wotson

  • Dokumenty43 372
  • Odsłony1 886 130
  • Obserwuję1 315
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 280 212

José Carlos Somoza - Dafne znikająca

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :592.7 KB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
J

José Carlos Somoza - Dafne znikająca.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion J Jose Carlos Somoza
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 27 osób, 18 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 144 stron)

José Carlos Somoza Dafne znikająca (Dafne Desvanecida) Przełożyła Agnieszka Mazuś Wydanie oryginalne: 2000 Wydanie polskie: 2004

W jednej chwili zrozumiałem mit o Apollu i Dafne: Szczęśliwy, kto w jednym uścisku obejmuje laury i obiekt swojej miłości. André Gide

I Chaos Zakochałem się w nieznajomej. Wszystko zaczęło się od tego zdania. Tak brzmiał początek pewnego akapitu. Sam go napisałem, ale nie potrafię zrekonstruować aktu tworzenia, gdyż straciłem pamięć po wypadku. O tym ostatnim znów wiem tylko tyle, ile inni napisali w gazetach. Miał miejsce o północy, we wtorek, 13 kwietnia 1999 roku. Mój opel roztrzaskał się, uderzając o betonowy słup na autostradzie A30 w okolicach Madrytu, a ja wyszedłem z tego bez zadraśnięcia. Przewieziono mnie do prywatnej kliniki, poddano badaniom. Od tej chwili zacząłem istnieć. Na początku wszystko jawiło mi się jak bezkształtna, amorficzna masa o nieodgadnionych krańcach. Kiedy otworzyłem oczy, zobaczyłem jajo. Była to twarz pielęgniarki. Sprostowanie: lekarki. Miała na imię Dolores. Wiem o tym, bo mam to zapisane w czarnym notatniku. Wokół Dolores było pomieszczenie, to druga rzecz, jaką dostrzegłem. A jako że w pomieszczeniu było okno, w trzeciej kolejności zobaczyłem świat. Żaden z widoków nie wydawał się przekonujący. Niemniej byłem tam: żywy, cały i zdrów, i bez uszczerbku na ciele. Najwyżej z amputowaną pamięcią. Pewnego dnia Jajo-na-Twardo (taki przydomek nadałem w myślach Dolores) włożyła mi do rąk książkę. - Proszę przeczytać, tu na skrzydełku obwoluty - powiedziała. Poniżej zdjęcia nieurodziwego mężczyzny, jasnego szatyna w okularach o okrągłych oprawkach, z krótką, skołtunioną brodą, zwięzły akapit. Głosił, że Juan Cabo urodził się w Madrycie, dnia 13 kwietnia 1964 roku, skąd przeniósł się z całą rodziną do Ameryki Południowej. Potem znów powrócił do Hiszpanii, gdzie po obronie doktoratu z filologii klasycznej na Uniwersytecie Autonomicznym i kilku latach nauczania łaciny i greki w liceum zaczął pisać. Wydał dotychczas trzy powieści: To nie ja patrzę na siebie z lustra (1989, wyróżnienie w konkursie o nagrodę Bartleby’ego Skryby* [* Taka nagroda nie istnieje. Autor robi aluzję do współczesnej obfitości nagród literackich w Hiszpanii. Nazwa nagrody nawiązuje do tytułu powieści H. Melville’a Bartleby The Scrivener. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).]), Błahe spotkanie (1991, finalista tego samego konkursu) oraz Człowiek sobotni (1995, nagroda Bartleby’ego Skryby). Dzięki sukcesom sprzedaży mógł oddać się całkowicie twórczości literackiej. Koniec akapitu. Upewniłem się, że brodacz na zdjęciu i ja to ta sama osoba. Juan Cabo to ja. Dowiedziałem się tego z książki.

- Naturalnie, chciałabym prosić o dedykację, jeśli można - uśmiechnęła się Jajo-na- Twardo. - To niezapomniana powieść. - Cała przyjemność po mojej stronie - odpowiedziałem i roześmialiśmy się oboje. Było to piąte wydanie Człowieka sobotniego, opublikowane przez Salmacis. Charakterem pisma, które musiało być moim własnym, nagryzmoliłem: „Książkę tę dedykuję Dolores” i złożyłem podpis, zapewne też mój własny. Napisałem „książkę”, zamiast „historię” lub „powieść”, gdyż (biorąc pod uwagę mój ówczesny stan świadomości) bardziej logiczne wydawało się podarowanie naczynia niż jego zawartości. Człowiek sobotni był wówczas książką - zadrukowanymi arkuszami, które zszyto grzbietem - z moją fotografią na obwolucie. Resztę zasnuwały cienie. - Proszę się nie martwić - powiedziała Dolores. - Z czasem pan sobie wszystko przypomni. Zaleciła mi bardzo proste ćwiczenie: notowanie zdarzeń i osób, które przez najbliższe dni zwrócą moją uwagę. W ten sposób, zapewniła, zatrzymam rozwój amnezji. Wszyscy studenci wiedzą o tym, że nic tak nie wspomaga nauki, jak dobre notatki. To, co napisane, pozostaje na piśmie. I wręczyła mi notatnik w czarnej oprawie. Zauważyłem, że jego kartki są już przygotowane do tej czynności, podzielone na dwie, odpowiednio zatytułowane kolumny: po lewej stronie „Zdarzenia”, po prawej „Osoby”. Poprosiła, bym zapisał coś w pierwszej kolumnie. Po chwili zastanowienia zanotowałem: 2. Omal nie zabiłem się w samochodzie w dniu swoich urodzin. Dobry początek, to z pewnością jest „Zdarzenie”. A co z „Osobami”? Zacząłem pisać: 1. Jaj Ale natychmiast przekreśliłem. 1. Jaj Dolores: pierwsza osoba, jaką pamiętam. Dolores była zadowolona, że o niej wspominam. Jej jajowate, mleczne policzki poróżowiały. - Ale proszę dodać ze dwa, trzy słowa opisu do każdej osoby. W ten sposób łatwiej je będzie skojarzyć. - Starałem się, by te „dwa, trzy słowa opisu” niezbyt wiernie oddawały skojarzenia, jakie przywodził na myśl jej wygląd. Przysięgam, że nie chciałem jej obrazić, ale jej kredowobiała owalna twarz, okolona przerzedzonymi włosami zebranymi w maleńki kok, naprawdę kojarzyła mi się z jajkiem obranym ze skorupki. Podejrzewałem jednak, że Dolores może to opacznie zrozumieć. Przeczyta i się obrazi, a na naszej znajomości pozostanie na zawsze rysa. Dwa niewinne słowa, strużka atramentu rozwleczona po białej kartce i cała

forteca zaufania legnie w gruzach. To nie to samo wypowiedzieć coś i napisać, w końcu, co zapisane, pozostaje na piśmie. Przyszło mi na myśl, że może istnieje gdzieś potężny mag, który jednym pociągnięciem zaczarowanego ołówka dokonuje przemiany uczuć bliźnich. Czym prędzej więc dodałem obok jej imienia: „Biały kitel”. - Tylko tyle? - roześmiała się. Ależ pan powściągliwy! Kiedy wyszła, otworzyłem czarny notatnik, przekreśliłem „biały kitel” i dopisałem: „Jajo na twardo”. Poczułem się lepiej. Uświadomiłem sobie, że coś w środku nie dałoby mi spokoju, gdybym nie napisał tego, co naprawdę chcę powiedzieć. To bez wątpienia dowód, że jestem pisarzem. Przez tydzień leżałem w szpitalu. Personel wstrzykiwał w moje tkanki rozmaite substancje, wykonywał analizy, zanurzał moją głowę w przedziwnych aparatach. Zabronili mi odwiedzin, „żeby mnie nie niepokoić”, jak tłumaczyli. Przede wszystkim zaś rozkładali wokół mnie papiery. Cała klinika przypominała gołębnik: bieliła się od poniewierających się wszędzie karteluszków. Moja tożsamość i stan zdrowia widniały na większości z nich, a lekarze rutynowo kierowali swoje pytania nie do mnie, a do białych arkuszy. „Jak się dzisiaj czuje?” - pytał dyżurny medyk (udając, że patrzy na mnie z troską), a moje papiery szybko odpowiadały, jak wysokie mam ciśnienie, lub relacjonowały, co ciekawego wypatrzył we mnie rentgen. Wszystko jedno, jak brzmiałaby ta odpowiedź w moich ustach, to one, pokratkowane karty, były szczere i precyzyjne. Pielęgniarki czytały je i uśmiechały się z aprobatą albo marszczyły czoło. Sanitariusze przekładali z kąta w kąt. Salowe traktowały z szacunkiem. Kiedy ginęły, przestawałem istnieć. „Czy ktoś widział kartę tego pana?” - pytano z przejęciem. Sytuacja wyglądała na niewesołą. Robiło mi się tak przykro, że pomagałem w poszukiwaniach. Czasem, leżąc w łóżku, opierałem papiery o brzuch, zamieniając się w sekretarzyk do sporządzania swoich własnych akt. Kiedyś wyszedłem z łazienki i znalazłem je na kozetce. „Chwileczkę, niech pan nie siada, pogniecie pan swoje papiery!” - uprzedziła mnie podniesionym głosem pielęgniarka. Podejrzewałem, że niewiele brakuje, by i mnie samego spięli zszywaczem i schowali do teczki, a moje papiery przebrali w piżamę i okulary i ułożyli pod kroplówką. Nazywały się one „historią choroby”, co wydawało mi się wyjątkowo trafną nazwą i co dzień przyjmowały do swojego pliku kolejne karty, jak w kalendarzu na opak. Przybytek, w którym poddano mnie kuracji, znajdował się na peryferiach Madrytu i składał z dwóch niewysokich budynków: jednego ze spadzistym dachem, drugiego w kształcie prostopadłościanu. Zauważyłem, że nie ma tu wielu pacjentów. Dla rozrywki snułem się po labiryntach korytarzy, odziany w piżamę w kolorze jesiennego nieba, spowity

