wotson

  • Dokumenty43 353
  • Odsłony2 061 353
  • Obserwuję1 390
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 548 673

Nadia Szagdaj - Kroniki Klary Schulz 1 - Sprawa pechowca

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :1.7 MB
Rozszerzenie:pdf

Nadia Szagdaj - Kroniki Klary Schulz 1 - Sprawa pechowca.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion N Nadia Szagdaj
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 40 osób, 30 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 127 stron)

Spis treści Okładka Skrzydełko Karta tytułowa Karta redakcyjna Rozdział I Rozdział II Rozdział III Rozdział IV Rozdział V Rozdział VI Rozdział VII Rozdział VIII Rozdział IX Rozdział X Rozdział XI Rozdział XII Rozdział XIII Skrzydełko Okładka

Copyright © by Nadia Szagdaj and Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o., 2013 ISBN 978-83-63431-53-2 Projekt okładki: Mariusz Banachowicz Redakcja: „Sztuka i Słowo”: Daria Demidowicz-Domanasiewicz Korekta: Lidia Szagdaj Redakcja techniczna: Adam Kolenda Wydawca: Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o. ul. Sokolnicza 5/76, 53-676 Wrocław www.bukowylas.pl, e-mail: biuro@bukowylas.pl Wyłączny dystrybutor: Firma Księgarska Olesiejuk Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. 22 721 30 11, fax 22 721 30 01 www.olesiejuk.pl, e-mail: fk@olesiejuk.pl Konwersja do formatu epub: pan@drewnianyrower.com

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym I Weil mich nichts zurücke hält, Gute Nacht, du falsche Welt!1 Papageno, Czarodziejski flet W.A. Mozart Klara stała i obserwowała zwłoki delikatnie kołyszące się na linie. Oczy wisielca spoglądały w nicość z zastygłym na wieki wyrazem zdumienia, jakby wciąż wyrażały pytanie: „Dlaczego?”. Kobieta bez najmniejszego wzruszenia wpatrywała się w artystę, którego ostatnie słowa, jakie wypowiedział w życiu, brzmiały: „Gute Nacht, du falsche Welt”. Zimno oceniła ironię sytuacji, kontrolując, by nie ulec niewytłumaczalnemu w tym momencie napływowi czarnego humoru. Chwilę później jednak nie było jej już do śmiechu. Tak tragiczny wypadek nie wydarzył się dotąd w operze w Breslau, a może nawet w całych Niemczech. Jeszcze dziesięć minut wcześniej śpiewak podskakiwał na scenie ubrany w kolorowe pióra. W ręce trzymał piszczałkę, w którą najpierw dął, potem odliczał: „jeden”, znów dął i liczył dalej, do trzech. W Czarodziejskim flecie Wolfganga Amadeusza Mozarta przypadła mu rola ptasznika Papagena – postaci komicznej w swym tragizmie, jak określiłaby to Klara. W tej scenie, gdy nikt nie odpowiadał na jego wołanie, osamotniony Papageno zakładał na szyję pętlę z zamiarem zakończenia swego smutnego żywota. Publiczność płakała wówczas… ze śmiechu i czekała na znane wszystkim wtargnięcie Trzech Chłopców, dzięki którym ptasznik zachowywał życie. Tym razem jednak stało się inaczej. Po tym, jak baryton Emmanuel Heiss założył na szyję pętlę, a Chłopcy wyskoczyli zza kulis, akcja opery zmieniła kurs o sto osiemdziesiąt stopni. Nagle coś tąpnęło. Potem straszliwy huk poderwał widzów z foteli. Tym razem nikt się nie śmiał, a po sali przeszedł szmer przerażenia. Śpiewaczki odgrywające role Chłopców poprzewracały się na siebie. Jedna z nich, ratując się przed upadkiem, objęła małą egipską kolumnę stanowiącą część dekoracji. Miała szczęście, czego nie można było powiedzieć o Emmanuelu, który jeszcze nie zdążył zdjąć z szyi wisielczej pętli. Koniec napiętej pod ciężarem jego ciała liny ginął pod deskami sceny. Wszystko wydarzyło się tak szybko, że trudno było pozbierać myśli. Osłupiałych widzów otrzeźwił głos dyrygenta stojącego nad wyrwą w scenie. – Czy jest na sali lekarz? – krzyczał, zaglądając w głąb czeluści. – Lekarza! Szybko! Klara wpatrywała się w naciągniętą linę, lekko unosząc się na palcach. Nagle zorientowała się, że jej mąż, który jeszcze przed chwilą stał tuż koło niej, śpieszy teraz w kierunku sceny, zakasując rękawy białej koszuli. Jego marynarka wciąż wisiała na oparciu siedzenia obok. – Ja jestem lekarzem! – wołał Bernard, przyśpieszając kroku. – Proszę mnie przepuścić! – Tędy! – Dyrygent wskazał mu drogę i zanim obaj zniknęli za kulisami, krzyknął w stronę coraz bardziej rozsierdzonej gawiedzi: – Proszę pozostać na miejscach! Klara, nie zastanawiając się, ruszyła za mężem. Gdy biegła, stawiając drobne kroczki w swej nowej modnej wąskiej sukience, ludzie mierzyli ją od stóp do głów. Im bardziej chciała być niewidoczna, tym większą uwagę przykuwała. (Przynajmniej tak jej się zdawało). Szczególnie kobiety patrzyły na nią nieprzyjaźnie, a ona starała się kwitować ich dezaprobatę niewinnym uśmiechem. Gdy odwracała głowę, uśmiech gasł, Klara zaś myślała tylko o tym, by nie runąć jak długa między siedzeniami widowni. Dotarła w końcu do sceny. Zanim weszła za kulisy, by odnaleźć drogę pod scenę, odwróciła się w stronę osłupiałych widzów i uśmiechnęła głupkowato. – Tak, tak… proszę zostać na miejscach – powtórzyła, podkreślając swą prośbę delikatnym, powstrzymującym gestem ręki, po czym odwróciła się naprędce i zniknęła za grubą kurtyną. Ogarnął ją mrok. Chwilę później potknęła

się o coś, co podstępnie wślizgnęło się pod jej nogi. Podejrzewała, że mogła to być gruba lina przytrzymująca kotary przy scenie. Porzuciła jednak myśl o sprawdzeniu, co chciało ją zabić, i złapawszy równowagę, ruszyła przed siebie. Chwyciła sukienkę i uniosła wysoko nad kolana, dzięki czemu mogła się sprawniej przemieszczać. Szła powoli, choć już nie tak niepewnie, gdyż stopniowo zaczęła przyzwyczajać się do wszechobecnych ciemności. W końcu dotarła do drewnianych schodów, spod których dochodziło nikłe światło. Rozejrzała się i dopiero teraz dostrzegła grubą warstwę kurzu pokrywającą te jakby zapomniane schody. Od samego widoku zaczęło ją drapać w gardle. Ruszyła w górę, zamiatając stopnie suknią. Skupiła się, by nie przypłacić ciekawości zdrowiem. Postanowiła poruszać się po śladach, które zapewne wydeptał tu sufler, chyba jedyna chodząca tędy osoba. Gdy dotarła pod scenę, stwierdziła, że po raz kolejny kobiecy instynkt (który wolała nazywać zmysłem śledczego) jej nie zawiódł. Na dole zastała suflera. Siedział skulony pod ścianą. Był blady i miał łzy w oczach. Drżały mu wargi. Popatrzył na nią bykiem, ale nie wydał z siebie dźwięku. Wyciągnął rękę, pokazując kierunek, w którym miała się udać. Było w tym geście coś, co uczyniło go podobnym do samej śmierci. – Dziękuję… – szepnęła, nie mogąc oderwać od niego wzroku. Szła jeszcze kilka metrów. Światło stawało się coraz mocniejsze. Chwilę później usłyszała przytłumione głosy. W jednym z nich rozpoznała głos należący do męża. – Na Boga, niechże pan w końcu się ogarnie i wezwie policję…! Ja tu już nic nie pomogę – ponaglał kogoś. – Taka hańba… Jestem skończony – powtarzał ten drugi jak w gorączce. – Panie Mahler, mówię panu po raz kolejny: to nie pańska wina. Podłoga jest wyraźnie podpiłowana. Uszkodzona, rozumie pan? Uszkodzona! Nie wiem, kogo i co złego miało spotkać dziś na tej scenie, ale sam pan widzi, co się stało. To sprawa dla policji. Jeśli jakaś śpiewaczka postanowiła zadbać o to, by Pamina złamała nogę, to przesadziła i będzie musiała odpowiedzieć za to przed wymiarem sprawiedliwości. – Mogłem jeszcze raz sprawdzić. Dyrektor artystyczny wyrzuci mnie na zbity pysk. Jestem skończony. Taki ze mnie dyrektor techniczny, jak z suflera aktor. – Mężczyzna wpadł w histerię. Klara wychyliła się zza drewnianej ścianki. Jej oczom ukazali się Bernard i jakiś gruby jegomość, który co chwila wycierał czoło. W pomieszczeniu panował zaduch i Klara odniosła wrażenie, że wszystko przesiąknięte jest zapachem potu. Między rozmówcami, około metra nad podłogą, na solidnej linie kołysały się zwłoki Heissa. Bernard uniósł głowę i kiwnął do żony, jakby dając jej do zrozumienia, że sprawa jest… delikatnie ujmując, beznadziejna. Widok Klary w tym miejscu w ogóle go nie zdziwił. Grubas zaś chyba jej nie zauważył. Ale ponieważ jej samej wydawało się, że jest bliski omdlenia, mąż traci cierpliwość, a denata nie ma nawet czym odciąć, postanowiła się wtrącić. – Pan mi powie, panie… – Mahler – odpowiedział za niego Bernard. – Mahler. No tak. Prawie jak maestro Gustav Mahler, prawda? – Niestety, nikt nie miał nastroju do śmiechu. Klara zgasiła swój żart w zarodku. Chrząknęła. – Czy ta lina zawsze jest taka gruba? No, wie pan, to jakby… niebezpieczne. A pan tu odpowiada za bezpieczeństwo. Nie chciała go przestraszyć, choć z początku wydawało jej się, że pogorszyła sytuację. Mahler podniósł nerwowo głowę i spojrzał na nią obłędnym wzrokiem. Teraz z pewnością uświadomił sobie jej obecność. Okazało się jednak, że Klara nie tyle go przestraszyła, ile przywołała do rzeczywistości. – Ma pani rację. Tak, tak… Ona jest dzisiaj jakaś inna. – Widać było, że zmusza się do patrzenia na denata. – Tu dziś w ogóle nic się nie zgadza. Przecież sam to wszystko ustawiałem. A tu nic nie jest na miejscu! – O czym dokładnie pan mówi? – pytała spokojnie. – No choćby o tej linie. Jest… to znaczy powinna być zawieszona na gałęzi drzewa. Takim elemencie dekoracji scenicznej. Normalnie drzewo powinno zawalić się pod ciężarem pana Heissa. A ono wciąż stoi na swoim miejscu. Lina musi wisieć gdzieś wyżej. Ponad linią świateł, a może i kurtyny. No i sama lina, tak… – Znów przetarł czoło. Ręce trzęsły mu się jak po całonocnej popijawie. – Ona też jest jakaś dziwna – kontynuował. – Jakby grubsza, tak jak pani mówi. Nic tu się nie zgadza. Nic… Mogłem dwa razy sprawdzić. Jestem skończony. – Załamał mu się głos. – Co pan robił przed spektaklem? – dociekała Klara. Mahler znów przeszył ją spojrzeniem. Lecz tym razem, zanim zaczął mówić, wziął głęboki wdech i z drżeniem wypuścił powietrze. – Nie mogę powiedzieć. To moja prywatna sprawa. – Opuścił wzrok i znów odetchnął. Klara spojrzała wymownie na Bernarda. – Panie Mahler… Tu dziś już nic nie będzie pańską prywatną sprawą. Proszę pomyśleć o tym, jaką cenę może pan zapłacić za to, co się stało – ostrzegła dobitnie. I tak wiedziała, że Mahler odpowie za niesubordynację, nawet jeśli przed spektaklem rozmawiał z samym cesarzem Niemiec. Mężczyzna chwilę się zastanawiał, po czym z wysiłkiem przykucnął, aż strzeliły mu kości, i zakrył ręką oczy.

