wotson

  • Dokumenty43 353
  • Odsłony2 185 019
  • Obserwuję1 451
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 719 711

Nadia Szagdaj - Kroniki Klary Schulz 2 - Zniknięcie Sary

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :4.2 MB
Rozszerzenie:pdf

Nadia Szagdaj - Kroniki Klary Schulz 2 - Zniknięcie Sary.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion N Nadia Szagdaj
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 23 osób, 28 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 131 stron)

Spis treści Okładka Karta tytułowa Karta redakcyjna Rozdział I Rozdział II Rozdział III Rozdział IV Rozdział V Rozdział VI Rozdział VII Rozdział VIII Rozdział IX Rozdział X Rozdział XI Rozdział XII Wydawnictwo Bukowy Las poleca Okładka

Copyright © by Nadia Szagdaj and Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o., 2014 ISBN 978-83-64481-11-6 Projekt okładki: Mariusz Banachowicz Pocztówki zreprodukowane w książce pochodzą z kolekcji prywatnej Redakcja: „Sztuka i Słowo”: Anna Rojkowska Korekta: Lidia Szagdaj Redakcja techniczna: Adam Kolenda Wydawca: Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o. ul. Sokolnicza 5/76, 53-676 Wrocław www.bukowylas.pl, e-mail: biuro@bukowylas.pl Wyłączny dystrybutor: Firma Księgarska Olesiejuk Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością Sp.j. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. 22 721 30 11, fax 22 721 30 01 www.olesiejuk.pl, e-mail: fk@olesiejuk.pl Skład wersji elektronicznej: pan@drewnianyrower.com

Und zu enden meine Schmerzen, Ging ich einen Schatz zu graben. Meine Seele sollst du haben! Schrieb ich hin mit eignem Blut1 . J.W. von Goethe Der Schatzgräber 1 „Więc by złą odmienić dolę, szukać skarbu dziś wyruszam. Diable! Oto moja dusza, zapisana własną krwią!” J.W. von Goethe, Poszukiwacz skarbu, przekł. Janusz Szpotański, „Miesięcznik Zielonogórski” 9/10/98, 2012.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym I Klara trzymała w drżących dłoniach list pisany na ozdobnej papeterii z czerpanego papieru. I choć kartka była szorstka w dotyku, treść wiadomości zdawała się… aksamitna. Klara upajała się słowami, czytając je już po raz trzeci. Przygryzała paznokieć kciuka lewej dłoni, uśmiechając się przy tym bezwiednie. Nadawca rozpoczynał list parafrazą słów Goethego, którymi wprowadzał adresatkę w stan euforii, szczególnie tę rozkochaną w sobie, czasem lekkomyślną. Zupełnie, jakby ją znał. Droga pani Schulz! By wreszcie skrócić swój ból, zdobywam się na odwagę i piszę do Pani. Jestem gotów oddać duszę diabłu, a list podpisać własną krwią za jedno spotkanie z Panią. Proszę mi wybaczyć odniesienie do Goethego – nie jestem poetą, a tylko słowa poezji są w stanie wyrazić, co teraz czuję. Spotkaliśmy się, lecz może nie dosłownie. Byłem tam, w Museum der bildenden Künste2 , na wystawie organizowanej przez naszą wspólną znajomą, pannę Baumann, by wziąć udział w aukcji dobroczynnej. Nabyłem Pani autoportret i teraz nie mogę się uwolnić od może nazbyt śmiałego zamiaru zaproponowania Pani swego rodzaju współpracy. Jestem fotografem. O takim obiekcie do zdjęć, jak Pani, Klaro, marzę, od kiedy pamiętam. Moja pracownia mieści się co prawda bardzo daleko, bo aż w Danzig3 , przy Karpfenseigen4 . Ale gdyby tylko zechciała Pani przyjąć zaproszenie, ugoszczę Ją jak królową. Obiecuję, nie pożałuje Pani tej podróży, bo moje prace są cenione w całym świecie. Jeśli tylko zechce mnie Pani odwiedzić, czekam w swoim zakładzie. Proszę tylko dać znać, czy się Pani zgadza. Oddany wielbiciel Ian Seth Oldbase Panna Baumann już kilka razy przekazywała jej pozdrowienia od wielbicieli. Od kiedy Klara i jej ojciec Heinrich otworzyli biuro detektywistyczne Schulz & Krencke, oboje stali się rozpoznawalni. Prasa zwracała się do nich z prośbą o komentarze do toczących się w Breslau spraw. Miasto, za szczególne zasługi w sprawie „Pechowca”, podarowało detektywom mały zapyziały lokal na Hobrecht Ufer5 , a nawet wstawiło tam telefon, co miało ułatwić im kontakt z konsultantami bez wychodzenia z biura i straty cennego czasu. Klara czasem zastanawiała się, na ile miasto naprawdę docenia jej zaangażowanie w sprawę Gaspara von Haas, a na ile chce zatuszować niewygodny fakt. Przecież jeden z czołowych przedstawicieli środowiska artystycznego, Emmanuel Heiss, był zamieszany w brudne sprawki berlińczyka i jego przyjaciela, reżysera Jaana Brycka. Prasa już dawno okrzyknęła tych dwóch „zabójcami z Berlina”. Klara mogła się domyślać, że za pośrednictwem poczytnych gazet władze Breslau chcą odciągnąć uwagę obywateli od skandalu, który mógłby wybuchnąć w środowisku artystycznym. Notabene, opera dawno nie grała tak bogatego repertuaru… W każdym razie obie strony coś zyskały i Klara postanowiła nie myśleć o tym zbyt często. I tak wydarzenia z maja roku 1910 pogłębiły jej zmarszczki na czole i zmieniły nieco odcień włosów na skroniach z brązowego na srebrny. A wspomnienie incydentu z Marcusem Kellerem, (o którym jej mąż w końcu dowiedział się z wywiadu w prasie, z czego nie był zadowolony), coraz częściej nasuwało myśl o zmianie miejsca zamieszkania. Marzyła o pięknym domu na Leerbeutel6 , w pobliżu którego mieściło się przecież jej nowe biuro. Bernard też zastanawiał się nad większym lokum – lecz raczej dlatego, że liczył na powiększenie rodziny, a na to na razie Klara