w swoją ciszę i swoją brodę. Jedyną dostępną lekturę stanowiła codzienna prasa, dzięki niej zresztą zaznajomiłem się ze szczegółami wypadku. Fotografie z miejsca zdarzenia przedstawiały obscenicznie wybebeszony samochód i oblicze brodatego mężczyzny, moje własne oblicze, dokładnie takie samo, jak portret na obwolutach moich książek. Jajo-na-Twardo, najwyraźniej bardzo ważna pani doktor, zachodziła do mnie co rano, zadając mi wiele pytań. Jestem popularnym pisarzem, pamiętam? Nie. Mieszkam ze starszą gosposią w willi na Mirasierra, pamiętam? Pewnego dnia przyniosła jakieś nowe papiery. „Proszę przeczytać” - poprosiła. Nie wiem, skąd zebrała te informacje, bo nie miałem rodziny ani bliskich przyjaciół, z którymi mogłaby się skonsultować. Przeczytałem, nie wstając z łóżka. Wkrótce wiedziałem, że moi rodzice zmarli w Peru; że odziedziczyłem niewielką sumę, która pomogła mi zadomowić się w Madrycie; że napisałem doktorat z Metamorfoz Owidiusza; że nic nie wiadomo o tym, bym pozostawał w „stałych związkach uczuciowych”; że rzadko wychodzę z domu; że moja gosposia nazywa się Nimfa (ma sześćdziesiąt osiem lat, uściśliła Jajo-na-Twardo, pewnie chcąc mi oszczędzić złudzeń), a mój wydawca Eduardo Salmerón. Na tym koniec. Są tylko dwie możliwości, pomyślałem: albo mam do cna spieprzone życie, albo Dolores jest fatalną pisarką. Niektóre wątki tej historii mogłyby okazać się zabawne, wzruszające lub wysublimowane, ale moja pani doktor zmarnotrawiła je swoim pozbawionym polotu piórem. Jak by tu powiedzieć... zasnąłem przy czytaniu własnego życiorysu: ledwie przebrnąłem przez lata młodzieńcze, a już zaczęły mi opadać powieki. Ale miałem sen. Śniło mi się, że podarłem te wszystkie płachty papieru, pozwoliłem się zalać powodzi strzępów i dmuchałem jak wiatr: puffffff, wybierając tylko fragmenty, które unoszą się na moim oddechu. Aż ułożyłem z nich historię, napisaną w pierwszej osobie przez fikcyjnego autora. Była to historia mojego życia, w rozdziałach, okraszona niespodziankami, żeby żaden czytelnik nie nudził się przy lekturze. W środku nocy zbudziłem się. Poruszywszy się na łóżku, poczułem coś szeleszczącego pod tyłkiem. Kartki od Dolores. Przycisnąłem dupą swoje życie. Wtedy naprawdę porwałem wszystkie papiery na kawałki i wyrzuciłem do kosza. W dniu, gdy wypisywano mnie ze szpitala, lalo jak z cebra. Był czwartek, 22 kwietnia. Zanotowałem po stronie „Zdarzeń”: 2. Wychodzę po ośmiu dniach hospitalizacji. Taksówka czekała pod drzwiami kliniki, gotowa przewieźć mnie do domu. W rejestracji wręczono mi teczkę z kartami mojej „historii choroby”, papiery mojego życia (świeżutki wydruk, jeszcze czułem pismo nosem), notatnik w czarnej oprawie oraz fakturę

(ostatnią, przez co nie mniej ważną, chociaż uprzejma recepcjonistka z luksusowym uśmiechem wyjaśniła, że wydawnictwo już pospieszyło, by uregulować wszelkie rachunki). Pożegnanie nie należało do specjalnie wzruszających. Jajo-na-Twardo cmoknęła mnie w policzek. Jacyś szpitalni urzędnicy pomachali białymi papierami. Potem wszystko spłukał deszcz. - Chyba oberwanie chmury - mruknął taksówkarz. - Jakby miał nastąpić koniec świata. Ja zaś pomyślałem, że dla mnie to początek. Nimfa, stara gosposia, Peruwianka, która prowadziła mi dom, czekała już przy wejściu, na szczycie schodów. Ktoś zadzwonił do niej z kliniki, uprzedzając o moim powrocie. Objęła mnie, powtarzając: - Moje dziecko, moje dziecko... Nie pamięta mnie pan? To ja, Nimfa. - Tak, trochę sobie przypominam - skłamałem, by nie sprawiać jej przykrości. Była chuda, serdeczna i egzaltowana. Zawsze wyglądała na przestraszoną. W jej drobnej postaci największe wrażenie wywierały na mnie oczy - niezmierzone i rozbiegane, jak gdyby ulepione z zakrzepłego strachu. Zapisałem to w notatniku. 2. Nimfa: Duże, wystraszone oczy. - Oj oj, proszę pana, toż pan przemókł do suchej nitki, niech Bozia broni, żeby się wdało jakieś choróbsko - powtarzała. - Wystarczyło przejść od taksówki do drzwi! Odprowadziła mnie do sypialni na piętrze i podała jedwabny szlafrok. Nabawię się zapalenia płuc, ostrzegła, jeśli natychmiast się nie przebiorę. Jej troska była wzruszająca, choć zbyt natrętna. Nie wyszła z pokoju, kiedy ściągałem z siebie ubranie. Ani nie przestała mówić. Jak ona się o mnie martwi; i co ona przeszła w noc wypadku, kiedy zadzwonili z policji, istny krzyż pański; i jakaż to była ulga, kiedy się okazało, że jestem cały i zdrów. Teraz wszystko będzie jak dawniej; ona zajęła się domem pod moją nieobecność, mój gabinet już czeka wysprzątany, gotowy, bym zasiadł do pracy, jak tylko odzyskam siły. Podziękowałem jej. Napisałem „macierzyńska” obok „duże, wystraszone oczy”, i tak ją podsumowałem. Kiedy zszedłem na parter, zadzwonił telefon. To Eduardo Salmerón, mój wydawca. - Wiem, że mnie nie pamiętasz - zaczął - ale nie martw się, najważniejsze, żebyś wracał do zdrowia. Wyrzucał z siebie głos potężnym strumieniem: znakomity głos niegdysiejszego cesarza. Za wszechwładnym, boskim strumieniem słów wyobraziłem sobie samą osobę: krzepki, wysoki, siwowłosy. Okazało się, że miałem rację (opisał się później), a w dodatku

