wotson

  • Dokumenty43 372
  • Odsłony1 953 105
  • Obserwuję1 346
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 376 546

Juan Gomez-Jurado - Kontrakt z bogiem

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :2.5 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
J

Juan Gomez-Jurado - Kontrakt z bogiem.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion J Juan Gomez-Jurado
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 17 osób, 17 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 246 stron)

Na jordańską pustynię przybywa wyprawa archeologiczna finansowana przez tajemniczego amerykańskiego multimilionera. Jej celem jest odnalezienie Arki Przymierza ukrytej tam przed wiekami. Wydaje się, że daremne dotąd poszukiwania wreszcie zakończą się sukcesem, ponieważ członkowie ekspedycji mają wskazówki, którymi wcześniej nikt nie dysponował. Ekipie archeologów towarzyszy hiszpańska dziennikarka, Andrea Otero, która spodziewa się napisać sensacyjny reportaż, ojciec Anthony Fowler, były agent CIA, obecnie wysłannik tajnych służb Watykanu, wysłanniczka Mosadu i ktoś, kogo działania od początku zmuszają wszystkich do zachowania czujności... Doskonała, przełożona na 42 języki powieść autora Szpiega Boga.

Juan Gómez-Jurado KONTRAKT Z BOGIEM Z języka hiszpańskiego przełożyła: Danuta Kałuża Tytuł oryginału: CONTRATO CON DIOS

Dla moich rodziców, którzy przed bombami chronili się pod stoły.

KREACJA WROGA Rozpoczyna na białym płótnie Szkicuje na nim zarysy mężczyzn, kobiet i dzieci Zanurza pędzel w studni twojej ciemności Maluje na twarzy twojego wroga chciwość, nienawiść i okrucieństwo których nie ważysz się uznać za własne Osłabia wszelkie oznaki życzliwości na jego twarzy Wymazuje pozostałości miłosnych spojrzeń, nadziei i strachu które tkwią w kalejdoskopie jego bezmiernego serca Zniekształca jego uśmiech w okrutny grymas Zdziera ciało z jego kości aż pozostanie abstrakcyjny szkielet śmierci Wyolbrzymia każdą ludzką cechę aż przeobrazi go w bestię, zwierzę, robaka Wypełnia tło płótna demonami i złymi duchami które się żywią naszymi odwiecznymi koszmarami Gdy twój obraz jest już gotowy będziesz mógł zabić ich bez winy i rozszarpać bez poczucia wstydu To co zniszczyłeś jest po prostu wrogiem twojego Boga Faces of the Enemy, Sam Keen

Jam jest Pan, Bóg twój Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną Nie będziesz brał imienia Boga twego nadaremno Pamiętaj, abyś dzień Szabatu święcił Czcij ojca swego i matkę swoją Nie morduj Nie cudzołóż Nie kradnij Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu Nie pożądaj domu bliźniego swego

PROLOG SZPITAL DZIECIĘCY AM SPIEGELGRUND, WIEDEŃ LUTY 1943 ROKU Przechodząc pod powiewającą, nad drzwiami szpitala wielkąflagą ze swastyką, kobieta nie zdołała pohamować dreszczu. Jej towarzysz źle zinterpretował gest i przyciągnął ją do siebie, żeby ogrzać. Lekki płaszcz, który miała na sobie, nie chronił jej przed przenikliwym popołudniowym wiatrem zapowiadającym śnieżycę. - Odilio, włóż moją kurtkę - powiedział, próbując drżącymi palcami rozpiąć okrycie. Wysunęła się z jego objęć i jeszcze mocniej przytuliła do piersi paczkę. Dziesięć kilometrów brodzenia w śniegu zupełnie ją wyczerpało i przemroziło. Trzy lata wcześniej przemierzyłaby tę drogę w swoim daimlerze z szoferem otulona futrem z norek. Jednak jej samochód woził obecnie jakiegoś brigade-führera, a futro wieczorami w loży teatralnej okrywało wypudrowaną nazistkę. Trzykrotnie nacisnęła mocno guzik dzwonka i dopiero wtedy rzekła: - Josefie, nie drżę z zimna. Jeszcze mamy czas zawrócić. Jeżeli nie zdążymy w porę... Mąż nie zdążył odpowiedzieć, gdyż uśmiechnięta pielęgniarka otworzyła drzwi szpitala. Mina jej zrzedła, kiedy uważnie przyjrzała się przybyłym. Przez tyle lat życia w reżimie nazistowskim nauczyła się rozpoznawać Żyda na pierwszy rzut oka.

- Czego chcą? Kobieta zmusiła się, by przywołać uśmiech na swą zgorzkniałą twarz, przyszło jej to jednak z ogromnym trudem. - Przyszliśmy do doktora Grausa. - Są umówieni? - Doktor powiedział, że nas przyjmie. - Nazwisko? - Josefi Odilia Cohen. Pielęgniarka zrobiła krok do tyłu, gdy nazwisko potwierdziło jej podejrzenia. - Robią sobie ze mnie żarty? Nie są umówieni. Niech stąd odejdą. Niech wracają do nory, z której wypełzli. Wiedzą, że nie mogą tutaj przebywać. - Proszę. Mój syn jest tam, w środku. Proszę. Słowa odbiły się od drzwi, które pielęgniarka zatrzasnęła im brutalnie przed nosem. Josefi jego żona spojrzeli z rozpaczą na fasadę szpitala nie do zdobycia. Kobieta zachwiała się z wyczerpania i bezsilności, a jemu udało się ją podtrzymać, by nie runęła na ziemię. - Chodź, spróbujemy znaleźć inne wejście. Poszli wzdłuż budynku i w chwili gdy mijali róg, Josef pociągnął żonę do tyłu. Właśnie ktoś otworzył jedne z drzwi - mężczyzna odziany w gruby płaszcz z trudem pchał wózek pełen śmieci. Przyklejeni do ściany Josef i Odilia prześliznęli się ku uchylonym drzwiom, podczas gdy mężczyzna oddalał się od szpitala. W środku stwierdzili, że trafili na wejście służbowe prowadzące do labiryntu korytarzy i schodów. Po drodze słyszeli stłumione ciche szlochania, jakby nie z tego świata. Kobieta nastawiła uszu, nasłuchując płaczu syna, lecz na próżno. Obeszli cały szpital, nie spotykając żywego ducha. Josef przyśpieszył kroku, żeby nadążyć za żoną, którą instynkt pchał korytarzami naprzód, tak że zwalniała jedynie na zakrętach. Dotarli do mrocznego skrzydła w kształcie litery „L” pełnego dzieci w łóżkach. Wiele z nich, przywiązanych pasami do wezgłowi, szlochało jak zmoknięte kundle. Cierpki zapach unosił się w nagrzanym powietrzu. Kobieta zaczęła się pocić i poczuła kłucie w stawach na skutek ciepła rozgrzewającego jej ciało, ale nie zwracała na to uwagi. Wodziła wzrokiem od łóżka do łóżka, od jednej twarzy do drugiej, ze strachem wypatrując rysów syna. - Doktorze Graus, tutaj jest karta informacyjna. Słysząc nazwisko lekarza, którego szukali, Josefz żoną wymienili spojrzenia. Od tego człowieka zależało życie ich syna. Przebyli szybko korytarz i zobaczyli grupkę ludzi przy jednej z prycz. Na brzegu łóżka dziewczynki w wieku około dziewięciu lat siedział przystojny młody człowiek w fartuchu. Towarzyszyła mu starsza pielęgniarka trzymająca tacę z narzędziami oraz lekarz w średnim wieku, który ze znudzeniem robił zapiski. - Doktorze Graus... - powiedziała Odilia, zdobywając się na odwagę, i podeszła bliżej. Młodzieniec z irytacją machnął otwartą dłonią w kierunku pielęgniarki, nie odwracając wzroku od tego, co robił. - Nie teraz! Pielęgniarka i drugi lekarz spojrzeli na Cohenów zaskoczeni, lecz zachowali milczenie. Odilia zerknęła na tamto łóżko i ugryzła się w język, żeby nie krzyknąć. Dziewczynka wyglądała na nieprzytomną i była blada jak prześcieradło. Graus przytrzymywał jej rękę nad metalowym naczyniem, robiąc na niej małe nacięcia skalpelem. Na skórze nie było już wolnego od ran miejsca. Krew sączyła się powoli, wypełniając naczynie. W końcu głowa dziewczynki opadła na bok. Graus beznamiętnie przyłożył jej do szyi dwa długie smukłe palce.