nie miała najmniejszej ochoty. Dlatego poruszali ten temat rzadko, odbijając go jak piłkę do ping-ponga, wykrzykując swoje racje i nie słuchając się nawzajem. Wierzyła jednak, że uda jej się kiedyś przekonać męża, że nowy dom jest doskonałym pomysłem, a nowe dziecko – złym. Szczególnie że niedawno przełożony Bernarda minował go swoim zastępcą i mąż miał więcej obowiązków niż kiedykolwiek. W domu jedynie nocował, a Klara zastanawiała się, czy może ominął ją fakt, że w dzisiejszych czasach w ciążę zachodzi się w jakiś inny sposób. Bo z pewnością na tradycyjny Bernard nie miał już sił. Zapewniał ją oczywiście, że niedługo wszystko sobie poukłada i będzie miał więcej czasu. Ale w języku jej męża „niedługo” mogło oznaczać nawet rok. Rok, podczas którego poznałaby znaczenie określenia „samotna matka”. Nie czuła, by ta wiedza była jej potrzebna. Muzeum Sztuk Pięknych znajdujące się przed wojną przy ob. placu Muzealnym W tej chwili myśl o nowym dziecku była bardzo odległa. O Fritzu czy Bernardzie też niezbyt bliska. Myślała o liście, tak zachęcającym, tak wspaniale kuszącym. Jak dotąd, miała tylko cztery zdjęcia. Jedno jeszcze z mamą, jej piękną mamą Marie. Drugie z czasów wczesnej młodości. Było prezentem urodzinowym od taty. Nawet nie wiedziała, gdzie ono jest. Przypuszczała, że w tamtym czasie przywłaszczył je sobie Dieter Aangus, ale nie miała odwagi go o to zapytać. Trzecie ślubne, a czwarte z Fritzem i Bernardem, które mąż zabrał do szpitala i postawił w ramce na biurku. Nigdy nie przywiązywała wielkiej wagi do zdjęć, ale gdy ktoś tak o niej pisał, próżność niebezpiecznie brała górę nad rozsądkiem. – Ktoś podrzucił mi ten list do torebki po czwartkowej aukcji. Jest adresowany do pani – powiedziała panna Baumann, wręczając wiadomość Klarze, gdy siedziały w sobotę, popijając kawę w Fruchtkonditorei przy Schweidnitzer Straße7 . Skrępowany uśmiech przyjaciółki zastanowił ją. Czyżby panna Baumann znała już treść listu? A może przewrażliwienie wywołało u Klary pierwsze objawy obsesji? – Ktoś go pani dał? – odwzajemniła niechętnie uśmiech. – Nie, naprawdę znalazłam to w torebce. Ten ktoś chce pozostać anonimowy. – Panna Baumann nienaturalnie zmieniała ton na bardziej śpiewny. Takie sytuacje zawsze ją intrygowały, tym bardziej że sama była starą panną. – Przeczytam później – odpowiedziała dyplomatycznie Klara i od tej pory siedziała jak na szpilkach. Teraz, późnym popołudniem, czuła łaskotanie w żołądku. Po dłuższej chwili złapała się na tym, że nie myśli już nawet o samej sesji zdjęciowej, lecz o nadawcy tajemniczej wiadomości – fotografie i miłośniku Goethego. Intrygował ją, a ona bardzo lubiła intrygujących mężczyzn. Zdecydowanie za bardzo. Wieczorem gosposia Gerta podała kolację. Barnard przysypiał przy stole, jak co wieczór. Fritz bawił się