był ociemniały. „Tak, synu, ślepy, niewidomy” - powtórzył, choć nie wyrażałem zdumienia (zwracał się do mnie per „synu”, zauważyłem tę manierę), jakby z góry zakładał, że ta okoliczność mnie zaskoczy. Nawet w świecie tak niedawnym jak mój, zdawałem sobie sprawę, że jego moc ma wielki zasięg. Bez wątpienia miałem do czynienia z mocarzem. Potwierdził, że koszty pobytu w klinice zostały uregulowane, ale nie mam za co dziękować - robi to dla wszystkich swoich „synków”. Podejrzewałem jednak, że nie obrazi się, jeśli okażę mu odrobinę wdzięczności. - Pewnie myślisz - ciągnął - że media będą pasły się na tobie. - A jednak nie, już on się zatroszczy, by nikt mnie nie nachodził (a już najmniej dziennikarze). Jeśli zaś chodzi o amnezję, nie ma się co niepokoić. - Zawsze jest czas na wspomnienia: w tej chwili najważniejsza jest przyszłość, synu. Pożegnał się, zapowiadając, że w najbliższą niedzielę wydawnictwo przyłącza się do obchodów Dnia Książki, wystawiając w Centrum Targowym swoją najnowszą serię i że dobrze by było, gdybym i ja zaszczycił ich swoją obecnością. Jeszcze zadzwoni. Rozłączył się. W pozycji „Osoby”, zanotowałem: 3. Salmerón: ślepy, mocarny. Życie. Budziło się powoli jak anakonda. Minęła katastrofa (i deszcz), pozostawało życie, zawiesiste, bezwładne, grząskie jak rozrobiona glina. Zakończywszy rozmowę z wydawcą, postanowiłem przemierzyć je po raz wtóry. Moim życiem był mój dom: dwa piętra, cztery pokoje i ogród z basenem. Nimfa powiedziała, że mieszkam w tym domu od siedmiu lat i to właśnie odnotowałem jako trzecie „Zdarzenie”: 3. Dom na Mirasierra: od siedmiu lat. Wyszedłem do ogrodu. Stopy grzęzły w trawniku po niedawnym deszczu, zgniotłem butem jakiś giętki papierosowaty kształt - dżdżownicę. Mokre liście laurowe błyszczały jak wyroby jubilerskie. Zapach kwiatów i wilgotnej ziemi perfumował powietrze. Wytropiłem szafirowy prostokąt basenu za palisadą z bambusowych tyczek, którą wiejąca bryza zamieniła w chiński ksylofon. Doszedłem do wniosku, że wiodę całkiem swobodne życie, co sprawiło mi pewną satysfakcję. Obszedłem ogród dookoła i wszedłem tylnymi drzwiami do domu. Byłem podenerwowany, sam nie wiem dlaczego, rozdrażnienie krążyło wokół mnie jak natrętny bąk. Udałem się do gabinetu, przejrzałem zawartość regałów i włączyłem komputer, ale nie natrafiłem ani na osobiste dzienniki, ani na autobiografie; nie było rodzinnych fotografii, portretów ani też korespondencji. Tylko książki (w dodatku nie moje: jedynie wspomnienia innych), łacińskie i greckie dzieła klasyczne. Stwierdziłem, że wiedza

zawodowa spoczywa w moim mózgu nienaruszona. To znaczy, wiedziałem, kim był Owidiusz, pamiętałem martwe języki ze wszystkimi przyimkami i znałem miejsce, w którym żyję. Jedyne, czego nie znałem, to własna przeszłość. Kusiło mnie, by wznieść błagalne pytanie: bogowie i boginie na Olimpie, kimże jestem? Byłem sam. Nie wiedziałem, co robić. Pomyślałem, by znów wyjść do ogrodu, przejść się po mieście lub zasnąć. Intuicja podpowiadała mi, że mogę wykonać te trzy czynności jednocześnie. W gruncie rzeczy, już to robiłem: moje oczy - dwa ziewnięcia na świat. A moja dusza... Czułem się, jakby ktoś mi ją skradł; ulubioną maskotkę, tę swawolną cieliczkę, która każe nam brykać i śmiać się na krawędzi nieszczęścia. Ogarniała mnie obezwładniająca apatia, a nawet nie pamiętałem, jak się przed nią dawniej broniłem. Wtedy zauważyłem worek z gumowanej tkaniny, smolistego koloru, pofałdowany jak stary kocur. Miał znaczek drogówki i przyczepioną do ucha etykietę z napisem: „Mienie osobiste Juana Cabo znalezione w jego pojeździe”. Rozsunąłem zamek i znalazłem notatnik w czarnych okładkach, bardzo podobny do tego, który dostałem w klinice. W worku nie było nic więcej. Zaciekawiło mnie to. Otworzyłem notes i ze zdziwieniem odkryłem na pierwszej stronie akapit zapisany moim pismem, zaledwie sześć linijek. Z datą i godziną: 13 kwietnia 1999, 23:30. Zakochałem się w nieznajomej. Piszę to, jedząc kolację w restauracji Niewidzialny Gaj. Ona zajmuje samotny stolik naprzeciw mojego, ja zaś wpatruję się w jej nagie plecy (głęboki dekolt w czarnej sukni) i jasnokasztanowe włosy upięte w kok. Jej sylwetka... Tu zdanie się urywało. Kolejne kartki nie były zapisane. Jeszcze raz przeczytałem fragment tekstu. Przeczytałem go wiele razy. Jeśli się dobrze zastanowić, nie miał sensu. Mógł oznaczać tysiące rzeczy. A przecież od tego się wszystko zaczęło. W mojej książeczce, jako czwarte „Zdarzenie”, odnotowałem: 4. Akapit o nieznajomej. Miałem o czym myśleć przez resztę popołudnia. Data i pora nie pozostawiały wątpliwości: napisałem to niedługo przed tym, zanim odbiłem karoserią samochodu stempel na betonowym słupie przy autostradzie. Gosposia już mnie uświadomiła, że w wieczór wypadku wyszedłem zjeść na mieście, by uczcić (samotnie) swoje urodziny (zasłużona kara, wydawał się mówić jej wzrok, za porzucenie domowego gniazdka). Zajrzałem na żółte strony

książki telefonicznej, rzeczywiście była tam wizytówka w ramce z listków laurowych. Poniżej: „Restauracja dla pisarzy z zamiłowania”. Więc to miejsce, pomimo dziwacznie brzmiącej nazwy, istnieje naprawdę. A reszta? Pewnie nic nadzwyczajnego, pomyślałem: przy kolacji zauważyłem szczególnie urodziwą kobietę i tak mi przypadła do gustu, że postanowiłem to odnotować. A potem... Co też mogło zdarzyć się potem? Czy miało to związek z moim wypadkiem? Ale coś jeszcze nie dawało mi spokoju, coś o wiele bardziej zastanawiającego. Chwileczkę! Przecież jestem pisarzem! To może być początek jakiegoś utworu! (Przyznałem nawet, że chciałbym przeczytać powieść, zaczynającą się od zdania: Zakochałem się w nieznajomej). Nieznośny dylemat. Skłaniałem się ku pierwszej hipotezie: brzmiała tak realnie, sama się nasuwała. Ale dlaczego urwałem na jej sylwetka”? Odłożyłem pióro, usiłując to jakoś ogarnąć - rozumem, sercem? Straciłem natchnienie? Cokolwiek się zdarzyło, postanowiłem, chcę dowiedzieć się prawdy, muszę się dowiedzieć prawdy, dowiem się. I wiedziony nagłym impulsem, postanowiłem jeszcze tego samego dnia udać się do Niewidzialnego Gaju.

