wotson

  • Dokumenty43 372
  • Odsłony1 953 105
  • Obserwuję1 346
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 376 546

Juan Gomez-Jurado - Legenda o zlodzieju

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :1.7 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

wotson
EBooki - alfabetycznie, wg imion
J

Juan Gomez-Jurado - Legenda o zlodzieju.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion J Juan Gomez-Jurado
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 35 osób, 40 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 430 stron)

Pamięci Joségo Antonia Gómeza-Jurada, który nauczył mnie, jak docenić dobrą historię.

Więcej DarmowychEbookówna: www.FrikShare.pl PROLOG W POŁOWIE DROGI MIĘDZY ÉCIJĄ A SEWILLĄ WRZESIEŃ 1587 ROKU Powietrze okryło ziemię gorącympledem. Na Trakcie Królewskimrozbrzmiewał stukot końskich kopyt. Na czele grupy jechał chudy mężczyzna o ostrychrysachtwarzy, a za nimpodążały dwa wozy ciągnięte przezkare szkapy. Na wozachsiedzieli dwaj chłopcy do opieki nad zwierzętami i trzej najemnicy do noszenia workówze zbożem. Pochód zamykał sznur mułów, ze stoickimspokojem łykającychkurzpodnoszony przezkoła i końskie podkowy. Mężczyzna jadący na czele ścisnął mocniej wodze. Musiał się bardzo starać, by nie wbić ostróg wboki konia i nie pogalopować wkierunkuÉcichy. To był pierwszy dzieńjego pracy na stanowisku królewskiego komisarza do sprawzaopatrzenia, odpowiedzialnego za zgromadzenie pszenicy na potrzeby Wielkiej Armady, którą król hiszpański Filip II przygotowywał do inwazji na Anglię. Zadanie to napełniało starego żołnierza, a początkującego komisarza, dumą i poczuciem odpowiedzialności. Czuł, że ma szansę przyczynić się do chwały, która wnajbliższychmiesiącach spłynie na Hiszpanię. Samnie był jużwstanie utrzymać muszkietu, ponieważwbitwie stoczonej szesnaście lat temuutracił władzę wjednej ręce, jednak mógł chociażzadbać o wyżywienie tych, którzy chwycą za broń. Nie, żeby to miało być łatwe zadanie. Chłopi i właściciele ziemscy nie będą zachwyceni rekwizycją zboża. Komisarzdzierżył wprawdzie laskę sędziowską i miał zezwolenie na wyłamywanie zamkówi opróżnianie spichlerzy – wzamianbył zobowiązany jedynie zostawić weksel królewski.

Nie należało się jednak spodziewać, że kawałek papieruwręczony jako zapłata za ciężką pracę zostanie przyjęty bezprotestów, szczególnie że opieszałość Korony wspłacie długów, które tak beztrosko zaciągała, była dobrze znana. Komisarzotrząsnął się zzamyślenia, kiedy na końcukrętej kamienistej drogi zobaczył chatę, rzut kamieniemod miejsca, w którymsię znajdował. – To oberża wGriján, panie – dobiegł go pełennadziei głos z jednego zwozów. PodróżzSewilli do Écichy była ciężka i jego ludzie mieli nadzieję na dzbanwina, aby móc oczyścić gardło zpyłu, którego nałykali się na szlaku. Komisarzzamierzał kontynuować podróż. Czuł, że mógłby na własnychplecachprzenieść milion workówpszenicy. Za tydzieńmiał skończyć czterdziestkę, jednak wciążbył znacznie silniejszy, niżby wskazywała na to jego szczupła postura i bystre smutne oczy. – Zatrzymamy się na krótki odpoczynek – odpowiedział, nie odwracając się. Ostatecznie trzeba było napoić zwierzęta. Wpalącymsłońculudzie i muły mogli wytrzymać jeszcze wiele mil, ale konie to inna sprawa. Instynkt podpowiedział munatychmiast, że coś jest nie tak. Żadenpies nie wybiegł na drogę, aby powitać ichradosnymszczekaniem. Nikt nie wyjrzał przez drzwi oberży na odgłos zbliżającychsię ludzi, wozówi zwierząt. Panowała lepka, niepokojąca cisza. Gospoda była mała i licha. Kwadratowy, prosty, niegdyś pobielony budynek, zdrewnianą szopą pełniącą rolę stajni. Dalej rozciągał się gaj oliwny, ale wzrok komisarza nie sięgnął ażtak daleko. Jego spojrzenie było utkwione wdrzwiach. – Stać! Wracać do wozów! Mężczyźni, którzy jużbiegli wstronę studni, znajdującej się nie dalej niżkilka krokówod oberży, stanęli jak wryci. Podążywszy wzrokiemza spojrzeniemkomisarza, wszyscy jednocześnie uczynili znak krzyża, jak gdyby wiedzeni niewidoczną dłonią. Zszopy wystawało chude i nagie trupie ramię. Sczerniała, owrzodzona twarzzmarłego nie pozostawiała cienia wątpliwości co do przyczyny śmierci: był to nieomylny znak bezwzględnej zabójczyni, bohaterki koszmarówkażdego męża, niewiasty i dziecka żyjącychwtychczasach. – Zaraza! Święta Panienko! – krzyknął jedenznajemników. Komisarzwładczymtonempowtórzył swoje polecenie i gromadka pospieszyła je wypełnić, tak jakby mogli się zarazić przezsamkontakt zzakurzoną ziemią. Pięć dni straszliwego cierpienia i, ostatecznie, nieunikniona śmierć. Bardzo niewieluprzeżywało dżumę. Komisarzjużmiał dać rozkaz do odejścia, kiedy jakiś wewnętrzny głos go zatrzymał. „A jeżeli ktoś tamwśrodkupotrzebuje pomocy?”. Próbując pokonać strach, zsiadł zkonia. Obszedł zwierzę dookoła, wyjął zsakwy chustkę i zakrył nią sobie twarz, zawiązując węzeł na karku. Spędził dużo czasuwAlgierze, wniewoli uMaurów,

i widział tam, że ichmedycy często stosowali tenśrodek ostrożności, doglądając zarażonychdżumą. Wolno skierował się wstronę domu, trzymając się jak najdalej od trupa wstajni. – Panie, nie wchodźcie tam! Komisarzzatrzymał się wdrzwiach. Przezchwilę poczuł pokusę, aby zawrócić, dosiąść konia i uciec. Wtymmomencie było to najrozsądniejsze, co mógł zrobić. Jednak kiedyś zpewnością nadszedłby dzień, kiedy ci ludzie przypomnieliby sobie, jak ichdowódca się uląkł. A wnadchodzącychmiesiącachbędzie wiele wymagał od towarzyszącychmumężczyzni nie byłoby dobrze, gdyby jużna początkustracili do niego szacunek. Zrobił krok naprzód. Jedenznajemnikówzaczął cicho odmawiać „Ojcze nasz”, a pozostali natychmiast przyłączyli się do niego. Nawet zwierzęta kręciły się niespokojnie, wyczuwając przerażenie swoichpanów. Wchodząc do środka, komisarzzmrużył oczy, czekając ażźrenice przyzwyczają się do ciemności. Od proguzobaczył duże pomieszczenie, które musiało pełnić rolę izby gościnnej, jadalni i sypialni, jak wniemal wszystkichprostychgospodach. Za całe wyposażenie służyły stół, ława i sienniki leżące wgłębi. Nie było piętra, tylko jedne boczne drzwi, które najpewniej prowadziły do kuchni. Pomimo chusty poczuł panujący wchacie smród. Ale nie był to odór trupa. Tę wońkomisarzznał ażnazbyt dobrze, ale tutaj jej nie wyczuwał. Zbierając się na odwagę, zrobił kilka krokównaprzód. Pomiędzy stopami przemknęło mustadko szczurów, którychwcześniej nie zauważył. Ucieszył się, że na nogachma grube buty do jazdy konnej. Obok sienników, które dostrzegł od drzwi, stał duży dzbanzoliwą, bezwątpienia owoc niewielkiego gaikuoliwnego rozciągającego się za domem. Jedno zdwóchposłańbyło zajęte. Nawet wmrokupanującymwewnątrzwidział, że leżącej tamkobiecie nie można jużpomóc. Pożółkłe oczy utkwione wsuficie zasnuwała delikatna mgła. Musiała umrzeć zaledwie kilka godzin temu. Na podłodze, przytulony do prawej dłoni trupa, siedział szczupły, ciemnowłosy chłopiec. Podobieństwo między nimi rzucało się woczy, więc komisarzuznał, że to jej syn. Sądząc po sposobie, wjaki tulił się do matki, chłopiec nie zorientował się jeszcze, że ona jużnie żyje. „Został, aby się nią opiekować” – pomyślał komisarz, spoglądając na miskę zwodą i nocnik, stojące na podłodze nieopodal chłopca. Piekło, które przeszedł, czynności, które najpewniej był zmuszony wykonywać wostatnichgodzinachżycia swej matki, każdego skłoniłyby do ucieczki. Myśląc o odwadze tego chłopca, poczuł przypływdumy. – Chłopcze, słyszyszmnie? Chłopak nie odpowiedział. Oddychał ztrudem, ale regularnie, a oczy miał zamknięte. Tak jak zmarła, onrównieżzaraził się dżumą, jednak wrzody nie zaatakowały jego twarzy. Miał tylko kilka po prawej stronie szyi, były niezamknięte i czarne. Otwarły się i wydzielały żółtawą, cuchnącą