jedzeniem, rozrywając widelcem sałatę. Wszyscy milczeli. Słychać było jedynie postukiwanie sztućców o talerze. Klara przez chwilę obserwowała rodzinę. Przeżuwała coś od kilku minut i właściwie zapomniała co, bo dawno straciło smak. Gerta krzątała się w kuchni, szykując herbatę albo krojąc ciasto. To był idealny moment na ożywienie atmosfery. – Wyjeżdżam do Danzig – rzuciła nagle. Bernard zachłysnął się wodą. Fritz wyprostował się i zaskoczony wbił wzrok w matkę. – W jakim… celu…? – zdołał wykrztusić mąż, wciąż kaszląc, cały załzawiony. Uderzył się parę razy w piersi i podniósł ręce do góry. – Dostałam zaproszenie do atelier fotograficznego. Na wykonanie kilku portretów – odparła z uwodzicielskim uśmiechem. – Mamo, to wspaniale! – wykrzyknął Fritz. Jak każde dziecko uważał, że jego mama jest najpiękniejsza i właśnie otrzymał tego jasne potwierdzenie. Bernard jednym spojrzeniem zgasił jego entuzjazm. – Nigdzie nie pojedziesz – powiedział surowo. Przeczesał gęste wąsy, usiadł, bo cała sytuacja zmusiła go do tego, by wstał z krzesła. Zaczął znów jeść, już znacznie szybciej. Odechciało mu się spać. – Co to w ogóle za pomysł? – pytał, żując nerwowo. – Czy w Breslau nie ma już fotografów, by trzeba było jeździć… aż do Danzig? – Nie byłby sobą, gdyby uciął temat bez drążenia. – Ależ są – Klara odpowiedziała łagodnie. – Ale żaden nie dał mi podobnej propozycji. – Pro… propozycji?! – Bernard znów uniósł się na wpół ugiętych nogach. – Spokojnie, kochanie. Nie denerwuj się tak. Twoja żona wciąż jeszcze jest obiektem… – zawiesiła głos. Nie chciała użyć słowa „pożądania” – …godnym zainteresowania – powiedziała w końcu. – Powinieneś się z tego cieszyć – dodała rozbawiona. – Mama jest piękna, tatusiu – wtrącił Fritz i zapatrzył się na nią maślanym wzrokiem. – Synu, nie wiesz, co mówisz – mąż zwrócił się do małego spokojniej. Klara zmarszczyła brwi. – Doprawdy? – zapytała. Widząc jej reakcję, Bernard nieco się speszył. – To znaczy, nie twierdzę, że tak nie jest… – zaczął, chrząkając, tym razem nerwowo. Klara wbiła w niego zimne, wystudiowane spojrzenie. – Jest bardzo piękna – powtórzył, próbując pozbierać myśli. – A pomysł by piękna młoda mama sześcioletniego chłopca – bardzo podkreślił ostatnie trzy słowa – jechała sama do Danzig, bo przecież nie ma kto z nią jechać, jest zły. Tym bardziej że w taką podróż jedzie się pociągiem, i to bardzo długo. Usiadł zadowolony z siebie. Póki co Klara nie miała sensownej riposty w głowie. Postanowiła chwilowo przemilczeć tę kwestię. Spojrzała tylko z wyrzutem na męża, ale on na wszelki wypadek wlepił wzrok w talerz. – Śpi? – zapytał Bernard, gdy weszła po omacku do sypialni, nie chcąc zapalać światła. – Tak, przeczytałam mu bajkę. Gdy kończyłam, już chrapał – odrzekła. Mógł jedynie „usłyszeć” jej szeroki uśmiech, bo w sypialni było naprawdę ciemno. I faktycznie – uśmiechała się, bo zazwyczaj Bernard także zasypiał w chwili, gdy jego głowa dotknęła poduszki. Tym razem jednak postanowił omówić z nią niedorzeczną kwestię wyjazdu do Danzig. Bawiło ją jego przejęcie. W takich chwilach przynajmniej wiedziała, że mu na niej zależy. Przypominał jej tym, że jest jego żoną, a nie tylko kobietą, która urodziła mu dziecko i która czasem chadza z nim na sztywną kolację w towarzystwie innych kardiologów. – Co to za pomysł z podróżą do Danzig, Klaro? – zapytał surowo. – Dostałam list… – Mogę go zobaczyć? – przerwał jej stanowczo. – Jeśli tak ci na tym zależy… oczywiście – odparła, ale bez przekonania. – Jest w nim nazwa i adres zakładu fotograficznego. Artysta nazywa się Ian Seth Oldbase. – Czyżby Anglik? – Nie wiem – zamyśliła się na chwilę. – Może Amerykanin, nie wiem. – Czyli niewiele o nim wiesz? – skomentował Bernard. Wiedziała, że nie odpuści tak łatwo. – Przecież go nie znam. Dopiero mam zamiar go poznać. Myślisz, że wielcy artyści znali wszystkie swoje modelki? – Nie odpowiadał, więc kontynuowała: – W każdym razie kupił na aukcji charytatywnej mój autoportret i postanowił zrobić mi kilka zdjęć. – Tak… bez podtekstów? – ironizował Bernard. Zastanowiła się chwilę. Powtarzając sobie treść listu, wywnioskowała, że nie ma w nim niczego, co mogłoby wzbudzić jej niepokój. A tym bardziej jej męża. Przynajmniej tak jej się zdawało. – Bez – odparła. – Naprawdę – dodała pośpiesznie. – Klaro… – W jego głosie, o dziwo, pojawiło się więcej pokory i łagodności. Nie spodziewała się tego. – Czasem