– Mam… – zaczął. Po raz kolejny odetchnął głęboko. – Mam romans. Z jedną ze śpiewaczek, Marie. Kiedy nie ma jej w obsadzie, przychodzi do mnie… do biura. Proszę zrozumieć. Mam żonę i dzieci… – Mahler całkiem się rozkleił. Zaczął spazmatycznie szlochać. Klara podeszła bliżej, starając się dla dobra sprawy przyjąć łagodny ton. – Panie dyrektorze, należy niezwłocznie powiadomić policję. Nie trzeba tęgiej głowy, by wywnioskować, że ktoś, kto tak bardzo postarał się przy hmm… zmianie dekoracji, kto podpiłował podłogę i w końcu, kto wiedział, że Marie nie ma w obsadzie i co to oznacza dla pana… – To był czas na pauzę generalną. Zaczerpnęła tchu, lecz Bernard przywłaszczył sobie prawo do kadencji. – Ten ktoś – wtrącił także spokojnym tonem – skrupulatnie zaplanował morderstwo na konkretnej osobie – na panu Heissie. A to robota dla policji. Bezwzględnie. Prawda, Klaro? – Bernard zadał pytanie z pewnym naciskiem. Klara popatrzyła na niego z wyrzutem. – Oczywiście, kochanie. Chyba, że policja jest bezradna, co nierzadko się zdarza w tym mieście… – Lecz nie zawsze! – przerwał jej Bernard. Poczerwieniał. Wydawało się, że jego głowa lada chwila eksploduje. – Choć w wielu wypadkach sprawy pozostają otwarte do śmierci prowadzących je śledczych – wtrąciła znów Klara. – Większość śledztw dotyczących morderstw jest wciąż nierozwiązana i chyba nie muszę ci przypominać, o które między innymi mi chodzi? – Klara również zaczęła podnosić głos. Mahler przyglądał się im z rosnącym zainteresowaniem. Na chwilę nawet zapomniał, że ma poważne kłopoty. – Jak zwykle rozdrapujesz ranę, która nie daje ci normalnie żyć, Klaro! Mnie zresztą też. Opamiętaj się… Nie można ciągle żyć przeszłością! – Bernard nerwowym gestem objął czoło, jakby chciał sprawdzić, czy nie ma gorączki. – Przepraszam państwa najmocniej… Chyba jednak pójdę po policję. – Mahler wstał i wyszedł szybkim krokiem spod sceny, lekko się przy tym słaniając. Klara i Bernard odprowadzili go wzrokiem do momentu, gdy zniknął za drewnianym przepierzeniem. Potem, wciąż patrząc w ciemność, odprowadzali go słuchem, aż jego kroki ucichły. Wtedy spojrzeli po sobie i bez słowa podeszli do wisielca. Klara patrzyła na niego bez emocji, choć gdy przypomniała sobie jego ostatnie słowa, przez moment miała wrażenie, że jego przypadek jest kwintesencją czarnego humoru. Powstrzymała uśmiech. – Powinniśmy sprawdzić, pod co podczepiono linę – zwróciła się do męża. – Może znajdziemy tam jakieś ślady? – Odruchowo uniosła lewą brew. – Może jednak powinniśmy poczekać na policję. – Bernard mówił już ciszej, choć nadal z naciskiem. – Aha… czyli nie chcesz wiedzieć, co się przytrafiło Heissowi? Swoją drogą… – spojrzała na twarz śpiewaka – …świetny był z niego baryton. Szkoda… – Zasępiła się. – Tym bardziej powinniśmy to sprawdzić sami. – Nie, Klaro. Jeśli chcesz jeszcze zrobić coś dla tego człowieka, poczekaj tu ze mną na policję i chodźmy do domu. Do Fritza. Pamiętasz? To twój syn! – Bernard krzyczał szeptem. – Nie bądź sarkastyczny. Nie przedkładam tego – wskazała na wisielca – nad swoją rodzinę! Myślę jednak… – Nie ma jednak! – Złapał żonę za ramiona. – Zrozum wreszcie, że to nie puchaty piesek, który zaginął małej Heidi. To – wskazał głową Heissa – jest trup… – Zrobiło mu się głupio, że potraktował tego człowieka jak przedmiot, i opuścił głowę. – Takie śledztwa zostaw zawodowcom. Nagle usłyszeli kroki. Szurające, posuwiste, wolne. Spojrzeli w stronę drewnianej ścianki, zza której, na tle wszechobecnego gęstego mroku, wyłonił się blady sufler. Zerknął w stronę Heissa i niemal od razu odwrócił głowę, wykręcając ją jak sowa. Przeczesał nerwowo włosy i zwrócił się do Klary: – On… – Wskazał w stronę wisielca, nie patrząc. – On był mi bardzo bliski. Bardziej niż bardzo, rozumie pani? – Rozumiem. Chyba – odpowiedziała powoli, jakby badawczo. – Czy pani jest… Nie wiem, jak to ująć… Detektywem? – zapytał drżącym głosem. – Nieoficjalnie, panie…? – odpowiedział za nią Bernard. – Skrocki. Henryk Skrocki. – Nieoficjalnie, panie Skrocki. Żona czasem pomaga ludziom. Ma po prostu zmysł dedukcji, nic poza tym. – Dziękuję ci serdecznie, Bernardzie. Zawsze mogę liczyć na twój talent do reklamy. – Klara zaplotła ręce na piersiach i spojrzała w ziemię. – Jeśli… jeśli policja zaniecha swoich działań – kontynuował sufler, nie zważając na ciąg dalszy małżeńskiej wymiany ognia. – Jeżeli, wie pani, nie znajdą tego kogoś… Czy mogę liczyć na pani pomoc? – zapytał cicho. – Oczywiście za odpowiednim wynagrodzeniem. – Myślę, że policja nie zaniecha swoich działań, szanowny panie. Moja żona przesadza. – Ale – wtrąciła Klara – gdyby okazało się, że nie przesadzam, proszę o mnie pamiętać. Jakby w oddali dało się słyszeć narastające głosy, pełne strofującej nuty i typowej dla policji agresji. Klara nie

chciała spotkać się z tymi typami, których od zwykłych bandziorów, jakich rzekomo ścigali, różniły tylko oficjalna nazwa i wydumane tytuły. I pomyśleć, że jej ojciec należał kiedyś do tej sfory, a ona marzyła, by także znaleźć się w tym, jak sądziła, elitarnym gronie. Ale od czasu, gdy mimo jej starań (i pomocy ojca) policja Breslau zamiast posady śledczego zaproponowała jej stanowisko kawiarki lub kuriera, Klara w mgnieniu oka straciła szacunek do tej instytucji. Trochę trwało, zanim pojęła, że musi działać na własną rękę i liczyć na to, że jej ojciec, emerytowany zastępca komendanta w Prezydium Policji, użyje swych kontaktów, by jej to ułatwić. I tak zaczęła swoją przygodę ze śledztwami. Najpierw dostawała zlecenia, które z początku ją bawiły: poszukiwanie zagubionych lalek, psów i kotów. Potem była sprawa zaginionego staruszka, który stracił pamięć w centrum Breslau. Klara odnalazła go dopiero w Trebnitz2 , gdzie wałęsał się bez celu, nie wiedząc, gdzie jest. Zresztą starszy pan nigdy nie odkrył, jakim sposobem tam dotarł. Po tym śledztwie przyszły zlecenia większego kalibru: śledzenie niewiernych małżonków i rozwiązywanie sporów o rodzinne klejnoty, poszukiwanie testamentów i tajemnych skrytek w ścianach. Jednak te wszystkie sprawy, choć dobrze płatne, nie mogły równać się z tą, która zrodziła się na jej oczach. Ze sprawą wielkiego kalibru, mogącą przynieść jej rozgłos i sławę. Nareszcie przyszła pora na to, by udowodnić sforze psów z Breslau, że mają poważną konkurencję. Klara z namaszczeniem wyciągnęła dłoń do Skrockiego i podała mu mały perfumowany kartonik. – Będę czekać. Znam policję i jej metody. Dowiedzą się o panu i pańskim partnerze i jeszcze pana oskarżą. Proszę nic im o sobie… o was nie mówić i obserwować rozwój wydarzeń. Jeśli tylko coś się panu nie spodoba, proszę do mnie przyjść. I niech pan się trzyma, panie Skrocki. Podeszła do niego i mocno ścisnęła za ramię, chcąc podkreślić swoją pozycję i doświadczenie w branży. Skrocki popatrzył za nią, gdy odwróciła się energicznie, wznosząc w powietrze tuman kurzu. Jej kasztanowe włosy zalśniły w słabym świetle lampy naftowej postawionej niemal pod samym wisielcem. Ujęła Bernarda za rękę. – Ty będziesz rozmawiał z tymi pajacami – oznajmiła. – Wyrażaj się, do licha! Nie zapominaj, kim jesteś. – Bernard wciąż był poruszony. – Nie zapominam właśnie – odpowiedziała i uśmiechnęła się pod nosem. Sufler spojrzał na kartonik i bezgłośnie poruszając wargami, odczytał: „Klara Schulz, pomoc w trudnych sprawach”. 1 Skoro nic mnie nie zatrzymuje, Dobranoc, fałszywy świecie! (przekład autorki). 2 Trzebnica.