ropę. Komisarzwiedział dobrze, co to oznacza. „Będzie żył”. Tylko tymnielicznym, którzy zdołali pokonać chorobę, czwartego dnia zaczynały ropieć wrzody. Tenpewnie najwyżej trzynastoletni chłopiec pokonał chorobę, która mogła wciąguzaledwie kilku dni zabić silnego mężczyznę. Jednak tenwyczynzdałby się na nic, gdyby komisarzzostawił go tam, osłabionego, na pastwę losu. Stłumił burknięcie niezadowolenia, bo choć to zdarzenie psuło mu plany, ani przezchwilę nie pomyślał, że mógłby nie pomóc chłopcu. Było jasne, że los przywiódł go do tej zapomnianej przezBoga oberży z jakiegoś powodu. Omijając sienniki, komisarzpodszedł do dzbana zoliwą. Wyjął sztylet zza pasa i wbił go kilka razy wdolną część naczynia, robiąc sporą dziurę wglinie. Płynzaczął się wylewać zgłuchym bulgotemna drewnianą podłogę. Omijając powiększającą się kałużę, komisarzwrócił do chłopca. Przykucnął i przerzucił go sobie przezprawe ramię. Ważył mniej, niżmożna by się spodziewać po chłopcuwjego wieku, jednak komisarzi tak usłyszał trzeszczenie wplecach, gdy wstawał. Przypomniał sobie zironią, że zaledwie kilka minut temuczuł się na siłachsamodzielnie przenieść całe królewskie zboże. „Gdybymtylko władał tą przeklętą lewą ręką”. Ruszył zpowrotemwstronę światła, a za nimpodążała strużka oliwy – dopłynąwszy do progu, wkontakcie zpiachemna zewnątrzzamieniła się wbłoto. Ludzie komisarza wstrzymali oddech, widząc go wychodzącego zdzieckiemprzerzuconymprzezramię, jednak komisarzodsunął się od nich. Powinni pozostać nieświadomi choroby chłopca, aby miał onszansę przeżyć. Ostatnim wysiłkiempołożył małego wcieniustudni. Wyjął swój bukłak i wlał strumieńwody wspieczone usta chłopca. – Panie, chłopiec nie jest zarażony? – Nie, ale jego rodzina zmarła, a onjest wycieńczony. Muszę go zawieźć do Sewilli. – A co zkrólewskimzbożem? Komisarzwzamyśleniuprzejechał dłonią po brodzie. Tymi ludźmi kierowała bardziej chęć zarobkuniżzapał patriotyczny, ale i tak mieli rację. Dostawa zboża nie może się opóźnić nawet o jedendzień, aby flota mogła na czas wyruszyć na podbój Anglii. Od tego zależał los tysięcy dusz. Wskazał palcemdwóchnajemników. – Ty i ty, rozniećcie ogieńi podpalcie szopę. Pozostali napójcie konie wodą ze studni, ale sami jej nie pijcie. Potemwszyscy ruszajcie dalej wstronę Écichy. Zatrzymajcie się na noc wpierwszej napotkanej gospodzie, a jutro wpołudnie spotkamy się przed ratuszem. Bezmułówi wozówjeździec mógł przebyć tę drogę wpół dnia. To oznacza, że będzie miał aż nadto czasu, a na dodatek przyjemność zporządnej przejażdżki. Bezjego nadzorugrupa skończy najpewniej wjakimś burdelu, ale na szczęście jeszcze imnie zapłacił, więc bezwiększego trudu

zagoni ichjutro do pracy. „A kto wie... może ratuję właśnie przyszłego żołnierza Jego Królewskiej Mości”. Kiedy wozy zniknęły za pierwszymzakrętem, komisarzpodszedł do szopy, wziął kilka płonących kawałkówdrewna za końce, które jeszcze nie zajęły się ogniem, i rzucił je do wnętrza oberży. Musiał powtórzyć to kilka razy, zanimpożar się rozprzestrzenił, najpierwzajmując stół, a potem przesiąknięte deski podłogi. Płomienie potrzebowały trochę czasu, zanimzłapały gęstą oliwę, ale kiedy jużto się stało, wzniosły się gwałtownie ażpo dach. Wystarczy kilka godzin, a ztego miejsca zostanie tylko garść poczerniałychi dymiącychruini zaraza nie rozprzestrzeni się na okolicę. Umieszczenie chłopca na końskimgrzbiecie kosztowało komisarza sporo wysiłku. Chory ażdo tej chwili nic nie powiedział, był półprzytomny, ale terazjęknął i otworzył oczy. „To dobry znak, chłopcze. Cieszę się, że wciążjesteś gotówdo walki”. Do Sewilli nie było daleko, jednak komisarzprowadził konia stępem, obawiając się, że zbyt energiczny ruchzaszkodzi chłopcu. Zaniepokoił się, kiedy zdał sobie sprawę, że może nie zdążyć do miasta przed zamknięciembram; wtakimwypadkumusiałby spędzić noc zchorympod gołym niebemlub wjakiejś karczmie, co byłoby zbyt niebezpieczne, ponieważktoś mógłby odkryć, że chłopiec wciążjeszcze choruje. Pewienmuzułmański lekarzpowiedział kiedyś komisarzowi, że osoby, które przeżyły zarazę, nie przenoszą choroby, jednak byłoby bardzo trudno wyjaśnić tę subtelność strażomlub grupie przestraszonychprostaczków. Jak tylko zobaczyliby wrzody, niechybnie beznamysłuwrzuciliby chłopca do dołui podpaliliby go. Widywał jużtakie sceny wprzeszłości. Komisarznie spodziewał się, że wjazd do miasta będzie łatwy, ale westchnął zulgą, kiedy znalazł się o rzut kamieniemod Puerta de la Macarena, bramy miejskiej. Słońce kryło się jużpowoli za wieżą katedry, a od jej pięknej dzwonnicy bił pomarańczowy blask. U podnóża murówotaczających Sewillę, przed bramami do miasta, tworzyły się kolejki. To robotnicy rolni, kupcy, handlarze, nosiwody i rzeźnicy kończyli dzieńpracy i spieszyli, by znaleźć się wewnątrzmiasta chronionego murami, za którąś zdwudziestutrzechbram, zanimzostaną one zamknięte. Pośród obelg i skarg pół setki czekającychwkolejce, komisarzpopędził konia i osadził go dopiero pod samą bramą. Okazał strażnikomdokument poświadczający jego urząd, jednak oni nadal spoglądali na niego podejrzliwie. Wytrzymał ichspojrzenia, nie odwracając wzroku, ufając, że dzięki temunie będą się przyglądać chłopcu. – Co to za chłopak? – To mój sługa. – Wygląda na chorego. – Nie posłużyła mustrawa.