pewnie nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak jesteś dla mnie ważna. To znaczy… – Zawiesił głos. Nie był typem Cyrana de Bergeraca – To znaczy, jak bardzo cię kocham – wykrztusił. – Właśnie dlatego nie mogę ci pozwolić na taką lekkomyślność. – Ale co w tym złego, kochany? – uporczywie nie dawała za wygraną. Jej myśli zaprzątały teraz tylko marzenia o pięknych zdjęciach, których bohaterką miała się stać. Czuła się znów jak nastolatka, która swoim dziewczęcym urokiem wywalczała wszystko, szczególnie u płci przeciwnej. – Co w tym złego? – Bernard nieco podniósł głos. Przyłożyła wyprostowany palec wskazujący do jego ust. Potem pocałowała męża, delikatnie muskając wargami jego usta. – No właśnie, co? – dopytywała, nadal go całując. Zareagował, choć jeszcze dwie godziny temu nie miał siły podnieść widelca do ust. Zaczęła błądzić dłońmi wokół strategicznych punktów jego ciała. Pieściła jego szyję i tors, powoli go rozbierając. W końcu poddał się. Niemal zerwał z niej koszulę nocną. Dawno oboje nie czuli się tak podnieceni. Klara (na moment) zapomniała o swojej sesji zdjęciowej. Bernard dokładnie znał jej upodobania i doskonale wykorzystywał tę wiedzę. Kochali się niezbyt długo, ale namiętnie, tak jak lubiła. Wolała, gdy nad nią dominował. W takich chwilach w jej nad wyraz spokojnym mężu budził się mężczyzna, za którym szalała. Chłonęła te momenty każdym zmysłem. Nigdy nie zamykała oczu, zawsze szukając jego wzroku. Podniecał ją specyficzny zapach erotyzmu unoszący się znad pościeli. Uwielbiała uczucie, gdy pod palcami czuła napinające się z każdym ruchem mięśnie jego ciała. Oboje dawno mieli za sobą czasy, gdy się poznawali, próbowali i popisywali w łóżku. Teraz miłość miała inny smak. Dojrzały, głęboki i pełny. Po wszystkim Klara przytuliła się do męża. Leżeli nadzy na wymiętej, rozgrzanej pościeli. – I tak nie pojedziesz… – powiedział i pocałował ją w czoło. – Dziękuję – odpowiedziała zła i odwróciła się do ściany. – Najpierw sprawiasz, że o tym zapominam, a potem rozdrapujesz temat, jakbym kochała się z tobą, tylko by coś zyskać! – szeptała teatralnie. – Ależ Klaro, nie miałem tego na myśli… – odparł pośpiesznie. – Ale tak wyszło. – Wiem, przepraszam. – Przygarnął ją do siebie. – Martwię się o ciebie. Znasz mnie przecież. Czasem najpierw mówię, a potem dopiero myślę. – Ja też przepraszam – odpowiedziała szczerze. Sama zaczęła się zastanawiać, na ile podświadomie, a na ile świadomie pograła sobie na uczuciach Bernarda. – Nie powinnam dawać się ponosić emocjom. Mam rodzinę, ciebie, Fritza. – Słusznie – skwitował. – Ja tylko… – westchnęła. – Czasami sobie myślę… – jej głos lekko zadrżał. – Co się stało? – zainteresował się i podniósł się na łokciu, żeby poszukać wzroku żony. Jednak ciemności nie pozwalały mu dojrzeć jej oczu. – Że… – jej głos nadal lekko drżał i ścisnęło ją w gardle. – Że ten czas tak szybko mija. I póki jestem młoda i… chyba całkiem ładna, i jeszcze poza mną ktoś to dostrzega, to mogłabym… – Ale Klaro – wtrącił, wiedząc, co zamierza powiedzieć. – Czy naprawdę nie możemy znaleźć mistrza w Breslau? Jest ich tu wielu! Oni także to dostrzegą. Zapłacę za taką sesję zdjęciową, o jakiej marzysz – mówił spokojnie. Nie był na nią zły. – Tak, tylko że to nie będzie to samo – znów westchnęła. – A jakaż to różnica? Mistrz z Breslau, mistrz z Danzig. Może jedynie taka, że tu jest na miejscu, a tam trzeba jeszcze dojechać. Chciałabyś podjąć się podróży: samotnej, bez wsparcia i ochrony? Jaki argument przemawia za Danzig, Klaro? Pomóż mi zrozumieć. – Taki – mówiła cicho – że tamten mistrz sam mnie o to poprosił. Jeśli mnie ktoś prosi, bym namalowała mu portret, robię co w mojej mocy, by był najpiękniejszy. Ale jeśli ja chcę kogoś sportretować, za mnie maluje moja dusza. Zapadło dłuższe milczenie. Bernard rozważał jej słowa. Niemal słyszała to w jego nierównym oddechu. W głębi domu wielki zegar tykał, wydawało się, coraz głośniej. Co chwila skrzypiały deski podłogowe. W końcu postanowił przerwać tę głośną ciszę. – Pojedziesz zatem – powiedział spokojnie. Klara poczuła, jak serce wyrywa jej się z piersi. – Ale z Gertą. A właściwie pod jej okiem. Rozumiesz? – Tak – szepnęła niemal przez łzy radości. – Macie spać w jednym wagonie i pokoju w hotelu, siedzieć przy jednym stole, wszędzie chodzić razem. Przez ten czas jej mąż zajmie się Fritzem. Jakoś sobie tu poradzimy. – Dziękuję! – pisnęła zachwycona, nie zważając na fakt, że ona i gosposia miały się stać nierozłączne na jakiś czas.