II Klara siedziała w jadalni. Choć była druga w nocy, nie mogła spać. Płomień lampy naftowej był ciepły i kojący. Mimo to po jej policzku płynęła łza. Drżącą ręką uniosła do ust szklankę z wodą. Upiła łyk. Pociągnęła nosem i otarła mokrego intruza, który z policzka przemieścił się na brodę. Nie była w stanie zapomnieć swojego snu. I nie chodziło w nim o Heissa, choć jego widok na pewno przyczynił się do treści koszmaru. W życiu widziała już o wiele gorsze rzeczy niż wisielec w operze. Ojciec, gdy jeszcze naiwnie myślał, że córka odziedziczy po nim fach, zabierał ją w różne miejsca, by oswoiła się z drastycznymi widokami. Szkolił ją i oswajał ze śmiercią. „Najważniejsze jest oddychanie – powtarzał. – Prawidłowe, bezszelestne. Jeśli chcesz wytropić złoczyńcę, musisz myśleć jak on, zachowywać się jak on, chodzić za nim, a gdy trzeba, mieć mniej skrupułów niż najgorszy bandzior”. Normalnie nigdy by się nie zdecydowała na podjęcie podobnej pracy. Przenigdy. Ale w jej życiu wydarzyło się coś takiego, co pchnęło ją o wiele dalej i wciąż, po wielu latach, powracając w koszmarach sennych, kazało podążać w tę stronę. Wydarzenie to odcisnęło piętno na jej życiorysie niczym rozgrzana do czerwoności żelazna pieczęć, którą wypala się sygnaturę właściciela na grubej skórze byka. W tym śnie znów była w tamtej szafie. W szafie ze skrzypiącymi drzwiami, między którymi zionęła szpara, zbyt szeroka, by ukryć widok zbrodni, i zbyt wąska, by zdradzić obecność dziewczyny, która ukryła się przed zbrodniarzami. Tam, w szafie, w pokoju swojej ukochanej matki, przez czeluść w drzwiach widziała, jak dwaj mężczyźni powalają kobietę na podłogę, gwałcą i podrzynają jej gardło. Jak bezczeszczą zwłoki, oddając mocz na jej twarz. Patrzyła na jej nieruchomiejące rysy, zastygające ciało. W ostatnich minutach życia matka odwróciła głowę w stronę tej cholernej szafy, jakby wiedziała, że tam jest jej córka. Jakby za wszelką cenę chciała powstrzymać ją od wyjścia z ukrycia. Klara miała wtedy tylko trzynaście lat. Do tej pory zastanawia się, dlaczego bandyci jej nie znaleźli. Właściwie nawet nie szukali. Co prawda miało jej wtedy nie być w domu. Miała być u swego nauczyciela na lekcji kaligrafii. Ale w tym dniu dostała pierwszy w życiu okres i matka pozwoliła jej zostać. I przez to stała się świadkiem koszmaru, który prześladował ją przez wszystkie te lata, dzień po dniu, wracając w przeróżnych formach. Zapach starej szafy, ciemności, charczenie umierającej matki. Na samą myśl robiło jej się niedobrze. Minęło dwanaście lat. Dwanaście… a ci partacze z policji umorzyli śledztwo już po dwóch miesiącach. Klara z bólem przełknęła ślinę. Gardło ściskała jej bezsilność i wściekłość. Uznali, że sprawy nie da się rozwiązać. Mimo stanowiska ojca. Mimo jego próśb. Mimo jego prywatnego śledztwa. W końcu nie wytrzymał napięcia. Odszedł z policji po niespełna pięciu latach od śmierci Marie. I tak dziwiło ją, jak wiele zdołał wytrzymać. Przez tyle miesięcy, tygodni i dni patrzył w oczy swoim przyjaciołom, którzy tak bardzo go zawiedli. Klara w głębi serca czuła, że policja wie coś więcej. Sam ojciec także zdołał ustalić wiele szczegółów. Poza tym miał ją – córkę, która była naocznym świadkiem całego zdarzenia. Ale wkoło powtarzano mu, że córka jest w szoku, a jego śledztwo niczego nie wnosi. Zaniechali dochodzenia. Nigdy więcej do niego nie wrócili. Pozwolili jej matce umrzeć w poniżeniu, zaszlachtowanej jak zwierzę i sponiewieranej. Od tamtej pory Klara wiedziała, jaki ma w życiu cel. Wiedziała, że powinna się dowiedzieć prawdy, za wszelką cenę. Znaleźć oprawców i wymierzyć im sprawiedliwość. Albo chociaż zginąć za prawdę. Teraz, siedząc nad szklanką wody, pokręciła głową. Od tamtego czasu sytuacja się zmieniła. „Zginąć za sprawiedliwość” szło w parze z „osierocić własne dziecko”. Potarła czoło, czując, jak jej mięśnie napinają się, rysując brzydkie zmarszczki, które odkrywała rano, stojąc przed lustrem w pokoju kąpielowym. Dopiła wodę i powoli wstała od stołu. Zasunęła krzesło, zacierając tym samym ślady swej nocnej obecności w jadalni. Cicho podreptała do pokoju Fritza. Odchyliła delikatnie drzwi, które co jakiś czas skrzypiały przeciągle. Zrobiły to i tym razem, lecz zatrzymała je stanowczo i wślizgnęła do pokoju. Chłopczyk spał. Jej bezbronny, kochany, pięcioletni synek. Jej całe życie. Postawiła lampę na małym stoliku nocnym obok łóżka i pogłaskała malucha po jasnych lokach. Ucałowała go w czoło. „Kocham cię” – wyszeptała. Okryła go troskliwie i wyszła z pokoju. Przemknęła do sypialni i wślizgnęła się pod kołdrę. Bernard oddychał ciężko. Miała nadzieję, że śpi. Nie chciała go niepokoić. Miał odpowiedzialną, wymagającą skupienia pracę. Jednak z nawracającymi koszmarami nie potrafiła sobie poradzić. Zrobiłaby wszystko, by Bernard i Fritz tego nie odczuwali, ale bolesne wspomnienie uparcie powracało, przeradzając się w palący głód. Gasiła go szklanką wody podczas kolejnej nieprzespanej nocy obfitującej w mary z przeszłości, snujące się po jej umyśle niczym przywrócony do życia umarły, niespokojne i odbierające rozum. Zamknęła oczy. Po jakimś czasie

usnęła. Rankiem do pokoju zakradł się promień słońca. Przesuwał się powoli po sypialnianych sprzętach, badając je uważnie. Subtelnie, bezszelestnie pogładził parawan, za którym codziennie ubierała się pani tego domu. Przesuwał się po szklanych ramach, za którymi na żółtawych, ale eleganckich fotografiach widnieli Schulzowie, zastygli już na zawsze w ślubnych ubiorach. Od czasu do czasu błyskał wyraźniej, podkreślając niedoskonałości szklanej tafli. Badał załamania ścian, skomplikowany kształt ramy łóżka, potem przesunął się w stronę śpiących na nim ludzi. Dotknął ukradkiem piersi Klary, która rysowała się pod jedwabną koszulą nocną. Nie śpieszył się. Przesunął się na jej szyję, rozkoszując się gładkością skóry. Potem powoli i bezkompromisowo zmierzył w stronę jej oczu. Zatrzymał się na chwilę na przymkniętych powiekach, natarczywie napominając, że to już poranek. Otworzyła oczy i natychmiast zmrużyła. Przysłoniła twarz ręką, odwróciła się na drugi bok i przylgnęła do poduszki. Westchnęła. Chciała powrócić do tej krainy, w której była jeszcze przed chwilą; tej dobrej, spokojnej, gdzie się wypoczywa, szczególnie po tak trudnej pierwszej części nocy, jaką miała za sobą. Ale promień wykonał swój obowiązek. Niewzruszony podążał dalej wytyczoną drogą, nie zapomniawszy jeszcze pogładzić Klary po włosach. Ona zaś nie mogła już zasnąć. Rozdrażniona, podniosła się na rękach i usiadła na starym łożu małżeńskim. W tym samym momencie do pokoju wszedł Bernard. – Dziewiąta, Klaro. Przyniosłem kawę. – Podszedł do niej i przygładził jej napuszone po nocy włosy. Postawił filiżankę na stoliku nocnym. „Ja ciebie też kochanie, tak doskonale mi się spało, trochę za krótko… Mogę jeszcze pospać? To świetnie” – pomyślała Klara. Ale z potoku przepływających przez jej głowę myśli wykrztusiła tylko jedno słowo: – Dziękuję. Uśmiechnęła się blado. Bolała ją głowa. Czuła się tak, jakby poprzedniego wieczoru wypiła morze alkoholu. Mimo że jej nie wypadało, Klara nie stroniła od mocniejszych trunków, choć zaczynała pić dopiero wtedy, gdy Bernard był już pod humorem. Umiała też, chociaż zdarzało jej się przeholować, zachować pozory trzeźwości. Ze względu na Bernarda. W końcu doktorowej nie wypadało. Ale tym razem spędziła noc nad szklanką wody! A i tak czuła się jak po wypiciu pół butelki koniaku. – Przyszedł telegram od panny Baumann. Prosi cię o spotkanie. Jeśli to nie problem, zajdzie koło dwunastej. – Bernard i jego lekarski spokój. I ten zimny, beznamiętny ton… W sumie, akurat ten ton lubiła. Był… podniecający? Tak, zdecydowanie tak. – Nie pisze, o co chodzi? – Klara uniosła do ust filiżankę z gorącą kawą. Spojrzała zalotnie na męża. Zamrugał nerwowo. W końcu się śpieszył i nie miał czasu na takie spojrzenia. – Pewnie chce zamówić szkic, jak zawsze. – Tak, domyśliłam się. Miałam na myśli temat pracy. – Nie podała w depeszy. Do dwunastej zostało niewiele czasu. Niebawem się dowiesz. Tylko doprowadź się do jakiegoś… porządku. Bo panna Baumann ucieknie, zanim wybierze obiekt twojej pracy. – Uśmiechnął się, ukazując równe białe zęby, kontrastujące z zadbanymi czarnymi wąsami. Był dumny z siebie za każdym razem, kiedy zdobył się na tak fantastyczny dowcip. Klara uznała, że to dobry znak. Uklękła na łóżku i przysunęła się w stronę męża, delikatnie odsłaniając biust. – Dobrze, panie doktorze – odparła, przygryzając dolną wargę. – Klaro… – Bernard natychmiast spoważniał. Chciał wyjść z pokoju, lecz w ostatniej chwili zawrócił. Usiadł obok niej, wsunął dłoń w jej włosy i przyciągnął ją do siebie. Pocałował ją mocno, wywołując szeroki uśmiech na jej twarzy. – Wieczorem, Klaro. I tak jestem już spóźniony przez twoje nocne zajęcia. – Wstał i bez słowa pożegnania wyszedł z pokoju. Klara usiadła na łóżku i wygładziła palcami zmarszczki na czole. Jednak słyszał, jak snuje się po nocy. No trudno… Oboje nie mieli przecież pojęcia, że już niebawem noce Klary zdecydowanie się rozjaśnią i wydłużą, a dni przybiorą ciemniejszą barwę.