Jedenze strażnikówzbliżył się do chłopca leżącego twarzą do dołuna grzbiecie konia. Komisarz obawiał się, że strażnik podniesie zawiązaną na szyi chorego i maskującą wrzody chustę. Jednak mężczyzna odsunął się, nie dotykając chłopca. – Wy, panie, macie wolną drogę, ale waszsługa nie. Komisarzjużzamierzał zaprotestować, ale strażnik nie dał mudojść do słowa. – Musi zapłacić, jak wszyscy. Dwa maravedí. Gderając jak każdy szlachcic, aby ukryć ulgę, komisarzsięgnął do sakiewki i rzucił strażnikowi miedzianą monetę. W wąskichuliczkachSewilli panował jużzmierzch, kiedy chory wrazze swymwybawcą zatrzymali się przed siedzibą Bractwa Świętego Dzieciątka wdzielnicy La Feria. Tensierociniec był najmniej straszny spośród dwunastudziałającychwmieście, a przynajmniej tak komisarzsłyszał od pewnego komornika sądowego, który zostawił tamdziecko swojej kochanki. Drańchwalił się tym, jak gdyby wybór miejsca, gdzie pozbył się niechcianego potomstwa, stanowił powód do dumy. Komisarzzsiadł zkonia i trzy razy zastukał kołatką. Stary mnicho zmęczonymwyglądzie otworzył furtę ze świecznikiemw ręce i uważnie przyjrzał się stojącemuprzed nimnieznajomemu. – Co was sprowadza? Komisarzpochylił się i szepnął kilka słówdo ucha brata, wskazując na swojego wierzchowca. Zakonnik podszedł do konia. Chłopiec zamrugał, czując, jak kościste dłonie zdejmują zjego szyi chustę, terazpoplamioną ropą wypływającą zwrzodów. Starzec przysunął świecznik, aby ocenić stanchoroby. – Wiecie, kiedy zapadł na dżumę? – Jego matka zmarła kilka godzinprzed tym, jak ichznalazłem, to wszystko, co wiem– odparł komisarz. Obawiał się, że mnichodmówi przyjęcia chłopca ze względuna chorobę, jednak ten, przyjrzawszy się zbliska szyi dziecka, gestemwyraził zgodę. Następnie uniósł głowę chłopca, chwytając go delikatnie za podbródek. Blask świecy ukazał ostre rysy brudnej twarzy. – Jest jużduży – wymamrotał zakonnik. – Ma pewnie jakieś trzynaście lat. Wjakimwiekuwasi wychowankowie opuszczają sierociniec, ojcze? – Kiedy mają czternaście lat. – To dałoby chłopcukilka miesięcy, aby odzyskać siły i może poszukać jakiegoś zajęcia. Mnichprychnął zdezaprobatą. – Ze wszystkichniebożąt, które zostawiają wtymświętymdomu, tylko dwoje na dziesięcioro dożywa swoichczternastychurodzin, kiedy to mogą opuścić nasze mury. Potrafią wtedy czytać i pisać, a nawet, jeśli tylko nie pogubią się wcześniej, szukamy imchlebodawcy. Nasza praca jest dziełemlat, nie miesięcy.

– Ojcze, proszę tylko o szansę dla tego chłopca. – Pokryjecie koszty jego utrzymania przeztenczas? Komisarzsię skrzywił. Oczekiwać przysługi od mnicha bezzapłaty, to jak szukać gruszek na wierzbie, jednak i tak go zabolało, że musiał sięgnąć do sakiewki. Nie były to nawet jego własne pieniądze, tylko środki powierzone muna potrzeby misji zleconej przezkróla. Kiedy jużodbierze swoją zapłatę, będzie musiał te pieniądze zwrócić. Położył cztery złote escudo na wyciągniętej dłoni starca, jednak, jako że tamtennie odsuwał jej, zwestchnieniemrezygnacji dodał jeszcze dwa. Ten rycerski gest zaczynał go sporo kosztować. – Sześć escudo. Powinno wystarczyć. Zakonnik wzruszył ramionami, jak gdyby chciał powiedzieć, że żadna kwota wręczana słudze Bożemunie jest zbyt wysoka. Wrócił do sierocińca i przywołał dwóchmłodszychbraci. Podeszli, aby zająć się chłopcem. Komisarzdosiadł konia, jednak gdy jużmiał ruszyć, zakonnik chwycił zwierzę za uzdę. – Zaczekajcie, panie. Powiedzcie, kimjest jego wybawca, aby chłopiec mógł modlić się za niego? Mężczyzna milczał przezchwilę, ze wzrokiemwbitymwmrok ulic Sewilli. Jużmiał odmówić odpowiedzi, ale napotkał wswymżyciuzbyt wiele złychchwil, zbyt wiele prób i cierpienia, aby zrezygnować zoferty modlitwy za swoją duszę wzamianza sześć escudo. Zwrócił smutne oczy wstronę mnicha. – Powiedzcie mu, aby modlił się za Miguela de Cervantesa Saavedrę, królewskiego komisarza do sprawzaopatrzenia.

OD PAŹDZIERNIKA 1588 R. DO MARCA 1589 R.

I Zabrzmiały dzwony, zrazumocno i uroczyście, by potemprzejść wszybkie, ostre i wesołe tony. Tego dźwiękunie sposób było zniczympomylić. Sewilczycy od małego uczyli się rozpoznawać brzmienie dzwonówkatedry. Informowały o ślubach i pogrzebach, wybijały nastanie południa i zmierzchu, ostrzegały przed plagami i niebezpieczeństwami. Śpiewtychaniołówzbrązu, dobiegający zwysokiej dzwonnicy, regulował życie mieszkańcówmiasta niczymgłos Boga. Ichprzekazdotarł do wszystkichzakątkówmiasta, bezwyjątku: wróciła flota zIndii Zachodnich. Olbrzymie galeony zładowniami pełnymi srebra i złota jużpłynęły wgórę rzeki Betis – albo Gwadalkiwir, jak ją nazwali Maurowie – wstronę portuArenal. Bankierzy i kupcy zacierali ręce na myśl o towarach, które wkrótce zapełnią ichmagazyny. Cieśle i uszczelniacze podskakiwali zradości, bo statki po niebezpiecznej przeprawie przezAtlantyk będą wymagały wielunapraw. Karczmarze, prostytutki i szulerzy biegli wstronę portuzbeczkami taniego wina, wymalowanymi twarzami i znaczonymi kartami. Oni byli pierwsi, ale nie jedyni. Cała Sewilla kierowała się wstronę Arenalu. Sancho nie był wyjątkiem. Chłopak nigdy wcześniej nie słyszał tego tonudzwonów, ale natychmiast zrozumiał, co on oznacza, ponieważjużod tygodni w mieście nie mówiło się o niczyminnym, jak tylko o nadchodzącympowrocie galeonów. Wtej chwili nawet nie przemknęło muprzezmyśl, że wciągu kilkugodzinjego życie znajdzie się wniebezpieczeństwie za sprawą ładunkuprzewożonego na ich pokładach. Wokół niego plac św. Franciszka rozbrzmiewał okrzykami: „Niechżyje król!” i „Chwała Bogu!”. Sprzedawcy wpośpiechuskładali swoje kramy, wiedząc, że ichklientela spędzi tenporanek winnymmiejscu. Właściciele przeklinali czeladników, popędzając ich, by pakowali wszystko jak najszybciej. Sancho zbliżył się do konwisarza chowającego misy wkufrze.