– Nawet nie wiesz, jakie to dla mnie ważne. – Masz dwa dni. Po przyjeździe do Danzig nadasz telegram. Przed wyjazdem do domu także. – Tak, dwa dni! Dziękuję! – pocałowała go w policzek. – Mam także warunek – dodał. – Jaki? – spytała przymilnie. Przygarnął ją jeszcze bardziej do siebie i wyszeptał jej coś do ucha. Była gotowa zrobić wszystko, by wyjechać do Danzig. Jednak po tym, co jej zaproponował w zamian, całą noc nie zmrużyła oka. 2 Muzeum Sztuk Pięknych (nieistniejące), znajdujące się przed wojną przy obecnym pl. Muzealnym. 3 Gdańsk. 4 Ul. Karpia. 5 Wybrzeże L. Pasteura. 6 Zalesie. 7 Nieistniejąca cukiernia przy ul. Świdnickiej.

II Gerta nie była zadowolona, że ktoś każe jej opuszczać dom. Niedawno wyszła za mąż, a jej wybranek, Christian, do razu dostał posadę u państwa Schulzów. Mogła przebywać z nim całymi dniami. Pomagał jej w codziennych obowiązkach i odciążał z najtrudniejszych zajęć. A teraz musiała go zostawić, bo pani zachciało się wakacji. Dwóch tragarzy wynajętych przez panią domu uginało się pod ciężarem zapakowanego po brzegi kufra. Upał nie dodawał im energii, a ilość rzeczy w bagażu zdecydowanie nie pokrywała się z potrzebami podczas dwudniowej wycieczki. Pani szła przodem, niesiona zapachem przygody, osłaniając się przed słońcem rozłożystą parasolką. Bernard podążał tuż za nią. Choć nie było tego po nim widać, Gerta wiedziała, że denerwuje się wyjazdem Klary. Od czasu, gdy zapadła decyzja o podróży pani do Danzig, miał ponad tydzień na pogodzenie się z tym faktem. Ale nadal nie był na to gotowy. Gerta uznała, że po raz kolejny pomysły pani i ją przerastają. Pokręciła tylko głową, komentując je w duszy. Jednak zaraz po wejściu do przedsionka Dworca Głównego w Breslau jej niechęć ustąpiła miejsca ciekawości. Nad ich głowami rozpościerało się rozległe sklepienie neogotyckiej budowli. Tu i ówdzie pojawiły się, jeszcze nieśmiałe, choć coraz częściej spotykane szyldy reklamowe, a pod stopami wyraźnie rysowały się regularne paski żółtawych kafli. Przy kolumnach, których podstawy zbudowane były z opalanej cegły, stały małe rusztowania, przygotowane pewnie pod modne ostatnio ekspozycje reklamowe. Łagodne światło słoneczne, charakterystyczne dla lipcowych popołudni, dość szybko zanikało, zostając za ich plecami, tak że aż trudno było przyzwyczaić wzrok do zapadających ciemności. – Widziałaś kiedyś Breslau Hauptbahnhof8 , Gerto? – zapytał Bernard, rozbawiony jej niemal dziecięcym przejęciem. – Nie, akurat tego nie, proszę pana… – odpowiedziała ledwo słyszalnym głosem. Rozglądała się na wszystkie strony, jakby zapominając na chwilę o bagażu. Mrużyła oczy, by móc jeszcze podziwiać zanikające w mroku wysokie sklepienie. Ale wielkość Dworca Głównego można było ocenić dopiero po wejściu do hali komunikacyjnej. Panował tu ruch i zamieszanie, choć wcale nie tłok. Ze względu na jej rozmiary właściwie trudno było ocenić, ilu ludzi się po niej przechadzało. Część osób gdzieś się śpieszyła, objuczona ciężkimi bagażami. Z kolei pozostali a to stali bez ruchu, wpatrując się w rozkłady jazdy pociągów lub zajmując kolejkę w kasie biletowej, a to witali się po długiej podróży z bliskimi. Inni zmierzali do hoteli znajdujących się tuż przy dworcu lub małych kafejek. Można było z nich obserwować ten bezustanny ruch podróżnych, będąc nieco z boku, jakby dystansując się od niego, popijając kawę lub gorącą czekoladę. Gdy stanęli na środku głównego holu, Gertrude znów nie mogła się powstrzymać. Wyginając się na wszystkie strony, zadzierała głowę do góry i podziwiała beczkowate sklepienie. Gdzieś dalej, w głębi hali, stał fotograf z ciężkim aparatem na statywie. Zapewne przyszedł tu z zamiarem stworzenia nowej pocztówki, którą potem można będzie kupić w kasach biletowych. Bernard spojrzał na niego, a potem wymownie na Klarę. – Nie zmienię zdania – powiedziała i pocałowała go w policzek. Gdy już wychodzili, usłyszeli tylko, jak fotograf krzyczy: „Uwaga!”. – I tym sposobem na nowej pocztówce z Breslau Hauptbahnhof z roku tysiąc dziewięćset jedenastego ukaże się fragment mojej sukienki – dodała z szerokim uśmiechem. Była tak podekscytowana, że zapomniała nawet o chorobie podróżnych, przez którą nie zmrużyła oka poprzedniej nocy. Wyobrażała sobie wtedy, że pociąg uległ wypadkowi, a wszyscy pasażerowie zginęli. Albo że po przyjeździe do Danzig nie może odnaleźć Iana Oldbase’a. Kiedy zaczęła myśleć o tym, że zaśpią z Gertą i nie wysiądą na czas, uznała, że jej lęki są niedorzeczne. Na kolei rzadko zdarzają się katastrofy, Ian Oldbase otrzymał już na pewno depeszę, w której informowała go o przyjeździe, a pociąg zatrzymuje się w Danzig i nigdzie dalej nie jedzie. Znała też na pamięć adres, pod którym mieściło się atelier. Wszystko było