III Panna Baumann była dość… starą panną. Jej specyficzne usposobienie i wygląd, o który nigdy nie starała się szczególnie dbać, sprawiły, że wszystkie ewentualne okazje przeszły jej koło nosa (delikatnie ujmując). Na całe szczęście panna Baumann była dobrym człowiekiem i całą tę dobroć postanowiła przelać na dzieci. Nie swoje, oczywiście, lecz dzieci z sierocińca Fundacji Ernsta i Heinricha Heimannów przy Gräbschener Straße3 , w którym pracowała od wielu lat. Klarę poznała, gdy ta uczyła się sztuki rysunku na utworzonym przy Królewskiej Szkole Sztuki i Rzemiosła Artystycznego kursie szkicu dla zamożnych, znudzonych pań. Spotkały się przypadkiem. Styl, w jakim rysowała Klara, bardzo przypadł do gustu starszej koleżance. Od tamtej pory, czyli od przeszło pięciu lat, zamawiała ona u niej szkice dla darczyńców wspierających finansowo placówkę Heimannów. Panna Baumann była bardzo znaną działaczką charytatywną w Breslau. Jej ogromne dochody pochodziły z dwóch sklepów ze słodyczami, których była właścicielką (na co zresztą wymownie wskazywała jej tusza). Wiele szacownych osób wspierających sierociniec ceniło ją za poświęcenie i walkę o dobro młodych wychowanków placówki. Dlatego też panna Baumann mogła pochwalić się nie lada jakimi znajomościami, szczególnie że ludzie ci byli jej życzliwi i zawsze chętni do pomocy. Teraz to zacna kobieta siedziała na skórzanym, niezwykle wygodnym fotelu Bernarda w jego osobistym gabinecie, z którego pod nieobecność gospodarza korzystała jego żona. – Gertrude zaraz przyniesie herbatę, panno Baumann – powiedziała Klara, zostawiając za sobą niedomknięte drzwi do gabinetu. – Cóż to będzie tym razem? – Uśmiechnęła się, zachęcając dziwnie jak na nią wyciszoną pannę Baumann do mówienia. – Właściwie… to poza standardowym zamówieniem chciałam dziś o czymś porozmawiać. – Baumann opuściła wzrok i lekko poczerwieniała. – Podobno… – zaczęła po chwili, lecz natychmiast po tym, jak usłyszała kroki zbliżającej się Gertrude, przerwała i odwróciła głowę w stronę okna. Pokojówka, młoda, w miarę dobrze wychowana i doprawdy bardzo bystra dziewczyna, zauważyła jej konsternację. Szybko więc rozstawiła filiżanki, wiedząc, że w tym wypadku jej pracodawczyni nie będzie miała nic przeciwko pośpiechowi, i rozlała herbatę, wypełniając naczynia tylko do połowy. Następnie ukłoniła się i odeszła, zamykając za sobą ciężkie drzwi do gabinetu doktora Schulza. – O czym chciała pani rozmawiać? – Klara zaczęła łagodnie, widząc, że jej rozmówczyni trudno jest rozpocząć temat, z którym przyszła. – Podobno byliście państwo w operze, kiedy… wydarzył się ten straszny wypadek. – Baumann drgnęła. – Owszem. To naprawdę potworne, co przytrafiło się Heissowi. – Klara chciała kontynuować, lecz dojrzała, że na dźwięk nazwiska barytona panną Baumann wstrząsnął dreszcz, po którym znów odwróciła głowę w stronę okna. Chwilę później wydała z siebie zduszony jęk. Klara podeszła do niej w pośpiechu i ujęła ją za ramiona. – Panno Baumann, wszystko w porządku? – Tak… Nie! – Baumann szlochała, a wielkie łzy płynęły po jej okrągłych, nalanych policzkach. – Pani Schulz, gdyby pani wiedziała, jak ważny był dla mnie kiedyś Emmanuel. Przez wiele lat, nawet po tym, jak wybrał… – znów nią wstrząsnęło – inną drogę. Wie pani jaką? – Chyba rozumiem. Chodzi pani o preferencje płciowe? – Klara starała się być wolna od emocji, niczym psychiatra. – Tak. – Baumann pociągnęła nosem. Klara natychmiast podała jej czystą chusteczkę z miękkiego perkalu. Starała się zawsze mieć je pod ręką. – Nawet po tym, jak mi powiedział, że do końca życia będzie mnie darzył uczuciem, choć już nieco innym, ja nadal… go… – Rozumiem. – Schulz nie rezygnowała z pocieszającego gestu i nadal trzymała ciepłe dłonie na ramionach panny Baumann. Nagle inaczej odebrała jej staropanieństwo. Zrobiło jej się naprawdę przykro. – Chciałabym, żeby pani coś dla mnie zrobiła. – Kobieta nieco się uspokoiła. Otarła łzy chusteczką i miękkim ruchem odłożyła ją na biurko, jakby wahała się przez moment, w jaki sposób najlepiej wyrazić swoją prośbę. – Zamieniam się w słuch. – Klara przysiadła naprzeciwko niej i popatrzyła tak, jakby starała się oddać swoim spojrzeniem całą uwagę, jaką zamierzała jej teraz poświęcić.

– Chciałabym… – zaczęła nieśmiało Baumann, z powodu płaczu mówiąc przez nos. – Czy mogłaby pani dla mnie namalować Emmanuela w stroju scenicznym, w którym widziała go pani wtedy? Odtworzy to pani z pamięci? – Postaram się. – Schulz nawet nie mrugnęła okiem, choć już wiedziała, że to nie będzie łatwe zadanie. – Chciałabym go mieć na zawsze takiego, jakiego go pamiętałam najlepiej. Jako artystę, wielkiego śpiewaka. Najlepszego Papagena, jaki kiedykolwiek śpiewał w Czarodziejskim flecie. Mojego Emmanuela. – Zrobię wszystko, co w mojej mocy – odpowiedziała Klara. Zganiła się w myślach za to, że zamiast współczuć pannie Baumann, już upatrzyła w tym zleceniu korzyści dla siebie. I to nie byle jakich. Teraz miała doskonały pretekst, by znowu wejść do budynku opery i trochę się tam rozejrzeć. – Mam prośbę, panno Baumann – zaczęła identycznym tonem, by nie zdradzić radości z okazji, jaka się jej trafiła. – Pani nazwisko wiele znaczy w mieście, a ja być może będę musiała skorzystać z hmm… wie pani, pomocy dydaktycznych. Będę musiała ponownie pójść do opery i nieco sobie to wszystko przypomnieć. – To pewnie będzie dla pani straszne. Może zbyt wiele wymagam? – Baumann aż uniosła się z fotela, myśląc, że mogła urazić Klarę. Ta natychmiast ją uspokoiła: – Nie, nie, nie… To nie tak. To znaczy tak! Ale nie aż tak bardzo. – Przerwała na chwilę, by nie przestraszyć dobrej znajomej. W końcu dzięki niej mogła naprawdę wiele zyskać w przypadku, gdyby Skrocki jednak zechciał skorzystać z pomocy detektywistycznej. – To było straszne wydarzenie, ale ja muszę je poniekąd odtworzyć, by odświeżyć sobie szczegóły sceniczne. Artyści tak mają. – Ach, no tak… Mają… – Panna Baumann kiwała głową jak zahipnotyzowana. – Dlatego, jeśli mogę prosić o drobną pomoc… – Klara uśmiechnęła się pytająco. – Och, oczywiście, zaliczka! – Panna Baumann natychmiast sięgnęła po małą elegancką torebkę. – Nie, nie! Źle mnie pani zrozumiała. – Klara powstrzymała ją delikatnym ruchem ręki. – Proszę mi wybaczyć nieprecyzyjność. Już się poprawiam. – To powiedziawszy, dosłownie poprawiła się na krześle, na którym siedziała. Wyprostowała się i złożyła dłonie na kolanach. – Chciałam prosić panią o pisemne zlecenie, ten jeden raz. Muszę mieć przepustkę na wejścia na próby generalne i tym podobne. Muzycy bywają drażliwi. Panna Baumann wciąż tylko potakiwała, nie spuszczając wzroku z Klary. – A reżyserzy? Ci to dopiero są wrażliwi… Ale widząc pani parafę na zleceniu, nie będą mi przeszkadzać. W końcu pani podpis to nie byle jaki podpis. To chyba nie kłopot, zwłaszcza, że na pewno zależy pani na wiernym szkicu – zakończyła Schulz. – O tak, Klaro. Od razu mi lżej. W końcu mam do czynienia z profesjonalistką. – Panna Baumann nareszcie lekko się uśmiechnęła. – Jeszcze dziś przyślę kogoś z tym zleceniem, aby mogła pani jak najszybciej zacząć. – Dziękuję – odpowiedziała Klara, hamując zbytni entuzjazm, by nie wzbudzić podejrzeń pogrążonej w żałobie rozmówczyni. – A co do zaliczki… – Tak, już. – Panna Baumann ponownie sięgnęła po torebkę. – Absolutnie się nie zgadzam. – Klara położyła szczupłą dłoń na pulchnej dłoni panny Baumann. – To zlecenie chętnie wykonam w prezencie. – Starsza kobieta znów się wzruszyła i ścisnęła rękę gospodyni w geście wdzięczności. – Pójdę już. Muszę to wszystko jakoś przetrawić – westchnęła. Pośpiesznie wstała i wyszła z gabinetu. Klara odprowadziła ją do drzwi, nie próbując jej zatrzymywać. Wiedziała, że to i tak na nic, zwłaszcza że naprawdę współczuła jej straty. – Dziękuję jeszcze raz. Do widzenia. – Do widzenia – odpowiedziała Klara i zamknęła za nią drzwi mieszkania. Przepuszczając przez mózg wodospad myśli, powoli dotarła z powrotem do gabinetu Bernarda. Herbata w filiżankach zdążyła już ostygnąć. Klara wzięła łyk letniego płynu i usiadła w fotelu męża. „Ciekawe, czy Skrocki do mnie trafi? Jeśli tak, to z tym glejtem od panny Baumann będę gotowa!” – myślała. Z jednej strony układała sobie w głowie plan, który mogłaby zrealizować, gdyby tylko udało jej się dostać tę sprawę. Z drugiej jednak podświadomie czuła, że rozumuje dość egoistycznie. Chciała, żeby sufler przyszedł do niej po pomoc. A to by oznaczało, że nie ma winnego, a jej potencjalny klient cierpi i jest w skrajnej desperacji. Tłumaczyła sobie, że jest przede wszystkim matką, potem żoną, następnie szanowaną doktorową, mieszkanką Breslau i uzdolnioną rysowniczką amatorką. Dopiero na szarym końcu detektywem. I to bez spektakularnych osiągnięć na koncie. Stwierdziła, że na miejscu Skrockiego o pomocy detektywa kobiety pomyślałaby w ostateczności. Jednak świadomość szansy, jaką dostałaby od losu – szansy na pokazanie policji, kogo mogli przyjąć w swe szeregi, a czego nie zrobili – mile połechtała jej żołądek. Porównując obie strony medalu, obiecała sobie cierpliwie czekać.