II Niewidzialny Gaj Wytrzymałem, aż zgasło popołudnie. Wtedy powiadomiłem Nimfę. Na ciemnym balkonie jej długich rzęs czaił się strach. Ale tylko wzruszyła ramionami, nie odzywając się ani słowem. Jest pan dorosły, sam musi na siebie uważać, mówiła całą swą postawą. Zaskoczyła mnie taką reakcją, nie wiedziałem, co robić. Skąd mogłem wiedzieć, czy w dawnym życiu, wychodząc na kolację, zwykłem ją uspokajać, że nic mi się nie stanie, czy też obiecywałem, że zaraz wrócę, czy też po prostu nie zwracałem na nią uwagi. Zdecydowałem, że nic więcej nie powiem, ogarnąłem się, wybrałem czarny garnitur z szafy i zadzwoniłem po taksówkę. Kierowca był bardzo młody, przepraszał, że musi ciągle zaglądać do planu miasta: dopiero zdobył uprawnienia, wyznał, a ojciec, który również jest taksówkarzem, pożyczył mu samochód. Pomyślałem, że to zupełnie jak ze mną. Poprosiłem Juana Cabo, by mi użyczył swego ciała, a teraz potrzebny mi plan ulic, żeby mógł wybrać kierunek swoich kroków. Podejrzewałem jednak, że to typowe pisarskie podejście, i przegnałem te myśli z głowy. Przecięliśmy M30, przywodzącą na myśl mało chwalebne skojarzenia, bo moje auto rozbiło się w jakimś miejscu tej autostrady, kiedy wracałem z kolacji. Dlaczego? - zastanawiałem się. Byłem pijany? Nadmierna prędkość? Zrządzenie losu? Przypadek? Noc była ciepła, widna od reflektorów aut i podświetlanych billboardów, ale ulica w okolicach Niewidzialnego Gaju, niedaleko od Bramy Alcalá, tonęła w mroku. Dojechaliśmy równo o dziesiątej. Po drodze wyjąłem swój notatnik i zanotowałem piąte „Zdarzenie”: 5. Zjadłem kolację w restauracji w dniu moich urodzin. Foyer tworzyło pomieszczenie o pomalowanych na czerwono i złoto ścianach, do złudzenia przypominających mur płomieni, ścianę w głębi zdobiło płótno z impresjonistycznym wschodem słońca. Karta dań, zatknięta na żelaznym pulpicie w kącie, nie przykuła mojej uwagi. Schody wiodły w dół, do lokalu, z którego dobiegała taneczna melodia, w wykonaniu saksofonowego bandu. Schodziłem stopień po stopniu, zatrzymując się, by odczytać nazwiska pod portretami zawieszonymi po obu stronach schodów: William Faulkner, Marcel Proust, James Joyce, Lew Tołstoj, Juan Cabo. A to dopiero, przecież to ja! To samo zdjęcie widziałem na skrzydełkach książek i stronicach gazet. Podejrzewam, że to najwyższe osiągnięcie, na jakie mogła się zdobyć sztuka fotografii wobec mojej fizjonomii. Nie zdziwiłem się zanadto, znalazłszy się wśród tak znakomitych pisarzy: utraciłem pamięć, skąd więc mogłem wiedzieć, czy nie jestem geniuszem. Być może nim jestem, lub byłem, ale żeby się tego dowiedzieć, musiałbym zapytać innych.

Sala, niezbyt obszerna, zaczynała się na końcu schodów. Kelner z namaszczeniem podprowadził mnie do stolika, wręczając mi menu w papierowych okładkach. Moją uwagę zwróciło przybranie stołu. Pośrodku stał miniaturowy metalowy niedźwiadek, oparty na tylnych łapach, przednimi obejmował bukiecik białych, papierowych róż.* [* Nawiązanie do znanego posągu niedźwiedzia wspinającego się na drzewo mącznicy w Madrycie.] Kiedy się rozejrzałem, okazało się, że na każdym stole stoją inne kwiatki: na najbliższych rozpoznałem bratki, stokrotki i goździki, wszystkie, niezmiennie, wycięte z białego papieru. Z ciekawością przyjrzałem się różom. Papier miał fakturę standardowego arkusza A4, każdy płatek nosił napisane maczkiem zdanie. Czym jest poezja? - pytał jeden z nich. Inny odpowiadał: Mówisz i wbijasz / w moją źrenicę niebieską swoją niebieską źrenicę?* [G.A Becquer (1836-1870), Rimas: ¿ Que es poesía?, dices mientras clavas en mi pupila azul tu pupila azul. ¿ Qué es poesía?, Y tú me lo preguntas? Poesía... eres tú.] Rozdzielałem je, jeden po drugim, przebierając palcami delikatnie jak pszczoła i odszyfrowałem cztery pełne Rymy Bécquera. Wydawało się oczywiste, że kwiaty na innych stołach cytują innych autorów. Naturalnie, pomyślałem, subtelny wystrój Niewidzialnego Gaju. Rozejrzałem się po sali. Nie było wielu gości, w większości samotni mężczyźni, ale prawie wszyscy pisali. Przyglądałem im się zafascynowany: krajali mięso lub oddzielali rybę od ości, unosili kęs do ust, odkładali sztućce, brali do ręki długopis, biały, o zakrzywionej skuwce, wprawiali go w ruch ślizgowy po kartce, a ten płynął jak łabędź po zamarzniętym stawie. Cala operacja powtarzała się po łyku wina lub higienicznym otarciu ust serwetką. Strategicznie ustawione lampy zapewniały indywidualne oświetlenie każdego stolika. Ze skupienia wytrącił mnie jakiś wyciągnięty, wielkonosy gość, który podszedł i uścisnął mi dłoń, jakby chciał ze mnie wyciągnąć powitanie siłą, na zasadzie dźwigni. - Pan Cabo, jakże się cieszę, że pan powraca!... Jakiż ból nam sprawił pański wypadek!... To potworne, co się stało, potworne, potworne!... Ale jakaż to radość widzieć pana z powrotem wśród nas!... Srocza elegancja - wykwintna czerń garnituru kontrastującego z bielą koszuli - sugerowały, że mam do czynienia z kelnerem, choć on sam mianował się „kierownikiem sali”. Miał na imię Felipe. Jego spojrzenia rzucane spod oka, jego miny i pulsująca żyłka na czole sugerowały, że coś go niepokoi, jest podenerwowany. A jednak wkrótce okazało się, że to ja jestem niespokojny i że przyczyną mego niepokoju jest właśnie on. Zachowywał się

bowiem tak, jak gdyby znał jakiś bezcenny sekret i oceniał moją zdolność, by go z niego wyłudzić. Pomyślałem, że albo nic nie wie o mojej amnezji albo udaje, że nic nie wie. - I? Już się pan zdecydował, co zamówić? - Nie, jeszcze nie, dziękuję. - A fiszki podać teraz czy trochę później? - Fiszki? - Tak - żyła na jego czole ułożyła się w wykrzyknik. - Te same, na których zaszczycił nas pan skreśleniem kilku linii ostatniego wieczora. Poproście o papier i pióro i piszcie, co dusza zapragnie, smakując nasze kulinarne propozycje. Po kolacji przechowamy wasz tekst, mając nadzieję na jego publikację - widniało na nagłówku menu. Najwyraźniej taki był zwyczaj lokalu, to wyjaśniało, dlaczego tylu gości wodzi długopisem po papierze. Nie trzeba wielkiej bystrości, by się domyślić, że i ja mogłem coś nabazgrać na jakimś luźnym świstku na temat owej nieznajomej kobiety. Poprosiłem, by mi przyniósł owe fiszki, i zamówiłem prosty posiłek. Felipe ukłonił się z szacunkiem i oddalił. Po chwili młodszy kelner podał mi na tacy długopis i czarny segregator oprawny w skórę z nalepką: „Juan Cabo. 13 kwietnia. Wieczór”. Otworzyłem i znalazłem kilka arkuszy wielkości kartki z zeszytu, nawleczonych na metalowe kółka w grzbiecie. Najwyraźniej tylko pierwsza była zapisana. Rozpoznałem swój charakter pisma. Nie mogę oderwać wzroku. Przy stole naprzeciwko. Zakochałem się... Przerwałem lekturę i przymknąłem oczy. Moje serce rozpoczęło intymną kawalkadę, bez celu. Z głośników płynęło Amor, amor, amor. Miłość, miłość, miłość. Poczułem zawrót głowy. Kawalkada nasilała się, pulsowało w skroniach, a ja wtórowałem jej dwoma tikami, które zakwalifikowałem jako dziedziczne (chociaż, oczywiście, nie pamiętałem ich z dawnego życia): niepowstrzymane postukiwanie prawym kciukiem o nos i ledwie wyczuwalne dygotanie prawego kolana. Czyżbym się wówczas zakochał? Nie byłem pewien. Żeby się przekonać, należało czytać dalej. Choć i tak śmiałem domniemywać resztę. Przeczuwałem ujmujący opis fizyczny i szafujące przymiotnikami zachwyty. Zaczerpnąwszy tchu w tym płomiennym miłosnym biegu, spuściłem wzrok na papier. Ale w tej samej chwili nastąpiło zaćmienie, czyjaś ręka przesunęła księżycem talerza z pierwszym daniem ponad papierem. Więc to kuchnia artystyczna - podano zupę literową. Gwałtownie zamknąłem teczkę, zniecierpliwiony pojawieniem się intruza. Litery I, obok D, znów I, potem O, za nim T i jeszcze A kołysały się