przecież zaplanowane i przemyślane. W tej szczególnej chwili, w której zaczynała się nowa pasjonująca przygoda, jaką był wyjazd, lęki z poprzedniej nocy rysowały się wprost komicznie. Szli przez tunel prowadzący do hal peronowych. – Tutaj – powiedział Bernard i wskazał na tabliczkę z napisem „Peron drugi”. – No to chodźmy – odrzekła Klara i sama, w pośpiechu, chwyciła za bagaż, jakby chcąc popędzić tragarzy. Bernard spojrzał na nią karcąco. Od razu wzięła go pod rękę, gasząc jego oburzenie niewinnym uśmiechem. Gerta przymknęła tylko oczy, po raz kolejny komentując w duchu pośpiech pani. Klara nie zwróciła na to nawet uwagi. Przyzwyczaiła się do myśli, że są na świecie kobiety o trudniejszych charakterach niż jej własny. Wdrapali się po stromych schodach i stanęli na peronie drugim. Poprzez przeszklony dach prześwitywało zachodzące słońce, którego promienie przecinały jasnymi liniami ciemne wnętrze hali peronowej. W ich nikłym świetle dało się dostrzec unoszone przez ciepłe powietrze drobinki kurzu. Cała trójka rozejrzała się oczarowana widokiem. Było nienaturalnie cicho, tym bardziej że parowóz z podczepionymi wagonami stał już na torach. Nikt się nie kręcił, nie krzyczał, nie wsiadał. Czarny skład czekał w milczeniu na znak do odjazdu. – Koniecznie wyślij telegram, Klaro – powiedział Bernard, złapawszy żonę za ramiona. – Pamiętam – zapewniła, patrząc mu prosto w oczy. – Nadal uważam, że to zły pomysł. – Nic mi nie będzie – odpowiedziała. Mocno go przytuliła i pogładziła po policzku. Nie wiedziała wtedy jeszcze, że jej beznadziejny upór, lekkomyślność i związane z nimi wydarzenia całkowicie odmienią jej życie. 8 Dworzec Główny we Wrocławiu.