– Życzycie sobie pomocy, panie? Mogę zanieść wasze rzeczy do Arenalui tampomóc wam rozłożyć straganna nowo – powiedział, starając się, aby wjego głosie zabrzmiała powaga i szacunek. Konwisarz, nie przerywając pracy przy swoimdobytku, rzucił okiemna stojącego obok niego wysokiego chłopca o czarnychwłosachi zielonychoczach, po czymzrobił wulgarny gest wjego kierunku. – Zjeżdżaj, smarkaczu! Nie potrzebuję pomocy, a i wątpię, żebyś dał radę przenieść choć swój własny cień. Sancho odsunął się upokorzony. Jużdawno strawił kaszę ze skromnego śniadania. Dziś rano nie miał szczęścia do klientów, więc cały dzieńbędzie chodził głodny. Mnisi nie mogli wyżywić ponad setki podrzutkówstłoczonychwsierocińcuBractwa Świętego Dzieciątka, więc ci starsi musieli zapracować na obiad. Prawie wszyscy podejmowali pracę tragarza. Chodzili zciężkimi wiklinowymi koszami po placach i targach, oferując swoje usługi. Panie i niewolnice, które udawały się na targ, dawały imjedno maravedí za przeniesienie zakupówze straganówdo kuchni wswychdomach. Jeśli los imsprzyjał i wśród zakupówznajdowały się owoce lub jajka, mogli coś przemycić do ust, gdy ichklientka zatrzymała się, aby zamienić kilka słówzjakąś sąsiadką. Dzisiejszego poranka Sancho nie miał jednak tyle szczęścia i kiszki grały mumarsza. Nie wyglądało teżna to, aby mógł je czymkolwiek zapełnić ażdo zakończenia lekcji. Każdego dnia sieroty pracujące na zewnątrzmusiały stawić się wsalachBractwa punktualnie o czwartej. Trzy godziny lekcji, do siódmej, kiedy to odmawiali różaniec, po czymjedli wodnistą zupę, którą niemal codziennie podawano imna kolację. Potemdo łóżka, żeby zerwać się wrazze świtemi móc zająć dobre miejsce na którymś zplaców. Bo miejsce miało znaczenie. Skromny placyk Medina to nie to samo, co plac św. Franciszka, gdzie kupowali ludzie zamożni i mniej skłonni do samodzielnego noszenia nabytychwiktuałów, byle tylko zaoszczędzić. Żeby znaleźć sobie dobre miejsce, trzeba było wcześnie przyjść na plac. Inni chłopcy wymieniali się na najlepszychnarożnikach, ale Sancha, który ostatni pojawił się wsierocińcu, wszyscy zawsze traktowali podejrzliwie. Ostrożnie złożył kosz, uważając, by nie urwać uchwytów. Kosznależał do sierocińca i Sancho był za niego odpowiedzialny. Wyplecenie go zajmowało rzemieślnikowi tydzień, więc sporo kosztował. Przywiązał go sobie sznurkami do pleców. Kiedy zaczynał tę pracę, miesiące temu, ledwie mógł unieść pusty kosz. Przeztenczas ramiona musię rozrosły od ciężkiej pracy i terazniemal nie czuł ciężaruwielkiego wiklinowego pojemnika. Pomimo głoduuśmiechnął się. Przypłynięcie statkówbyło wielkimwydarzeniem, nigdy wcześniej wczymś takimnie uczestniczył, więc dalsza część dnia zapowiadała się ekscytująco. Jeszcze wiele

godzindzieliło go od chwili, gdy będzie musiał wrócić do sierocińca. Ulice prowadzące do katedry były całkowicie zapchane ludźmi zmierzającymi do portu. Zamiast przyłączyć się do tej procesji, Sancho przeciął labirynt uliczek na zachód od placuśw. Franciszka. Niewiele osób nimi wędrowało, ponieważwszyscy zamierzali wyjść poza mury miasta bramami Triany, Arenalui Carbónu. Tam, gdzie podążał Sancho, nie było żadnego wyjścia zmiasta, ale chłopak miał inne plany niżtłum. Przyspieszył kroku, chcąc jak najszybciej dotrzeć na miejsce. – Patrz, jak chodzisz, do diabła! – krzyknęła na niego stara kobieta siedząca na kamieniu i odwszawiająca pled. Sancho niemal wpadł na nią, a wymijając ją, przewrócił jej kosz, zktórego wysypały się na ziemię jabłka. Kobieta zaczęła wrzeszczeć i przeklinać go, próbując się podnieść. – Przepraszam! – zawołał Sancho, odwracając głowę z przestrachem. Miał biec dalej, ale wygląd kruchej kobiety wzbudził jego współczucie. Wpośpiechuwrzucił jej jabłka zpowrotemdo koszyka. Pełne dezaprobaty spojrzenie starej złagodniało nieco, kiedy Sancho zatrzymał się, aby jej pomóc. – Uważaj bardziej, młokosie. Chłopak uśmiechnął się i pomknął dalej między budynkami, ażniemal się zderzył zmurami miejskimi, które wtymmiejscuprawie stykały się zlinią domów, dzięki czemuSancho mógł wspiąć się na samą górę. Wsparł jedną dłońna ścianie budynku, a drugą na murach, jakby je rozpychając. Następnie podobnie ułożył bose stopy, nieco poniżej dłoni, i zaczął się wdrapywać na mur. Po kilkuminutachtrzymał się jużkrenelaża na szczycie. Wcisnął się wotwór pomiędzy dwoma blankami i stanął na murach, dysząc zwysiłku. Widok był wspaniały. Przed nimrozciągała się dzielnica Arenal, najsłynniejsze handlowe miejsce chrześcijańskiego świata. Ogromna esplanada, biegnąca pomiędzy zachodnimi murami Sewilli a potężną rzeką Betis, wprawiała wzachwyt wszystkich, którzy odwiedzali miasto. Chłopak równieżuległ jej urokowi, gdy po razpierwszy postawił wniej stopę zeszłej zimy. Każdego dnia, od świtudo zmierzchu, tysiące ludzi roiło się na tej otwartej przestrzeni. Dosłownie wszystkie towary zcałego świata docierały do tego miejsca. Handlowano tufutrami i ziarnem, przyprawami i żelazem, bronią i amunicją. Pośród chaosuczytelnego tylko dla tych, którzy spędzili tutaj lata, ciastkarze i garbarze mieszali się ze złotnikami i szewcami pod setkami niebieskich, białychi brązowawychmarkiz. Stukot młotków i bulgotanie wgarnkachzlewało się zpośpiesznymi negocjacjami prowadzonymi po katalońsku, flamandzku, arabskui angielsku, by wymienić tylko kilka spośród języków, które można było usłyszeć. Jeśli czegoś człowiek uczył się szybko wArenalu, to oszukiwać we wszystkichmożliwych językach. To właśnie dzielnica Arenal zmieniła Sewillę wstolicę świata. Jej port rzeczny, dzięki usytuowaniuwgłębi ląduzabezpieczony przed atakami piratów, na wyraźne życzenie króla Filipa

