wotson

  • Dokumenty43 372
  • Odsłony1 886 130
  • Obserwuję1 315
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 280 212

Jose Carlos Somoza - Szkatułka z kości słoniowej

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :947.8 KB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
J

Jose Carlos Somoza - Szkatułka z kości słoniowej.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion J Jose Carlos Somoza
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 11 osób, 10 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 151 stron)

JOSE CARLOS SOMOZA Szkatułka z kości słoniowej Tytuł oryginału: La caja de marfil (tłum. Bogumiła Wyrzykowska) (c) Jose Carlos Somoza, 2004 2005

Mojemu ojcu i Marii Jose

Tu, czytelniku, zwaŜ jeno dokładnie bo prawdę kryje zasłona tak lekka, iŜ ją twe oko przebić moŜe snadnie. DANTE, Czyściec VIII, 22-24 (przeł. Alina Świderska)

Quiros Morze miało kolor oczu dziewczyny, miasteczko miękkie kształty jej ciała. Quiros widział juŜ takie miasteczka, dziewczynę znał tylko z fotografii. Nie wiedział, jak długo będzie jej szukał, o ile w ogóle ją znajdzie, ale kiedy z szosy dojrzał rozpościerający się przed nim krajobraz, pomyślał, Ŝe dotarł do miejsca, z którego powinien rozpocząć poszukiwania. Tak przynajmniej przypuszczał, poniewaŜ jakiś odmóŜdŜony ćwok zamazał aerozolowymi swastykami nazwę miejscowości na tablicy. Na domiar złego, przy wjeździe, zawieszano pomiędzy latarniami świetlne girlandy, pewnie w związku z jakimś lokalnym świętem, i policjant zmusił Quirosa do skrętu w boczną uliczkę. Wiła się stromo w dół, pomiędzy domami, i prowadziła na pokryte wydmami pustkowie. Quiros postanowił zaparkować przy płocie i dalej pójść piechotą. Na szczęście znalazł pensjonat od razu, zaraz za rogiem pierwszej przecznicy. Pomalowano go na jasnoniebieski kolor; świeŜy półmrok pachniał sardelami. - Jakaś kobieta pytała o pana - poinformowała go recepcjonistka, okrągła jak Ŝółwi krótkowzroczna jak kret, w okularach niczym denka od butelek. Mówiła z południowym akcentem, który spowijał wypowiadane słowa gęstym welonem. - Zatrzymała się u nas. Kazała mi to panu przekazać. Quiros rozłoŜył kartkę. Czytał powoli, poniewaŜ prawie nigdy nie czytał, a takŜe dlatego, Ŝe drobne pismo zmuszało do mruŜenia oczu. „Czy moŜemy spotkać się dzisiaj o szóstej po południu na tarasie hotelowej restauracji? Z góry dziękuję”. Quiros równieŜ był jej wdzięczny: dzięki temu będzie mógł odbyć sjestę. Pokój pachniał tym, czym Ŝaden pokój pachnieć nie powinien: pokojem. Był mikroskopijny i nie wychodził ani na morze, ani na góry ciągnące się na północy, tylko na chałupy po przeciwnej stronie. Okno było zaklinowane, kiedy próbował je otworzyć, urwała się klamka, ale Quiros spał juŜ w duŜo gorszych miejscach. OdświeŜył się w łazience i zajął bagaŜem, który składał się z kapelusza i plastikowej torby. Kapelusz był biały, pilśniowy, z niskim denkiem i szerokim rondem, przyozdobiony czarną wstąŜką. Wydobył z torby kremową marynarkę pasującą do spodni. PołoŜył ją obok kapelusza, upewniając się, czy w wewnętrznej kieszeni znajduje się etui z przeciwsłonecznymi okularami o małych, okrągłych szkłach, pozbawionych oprawek. Wszystko to składało się na jego robocze ubranie. UŜywał go od lat: przynosiło mu szczęście.

Następnie usiadł na łóŜku, zastanawiając się, co jeszcze mógłby zrobić. Dla zobrazowania swoich rozwaŜań wyjął z torby szarą kopertę i ponownie przejrzał zdjęcia. Przedstawiały dziewczynę w szkolnym mundurku, to znów w koszulce i dŜinsach, samą lub z koleŜankami, w ogrodzie lub w pokoju, przy grillu albo nad urodzinowym tortem, en face albo z profilu. Miękkie kształty, krągłości nastolatki, pszeniczne włosy, owal nigdy nieuśmiechniętej twarzy i oczy, które naprawdę miały kolor morza. - Moja córka nie Ŝyje - oznajmił Julian Olmos. - Chcę ją odnaleźć. Nie pierwszy raz w swoim Ŝyciu umiera. Kiedy jej matka poŜegnała się z Ŝyciem, dziesięć lat temu, umarła, poniewaŜ przestała być dziewczynką, jaką znałem. I w zeszłym roku, kiedy opuściła dom po raz pierwszy. Wtedy pretekstem była chęć zmiany szkoły. Nie widziałem ku temu powodów: Valdelosa jest liberalną placówką, właściwie laicką, a nauczyciele byli z niej bardzo zadowoleni. Pokłóciliśmy się oczywiście. A raczej ona się kłóciła, poniewaŜ ja, jak dobrze wiesz, Quirosie, nie mam zwyczaju tego robić. Więc złapała plecak i zabrała się. Wynajęci przeze mnie ludzie znaleźli ją dwa tygodnie później w małym miasteczku w schronisku w rejonie Gerony. Tego lata najwyraźniej wybrała któreś na południu. MoŜesz podać mi szklankę wody, Pedro? Gabinet mieścił się na mansardzie i był rozległy jak samotność tyrana. śaluzje zostały opuszczone i jedynie osoba siedząca przy biurku mogła się cieszyć darem zenitalnego światła. Osobą tą był don Julian Olmos Catón de Utica. Reszta tonęła w półmroku: sekretera, portrety papieŜa i króla, krzyŜe i flagi, olejny portret ojca Olmosa, chuderlawy sekretarz Pedro Correa, który właśnie pochylał nad szklanką fajansowy dzban, i Quiros. Ten ostatni z zaskoczeniem przyjął fakt, Ŝe don Julian umówił się właśnie tutaj, ale później doszedł do wniosku, Ŝe w sierpniu właściwie kaŜde miejsce w Madrycie gwarantowało dyskrecję. OpróŜniwszy drugą szklankę, Olmos zamilkł, jakby jego głos ulotnił się gdzieś wraz z uczuciem pragnienia. Minęło kilka minut. Quirosowi to nie przeszkadzało, wydawało mu się nawet stosowne. Milczenie, podobnie jak ubranie, zdobi bogaczy, biedaków zaś prawie nigdy, i trzeba przyznać, Ŝe don Julianowi, właścicielowi śnieŜnobiałych włosów i czterech medali za zasługi biznesowe i religijne, błyszczących w klapie marynarki, z milczeniem było do twarzy. Wielkim panom potrzebne są długie pauzy; praca dla nich sprawiała Quirosowi przyjemność. - Czasem się zastanawiam, dlaczego mnie tak bardzo nienawidzi - powiedział nagle Olmos. - Znajduję po temu niejedną przyczynę, oczywiście. Jeśli w Ŝyciu nam czegoś nie brakuje, to właśnie powodów do nienawiści. Być moŜe zaczęło się to wtedy, kiedy zabiłem jej kota. Uczyniłem to w obronie własnej, zaznaczam. Mój wspólnik, który Ŝył otoczony kotami,