III Wagon sypialny był przyjemny i, wbrew temu, czego spodziewała się Klara, dość przestronny. Na szczęście! Obawiała się, że już po kilkudziesięciu minutach podróży poczuje niepokój spowodowany ograniczeniem przestrzeni. Tym bardziej że czekało ją jeszcze jedno zadanie, a do jego wykonania potrzebowała spokoju ducha. Tuż przed tym, jak otrzymała zaproszenie na wykonanie portretów, do biura Schulz & Krencke przyszła pewna kobieta. Jej córka zaginęła, a ona rozpaczliwie szukała pomocy. Heinz spisał jej opowieść i postanowił zająć się sprawą. „Klaro, praca detektywa to nie zabawa… – mówił, gdy dowiedział się o jej wyjeździe. – Powinnaś zrezygnować ze zdjęć i zająć się tym zniknięciem”. Ona jednak była uparta i nic nie mogło jej powstrzymać. Zapewniła ojca, że przejrzy jego zapiski, wcale go tym nie uspokajając. Nie omieszkała też dodać, iż jest pewna, że dziewczyna sama się odnajdzie. Teraz, siedząc w pociągu, wsłuchując się w rytmiczny stukot kół, pogrążyła się we własnych myślach. Zazwyczaj w takich sprawach… może posunęła się do generalizacji, ale przeważnie w przypadkach zniknięć młodych dziewcząt z klasy, delikatnie mówiąc, robotniczej, chodziło o jedną z dwóch rzeczy: o mężczyznę i wielką miłość lub o mężczyzn w szerszym pojęciu, czyli o prostytucję. A ta sprawa tak właśnie dla niej wyglądała. Poza tym w ogóle nie mogła się teraz na niej skupić. Po pierwsze i najważniejsze, jechała przeżyć wielką przygodę w pięknym mieście i, jak sądziła, w doborowym towarzystwie. Tłumaczyła sobie także, że musi odpocząć od pracy i odświeżyć umysł. Po drugie, czuła nieodpartą potrzebę odwiedzenia wagonu restauracyjnego. Gdy tylko pociąg ruszył, poczuła wolność, o jakiej od dawna marzyła. Ojciec był w Carlowitz9 , mąż i syn w domu na Hansa Straße10 , a z gosposią można było sobie poradzić. Gerta po raz kolejny nie była zachwycona, tym razem obiadem w pociągowej restauracji. Sama przygotowała posiłek na podróż. Klara zresztą już przekonała się, że wielki kufer można było zastąpić o połowę mniejszą torbą podróżną, gdyby tylko wyjąć z niego jedzenie. – Czy może jest tam też gorąca kawa? – zapytała gosposię, wskazując na niego. – No nie. – Gerta zmarszczyła nos. – O kawie zapomniałam. – W takim razie – Klara wstała energicznie i uśmiechnęła się triumfalnie – idziemy na kawę. – Przygładziła sukienkę i kiwnęła głową w stronę drzwi. Gertrude z niechęcią, ciężko zebrała się z krzesła stojącego przy niewielkim stoliku, na którym Klara zostawiła zapiski ojca dotyczące nowej sprawy, i rzuciła jej umęczone spojrzenie. Ale pani tylko odwróciła się w stronę drzwi i ochoczo ruszyła przed siebie. – Tyle prania w domu zostało. Pan głodny będzie chodził, Fritz będzie tęsknił. Oj… – mruknęła pod nosem gosposia i podążyła za Klarą, by odprowadzić ją do restauracji. Po obiedzie, do którego Klara poniekąd się zmusiła, długo sączyła zimną już kawę, wpatrując się w monotonnie przesuwające się za oknami pociągu drzewa. Jednostajny terkot kół składu wpędzał ją w stan snu na jawie. Oczy same się zamykały, a pod zamkniętymi powiekami przesuwały się dziwne wizje. Trwała w milczeniu, choć widać było, że nie na wszystkich tak właśnie działa podróż pociągiem. Ludzie dyskutowali żywo ze sobą, a ci, którzy siedzieli w samotności, także nie zapadali w dziwny półsen. Czytali gazetę, popijali kawę lub piwo, wyjmowali z kieszeni zegarki, by sprawdzić, ile jeszcze godzin podróży przed nimi. Klara nie dopiła kawy. Położyła na niej łyżeczkę na znak, że jeszcze nie skończyła, i wyszła z restauracji. Zajrzała do swojego wagonu, by się upewnić, że Gerta wciąż tam jest. – Nic podejrzanego? – zapytała, a gosposia spojrzała na nią pytająco. – Nic – odpowiedziała zmieszana. – Upewniam się. Idę dokończyć obiad – powiedziała i od razu zdjęły ją wyrzuty sumienia. Kiepski obiad był już wspomnieniem, a Klara miała naturalnie nieco inne zamiary. – Nie powinnam iść z panią? – zapytała Gertrude, mając w pamięci polecenie Bernarda.