II stał się obowiązkowympunktemna trasie statkówprzewożącychtowary do Indii Zachodnich i zpowrotem. Co najmniej dwieście statkówcumowało zawsze wjego dokach, a wnajbliższych tygodniachichliczba sięgnie pewnie nawet trzystu. Kiedy wszystkie statki tworzące flotę dotrą do miejsca przeznaczenia, utworzy się gigantyczny las masztówi żagli, który dosłownie zakryje widok na Trianę po drugiej stronie rzeki. Sancho krzyknął zradości, kiedy zobaczył wpołudniowymzakolurzeki „Izabelę”, flagowy okręt floty, któremuprzysługiwał zaszczyt przybicia do portujako pierwszemu. Wtej chwili bateria armat znajdująca się na Złotej Wieży dała salwę, a po niej kolejną i następną, ażokręt, wśród wiwatówzgromadzonych, dotarł do nabrzeża. Zapachprochuwypełnił powietrze na murach, gdzie przycupnął Sancho. Chłopak się ucieszył, że drażniące swędzenie wnosie zabije smród unoszący się nad masą ludzką stłoczoną na esplanadzie. Szlachta i plebs rozpychali się łokciami, walcząc o miejsce, zktórego da się obserwować rozładunek. Mimo że spędził wtymmieście jużponad rok, Sancho nie zdołał się przyzwyczaić do smroduna ulicach. Dzieciństwo upłynęło muwodludnymzajeździe, gdzie jego jedyne towarzystwo stanowiła matka i podróżni zatrzymujący się wdrodze zÉcichy lub Sewilli. Głównie poganiacze mułów i domokrążcy, ale czasemi bardziej wytworni goście. Wszystkichichłączyło jedno: śmierdzieli. Odór plebsuwzasadzie łatwiej znosił, ponieważnie był onzamaskowany olejkami i perfumami jak wprzypadkuszlachty. Woberży wystarczyło wyjść na podwórze, aby odetchnąć świeżym powietrzem. Wmieście liczącymponad sto tysięcy dusz, gdzie najlepszą formą pozbywania się odpadówbyło wyrzucanie ichprzezokno, nie dało się uciec przed smrodem. Sancho spędził resztę poranka, siedząc na blankachmurówmiejskich. Każda nowa wyładowana paczka, każdy kufer pakowany na wózwywoływały falę biegnącą przeztłum, kiedy ludzie przekazywali sobie informację o ichzawartości. Przyprawy, drewno zdrzewa kampeszowego, koral, sztabki srebra. Chłopiec wyobrażał sobie długą podróż, którą przebyła każda ztychbeczek i marzył, by pewnego dnia wyruszyć wrejs wdrugą stronę jako uczestnik niezwykłej eskapady. Te rozmyślania tak go pochłonęły, że dopiero kiedy usłyszał, że dzwony wybiły wpół do czwartej, dotarło do niego, że wpakował się wpoważne tarapaty. „Brat Lorenzo nieźle mi złoi skórę, jeśli nie dotrę do klasy na czas” – pomyślał, pośpiesznie schodząc szczeliną pomiędzy murami miejskimi a budynkami. Gdy tylko stopami dotknął ziemi, pobiegł zpowrotemwstronę dzielnicy La Feria. Ale nie przebiegł nawet pół tuzina ulic, gdy zderzył się zmuremludzkichciał. Gapie tłoczyli się na trasie przejazduwozówchronionychprzezuzbrojonychstrażników. Sancho poczuł dreszczpodniecenia, domyślając się, że te wozy przewożą złoto zIndii Zachodnich, najprawdopodobniej do Mennicy Królewskiej. Przecisnął się między nogami widzów, ażznalazł się wpierwszymrzędzie. Nie mógł czekać, aż

cały pochód przejedzie, więc oszacował przestrzeńpomiędzy dwiema karetami, po czymrzucił się naprzód przezulicę. Strażnicy krzyknęli na niego, ale było jużza późno. Jedenzkoni, przestraszony nagłympojawieniemsię chłopca, stanął dęba, ażcały wózsię zachwiał. Sancho, równieżprzestraszony, spróbował się cofnąć i klapnął na zadek. Jedna ze skrzyń spadła zwozu– niechybnie zmiażdżyłaby Sancha, gdyby wostatniej chwili nie przeturlał się na bok. Wieko skrzyni przełamało się podczas upadkui część jej zawartości wysypała się na bruk. Tłum wydał zsiebie okrzyk, kiedy to zobaczył. Trakt pokrył się płaszczembłyszczących, złotychmonet. Na chwilę czas się zatrzymał. Sancho był boleśnie świadomy wszystkiego, co działo się wokół niego. Drewniana skrzynia z wypalonymi literami VARGASpomiędzy dwoma herbami, jednym królewskimi drugim, którego nie rozpoznał. Brzęk toczącychsię monet. Chciwe oblicza ludzi gotowychrzucić się na pieniądze. „Stratują mnie” – pomyślał Sancho, zamykając oczy. – Nie ruszać się! – krzyknął jedenze strażników, wyjmując rapier. Ostry dźwięk ostrza wysuwającego się zpochwy sprawił, że czar prysł. Woźnica zeskoczył zkozła i zaczął zbierać monety. Obok niego na szeroko rozstawionychnogach stał strażnik, trzymając wdłoni obnażony rapier. Ztwarzy o głęboko osadzonychoczachi okolonej brodą przyciętą wszpic biło wyzwanie skierowane do tłumu. – Gotowe! – powiedział woźnica, zebrawszy monety. Z ogromnymwysiłkiem, zpomocą trzech mężczyzn, umieścił ciężką skrzynię zpowrotemna wozie. – Możemy jechać. – Jeszcze nie – odpowiedział szpicbródka. – Widziałem, że jedna moneta spadła tam– dodał, wskazując palcemna kanał ściekowy na środkuulicy. Woźnica popatrzył na rynsztok. Służył ondo odprowadzania ściekówi wody i stanowił częsty widok na ulicachSewilli. Głęboki i szeroki na jedną dłoń, był przepełniony cuchnącą mieszaniną kału, moczui odpadów. – Ja tamręki nie włożę – powiedział woźnica. – Sami włóżcie, żołnierzyku! – krzyknął ktoś ztłumu. Szpicbródka odwrócił się błyskawicznie. Jego wściekły wzrok przesunął się po twarzachgapiów, ażnatrafił na jednego, który przerażony mocno zaciskał usta. Strażnik odsunął tych, którzy stali przed nim, i wymierzył nieszczęśnikowi cios wbrzuch. Mężczyzna upadł, usiłując złapać powietrze, a jego oprawca zaczął razza razemkopać go wżebra swoimi ciężkimi skórzanymi butami. Otaczający ichtłumrozstąpił się przerażony zimnymokrucieństwem, zjakimstrażnik bił leżącego. – Ty – powiedział strażnik, wracając do Sancha – włóżtamrękę i wyjmij monetę. Chłopiec spojrzał uważnie na strażnika. Tenmusiał coś dojrzeć woczachchłopaka, bo jego rapier skierowany wniebo przesunął się i musnął pierś Sancha. Sierota bardzo wolno opuścił głowę,

patrząc wcuchnący kanał. – No dalej, nie ma nad czymtak rozmyślać. Wkońcusamwyglądasz, jakbyś wyszedł zrynsztoka – powiedział strażnik, przyjrzawszy się łachmanomSancha i jego bosymstopom. – Poczujeszsię jak wdomu. Znacznie później Sancho miał uznać tę chwilę za jedenz decydującychmomentówswojego życia. Wiele razy zadawał sobie pytanie, czy do tego szalonego czynu, który popełnił, popchnął go nerwowy rechot, zjakimtłumprzyjął komentarzstrażnika, czy może głód albo poczucie upokorzenia, czy teżmieszanka wszystkichtychczynników. A może ostatnie spojrzenie, które napotkał, zanimopuścił głowę. Spojrzenie małego chłopca, nie więcej niżpięcio- czy sześcioletniego, który patrzył na niego zafascynowany, zotwartą buzią, nie puszczając ramienia matki i drapiąc się włydkę pokrytą bąblami. Wjakiś dziwny sposób tenmalec złożył swoją własną przyszłość wręce nieznanego chłopaka, któremukazano szukać monety wgównie. Ale wtej chwili umysł Sancha przepełniało obrzydzenie. Marszcząc brwi, włożył rękę do kanału. Strażnik zadowolony odsunął rapier od jego piersi i włożył go do pochwy. – Macaj dobrze, bo będzieszmusiał szukać gębą. – Miał mocny obcy akcent i niewyraźnie wymawiał „r”. Jego głos brzmiał jak krosna, wktórychzabrakło nici. Przezchwilę Sancho bał się, że nie znajdzie monety, ale wkońcujego palce natrafiły na coś metalicznego i zamknęły się wokół tego przedmiotu. Wtedy ponownie spojrzał wtwarzstrażnika. Tenzdołał odczytać ztwarzy Sancha to, co miało się zdarzyć, na chwilę przed tym, zanimchłopak zaczął działać, i ponownie wyjął rapier, ale na nic się to zdało. Chłopak, przytrzymując monetę w dłoni kciukiem, użył pozostałychpalców, aby rzucić sporą garść gówna prosto wtwarzstrażnika. Obrzydliwa, czarna masa uderzyła wtwarzkapitana – na moment skamieniał. Breja zaczęła spływać po jego szyi i ściekać na kaftan. Sancho nie zatrzymał się, aby podziwiać tenwidok. Zanimstrażnik się otrząsnął zzaskoczenia, przeskoczył nad gapiemz niewyparzoną gębą, który skopany wciążzwijał się zbóluna ziemi. Korzystając zwolnej przestrzeni, którą jego leżące ciało utworzyło wtłumie, chłopak rzucił się wgłąb uliczki, mocno przyciskając złotą monetę do piersi.