- Dobrze, puls nie jest wyczuwalny. Która godzina, doktorze Stroebel? - Szósta trzydzieści sześć. - Prawie dziewięćdziesiąt trzy minuty. Wspaniale! Pomimo niskiego poziomu świadomości pacjentka zadziwiająco długo wytrzymała, zachowując przytomność, bez jakichkolwiek oznak bólu. Stroebel, mieszanka laudanum i stramonium bez wątpienia jest najlepsza z tego, cośmy do tej pory wypróbowali. Gratulacje. Proszę przygotować denatkę do sekcji. - Dziękuję, herr doktor. Już się robi. Dopiero wtedy lekarz odwrócił się do Josefa i Odilii. W jego oczach widniała mieszanka zdenerwowania i odrazy. - Kim państwo są? Kobieta zrobiła krok naprzód i stanęła przy łóżku, starając się nie patrzeć na to, co się na nim znajdowało. - Panie doktorze, nazywam się Odilia Cohen. Jestem matką Konrada Cohena. Lekarz zimno spojrzał najpierw na nią, potem na pielęgniarkę. - Frdulein Ulrike, proszę wyprowadzić stąd tych Żydów. Pielęgniarka stanęła pomiędzy Odilią a doktorem, chwyciła ją za łokieć i brutalnie popchnęła. Josef rzucił się żonie z pomocą i zaczął się mocować z grubą kobietą. Przez chwilę tworzyli dziwne tańczące trio przepychające się w różnych kierunkach, lecz nie przesuwające się w żadnym. Twarz fraulein Ulrike poczerwieniała z wysiłku. - Panie doktorze, jestem pewna, że to pomyłka - wystękała Odilia, próbując oswobodzić szyję z grubych ramion pielęgniarki. - Mój syn nie ma żadnej choroby psychicznej. Wydostała się w końcu z rąk pielęgniarki i podeszła do lekarza. - To prawda, że odkąd straciliśmy dom, prawie się nie odzywa, ale nie oszalał. Znalazł się tutaj przez pomyłkę. Proszę. Jeżeli pan go wypisze, ja... Pozwoli pan, że mu ofiaruję ostatnią rzecz, która nam została. Położyła paczkę na łóżku, starając się nie dotknąć zwłok, i rozwinęła gazety, w które była owinięta. W półmroku pomieszczenia ściany rozświetlił złoty blask. - Panie doktorze, ona od wielu pokoleń jest w rodzinie mojego męża. Wolałabym umrzeć, niż się z nią rozstać. Ale mój syn, mój syn... Rozpłakała się i padła na kolana. Młody lekarz jakby tego nie zauważył, zapatrzył się bowiem w leżący na pościeli przedmiot. Niemniej otworzył usta i wymówił kilka słów, które rozwiały wszelkie nadzieje Cohenów: - Państwa syn nie żyje. Proszę stąd odejść. Gdy na ulicy owiało ją mroźne powietrze, kobieta oprzytomniała. Przytuliła się do męża i zaczęła iść szybkim marszem, świadoma bardziej niż kiedykolwiek tego, co jej pozostało. Myślała jedynie o tym, aby wrócić na czas do swojego drugiego synka czekającego na nich na drugim krańcu miasta. - Szybciej, Josefie. Szybciej. I sama coraz prędzej szła po śniegu. W szpitalu doktor Graus w swoim gabinecie z nieobecnym wyrazem twarzy odwiesił słuchawkę telefonu, gładząc palcami ten dziwny przedmiot. Nawet nie spojrzał przez okno, gdy kilka minut później dotarł do jego uszu dźwięk syreny samochodów SS. Jego asystent rzucił jakiś

komentarz na temat zbiegłych Żydów, jednakże Graus nie zwrócił na to uwagi. Całkowicie pochłaniało go obmyślanie operacji młodego Cohena.

DRAMATIS PERSONAE DUCHOWNI Anthony Fowler, podwójny agent CIA oraz Świętego Przymierza. Amerykanin. Ojciec Albert, były haker. Analityk systemów w CIA oraz łącznik z dyplomacją watykańską. Amerykanin. ZAKONNICY Brat Cezary, dominikanin. Konserwator Krypty Relikwii w Watykanie. Włoch. KORPUS STRAŻY PAŃSTWA MIASTA WATYKAŃSKIEGO (Corpo di Vigilanza dello Stato della Cittá del Vaticano) Camilo Cirin, inspektor generalny. Potajemnie jest g ł o w ą Świętego Przymierza, służby szpiegowskiej Watykanu. CYWILE Andrea Otero, dziennikarka „El Globo”. Hiszpanka. Raymond Kayn, multimilioner, właściciel holdingu. Narodowość nieznana. Jacob Russell, asystent i osobisty sekretarz właściciela Kayn Industries. Brytyjczyk. Orville Watson, konsultant do spraw terroryzmu, właściciel Global-Info. Amerykanin. Doktor Heinrich Graus, nazistowski zbrodniarz wojenny. Austriak. ZAŁOGA EKSPEDYCJI MOJŻESZ Cecil Forrester, archeolog biblijny. Amerykanin. David Pappas, Gordon Durwin, Kyra Larsen, Stowe Erling i Ezra Levine, asystenci Cecila Forrestera. Mogens Dekker, szef ochrony ekspedycji. Południowoafrykańczyk. Aldis Gottlieb, Alrik Gottlieb, Tewi Waaka, Paco Torres, Louis Maloney i Marla Jackson, grupa Dekkera. Doktor Harel, lekarka ekipy. Izraelka. Tommy Eichberg, kierowca. TERRORYŚCI Nazim i Charufz komórki w Waszyngtonie. O., D.iW. z komórek w Syrii i Jordanii. Hukan (Strzykawka), przywódca wszystkich trzech komórek.