swobodnie w rosole, ale odmówiłem złożenia słowa, które, szybko jak anagram w niedzielnej gazecie, sugerowała przypadkowa kombinacja graficznego makaronu. Siorbnąwszy ze dwie łyżki rosołu, powróciłem do mojego tekstu. Nie mogę oderwać wzroku. Przy stole naprzeciwko. Zakochałem się... A przecież, na pierwszy rzut oka, niczym się nie różni od reszty... Figura... Co takiego jest w tej właśnie, czego nie mają inne? Te listki laurowe? A może to niedźwiadek. To niedźwiadek tak oszałamia, że odchodzę od zmysłów. Srebrne futro, pysk z chińskiej laki... Coś jest w tym NIEDŹWIADKU, że usiłuje mnie w sobie rozkochać! Jest wypełniony fantazjami! Tylko tyle. Kartka była zapisana po jednej stronie. Reszta to biały, dziewiczo nietknięty, czyściec papieru. Przeczytałem tekst kilka razy, zdezorientowany. Przez chwilę jedyną rzeczą, na jakiej potrafiłem się skupić, było czytanie. Oniemiałem. Stałem się kamienną bryłą. „Osłupiały czytelnik”, mógłby się nazywać posąg, w jaki się zamieniłem. Co miały oznaczać te bzdury o niedźwiadku? Czy to jakiś ukryty symbol, klucz, osobisty smaczek? Przebiegłem wzrokiem po figurkach niedźwiedzi na najbliższych stołach, ze skupieniem zbadałem tego, który stał przede mną, ale w żadnym nie było nic szczególnego. Miały dość banalne, niemalże żałosne sylwetki; biła z nich smutna aura klona, jak z każdego seryjnie produkowanego gadżetu. Bez wątpienia tamto to tylko żart literacki, wprawki, albo pisanie dla pisania, sztuka dla sztuki. - Wszystko w porządku, panie Cabo? - podszedł uśmiechnięty kierownik sali. - Ujdzie - odpowiedziałem. - Jakiś problem? Może potrafimy go rozwiązać? Mówiąc to, mężczyzna pochylał się, sztywny i ponury, do mojego ucha. Długi nos i czarny garnitur kuriozalnie upodobniały go do kruka. Zapytałem, czy pamięta, gdzie siedziałem poprzednim razem. - Nie mógłbym tego zapomnieć, nawet gdybym chciał - odparł. - Tam, przy stoliku numer dwanaście. To smutne, akurat wtedy przytrafił się panu wypadek!... Dojrzałem, że jedyny stół stojący naprzeciwko numeru dwanaście był przystrojony białymi gałązkami lauru. Więc zapiski nie kłamały: rzeczywiście na przeciwległym blacie widziałem laur. Był to stół numer piętnaście, jak podpowiedział kelner. Zapytałem go, czy przypomina sobie kobietę, która siedziała przy nim pamiętnej nocy. Opowiedziałem mu o czarnej sukni, nagich plecach, koku. Dodałem: Była bardzo atrakcyjna. O tym ostatnim nic

nie mogłem wiedzieć, gdyż akapit urywał się na samym początku opisu jej sylwetki, ale domyśliłem się, że przecież nigdy nie zakochałbym się w kobiecie zupełnie pozbawionej wdzięku. Jeśli ona istniała, to i moja miłość istniała, a jeśli zaistniała moja miłość, to ona musiała być piękna. Stosując podstawowe prawo logiki, którego nazwa wyleciała mi z głowy razem z całą moją biografią, można było dowieść, że samo istnienie oraz uroda tamtej kobiety musiały być nierozerwalnie złączone. - Pamięta ją pan? - zapytałem. „Proszę wybaczyć” - powiedział. O ile doskonale zapamiętał mnie, to już pozostałych klientów znacznie słabiej. Pomyślałem, że jest to jakoś uzasadnione. W końcu ja byłem sławną osobistością, ona zaś po prostu nieznajomą. Wtedy zaświtał mi w głowie pomysł. Wyjąłem z portfela banknot - tysiąc peset. - Będę miał do pana nieco dziwną prośbę, ale skoro jest pan tak miły... - Może pan prosić bez ogródek - oświadczył, przyjmując napiwek. Wtajemniczyłem go w moje kłopoty z pamięcią i poprosiłem, by opowiedział wszystko, co robiłem tamtego wieczoru. „Wszystko?” - zapytał. „Wszystko, co pan zapamiętał” - uściśliłem. Wybałuszył na mnie oczy. Żyłka na czole pulsowała mu jak chwilę wcześniej moje serce. Zaczął przytakiwać i uśmiechać się, wszystko naraz, kiwał głową z ustami rozciągniętymi od ucha do ucha. W tej samej chwili zwiększył zakres kiwania głowy i rozpiętość ust. - Trafił pan na właściwą osobę - oświadczył - bo mam tu wszystko zapisane. Wyciągnął z kieszeni marynarki czarno oprawny notes, podobny do mojego, tego z kliniki oraz tego znalezionego w gumowanym worku. - Tu - wygłosił z nagle spurpurowiał twarzą - notuję najważniejsze wydarzenia mojego życia. Ale jak się przekonałem, notes był prawie nieużywany. W rzeczywistości moja poprzednia wizyta stanowiła pierwsze ważne wydarzenie w jego życiu, można powiedzieć, że dokonałem jego inauguracji. Otworzył na pierwszej stronie, bym sam mógł się o tym przekonać. Choć z powodu zdenerwowania, z jakim notował, jego kaligrafia była mało czytelna, pierwsze zdanie brzmiało ni mniej, ni więcej: Jest tu JUAN CABO!!! Otoczone szlaczkiem i trzykrotnie podkreślone, jako tytuł. Pod spodem monstrualny, hybrydyczny rękopis, pół na pół słowa i przekreślenia.

- Sam to zrobię, jeśli pan pozwoli - zaproponował. - Proszę jeść w spokoju, ja panu poczytam. Straciłem apetyt, ale udałem, że nabieram na łyżkę zupy i odłamałem kęs chleba. Felipe, stojąc mi nad głową z notesem w ręku, przystąpił do głośnej lektury. Właściwie nie deklamował, a sylabizował. Przeprosił, że zapiski są nadmiernie obszerne. Najwyraźniej cały akapit stanowiła pieśń dziękczynna do najwyższych bytów za to, że dane mu było mnie spotkać. Bo to ja byłem znakomitym autorem Błahego spotkania i zdobywcą Bertleby’ego Skryby, nagrody, jak dodał, przyznanej jedynie trzy razy, gdyż niestety, znikła z panoramy literackiej Hiszpanii niedługo po tym, jak zostałem jej laureatem. W końcu udzielił mi pierwszej obiektywnej informacji: moje przybycie nastąpiło o 21:30. - Zaoferowałem się przynieść papier, ale pan nie był przekonany... - kontynuował. - Powiedział pan coś jakby: „Odłóżmy pracę na później”... Zamówił to samo, co dzisiaj... Potem jest przerwa, kawałek niezapisanej strony... Tak, zdaje się, że sobie przypominam: wycofałem się, by zająć się pozostałymi gośćmi... Wtedy pan na mnie skinął. Kiedy podszedłem, zobaczyłem coś dziwnego. Przeczytam panu. - Co też uczynił, odpowiednio dramatycznie modulując głos: - „Pan Cabo siedział ze wzrokiem nieruchomo utkwionym w jakimś punkcie naprzeciwko, jak gdyby oczarował go widok czegoś lub kogoś, i zaniemówił zafascynowany. Wreszcie, zacinającym się, bełkotliwym głosem, odezwał się...”. - Felipe przerwał, by przeprosić za ten zacinający się, bełkotliwy głos. Grzecznie nakazałem mu, by się w ogóle nie przejmował i nie przerywał czytania. Ciągnął: „... bełkotliwym głosem odezwał się: - Proszę podać mi papier. Och, pan Cabo doznał przypływu natchnienia! - pomyślałem. Oto najbardziej logiczne wyjaśnienie jego oniemiałego spojrzenia i mistycznego wyrazu twarzy...”. - A na co patrzyłem, Felipe? - zapytałem niedbałym tonem. - Zwrócił pan uwagę? - Chwileczkę, proszę posłuchać. - I podjął czytanie. - „Pan Cabo zapatrzył się na coś i jego oblicze nabrało innego wyrazu. W źrenicach błyskały iskierki. Kąciki ust poruszały się, jakby przymierzając do nieśmiałego uśmiechu. Połyskująca nitka śliny...”. - Ale w co się tak wpatrywałem, Felipe? Moje przerywniki zniecierpliwiły poczciwca. Było oczywiste, że starał się wykazać przede mną swoją wirtuozerską prozą. - Nie wiem - odparł oschle. - Pozwoli pan, że dokończę. - Przełożył stronicę. - „Kiedy przyniosłem papier, pan Cabo zmrużył oczy, wytężając wzrok...”. - Co pan o tym sądzi? Mnie się to zdanie podoba. - I przeczytał je powtórnie. - „Pan Cabo zmrużył oczy, wytężając wzrok, ujął długopis i powoli zaczął pisać, popadając w trans twórczy, który spowił go