Dzień upłynął Klarze spokojnie. Po południu Gertrude była z Fritzem na długim spacerze. Wrócił szczęśliwy i umorusany od stóp do głów. Jak zwykle nie chciał się umyć i obie z Gertą stoczyły z nim bój nad miską wody. Po obiedzie Klara zaczęła czytać małemu książkę, ale szybko się nią znudził i poszedł do swojego pokoju bawić się ołowianymi żołnierzykami i nakręcanym pluszowym psem. Wiedziała, że i tak pod wieczór znów zechce posłuchać jakiejś bajki. Zaglądała do niego czasem, stając w półotwartych drzwiach. Podsłuchiwała jego mądrości, niebanalnych dialogów i waśni między jego zabawkami, zastanawiając się, skąd czerpie takie pomysły. Próbowała przypomnieć sobie, czy sama też takie miewała. Niestety, nie pamiętała. Mimo wielu, a nawet zdecydowanej większości dobrych chwil wymazała dzieciństwo z pamięci. Nie chciała wracać do tego strasznego dnia, w którym zobaczyła, jak z oczu jej matki uchodzi życie, jak zanika w nich blask. Teraz stojąc w drzwiach, podsłuchując i podglądając syna, potrząsnęła głową na samą myśl o tamtych wydarzeniach. Przymknęła oczy i zwróciła myśli w inną stronę. Wolała patrzeć, jak żołnierzyk Hans ratuje pluszowego misia, który wpadł w błoto, próbując ściągnąć z drzewa beczułkę miodu. Mieszkanie przy Hansa Straße4 było niemal nowe. Schulzowie wprowadzili się tu po ślubie, zaraz po tym, jak wybudowano tę kamienicę. Klara bardzo je lubiła, bo było przestronne, duże, wygodne i jasne. Lubiła także te okolice Breslau. Czasami gdy Fritza nie było w domu, szczególnie wiosną i latem, czuła, że musi choć na chwilę odpocząć od bycia matką i żoną. Wychodziła wtedy na długie spacery. Brała ze sobą węgiel, grube, sztywne płaty brystolu i malowała „swój dom”, jak zwykła mawiać. Hansa Straße była tak ciekawa i różnorodna, że Klara wprost nie mogła się jej oprzeć. Za każdym razem odkrywała tu coś nowego. Podziwiała liczne detale wystroju fasad, z których każdy miał tak duże znaczenie dla całości. Motywy roślinne między oknami, aniołki wyglądające spod parapetów, ozdobne hełmy i zadaszenia osłaniające okna na strychach. Lubiła ukwiecone balkony i strome dachy, zarówno gołą cegłę, jak i kolorowy tynk, zaklęte twarze lub całe postaci, malowane i rzeźbione dekoracje składające się na niepowtarzalność każdej z kamienic. Dzięki bogactwu otaczającej ich architektury cały korytarz w domu Schulzów, szczególnie od kiedy wprowadzono elektryczność w mieszkaniach i wieszanie obrazów w ciemnym korytarzu nabrało sensu, zapełniony był oprawianymi przez Bernarda szkicami ich ulicy. Przedstawiały ją zarówno o zachodzie słońca latem, jak i w zimowe popołudnie (rysunek wykonany nieco krzywą kreską, gdyż Klarze zgrabiały ręce), a także z imponującym widokiem na wieżę ciśnień przy Am Weidendamm5 (niestety stopniowo zasłanianą przez rosnące zabudowania Królewskiej Wyższej Szkoły Technicznej). Lubiła klimat swego miejsca w Breslau. Sklepiki, ciągnące się wzdłuż ulicy, zapach rzeki w letnie, parne dni, który docierał tu od Uferzeile6 , bruk, który tak ładnie i twórczo można było oddać na szkicach, a od niedawna także młodych, ambitnych studentów, którzy biegali z zeszytami związanymi rzemieniem do budynku nowo wybudowanej szkoły. Klara nie miała zbyt wielu zajęć. Właściwie wszystkimi domowymi sprawami zajmowała się rezolutna Gertrude. Fritz wprost za nią przepadał, traktując ją jak starszą siostrę. Przez moment Klarze wydawało się, że Bernard także ma do niej szczególny sentyment, lecz po czasie zrozumiała, że się myli. Po pierwsze, nie Bernard. Był ostatnim mężczyzną, który mógłby myśleć w ten sposób. Po drugie, Gertrude bardzo sumiennie wywiązywała się z obowiązków, mając swój własny kąt w suterenie w podwórzu, jedzenie i pieniądze. Jej surowe wychowanie kazało jej w zamian zachowywać wobec państwa Schulz należyty dystans, który sprawiał, że każde z nich wiedziało, iż wszystko było takie, jak być powinno; na swoim miejscu. Klara, jako żona znanego i cenionego chirurga i kardiologa, który od kilku lat pracował w pobliskiej klinice na Tiergartenstraße7 , nie musiała praktycznie nic robić. Dlatego też dla zabicia czasu i, ma się rozumieć, podsycenia swej pasji często sięgała po książki (najlepiej z elementami detektywistycznymi, na przykład Alana Edgara Poego). Czasem siadywała w kuchni i zagadywała Gertrude, która jak nikt umiała słuchać pani domu. Klara wpatrywała się w jej silne ręce, dzierżące nóż lub tłuczek, a nieraz wiadro z węglem do pieca, podnoszące jej syna czy rozwieszające pranie. Gertrude miała dwadzieścia lat i wciąż była panną. Klara wiedziała, że pewnie w końcu wyjdzie za chłopaka, który do niej przychodził. Zastanawiała się, czy zechce wtedy jeszcze dla nich pracować? I czemu właściwie jeszcze nie wzięli ślubu? Czy nie było ich na to stać? A może był to jedynie syndrom nadchodzących czasów, których przedsmak już od dawna było czuć w nastawieniu młodych ludzi do życia? Życia bez zobowiązań i przysiąg w obliczu Boga. Tak czy owak podziwiała tę dziewczynę za pracę, jaką codziennie wykonywała, za miłość, jaką darzyła Fritza, zupełnie szczerą i tak bardzo wyrozumiałą. Zastanawiała się – choć czasem powtarzała sobie w duchu, że to głupie – czy ta prosta dziewczyna nie ma przypadkiem lepszego życia od niej. Bez konwenansów, opinii, potrzeby podobania się na każdym kroku bogatym znajomym męża. Bez ironii i obłudy, jaka panowała w tak zwanych wyższych sferach. Mimo ciężkiej pracy i surowego usposobienia Gertrude była energiczna, zaradna i wesoła. A przede wszystkim wolna od potwornych przeżyć z dzieciństwa, które były najbardziej realną rzeczą, jaką Klara przeżyła w ciągu swoich dwudziestu pięciu lat. Dlatego Schulz zastanawiała się, czy nie lepiej było urodzić się w innej rodzinie, a nie w tej, w której ojciec, jako wysoko postawiony oficer policji, przez lata otrzymywał anonimy z pogróżkami o zemście, jaka