REZYDENCJA HEINRICHA GRAUSA STEINFELDSTRASSE 6 KRIEGLACH, AUSTRIA CZWARTEK, 15 GRUDNIA 2005 ROKU, GODZ. 11.42 Zanim zakonnik zadzwonił do drzwi potwora, starannie wytarł buty w wycieraczkę. Poszukiwał go prawie cztery miesiące, następne dwa tygodnie spędził na obserwowaniu jego kryjówki. Teraz pewny był jego tożsamości i nadszedł moment, aby przed nim stanąć. Cierpliwie czekał przez wlokące się niemiłosiernie minuty. Graus zawsze się ociągał z otwieraniem drzwi w południe, prawdopodobnie ucinał sobie krótką drzemkę. O tej porze zwykle nie było nikogo na wąskiej uliczce. Dobroduszni sąsiedzi ze Steinfeldstrasse byli w pracy, nieświadomi, że pod numerem szóstym, w małym domku z niebieskimi zasłonami, pewien zbrodniarz wojenny uciął sobie drzemkę przed telewizorem. W końcu zgrzytnęły zasuwy. Zza uchylonych drzwi wyjrzała głowa staruszka żywo przypominającego dziadka z reklamy cukierków. - Tak? - Dzień dobry, herr doktor. Starzec zmierzył wzrokiem rozmówcę. Był to ksiądz w wieku około pięćdziesięciu lat, wysoki i szczupły, łysy, w czarnej sutannie i czarnym płaszczu. Z powagą stał na progu, patrząc na niego oczami w kolorze zieleni budki telefonicznej. - Chyba ksiądz się pomylił. Byłem hydraulikiem, a teraz jestem na emeryturze. Poza tym już przekazałem datek na parafię, dlatego proszę wybaczyć... - Przypadkiem nie jest pan Heinrichem Grausem, wybitnym niemieckim neurochirurgiem? Starzec na moment wstrzymał oddech. Oprócz tego nie zrobił ani jednego zauważalnego gestu, ani jednego ruchu, który by go zdradził. Ale duchownemu to wystarczyło. Miał ostateczny dowód. - Proszę księdza, nazywam się Handwurz. - To nieprawda i obaj o tym wiemy. A teraz, jeżeli pozwoli mi pan wejść, pokażę panu, co przyniosłem - powiedział, podnosząc lewą rękę, w której trzymał czarną aktówkę. W odpowiedzi drzwi się uchyliły, a starzec pokuśtykał pomału do kuchni. Skrzypiące deski podłogi odpowiadały jego krokom. Ksiądz podążył za nim, nie rozglądając się po otoczeniu. Trzykrotnie podpatrywał to mieszkanie przez okno, dzięki czemu miał w małym palcu plan rozmieszczenia tanich mebli. Wolał skupić wzrok na barkach starego nazisty. Wiedział, że pomimo chwiejnego kroku, jakby chodzenie sprawiało trudność, w ogrodowej szopie podnosi worki z węglem z taką łatwością, że pięćdziesiąt lat młodszy mężczyzna mógłby mu pozazdrościć. Heinrich Graus w dalszym ciągu był niebezpieczny. Mała kuchnia była ciemnym pomieszczeniem, w którym dominował zapach golonki. Wyposażenie składało się z kuchenki gazowej, kuchennego blatu zaśmieconego zeschniętą cebulą, okrągłego stołu i dwóch zdekompletowanych krzeseł. Graus eleganckim gestem wskazał jedno z nich. Poszperał w szafkach i zanim usiadł, na stole postawił dwie szklanki z wodą. Stały nietknięte na sosnowym blacie, nieporuszone, tak jak obydwaj mężczyźni przyglądający się sobie przez ponad minutę. Starzec miał na sobie flanelowy czerwony szlafrok, bawełnianą koszulę i znoszone spodnie. Zaczął łysieć jakieś dwadzieścia lat temu, a przerzedzone włosy, które mu pozostały,

były całkowicie białe. Duże okrągłe okulary jeszcze przed upadkiem komunizmu wyszły z mody. Opadająca dolna warga sprawiała fałszywe wrażenie poczciwości. Nic z tych faktów nie zmyliło duchownego. Nieśmiałe grudniowe promienie słońca tworzyły pomiędzy oknem a stołem korytarz światła, w którym widać było tysiące drobinek kurzu. Jedna osiadła na rękawie eleganckiego płaszcza kapłana, który strzepnął ją, nie patrząc. Oczom nazisty nie umknął ten naznaczony pewnością siebie gest. Zdążył już dojść do siebie, toteż ponownie skrył się za maską obojętności. - Nic się ksiądz nie napije? - Doktorze Graus, nie chce mi się pić. - A więc nadal się ksiądz upiera tak mnie nazywać. Handwurz. Nazywam się Balthasar Handwurz. Ksiądz nie zwracał na niego uwagi. - Muszę przyznać, że był pan bardzo sprytny. Gdy uzyskał pan paszport, żeby uciec do Argentyny, nikt nie przypuszczał, że kilka miesięcy później wróci pan do Wiednia. Oczywiście było to ostatnie miejsce, gdzie pana szukałem. Zaledwie siedemdziesiąt kilometrów od Spiegelgrundu. Kiedy Wiesenthal latami poszukiwał pana w Argentynie, nie zdawał sobie sprawy, że pan jest o rzut beretem od jego biura. Nie wydaje się to panu paradoksem? - Bzdura. Jest ksiądz Amerykaninem, prawda? Bardzo dobrze mówi ksiądz po niemiecku, ale zdradza go akcent. Nie odrywając wzroku od starca, duchowny położył aktówkę na stole i wyciągnął z niej wymiętą teczkę. Na samym wierzchu leżała w niej fotografia młodego Grausa zrobiona w szpitalu Spiegelgrund podczas wojny. Pod nią była przeróbka zdjęcia uzyskana dzięki specjalnemu programowi komputerowemu, przedstawiająca lekarza kilkadziesiąt lat później. - Nie sądzi pan, że technika jest czymś wspaniałym, herr doktor? - To niczego nie dowodzi. Każdy mógłby to zrobić. Wie ksiądz, oglądam telewizję - odparł gospodarz, lecz ton jego głosu mówił co innego. - Ma pan rację, to niczego nie dowodzi. Ale t o tak. Położył na stole pożółkłą kartkę papieru, do której przypięto czarno-białą fotografię. Litery w kolorze sepii tworzyły napis: Testimonianza Fornita, widniał tam również stempel Państwa Watykańskiego. - Balthasar Handwurz. Włosy blond, oczy kasztanowe, silna budowa ciała. Znaki szczególne: tatuaż na lewym przedramieniu z numerem 256441. Zrobiony przez nazistów podczas pobytu w obozie koncentracyjnym w Mauthausen. W miejscu, gdzie pan oczywiście nigdy nie postawił nogi. Numer był fałszywy. Tatuator wymyślił go w trakcie pracy, jednak to nieważne, najważniejsze, że zadziałał. Starzec przez flanelowy szlafrok pogłaskał się po lewym przedramieniu. Z furii i strachu posiniał jak trup. - Psiakrew, kim ksiądz jest, do licha? - Nazywam się Anthony Fowler i chcę panu coś zaproponować. - Proszę się wynosić z mojego domu. Wynocha! - Chyba nie do końca pan zrozumiał. Przez sześć lat był pan jednym z dwóch zwierzchników Szpitala Dziecięcego Am Spiegelgrund. Jednego z najbardziej interesujących miejsc. Prawie wszyscy pacjenci byli Żydami i mieli choroby psychiczne. „Istoty niegodne życia”. Nie tak ich pan nazywał? - Nie mam pojęcia, o czym ksiądz mówi! - Nikt się nie domyślał, co pan tam wyprawiał. Eksperymenty. Sekcje na żywych.