II – Chodźtu, sukinsynu! Ogarnięty strachemSancho przeskoczył nad stertą śmieci i zmienił kierunek, wbiegając wwąską uliczkę. Nie rozumiał, jak jego prześladowca może biec za nimtak długo, obładowany bronią i wciężkimstrojuzgrubej skóry, jaki zwykli nosić żołnierze i bandyci. Skręcił ponownie za kolejnym rogiem, mając nadzieję, że go zgubi, ale napastnik corazbardziej się zbliżał. – Mamcię! Chłopak poczuł, że palce strażnika muskają jego koszulę, ale dłońwrękawicy nie zdołała złapać tkaniny; wyślizgnął się. Strażnik tracąc równowagę, poleciał do przodu, ale po kilkukrokach odzyskał ją i ścigał go dalej. Czując ogieńwpłucachi corazwiększy ciężar wnogach, Sancho jeszcze razskręcił i wpadł wuliczkę tak wąską, że gdyby wyciągnął wbieguręce na boki, mógłby dotknąć murówpo obujej stronach. Wtymmomencie zdał sobie sprawę, że popełnił straszliwy błąd. Na końcuuliczki zobaczył przewyższającą go dwukrotnie stertę gruzu, utworzoną przeznieregularnie zrzucone cegły i ogromne kawały tynku. Wiedział, że nie da rady szybko przedostać się na drugą stronę. Przestraszony odwrócił lekko głowę i szeroko otworzył oczy. Strażnik znajdował się zaledwie dwa metry od niego i jużzdążył podnieść rapier. Skuliwszy ramiona, Sancho czekał na śmiertelny cios, nie przestając biec. Ostra klinga wykonała łuk wpowietrzu, jednak kiedy jużmiała spaść na chłopca, zahaczyła lekko o mur, wzniecając deszczżółtychiskier. Kiedy ostrze uderzyło Sancha, nie trafiło wkark, gdzie celował strażnik, leczwplecy. Kosz, który chłopak miał na plecach, zamortyzował cios, po czym spadł na ziemię, niemal przecięty na pół. Strażnik, niesiony siłą rozpędu, potknął się i wpadł na ścianę. Sancho skorzystał zokazji, aby – zdzierając skórę zdłoni, stóp i kolano ostre kamienie – wspiąć się na stertę gruzui przeskoczyć na drugą stronę. Upadając, stoczył się i wylądował oszołomiony

kawałek od sterty gruzu. Wtej samej chwili poczuł, jak para rąk chwyta go za włosy i zatyka mu usta. – Dawaj monetę! – Sancho próbował stawiać opór i protestować. Znalazł się oko woko zbrzydką, pucułowatą i malutką twarzą. – Cii! Nic nie mówi daj mi monetę. Próbuję uratować ci życie, smarkaczu! Oszołomiony głodem, bólemwkończynachi skrajnie wyczerpany, Sancho nie mógł jużdłużej walczyć. Otworzył dłońi oddał monetę trzymającemugo człowieczkowi. Tenpodbiegł do sterty gruzui umieścił monetę na kamieniu, wblaskupopołudniowego słońca. Światło wywołało złote refleksy na monecie o wartości dwóchescudo – na murachuliczki pojawiło się odbicie krzyża jerozolimskiego. Karzeł wrócił do Sancha i popychając go, poprowadził pod portal. Tamobaj skulili się, milcząc. Wsamą porę, bo szerokie rondo kapelusza strażnika jużwysuwało się ponad stertę gruzu. Jego rozwścieczona twarznie pozostawiała cienia wątpliwości, że wolał bieganie od wspinaczki. Kiedy zobaczył na kamieniubłyszczącą monetę, zrozumiał, że Sancho muuciekł. Podniósł monetę i wrócił na szczyt kamienistego wzgórka. Stamtąd ochrypłym, głębokimi pełnymnienawiści głosem, którego echo rozbrzmiało pod okapami domów, powiedział: – Dopadnę cię, smarkaczu! Prędzej czy później! I zawiśnieszna szubienicy, gdzie twoje miejsce! Odwrócił się, skoczył i zniknął imzoczu. – Co się dzieje? Nigdy nie widziałeś karła? – powiedział do Sancha jego wybawca, rozśmieszony zdziwionymspojrzeniemchłopca. – Raz. – Chłopak odkaszlnął, próbując złapać oddech. – Jacyś kramarze zatrzymali się woberży mojej matki, podróżował znimi karzeł. Byłemjeszcze bardzo mały i myślałem, że to dziecko, takie jak ja. Zdaje się, że zapytałemwtedy matkę, dlaczego ja nie mambrody. Ogarnęła go nagła fala żalu, kiedy przypomniał sobie tamte dni, o tyleżłatwiejsze. Życie ograniczało się do zbiorówwogrodzie, karmienia kur i dojenia dwóchkóz. A teraz, rok później, cała ta przeszłość wydawała się zacierać i rozmazywać wzetknięciuztwardą rzeczywistością sewilskich ulic. Ból i nostalgia jeszcze się nasiliły, kiedy zdał sobie sprawę, że ledwie potrafi odtworzyć wpamięci twarzkobiety, która sprowadziła go na świat. – No dobra, jużnie jesteś woberży, mały. I zadarłeś zkimś bardzo niebezpiecznym. To kapitan Groot, osobisty strażnik Francisca de Vargasa – powiedział karzeł, wskazując ręką wkierunku, w którymoddalił się szpicbródka. – Tenflamandzki heretyk to zimny jak tyłek mniszki sukinsyn. Nigdy nie widziałem, żeby ktoś go tak rozwścieczył. – To ty tambyłeś? – zapytał Sancho sceptycznie. Wątpił, aby karzeł mógł tutaj dotrzeć tak szybko na swoichkrótkichnóżkach. – Nie musiałemtambyć. Te ulice mają oczy i uszy, trzeba tylko umieć słuchać. Plotki przenoszą

się znacznie szybciej niżuciekające nicponie, szczególnie jeśli okradziono samego Vargasa. Sancho odkaszlnął, wustachwciążmiał sucho po rozpaczliwymbiegu. Wogóle musię nie spodobało to ostatnie zdanie. – TenVargas to ktoś ważny? Karzeł zaśmiał się ironicznie. – Czy Vargas to ktoś ważny? Skąd tyś się urwał, dzieciaku? Myślę, że będę musiał nad tobą sporo popracować, to jest, jeżeli rzeczywiście chceszsię poświęcić temuzajęciu. – Jakiemuzajęciu? – A niby jakiemuż? Zajęciusamego boga Hermesa, Kakusa, redystrybucji bogactw, przejmowaniunadwyżek. Mówiąc wprost, złodziejstwu. Ztymi nogami radziłbyś sobie całkiem nieźle. Oczywiście mając dobrego nauczyciela – dodał szybko. Ale Sancho jużgo nie słuchał. Myślał jedynie o tym, że spóźni się do sierocińca. A tendzieńbył do tego najmniej odpowiedni. – Nie jestemzainteresowany. – Nie jesteś zainteresowany? – Zdziwiony karzeł szeroko otworzył oczy. – Posłuchaj, dzięki za pomoc, ale muszę jużiść. Powodzenia! – Pytaj na targuMalbaratillo o Bartola zTriany. Tamwszyscy mnie znają! – krzyknął karzeł za plecami chłopca, który jużsię oddalał, biegnąc wgórę ulicy.