zaprosił mnie pewnego dnia na kolację i zaraziłem się toksoplazmozą. Wtedy stałem się czymś w rodzaju kociego Heroda. Na moim terenie ani jeden nie zachował głowy, w końcu przyszła kolej na Szafira. Nigdy mi tego nie wybaczyła. Choć wierz mi, charakterek miała od zawsze. Nie udała mi się córka. Dzieci mogą się udać lub nie, jak interesy. Przyznaję, nie byłem dobrym ojcem, nie mogłem teŜ oczywiście zastąpić jej matki, którą straciła, ale sądzę, Ŝe byłem wielkim ojcem. Nikt nie moŜe być jednocześnie i wielkim, i dobrym. - Po krótkim namyśle Olmos dorzucił: - Być moŜe ona teŜ jest wielką córką. - Jeśli wolno mi coś powiedzieć, don Julianie... - Correa przerwał kolejną ciszę - pana córka ma pewne zalety. - Uśmiechnął się, jakby nie wiedział, co jeszcze dodać. Spojrzał na Quirosa. - Lubi pisać. - Owszem. Lubi pisać - powtórzył Olmos, wypluwając słowa. - Jest prawdziwym diabłem. - Jest pisarką - powiedział Correa niemal unisono. - Jest demonem - stwierdził Olmos. - Tym razem zostawiła mi wiadomość: „Nigdy nie wrócę, a jeśli będziesz mnie szukał, odnajdziesz martwą”. Przypomina to paradoks kota. Znasz się na fizyce kwantowej, Quirosie? Nie martw się, ja teŜ się nie znam. To mój starszy syn, fizyk, rozmawia ze mną na takie tematy. Podobno nauka udowodniła, Ŝe jeśli zamkniesz kota w pudełku i strzelisz do niego, zdechnie dopiero wtedy, kiedy je otworzysz i spojrzysz na niego. Dopóki to nie nastąpi, nie będzie ani Ŝywy, ani martwy, a raczej będzie i taki, i taki jednocześnie. Chodzi tu, naturalnie, o swego rodzaju metaforę, mającą wyjaśnić funkcjonowanie jakichś tam cząsteczek. W prawdziwym Ŝyciu to się nie zdarza. Szafira uśpiłem w pudełku jednym śmiercionośnym zastrzykiem i zapewniam cię, Ŝe zawinął się w kilka sekund. Być moŜe to przez to, Ŝe... Dlaczego ja właściwie o tym opowiadam? - W związku z wiadomością, jaką zostawiła - podsunął Correa skwapliwie. - OtóŜ to! „Jeśli będziesz mnie szukał, odnajdziesz martwą”. To jak ten paradoks kota, myślę sobie. Znajdę ją martwą tylko wtedy, jeśli zajrzę do pudełka. A znam ją wystarczająco dobrze, Ŝeby wiedzieć, Ŝe nie przesadza. A ty byś zajrzał, Quirosie? Innymi słowy: wolałbyś ją uznać za zaginioną, lecz Ŝywą, czy za odnalezioną, ale martwą? Quiros, który nie spodziewał się, Ŝe będzie musiał cokolwiek mówić, ani w tym momencie, ani w Ŝadnym innym, zaczął się plątać. - Stawia mnie pan w kłopotliwej sytuacji, don Julianie - powiedział w końcu. - Daj spokój, powiedz. Nie obraŜę się. - Jeśli mam być... Jeśli mogę być całkiem szczery...

- Zaginioną, lecz Ŝywą - uciął Olmos, kwitując swoje słowa głębokimi, rytmicznymi ruchami głowy. - Wiedziałem, nie musisz mi tego mówić. W tym właśnie tkwi sedno sprawy, prawdziwy węzeł gordyjski. Nie jesteś ojcem, dlatego tak myślisz. Ale dla mnie „zaginiona” znaczy to samo co „martwa”. Mój dylemat polega nie na wyborze między Ŝyciem a śmiercią, tylko na tym, czy robić coś, czy nie, a ja nie znam ani jednego ojca godnego tego miana, który by czegoś nie zrobił. Tak więc, chcę ją odnaleźć. Ma dopiero piętnaście lat, jest nieletnią, pewną siebie smarkulą. Kiedy będzie starsza, moŜe sobie odejść, jeśli zechce, ale dopóki to nie nastąpi, będzie mnie nienawidzić w domu, w milczeniu, jak wszyscy w naszej rodzinie: w domu i w milczeniu. Pojedziesz jutro do tego miasteczka i sprowadzisz ją z powrotem, ale dyskretnie. Nie chcę mieszać w to policji ani sycić dziennikarzy wybrykami tej szelmy. - Spojrzenie Olmosa miało twardość wyrzutów sumienia. - Pewnie się zastanawiasz, dlaczego wezwałem cię w tej sprawie. - Chwila ciszy. - Właśnie ciebie. - DłuŜsza cisza. - Ciebie, Quirosie. Quiros milczał. Siedział nadal pochylony do przodu, wsparłszy łokcie na udach, z kapeluszem w dłoniach, oddychając przez otwarte usta. Lepiej, Ŝeby niektóre pytania zadawali ci, którzy potrafią na nie odpowiedzieć, myślał. - Wiem, Ŝe nie jesteś człowiekiem, który mógłby się komukolwiek skojarzyć z tego typu robotą - dodał Olmos - ale rzecz w tym, Ŝe pojawił się dodatkowy problem... Przed obiadem postanowił się trochę przejść. Zdecydował się na robocze ubranie. Wychodząc z pensjonatu, pomyślał, Ŝe lepiej poznać centrum, niŜ pójść w kierunku plaŜy. Trudno powiedzieć, Ŝeby Quiros poruszał się z duŜą zręcznością: miał swoje lata, a nogi niosące cielsko, do którego dźwigania zostały zmuszone, utykały lekko. Jakby tego było mało, ulice miasteczka najwyraźniej sprzysięgły się przeciw niemu i wszystkie pięły się pod górę w kierunku, w jakim się udawał. Zaczął się pocić po dwóch wzniesieniach, ale mimo to nie zamierzał zdjąć ani marynarki, ani kapelusza. Chodziło przecieŜ o wizerunek, a Quiros bardzo dbał o swój wizerunek. Marynarka zdradzała masywną budowę klatki piersiowej, a kapelusz wieńczy! kamienną twarz o mięsistych wargach, usianą drobnymi Ŝyłkami na nosie i policzkach, uwydatnioną dodatkowo przez ciemne okulary i wąsik, jakby wykreślony grafionem. A poniŜej tego maszkaronu zwalista postać o ramionach, z których zwisały łapy jak rycerskie rękawice i stopach uwięzionych w butach o kwadratowych noskach. Taki był Quiros. śył w tym ciele pięćdziesiąt osiem lat, dwadzieścia z nich z tą samą aparycją; zdąŜył się przyzwyczaić. Wiedział, Ŝe jego wygląd budzi pewien lęk, ale zarabiał na Ŝycie właśnie tym, Ŝe go wzbudzał.

Teraz stwierdził jednak, Ŝe w nielicznych stworzeniach, jakie spotkał w czasie przechadzki - dwoje dzieci, jakieś staruszki, szczekający pies - jego obecność nie budzi juŜ strachu, a co najwyŜej ciekawość. W ostatnich latach przytrafiało mu się to wszędzie. Wiedział, Ŝe powodem tego stanu rzeczy jest wiek, który ograniczał w znacznym stopniu zdolność przyprawiania innych o drŜenie. Sfatygowany strach na wróble nie odstrasza ptaków, powiedział mu kiedyś były wspólnik. Z tego teŜ powodu dostawał ostatnio same bezsensowne zlecenia. W swoim Ŝyciu Quiros imał się niejednego zajęcia i walczył z róŜnego rodzaju ludźmi, dlaczego więc teraz robił sobie jakiekolwiek nadzieje? Teraz, kiedy przyszło mu się zmierzyć z nauczycielką i jej krnąbrną uczennicą. Nie wiedział, którędy pójść. Przez jakiś czas podąŜał posłusznie w kierunku wskazywanym przez tabliczki z napisem „Stare Miasto”, ale straciwszy orientację w labiryncie krętych uliczek, pagórkowatych stromizn, brązowych okiennic i domów przypominających małe, białe pudełka, zniechęcił się i zawrócił. Było jasne, Ŝe centrum tego miasteczka pozostanie dla niego tajemnicą. W hotelowej restauracyjce zamówił na obiad barweny, które podała mu młoda, ciemnowłosa kelnerka, wysoka jak trzcina, z bransoletką na kostce w postaci połączonych ze sobą, złoconych kluczyków. Bardziej niŜ bransoletka zainteresowała Quirosa jej bluzka (zwykła koszulka niezasłaniająca nawet pępka), dzięki której, po raz pierwszy, od kiedy natknął się na zabazgrany drogowskaz, mógł odczytać nazwę miasteczka we wszystkich kolorach tęczy. „Roquedal”, pojawiające się i znikające mu sprzed oczu, nachylające się, unoszące nad nim, tak bliskie i tak niedostępne. W ubiegłym roku rodzina Fuentes Waksamanow zatrudniła go, Ŝeby odnalazł psa. Quiros uznał zadanie za poniŜające, ale przyjął je, poniewaŜ ostatnimi czasy nikt nie dzwonił do niego z duŜymi zleceniami. Dom Fuentes Waksamanow zajmował całą przestrzeń między dwiema przecznicami w pobliŜu parku Retiro; na tyłach był rozległy ogród. W drzwiach przyjęła Quirosa pokojówka. Miała smutną twarz, podkrąŜone oczy, a jej fartuszek przypominał Ŝałobny strój. Zostawiła go pod opieką kamerdynera, który z kolei wprowadził go do salonu, gdzie oczekiwał wymuskany rzecznik rodziny, z uśmiechem w samym środku koła wyznaczonego przez szpakowate włosy i brodę. Pierwszą rzeczą, jaką mu powiedział, było to, Ŝe nie musi szukać Ŝadnego psa. Oświadczenie to nie zaskoczyło Quirosa. Od ponad dwóch dziesięcioleci pracował dla bogaczy i wiedział, Ŝe w ich świecie zdarzają się sprzeczności nie do opisania, nieznane większości śmiertelników. Świat bogaczy jest światem odwróconych znaków, w którym białe