Siedemset czternaścioro dzieci, doktorze Graus. Własnymi rękami zabił pan siedemset czternaście istot ludzkich. - Powiedziałem już, że ja... - Przechowywał pan ich mózgi w słojach! Fowler uderzył pięścią w stół tak mocno, że obydwie szklanki się przewróciły, a ich zawartość ściekała na podłogę. Przez dwie długie sekundy słychać było jedynie dźwięk kapiącej na kafelki wody. Fowler powoli oddychał, próbując się uspokoić. Lekarz unikał spojrzenia zielonych oczu, które zdawały się przenikać go na wylot. - Jest ksiądz po stronie Żydów? - Nie, Graus. Pan doskonale wie, że nie. Gdybym był po ich stronie, dyndałby pan teraz na szubienicy w Tel Awiwie. Moje... zrzeszenie jest z tymi, którzy w czterdziestym szóstym umożliwili panu ucieczkę. Lekarz pohamował dreszcz. - Święte Przymierze - wymamrotał. Fowler nie odpowiedział. - Czego Przymierze chce ode mnie po tylu latach? - Czegoś, co jest w pana posiadaniu. Nazista omiótł gestem pomieszczenie. - Przecież ksiądz widzi, że nie żyję w bogactwie. Nie mam już pieniędzy. - Gdybym chciał pieniędzy, wydałbym pana prokuraturze w Stuttgarcie. W dalszym ciągu za schwytanie pana płacą sto trzydzieści tysięcy euro. Chcę świecę. Nazista spojrzał na niego, udając zdziwienie. - Jaką świecę? - Teraz jest pan śmieszny, doktorze Graus. Świecę, którą sześćdziesiąt dwa lata temu skradł pan rodzinie Cohenów. Ciężką gromnicę bez knota, pokrytą złotym filigranem. Chcę ją, i to teraz. - Niech ksiądz gdzie indziej opowiada swoje brednie. Nie mam żadnej świecy. Fowler westchnął, skrzywił się z niezadowoleniem, poprawił w krześle i wskazał na wywrócone puste szklanki. - Ma pan coś mocniejszego? - Tam, za księdzem - powiedział Graus, wskazując kuchenną półkę. Duchowny odwrócił się i sięgnął po napełnioną do połowy butelkę. Postawił szklanki i nalał na dwa palce bursztynowego połyskującego płynu. Wychylili go jednym haustem. Żaden nie wzniósł toastu. Fowler nalał drugą kolejkę i mówiąc, sączył powoli trunek. - Weizenkorn. Wódka kukurydziana. Od dawna nie miałem jej w ustach. - Z pewnością ksiądz za nią nie tęskni. - Zupełnie. Ale jest tania, prawda? W odpowiedzi Graus wzruszył ramionami. Ksiądz wycelował w niego palcem. - Taki człowiek jak pan, Graus, błyskotliwy, próżny... I wybrał pan coś takiego. Trucie się stopniowo w brudnej, śmierdzącej szczynami dziurze. Ale wie pan co? Rozumiem to. - Co ksiądz może rozumieć? - Godne podziwu. Nadal pamięta pan techniki stosowane w Trzeciej Rzeszy. Regulamin oficerski, punkt trzeci: „W razie schwytania przez wroga zaprzeczaj wszystkiemu i dawaj tylko krótkie odpowiedzi, które nie wystawią cię na niebezpieczeństwo”. Tak więc informuję, Graus, że niebezpieczeństwo jest tuż-tuż. Starzec skrzywił się i nalał sobie resztę alkoholu. Fowler mówiąc, uważnie obserwował

mowę jego ciała, patrzył, jak pomału łamie się opór potwora. Przypominał malarza, który co kilkanaście pociągnięć pędzlem robi krok do tyłu, aby się przyjrzeć powstającemu na płótnie obrazowi, zanim nie zdecyduje o wyborze kolejnego koloru. Postanowił zanurzyć pędzel w prawdzie. - Doktorze, proszę spojrzeć na moje dłonie - powiedział, kładąc je na stole. Były to szorstkie dłonie o długich palcach. Nic w nich nie było szczególnego poza jednym drobiazgiem. Na pierwszej kostce każdego palca, tuż przy knykciu, widniała cieniutka biaława, przebiegająca wzdłuż obydwóch rąk bardzo równa linia. - Brzydka blizna. Ile miał ksiądz lat, gdy sobie ją zrobił? Dziesięć, jedenaście? - Dwanaście. Ćwiczyłem na pianinie. Preludium Opus 28 Szopena. Ojciec podszedł do mnie i bez ostrzeżenia z całej siły zamknął klapę steinwaya. Cudem nie straciłem palców, ale już nigdy więcej nie mogłem grać. Nim zaczął dalej mówić, wziął szklankę w dłonie i utkwił wzrok w jej zawartości. Nigdy wcześniej nie zdobył się na odwagę, żeby komukolwiek o tym powiedzieć. - Mój ojciec... wielokrotnie mnie gwałcił od dziewiątego roku życia. Tamtego dnia zagroziłem mu, że komuś o tym opowiem, jeżeli jeszcze raz to zrobi. Nie straszył mnie. Po prostu rozwalił mi dłonie. Później płakał, prosił o przebaczenie i sprowadził najlepszych lekarzy, na jakich było go stać. Ajajaj!... Nawet niech pan o tym nie myśli. Graus zsunął pod stół rękę, próbując dosięgnąć szuflady ze sztućcami. Natychmiast zrezygnował z zamiaru. - Dlatego pana rozumiem, doktorze. Mój ojciec był potworem, którego wina przekraczała własną zdolność do przebaczenia. Jednak on był odważniejszy. Przyśpieszył na bardzo ostrym zakręcie, zabierając ze sobą moją matkę. - Poruszająca historia, ojcze - powiedział chytrze Graus. - Skoro pan tak mówi... Przez te wszystkie lata żył pan, uciekając od własnych przestępstw. A teraz one pana odnalazły. Ja dam panu to, czego mój ojciec nie miał: szansę. - Słucham. - Proszę dać mi świecę. W zamian otrzyma pan tę teczkę ze wszystkimi obciążającymi pana dokumentami. I będzie pan mógł nadal się tutaj ukrywać do końca swych dni. - Tylko tyle? - zdziwił się starzec, nie dowierzając. - Jeżeli chodzi o mnie, tak. Starzec pokiwał głową i wstał, śmiejąc się przez zęby. Otworzył jedną z szafek i wyciągnął z niej potężny szklany pojemnik pełen ryżu. - Nigdy nie lubiłem ryżu. Mam po nim zgagę. Wysypał zawartość pojemnika na stół. Kaskada ziaren, chmura skrobi i suchy dźwięk. Na wpół ukryta w ryżu paczka. Fowler pochylił się w jej kierunku, ale koścista ręka Grausa chwyciła go za nadgarstek. Duchowny na niego spojrzał. - Mam księdza słowo, prawda? - zapytał gorączkowo starzec. - A ma dla pana jakąś wartość? - Tak. - Wobec tego daję słowo. Lekarz puścił rękę Fowlera, który pochylił się nad stołem. Powoli odsunął ryż, podniósł paczkę owiniętą w ciemny materiał. Obwiązana była sznurkiem. Pewnymi gestami rozwiązał delikatnie supły. Staremu dłonie drżały. Fowler zdjął materiał. W delikatnych promieniach zimowego słońca rozbłysło złoto w