dokona się na jego najbliższych. Gdy Klara nieco otrząsnęła się po tragicznej śmierci matki, postanowiła zostać policjantką. Uważała, że to jedyny sposób, by oddać sprawiedliwość Marie i samej sobie. Ojciec z początku uznał, że córka ma głęboki uraz psychiczny i powinna skorzystać z pomocy psychiatry. Później jednak zaczął przychylać się do jej decyzji. Choć Klara przez długi czas leczyła się u przyjaciela ojca, a nawet spędziła kilka tygodni na oddziale psychiatrycznym, nie przestała marzyć o karierze w policji. Heinrich Krencke przekonał się, że to nie fanaberie czy brednie chorej na umyśle, lecz prawdziwe postanowienie. Po okresie napiętych, nieprzyjemnych, urywanych rozmów na ten temat, chcąc uchronić córkę przed dźwiganiem brzemienia zawodu, który tak dobrze znał, postanowił pokazać jej jego realia od kuchni. Kupił wtedy męski strój i kazał jej go założyć. Była zdziwiona, lecz o nic nie pytała. Posłusznie jechała z nim pachnącą nowością dorożką pożyczoną z Prezydium Policji. Droga dłużyła jej się niemiłosiernie, tym bardziej, że ojciec się do niej nie odzywał. Wreszcie dotarli do lasu na Katzengebirge8 . Tam, ku jej zdziwieniu, kazał jej chodzić, a potem przez kilkadziesiąt minut biegać w górę i w dół. Gdy była już porządnie zmęczona, nakazał córce wykonywać dziwne ćwiczenia w miejscu. Na koniec pomagał jej rozciągnąć zmęczone mięśnie, które nigdy nie dostały takiej lekcji. Bolało. Naprawdę. Kiedy jednak niczego nie dawała po sobie znać, nie wytrzymał. Kilka razy pchnął ją, krzycząc, że to tylko lekkie pchnięcia, zaledwie przedsmak prawdziwej agresji ze strony przestępców. Był coraz bardziej wściekły, widząc, że po każdym upadku Klara podnosi się z zaciętą miną, gotowa na kolejne upadki, ale przede wszystkim milcząca. Gdy pchnął ją po raz ostatni tego dnia, a ona upadła na wystający z ziemi konar i rozcięła rękę, podbiegł do niej, porwał z ziemi i mocno przygarnął do siebie. Syknęła z bólu, choć tak naprawdę miała ochotę krzyczeć tak, by było ją słychać w Breslau. – Nic ci nie jest? – pytał przejęty. – Przepraszam, nie chciałem! – W porządku – wyszeptała. – Na dziś wystarczy, prawda? – Pogłaskał jej mokre od potu włosy. – Tak, tato. Jedźmy do domu. Kolejnego dnia nie obudził jej na zajęcia u nauczyciela. Wysłał do niego gosposię z domowym piwem własnej roboty. Klara spała jak zabita. Wyglądała tak sugestywnie, że podszedł do niej i podłożył jej palec pod nos, sprawdzając, czy oddycha. Nawet nie drgnęła. Wyszedł do Prezydium Policji przy Schuhbrücke9 . Przez cały dzień powracał myślami do jej rozciętego przedramienia. Nie mógł się nadziwić, że tak szybko stracił cierpliwość. Bał się wrócić do domu, by nie musieć patrzeć córce w oczy. Jakie jednak było jego zdziwienie, gdy po wejściu do domu zobaczył Klarę stojącą w holu, ubraną w brudne od leśnej ściółki spodnie na szelkach i koszulę z rozerwanym rękawem. Stała z tym samym wyrazem twarzy. Gdy jednak zobaczyła troskę w jego oczach, odruchowo schowała zabandażowaną rękę za siebie. Wtedy Heinrich zrozumiał, że wszystko, o czym mu dotąd mówiła, nie było dziecinną mrzonką. Była gotowa na kolejne razy i męczarnie, byleby dopiąć swego. Bardzo ją za to szanował, choć była taka młoda i tak bardzo, mimo ciężkich przeżyć, naiwna. – Tylko nie myśl, że znów wykręcisz się od zajęć u monsieur Charpentiera – powiedział, gdy tylko ją zobaczył. Za wszelką cenę nie chciał dać po sobie znać, jak bardzo ujęła go swym uporem. – Dobrze. I tak się nudziłam. – Obdarzyła go uśmiechem córeczki tatusia. Od tej pory zawsze w soboty i niedziele zabierał ją na Katzengebirge. Tam pokazywał jej, jak ma się bronić, uczył strzelać z pistoletu, unikać ciosów i poruszać się bezszelestnie. Ćwiczył z nią, traktując jak równą sobie. Chciał ją tym samym obronić, sprawić, by w każdej chwili była gotowa na wszystko. Z czasem wyrosła z chłopięcych spodenek, a jej sylwetka się zaokrągliła. Na siedemnaste urodziny córki zlecił pewnemu krawcowi subtelne zadanie. Kazał uszyć strój dla kobiety, wygodny do ćwiczeń, który jednak nie budziłby ogólnego zgorszenia. Wolał Klarę w jej pierwotnym wydaniu i nawet jeśli miała mieć na sobie spodnie, chciał, by nadal była kobietą. Rok później, po dwóch latach intensywnej pracy, w ramach prezentu na osiemnaste urodziny zabrał ją do Prezydium. Chciał się nią pochwalić. Nieraz o niej wspominał. Był pewien, że rozmowa z byłym zwierzchnikiem, Robertem Fenglem, będzie dobrym początkiem w drodze do realizacji marzeń Klary. W końcu, jeśli Fengel był tu Bogiem, to on, Heinrich Krencke, jeszcze pół roku temu był drugi po Bogu. Po półgodzinnej rozmowie, z której Klara nie usłyszała ani słowa, choć bardzo się starała, przyciskając ucho do grubych drewnianych drzwi, ojciec wypadł z gabinetu. Klara odsunęła się gwałtownie. Heinrich odczekał chwilę, jakby zbierając siły, po czym trzasnął ciężkimi drzwiami tak mocno, że z futryny odprysnął spory kawał farby, odsłaniając poprzednią, pożółkłą warstwę. Klara aż podskoczyła, domyślając się, że Fengel zrobił to samo. Bez słowa ruszyła za czerwonym z wściekłości ojcem. Pod Prezydium wsiedli do dorożki. Siedzieli przez chwilę w milczeniu. – Nie wiem… nie wiem. Nic z tego, Klaro. Przykro mi. – Heinrich odezwał się pierwszy, jak tylko woźnica zaciął

konia batem. – Co ci powiedział ten stary buc? – Nie patrzyła na niego. Starała się być spokojna. – Córeczko, wyrażaj się. – Ojciec też próbował zachować spokój, szczególnie że miał już okazję dać upust swej złości. Westchnął tylko. – Powiedział, że zatrudni cię, nawet bardzo chętnie. Na sekretarkę. – To chyba dobrze na początek? – Klara nieco się ożywiła. – Na początek…?? Dobrze?! Klaro, oni nigdy cię nie dopuszczą do śledztw! Pozwolą ci tylko podawać kawę i kręcić tyłkiem. – Spojrzał na nią czujnie. Nie był pewien, czy jej nie uraził. Siedziała spokojnie. – Dla kobiet nie ma miejsca w policji – rzucił w końcu bezradnie. – Wio! – krzyknął dorożkarz, a stary policjant zamilkł. – Może jednak udałoby mi się… – Nie, Klaro. Nie tu. – Chwycił jej dłonie. – Nie było cię przy tej, pożal się Boże, rozmowie. – Opluł w myślach Roberta Fengla. – Ale ja coś wymyślę. Zobaczysz. Jeszcze razem pomścimy Marie. Jeszcze się dowiemy. Klara pamiętała ten dzień tak dobrze, jakby przeżyła go wczoraj. Wrył się w jej wspomnienia jak tylko kilka innych dni z jej życia: śmierć matki, narodziny Fritza czy jej ślub z Bernardem. W prezencie ślubnym dostała od ojca piękne parabellum, dziewięć milimetrów. Cieszyła się z niego jak z żadnego innego prezentu. Rzuciła się ojcu na szyję ku zdziwieniu Bernarda i ich wspólnych gości, zaglądających z przerażeniem przez ramię Heinricha na dziwny podarunek. Jednak taka właśnie była Klara Schulz. Jeśli się czemuś poświęcała, to cała i bez pamięci. Potrafiła łączyć swoje życiowe role w jedną spójną całość. Była zdeterminowana i pewna siebie, czasem nazbyt. Od dnia, kiedy Fengel odmówił jej angażu, miała jeszcze jeden cel: udowodnić mu jego potężny błąd. Pamiętała jeszcze kilka innych dni, kiedy ojciec zabierał ją ze sobą na miejsca zbrodni. Choć był już wtedy na emeryturze, pomagał w śledztwach w charakterze konsultanta. Początkowo mężczyźni witali ją chamskimi docinkami i ironicznymi uśmiechami. Szybko jednak udowodniła, że wbrew przewidywaniom jest bardziej opanowana niż niektórzy profesjonaliści. Nie bała się oględzin zwłok i miejsc, w których je znaleziono. Umiała zachować zimną krew, spodziewając się drastycznych widoków. Młodzi, zwłaszcza świeżo przyjęci funkcjonariusze dostawali torsji na widok ciał, za co starsi koledzy nagradzali ich oklaskami. Potem niektórzy z oklaskujących z zawiścią komentowali spokój Klary. I choć Krencke myślał, że uda mu się w ten sposób udowodnić, że jego córka jest stworzona do pracy w policji, rozpętał jedynie małą prywatną wojnę płci, w której wyniku Klara, nawet gdyby sama poprosiła, nie dostałaby już propozycji żadnej pracy. Choć pewnie niejeden z wyżej postawionych policjantów chętnie zasugerowałby jej odpowiednią cenę za ewentualne stanowisko. Klara jednak nie była aż tak zdesperowana. Patrzyła na ich tępe, rozdziawione japy i zgadywała, który jest najgłupszy. Nie oddałaby swego ciała żadnemu z nich, nawet gdyby jej przysięgał, że na środku Scheitniger Stern10 wybuduje dla niej drugi Tadż Mahal. Wiele się wówczas nauczyła. Nadal co sobota trenowała z ojcem, nieco bliżej cywilizacji niż Katzengebirge, w Scheitniger Park11 , wywołując oburzenie starszych pań i zazdrosnych żon. Teraz, siedząc z Gertrude w kuchni, przyłapała się na tiku, stałym mimowolnym elemencie swojej fizyczności, zdradzającym niecierpliwość lub zdenerwowanie. Czasem obserwowała go u siebie w piątek wieczorem, w przededniu treningu z ojcem. Przytrzymała kolano, które jeszcze przed chwilą podskakiwało samoczynnie, unoszone napędem niespokojnej prawej stopy. Tak bardzo chciała dostać tę sprawę. Ale jeszcze bardziej pragnęła odkryć prawdę. Marzyła o prawdziwym śledztwie. Chciała zaistnieć jako detektyw. Czekała na Skrockiego. Miała niemal pewność, że jakimś cudem do niej trafi. 3 Ul. Grabiszyńska (nazwy topograficzne w przypisach odnoszą się do nomenklatury współczesnej). 4 Tu część ul. C.K. Norwida między ul.ul. M. Skłodowskiej-Curie a M. Smoluchowskiego. 5 Ul. Na Grobli. 6 Wybrzeże S. Wyspiańskiego. 7 Tu chodzi o odcinek ul. M. Skłodowskiej-Curie. 8 Góry Kocie (Wzgórza Trzebnickie). 9 Ul. Szewska. 10 Pl. Grunwaldzki. 11 Park Szczytnicki.

