. ‒ Wszystko w porządku. Boże, co za głupia odpowiedź ‒ pomyślała. ‒ Na pewno? Chcesz usiąść? Nie wiedziała, z kim rozmawia. Znów pokręciła głową. ‒ Nic mi nie jest. Ktoś wziął ją pod ramię. Uwolniła się. ‒ Sprawdźcie jej paznokcie ‒ powiedziała. ‒ Na pewno próbowała walczyć. Stwierdziła, że lekarz pochyla się nad ciałem i wykonuje jej polecenie. ‒ Niewiele tego mamy ‒ stwierdził. ‒ Na pewno walczyła jak lwica ‒ upierała się Merce. ‒ Może nie dał jej szans. Została mocno uderzona w tył głowy. Tępym narzędziem. Prawdopodobnie była nieprzytomna, kiedy to robił. ‒ Lekarz wskazał pończochę oplataną wokół gardła. Detektyw Barren przez chwilę wpatrywała się w zsiniałą skórę. ‒ Sprawdźcie węzeł ‒ powiedziała. ‒ Już sprawdzałem ‒ odparł lekarz. ‒ Jest prosty. Pierwsza strona harcerskiego podręcznika. Nie mogła odwrócić oczu od pończochy. Chciała za wszelką cenę ją rozluźnić, by Susan wyglądała, jakby spała. Przypomniała sobie chwilę z dzieciństwa. Miała nie więcej niż pięć, sześć lat, kiedy ich pies wpadł pod samochód i zginął. ‒ Dlaczego Lady nie żyje? ‒ zapytała ojca. ‒ Bo ma połamane kości ‒ odpowiedział. ‒ Ale kiedy złamałam rękę, pan doktor założył mi gips i już mnie nie boli ‒ upierała się. ‒ Załóżmy Lady gips. ‒ Ale ona straciła dużo krwi ‒ tłumaczył ojciec. ‒ No to wlejmy jej krew z powrotem ‒ mówiło dziecko z uporem bliskim rozpaczy ‒ Moja mała biedna córeczko ‒ rzekł ojciec. ‒ Chciałbym, żeby to było możliwe i proste. ‒ Objął ją ramionami, a Merce szlochała przez najdłuższą noc swego dzieciństwa. Patrzyła na ciało Susan i znów zatęskniła za ramionami ojca. ‒ A co z nadgarstkami? ‒ zapytała. ‒ Jakieś ślady przemocy? ‒ Nie ‒ odrzekł lekarz. ‒ I to o czymś świadczy. ‒ Tak ‒ odezwał się ktoś z boku. ‒ Z pewnością łajdak uderzył ją, zanim

się zabawił. Pewnie od razu straciła świadomość. Detektyw Barren wodziła oczyma po ciele Susan. ‒ Czy to na barku to ślad ukąszenia? ‒ Zapewne tak ‒ odparł lekarz. ‒ Trzeba zbadać pod mikroskopem. Na chwilę utkwiła wzrok w podartej bluzce siostrzenicy, odsłaniającej nagie piersi. Merce chciała je zakryć. ‒ Weźcie próbki z szyi, żeby stwierdzić obecność śliny ‒ poleciła. ‒ Już to zrobiliśmy ‒ wyjaśnił doktor. ‒ Z pochwy też. Barren, centymetr po centymetrze, przesuwała wzrok po ciele Susan. Dziewczyna miała jedną nogę zarzuconą na drugą, jakby nawet po śmierci chciała zachować skromność. ‒ Są jakieś obrażenia narządów rodnych? ‒ Na razie niczego nie zauważyliśmy. Zamilkła, próbując uporządkować informacje. ‒ Merce. ‒ Usłyszała cichy głos patologa. ‒ To bardzo mi przypomina cztery pozostałe przypadki. Sposób zabójstwa. Ułożenie ciała. Miejsce porzucenia. Detektyw Barren podniosła szybko wzrok. ‒ Pozostałe? Pozostałe cztery? ‒ Porucznik Burns ci nie mówił? Według nich, to sprawka tego faceta, którego gazety ochrzciły „Zabójcą z Kampusu”. Myślałem, że ci powiedzieli… ‒ Nie… ‒ odrzekła. ‒ Nikt mi nic nie mówił. Wzięła głęboki oddech. ‒ Ale rzeczywiście coś w tym jest. Pasuje… ‒ nie mogła dalej mówić. Usłyszała głos porucznika: ‒ Zapiszemy ten przypadek na jego konto i zajmie się nim specjalna grupa operacyjna… Tak chyba będzie najlepiej, co, Merce? ‒ Masz rację. ‒ Napatrzyłaś się już? Może odejdziemy na bok i powiem ci, co ustaliliśmy, a czego nie? Skinęła głową. Zamknęła oczy i odwróciła się na pięcie. Miała nadzieję, że wkrótce zabiorą Susan, jakby usunięcie ciała mogło przywrócić jej człowieczeństwo, zmniejszyć brutalność i bezsens tej śmierci. Czekała cierpliwie przy samochodach kryminologów i techników. Znała ich wszystkich bardzo dobrze; pracowali na nocnej zmianie w jej biurze. Co jakiś czas któryś z nich podchodził do niej, mówił coś, klepał ją po ramieniu lub ściskał za rękę, po czym wracał do pracy. W pewnym momencie zjawił się porucznik Burns z kawą. Otoczyła dłońmi kubek ze sztucznego tworzywa, który jej podał. Zadrżała, choć noc była wręcz upalna. Spojrzała w niebo, na które właśnie zaczynał wypełzać świt.