nieprzepuszczalnym kokonem. Tymczasem wytężał wzrok skierowany w stronę obiektu zainteresowania...”. Oj, tu się powtarzam. - Zrobił kolejną pauzę, wyjął długopis i coś przekreślił. - Ale co to było, Felipe? - Nie dawałem za wygraną, starając się, by mój głos nie zdradzał narastającego we mnie niepokoju. Zawahał się. - Teraz, jak staram się sobie przypomnieć, byłbym niemal pewien, że patrzył pan na coś w okolicach stolika numer piętnaście - odparł. - I nie wie pan na co? - Pomimo wysiłków ton mego głosu zdradzał poirytowanie. - Jakiś przedmiot? Osoba? Nie odwrócił się pan, by podążyć wzrokiem za moim spojrzeniem? Przyglądał mi się w milczeniu, marszcząc czoło pod pulsującą żyłką. W końcu odparł z godnością: - Panie Cabo, ja nie patrzyłem tam, gdzie pan, tylko na pana. Starałem się uchwycić pana wyraz twarzy, by go oddać na piśmie, w sposób... zachowując cały należny dystans i na miarę moich skromnych możliwości, naturalnie... zbliżony do wybitnej prozy Marcela Prousta... Muszę panu wyznać, że moja namiętność do Prousta nie zna granic. Proszę skupić się na tym, co teraz nastąpi: „W miarę pisania pan Cabo cały czas podnosił wzrok, by spojrzeć przed siebie i zaczerpnąć wprost z obiektu, który obserwował z taką rozkoszą, natchnienie dla swoich słów, bo wydawać się mogło, że obserwowany obiekt, lub też obiekt spojrzeń pana Cabo, rządzi jego ruchami na papierze, a jednocześnie, jak gdyby obiekt obserwowany przez pana Cabo stał się, przez sam fakt, że patrzy nań pan Cabo, bezpośrednim wytworem jego osobistej inspi...”. Przestałem bębnić kciukiem po nosie, by zaatakować wszystkimi palcami stół. Literki w zupie zawirowały w tańcu. - Ale na co tak patrzyłem, Felipe! - wybuchnąłem. - Niech pan sobie przypomni! Na co patrzyłem? Musiał pan zauważyć, człowieku! Zbyt późno pojąłem, że wywołałem małe nieszczęście. Niektórzy goście nawet odwrócili się w naszą stronę z zaciekawieniem. Kierownik sali przyglądał mi się wyprostowany jak struna. Przeprosiłem i dałem znak, by dalej czytał. Zgodził się, choć niechętnie, z miną obrażonego bóstwa. Szybko przerzucił parę stron i zaczął recytować, z monotonną intonacją, jak katarynka. Udało mi się wyłuskać następujące informacje: że poprosiwszy o rachunek, zapisałem coś jeszcze w moim własnym notesie; że ni stąd, ni zowąd przerwałem, schowałem długopis i notes, podniosłem się z krzesła, zapłaciłem gotówką, zostawiłem hojny napiwek i niemal biegiem oddaliłem się ku schodom, Jak gdyby

goniąc za kimś, kto wychodził” (w tym miejscu uśmiechnęła się do mnie nadzieja, ale Felipe natychmiast dodał: „albo jakby coś sobie przypomniał; albo jakby uciekał przed czymś, co go prześladuje; lub też jakby jakaś świetlana myśl zatrzepotała skrzydłami w jego mózgu”). Opowieść kończyła się słowami: „Do widzenia, panie Cabo - pożegnałem go. Proszę nas wkrótce odwiedzić, panie Cabo. Pan mi pokazał, co znaczy być wielkim pisarzem”. Po tym ostatnim zdaniu zamknął notes i pogrążył się w pełnym godności milczeniu. „To wszystko”, zdawał się mówić. „Teraz kolej na pana. Proszę mnie ukamienować, jeśli taka jest pańska wola”. Młody kelner wykorzystał tę przerwę, by postawić przede mną drugie danie: polędwicę z ziemniakami pokrojonymi w kształcie liter. Ale zdolności kucharza wystarczyło ledwie na kilkanaście „H” i „A”. - Doskonale. - Nadziałem na widelec jedno „H” i jedno „A”; potem kolejne „H” i jeszcze jedno „A”. - Bardzo dobrze włada pan piórem, Felipe. Zaskoczył mnie swoją reakcją, jak gdyby przeczuwał moje prawdziwe uczucia. Spiął się i zmarszczył czoło. - Pozwolę sobie panu przypomnieć, że nie jestem ciekawski. Kawka, jak głosi bajka, poczerniała, bo była ciekawska. Gdyby kamienie mówiły, głosi hiszpańskie przysłowie, Bóg jeden wie, co by rzekły. Ale ja nie jestem kamieniem, dlatego też nie mówię. Nie potrafię też odgadywać przyszłości. Jestem zadowolony z życia i nikomu nie zazdroszczę. Nikomu, proszę pana. Pan wybaczy. Co powiedziawszy, ukłonił się i oddalił. Wyjąłem książeczkę otrzymaną w klinice i pospiesznie dodałem czwartą pozycję w kategorii „Osoby”: 4. Felipe: wielkonosy, nieznośny, szalony. Poczułem się dużo lepiej. Chociaż notatnik nie przywracał mi pamięci, nadawał się przynajmniej do tego, by rozładować napięcie. Kobiecy głos zaczął śpiewać Ansiedad* [Ansiedad (hiszp.). Niepokój, trwoga, zgryzota.], ale nagranie było fatalnej jakości, słowo to brzmiało jak „Anedá”. Pomyślałem, że tkwię w punkcie wyjścia. Relacja kelnera była dwuznaczna: równie dobrze mogłem był kontemplować olśniewającej urody kobietę, poczuć nagły przypływ natchnienia, jak i przechodzić atak kolki. Wszystko to było możliwe, a nawet prawdopodobne, sądząc z opisu. A ten fragment z niedźwiadkiem konfundował mnie zupełnie. Żonglowałem różnymi wyjaśnieniami: że był to akapit ironiczny lub symboliczny; że to brudnopis powieści eksperymentalnej; że to żart; że to nic nie było. Coś połaskotało mnie po policzku. Nos. Niespodziewany powrót jego właściciela sprawił, że nieomal podskoczyłem na krześle.

- Cóż, w każdym razie, jeśli pana pragnieniem jest dowiedzieć się, kto zajmował pamiętny stół owego wieczoru... - Właśnie tego chcę się dowiedzieć - odparłem. - Nic prostszego. Widzi pan tamtego dżentelmena w głębi sali? - Wskazał na łysego staruszka w okularach z grubymi szkłami, o pokornym wyglądzie, który pochylał jak łagodny byk swoją pękatą głowę nad papierem rozłożonym na okrągłym stoliku. - Nazywa się Modesto Fárrago, to jeden z naszych najlepszych klientów. Przychodzi co wieczór i skrupulatnie opisuje wszystkich gości, stół po stole. Proszę ze mną. Przedstawię panów.