bywa czarne i w którym ktoś moŜe zostać wynajęty do szukania psa pod warunkiem, Ŝe go nigdy nie znajdzie. Trudno jest pracować dla bogaczy, nie kaŜdy się do tego nadaje. Trzeba być wyzutym z wyobraźni i ciekawości, twardym, niejednokrotnie bardziej niŜ skała, i mieć stalowe serce. Quiros był odpowiednim człowiekiem; bogacze uwielbiali korzystać z jego usług. Sprawa sprowadzała się do uspokojenia Aitany Fuentes Waksman, najmłodszego członka rodziny, pod którego opieką znajdowało się zwierzę w dniu swojego zaginięcia. Rodzice spodziewali się, Ŝe obecność Quirosa i kilka niezobowiązujących obietnic przywrócą jej radość. Pies, jak wyjaśnił rzecznik rodziny, nie liczył się w najmniejszym stopniu. Chodziło o kundla, dość głupiego, niezdolnego dosiąść suki ani przekazać genów czystym, zdolnym do przeŜycia szczeniakom. Pokazał mu zdjęcia: duŜy, kudłaty z zadartym, rozczochranym ogonem. Quirosowi spodobała się jego biała sierść. Pasowała do imienia: Sen. Sam Sen mógł przepaść na zawsze, byłoby nawet lepiej, gdyby tak się stało. Quiros nie powinien się starać go odnaleźć: juŜ za samo przyjście i rozmowę z Aitaną dostanie niezłą sumkę. Wprowadzono dziewczynkę, która weszła w towarzystwie koleŜanki i pokojówki. Miała Ŝywą twarz i jeszcze niezarysowane, dziecinne kształty. Nie wyglądała na aŜ tak smutną, jak się spodziewał. Wdrapała się na sofę i przemówiła z niej jak z mównicy. „Chcę, Ŝebyś odnalazł mojego psa”. Przyznała, Ŝe ponosi za wszystko odpowiedzialność, poniewaŜ puściła go wolno, zabrawszy tamtego mglistego popołudnia na spacer. Kiedy opowiadała o swojej tragedii, błyszczały jej źrenice, ale światło nie wypłynęło łzami. Jej jasnowłosa i nieco przycięŜka przyjaciółka (bez wątpienia to Aitana rządziła w tym duecie, pomyślał Quiros) i smutna pokojówka z podkrąŜonymi oczyma tworzyły chór potakujących gestów. Kiedy dziewczynka skończyła mówić, Quiros nie wiedział właściwie, co powiedzieć, choć po to przecieŜ został wynajęty. Wykrztusił kilka niezręcznych zdań i wyszedł. Na ulicy było juŜ ciemno, pojawiły się gwiazdy. Nagle zdarzyło się coś, co zdarzało mu się niezmiernie rzadko: zatrzymał się, Ŝeby zadać sobie pytanie. To znaczy, próbował je sobie zadać. Chodziło bowiem o pytanie niekonkretne, mające związek zarówno z gwiazdami, jak i z dziewczynką, białym psem, a nawet ze zbolałym wyglądem pokojówki. Przez moment walczył, Ŝeby nadać mu jakąś formę. Jednak czas minął: Quiros wiązał to z wiekiem. Kiedy człowiek się starzeje, pragnie czasem zrozumieć Ŝycie.

Jemu musiało się przytrafić coś podobnego: zapragnął je zrozumieć. Zastanowiło go, Ŝe nigdy nie pragnął zrozumieć Ŝycia, a jedynie na nie zarobić, zatem i ta chwila przerodziła się w tchnienie, niedorzeczność, w coś, co moŜe unosić się na powierzchni, wcale jej do tego nie potrzebując. Wiedział juŜ jednak, co zrobi. Następne tygodnie poświęcił niezmordowanym działaniom. Odwiedzał schroniska, pensjonaty dla psów, towarzystwa opieki, prosektoria i laboratoria, w których jedne czworonogi poświęcano, by ratować inne. Przeprowadzał rozmowy z domniemanymi świadkami, przemierzał ulice i publiczne parki. Mglistymi popołudniami patrolował okolice domu Fuentes Waksamanow, przypuszczając, Ŝe pies, podobnie jak przestępca, moŜe wrócić na miejsce zbrodni. Sporządził listę właścicieli białych psów w Madrycie. Dziesiątki ogłoszeń rozkleił, przejrzał znacznie więcej. W końcu, po czterech miesiącach bezowocnych poszukiwań, musiał przyznać, Ŝe jego wysiłki najprawdopodobniej nie zostaną uwieńczone sukcesem. Sen znikł na zawsze. Sen nigdy juŜ nie powróci. Sen poszedł do psiego nieba. Mimo to odnosił niekiedy wraŜenie, Ŝe śledztwo właściwie dopiero się zaczęło. Co jakiś czas dzwonił do rzecznika Fuentes Waksamanow, zapewniając, Ŝe nie zrezygnował. W ostatnim czasie odkładano słuchawkę. Nadal jednak szukał, nadal dzwonił. Potem pojawiły się sny. Śniło mu się, Ŝe śledzi białego psa. Widział go to stojącego nieruchomo w głębi jakiegoś zaułka, to na szczycie góry (przypominał śnieg, ale był to pies), a nawet nad brzegiem morza. Quiros ruszał ku temu miejscu, mówiąc sobie: „Tym razem cię dopadnę”. A pies, oślepiająco biały, świetlisty jak anioł, czekał do ostatniej chwili, jakby chciał mu powiedzieć: „Tym razem pozwolę ci się złapać”. Ale kiedy Quiros rzucał się na niego, zwierzę znikało. Przypominało to próbę dotknięcia tęczy. Ta sama drwina powtarzała się następnej nocy, z dokładnością ruchu planety po orbicie. Nie rozumiał, dlaczego budzi się z tych snów, wstrząsany dreszczami. Ale wiedział, Ŝe świat snów był niczym innym jak światem bogaczy dla biednych. Nie przywiązywał zbytniej wagi do sprzeczności i tajemnic obu światów: ograniczał się do tego, Ŝe pracował dla jednego, a śnił o drugim. Tego popołudnia, w czasie sjesty, Sen błysnął na horyzoncie. Quiros podbiegł, wyciągnął rękę, pies rozpłynął się jak wzlatujące stado gołębi. Obudził się w nieznanym pokoju. Pocił się, było gorąco; ciągle jeszcze nie odblokował zaklinowanego okna. Na tarasie nie czekała na niego Ŝadna kobieta. Usiadł przy jedynym wolnym stoliku, który miał parasol.

Taras wychodził na róg, przy stromej uliczce prowadzącej na plaŜę. Siedząc przy stoliku, Quiros mógł dostrzec fale na morzu, a nawet białą Ŝaglówkę, która zmagała się z wiatrem. Pod górę, prawie nadzy lub owinięci w ręczniki, wchodzili ci, którzy zrezygnowali juŜ z plaŜowania. Szli powolnym krokiem, z bezmyślnym wyrazem twarzy. Niektórzy mieli skaleczenia, jak choćby dziewczynka, która kuśtykała z rozkwaszonym kolanem, krzywiąc twarz, jakby ssała cytrynę. Przy sąsiednich stołach siedzieli na tarasie turyści. Trio rudych kobiet i męŜczyzna o szpakowatej brodzie grali w karty, choć większą uwagę zwracali na ulicznego gitarzystę z postawionymi na jeŜa włosami. Jakaś smukła dziewczyna o nordyckiej urodzie stała jak zauroczona. Grubasek w bermudach robił zdjęcia. Kobieta z recepcji wystawiała głowę przez drzwi jadalni, krzywiła się, po czym znikała ponownie. Stoliki obsługiwał chłopak o słomianych włosach i twarzy usianej pryszczami. Quiros zatęsknił do ciemnowłosej kelnerki z przedpołudnia. Nagle brodacz podniósł się i zaczął podrygiwać, co wywołało salwy śmiechu jego najmłodszej rudej towarzyszki. Quiros zastanawiał się, czy to jego Ŝona i córki, ale jak na rodzinę śmiały się stanowczo za głośno. Z twarzy brodacz przypominał mu jednego z ludzi, których zabił: tamten człowiek miał na nazwisko Casella. Casella (któŜ by się tego spodziewał!) miał dwie córki, trzy kobiety, licząc Ŝonę, ale nie były rude. Zajmował się eksportem, między innymi filmów snuff, choć jego prawdziwa zbrodnia polegała na zaciągnięciu długu u kogoś, u kogo nie powinien go zaciągać, i przekazaniu pieniędzy komuś, komu tym bardziej nie powinien ich dawać. Na koniec wszystkim był coś dłuŜny. Został „ekskomunikowany”. Quirosowi kazali zrobić to tak, Ŝeby Casella wiedział, co mu robią. Casella zaszył się w kryjówce w górach, ale codziennie wychodził łowić ryby. Quiros zaskoczył go przy rzece i uŜył stalowego pręta. Sugerowali trzydzieści uderzeń, dokładnie tyle, ile w pesetach wynosił (z kilkoma zerami) jego dług, ale po dwóch uderzeniach, kiedy Casella skręcał się z poprzetrącanymi rękoma, odstąpił od zamiaru dalszego przedłuŜania wyroku, bardziej ze zmęczenia niŜ z innego powodu, i wymierzył mu trzeci cios w głowę. Casella zjadł własną brodę. Klient nieźle się ubawił, kiedy Quiros mu to opowiadał: od ciosu broda zapadła się Caselli w usta. To były jednak inne czasy. Jego obecne zlecenia, o ile w ogóle je dostawał, dotyczyły spraw Ŝałosnych, pewnie dlatego, Ŝe się zestarzał. Pół roku temu miał atak duszności i lekarz kazał odstawić mu kawę, alkohol i papierosy, wszystko naraz, zalecając jednocześnie ograniczenie seksu. Seksu, pomyślał Quiros. Przypomniał sobie, jak Pilar zaczerwieniła się, kiedy powtórzył jej ostatnią radę lekarza.