‒ Mam ci powiedzieć? ‒ zapytał. ‒ Może mimo wszystko byłoby lepiej… Szybko mu przerwała: ‒ Chcę wiedzieć. Wszystko. ‒ No dobrze ‒ zaczął powoli. Wiedziała, że Burns zastanawia się teraz, czy dzielenie się z nią wszystkimi informacjami może wpłynąć niekorzystnie na przebieg śledztwa. Czy ma przed sobą policjantkę, czy zrozpaczoną krewną. Kłopot w tym, że jedną i drugą. ‒ Poruczniku ‒ odezwała się. ‒ Chcę tylko pomóc. Jak wiecie, mam spore doświadczenie. Chcę zrobić co w mej mocy, aby wam pomóc. Ale jeśli uważacie, że będę przeszkadzać, to się wycofam… ‒ Nie, nie, nie ‒ zaprzeczył szybko. Jakie to proste, pomyślała. Wiedziała, że obiecując, iż nie będzie zadawać pytań, uzyska pozwolenie na pytanie o wszystko. ‒ Posłuchaj ‒ ciągnął porucznik ‒ na razie to tylko domysły. Najprawdopodobniej twoja siostrzenica poszła ze znajomymi do baru znajdującego się na terenie miasteczka uniwersyteckiego. Kręci się tam mnóstwo ludzi, przesiaduje sporo facetów. Tańczyła z różnymi gośćmi. Około dziesiątej wieczorem wyszła sama na zewnątrz, by zaczerpnąć świeżego powietrza. Już nie wróciła. Niecałe dwie godziny później, około północy, jej znajomi zaniepokoili się i zadzwonili na policję. Mniej więcej o, tej samej porze para pedziów weszła w krzaki na szybki numerek i natknęli się na ciało… ‒ Podniósł rękę. ‒ Nie. Niczego nie widzieli ani nie słyszeli. Po prostu spostrzegli zwłoki. Jeden z nich się o nie potknął… Zwłoki, pomyślała. Jak rzecz. Przygryzła wargę. ‒ Dziewczyna znika z kampusu. Nie opodal w parku ktoś znajduje ciało. Nietrudno połączyć jedno z drugim. W torebce znaleźliśmy notes, w którym było twoje nazwisko. Właśnie dlatego do ciebie zadzwoniliśmy. To córka twojej siostry? Detektyw Barren skinęła głową. ‒ Chcesz sama do niej zadzwonić? O Boże ‒ pomyślała. ‒ Zadzwonię. Kiedy stąd odjedziemy. ‒ Niedaleko stąd jest automat. Wolałbym, żeby dowiedzieli się jak najszybciej. Tutaj jeszcze trochę potrwa… Zaczęło się rozwidniać. Mrok powoli ustępował, a wraz ze świtem wyłaniały się poszczególne kształty. ‒ W porządku ‒ odrzekła. Przez chwilę łudziła się, że nie ma dwudziestopięciocentówki, potem liczyła na to, że telefon jest zepsuty. Działał. Usłyszała pogodny głos telefonistki. Usłyszała elektroniczny terkot wybierania numeru i nim zdążyła przygotować właściwe słowa, usłyszała w słuchawce nieco zaspany głos: ‒ Tak, słucham… ‒ Annie, tu Merce. ‒ Przygryzła wargę.

‒ Merce! Co u ciebie? Co się… ‒ Annie. Posłuchaj uważnie: chodzi o Susan. Miał miejsce… ‒ zawahała się. Wypadek? Incydent? Próbowała zachować profesjonalny spokój, wręcz beznamiętny ton głosu. ‒ Usiądź, proszę, i zawołaj Bena do telefonu… Usłyszała, jak siostra chwyta ustami powietrze i woła męża. Po chwili odezwał się szwagier. ‒ Merce, o co chodzi? ‒ spytał spokojnym głosem. Był księgowym. Miała nadzieję, że teraz także okaże taki spokój, jaki cechował go w pracy. Wzięła głęboki oddech. ‒ Nie wiem, czy mogę powiedzieć wam o tym inaczej niż wprost. Susan nie żyje. Zginęła dziś w nocy. Została zamordowana. Przykro mi. Nagle przywołała w pamięci obraz sprzed osiemnastu lat. Widziała siostrę w zaawansowanej ciąży, tydzień przed porodem. Szła niezdarnie w lipcowym upale, by usiąść obok niej. Merce ściskała w ręku sztandar, który złożył na jej ręce kapitan kompanii honorowej. W głowie miała pustkę, kołatały się po niej tylko słowa wojskowego kapelana, mknące w huku salwy honorowej, jaką oddano nad grobem. Nie miała nic do powiedzenia ani krewnym, ani znajomym, którzy przemykali się chyłkiem, nie mogąc znaleźć słów w obliczu śmierci kogoś tak żywiołowego i młodego jak John Barren, nawet jeśli była to śmierć na wojnie. Annie usadowiła się na tapczanie obok Merce, i kiedy nikt nie patrzył, wzięła rękę siostry i położyła ją na swoim brzuchu, po czym z rozbrajającą prostotą powiedziała: ‒ Bóg zabrał go niesprawiedliwie, ale tu rodzi się nowe życie. Zostaw miłość do niego w grobie i pokochaj to dziecko. Tym dzieckiem był Susan. Przez chwilę detektyw Barren uśmiechała się na wspomnienie tamtej chwili. To dziecko przywróciło mnie do życia ‒ pomyślała. Brutalnie powróciła do rzeczywistości, przywołana szlochem matczynej rozpaczy. Ben chciał natychmiast przylecieć do Miami, ale zdołała wyperswadować mu ten pomysł. Będzie prościej, tłumaczyła, jeśli ona załatwi formalności z zakładem pogrzebowym, który dostarczy ciało, kiedy tylko patolog zakończy sekcję. Ona przyleci tym samym samolotem. Ben obiecał zadzwonić do miejscowego zakładu pogrzebowego. Mercedes uprzedziła, że prawdopodobnie zwróci się do nich prasa, może nawet telewizja. Radziła współpracę, by jak najszybciej zostawiono ich w spokoju. Poinformowała ich, że ze wstępnych ustaleń wynika, iż siostrzenica zginęła z ręki wielokrotnego mordercy, który w minionym roku grasował na kampusach wielu college’ów w Miami, oraz że sprawą zajmuje się specjalna grupa operacyjna. Pracujący w niej detektywi zapewne skontaktują się z nimi. Ben wybuchnął gniewem, powiedział kilka mocnych słów, lecz po chwili umilkł,