III Za bardzo musię spieszyło, aby czekać, ażbrat furtianotworzy bramę wejściową, więc wspiął się na mur patia, zamierzając wejść od tyłu. Przy odrobinie szczęścia zdąży ustawić się wdługiej kolejce tworzącej się przed refektarzem, zanimdrzwi zostaną zamknięte i rozpocznie się kolacja. Zeskakując na ziemię, upadł i zdarł sobie kolana. Łapiąc oddech, usłyszał wyraźnie zgiełk i głosy dobiegające zpółnocnej części budynku; wiedział, że prawie wszyscy siedzą jużpewnie wewnątrz. Przeklinając głód, który wciążbędzie mutowarzyszył, jeśli nie zdąży na czas, wskoczył do budynku przezjedno zokienwychodzącychna dziedziniec i pobiegł korytarzem. Kiedy dotarł do miejsca, wktórymdługa galeria skręcała wstronę kaplicy i refektarza, przytrzymał się narożnika, aby skręcić, nie wytracając prędkości. Nagle zderzył się zżywymmuremi upadł. – Co do diabła...? – usłyszał ostry głos przed sobą. Sancho się podniósł. Stał naprzeciwko Monterita, jednego z najstarszychpodopiecznych sierocińca, pocierającego plecy wmiejscu, wktóre przed chwilą uderzył Sancho. Choć byli wtym samymwieku, rzadko spotykali się na korytarzach, ponieważspali wróżnychsypialniachi chodzili na różne lekcje. Monterito uczył się znajmłodszymi, podczas gdy Sancho miał lekcje indywidualne zbratemLorenzem, przeoremklasztoru. Chłopak cieszył się ztego, ponieważMonterito był duży, gruby i kłótliwy. Gdziekolwiek się pojawił, stale prowokował bójki i otaczał się grupą zbirówtakich jak onsam. Było ichtrzechczy czterech, nękali słabszych, kradnąc imniewielkie ilości pieniędzy i jedzenia, które zdołali wyżebrać na ulicachlub zarobić jako tragarze. Terazteżtambyli, okrążali jednego znowych, którego Sancho nie znał. – Przepraszam, uderzyłemcię. Jużsobie idę – przeprosił, podnosząc ręce wuspokajającym geście. – I słusznie, zjeżdżaj pederasto. Mamy turobotę – powiedział Monterito. Nowy spojrzał na Sancha zdesperackimwyrazemtwarzy. Zwykle nowo przybyli mieli na sobie strzępy łachówalbo wogóle nic, ale to biedaczysko było ubrane wszorstką sierocińcową koszulinę,

całkowicie rozdartą. – Co murobicie? – A co cię to obchodzi, mądralo? Wynoś się, zanimi tobie powybijamy zęby. Sancho zrobił krok wtył. Przed nimstało wieluprzeciwników, a onmiał puste ręce. Poza tymbył wyczerpany, głodny i obolały. Jedyne, o czymmarzył, to dotrzeć do refektarza, a potemna swój siennik wsypialni, którą dzielił zdwudziestką innychsierot. Nowy chłopiec drżał, duże krople potusklejały muwłosy i spływały po wyłupiastych, bezbronnychoczach, którychnie odwracał od Sancha, patrząc na niego błagalnie. „Cholera”, pomyślał Sancho, robiąc krok naprzód. Jeżeli czegoś nie znosił, to wykorzystywania małychdzieci. – Zostawcie go wspokoju. Monterito, który jużsię skupił na swojej ofierze, spojrzał w stronę Sancha ze zdziwieniem i niedowierzaniemmalującymsię na jego przypominającej księżyc wpełni twarzy. – Coś ty powiedział? Sancho westchnął zniesmaczony, starając się nie zdradzać emocji. – Głuchy jesteś? Powiedziałem, że maszgo zostawić wspokoju. Duża ta sfora na tak małego gołąbka... Grubas odwrócił się, strzelił palcami i bezsłowa ruszył na zuchwalca. Sancho jużczekał na niego, schylił się, robiąc unik przed ciosem. Monterito wytrącony zrównowagi runął na ziemię. Pozostałe zbiry puściły nowego – uciekł, jakby go samdiabeł gonił – i przyłączyły się do bójki. Sancho też chciał uciec, ale nie udało musię wyrwać zrąk członkówbandy. Zdołał kopnąć jednego znich, zanim upadł na ziemię, i pociągnął za sobą innego wplątaninie rąk i nóg. – Ach, Jezusie błogosławiony! Cóżto za awantura! Piskliwy głos brata ekonoma i laska służąca mudo karania tych, którzy zachowywali się niewłaściwie wrefektarzu, wkilka chwil rozdzieliły walczących. Sancho leżał na ziemi tak posiniaczony i wykończony, że kara była mujużobojętna. Zakonnik musiał na niego krzyknąć kilka razy, aby się podniósł. – A więc to ty, Sancho zÉcichy! Znowunaruszaszspokój tego domu! – Bracie, ja... – To onzaczął tę bijatykę? Monterito i jego zbiry potwierdzili skinieniemgłowy, bardzo poważnie, czyniąc znak krzyża na piersi i przywołując Boga i Jego matkę na świadkówwiny Sancha. Rozwścieczony niesprawiedliwością chłopak skrzyżował ramiona na piersi i nic nie powiedział. Kiedy Sancho wszedł do gabinetu, brat Lorenzo stał przy oknie. Nie odwrócił się do niego, aby go przywitać, ponieważpotrzebował chwili, aby zapanować nad emocjami. Brat Lorenzo miał już

prawie siedemdziesiąt lat, ale nigdy nie wyzbył się swoichludzkichodruchów, które jego przełożeni starali się wnimzdusić, przydzielając muco niebezpieczniejsze zadania. Wswojej rodzinnej Irlandii był jałmużnikiemzakonu, pracował wleprozorium, a w1570 rokupo ekskomunikowaniuElżbiety I został nawet wysłany do Anglii. Spędził tampięć lat, wczasie gdy nasilały się prześladowania zwolennikówpapieża zRzymu. Był zmuszony odprawiać msze w stodołachi szopach, chrzcić dzieci wsadzawkachi baliach, spowiadać wstajniachi kurnikach. Wreszcie jego twarzstała się zbyt dobrze znana wśród ortodoksyjnychanglikanów, aby nadal mógł przebywać wtymkraju, jednak przełożeni zakonunie zgodzili się na jego powrót do Irlandii. Przydzielono muza to najbardziej niewdzięczną pracę: przejęcie największego sierocińca Sewilli po śmierci poprzedniego przeora. Niewielka wspólnota, składająca się zpięciumnichów, i setka podrzutków. Brat Lorenzo uszanował śluby posłuszeństwa i nie protestował, choć nie znał ani słowa po hiszpańsku. Wciągudwunastulat spędzonychwSewilli nauczył się języka tak dobrze, że nawet najbardziej doświadczeni słuchacze nie orientowali się, że nie urodził się wKastylli. Zakonnik miał dar do języków, dlatego do prowadzonychprzezsiebie lekcji łaciny, greki i matematyki dodał także angielski. Co dzieńwydawało musię, że sieje na skalistej ziemi, ponieważdzieci zsierocińca były niemal zawsze zbyt wygłodzone, chore lub otrzymały zbyt wiele ciosówwgłowę, aby nasiona wiedzy mogły się przyjąć. Zdarzały się jednak rzadkie wyjątki, białe lilie rosnące na śmietnisku. Zichpowoducierpiał najbardziej, ponieważ, nieważne jak bardzo się zaangażował, nie mógł ichustrzec przed zranieniem się zardzewiałymgwoździem, kończącymsię śmiercią wcierpieniach, wśród straszliwychskurczy mięśniowych, albo przed gorączką czy tyfusem, które stale przyczyniały się do powstawania coraz to nowychkopczykówziemi na zatłoczonymcmentarzuwgłębi dziedzińca. Brat Lorenzo od dziesięciulat zajmował się cudzymi dziećmi, tymi, którychnikt nie chciał. Napotkał niewiele białychlilii, a żadna znichnie miała blaskui siły Sancha. Chłopak potrafił wciągukilkudni nauczyć się tego, co innymzajmowało tygodnie. Kiedy jużwrócił do zdrowia po dżumie i mógł po razpierwszy wejść do klasy, nie potrafił czytać ani pisać. A wciąguzaledwie roku stał się najlepszymuczniemprzeora. Brat Lorenzo odwrócił się i spojrzał na Sancha wmilczeniu, gładząc się po siwej brodzie. Chłopak był szczupły, ale teżsilny i urósł co najmniej o stopę, odkąd pojawił się tutaj chory, przerzucony przezkoński grzbiet. Czekał, patrząc muwtwarzjak zawsze, zpozoruspokojny i pełenszacunku, ale brat nie dał się zwieść. Wiedział, że za tymi zielonymi oczami szalała gwałtowna burza. Sancho nie miał przyjaciół; czasemprzeor widział, jak broni się przed obelgami i agresją innych, którzy go nie rozumieli ani nie chcieli zrozumieć. Zauważył rozbitą wargę i nie zdołał ukryć grymasu niezadowolenia. – Podejdź, Sancho.