Brodacz i jego rude towarzyszki zaczęli taniec, do którego zagrzewał gitarzysta. Scena nie była szczególnie interesująca, ale Quiros chętnie przyjrzałby się dokładniej nogom najmłodszej dziewczyny i jej wypiętemu tyłeczkowi, gdyby nie to, Ŝe w tym momencie, nie wiadomo dlaczego, kelner złoŜył parasole, przez co słońce, wściekłe letnie słońce, wtargnęło w zaułki, oślepiając go pomimo włoŜonych okularów. - Pan Quiros? - usłyszał w ciemnościach., Kobieta była spowita światłem. - Przepraszam za spóźnienie. Zaspałam. - Nic nie szkodzi. Była drobna. Nawet nie tyle niskiego wzrostu, co zredukowana do rozmiarów, które sugerowały, Ŝe jest to replika znajdującego się gdzieś indziej oryginału kobiety, wykonana w mniejszej skali. Jasnoblond włosy zostały starannie ułoŜone. Jej twarz nie była piękna, raczej dziwna, o szczupłych policzkach i wielkich, błękitnych oczach, uwydatnionych przez cienie bezsenności. Nie miała na sobie plaŜowego stroju, tylko dyskretny kostium w perłowym kolorze. Quiros poczuł się niezręcznie. Powiedziano mu, Ŝe jest nauczycielką, więc spodziewał się starszej, skostniałej damy, a nie młodej, eleganckiej kobiety o głosie spowiednika. - Nawet pan nie wie, jak bardzo się cieszę, Ŝe pan przyjechał. Jestem trochę zdenerwowana. I przestraszona. Mimo to postaram się opowiedzieć wszystko po kolei. Jeśli będzie pan miał jakieś pytania, proszę mi przerwać. - Bawiła się zamknięciem od torebki. - Nazywam się Nieves Aguilar, jestem nauczycielką w szkole średniej w Valdelosie. Uczę hiszpańskiego i historii literatury. Poznałam Soledad Olmos dzięki jednemu z napisanych przez nią opowiadań. JuŜ wcześniej mi o niej wspominano: wiedziałam, Ŝe jest uczennicą niezwykle inteligentną, wyjątkowo zdolną i bardzo nieśmiałą. Niemniej wątpię, czy nawiązałybyśmy jakąkolwiek znajomość, gdyby nie to opowiadanie. Zwykle zadaję uczennicom wypracowania. W Valdelosie przywiązujemy wagę do praktycznego zastosowania zdobywanej wiedzy, aczkolwiek muszę przyznać, Ŝe staram się równieŜ zapewnić im dobrą zabawę. Mam świadomość, Ŝe nie uwaŜają mojego przedmiotu za najwaŜniejszy, próbuję się więc nie naprzykrzać. Nie znoszę tego... Jeśli będę to robić, proszę mi powiedzieć. Przygotowałam tę opowieść, Ŝeby nie pominąć Ŝadnego szczegółu, ale jeśli pan uzna, Ŝe pana męczę, niech mi pan przerwie. Jak wspomniałam, poprosiłam uczennice, by coś napisały. Prawie wszystkie mówiły na ten sam temat: opisywały swoje Ŝycie, to, co im się przytrafiło... Niewiele osób jest w stanie cokolwiek wymyślić. Wtedy wpadło mi w ręce opowiadanie Soledad. Nosiło tytuł Światło nocy. To było pierwsze jej opowiadanie, jakie

przeczytałam. Streszczę je, jeśli pan pozwoli, poniewaŜ jest, moim zdaniem, fascynujące... Och, dziękuję. Zaschło mi w gardle... Nie jest bardzo zimny, na szczęście. Przyniesiono zamówiony przez nią tonik. Kiedy podniosła szklankę, Quiros przyjrzał się jej dłoniom, delikatnym, białym, pozbawionych niemal Ŝył, jakby nosiła jedwabne rękawiczki. Na jednym z palców błyszczał zaręczynowy pierścionek. - Bohaterką opowiadania - kontynuowała kobieta, pociągnąwszy głęboki łyk - jest dziewczynka, Adriana, która po śmierci matki nie moŜe spać i nie zasypia juŜ nigdy. Dzięki temu odkrywa, Ŝe noc nie jest pozbawiona światła, aczkolwiek róŜni się ono od dziennego. Światło nocy jest bardziej białe, gęste, niemal stałe. Nikt o tym nie wie oprócz niej, bo wszyscy oczywiście śpią. Ona moŜe tego światła dotknąć, nawet po nim chodzić, jak po zaśnieŜonym zboczu. Wychodzi więc na spacer po świetle. Wtedy spada deszcz kotów. OtóŜ to, deszcz kotów, to niewiarygodne. Jeden z fragmentów jest wyjątkowo piękny, nauczyłam się go na pamięć: „Spadały grzbietami w dół, ale obracały się, zanim doleciały do ziemi, i nigdy nie robiły sobie krzywdy. Niektóre lądowały na dachach lub zawisały na antenach telewizyjnych, inne lądowały na balkonach, a jeszcze inne na chodniku. Ulice wypełniły się spadającymi z nieba kotami, które nie czyniły najmniejszego hałasu; tylko Adriana mogła je widzieć, poniewaŜ tylko ona widziała światło nocy”. Ładne, prawda? Quiros nie odpowiedział. Siedział bez ruchu, z otwartymi ustami, we wciśniętym na oczy kapeluszu i ciemnych okularach. Panowała głęboka cisza. Gitarzysta juŜ odszedł, a razem z nim odeszło wiele dźwięków. Nawet harmider z plaŜy docierał do nich nieco przytłumiony. - Moim zdaniem jest cudowne - powiedziała kobieta, zapewne rozczarowana brakiem odpowiedzi. - Nawiasem mówiąc, we wszystkich jej historiach pojawiają się koty. Soledad bardzo je lubi. Miała kiedyś kota, ale jej zdechł. - Kobieta stłumiła dłonią lekki kaszel. - Opowiadanie kończy się na dniu, w którym ojciec idzie obudzić Adrianę i stwierdza, Ŝe dziewczynka leŜy z szeroko otwartymi, błyszczącymi oczyma. Nie mogłam uwierzyć, Ŝe tak młoda osoba jest zdolna napisać coś podobnego. Chciałam ją poznać, więc zatrzymałam ją po lekcji w klasie. Robiła wraŜenie nieśmiałej, nie patrzyła prosto w oczy, odpowiadała monosylabami... Potem jednak zrozumiałam, Ŝe nie była nieśmiała, tylko nieufna. Nie miała przyjaciół, przyzwyczaiła się radzić sobie w Ŝyciu, zwłaszcza jeśli chodzi o sprawy uczuciowe. Niemniej nawiązałyśmy kontakt. Tak jest z wieloma nastolatkami, zapewniam pana: duŜo czasu mija, zanim obdarzą kogoś zaufaniem, ale kiedy to uczynią, nie znajdzie pan bardziej oddanego i szczerego przyjaciela. Kiedy zakończył się rok szkolny, straciłyśmy siebie z oczu. AŜ do chwili, kiedy dwa tygodnie temu znowu do mnie zadzwoniła.