obskurnej kuchni. Taka łuna niezbyt pasowała do tego miejsca, pasował natomiast brudnoszary wosk leżącej na stole świecy. Kiedyś w całości pokrywała ją cienka złota płytka zapełniona obrazkami. Drogocenny metal prawie znikł, zostały tylko odciśnięte na wosku jego ślady. Brakowało dwóch trzecich złota. Graus zaśmiał się ponuro. - No cóż, na reszcie wzbogacił się lombard. Fowler nic nie powiedział. Z kieszeni spodni wyciągnął zapalniczkę i zapalił. Postawił świecę, przysunął płomyk do górnej krawędzi. Knota nie było, więc się nie paliła, lecz ciepło ognia zaczęło powoli topić wosk, który wydzielał mdlący zapach, kiedy szare krople spływały na stół. Graus, przyglądając się temu, mamrotał gorzko pod nosem, jakby się cieszył, że po tylu latach może powiedzieć komuś o swojej prawdziwej tożsamości. - Właściwie to zabawne. Żyd w lombardzie przez lata skupował żydowskie kawałki złota, żeby dumny obywatel Rzeszy miał na utrzymanie. A teraz ksiądz ogląda efekt bezużytecznych poszukiwań. - Pozory mylą, Graus. Złoto z tej świecy nie jest skarbem, którego szukam. Złoto miało jedynie odwracać uwagę głupców. Płomień ostrzegawczo trzaskał w dłoniach duchownego. Na materiale rosła kałuża wosku, aż u góry świecy pokazał się spory otwór. W środku owego woskowego ciekłego wulkanu pojawił się zielonkawy brzeg jakiegoś metalowego przedmiotu. - W porządku, jest - powiedział duchowny. - Czyli mogę już iść. Wstał i z powrotem zawinął świecę w materiał, uważając, żeby się nie poparzyć. Nazista przypatrywał mu się ze zdumieniem. Już się nie śmiał. - Zaraz, zaraz! Co to jest? Co było w środku? - Nie pana sprawa. Starzec podniósł się i sięgnął do szuflady, z której wyjął kuchenny nóż. Niepewnym krokiem obszedł stół i zbliżył się do duchownego przyglądającego mu się w bezruchu. W oczach nazisty w dalszym ciągu żarzył się płomień obsesji, z jaką całymi nocami przyglądał się owemu przedmiotowi. - Muszę wiedzieć. - Nie, Graus. Zawarliśmy układ: świeca za teczkę. I tak się stanie. Starzec wyciągnął rękę, w której trzymał nóż, lecz to co zobaczył w twarzy kłopotliwego gościa, spowodowało, że ją opuścił. Fowler kiwnął głową i cisnął teczkę na stół. Z zawiniątkiem w jednej ręce i aktówką w drugiej powoli wycofywał się do drzwi kuchni, nie odrywając wzroku od nazisty. Ten chwycił teczkę. - Nie ma kopii, prawda? - Jest jedna. Mają ją dwaj Żydzi czekający na zewnątrz. Grausowi oczy omal nie wyszły z orbit. Z podniesionym nożem rzucił się na księdza. - Oszukałeś mnie! Powiedziałeś, że dasz mi szansę! Fowler po raz ostatni spojrzał na niego obojętnie. - Bóg mi wybaczy. Myśli pan, że panu też to będzie dane? I zniknął w korytarzu. Duchowny wyszedł na ulicę i zaczął się oddalać z cennym zawiniątkiem przyciśniętym do piersi. Kilkanaście metrów od drzwi odziani w szare płaszcze dwaj mężczyźni czekali, stojąc na baczność. Mijając ich, Fowler poinformował: - Ma nóż.

Wyższy mężczyzna ścisnął dłonie, że aż trzasnęły stawy, i uśmiechnął się lekko. - Tym lepiej.

(Wiadomość opublikowana w dzienniku „El Globo”, 17 grudnia 2005 roku. Strona 12) Austriacki Herod odnaleziony martwy WIEDEŃ (wiadomość agencyjna). Po ponad pięćdziesięciu latach austriacka policja w końcu odnalazła poszukiwanego doktora Grausa, rzeźnika ze Spiegelgrundu. Słynny nazistowski zbrodniarz wojenny został znaleziony martwy w domku w Krieglach, wsi oddalonej o sześćdziesiąt kilometrów od Wiednia. Jak podają źródła sądowe, zmarł przypuszczalnie na atak serca. Urodzony w 1915 roku Graus wstąpił w szeregi nazistów w 1931. Na początku drugiej wojny światowej piastował już stanowisko zastępcy kierownika Szpitala Dziecięcego Am Spiegelgrund. Graus wykorzystywał swoją pozycję, aby wykonywać różnego rodzaju okrutne eksperymenty na żydowskich dzieciach rzekomo sprawiających problemy lub niedorozwiniętych umysłowo. Graus wielokrotnie utrzymywał, że ich zachowanie jest spowodowane wadami genetycznymi i wolno na nich eksperymentować, ponieważ to „istoty niegodne życia". Graus szczepił zdrowe dzieci bakteriami chorób zakaźnych, wykonywał sekcje na żywo, mierząc reakcje na ból, wstrzykiwał swoim ofiarom środki znieczulające, które opracowywał. Uważa się, że w murach Spiegelgrundu podczas drugiej wojny światowej zamordowano około tysiąca osób. Pod koniec wojny nazista znikł bez śladu - w jego gabinecie pozostało po nim tylko 300 dziecięcych mózgów zakonserwowanych w formalinie. Pomimo wysiłków niemieckiego wymiaru sprawiedliwości nikt nie potrafił go odnaleźć. Szymon Wiesenthal, sławny łowca nazistów, postawił przed sądem ponad 1100 zbrodniarzy wojennych. Do śmierci pragnął odnaleźć Grausa, którego nazywał „swym niezaliczonym przedmiotem". Bezustannie poszukiwał go w Ameryce Południowej. Wiesenthal zmarł trzy miesiące temu w Wiedniu, nie zdając sobie sprawy, że ścigany przezeń człowiek mieszkał w ukryciu, jako emerytowany hydraulik, niedaleko jego biura. Według nieoficjalnych źródeł Ambasada Izraela w Wiedniu ubolewa, że Graus zmarł, nie odpowiedziawszy za swoje czyny, z radością jednak przyjęto wieść, iż stary nazista zmarł nagle, gdyż zaawansowany wiek i tak by uniemożliwił postawienie go przed sądem i ekstradycję, jak się stało w przypadku chilijskiego dyktatora Augusta Pinocheta. „Nie możemy nie zauważyć opatrzności Bożej w jego śmierci", stwierdziły te same źródła.

KAYN - Jest na dole, proszę pana. Mężczyzna siedzący na krześle lekko się skulił. Ręka mu się trzęsła, chociaż drżenie było praktycznie niezauważalne dla kogoś, kto nie znał go tak dobrze jak jego asystent. - Jaki jest? Sprawdziliście go dokładnie? - Dobrze pan wie, że tak. Mężczyzna westchnął głośno. - Tak, Jacobie. Musisz mi wybaczyć. - Mówiąc, podniósł się z krzesła. Pilota, którym wszystko wokół kontrolował, ściskał tak mocno, że aż zbielały mu kostki. Właśnie w taki sposób zgniótł już kilka pilotów, w końcu jego asystent się zdenerwował i zamówił specjalny, wykonany z metakrylu, wyprofilowany do ręki starca. - Moje zachowanie pewnie jest dla ciebie uciążliwe. Przepraszam. Asystent nie odpowiedział. Wiedział, że szef musiał sobie ulżyć. Był pokornym człowiekiem i miał wysokie o sobie mniemanie, jeżeli te dwie cechy można ze sobą pogodzić. - Wkurza mnie, że muszę cały dzień tutaj siedzieć. Wiesz? Z każdą chwilą jest mi coraz trudniej cieszyć się życiem. Stał się ze mnie zestarzały dureń. Co wieczór przed zaśnięciem mówię sobie: jutro. Jutro będzie ten dzień. Po czym wstaję i moje postanowienie znika, tak jak moje zęby. - Lepiej będzie, jeżeli zaczniemy - oznajmił asystent, który wysłuchał już tuzinów różnych wariacji tego przemówienia. - Czy to konieczne? - Sam pan chciał. Sposób na kontrolowanie wszystkiego. - Wystarczyłoby może przeczytać sprawozdanie. - To za mało. Jesteśmy już na czwartym etapie. Jeżeli chce pan wziąć udział w ekspedycji, musi pan wiedzieć, z kim będzie miał do czynienia. Doktor Hocher jasno się wyraził. Starzec wybrał szereg przycisków na ekranie dotykowym pilota. Żaluzje gabinetu opadły. Światła zgasły, on zaś ponownie usiadł na krześle. - Nie ma innego sposobu? Podwładny pokręcił głową. - No to trudno. Asystent skierował się ku drzwiom, przez które wpadało jedyne światło w pomieszczeniu. - Jacobie... - Tak, proszę pana? - Zanim odejdziesz... Mógłbyś mnie chwilkę potrzymać za rękę? Boję się. Asystent spełnił prośbę. Ręka starca drżała.