zdając sobie chyba sprawę z własnej bezradności. Annie nie odezwała się nawet słowem. Merce domyśliła się, że są w różnych pokojach. Dopiero kiedy odłożą słuchawki i spojrzą sobie w oczy, dadzą upust rozpaczy. ‒ Na razie nic więcej nie mogę dla was zrobić ‒ powiedziała Mercedes. ‒ Zadzwonię później, kiedy będę więcej wiedziała. ‒ Merce? ‒ To był głos siostry. ‒ Tak, Annie. ‒ Jesteś pewna? ‒ Och, Annie… ‒ No wiesz, wszystko sprawdziłaś, prawda? Nie masz wątpliwości? ‒ Annie, ja ją widziałam. Patrzyłam na nią. To Susan. ‒ Dziękuję. Chciałam się tylko upewnić. ‒ Przykro mi. ‒ Tak. Tak, oczywiście. Porozmawiamy później. ‒ Ben? ‒ Tak, Merce. Nie rozłączyłem się. Porozmawiamy później. ‒ W porządku. ‒ O Boże, Merce… ‒ Annie? ‒ O Boże. ‒ Annie, bądź silna. Musisz być silna. ‒ Merce, pomóż mi, proszę. Czuję, że kiedy odłożę słuchawkę, pogrzebię ją na zawsze. O Boże. Co się dzieje? Proszę. Nie rozumiem. ‒ Ja też tego nie pojmuję, Annie. ‒ Och, Merce, Merce, Merce… Detektyw Barren słyszała swoje imię z coraz większej odległości. Domyśliła się, że słuchawka wypadła z rąk siostry. Potem dobiegł do jej uszu płacz Annie i miała uczucie, jakby słuchała odgłosu pękającego serca. Natychmiast odsunęła słuchawkę od ucha, po czym delikatnie, jakby nie chciała zbudzić śpiącego dziecka, odłożyła ją na widełki. Stała bez ruchu, wsłuchana w bide własnego serca. Przełknęła ślinę, po czym napięła mięśnie ramion. Potem nóg. Jestem silna, myślała. Muszę być jeszcze silniejsza. 2 Ciało Susan zabrano dopiero późnym rankiem. Detektyw Barren stała tuż przy żółtej taśmie wydzielającej badany obszar i obserwowała policjantów i kryminologów. Wokół ogrodzenia rósł tłum gapiów, zjawili się też przedstawiciele prasy, radia i telewizji z Miami, którzy zasypywali pytaniami porucznika Burnsa i innych detektywów. Wiedziała, że prędzej czy później któryś z reporterów doszuka się powiązania między nią a ofiarą, co stanie się jednym z głównych punktów relacji. Postanowiła spokojnie czekać na

pytania. Odwróciła się, kiedy dwaj sanitariusze ostrożnie wsuwali ciało Susan do czarnego worka. Podeszła do porucznika Burnsa, który rozmawiał z dwoma detektywami. Odwrócił się do niej i dokonał prezentacji. ‒ Merce. Detektyw Barren. Nie wiem, czy znasz detektywów Moore’a i Perry’ego z okręgowego wydziału zabójstw. To oni prowadzą śledztwo w sprawie Mordercy z Kampusu. ‒ Słyszałam o panach. ‒ My również znamy panią ze słyszenia ‒ odezwał się Perry. Wymienili uściski dłoni i zapadło niezręczne milczenie. ‒ Przykro mi, że spotykamy się w takich okolicznościach ‒ zaczął detektyw Perry. ‒ Podziwiam pani pracę. Zwłaszcza w sprawie wielokrotnego gwałciciela. ‒ Dziękuję ‒ powiedziała Barren. Mignęła jej przed oczyma ospowata twarz o złamanym nosie. Minęło trochę czasu, zanim znalazła ślad, który doprowadził do aresztowania sprawcy. Mocno umięśniony gwałciciel zawsze naciągał na twarz pończochę. Niemal wszystkie ofiary twierdziły, że napastnik miał na plecach silny trądzik. Dermatolog powiedział, że ludzie z trądzikiem na plecach mają najczęściej blizny na twarzy wywołane ciężkim przebiegiem tej choroby. Merce uważała, że maska z pończochy musiała coś ukrywać. Zaczęła odwiedzać miejscowe siłownie i kluby gimnastyczne. Właściwie nie miała dowodów, raczej przeczucie. W „5th Street Gym” przy Miami Beach, gdzie marzenia młodych bokserów stapiały się z łomotem worków treningowych, zauważyła niskiego, dobrze zbudowanego mężczyznę z licznymi śladami trądziku na plecach i twarzy. Chłopak miał również złamany nos i wyraźną czerwoną bliznę biegnącą wzdłuż policzka. ‒ Nie wolno nie doceniać intuicji ‒ zauważył detektyw Perry. ‒ Tyle że takie stwierdzenie nie robi wrażenia na sędziach, zwłaszcza kiedy potrzebny jest nakaz rewizji. Roześmieli się niepewnie. ‒ W czym możemy pomóc? ‒ zapytał po chwili Perry. ‒ Czy znaleziono coś pod ciałem? ‒ Nic, co przedstawiałoby jakąkolwiek wartość. Może jedynie jakiś dziwny skrawek papieru. ‒ Co takiego? ‒ Skrawek papieru. Przypomina fragment etykiety przyczepianej na lotniskach do bagażu. ‒ Podniósł rękę. ‒ Nie, nie było na nim żadnych śladów. Po prostu górny róg kartonika oderwany od reszty. Nie sposób też powiedzieć, jak długo tam leżał. To równie dobrze może być po prostu śmieć. Pomyślała o siostrzenicy leżącej wśród odpadków. Pokręciła głową, próbując zebrać myśli. ‒ Co teraz zrobicie? ‒ zapytała.