Kobieta zdjęła Ŝakiet, odkrywając kościste ramiona, na których gasnące słońce zapalało błyski. Nagle jednak włoŜyła go ponownie, chociaŜ panującej temperatury w Ŝaden sposób nie dałoby się nazwać niską. - To był bardzo dziwny telefon. Zadzwoniła wieczorem, na komórkę. Byłam juŜ na urlopie, w apartamencie, który mamy z męŜem na Ribera de la Almadraba. Odebrałam, myśląc, Ŝe to mąŜ, który ze względu na pracę musiał zostać w Madrycie. Była to jednak Soledad. Chciała się ze mną zobaczyć. Mieszkała w schronisku młodzieŜowym w tym miasteczku i chciała spędzić ze mną kilka dni. Uderzył mnie w jej głosie ton, jakiego nigdy wcześniej nie słyszałam, jakby była... Nie wiem, zdenerwowana... Powiedziała, Ŝe pokłóciła się z ojcem i znowu uciekła z domu. Wiedziałam ojej ubiegłorocznej wyprawie do Gerony, choć tym razem wyglądało to duŜo powaŜniej. Zmartwiłam się, chciałam, Ŝeby to przemyślała, ale zdałam sobie sprawę, Ŝe nie oczekuje moich rad. PrzecieŜ nie dzwoniła do mnie tylko w tym celu, tylko po to, Ŝeby mnie zaprosić. Jej głos nie przestawał mnie niepokoić. Robiła wraŜenie bardzo przestraszonej... Spytałam, czy poza tym ma jakieś kłopoty. Wybuchnęła śmiechem. Ale śmiała się jakoś dziwnie, zapewniam pana... Tę część historii najtrudniej mi wyjaśnić... Jakby była przeraŜona, ale próbowała to tuszować. I to nie z powodu ojca... - ZniŜyła głos i rozejrzała się wokół. - Powiem panu, jak to wtedy odebrałam, choć ryzykuję, Ŝe mnie pan źle oceni: odniosłam wraŜenie, Ŝe przytrafiło się jej coś tutaj, w tym miasteczku. Poprosiłam o czas do zastanowienia i zadzwoniłam do męŜa. Jest dziennikarzem, nazywa się Pablo Barrera... Quiros pokiwał głową. W opowiadanej przez kobietę historii był to jedyny szczegół, który uwaŜał za waŜny. W końcu to właśnie ten fakt najbardziej martwił don Juliana. - Miał jeszcze jakieś sprawy do załatwienia w Madrycie, zmiana planów była dla niego bez znaczenia. Uznałam ten pomysł za dobry, przyjąwszy, Ŝe Soledad mnie potrzebuje. Umówiłyśmy się na spotkanie cztery dni później. Nie mam prawa jazdy, więc musiałam zaplanować podróŜ. Przyjechałam w wyznaczonym dniu, lecz w schronisku powiedziano mi, Ŝe Soledad wyjechała dwa dni temu. Nazajutrz po telefonie! Zaniemówiłam. Nie miałam nagranej Ŝadnej wiadomości. Mój mąŜ równieŜ. Nie mogłam do niej zadzwonić, nie ma komórki. Przez całą pierwszą noc, jak łatwo się domyślić, zastanawiałam się, jak mogła mi coś takiego zrobić. Ale następnego dnia powiedziałam sobie: „Nie, nie wyjechała. Nie wyjechałaby bez uprzedzenia. Musiało się stać coś złego”. Zadzwoniłam do jej ojca, telefon odebrał sekretarz. Upierałam się, Ŝe chcę rozmawiać z panem Olmosem; w końcu podszedł do telefonu. Nie dopuścił mnie jednak do głosu: nieprzyjemnym tonem oznajmił, Ŝe wie juŜ, iŜ córka uciekła z domu.

Poniosło mnie, przyznaję. Oświadczyłam, Ŝe jeśli nie zgłosi jej zaginięcia, zrobię to sama. I porozmawiam z męŜem, Ŝeby wiadomość ukazała się w prasie. Wtedy zmienił ton. „Lepiej nie mieszać do tego policji - powiedział. - Proszę pozostać tam, gdzie pani jest, przyślę kogoś do zbadania sprawy”. Tak właśnie zrobiłam: czekałam na pana. - Przerwała. Machnęła swoimi drobnymi dłońmi. - To wszystko. - Nie ma pani nic przeciwko temu, Ŝebyśmy zamówili kolację? - spytał Quiros niespodziewanie. - Wcześnie jadłem obiad i... - Jak najbardziej. Quiros zamówił zupę z owoców morza i rybę miecz. Za wszystko płacił don Julian, mógł więc sobie pozwolić na mały luksus. Kobieta poprosiła jedynie o drugi tonik. Kiedy kelner się oddalił, Quiros zsunął okulary i spojrzał sponad szkieł na kobietę. - Doskonale, proszę pani... Eee... Jestem wdzięczny... Ŝe mi pani to wszystko opowiedziała. Będę jej szukał. Proszę zostawić tę sprawę mnie i wracać do domu... a raczej do apartamentu nad morzem... Kobieta potrząsnęła głową. - Wolę zostać. W Ribera tylko bym się zamartwiała. Kiedy jestem tutaj, mam wraŜenie, Ŝe ona... Po prostu, Ŝe moŜe wrócić w kaŜdej chwili. - Nie musi pani... - Wiem, ale wolę zostać, dziękuję. Quiros spojrzał na kobietę. - Wspominała pani komuś o tym? - Tylko męŜowi. Prosiłam go naturalnie o dyskrecję. Ale uprzedzam, Ŝe jeśli do końca tygodnia nie dostanę Ŝadnych wiadomości o Soledad, zadzwonię na policję, niezaleŜnie od tego, co powie pan Olmos. Bardzo mnie to martwi - dodała z wyrazem przygnębienia na twarzy. - Nie ma powodu. Dziś młodzi mówią jedno, a jutro... - Nieprawda - zaprzeczyła kobieta, jej głos stał się twardszy. - Znam swoje uczennice, zwłaszcza Soledad. Nigdy by mi czegoś takiego nie zrobiła. - MoŜe zadzwoni do pani dzisiaj lub... - Minął juŜ prawie tydzień. Po co miałaby prosić, Ŝebym przyjechała, a zaraz potem wyjeŜdŜać? Quiros postanowił nie odpowiadać. Poza tym podano juŜ zupę. - Co pan zamierza? - Jutro popytam w schronisku.

- Mogę pójść z panem? Byłam tam juŜ, moŜe się na coś przydam... - Nie, proszę pani. - Quiros odłamał kawałek chleba. - Dziękuję. - Zapewniam, Ŝe nie będę przeszkadzać. Prawdę mówiąc, chciałabym... - Proszę pani. - Quiros nie krzyczał, podniósł tylko nieco głos, ale to wystarczyło, Ŝeby kobieta skamieniała, a brodacz i jego rudowłose towarzyszki, którzy na powrót zatopili się w grze w karty, odwrócili głowy. - Powiedziałem: nie. - Natychmiast jednak pomyślał, Ŝe zachowując się opryskliwie, nie postępuje prawidłowo. Nie powinien tracić cierpliwości, przynajmniej na początku. Wpatrywał się w dymiący talerz, szukając słów, które mogłyby złagodzić jego wybuch. - Powtarzam, niech pani to zostawi w moich rękach. Podniósł wzrok znad talerza i znieruchomiał. Po lewym policzku kobiety toczyła się wolno łza. - Proszę mi wybaczyć, ale... od zbyt wielu dni... czekam w tym mieście na to, Ŝe ona... - Próbowała się uśmiechnąć, osuszając twarz papierową serwetką. - Przepraszam. Jestem bardzo zdenerwowana. Ma pan rację: tylko bym przeszkadzała. To miło z pana strony, Ŝe mnie pan wysłuchał. Zostawię pana, Ŝeby pan mógł spokojnie zjeść. - Podniosła się i weszła do pensjonatu. Quiros się nie poruszył. Rozległ się krótki grzmot. Potem zaległa absolutna cisza. Kiedy kobieta zeszła na śniadanie, zastała Quirosa przy tym samym stoliku i w tej samej pozycji. Jedynie nowa koszula wskazywała na to, Ŝe musiał zajrzeć do swojego pokoju. Przed nim stała pusta filiŜanka i wylizany do czysta talerz. - Miałem do pani dzwonić - powiedział Quiros bez cienia uśmiechu. - Proszę spokojnie zjeść śniadanie. Poczekam na panią w recepcji. - Poczeka pan...? - Pojedziemy do schroniska. - PrzecieŜ powiedział pan, Ŝe... - Czekam w recepcji - powtórzył Quiros. W porannym powietrzu unosił się jakiś, zalatujący spalenizną, mineralny zapach. Piasek miał miedziany kolor odartego z izolacji kabla. Najwcześniej wstający wczasowicze usadowili się juŜ na plaŜy: jedno ciało, drugie; na brzuchu, na boku, na plecach; pod parasolami, na ręcznikach. - Wyglądają jak martwi - skomentowała Nieves Aguilar.