III Co napisał Modesto Fárrago - Panowie pozwolą, że przedstawię - pan Juan Cabo, pan Modesto Fárrago. Wymieniliśmy uścisk dłoni, staruszek zaprosił mnie do swojego stolika. Na stole piętrzyły się fiszki. Niedźwiedź obejmował łapami papierowe hiacynty. Wyjaśniłem nowo poznanemu, w czym rzecz, unikając zbędnych szczegółów, przekonany, że niechętnie zgodzi się, by ktoś nieznajomy przeglądał jego notatki. On jednak ucieszył się, że chcę przeczytać coś, co wyszło spod jego pióra, i poprosił Felipe, by przyniósł mu zapiski z 13 kwietnia. Zanim nadeszły, zaproponował szklaneczkę wina, a kelnerzy przenieśli moje danie na nowy stół. Miałem czas, by przyjrzeć się mojemu rozmówcy: był to czerstwy staruszek, niemal całkowicie łysy, o melonowatej głowie, śnieżnobiałych baczkach nad uszami i ogorzałej cerze. Gruba oprawa okularów ostentacyjnie zdradzała krótkowzroczność, co zdawało się nie przeszkadzać mu w pisaniu. Oświadczył, że jest emerytowanym stróżem i że w gruncie rzeczy, wcale nie przeszedł na emeryturę, przynajmniej nie zarzucił fachu: w dalszym ciągu wszystkiemu bacznie się przygląda, Jak wąż, bez drgnienia powieki”, i opowiada światu o tym, co zobaczył. - Przyszedłem na świat w Ciudad Real - zawiesił głos, jakby chciał się upewnić, że mam dosyć czasu, by przyswoić tę informację. Ciudad Real*.[* Real (hiszp.) - królewski, prawdziwy.] Miasto Królewskie, Miasto Prawdziwe. Ciągnął: - Ja, proszę pana, nie piszę, ja opisuję. Przemierzyłem Hiszpanię wzdłuż i wszerz i wiele się naoglądałem. Należę do tych, co rodzą się, by patrzeć i odzwierciedlać to, co zobaczą. Zjadłem na tym zęby. Każdy ma swoją historię - dodał. Nadal nie wiem, czy miał na myśli swoje zęby. - Ale jedno mogę przysiąc, na Najświętszą Panienkę, nigdy nie patrzyłem na nic zakazanego, ani tym bardziej grzesznego. Niektórych rzeczy nie powinno się oglądać, na inne znów lepiej patrzeć zamkniętymi oczami. Nie wiem, czy mówię dość jasno... Do czego zmierzam: ważne to pisać, nie dumać. Ja siadam i zabieram się do pisania. Po to tylko przychodzę tu co noc, bo w tym lokalu mogę się tym zająć bez obrazy dla nikogo. Ludzie przychodzą do restauracji, by na nich patrzeć, nieprawdaż? Wymawiając „nieprawdaż”, uśmiechnął się z tkliwością, a jego twarz nabrała widocznego wyrazu dobroduszności, która, w jakiś tajemniczy sposób, wydawała się autentyczna. Jak gdyby na skutek beznamiętnego przyglądania się Modesto sam nabrał osobowości, którą udawało się w pełni poznać, jedynie przyglądając się mu beznamiętnie. Z trudem zmusiłem się do myślenia, że wcale tak nie jest, że to wyciszenie i mrukowatość mają

jeszcze trzeci wymiar. Żadna dusza nie odkryje całej swojej nagości przed czyimś wzrokiem - wiedziałem o tym mimo utraty pamięci. W jego półsłówkach, w jego pozornie improwizowanym języku, ta Salome z pewnością zatrzymała na sobie przynajmniej lekki welon. Ale jego tkliwy uśmiech kazał mi przyjąć go takim, jakim go widziałem. Zapisałem więc, kiedy się odwrócił, w kolumnie „Osób”: 5. Modesto: krótkowzroczny, „dobry dziadunio”. Jedyne ustępstwo, na jakie poszedłem, to cudzysłów. Tymczasem kelner przyniósł już segregator, podobny do mojego, ale z nalepką: „Modesto Fárrago. 13 kwietnia. Wieczór”. - Może pan czytać, ile tylko pan zechce, mój drogi - powiedział staruszek, podając mi go. Jeśli taka kobieta tu była, znalazła się i tutaj. Odkryłem około trzydziestu fiszek zapisanych po obu stronach. Pismo było czytelne, ale monotonne, owoc intensywnego, choć rutynowego doświadczenia - podobnie stary fachowiec przykręca śruby - nieco krzywo, ale trzymają bez zarzutu. Każdy opis poprzedzał nagłówek - numer stołu, od pierwszego po ostatni. Każdy gość zasługiwał na oddzielny akapit. Jeśli ktoś inny zajął zwolnione miejsce, zostawał mu przydzielony nowy akapit pod identycznym numerem. Naturalnie, były stoły poświęcone stałym bywalcom (jak sam Modesto, który zajmował numer dwa, jedyny nieopisany), i autor zbywał je kilkoma linijkami. Czasami znał nawet nazwiska gości. Chociażby przy piątce: Stół 5 Znów ten nieznośny Gaspar Parra, przyszedł uprawiać swój ulubiony sport. Mam go tu jak na dłoni: żąda swoich fiszek i zasadza się na pierwszą ofiarę. Stół numer pięć stał w pobliżu naszego. Siedział przy nim wyprostowany jegomość, łysy i wymizerowany, powściągliwie kreśląc swoje linie i sącząc pacharán*.[* Likier z tarniny, pochodzący z Nawarry.] Być może to właśnie Gaspar Parra, choć jeszcze nie wiedziałem, na czym polega jego „ulubiony sport”, o którym mówił Modesto. Przełożyłem drugą stronę, celowo opóźniając odsłonę numer piętnaście. Tymczasem wymierzałem kciukiem karę czubkowi własnego nosa, a moja prawa noga wybijała już swój szczególny rytm. Przy stole numer siedem: Stół 7 Ten sam typ o rozmiękłej twarzy, co wczoraj i przedwczoraj. Tylko patrzy i patrzy. Od czasu do czasu, ale bardzo rzadko, pisze.

Wydawało mi się, że identyfikuję go wśród obecnych owego wieczora. To musiał być on, bo rzeczywiście, oblicze zdawało mu się rozmywać w miękkich rysach, przypominając pustą torebkę, ledwie podtrzymywaną spinaczem sumiastych, czarnych wąsów. Ubrany był na szaro, nosił kamizelkę i krawat. W tej chwili odwrócił głowę w naszą stronę i choć odległość i słabe światło nie pozwalały mi na stwierdzenie tego z całym przekonaniem, byłem niemal pewny, że na nas patrzy (lub na mnie patrzy). Ale przestałem na niego zwracać uwagę. Zbliżałem się do „mety”, śpiesząc się powoli, w tym nieustającym, a jednak opieszałym tempie, właściwym osobie, która wzdraga się, a jednocześnie pragnie całym sobą odnaleźć to, czego szuka. Przy dziewiątce komentarz był zdecydowanie oględny. Stół 9 Grisardo, poeta. Stolik dziewiąty, okrągły, na jednej nodze, stał w rogu, spowity głębokim cieniem, ale udało mi się dojrzeć zgarbioną sylwetkę długowłosego młodzieńca. Czyżby Grisardo? Wszystko jedno. Przełożyłem następną stronicę. Czułem, że dłonie mam wilgotne od potu. Burzyłem się z desperacji na samą myśl, że nie znajdę opisu tamtej kobiety. A z drugiej strony, niepokoiła mnie również inna możliwość. W pierwszym przypadku, oznaczałoby to, że ona nie istnieje; w drugim, mając na uwadze rozstawienie stołów, Modesto musiał widzieć jej twarz. Ale staruszek, choć dobry był z niego obserwator, nie miał za grosz wyobraźni. A uroda (teraz to sobie uświadamiałem) nie da się opisać: trzeba ją wymyślić. Umiejscowienie i wielkość nosa lub geometria oczu to bezużyteczne dane; tylko zręcznie posługując się przymiotnikami, udaje się opowiedzieć piękno. A Fárrago z wielką nieufnością odnosił się do przymiotników, jak gdyby ich nie lubił, uciekał się do nich tylko po to, by coś zdyskredytować. Jeśli ona się tu znajdowała (czy też istniała, bo zważywszy okoliczności, znajdować się znaczyło tyle co być), ja odczytam jej opis. Ale sam już nie wiedziałem, co wolę: czy narazić się na jej nieistnienie, czy suchą i bezlitosną wyliczankę cech jej wyglądu. Niespodziewanie, doszedłszy do stołu numer dwanaście, znów musiałem się zatrzymać, tym razem hamowany tą samą pokusą, która powstrzymuje nas przed spojrzeniem w lustro. Stół 12 Zajmuje go o 21:30 gość niski, acz szczupły, szeroki w barkach, jasny szatyn o