Odwrócił się ponownie wstronę okna, patrząc, jak nad pustymdziedzińcemzapada zmrok. Sancho stanął obok niego. – Miałeś przyjść do mnie na rozmowę przed kolacją, nie pojawiłeś się. I na dodatek brat ekonom mówi mi, że wdałeś się wbójkę i straciłeś kosz. – Przykro mi, ojcze. Widzicie, poszedłemrano do Arenalu... – Dosyć, Sancho. Powód twojego spóźnienia mnie nie interesuje. – Ale... Brat Lorenzo uniósł palec i chłopak zamilkł niechętnie. Był typembuntownika. Nie pogodził się ztym, że przebywa wsierocińcu, ani ztragedią, która go tamsprowadziła. Potrzebował zaledwie kilkutygodni, aby powrócić do zdrowia po dżumie – pozostały mupo niej tylko nieładne blizny na szyi, wielkości dublonu. Jednak mnichwiedział, że rany na duszy chłopca będą się zabliźniać znacznie dłużej, jeżeli wogóle kiedyś to nastąpi. Minęły miesiące, zanimotworzył usta, a kiedy to zrobił, wyjawił tylko niewielkie skrawki swojej historii – zakonnik musiał cierpliwie składać je wcałość. Wiedział, że Sancho nigdy nie poznał swojego ojca i że jego matka była twardą kobietą, bardziej skoncentrowaną na czynachniżskłonną do czułości. Nie miał rodzeństwa ani żadnej innej rodziny, a przynajmniej nic o tymnie wiedział. Jego życie toczyło się wokół motyki i pieca. Miał szorstkie dłonie robotnika, ale umysł lisa i naturę żbika. Bezkotwicy wpostaci matki, wotoczeniutakimjak to surowe miasto, chłopak czuł się zagubiony. Wydawało musię, że zawsze ma rację, i odrzucał wszelką formę kontroli. Potrzebował jakiegoś środka dyscyplinującego, czegoś, co sprowadziłoby go na właściwą drogę. „Boże, dopomóż, mamnadzieję, że podejmuję właściwą decyzję” – pomyślał zakonnik. – Jużniewiele lekcji ci pozostało. Wprzyszłymtygodniuopuściszmury sierocińca. I wiesz, że dziś zamierzałemcię poinformować o mojej decyzji dotyczącej twojej przyszłości. – Sancho wolno skinął głową. – Zdecydowałem, że nie polecę cię do pracy wdomuMalfinich. Zarekomenduję imIgnacia, nie ciebie. Chłopak szeroko otworzył oczy, jakby dostał wtwarz. Marzył o pracy wdomutychwłoskich bankierów, odkąd brat Lorenzo wspomniał o niej kilka tygodni temu. Pomimo że Hiszpania i Anglia oficjalnie pozostawały wstanie wojny, szlaki handlowe pomiędzy nimi wciążfunkcjonowały – Malfini mieli przedstawicielstwa na tychszlakach, a towary zSewilli przewoziły statki włoskie i portugalskie. Nic to dla Sancha nie znaczyło ażdo momentu, kiedy przeor wspomniał mu, że czeladnicy mogą podjąć pracę jako członkowie załóg statków. Zamorskie przygody stanowiły jego marzenie, więc terazdecyzję brata Lorenza odebrał jako zdradę. – Ależojcze, sami mówiliście, że to ja najbardziej nadaję się do tego – zdołał wydusić zsiebie Sancho, starając się nie podnosić głosu. – Wrachunkachjestemznacznie szybszy od Ignacia, a poza

tym... – Tak, Sancho, jesteś wrachunkachlepszy od Ignacia. Z angielskimrównieżradziszsobie dobrze, choć twoja łacina pozostawia wiele do życzenia. Jednak wpracy uMalfinichpotrzeba czegoś więcej: dyscypliny, porządku, odpowiedzialności. A wtym, mój synu, nie jesteś najlepszy. Spóźniaszsię, ciągle się wdajeszwbijatyki... Sancho odwrócił wzrok, bo nie potrafił wprosty sposób wyjaśnić dzisiejszego zdarzenia zMonteritemi znowym. Nawet onsamnie wiedział, dlaczego codziennie zadziera zinnym chuliganem. Każdego wieczoru, kiedy leżąc na sienniku, liczył swoje siniaki, strupy i chwiejące się zęby, przysięgał sobie, że to się jużnie zdarzy. A jednak wciążmusię przytrafiało. – Ja nigdy nie zaczynamtychbójek, ojcze – tylko tyle udało musię powiedzieć. – Sądzisz, że twoi koledzy cię lubią, Sancho? – Nie wiem. Nie sądzę. – A czy, twoimzdaniem, jest kutemujakiś powód? – zapytał zakonnik, unosząc brwi. Chłopak wzruszył ramionami i nie odpowiedział. Zupełnie nie rozumiał, do czego mnichzmierza. – Wyjaśnię ci, co jest tego powodem– kontynuował brat Lorenzo zirytacją. – Podejdźdo mojego kufra i otwórzgo. Znajdziesztammałą szkatułkę zciemnego drewna. Postawją na moim biurkui zajrzyj do środka. Zaintrygowany chłopak posłuchał. Szkatułka była pełna skrawkówpapieruwróżnychrozmiarach i kształtach. Żadennie był większy od jego dłoni. Wziął jedenznichi na głos odczytał zapisaną na nimtreść. – „Oddajemy, bo nie mamy środkówna jego utrzymanie”. Co to takiego, ojcze? – Czytaj dalej. – „Pozostawiamy go wtymświętymdomuwtrosce o cześć jego matki” – odczytywał kolejne liściki, nic nie rozumiejąc. „Zostawiamy, mając na względzie naszhonor”. „Oddaję dziecko, ponieważ mój mążwraca zzamorskiej wyprawy, gdzie przebywał przezponad rok”. – Wszystkie te liściki były przymocowane do zawiniątek, w którychunaszychwrót pozostawiono dzieci. Porzucają je nagie, o świcie, nie bacząc, że jest środek zimy, żeby tylko nie wystawić na szwank swego honoru, nie chcą, aby sąsiedzi zobaczyli, że wychodzą zdomu, niosąc dziecko swojej córki lub służącej. Czasemnawet nie dzwonią do bramy klasztoru. Dlatego jeden znas każdej nocy wychodzi co godzinę na próg, ale czasemtenczas okazuje się zbyt długi i porzucone dziecko zdążą jużzaatakować wieprzki czy psy. Maszpojęcie, ile dzieci musiałem wyrywać zpaszczy zwierząt? Ile razy walczyłemo dłończy ucho? Brat Lorenzo mocno zacisnął pięści, tak jakby jego ciało ponownie walczyło zsamą śmiercią na progusierocińca. Westchnął przeciągle. – A ci, przy którychznajdujemy liściki, to szczęściarze, bo wielunie ma nawet tego. Wdniu,