Quiros nie potwierdził. Widział śmierć niejednokrotnie i nie tak ona wyglądała. Nie potrafił jednak określić róŜnicy, między innymi dlatego, Ŝe nie zaleŜało mu na tym, Ŝeby ją nazwać. Tym razem kobieta miała na sobie ciemnoniebieski kostium z wyhaftowanymi na klapie Ŝakietu owieczkami. Włosy zebrała gumką. Od czasu do czasu dobiegał Quirosa jej głos. - Słyszał pan eksplozję? Nigdzie nie ma światła. Właścicielka pensjonatu twierdzi, Ŝe to z powodu przeciąŜenia przy próbnym włączeniu Ŝarówek... Mam na myśli te, które zwisają z latarni... W sobotę jest festyn. Mogły przepalić się wszystkie naraz! Szli wyłoŜoną płytkami promenadą. Po jednej stronie stłoczyły się błękitne domki, po drugiej piasek i fale. Na horyzoncie kołysała się Ŝaglówka. Przez jedną, osobliwą chwilę Quiros odniósł wraŜenie, Ŝe to ta sama Ŝaglówka, którą widział poprzedniego dnia, w niewiarygodny sposób uwięziona przez morze. PlaŜowicze takŜe robili wraŜenie uwięzionych. Przez piasek. Nic się nie poruszało. Jedynie jakiś pies biegał po brzegu. Był biały, ale nie był to Sen, nawet go nie przypominał. Quiros odsunął kopniakiem jakąś puszkę po napoju. Uderzyła o balustradę i wróciła potulnie, pobrzękując jak łańcuszek. Quiros kopnął ją w drugą stronę. Kobieta, idąc, patrzyła w górę. Quiros w dół. - To miasteczko jest Ŝałosne... Ma urokliwe miejsca, jak falochron czy tamta wieŜa, bardzo stara, z arabskich czasów. Ale reszta zrobiona jest pod turystów... Proszę spojrzeć na domy, które się tu buduje. Czysta spekulacja! Przypomina zwierzę, z którego zdarliśmy skórę, Ŝeby uszyć sobie futra. A te łodzie na piasku to tylko dekoracja. Najwyraźniej nie łowiono tu od czasów świętego Piotra. CóŜ, pragną nadać mu splendor wielkiego miasta, zachowując charakter wioski. Choćby to, co się stało z Ŝarówkami: mnóstwo świateł, ale w środku wszystko fałszywe. Doszli do skał, które kobieta nazwała „falochronem”. Wbijały się w morze jak kadłub przycumowanego statku. Mała dłoń, makieta dłoni właściwie, zatrzepotała przed oczami Quirosa. - Schronisko znajduje się w tamtym domu. Trzeba podejść pod górę. Kiedy kobieta milkła, zapadała niemal całkowita cisza. Quiros mógłby przysiąc, Ŝe nie szumiało nawet morze. - Proszę wybaczyć ciekawość. Jest pan prywatnym detektywem? - Tak - westchnął Quiros.

- Właściwie chciałam panu podziękować. Za to, Ŝe pozwolił mi pan sobie towarzyszyć. Mam nadzieję, Ŝe nie zrobił pan tego z powodu mojego wczorajszego popisu... Zachowałam się głupio, przykro mi. Quirosowi przeszło nagle przez myśl, Ŝe minie wieczność, zanim dotrą do schroniska. I to nie dlatego, Ŝe towarzystwo kobiety okazało się męczące; wręcz przeciwnie. Chodziło raczej o jego wagę i wiek, o jakieś nieokreślone bliŜej prawo fizyczne spowalniające jego kroki. Schronisko nie mogło się poszczycić Ŝadnym szyldem. Jego fasada była jedną wielką eksplozją aerozolowych rysunków. Młodzi ludzie płci obojga leŜeli na trawniku lub siedzieli na schodach przed wejściem. Wewnątrz było gorąco, mimo Ŝe tylne drzwi były otwarte; pachniało spalenizną. Ściany były brudne, ale ozdobiono je portretami sennie wyglądających postaci i harmonijnymi zdjęciami młodych ludzi, prawdopodobnie byłych gości. - Michigan! - Dziewczyna, która wyłoniła się z bocznych drzwi lub zza kontuaru (Quiros nie zauwaŜył, kiedy się zjawiła) miała niski, męski głos. Zwarta, szara kula przeciągnęła się miękko w kącie i otworzyła radioaktywne kamienie oczu, mrucząc jednocześnie. - Niedobry Michi, niedobry. - Szukam kogoś - powiedział Quiros i pokazał zdjęcie. Dziewczyna nie odpowiedziała. Nawet nie spojrzała. Wyszła zza kontuaru, podnosząc blat i przeszła przez hall. Gdy się pochyliła, jej bardzo długie, kasztanowe włosy zasłoniły całą postać, ale kiedy się wyprostowała, dźwigała jeszcze więcej włosów w postaci szarego, miękkiego frędzla, który tuliła do twarzy. Kot otworzył trójkątny pyszczek i ziewnął. - Michi, Michi - zaszczebiotała Nieves Aguilar, kierując się ku nim. - AleŜ on jest gruby! - Przytył. Wykastrowaliśmy go. Musieliśmy. - W kaŜdym razie tak zrozumiał Quiros. Dziewczyna odzywała się niechętnie. Jej koszulka była biała jak mydlana piana. A stopy bose. Znikła za drzwiami i wróciła bez kota. - Nie ma światła - powiedziała. - Boi się. - Nic dziwnego. Biedactwo - stwierdziła kobieta. Quiros ponowił próbę. Pokazał zdjęcie. Czekał. - To Marisol - powiedziała dziewczyna, odsuwając cięŜką zasłonę włosów. Quiros skorygował. - Soledad? Czy ja wiem? - zachichotała. - Ja nazywałam ją Marisol. - Kiedy wyjechała? - Jakiś... tydzień temu. Nie wiem, nie zapisujemy. Tak to funkcjonuje. PrzyjeŜdŜają, płacą za czas pobytu, ale niedokładnie. I wyjeŜdŜają tak jakoś mniej więcej.

Quiros nie potrafił wypełnić luk tej ezoterycznej wypowiedzi. Kobieta jednak wydawała się rozumieć ją doskonale, coraz to kiwała bowiem głową, a nawet wtrącała komentarze: - Wyjaśnił mi juŜ to wszystko twój kolega, kiedy byłam tu poprzednio. - Dziewczyna wydała dźwięk przypominający solidne charknięcie, jakby zaraz miała splunąć, Quiros wydedukował jednak, Ŝe musiało to być jakieś imię, poniewaŜ kobieta dodała: - Tak, Igg. - A więc - spróbował podsumować Quiros - ludzie wyjeŜdŜają stąd bez uprzedzenia. A skąd wiecie, Ŝe wyjeŜdŜają? - Zawiadamiają. Zostawiają klucze. - A jak było z Soledad? Czy teŜ Marisol? - Nie wiem. To nie ja. Mnie wtedy nie było. Był... - Ponownie próbowała splunąć. - Igg widział, jak wyjeŜdŜała - powiedziała kobieta. - A kto to jest ten...? - Quiros postarał się zacharczeć jak one. - Mój chłopak - wyjaśniła dziewczyna. - ZałoŜył to. - Właściciel? - Nie. Tu nie ma właścicieli. Jest wszystkich. Quiros wyczuwał, Ŝe dziewczyna nim gardzi. A moŜe tylko odwzajemniała pogardę, jaką on odczuwał w stosunku do niej. - Tak więc twój chłopak widział, jak wyjeŜdŜa. Nie powiedziała, oczywiście, dokąd się udaje... Mógłbym z nim porozmawiać? - Teraz nie. Śpi. Zawsze o tej porze. Nie moŜe pan. - Tylko minutkę - nalegał Quiros. - Nie i juŜ. Przez chwilę patrzyli na siebie. Dziewczyna ujęła się pod boki, stojąc zapewne na szeroko rozstawionych nogach, czego zza kontuaru nie mógł dojrzeć. Na jej twarzy, od oczu w dół, rozciągała się czerwonawa maseczka, najprawdopodobniej skutek alergii na słońce. Miała ostre rysy, trójkątną brodę i złamany nos, jakby nawykły do otrzymywania ciosów. - Są śliczne. - Głos Nieves Aguilar, który dobiegał gdzieś zza pleców Quirosa, miał dar ujarzmiania ciszy. - Obrazy. - Mojego brata, Luisa. Ja nazywam się Belen Blasco. - Bardzo mi miło - powiedziała Nieves Aguilar. - Twój brat jest malarzem? - Był. Zginął. Na motorze, ftj’;.?.<;’:L > o - Przykro mi. - Dawno temu.