cudacznej twarzy, a właściwie masce: szeroki nos, wyłupiaste oczy, broda jak przyprawiona, grube wargi i okrągłe okulary. Felipe wita go całkiem wylewnie. Zająwszy swoje miejsce za stołem, gość bębni kciukiem w czubek nosa, który to gest powtarza z dużą częstotliwością. Doszedłszy do ostatniego zdania, uświadomiłem sobie, że bębnię kciukiem w czubek nosa. Czułem się tak, jakbym ujrzał swoje odbicie w lustrze podtrzymywanym przez cudze ręce. Jak gdyby między owymi słowami i moim gestem wisiał most grubości kartki papieru. W nagłym przypływie paniki zdobyłem się na następującą głupotę: wyprostowałem palce i dotknąłem delikatnej kaligrafii Modesta. Wydawało mi się, że czuję pod dotykiem fakturę przedmiotu niezbyt odmiennego od moich własnych palców lub czubka własnego nosa: jakieś zakończenie mnie samego, oddzielone, a jednak przynależące do mnie. Fárrago dodał: Zdejmuje okulary, by je przetrzeć, zauważam, że ma nie tak znów brzydkie oczy... Nie wierzę, by ten, kto przeczyta to wszystko, zdołał sobie wyobrazić (ty, czytelniku, jeśli jesteś tam, w minimalnej odległości od stronicy książki) efekt, jaki wywarła na mnie ta ostatnia i ostateczna linijka. Do tego miejsca bowiem sądziłem, że opis spod pióra Modesta był poprawny „z jego punktu widzenia”. Przeczytawszy, że moja twarz to „maska”, wcale się nie obraziłem (w sumie zgadzałem się z tym), w duchu jednak dodając: „z jego punktu widzenia”. Jednakże, kiedy doszedłem do „nie tak znów brzydkie oczy”, zrezygnowałem z recytacji tego refrenu w myślach i podszedłem do zdania jak do prawdy oczywistej, głęboko bezstronnego oświadczenia, z dala od punktu widzenia autora. Skoro ten człowiek tak napisał, to musi być ku temu powód, pomyślałem. I nieomal kusiło mnie, by mu za to podziękować. W końcu zdobyłem się na to, by przełożyć stronę. Stół 13, samotny mężczyzna. Stół 14, para. Stół 15... Ledwie sześć linijek. Nikt nigdy nie przeczytał żadnych sześciu linijek równie łapczywie. Stół 15 Och, oniemiałem na ten widok! Cóż za uroda, jakaż smukłość, jakie kształty, ile harmonii! Krągłości, jak u nich wszystkich, przystrojone papierową gałązką lauru. Och, cóż to za stół! Stał pusty przez całą noc, dlatego mogłem kontemplować go do

woli. Cóż za przepiękny stół! Pusty, a jednak wypełniony fantazjami. Żart wydał mi się niesmaczny. - To niemożliwe! Wyszarpałem fiszkę z teczki i zdesperowany pokazałem ją Modestowi. - To nieprawda! Co tu ma do rzeczy stół? Niemożliwe, do jasnej cholery! Kiedy trochę ochłonąłem, stwierdziłem, że staruszek nawet nie raczył spojrzeć na świstek, który mu podetknąłem pod nos. Przyglądał mi się z uśmiechem, z oczami zmrużonymi na dnie szklanego tunelu jego okularów, ale jego poirytowanie docierało do mnie w równie nieskalanej formie, co zapach wina w oddechu. - Niech pan posłucha, za przeproszeniem - zaczął lodowatym tonem. - Może pan i jest wielkim pisarzem, nie zamierzam tego podważać. Ale co się tyczy mojego fachu, pan pozwoli, ale będę miał swoje zdanie. Całe życie to robię, jak powiedziałem. Zdaję relację z tego, co widzę, mój panie. Proszę mi więc bez takich: „to niemożliwe”... Wymamrotałem jakieś słowo na przeprosiny, ale już nic nie mogło go udobruchać. - Ja tu niczego nie zmyślam, niech pan sobie zapamięta! Pozostawiam to literatom! Proszę więc ważyć słowa... Unosił się coraz bardziej, pochylał nad stołem, podnosił głos, wysuwał szczękę, jego naturalnie smagła skóra pociemniała jeszcze bardziej od czerwonych plam, jakie wystąpiły mu na szyję. Obecni w pobliżu zaczęli otaczać nas kręgiem - zwykłe zbiegowisko ciekawskich, których nigdy nie zabraknie, gdy dochodzi do najmniejszego nawet skandalu. Postanowiłem się więcej nie odzywać i jego emocje też trochę opadły. Opróżnił kolejną szklankę, wytarł usta serwetką i dopiero wtedy zajął się tekstem. - No dobrze, zobaczmy, cóż takiego uznaje pan wielmożny za „niemożliwe”? Wskazałem mu właściwy akapit. Zdjął okulary i pochylił się, dotykając nosem fiszki. W tej chwili podszedł Felipe. - Wszystko w porządku, panie Cabo? Ale nie miałem czasu na odpowiedź. Fárrago uniósł głowę znad papieru, ukazując twarz oblaną szkarłatem, drżące usta. - Jasny gwint... - wymamrotał. - To nie moje! To napisał ktoś inny!

IV Tajemnica Jeszcze nie wiedziałem, że jakaś istnieje, to jasne. Tajemnica, której miałem stawić czoło. Pisarz z trudem godzi się na zagadki rzeczywistości: tak przywykliśmy do wymyślania perypetii, że w końcu traktujemy siebie na równi z wytworami fantazji. Ale tobie przydarza się coś dokładnie odwrotnego, czytelniku. Sam przyznaj: cierpisz na bachiczne pragnienie niesamowitości. Zachętą do dalszej lektury jest sam fakt, że późniejsze strony to na razie tajemnica. Bo ty od samego początku tego dzieła, które nie stanowi ani uwag prawdziwych* [* Nawiązanie do tytułu książki O Inkach uwagi prawdziwe, którą napisał Inka Garcilaso de la Vega.], ani niczego podobnego (we właściwym czasie znajdę odpowiednie określenie), już miałeś przeczucie czegoś, co ja zrozumiałem o wiele później: że przez cały ten utwór przepływa opalizujący i głęboki, niezmierzony strumień tajemnicy. Zrozumiałem to, kiedy przeczytałem - podobnie jak ty, podobnie jak Modesto - wnikliwie. Bo lektura nie odpowiada nam na pytania, jedynie rzuca na nie światło. W tamtej chwili jednakże ledwie przeczuwałem owe niesłychane, oczekujące nas zamieszanie. Modesto wstał z krzesła i zaczął wykrzykiwać, że ktoś zmienił jego zapiski o stole numer 15. Kelner o niskiej posturze ulokował się między Felipem a Modestem, tworząc bufor bezpieczeństwa. Ustała muzyka. Najbardziej ciekawscy zbliżyli się, by przestudiować podejrzaną fiszkę. Rozpoznałem wśród nich łysego, mizernego Gaspara Parrę. Zapisana kartka przechodziła z rąk do rąk. - To twój charakter pisma, Modesto - zawyrokował Felipe. - Możliwe! Ale to nie moje słowa! - Ależ mój drogi... - Psia mać, przecież wiem, co mówię! Chyba wiem lepiej niż ty? Głos Parry, grobowo poważny i godny, uciszył szemranie. - W tym towarzystwie ceni się twoje pióro, Modesto... Opis jest sarkastyczny, bardzo do ciebie pasuje... Fárrago wyrwał mu z ręki papier, zdjął okulary i skierował krótki wzrok na tekst. - „Och, oniemiałem na ten widok!” - przeczytał kpiącym tonem. - „Cóż za uroda, jakaż smukłość, jakie kształty... Stał pusty przez całą noc, dlatego mogłem kontemplować go do woli...” - drżały mu ręce. - To napisał jakiś półgłówek! Ja sam powiedziałbym: „Stół przez całą noc pozostał pusty” i pieprzyć to! - I nic innego nie napisałeś - odparł Parra ze stoickim spokojem. - Tyle że ubrałeś to w