‒ Musimy przesłuchać gości z nocnego klubu, może któryś z nich coś zauważył…. ‒ Detektyw spojrzał na Merce. ‒ To trochę potrwa. ‒ Czas nie gra roli. ‒ Rozumiem. Przerwał. ‒ Proszę posłuchać. Wyobrażam sobie, co pani czuje. Jeśli o mnie chodzi, będę udzielał pani wszelkich informacji dotyczących postępów w śledztwie, jeśli nie będzie nam pani wchodzić w drogę i próbować nas wyręczać. Czy to uczciwa propozycja? Detektyw Barren skinęła głową. ‒ Jeszcze jedno ‒ dodał Perry. ‒ Jeśli przyjdzie pani do głowy jakiś pomysł, proszę skontaktować się bezpośrednio ze mną. ‒ Oczywiście ‒ odparła Barren. Nie była pewna, czy mówi prawdę. ‒ Mam pytanie. To piąta ofiara, prawda? Co z pozostałymi? Macie jakiegoś podejrzanego? ‒ spytała po chwili. Policjanci zawahali się i spojrzeli po sobie. ‒ Dobre pytanie. Mamy pewne tropy. Niech pani do nas wpadnie za dwa dni, dobrze? Uspokoi się pani i w ogóle. Pewny siebie drań ‒ pomyślała. ‒ Świetnie ‒ odparła. Zostawiła mężczyzn i wróciła do furgonetek kryminologów. Szczupły mężczyzna o ascetycznym wyglądzie sprawdzał, czy cyfry wypisane czarnym flamastrem na foliowych torebkach zgadzają się z tymi na liście, którą trzymał w ręku. ‒ Cześć, Teddy ‒ przywitała go. Mężczyzna odwrócił się do niej. ‒ Och, Merce, myślałem, że już poszłaś. Wiesz przecież, że nie musisz tu sterczeć. ‒ Wiem. Czemu wszyscy mi to powtarzają? ‒ Przepraszam. No wiesz, sama rozumiesz, nie bardzo wiadomo, jak się w takiej sytuacji zachować. Zazwyczaj śmierć nie robi już na nas wrażenia, lecz kiedy widzimy ciebie, przestaje to być dla nas wyłącznie praca. Czy w tym, co mówię, jest choć trochę sensu? ‒ Tak. ‒ Uśmiechnęła się do niego. ‒ Merce, nawet sobie nie wyobrażasz, jak wszystkim jest bardzo przykro. Robimy, co możemy. Mam nadzieję, że znaleźliśmy coś, co pomoże nam przyskrzynić drania. ‒ Dzięki, Teddy. Co znaleźliście? ‒ Niezbyt wiele. Masz tu listę. Podał jej notatnik. Wodziła oczyma po zapisanej stronicy. 1. Próbka krwi z głowy ofiary. 2. Próbka krwi z krocza ofiary (patrz rysunek).

3. Próbka śliny z ramienia ofiary. 4. Wymaz z narządów rodnych ofiary. 5. Wymaz z ramienia ofiary (ślad ukąszenia, patrz rysunek). 6. Próbka ziemi A (patrz rysunek). 7. Próbka ziemi B (patrz rysunek). 8. Próbka ziemi C (patrz rysunek). 9. Próbka spod paznokcia prawej ręki ofiary (patrz rysunek). 10. Jak wyżej, z lewej ręki (patrz rysunek). 11. Nieznana substancja na liściu. 12. Prawdopodobnie próbka ubrania. 13. Ślad krwi na liściu. 14. Niedopałek papierosa (patrz rysunek). 15. Niedopałek papierosa (patrz rysunek). 16. Zużyta prezerwatywa. 17. Zużyta prezerwatywa. 18. Nie wykorzystana prezerwatywa w opakowaniu (marki Ramses). 19. Puszka po piwie (Budweiser). 20. Puszka po coca-coli. 21. Butelka po wodzie Perrier (pojemność 200 ml). 22. Nieznana substancja w folii aluminiowej. 23. Nieznana substancja w torebce foliowej. 24. Pudełko po filmie Kodacolor Instamatic. 25. Pudełko po filmie Kodacolor Instamatic. 26. Przykrywka kasetki na czarno-biały film Kodak 400. 27. Puste pudełko po balsamie Cutter (pojemność 150 ml). 28. Balsam Sea and Ski (pojemność 400 ml). 29. Zmięta (pusta) paczka po papierosach Marlboro. 30. Kobieca torebka (zawartość wymieniona na oddzielnej liście). 31. Kobiecy portfel (należący do ofiary). 32. Kobiecy kolczyk. 33. Fragment żółtej papierowej etykietki nieznanego pochodzenia (znaleziona pod zwłokami). ‒ Co z tymi prezerwatywami? ‒ zapytała. Teddy pokręcił głową. ‒ Merce, spójrz na te rzeczy. To śmiecie, jakie można wszędzie znaleźć. Ta nieznana substancja wygląda mi po prostu na kawałek tuńczyka. A prezerwatywy najprawdopodobniej są stare. Spójrz na rysunki. Poza próbkami krwi i skóry cały ten szmelc znaleziono co najmniej kilkadziesiąt centymetrów dalej. To duperele, które nic nie znaczą. Skinęła głową. ‒ Czy to boli? Chcesz… ‒ Tak.