IV Była środa. Od piątkowego zdarzenia minęło już kilka dni. Klara, Bernard i Fritz siedzieli przy stole, jedząc przyrządzoną przez Gertrude kolację. Chociaż przed nią na śnieżnobiałym, pachnącym świeżością obrusie stał talerz z aromatycznymi grzankami z łososiem skropionym sokiem z cytryny, przyprószonym koperkiem i jakąś przyprawą, której nazwy nawet nie próbowała zapamiętać, Klara wcale nie czuła głodu. Patrzyła nieprzytomnie w miseczkę wypełnioną sosem śmietanowym z odrobiną soli morskiej przywiezionej z wakacji w Zoppot12 . Zegar tykał głośno, bezdusznie odliczając sekundy. Bernard zerkał na żonę, jakby chciał nią poruszyć za pomocą siły umysłu, jak hinduscy magicy. Wiedział, dlaczego jest taka osowiała, i aż się gotował z wściekłości. W końcu powoli ujęła sztućce. Odkroiła kawałek grzanki i spróbowała kolacji. – Mmm, fantastyczne, Gerto… – pochwaliła gosposię. Chciała, żeby wyszło szczerze, ale chyba się nie udało. – Dziękuję pani. – Ton Gertrude był jak zwykle średnio przyjemny. Ciekawe, czy z narzeczonym też tak rozmawiała? – Gerto, czy mógłbym cię jeszcze prosić o suflet z podwieczorku? Chyba, że już zjedzony? – Bernard przetarł usta sztywną białą serwetą. – Oczywiście, zaraz przyniosę. – Gosposia wyszła z salonu i udała się do kuchni. Bernard znów zerknął na żonę. Powoli przeżuwała dawno już ugryziony kęs i patrzyła nieruchomo w jakiś nieokreślony punkt na nieskazitelnie czystym obrusie. – Co cię trapi, Klaro? – Przygładził wąsy i chrząknął. – Czekaj, nie mów. Bo jeśli to jest to, co myślę, to wolałbym nie wiedzieć. – Tak, to właśnie to… – Klara odpowiedziała głucho, przełykając w końcu pierwszy i ostatni kęs grzanki. – Hm. – Bernard znów przeczesał zarost. – Wobec tego… – Chciał dokończyć, gdy w korytarzu rozległo się głośne pukanie. Małżonkowie spojrzeli na siebie. Ona z nieukrywaną nadzieją, on z nie mniejszym niż jej nadzieja przerażeniem. W tej chwili łączyło ich tylko poczucie dłużących się sekund. Choć do tej pory Klarze wydawało się, że czas płynie zbyt szybko, a każda kolejna minuta oddala ją od potencjalnego zlecenia, teraz płynął dla niej za wolno, a bezlitosny zegar tylko podkreślał ten fakt okrutnym „tak… tak… tak… tak…”. Po dwóch minutach katorgi, po których atmosfera w pokoju niemal stężała jak galareta, Gertrude weszła do pokoju z sufletem. Bernard odetchnął głośno, a Klara opuściła głowę na klatkę piersiową. Minutę później, gdy Gerta wręczyła pani domu liścik, role odwróciły się diametralnie. Klara drżącymi rękami otworzyła wiadomość i pochłonęła jej treść, która tego wieczoru zastąpiła jej kolację. Szanowna Pani Schulz! Mam nadzieję, że pamięta Pani o mnie i wciąż podtrzymuje propozycję pomocy w tych trudnych dla mnie dniach. Chciałbym prosić o spotkanie. Pojawię się u Pani jutro w południe. Jeśli się Pani rozmyśliła lub ten termin nie wchodzi w grę, proszę odesłać chłopca z odpowiednią wiadomością. Będę zobowiązany. Z wyrazami szacunku Henryk Skrocki – Czeka tam taki młodzik, który to przyniósł. Co mu powiedzieć? – Gertrude pochodziła z Bawarii i jak na Bawarkę przystało, trzymała się pod boki. Gdyby postała chwilę dłużej, pewnie zaczęłaby tupać nogą. – Powiedz, że ma przekazać temu panu, że się zgadzam – odparła Klara. Gertrude wytrzeszczyła oczy. Faktycznie, nie znając sprawy związanej z listem, można było tę deklarację zrozumieć opacznie. Gosposia spojrzała badawczo na Bernarda i zaraz potem pośpiesznie wyszła z pokoju. – Wiesz, jak to zabrzmiało? – Bernard uniósł się z krzesła i ciężko oparł na stole, który aż zatrzeszczał pod jego naciskiem. Zaraz potem skierował wzrok na Fritza. Dojrzał w jego oczach niepokój i już nieco spokojniej zapytał: – Smakowało ci, synku?

– Tak, papi. – Chłopczyk patrzył mu prosto w oczy. – To możesz teraz pójść do pokoju. Gerta cię zaprowadzi i ułoży do snu. – Wskazał ręką na gosposię, która właśnie wróciła do salonu. – Niedługo przyjdę i poczytam ci bajkę. Może nawet będę z tobą spać? – Ostatnie słowa wycedził przez zęby, celując nimi w Klarę jak kamieniem z mocnej procy. Poczekał w napięciu, aż usłyszał, jak za Gertą i Fri​tzem zamykają się drzwi pokoju dziecięcego. – Nasza gosposia spojrzała na mnie jak na rogacza! Tylko tego mi trzeba! – Powrócił do podniesionego tonu. – I to cię tak zabolało? Przecież Skrocki to homoseksualista. Wątpię, by Gerta plotkowała na nasz temat z kimkolwiek. – Klara wiedziała, jak z nim rozmawiać, choć chyba nigdy nie widziała go tak zdenerwowanego. – Klaro, powiedz szczerze, co to w ogóle za pomysł z tym suflerem? Sama niczego nie wskórasz. Narobisz mu tylko nadziei! To okrutne… Usiadł. Zakłuło ją to, co powiedział. Wiedziała, że tak mogłoby być. On też wiedział, jak skutecznie sprawić jej przykrość. – Dziękuję ci za małżeńskie wsparcie – zawiesiła głos. – Nie wierzysz we mnie, tak? – przebiła na „dwa-jeden” dla siebie. – Nie w tym rzecz. Boję się… – Że co? Że przysporzę ci problemów? Narobię wstydu? Że mam taki mały móżdżek jak ta kura, którą jedliśmy na obiad? – Nie, ja… – Zamilkł na chwilę. Postanowił jeszcze resztką sił bronić swego stanowiska. – I tak wystarczy mi już tych twoich treningów z ojcem, strzelania w lesie i biegania po parku na oczach sąsiadów. – Klara milczała i patrzyła na niego cynicznie. – Zrozum, ja… – No? – Boję się o ciebie. Przyszło ci to do głowy? – Usiadł na krześle i tym razem spojrzał na nią. Klara już wiedziała, że wygrała tę potyczkę. Złamała go. Wstała od stołu i podeszła do męża. Była w takiej euforii, że ledwo się powstrzymywała przd pocałowaniem go. – Wiedziałam od początku. – Stanęła za jego krzesłem i położyła mu ręce na ramionach. Delikatnie masowała mu barki. – Doprawdy? – Bernard oparł czoło na dłoni. – Tak. Kobiecy instynkt mi podpowiedział. – Objęła jego szyję. – Kocham cię – mruknęła mu do ucha, wciąż będąc pod wpływem euforii. – Mam taką nadzieję – burczał po swojemu. Odpuściły mu nerwy. – Posiedzę trochę w papierach, pójdę do opery, żeby się rozejrzeć… – zaczęła. – Nie licz na to. Nie wpuszczą cię. – Bernard nawet nie próbował triumfować. Czuł swoją bezsilność. Miał tylko jedno marzenie: chciał mieć rację. – Wpuszczą. Mam przepustkę. Nie pytaj… – Tak, nie będę pytał. Nie chcę wiedzieć. – Nadzieja upadła, więc utyskiwał dalej. – No więc, jak już mówiłam, rozejrzę się, porozmawiam z muzykami. – Poczuła, jak mięśnie Bernarda twardnieją. Wiedziała, że chce coś powiedzieć, i postanowiła go uprzedzić. – Albo tylko obejrzę scenę. – Mięśnie rozluźniły się. – A potem skonsultuję się jeszcze z dwiema osobami i przedstawię swoje stanowisko panu Skrockiemu. – Z dwiema osobami? – Bernard znów się ożywił. Domyślał się, o jakie osoby chodzi, i bardzo mu się to nie podobało. – Z patologiem. – Klara mówiła od niechcenia, licząc na to, że Bernard odpuści. – Z Michaelem Eckertem… – Chyba nie masz nic przeciwko niemu? – Klara uśmiechnęła się, choć on tego nie widział. – Przeciwko niemu nie. Przeciwko Dieterowi Aangusowi tak. – Ależ kochanie! Dieter jest najlepszym psychiatrą, jakiego znam. Bernard również okazał się domyślny. Mogła mu nie mówić o tych konsultacjach. – Jedynym, jakiego znasz. – Bernard znów cedził przez zęby. – Nieprawda. Może jedynym, jaki mnie leczył. Poza tym jest bardzo uznanym lekarzem. – Nie wiem, za co… – Bernardzie, nie możesz oceniać jego umiejętności przez pryzmat dawnych czasów. Musisz przyznać jako lekarz, że Dieter jest wybitny. – A jako… – Nawet nie próbuj! – przerwała mu Klara. – Wyślę mu telegram. Nie spotkam się z nim. – Tak, tak… może nie mówmy już o tym. Zmęczył mnie ten wieczór. Pójdę do Friedricha i przeczytam mu jakąś