Za plecami dziewczyny wisiała krzywo skrzyneczka na klucze. Do kluczy, zamiast zawieszek, przymocowano pluszowe zwierzątka. Było to mikroskopijne pomieszczenie. Na poddaszu. Jedyne, jakie znajdowało się na poddaszu. Prawie nikt go nie brał, powiedziała dziewczyna, poniewaŜ w schronisku większym powodzeniem cieszyły się pokoje wieloosobowe, ale Soledad poprosiła wyraźnie o jedynkę. Od jej wyjazdu nikt tu nie mieszkał, więc dziewczyna zgodziła się, Ŝeby Quiros go obejrzał. Quiros ograniczył się do rzucenia okiem pod łóŜko i pod materac, oraz do otwarcia drzwi maleńkiej szafy i szuflady nocnej szafki, na której stał brudny plastikowy kwiat. Niewiele znalazł poza kurzem. Tapeta poodrywana była od przypodłogowych listew. Na ścianach widniały wydrapane daty i imiona. Nic nie miało związku z dziewczyną. Przyjrzał się łóŜku. Było małe, z wygniecionym materacem, który wyglądał, jakby krył w sobie zdeformowane ciało, krył jednak tylko zdeformowane druty. Przyszedł mu na myśl człowiek, którego zabił w podobnym łóŜku. Nazywał się Bronconte. Facet miał zwyczaj ubierać się w damskie łaszki, bo, jak twierdził, tylko w ten sposób mógł go posiąść duch matki. Ale to dziwactwo mu nie wystarczyło: pieprzył się teŜ z inną kobietą, mniej fantasmagoryczną, stanowiącą wyłączną własność jednego z wielkich panów Quirosa. Bronconte ukrywał się w jednym z obskurnych moteli na prowincji. Quiros wszedł do pokoju, kiedy tamten spał. Zadanie nie było trudne: Bronconte chrapał, Quirosowi wystarczyło uciszyć jego pochrapywania majtkami kobiety swojego klienta, zgodnie z Ŝyczeniem tego ostatniego. Pamiętał doskonale wąskie łóŜko, a nawet plastikowy kwiat na nocnym stoliku: łudząco przypominały wystrój tego pokoju. Kobieta i dziewczyna sprawiały wraŜenie, jakby przyjaźniły się przez całe Ŝycie. Kiedy Quiros przeszukiwał pokój, nie przerywały rozmowy. Kobieta spytała: - Nie skończył pan jeszcze? Poczekam na dole. Quiros poszedł za nią, ale zatrzymał się na drugim piętrze. Powiedziano mu, Ŝe łazienka jest wspólna; postanowił ją zobaczyć. Ruszył okaleczonym napisami i rysunkami ciemnym korytarzem. MoŜe nie do końca ciemnym: niektóre półotwarte drzwi cięły mrok jak laserowe promienie w filmach, jakich Quiros nie oglądał juŜ od dawna. Przez szpary widział gołe stopy, nogi, uda, suszące się bikini. Słyszał chrapanie. Tutaj wstawano późno, były wakacje, oni byli młodzi; mogli spać, ile dusza zapragnie. Ten świat przypomina świat bogaczy, pomyślał Quiros: naleŜy do ich dzieci, ale istnieją w nim te same sprzeczności i tajemnice. PrzyjeŜdŜają tu, Ŝeby... śeby co? śeby spać na powygniatanych materacach o poskręcanych drutach. śeby oddychać siarką. Doznać

spustoszeń spowodowanych upałem i kontaktami fizycznymi. Dzieci bogaczy Ŝyją w tym, finansowanym przez rodziców podziemiu, utylizując ojcowskie odpady do czasu, aŜ wiek pozwoli im samodzielnie latać i zamieszkać w klimatyzowanych, luksusowych mansardach. Drzwi do łazienki były zaklinowane, ale pokonał je jednym pchnięciem. Zastał w niej Chrystusa w koronie cierniowej, palącego skręta. Kolejny plakat przedstawiał jakieś martwe stworzenie, być moŜe łasicę, i kogoś, kto szykował się do zdarcia z niej skóry. „Do czego mogą nas doprowadzić atomy”, głosił napis na innym, który prezentował zwykłe rysunki: puszki dwukolorowych kiełbasek, zmutowane zwierzęta, ludzi z zielonymi antenkami na głowach. Światła nie było, ale przez matowe szyby okna docierała naturalna poświata. Poza tym była to dość czysta łazienka, wyposaŜona w maleńki prysznic. Wrócił na schody. Na półpiętrze wychylił się przez okno i przyjrzał konturom miasteczka, ciemnym górom, motocyklom zaparkowanym przy schronisku i grupie młodych ludzi na patio na tyłach domu, siedzących naprzeciw siebie na dwóch niskich murkach. Zsunął ciemne okulary, zszedł po ostatnich schodkach i wyszedł drzwiami od podwórka. Młodzi nie poruszyli się. - Szukam tej dziewczyny. Zatrzymała się tutaj. Czy ktoś ją pamięta? Znaliście ją? - Najpierw przesunął zdjęcie pod spojrzeniami grupy siedzącej po prawej stronie, potem tej z lewej. Młodzi ludzie byli bladzi i milczący. Palili. Quiros zauwaŜył, Ŝe próbują zamaskować swój młody wiek za pomocą róŜnych akcesoriów: skórzanych naszyjników, łańcuchów, glanów i tatuaŜy. Podejrzewał, Ŝe znajduje się wśród nich półgłówek, który zamazał swastykami tablicę przy szosie, ale wolał pominąć ten szczegół. - Nikt jej nie zna? Nikt jej nie widział? - Była tutaj - powiedział jeden. - I wyjechała - dodał inny. - Ktoś z nią rozmawiał? - nalegał Quiros. Wydawało się, Ŝe właścicielka pomarańczowych włosów chce coś powiedzieć, ale zamiast tego pokazała jedynie przebity ćwiekiem język. Fotografia została przesunięta przed dziewczyną o niespotykanej urodzie i zatrzymała przed chłopakiem o zmierzwionych, ciemnych włosach. Zajmował ostatnie miejsce po lewej stronie, na nim wyczerpywały się moŜliwości. Wyglądał na najmłodszego z całej paczki. Wziął zdjęcie, ale nie spojrzał na nie. Patrzył na Quirosa. Uśmiechnął się. - AleŜ ty wyglądasz, chłopie! Jesteś gliną? - Jest Ŝołnierzem, Borja - rzucił jakiś łysy. - Jak twój ojciec.

- Spadaj, Chester. - Ta dziewczyna zaginęła - powiedział Quiros, zabierając zdjęcie. - Poszukuje jej rodzina. - Usłyszał, jak ktoś pyta o nagrodę. Mówił dalej, ignorując śmiech. - Jeśli ktoś ją pamięta... I zechce mi o tym opowiedzieć... Mieszkam w pensjonacie przy plaŜy. Nazywam się Quiros. - PoŜyczysz mi na chwilę kapelusz, Quiros? - spytał Borja. - Nie - odpowiedział. Chłopak stał, opierając się o murek łokciami, co wcale mu nie przeszkadzało sięgać ręką do uda Najpiękniejszej Dziewczyny Świata. Quirosowi przyszła do głowy myśl, Ŝe specjalnie kupił o dwa numery za małą kamizelkę, Ŝeby widać było jego bicepsy. Przypuszczał, Ŝe jest swego rodzaju liderem, a dziewczyna stanowi jego łup. - No, poŜycz... - Nie. - Cholera, tylko spójrzcie! - Obrócił się, kiwając. Próbował włoŜyć kapelusz chłopakowi, który wspomniał o jego ojcu. - Wiesz co, chłopie? Nie powiedziałbyś nam, co jadasz? Wtedy Chester mógłby jeść to samo, Ŝeby urosła mu głowa. - Chłopak jednym ruchem zrzucił nakrycie głowy. Quiros uśmiechnął się pobłaŜliwie. Nie lubił, kiedy dotykano jego kapelusza, ale lubił, kiedy młodzi się śmiali. Jeszcze chwilę temu wydawali mu się martwi, teraz tryskali energią. Quiros bardziej lubił Ŝycie niŜ śmierć. Taki był Quiros. Chłopak odzyskał kapelusz i próbował ukoronować nim swoją dziewczynę, która podniosła się na tę okazję. Broniła się. „Uspokój się, Borja. Odczep się, głupku”. W końcu został z kapeluszem w ręce. Przyglądał mu się jak czemuś odraŜającemu i przyjemnemu jednocześnie, szkodliwemu i zarazem niegroźnemu. - Po co ci kapelusz? JuŜ się ich nie nosi. Rzucił nim w powietrze, jak monetą. Quiros zobaczył, jak kapelusz spada kilka metrów dalej. Kiedy pochylał się, Ŝeby go podnieść, jakiś inny głos dobiegł go od strony drzwi: - Szukałam pana. Skończył pan? Idziemy? Kiedy się oddalali, chłopak odezwał się raz jeszcze. Tym razem było to coś, co dotyczyło kobiety, jakaś sugestia, Ŝe pewnie są parą, a on przygniata ją swoją masą, kiedy idą do łóŜka. Quiros zatrzymał się, wrócił na podwórko i podszedł do chłopaka. - Nie zaczepiaj kobiet, Borja - poradził mu.