‒ Tak właśnie myślałem. Na razie nie jesteśmy jeszcze pewni, póki nie zbadamy tego wszystkiego w laboratorium, ale mnie i innym wydaje się, że ją tu wyrzucono. Prawdopodobnie łajdak zaparkował w pobliżu i odciągnął ją kawałek dalej. Kiedy znajdziemy jego samochód, będziemy go mieli. W środku muszą być ślady krwi, skóra, włosy. Tego nie da się ukryć, ale tutaj już chyba nic nie znajdziemy. Ponownie skinęła głową. ‒ Nie powiedziałem ci niczego nowego. ‒ Zgadza się. Oddała mu listę i popatrzyła na rzędy foliowych woreczków, ułożonych starannie z tyłu furgonetki. Tak naprawdę nie wiedziała, czego szuka. ‒ Co to? ‒ zapytała, wskazując na jeden z nich. ‒ Ostatnia pozycja na liście. Jakaś żółta etykietka. Znaleziono ją pod ciałem. Podał jej woreczek. Wpatrywała się przez przezroczystą folię w wyblakły kawałek papieru, obracając na wszystkie strony. Przez moment chciała potrząsnąć papierkiem, by zmusić go do mówienia. Dobrze cię zapamiętam ‒ pomyślała. Podniosła wzrok na wszystkie zebrane dowody. ‒ Zapamiętam was wszystkie. Nagle uświadomiła sobie, że zachowuje się głupio. Wiedziała przecież, że przeszukanie miejsca zbrodni to żmudna i czasochłonna praca, a szanse na znalezienie ważnego dowodu są znikome. Zawstydziła się i odwróciła na piecie. Tymczasem detektywi wsiedli do samochodu, a furgonetka ekipy medycznej ruszyła z drugiego końca parkingu. Przepełniało ją uczucie bezradności, jakby starannie przygotowana maska, dzięki której przetrwała cały długi poranek, zaczęła się teraz kruszyć. Tłum gapiów powoli się rozchodził. Poczuła ogromny ciężar na piersi, a suchość w gardle była nie do zniesienia. Ciężko oddychając, odwróciła się i ruszyła w stronę samochodu. Kiedy otworzyła drzwi, uderzył w nią żar z nagrzanego wnętrza. Szybko wsunęła się za kierownicę i zamknęła drzwi. Siedziała w rozpalonym aucie, czując przenikające ją ciepło. Pomyślała o Susan. Pomyślała o swoim śnie. Chciała krzyczeć do siebie tak jak w ostatnich chwilach snu: „Obudź się! Ratuj się!” Ale nie mogła. Sprzedawczyni z kwiaciarni przyglądała się podejrzliwie detektyw Barren, aż wreszcie zapytała: ‒ Czy to na jakąś szczególną okazję? ‒ Zanim otrzymała odpowiedź, pogodnie mówiła dalej: ‒ W zależności od osoby i okoliczności dajemy odpowiednie przybranie. A może to dla kogoś w szpitalu? Pacjenci z reguły lubią małe roślinki doniczkowe, mogą wtedy obserwować, jak wypuszczają listki i rosną…

‒ To dla kochanka ‒ powiedziała Merce. ‒ Och ‒ zdziwiła się kobieta. ‒ Powiedziałam coś nie tak? ‒ Nie, tylko to trochę niezwykłe. Rozumie pani, zwykle to mężczyźni przychodzą po kwiaty. Przeważnie kupują róże dla swych, eee… ‒ Roześmiała się. ‒ Niektóre rzeczy chyba nigdy się nie zmienią. Mężczyźni kupują kwiaty dla swych przyjaciółek i żon. Nigdy odwrotnie. Wchodzą do kwiaciarni i zapominając o bożym świecie wpatrują się w kwiaty, jakby spodziewali się usłyszeć: „Kup mnie dla żony. Albo dla dziewczyny”. Ale to mężczyźni, moja droga, nie kobiety. No nie, chyba jeszcze nie zdarzyło mi się, żeby kobieta weszła i… Barren tak spojrzała na kwiaciarkę, że ta urwała w pół zdania, po czym powiedziała: ‒ Ojej, chyba paplam głupoty, prawda? ‒ Trochę ‒ odparła Merce. ‒ Ojej ‒ powtórzyła kwiaciarka. ‒ Nic się nie stało ‒ rzekła Barren. ‒ Jest pani bardzo miła ‒ powiedziała sprzedawczyni. ‒ Spróbuję jeszcze raz ‒ rzekła. ‒ Czym mogę pani służyć? ‒ Chciałabym kupić kwiaty ‒ oznajmiła Barren. ‒ Na jakąś szczególną okazję? ‒ Oczywiście. ‒ Pozwolę sobie zaproponować róże. Może to i najmniej oryginalny wybór, ale najpewniejszy. No i wszyscy je uwielbiają, a przecież po to kupuje się kwiaty. ‒ Myślę, że róże będą odpowiednie ‒ zgodziła się Mercedes. ‒ Dziesięć? ‒ Doskonale. ‒ Mam do wyboru czerwone, białe i różowe? ‒ Chyba czerwone i białe. ‒ Świetnie. Wydaje mi się, że do tego pasowałaby gipsówka. ‒ Wyglądają prześlicznie. ‒ Dziękuję. ‒ Czasami mi tu odbija ‒ odezwała się kobieta. ‒ Słucham? ‒ rzekła policjantka. ‒ Rozumie pani, całymi dniami mówię do roślin i kwiatów. Czasami zapominam, jak się rozmawia z ludźmi. Kwiaty na pewno spodobają się pani… przyjacielowi. ‒ Kochankowi ‒ powiedziała detektyw Barren. Wzięła pudełko i próbowała sobie przypomnieć, ile to już minęło lat od czasu, kiedy ostatni raz była na grobie Johna Barrena.