SIEDZIBA ZARZĄDU KAYN INDUSTRIES NOWY JORK ŚRODA, 5 LIPCA 2006 ROKU, GODZ. 11.10 Orville Watson niespokojnie bębnił palcami o spoczywającą na jego kolanach wypchaną skórzaną teczkę. Siedział już ponad dwie godziny na swoim tłustym tyłku w poczekalni na 38 piętrze Kayn Tower. Za konsulting w cenie trzech tysięcy dolarów za godzinę każdy czekałby tam cierpliwie na Sąd Ostateczny. Jednak nie Orville. Młody Kalifornijczyk zaczynał się nudzić. A walka z nudą była siłą napędową jego kariery. Nudził się na uczelni, dlatego też wbrew rodzinie na drugim roku przerwał studia. Otrzymał pracę za spore pieniądze w CNET, jednej z najlepszych firm specjalizujących się w nowych technologiach, i nuda wkrótce wróciła. Orville nieustannie poszukiwał nowych ekscytujących wyzwań. Odpowiadanie na pytania było jego prawdziwą pasją. Nie brakowało mu fachowej wiedzy, toteż z początkiem nowego stulecia porzucił pracę, żeby założyć swoją firmę. Nie powstrzymały go żadne obiekcje matki będącej na bieżąco z artykułami na temat porażki kolejnej firmy typu „kropkacom”. Orville wcisnął swoje sto czterdzieści kilo żywej wagi, blond kitkę oraz walizkę z ubraniami do sfatygowanej furgonetki, żeby przejechać cały kraj aż do sutereny na Manhattanie. Tam narodził się Globallnfo. Slogan Orville’a brzmiał: „Ty pytasz, my odpowiadamy”. Nadal byłby otyłym niecierpliwym chłopakiem z problemami żywieniowymi i bezsensownymi marzeniami, z niesamowitymi zdolnościami poruszania się w cyberprzestrzeni i ogromną wiedzą na temat Internetu, gdyby nie nadszedł 11 września. Właśnie wtedy olśniło Orville’a i równocześnie z waszyngtońskimi biurokratami zrozumiał trzy rzeczy, chociaż im zajęło to lata. Po pierwsze, że ich sposób zarządzania informacjami jest przestarzały o trzydzieści lat. Po drugie, że narzucony przez osiem lat rządów Clintona klimat poprawności politycznej jeszcze bardziej utrudnia poszukiwanie danych, tak że można już tylko liczyć na „miarodajne źródła”, co w przypadku walki z terroryzmem jest absurdalne. I po trzecie, że w kwestii międzynarodowego szpiegostwa arabski jest nowym rosyjskim. Matka Orville'a, Yasmina, urodziła się i wiele lat mieszkała w Bejrucie, zanim poznała przystojnego inżyniera z Sausalito, który właśnie kończył jakiś projekt w Libanie. Szybko przeprowadziła się z nim do Stanów Zjednoczonych. Tęskniąca za ojczyzną Yasmina wychowała owoc owego związku w języku angielskim i arabskim. Przybierając w Sieci przeróżne fałszywe tożsamości, młodzieniec odkrył, że Internet jest rajem dla ekstremistów. Nieważne, jak bardzo była od siebie oddalona dziesiątka radykalistów - w Sieci dzieliła ich zaledwie milisekunda, a ich anonimowość była całkowita. Nieważne, jak fanatyczne były ich pomysły - i tak odnajdywali osoby podobnie myślące. W kilka tygodni Orville osiągnął to, czego żaden z agentów zachodnich służb wywiadowczych nigdy by nie osiągnął w pojedynkę: przeniknął do najbardziej radykalnych siatek islamskiego terroryzmu. Pewnego ranka na początku 2002 roku Orville, z bagażnikiem wypełnionym czterema pudłami pełnymi dokumentów, podążył na południe, do Waszyngtonu. Skierował się do tamtejszego biura CLA i powołując się na posiadanie ważnych informacji, poprosił o rozmowę z osobą odpowiedzialną za islamski terroryzm. W dłoni trzymał dziesięć kartek podsumowujących jego odkrycia. Szeregowy analityk, który go przyjął, dopiero po dwóch godzinach raczył przeczytać jego sprawozdanie. Kiedy to zrobił, zadzwonił natychmiast do swojego przełożonego.

Nagle czterej mężczyźni rzucili się na Orville’a, powalili go na podłogę, rozebrali i zaciągnęli do pokoju przesłuchań. Orville śmiał się w duchu podczas tego upokarzającego incydentu. Trafił w samo sedno. Gdy szefowie CIA zdali sobie sprawę z wielkości jego talentu, zaproponowali mu posadę w Firmie. Na to Orville powiedział tylko, że zawartość tych czterech pudeł, którą później potwierdziły dwadzieścia trzy aresztowania w Stanach i Europie, to jedynie bezpłatna próbka. Jeżeli chcą więcej, powinni skorzystać z usług jego firmy, Globallnfo. - Zaznaczam, że za sowitym wynagrodzeniem. Czy mogą mi panowie zwrócić bokserki? Cztery i pół roku później Orville ważył pięć kilo więcej pomimo (albo za sprawą) uporczywego stosowania diety Atkinsona. Także jego konto bankowe znacznie przytyło. Globallnfo zatrudniał obecnie siedemnaście osób odpowiedzialnych za opracowywanie złożonych analiz i poszukiwanie informacji dla rządów krajów zachodnich, przeważnie dotyczących spraw bezpieczeństwa. Orville Watson był teraz milionerem i znowu zaczynał się nudzić. Do momentu gdy pojawiło się to zlecenie. Globallnfo miał pewną zasadę. Zamówienie usługi musiało mieć formę pytania. I tamto konkretnie pytanie z adnotacją „budżet nielimitowany” i w połączeniu z faktem, iż pochodziło z prywatnej firmy, a nie z rządu żadnego kraju, obudziło w nim ciekawość. Kim jest ojciec Anthony Fowler? Aby rozprostować trochę kości, Orville podniósł się z drogiej sofy, na której oczekiwał na spotkanie. Splótł dłonie i jak daleko mógł, wyciągnął ramiona. Zapytanie od prywatnej firmy, takiej jak Kayn Industries, która na liście pięciuset najbogatszych magazynu Fortune znajdowała się w pierwszej setce, było rzadkością. Tym bardziej pytanie tak konkretne, dziwne, dotyczące zwyczajnego księdza z Bostonu. „To znaczy, człowieka, który wydawał się zwyczajnym księdzem z Bostonu”, poprawił się w myślach Orville. Wszedł młody brunet ubrany w garnitur od Caroliny Herrery, przyłapując Orville'a na przeciąganiu. Menedżer, który ledwie dobiegał trzydziestki, popatrzył na niego poważnie znad okularów bez oprawki. Pomarańczowy odcień skóry zdradzał, że jest miłośnikiem promieni UVA. Mówił z tak wyraźnym brytyjskim akcentem, jakby był prezenterem w BBC. - Witam, panie Watson. Jestem Jacob Russell, osobisty asystent Raymonda Kayna. Rozmawialiśmy przez telefon. Orville, próbując go sobie przypomnieć, jednak z daremnym skutkiem, wyciągnął do niego rękę. - Bardzo mi miło. Przykro... - To nieważne. Proszę za mną. Zaprowadzę pana na spotkanie. Przeszli przez przytłaczającą poczekalnię do znajdujących się na końcu pomieszczenia mahoniowych drzwi. - Na spotkanie? Myślałem, że to panu przedstawię swoje konkluzje. - Nie, panie Watson. Dziś pańskim słuchaczem będzie Raymond Kayn. Orville’a zamurowało. - Co jest, Watson? Źle się pan czuje? - Tak... Nie... To znaczy, nic mi nie jest. Po prostu zaskoczył mnie pan. Pan Kayn... Russel uchylił klapkę znajdującą się we framudze mahoniowych drzwi. Była pod nią płytka z ciemnego szkła. Menedżer położył prawą dłoń na płytce, która się rozjarzyła pomarańczowym światłem i mahoniowe drzwi odblokowały się ze szczękiem.