Potem dołączył do kobiety, która czekała w schronisku. - Po co pan to zrobił? - spytała z nutką niedowierzania. - Co? - Dlaczego go pan uderzył? Tego chłopca. W kamizelce. Quiros nie odpowiedział. Zeszli powoli zboczem w kierunku połyskującego morza. Kobieta patrzyła na Quirosa. Kiedy szli wzdłuŜ plaŜy, wiatr smagał ją po policzkach, ale ona nadal odwracała twarz w jego stronę. - Uderzył go pan w brzuch! - Dałem mu prztyczka. - Wskazującym palcem i kciukiem pstryknął w powietrzu. - Takie prztyczki dostawałem w dzieciństwie za to, Ŝe nie powiedziałem „dzień dobry”. Kobieta poczerwieniała. Spokój Quirosa najwyraźniej ją rozdraŜnił. - To tylko chłopiec. śartował... Jest pan potworem! Za sprawą nieznanej siły Ŝarówki zwisające z latarni zapłonęły światłem. W górze zakwiliły mewy. Kobieta na nie spojrzała, Quiros nie. O morzu mówi się wiele głupstw. Mówi się, na przykład, Ŝe udziela schronienia karawelom o cienkich wręgach (z nieczytelną nazwą na burcie, figurą nimfy o pomarańczowych włosach i kajutami, w których tkwią pochylone szkielety, odmłodzone przez wieczność), posągom bogiń, białych dziewic bez ramion i oczu, które czasem zostają uratowane od zapomnienia, a takŜe złowrogim, jednookim potworom. Mówi się, Ŝe pod dachem z fal, planktonu, alg i ropy naftowej, w głębinie, w którą opaść mogą jedynie najcięŜsze z ciał i gdzie oddychać potrafią tylko duchy ryb, tam, dokąd światło dociera juŜ postarzałe, jakby przedarło się tu przez ruchomy, modry świetlik, spoczywają sekrety, które mogłyby zrewolucjonizować ludzką wiedzę. Kto wie... Czy ktokolwiek zajrzał do tych otchłani lub otarł się o nie choćby w wyobraźni? śadne oko nie ujrzy nigdy tych głębi, bardziej odległych niŜ gwiazdy, w których być moŜe pląsają jedynie syreny o miedzianych włosach. W syreny Quiros wierzył, i owszem. Właśnie przed chwilą widział trzy z nich wychodzące z wody. Najstarsza rudowłosa syrena niosła maskę do nurkowania, średnia rurkę do oddychania, najmłodsza - niebieskie płetwy. Za nimi podąŜał brodacz, zadowolony, opalony, jakby tylko on potrzebował tych przedmiotów, a one nurkowały bez niczego, przyobleczone jedynie w bąbelki, z czerwonymi włosami falującymi wśród ciemnego błękitu. Swoim pojawieniem się na tarasie wywołali sporo zamieszania, brodacz wykrzyknął niezrozumiale: „sangria!”, gdy tymczasem najstarsza rudowłosa kobieta wysypywała na stolik

łup złoŜony z muszli, alg i mięczaków. Zaraz potem przystąpili do gry w karty, zastępując Ŝetony muszlami i rzucając odŜywki w języku przypominającym niemiecki. Quiros obserwował ich, jedząc krewetki. Obierał je grupami, po trzy, dwie przytrzymując w dłoni, podczas gdy wyłuskiwał trzecią. Krewetki czekały w rzędzie na talerzu, zahaczone o siebie nawzajem - gładkie ciałka pod mizernymi pancerzykami. Quiros nie wykazywał się zbytnią zręcznością, moŜe z braku wprawy, a moŜe dlatego, Ŝe właśnie w tym momencie dzwonił do Pilar, ramieniem przyciskając do ucha telefon. Nikt nie odbierał. Postanowił zostawić wiadomość. - Wyobraź sobie, Pili... Siedzę na tarasie restauracji, w słońcu i patrząc na morze, jem najlepsze krewetki w Ŝyciu. Mam nadzieję, Ŝe w Madrycie nie jest zbyt gorąco... Zresztą, w twoim domu zawsze jest chłodno, bo zamykasz Ŝaluzje... Gdzie się podziewasz? Pewnie jedno z dzieci zabrało cię na weekend do siebie. Cieszę się. Wbił zęby w gładki, mięsisty półksięŜyc. Rogaty i róŜowy. Nie znał się na łowieniu, ale o ile sobie przypominał, krewetki mogą równieŜ słuŜyć jako przynęta. Kiedy zamordował Casellę na brzegu rzeki, zwrócił uwagę na koszyk pełen krewetek. - Nie wiem, kiedy wrócę. Mam jeszcze kilka spraw do załatwienia. Zostawiam wiadomość, Ŝebyś się nie martwiła. Zawsze się zamartwiasz. Czuję się bosko, naprawdę... Nareszcie znów ją zobaczył. Ciemnowłosą kelnerkę. Koszulkę z napisem „Roquedal” zmieniła na inną, pomarańczową, ale nadal miała na sobie króciutkie dŜinsy i maleńkie kluczyki, które podzwaniały jej wokół kostki. Kręciła się tu i tam, obsługując taras zaniedbany przez pryszczatego wyrostka, który przyłączył się do kręgu gapiów obserwujących graczy. Kibicowali brodaczowi, który najwyraźniej wygrywał. Starsza rudowłosa roześmiała się w głos, kiedy pokazała kolejną kartę. W jej brodzie lśnił piercing. Piskliwy sygnał uświadomił Quirosowi, Ŝe skończyła się taśma. Wyłączył się i zadzwonił ponownie. Zjadł kolejną krewetkę. - Zapomniałem ci powiedzieć, Pili... Miałbym ochotę wyłuskać cię jak te krewetki. Pomiętosić tak, jak lubisz. A ja wiem, co lubisz... - Najmłodsza z rudowłosych kobiet wstała. Quiros patrzył, jak kupuje papierosy w automacie przy drzwiach pensjonatu. Kiedy nachyliła się, Ŝeby wyjąć paczkę, majteczki od bikini naciągnęły się, a na pośladkach pokazała się odciśnięta róŜowa siateczka wiklinowego krzesła. - Twoje pulchne ciało... Miałbym ochotę... - Nagle wyczerpały mu się pomysły. Postanowił się rozłączyć. Ruda dziewczyna wróciła na miejsce i sprawdzała swoje karty. Jej włosy przypominały szopę z czerwonej gliny, na którą

spadła rzęsista ulewa. Niezłą minę zrobi Pilar, kiedy odsłucha ostatnią wiadomość, pomyślał Quiros. Pilar była pięćdziesięcioletnią wdową, która mieszkała w sąsiedztwie. Od prawie roku byli ze sobą. Quirosowi podobały się jej otwarte jak wrota oczy i pełne ciało, juŜ nie umięśnione, ale jeszcze nie kościste, nadal miłe w dotyku, dające ustom wygodną pieszczotę. Lubił zwłaszcza sposób, w jaki miękła w odpowiedzi na jego poŜądanie, kiedy jej oczy przymykały się jak muszle, a policzki pąsowiały, jakby coś w niej pękało i rozlewało się w środku. Uwielbiała świętych i msze, ale Quirosa równieŜ. A to juŜ mówi samo za siebie, zwaŜywszy, Ŝe Quiros, świadom, Ŝe nie grzeszy urodą ani nie śmierdzi groszem, uznał niemal za cud, Ŝe jakaś kobieta zgodziła się dzielić z nim Ŝycie. Pilar twierdziła, Ŝe to, co robią razem, jest złe i odpokutują za to w czyśćcu. Taka ewentualność wcale go nie martwiła: przywykł płacić za swoje grzechy, nie musiał od razu umierać. A Pilar nadal mu się podobała. Na miarę jego moŜliwości, a w tym wieku były one raczej skromne. To znaczy, nie szalał z namiętności, choć podejrzewał, Ŝe ona dawała się jej porwać. A moŜe teŜ nie. Miłość, jak powiedział mu kiedyś jeden z wielkich panów, w miarę upływu lat gości w coraz to innych pokojach: zaczyna od sypialni, przechodzi do jadalni i prawie zawsze kończy w łazience. Ich miłość zadomowiła się w jadalni. Pilar przede wszystkim potrafiła wspaniale gotować. W szyciu teŜ by jej nikt nie dorównał, moŜe poza niektórymi staruszkami i kilkoma męŜczyznami. Przy niej Quiros odczuwał coś, co przypominało lustrzane odbicie szczęścia. Resztą była Marta, ale o Marcie nie chciał myśleć. Niezłą minę zrobi, pomyślał. Lubił ją zawstydzać. RozłoŜono parasole, pomarańczowe berety rysujące na ziemi błękitne kręgi; brodacz i rude kobiety nadal przebijali się kartami i wybuchami śmiechu. Quiros obrał ostatnią krewetkę, i podczas gdy przeŜuwał, zdecydował, Ŝe zje obiad w środku, na tarasie zaczynało bowiem powoli praŜyć słońce. Kobieta zjawiła się, kiedy kończył ryŜ. Przebrała się: miała teraz róŜowy grzebień we włosach i zapinaną białą bluzkę bez rękawów. - Ładnie wygląda ta paella. - Całkiem niezła. Mogę pani zamówić... - Dziękuję. - Kobieta przybrała surowy wyraz twarzy, jakby chciała podkreślić, Ŝe zamierza poruszyć duŜo waŜniejszy temat. Na jej szyi błyszczał mały, pozłacany krzyŜyk. - Przede wszystkim, chciałam przeprosić za to, Ŝe obraziłam pana dziś rano. Nie powinnam