We wrześniowym powietrzu nie czuło się nawet najmniejszej oznaki jesieni. Było ciężkie, jeszcze rozpalone letnim żarem. Po błękitnym niebie sunęło kilka dużych białych chmur. Doskonały dzień na wspominanie sierpnia, w oczekiwaniu na nieuchronny i bezlitosny styczeń w Delaware Valley, sypiący śniegiem, wiejący wiatrem od rzeki, skuty lodem i bezustannie nawiedzany brejowymi burzami, jak je zwą tubylcy. Przeraźliwie zimna i zacinająca mieszanka lodu, śniegu i deszczu była nie do zniesienia. Barren z uśmiechem przypomniała sobie jedną z takich burz. Dopadła ją poza domem. W samochodzie wysiadł akumulator, buty miała mokre na wylot. Kiedy wreszcie dotarła do pustego, zimnego domu, przyrzekła sobie, że rozpocznie nowe życie w jakimś cieplejszym rejonie. W Miami. Położyła kwiaty na siedzeniu obok i ruszyła przez most z Lambertville do New Hope. Miasteczko zamieszkane przez ludzi czarujących, bogatych i dystyngowanych rozciągało się po obu stronach rzeki. Po chwili zostawiła je za sobą i w ciepłym popołudniowym powietrzu powoli jechała ocienioną drogą w kierunku cmentarza. Przez chwilę zaczęła się zastanawiać, dlaczego rodzina przeprowadziła się w pobliże Filadelfii, skoro na wsi było tak pięknie. Wtedy przypomniała sobie ojca, który dowiedziawszy się o pracy na Uniwersytecie stanu Pensylwania, zakręcił matką niczym kowboj w szalonym tańcu. Wykładał matematykę teoretyczną i mechanikę kwantową. Był wyjątkowo inteligentny, ale zupełnie brak mu było poczucia rzeczywistości. Uśmiechnęła się. Nigdy nie zrozumiał, dlaczego wstąpiła do policji. Podziwiał niektóre sposoby dedukcji, techniki śledcze, precyzję policyjnych działań, ale przerażały go prawdy odkrywane w tej pracy i ciągłe ocieranie się o zło i zbrodnię. Zupełnie nie rozumiał motywów postępowania córki, ale ją podziwiał: wybrała najłatwiejszy sposób, by osiągnąć coś dobrego w świecie pełnym drani, którzy mordują osiemnastoletnie dziewczyny kipiące życiem i perspektywami wspaniałej przyszłości. Detektyw Barren jechała, zostawiając w cieniu drzew ciepłe wspomnienia o ojcu, zastąpione twarzą zabójcy, którą starała się naszkicować w myślach. W ostatniej chwili zauważyła cmentarną bramę. Na grobie Johna Barrena ktoś umieścił małą amerykańską flagę. Przez chwilę zastanawiała się, czy tego chce, ale dała spokój. Jeśli dzięki niej miejscowi weterani wojny wietnamskiej czują się lepiej, to dlaczego miałabym mieć coś przeciwko temu? ‒ myślała. W końcu groby i pomniki są dla żyjących. Nie umiała jednocześnie patrzeć na nagrobek i wysuszoną trawę na mogile i wyobrażać sobie Johna w trumnie pod ziemią. Nagle wstrzymała oddech, wspominając: „Zwłoki nie nadają się do oglądania”. Do trumny przyczepiono etykietkę. Zapewne miała być wcześniej usunięta, ale Merce ją zobaczyła. „Zwłoki nie nadają się do oglądania”. W pierwszej chwili nie wiedzieć czemu pomyślała, że oznacza to, iż John jest nagi, a armia na swój głupi, śmieszny i męski sposób stara się oszczędzić

mu zażenowania. Chciała powiedzieć mężczyznom zebranym wokół trumny: „Nie wygłupiajcie się, przecież widzieliśmy swe nagie ciała. Uwielbialiśmy te chwile. Kochaliśmy się już w liceum, na studiach, tej nocy, kiedy powołano go do wojska, na kilka godzin przed odjazdem na obóz szkoleniowy i niemal bez przerwy w czasie krótkiego dwutygodniowego urlopu, zanim wyjechał na front. W lecie na Jersey Shore wymykaliśmy się, kiedy tylko rodzice zasnęli i w świetle księżyca tarzaliśmy się po piaszczystych wydmach”. „Zwłoki nie nadają się do oglądania”. Zastanawiała się nad sensem tych kilku słów. „Zwłoki”… no cóż, chodziło o Johna. „Nie nadają się do oglądania”… to po prostu znaczyło, że nie może go zobaczyć. Zachodziła w głowę dlaczego. Co mu takiego zrobili? Próbowała pytać, ale dowiedziała się, że wdowa po młodym żołnierzu nie może liczyć na jasną odpowiedź. Zamiast tego przytulano ją i mówiono, że wszystko będzie dobrze, że taka była wola Boga, że wojna to piekło i tym podobne banały, które jej zdaniem nie miały teraz większego znaczenia. Była coraz bardziej zniecierpliwiona i podenerwowana, a odmowa ze strony wojskowych stawała się wręcz nie do zniesienia. Kiedy zaczęła podnosić głos i coraz usilniej domagać się, by otwarto trumnę, poczuła silny uścisk na ramieniu. To był dyrektor zakładu pogrzebowego, mężczyzna, którego nie znała. Wpatrywał się w nią intensywnie i ku zdziwieniu rodziny wyprowadził do kantorku obok. Usadził ją w fotelu naprzeciw siebie. Przez chwilę przerzucał papiery, a Merce czekała. Wreszcie znalazł to, czego szukał. ‒ Nie powiedzieli pani, prawda? ‒ zapytał. ‒ Nie ‒ przyznała. Nie wiedziała, o czym mówi. ‒ Powiedzieli pani tylko, że nie żyje, zgadza się? Skinęła głową. ‒ No cóż ‒ rzekł ostro, po czym nagle złagodniał. ‒ Na pewno chce się pani dowiedzieć? Dowiedzieć czego? Czego? Ale ponownie skinęła głową. ‒ W porządku ‒ powiedział dyrektor. W jego głosie wyczuła smutek. ‒ Kapral Barren zginął w czasie rutynowego patrolu w prowincji Quang Tri. Idący obok niego żołnierz wszedł na minę. Dużą minę. Zabiła pani męża i dwóch innych. ‒ Ale dlaczego nie mogę… ‒ Bo niewiele z niego zostało. ‒ Och. W pokoju zapadła cisza. Merce nie wiedziała, co powiedzieć. ‒ Kennedy by nas z tego wyciągnął ‒ odezwał się dyrektor. ‒ Ale jakiś szaleniec musiał go zabić. Moim zdaniem on był naszą jedyną szansą. Teraz wzięli do wojska mojego chłopaka. Boże, jestem przerażony. Właściwie co tydzień grzebię jakiegoś chłopca. Tak mi przykro. ‒ Musi pan bardzo kochać syna ‒ powiedziała.