- Rozumiem pańskie zdziwienie w kontekście tego, co mówią o nim mass media. Jak pan pewno wie, mój szef bardzo strzeże swojej prywatności... „Jest zwyczajnie pieprzonym samotnikiem”, pomyślał Orville. ...to jednak nie powinno pana krępować. Nie ma w zwyczaju spotykać się z osobami z zewnątrz, ale jeśli będzie pan przestrzegał pewnych zasad... Weszli w ponury wąski korytarz, na którego końcu widniały błyszczące metalowe drzwi windy. - Co ma pan na myśli, mówiąc, że nie ma w zwyczaju? - zainteresował się Orville. Menedżer chrząknął zakłopotany. - Muszę wyznać, że pracuję u niego trzy lata i nie licząc wysoko postawionych menedżerów tej firmy, jest pan czwartą osobą, z którą pan Kayn chce rozmawiać osobiście. Orville gwizdnął zaskoczony. - O kurde. Razem podeszli do windy. Nie było tam żadnego przycisku, z jednej strony znajdowała się tylko konsola alfanumeryczna. - Panie Watson, proszę być tak miłym i odwrócić się tyłem - powiedział Russell, wskazując na konsolę. Kalifornijczyk kiwnął głową ze zrozumieniem. Klikanie naciskanych klawiszy wskazywało, że Russell wpisuje hasło. - Może się już pan odwrócić. Dziękuję. Orville odwrócił głowę. Drzwi windy się otworzyły i weszli do niej. W środku także nie było przycisków, jedynie czytnik kart magnetycznych. Russell wyciągnął plastikową płytkę i przeciągnął ją przez czytnik. Drzwi kabiny się zasunęły i winda powoli ruszyła. - Widzę, że pana szef bardzo poważnie podchodzi do spraw bezpieczeństwa - powiedział Orville. - Panu Kaynowi wielokrotnie grożono śmiercią. Kilka lat temu dokonano na niego zamachu, na szczęście wyszedł z tego cało. Proszę się nie wystraszyć mgiełki. To nic takiego. Orville zastanawiał się, o czym do diabła Russell mówi, gdy naraz okrył go deszcz drobniutkich kropelek. Podniósł wzrok i pod sufitem windy zobaczył kilka spryskiwaczy, z których znowu spadła na nich świeża mgiełka. - Cholera, co to takiego? - To tylko słaba mieszanka antybiotyków, całkowicie nieszkodliwa dla zdrowia. Podoba się panu zapach? „Do diabła, żeby odkażać gości przed spotkaniem!... Ten typ to nie żaden samotnik, tylko paranoik”. - Mmm, tak, oczywiście. To mięta, prawda? - Esencja polnej mięty. Orzeźwiająca. Orville przygryzł wargi, żeby nie powiedzieć, co naprawdę o tym sądzi. Skupił się na myśleniu o opiewającej na siedmiocyfrową kwotę fakturze, którą wystawi, gdy wyjdzie z tej złotej klatki. To go trochę pokrzepiło. Winda otworzyła się w szklanym jasnym pomieszczeniu. Połowa trzydziestego dziewiątego piętra była jednym wielkim punktem widokowym z przeszklonymi ścianami wychodzącymi na rzekę Hudson. Na wprost i z tyłu rozciągała się panorama Hoboken, a w kierunku południowo-wschodnim wyspy Ellis. - Robi wrażenie. - Mój szef lubi pamiętać, skąd pochodzi. Proszę za mną. Skromne wyposażenie kontrastowało z majestatyczną perspektywą.

Podłoga i nieliczne meble były białe. Druga połowa piętra, wychodząca na środek Manhattanu, oddzielona była białą ścianą z kilkorgiem drzwi. Russell zatrzymał się przed jednymi. - Pan Kayn teraz pana przyjmie - powiedział. - Ale zanim pan do niego wejdzie, chciałbym napomknąć o prostych zasadach dotyczących spotkania. Po pierwsze, proszę na niego bezpośrednio nie patrzeć. Po drugie, proszę nie zadawać mu pytań. I po trzecie, proszę nie próbować go dotknąć ani do niego podejść. W sali zobaczy pan stolik z kopią pańskiego raportu i pilota. Pilot służy do wyświetlania prezentacji Power Point, która dziś rano dotarła do nas z pańskiego biura. Proszę stać przy stoliku, przedstawić prezentację i jak tylko pan skończy, proszę wyjść. Będę na pana tutaj czekał. Czy wszystko jest zrozumiałe? Orville przytaknął podenerwowany. - Postaram się, jak najlepiej potrafię. - W takim razie proszę wejść - rzekł Russell, otwierając drzwi. Kalifornijczyk zatrzymał się, zanim przekroczył próg. - Aj, jeszcze jedno. Podczas rutynowego dochodzenia dla FBI Global-Info odkrył coś interesującego. Pewne wskazówki pozwalają domniemywać, że Kayn Industries może być celem terrorystów islamskich. Wszystko jest w tym raporcie - powiedział, podając płytę DVD Russellowi, którego informacja ta wyraźnie zmartwiła. - Proszę to potraktować jako grzecznościową przysługę. - Bardzo dziękuję, panie Watson. Życzę powodzenia.