uspokajającą opowieść. – Ale przyjdziesz spać do żony? – zapytała przymilnie. – Tak, przyjdę – odburknął. Wiedziała, że przyjdzie. Postanowiła wynagrodzić mu nerwy. Skrocki przyszedł punktualnie. Pewnie miał to we krwi – przecież bez niego przedstawienie nie mogło się zacząć. Ubrany był skromnie, w niemodną już marynarkę i kiepsko skrojone spodnie. Jednak wyglądał na swój sposób elegancko, a w połączeniu z delikatną słowiańską urodą nawet wytwornie. Z natury był blady, lecz już nie tak bardzo jak w dniu zabójstwa Heissa. Jego duże oczy błyszczały. Klara czekała na niego w gabinecie. Miała nadzieję, że oficjalny wystrój gabinetu Bernarda nie onioeśmieli Skrockiego. Bo, faktycznie, na drzwiach brakowało jedynie tabliczki: „Klara Schulz, prywatny detektyw”. Gdyby nie ten drobiazg, to miejsce przypominałoby ilustrację z okładki powieści kryminalnej. – Panie Skrocki, witam. – Wstała i wyciągnęła w jego stronę rękę. Podał jej zimną i lekko zwiotczałą dłoń. Przywitali się i Klara wskazała mu miejsce. – Po pierwsze i najważniejsze: muszę pana poinformować, że nie może pan oczekiwać ode mnie cudów. Jestem tylko człowiekiem, a jako… – zastanowiła się, jak to zgrabnie określić – śledczy do wynajęcia jestem ograniczona w prawach i przywilejach. Rozumie pan? – Spojrzała mu prosto w oczy. Nie uciekł wzrokiem. Pokiwał jedynie głową. – Niech pan mi powie, co takiego się stało, że pan do mnie przyszedł? – Cóż… nic – odpowiedział po chwili milczenia. – Nic? To znaczy… – Właśnie dokładnie to: nic. Nic nie wiem, nic się nie dzieje. – Skrocki przełknął ślinę. – Byłem wczoraj w Prezydium Policji. Nie zdołałem się nawet dowiedzieć, kto w ogóle prowadzi postępowanie dotyczące śmierci Manniego. – Tak, policja ma swoje sekrety. Proszę mi wierzyć, że nie ujawnia ich dla dobra śledztwa – wyjaśniła. – „Durne wałkonie… – myślała w duchu. – Tępe spasione świnie, pewnie nawet nie znalazły jeszcze chętnego do zajęcia się tą sprawą”. – Dlatego niczego nie mogę pani powiedzieć. Nie mogę nawet pani pomóc w wejściu do gmachu opery. Mógłbym to przypłacić pracą. – O to niech się pan nie martwi, panie Skrocki. Poradzę sobie. Ale musi mi pan podpisać zlecenie na usługi detektywistyczne. Takie małe zabezpieczenie dla pana i dla mnie. – Oczywiście. Pochylił się nad biurkiem. Klara podsunęła mu pod nos kartkę i długopis. Przeczytał napisane przez nią zlecenie. Było zwięzłe i proste. Zakładało, że Klara dołoży wszelkich starań, by zgromadzić jak największą ilość informacji i przedstawić je Skrockiemu. On zaś miał prawo do przekazania ich policji lub zatrzymania dla siebie. Odwrócił kartkę na drugą stronę. Nie znalazł żadnej wzmianki o kosztach. – Domyślam się, że to kosztuje? – Sięgnął niepewnie do kieszeni. Wyciągnął zwitek banknotów i położył na biurku. – Mam tylko tyle. – Spuścił wzrok. Klara rozwinęła banknoty. Odliczyła trzecią część i oddała mu resztę. – Tyle wystarczy. Na drobne wydatki. – Uśmiechnęła się i poczuła, jak zalewa ją rumieniec. Miała teraz wszystko, czego mogła zapragnąć. No, prawie wszystko, ale i tak dużo, nawet zlecenie marzeń. Nie w smak jej było pozbawiać ubogiego suflera oszczędności życia. Nie chciała jednak nadużywać cierpliwości Bernarda, sponsorując Skrockiemu śledztwo. I tak, mimo sprzeczki, spędziła z mężem upojny wieczór. Wolała nie psuć mu dobrego humoru. – Dziękuję, pani Schulz! Bardzo pani dziękuję. Jakby skończyły się pani środki, proszę dać znać. Jest tu jeszcze spora sumka. – Pokazał plik z pieniędzmi. – A poza tym, tylko to mi pozostało. Mannie był całym moim życiem. – Zapadła cisza. „Żeby pan wiedział, że nie tylko pańskim – pomyślała. – Nie zapominajmy, od kogo mam przepustkę do opery”. – Muszę wiedzieć, kto to zrobił. Mannie by tego chciał. To był dobry człowiek. Może trochę butny, czasem arogancki i wścibski, ale dobry. – Wścibski? – Klara zmarszczyła czoło, na którym zarysowały się dwie podłużne bruzdy. – Tak. – Uśmiechnął się. Był całkiem przystojny. Klara lubiła towarzystwo przystojnych mężczyzn, nawet niezainteresowanych kobietami. – Czasem miał w zwyczaju wtrącać się w nie swoje sprawy. – Nie swoje sprawy – powtórzyła powoli, wymuszając wzrokiem na Skrockim, by rozwinął ten wątek. – Czy z tego powodu mógł się komuś narazić? Czy miał z kimś zatarg, a może ktoś miał do niego pretensje o to, że wtyka nos w cudze sprawy?

– Nie, raczej nie… Emmanuel był w tym raczej zabawny niż uciążliwy. Rozumie pani? Raczej z tego żartowano. Nie kłócił się z ludźmi. Był lubiany, w końcu to jest… był wspaniały śpiewak. – Zadrżał mu głos. Nie chciała go męczyć, choć wolałaby, żeby jeszcze z nią porozmawiał. – Postaram się jak najszybciej pójść do opery i dowiedzieć czegoś więcej. – Tak, tak będzie najlepiej. – Zerwał się, wyraźnie nie chcąc wracać wspomnieniami do incydentu z Heissem. – Nie zaproponowałam panu kawy, przepraszam! Ależ ze mnie gospodyni, może da się pan skusić? – Znów myślała tylko o sobie. Tym razem naprawdę zrobiło jej się głupio. – Nie, dziękuję. Nic się nie stało. Następnym razem pani przypomnę. – Uśmiechnął się ponownie, może nieco bardziej nerwowo. „Co zadecydowało o tym, że taki mężczyzna jak Skrocki nie interesuje się kobietami? – zastanawiała się. – Może gdybyśmy się wcześniej…”. – W takim razie umówmy się na poniedziałek – powiedziała, nie przestając mu się przyglądać. – Tak szybko? – zdziwił się. – Tak, postaram się coś ustalić – Przywołała się do porządku. – W takim razie świetnie. W południe? – Tym razem szczerze się rozpromienił. – Niech będzie. – Odwzajemniła uśmiech. Chyba zbyt szeroki jak na mężatkę. Tylko co z tego? Skrocki skierował się w stronę drzwi wyjściowych. Postanowiła go odprowadzić. W połowie korytarza nagle się odwrócił. Chwilę patrzył jej w oczy, po czym złapał ją za ramiona. Przestraszyła się, ale on miał w oczach tylko olśnienie. – Pani Schulz. Chyba jednak poproszę o kawę. Coś mi się przypomniało! Breslau, 14 kwietnia 1910 roku Kroniki Detektywistyczne Klary Schulz kryptonim sprawy: „Pechowiec” W piątkowy wieczór dnia ósmego kwietnia tysiąc dziewięćset dziesiątego roku stałam się przypadkowym świadkiem tragedii, do której doszło w operze. Choć z początku wszystko wyglądało jak nieszczęśliwy wypadek, po krótkich oględzinach i poczynieniu pewnych obserwacji doszłam do wniosku, że nie był to li tylko wynik zbiegu niefortunnych okoliczności. Okazało się bowiem, że sznur stanowiący część dekoracji, na którym zawisł i ostatecznie dokonał żywota baryton Emmanuel Heiss, był, co potwierdził obecny na miejscu zbrodni dyrektor artystyczny Mahler, grubszy niż używany dotychczas. Deski sceny zaś, które się załamały, zostały wcześniej podpiłowane (!). Przykry wypadek zdał się w moich oczach niezaprzeczalnym morderstwem, szczegółowo i wyjątkowo precyzyjnie zaplanowanym. Co więcej, z moich obserwacji wynika, że sprawca zaryzykował niepowodzenie. Czy był tak pewny siebie, że nie brał pod uwagę fiaska całego przedsięwzięcia? Nie mógł przecież zrobić próby generalnej! Muszę przedstawić ten przypadek biegłemu psychiatrze. Dziś odwiedził mnie partner ofiary. Z początku nie mówił zbyt wiele, być może mówić nie chciał. W końcu się otworzył, stwierdziwszy zapewne, że można mi zaufać. Informacje, które mi przekazał, mogą mieć duże znaczenie dla rozwoju mojego śledztwa. Henryk Skrocki, sufler z opery i zarazem kochanek Heissa, przypomniał sobie, że śpiewak stał się przypadkowym świadkiem rozmowy. Jako osoba wścibska i niedyskretna, Heiss wygadał się na jednej z operowych imprez popremierowych, będąc zresztą pod wpływem notorycznie nadużywanego przez niego alkoholu. Świadków jego niedyskrecji mogło być co najmniej dwudziestu, ale pan Skrocki nie był w stanie wymienić żadnego nazwiska. (Może kogoś się boi?). Za to w naszej rozmowie wciąż przewijało się nazwisko Jaana Brycka, młodego reżysera z Berlina, który był jedną z osób podsłuchanych przez Heissa. Druga z osób nie była znana nawet samej ofierze mordu, gdyż podczas zdarzenia „jej sylwetkę spowijały ciemności”. Osoba Jaana Brycka jest tu ciekawym elementem. Mężczyzna ów pochodzi z Baden-Baden. Jego kariera rozkwitła niesłychanie dopiero w Berlinie pod okiem jednego ze zdolniejszych mecenasów sztuki. Gdy Bryck był u szczytu sławy, nagle opuścił Berlin i przeniósł się do Breslau. Jego decyzja może się wydawać zaskakująca. I zapewne rozmowa, którą prowadził z tajemniczym jegomościem w kuluarach opery i której przypadkowym świadkiem stał się Heiss, nie byłaby niezwykła, gdyby nie fakt, iż panowie rozmawiali na interesujący mnie temat. A mianowicie: poruszyli kwestię morderstw, do których doszło w berlińskiej Staatsoper przed niespełna rokiem (kiedy to jeszcze Bryck święcił w niej triumfy), dodając rzekomo, według słów Heissa, kilka szczegółów nieopisywanych w prasie. Jeśli to prawda, muszę bardzo ostrożnie podejść do tego tematu, bo oznaczałoby to, że potencjalny zabójca jest ściśle związany z operą. Nie chcę jednak wysnuwać pochopnych wniosków. Zobaczę, co uda mi się ustalić jutro.

12 Sopot.