‒ Tak, bardzo. ‒ Ale przecież on nie był fajtłapą. ‒ Słucham? ‒ John. Poruszał się zwinnie. Był wspaniałym sportowcem. Świetnie grał w baseball, koszykówkę i futbol. On nigdy by nie wszedł na minę. Przypomniała sobie stary wierszyk z dzieciństwa: Wpadniesz na kamień ‒ zasmucisz mamę, Wejdziesz na minę ‒ zasmucisz dziewczynę. „Zwłoki nie nadają się do oglądania”. ‒ Żegnaj, kochanie ‒ powiedziała. Wyjęła kwiaty z pudełka. Detektyw Barren usiadła na mogile. Oparła się plecami o nagrobek, zasłaniając nazwisko męża i wyryte w kamieniu daty. Podniosła oczy ku niebu. Obserwowała chmury, podążające przez bezkres błękitnego nieba z podziwu godną beztroską. Jak w czasach dzieciństwa bawiła się w odgadywanie ich kształtów. Przywodziły jej namyśl słonie, wieloryby i nosorożce. Pomyślała, że Susan widziałaby na niebie tylko ryby i morskie ssaki. Wyobraziła sobie, że gdzieś tam w górze, za chmurami, jest niebo i John czeka na Susan. Ta myśl przyniosła jej pewną ulgę, ale w kącikach oczu zapiekły ją łzy. Szybko je otarła. Była sama na cmentarzu. Pomyślała, że ma szczęście, gdyż zachowywała się zdecydowanie niepoważnie. Usłyszała szum liści; podmuch wiatru nieco zmniejszył dokuczliwy upał. Roześmiała się ‒ choć nie był to radosny śmiech ‒ i odezwała się głośno: ‒ Och, Johnny. Zbliżam się do czterdziestki, ciebie nie ma już od osiemnastu lat, a ja wciąż tęsknię za tobą jak diabli… Potem chyba zakochałam się w Susan. Ty odszedłeś, a ona właśnie się urodziła. Była taka maleńka, bezradna i chora. O mój Boże. Anne po prostu nie dawała sobie rady. A Ben, sam wiesz, dopiero rozkręcał firmę, więc pracował od rana do nocy. Wciągnęło mnie to. Siedziałam przy niej przez całą noc, żeby Anne mogła choć trochę się przespać. Kołysałam ją. Chodziłam z nią. W tę i z powrotem, w tę i z powrotem. Wiesz, patrzyłam na jej dziecięce łzy, a kiedy ją bolało, bolało i mnie. Kiedy tak popłakałyśmy sobie we dwie, robiło nam się trochę lepiej. Gdyby nie ona, nie wiem, czybym to przetrwała. Ty draniu! Nie miałeś prawa ginąć! Przerwała. Przypomniała sobie tę noc, kiedy leżeli w ciasnym łóżku w akademiku i John powiedział jej, że nie będzie ubiegał się o odroczenie służby wojskowej ze względu na studia. Stwierdził, że to nie fair. Chłopaki ze wsi i slumsów idą na rzeź, podczas gdy synowie prawników kończą najlepsze uniwersytety bezpieczni jak u Pana Boga za piecem. System jest niesprawiedliwy, nieuczciwy i zły, a on nie chce mieć z nim nic wspólnego. Jeśli go powołają, w porządku. Jeśli pomyślnie przejdzie badania, w porządku. „Nie martw się”,

powiedział, „armia mnie nie zechce. Wywrotowiec. Anarchista. Wichrzyciel. Byłby ze mnie kiepski żołnierz. Kazaliby mi strzelać, a ja zapytałbym dlaczego i po co, i zaproponowałbym głosowanie w tej sprawie”. Roześmieli się, wyobrażając sobie Johna Barrena prowadzącego dyskusję na temat czy strzelać do wroga, czy nie, ważącego wszelkie za i przeciw. Ale za tym śmiechem krył się strach Merce, a kiedy nadszedł list zaczynający się od prezydenckiego pozdrowienia, nalegała, by się pobrali. Wiedziała tylko, że musi mieć jego nazwisko, że to bardzo ważne. ‒ Potem Susan poczuła się lepiej ‒ mówiła dalej. ‒ Nagle wyrosła na dużą dziewczynkę, Anne przestała się o wszystko bać, a Ben nie pracował już tak ciężko. Pomyślałam wtedy, że najwyższy czas, aby zostać po prostu cioteczką Merce. Detektyw Barren ścisnęło w gardle. ‒ O mój Boże, Johnny, a teraz ktoś ją zamordował! Moje dziecko. Była taka podobna do ciebie. Na pewno też byś ją polubił. Nasze dziecko wyglądałoby dokładnie tak jak ona. Czy to nie brzmi banalnie? Nie mów, że jestem sentymentalna. Wiem, że ty byłeś jeszcze gorszy. To ty zawsze płakałeś na filmach. Pamiętasz Tunes of Glory na przeglądzie filmów Aleca