HOTEL LE MERIDIEN AMMAN, JORDANIA ŚRODA, 5 LIPCA 2006 ROKU, GODZ. 18.11 W tym samym czasie po drugiej stronie kuli ziemskiej Tahir Ibn Faris, urzędnik Ministerstwa Przemysłu, wychodził ze swego biura później niż zwykle. Przyczyną nie było oddanie pracy - skądinąd modelowe - lecz próba uniknięcia zaciekawionych spojrzeń. Dotarcie do celu nie zajęło mu nawet dwóch minut. Tym razem nie był to jak zwykle przystanek autobusowy, ale luksusowy Le Meridien, najlepszy pięciogwiazdkowy hotel w Jordanii i tymczasowe miejsce pobytu dwóch dżentelmenów, którzy za pośrednictwem znanego w stolicy przemysłowca skontaktowali się z nim. Niestety, sława przemysłowca nie wzięła się z tego, że prowadził uczciwe czyste interesy. Dlatego Tahir wiedział, że to zaproszenie na kawę może za sobą pociągnąć niezbyt przyjemne skutki. I chociaż w ciągu dwudziestu trzech lat pracy w ministerstwie dowiódł swej uczciwości, pragnął teraz dumę schować do kieszeni i przyłożyć się do negocjacji. Powodem był nadchodzący ślub najstarszej córki i związane z nim ogromne wydatki. W drodze do jednego z najelegantszych apartamentów Tahir przejrzał się w lustrze windy i zdecydował, że powinien sprawiać wrażenie zachłannego. Mierzył ledwie metr siedemdziesiąt, a brzuch, siwiejąca broda i coraz bardziej widoczna łysina sprawiały, że wyglądem przypominał raczej sympatycznego bibosza niż skorumpowanego urzędnika. Musiał ukryć wszelkie zewnętrzne oznaki nieprzekupności. Ponad dwie dekady uczciwego życia nie przygotowały go do takiej jak ta sytuacji. Kiedy zapukał do drzwi apartamentu, kolana niepozornego urzędnika zrobiły się miękkie jak z waty. Udało mu się na chwilę uspokoić, gdy wszedł do środka. Przywitał się z nim dobrze ubrany, dobiegający pięćdziesiątki Amerykanin. Drugi, trochę młodszy, paląc i jednocześnie rozmawiając przez telefon komórkowy, oczekiwał na niego w przestronnym salonie. Widząc go, rozłączył się i podniósł, żeby go powitać. - Ahlan wa-sahlan. - „Witamy” perfekcyjnie powiedziane po arabsku. Tahir się zdziwił. Ilekroć odmawiał przyjęcia łapówki, by ponownie wycenić przemysłowe i handlowe tereny w Ammanie - co było prawdziwą kopalnią złota dla jego kolegów bez skrupułów - robił to nie ze względu na poczucie obowiązku, ale z powodu obraźliwego zachowania ludzi Zachodu, którzy po trzech minutach od przywitania rzucali na stół plik dolarów. Rozmowa z dwoma Amerykanami nie mogła być inna. Tymczasem Tahir własnym oczom nie dowierzał, gdy starszy z Amerykanów usiadł przy niskim stoliku, na którym stały przygotowane cztery beduińskie dzbanki do kawy i małe węglowe palenisko. Na trzymanej prawą ręką żeliwnej patelni uprażył świeże ziarna kawy, po czym odłożył je, aby ostygły. Później w mahbaszu, małym moździerzu, razem z świeżo uprażonymi ziarnami utłukł te bardziej dojrzałe. Czynnościom tym towarzyszyła miła rozmowa na błahe tematy, nie licząc chwili, gdy tłuczek rytmicznie uderzał w mahbasz, gdyż dźwięk ten Arabowie uważają za muzykę i gość powinien dać się jej ponieść. Amerykanin do mieszanki dodał ziarna kardamonu i szczyptę szafranu, po czym z ogromną dbałością o szczegóły parzył to wszystko zgodnie z odwieczną tradycją. Tahir kulturalnie przytrzymał filiżankę bez uszka, gdy Amerykanin napełniał ją do połowy - gospodarz

wyróżnia najważniejszą osobę w pokoju, serwując jej napój w pierwszej kolejności - i upił łyk. Nie miał zamiaru wypić więcej niż jedną filiżankę, gdyż dla niego było już zbyt późno, lecz po spróbowaniu z rozkoszą wypił jeszcze cztery. Wypiłby i szóstą, lecz zasady dobrego wychowania mówią, że niegrzecznie jest wypić parzystą liczbę. - Panie Fallon, nigdy bym nie pomyślał, że ktoś urodzony w kraju Starbucksa tak po mistrzowsku mógłby wykonać beduiński rytuał gahwy - stwierdził Tahir, który świetnie się poczuł i uznał, że pora dowiedzieć się wreszcie, czego u licha chcą od niego Amerykanie. Młodszy z gospodarzy po raz kolejny podsunął mu złotą papierośnicę. - Drogi Tahirze, zechce pan mówić nam po imieniu. Ja jestem Peter, a on Frank. To wszystko - powiedział, przypalając mu kolejnego dunhilla. - Dziękuję, Peter. - No tak, Tahirze, skorośmy się rozluźnili, czy uzna mnie pan za pozbawionego kultury, jeżeli przejdziemy do interesów? Urzędnik się zdziwił. Minęły już prawie dwie godziny. Arab nie cierpi przystępować do poważnych spraw przed upływem pół godziny od początku spotkania, a tu starszy Amerykanin jeszcze go grzecznie pyta o zgodę. W tej chwili pomyślał, że dla niego dokonałby wyceny nawet pałacu króla Abdullaha. - Skądże znowu - odparł. - Świetnie. A zatem wyłożę, w czym rzecz: potrzebujemy koncesję na wydobycie fosforytu dla Kayn Mining Co. ważną przez rok, zaczynając od dzisiaj. - Drogi przyjacielu, to nie będzie proste. Prawie całe wybrzeże Morza Martwego jest zajęte przez lokalny przemysł. Przecież pan wie, że fosforyt i turystyka są praktycznie jedynymi źródłami dochodów naszego kraju. - Och, Tahirze, nie widzę problemu. My nie chcemy części Morza Martwego, tylko mały kawałek gruntu o powierzchni dziesięciu mil kwadratowych z centrum o tych współrzędnych. - Wręczył mu kartkę. - 29° 34’ 44” N, 36° 21’ 24” E?... Przyjaciele, nie mówicie chyba poważnie? To jest na północny wschód od Al-Mudawwary. - Tak, nieopodal granicy z Arabią Saudyjską. Wiemy o tym, Tahirze. Jordańczyk popatrzył na niego zdziwiony. - Ale tam nie ma fosforytu. To pustynia i bezużyteczne skały. - Tahirze, mamy ogromne zaufanie do naszych inżynierów, a oni twierdzą, że w tamtej okolicy można wydobyć sporą ilość fosforytu. I oczywiście, w imię naszej przyjaźni, znajdzie się dla pana drobne wynagrodzenie. Tahir szeroko otworzył oczy, gdy jego nowy przyjaciel położył przed nim na stole otwartą aktówkę. - Ale tutaj jest... - Suma wystarczająca na zorganizowanie wesela małej Majszy, prawda? „I na domek na plaży z samochodem w garażu - pomyślał Tahir. - Tam u licha, ci Amerykanie mają się pewnie za sprytniejszych niż inni i sądzą, że znajdą tam ropę. Jakbyśmy sami nie szukali jej tysiące razy. A co mi tam, w końcu to nie ja sprowadzę ich na ziemię”. - Przyjaciele, nie można zaprzeczyć, iż są panowie godnymi szacunku kulturalnymi osobami. Jestem przekonany, że wasze interesy będą mile widziane w haszymidzkim Królestwie Jordanii. Pomimo słodkich uśmiechów Petera i Franka przez długi czas Tahira dręczyło pytanie, czego, u diabła, szukają Amerykanie na pustyni. Chociaż jednak zachodził w głowę, ani o krok nie przybliżył się do prawdy, która kilka