Guinnessa? Najpierw obejrzeliśmy Ladykillers, a ty się uparłeś, żeby zostać na następny seans. Pamiętasz? Po samobójstwie Johna Millsa Guinness zaczyna odchodzić od zmysłów i powoli kroczy przed zebranymi. Muzyka jest cicha i przejmująca… siedziałeś w kinie i łzy ciekły ci po policzkach, więc nie mów mi, że to ja ulegam emocjom. A pamiętasz, jak w liceum na meczu Tommy O’Connor nie mógł rzucić kosza i podał piłkę tobie? Pół sali wrzeszczało, drugie pól zamarło, a ty rzuciłeś z dziewięciu metrów. Po prostu kosz, powiedziałeś, ale ilekroć o tym wspominałam, zaczynałeś płakać, ty bekso. Wygrałeś i się rozpłakałeś. Susan pewnie też by płakała. Opłakiwała chore wieloryby wyrzucane na plażę, foki, które nie potrafiły uciekać przed myśliwymi, morskie ptaki unurzane w ropie. Ty też byś je opłakiwał. Wzięła głęboki oddech. Chyba mi odbiło, pomyślała. Rozmawiam ze zmarłym mężem o zmarłej siostrzenicy. Ale zabito moją miłość, powiedziała do siebie. Całą. Detektyw Barren pokazała odznakę umundurowanemu policjantowi, który siedział za biurkiem i legitymował wszystkich ludzi wchodzących do biura szeryfa hrabstwa Dade. Windą wjechała na trzecie piętro i przypominając sobie drogę, dotarła do wydziału zabójstw. Sekretarka kazała jej zaczekać na niewygodnej plastikowej ławce. Rozejrzała się. Ta sama co wszędzie mieszanina starego i nowego sprzętu biurowego. Jest coś takiego w pracy policji, pomyślała, że nawet nowe rzeczy niemal natychmiast tracą blask.

Zatrzymała wzrok na trzech oprawionych fotografiach wiszących na ścianie: prezydenta, szeryfa i jakiegoś mężczyzny, którego nie mogła rozpoznać. Wstała i podeszła bliżej. Przeczytała podpis pod zdjęciem, zawierający nazwisko, napis POLEGŁ NA SŁUŻBIE i datę sprzed dwóch lat. Przypomniała sobie tę sprawę. Policjant ginie na służbie od kuli furiata. Pamiętała pogrzeb policjanta, galowe mundury, złożoną flagę, salwę honorową, wszystko tak bardzo podobne do wydarzeń, w których brała udział już wcześniej. Głupio zginął ‒ pomyślała. Zresztą czy można umrzeć mądrze? Odwróciła się błyskawicznie, gdy do pokoju wszedł detektyw Perry. ‒ Przepraszam, że kazałem ci czekać ‒ powiedział. ‒ Wejdźmy do mojego gabinetu. Ruszyła za nim korytarzem. ‒ To właściwie pokoik, taka klitka. Nie ma już prawdziwych gabinetów z drzwiami i tak dalej. Zdaje się, że na tym ma polegać postęp. Uśmiechnęła się, a Peny wskazał jej krzesło. ‒ I co słychać? ‒ zapytał. ‒ Chciałam zadać ci takie samo pytanie. ‒ W porządku ‒ odrzekł. ‒ Proszę. ‒ Przesunął w jej kierunku po blacie biurka kartkę papieru. Detektyw Barren wzięła ją do ręki i przyjrzała się portretowi pamięciowemu mężczyzny o kręconych włosach i ciemnej skórze, dość przystojnego, choć głęboko osadzone oczy nadawały mu nieco niesamowity wygląd. ‒ Czy to… ‒ Na razie tylko tyle byliśmy w stanie zrobić ‒ przerwał jej. ‒ Rozesłano to po wszystkich kampusach. Kiedy byłaś na pogrzebie, pokazano go w telewizji. ‒ I jaki odzew? ‒ Jak zwykle. Wielu wydaje się, że jest podobny do jego gospodarza, sąsiada-dłużnika albo do chłopaka, z którym córka chodzi na randki. Ale sprawdzenie tego wymaga mnóstwa czasu. Może będziemy mieli szczęście. ‒ Co jeszcze? ‒ No cóż, każde z tych zabójstw ma swoje charakterystyczne cechy, ale kiedy zbierze sieje wszystkie razem, są do siebie bardzo podobne. Dziewczyny podrywano na dyskotece, w barze, w klubie studenckim albo w uniwersyteckim kinie. Właściwie nie tyle je podrywał, co za nimi wychodził. Nikt nigdy nie widział, jak ten facet dopadał ofiary… ‒ Ale… ‒ Żadnych „ale”. Przesłuchujemy świadków. Sprawdzamy rozmaitych ludzi: ogrodników, studentów, obiboków. Próbujemy znaleźć faceta, który znałby te wszystkie kampusy, był młody i mógł się wtopić w środowisko studentów. ‒ To może trochę potrwać.