– Nie tym razem, potrzebuję… chwili samotności – uśmiechnęła się głupkowato, nie wiedząc, jaką wymówkę wymyślić. Gdy tylko upewniła się, że Gerta nie wyjdzie z przedziału, wróciła do restauracji i sięgnęła po kartę alkoholi. Siedzący obok dwaj starsi panowie zmierzyli ją wymownie wzrokiem. Poczuła to purytańskie spojrzenie. Odwróciła się w ich stronę i puściła oko do jednego z nich. Poczerwieniał i napompował się niczym balon. Monokl, który dotąd tkwił przy jego oku, wypadł. Po nieudanej próbie złapania go w locie twarz mężczyzny przyjęła odcień głębokiej purpury. Chwilę później panowie wstali i wyszli zgorszeni, pozostawiając Klarę samą w restauracji. Pokiwała na kelnera. Podszedł prężnym krokiem, nie okazując żadnych emocji (choć jeszcze przed chwilą, widząc całe zdarzenie, uśmiechał się pod nosem). – Dla mnie koniak i… – zastanowiła się czy jeszcze czegoś nie zjeść. – Tak? – ponaglił delikatnie kelner. – I wodę – odpowiedziała zrezygnowana. Nie była głodna, ale na coś słodkiego zawsze znalazłoby się miejsce. Gdyby tylko w karcie było coś interesującego. Kelner kiwnął głową i odszedł. Klara ukryła twarz w dłoniach. Po zaledwie dwóch godzinach drogi czuła, jak opuszczają ją siły. Euforia związana z wyjazdem opadła i pojawiły się objawy przygnębienia. „Tak pewnie działa więzienie – pomyślała. – Świadomość zamknięcia, izolacji, bez możliwości poruszania się własnymi ścieżkami”. Jeszcze przed chwilą szczęście, teraz ciężar winy. Wcześniej radość, aktualnie lęk. W końcu poczuła na własnej skórze, co to znaczy mieć mieszane uczucia. Marzyła o tych zdjęciach. Kurczowo trzymała się przekonania, że póki jeszcze dobrze wygląda (a przynajmniej ona sama nie miała sobie nic do zarzucenia), powinna skorzystać z zaproszenia. Szczególnie napisanego w taki sposób. Jednak nie mogła zapomnieć słów ojca. „To nie jest zabawa”, brzęczało jej w głowie. Kelner wrócił z lampką koniaku. Chciał odejść, ale przytrzymała go za rękaw. Dwoma łykami wypiła przy nim zawartość lampki i popiła wodą. Skrzywiła się i szybko wyrzuciła powietrze z płuc. Żar błyskawicznie rozchodził się po jej ciele. Aż zakręciło jej się w głowie. Kelner patrzył w osłupieniu. – Jeszcze raz to samo – powiedziała przez zaciśnięte gardło. Puściła rękaw mężczyzny. – Tak jest – znów kiwnął głową i tym razem nie potrafił powstrzymać rozbawienia. Po trzeciej lampce, wypitej już nieco wolniej, Klara wstała od stołu. Miała wrażenie, że pociąg zaczął jechać szybciej. Poczuła się mniej komfortowo, dużo mniej… stabilnie. Przytrzymała się stołu i w końcu złapała równowagę. Wyszła z przedziału restauracyjnego i dotarła (na wszelki wypadek trzymając się ściany) do własnego wagonu. Weszła do środka i od razu spotkała się z zimnym wzrokiem Gerty. – Masz coś do powiedzenia? – rzuciła niewyraźnie. Przysiadła na łóżku. – Może pani coś zje? – zapytała gosposia. Wyglądało na to, że nie dosłyszała pytania. Klarze zrobiło się ciężko na żołądku na samą myśl o jedzeniu. Nie wiedziała, czy to alkohol, czy po raz kolejny jej nadwrażliwość sprawiła, że odebrała pytanie Gertrude jak złośliwość. – Nie, potrzebuję tylko snu. – No to jak pani wstanie. – Tak, właśnie… Nie wychodź z przedziału, dobrze? – Zdjęła buty. Ułożyła się na łóżku w pozycji na wznak i prawie od razu zasnęła. Gdy się obudziła, było już ciemno. Za oknami nic się nie przesuwało, choć pociąg nadal szeptał monotonnie. Gerta spała na fotelu stojącym w rogu przedziału. Nakryła się kołdrą aż po nos. Klara próbowała jeszcze przez chwilę walczyć z bezsennością, ale rozbudziła się tylko jeszcze bardziej. Znów dopadły ją wyrzuty sumienia. Nie mogąc się z nimi uporać, postanowiła przejrzeć notatki ojca. Zapaliła lampę naftową, która zatliła się mętnym światłem. Na przygotowanych wcześniej notatkach leżał talerz przykryty drugim takim samym. Między nimi znajdowała się kanapka z mięsem z indyka. Gerta zwykła mawiać, że taka kolacja ułatwia zasypianie, szczególnie popita szklanką gorącego mleka. Widocznie przewidziała, że Klara może mieć problem z zaśnięciem. Swoją drogą pewnie nawet przewidziała powód owej bezsenności… Co prawda zamiast szklanki mleka Klara znalazła tylko szklankę z wodą, ale i tak była szczerze wdzięczna za kolację. Teraz, gdy po wypitym koniaku zostało już tylko wspomnienie, głód przypomniał o sobie. Odłożyła talerze na bok, starając się przy tym nie hałasować, by nie obudzić Gertrude. Wolała, by gosposia nie opuszczała wagonu, w którym Klara czuła się nieswojo. Otworzyła czarną okładkę podręcznego dziennika i zaczęła czytać. O godzinie piątej trzydzieści rano w poniedziałek, dziesiątego lipca tysiąc dziewięćset jedenastego roku, matka pożegnała siedemnastoletnią Renate Kalderasch wychodzącą do pobliskiej fabryki Nawrath & Comp.

przy Lohestraße11 . Renate pracowała na pierwszą zmianę, co oznaczało, że wróci do domu około czwartej trzydzieści po południu. Matka dziewczyny, Giselda, pracowała w tej samej fabryce jako kierownik zmiany, jednak tego dnia podejmowała swoje obowiązki po południu. O godzinie trzeciej minęła się z córką w zakładzie przy stanowiskach tapicerskich. To był ostatni raz, gdy ją widziała. Giselda powróciła do domu kilkanaście minut po północy. Nie zastała Renate i „niemal zemdlała ze strachu”. Od razu zaczęła jej szukać po okolicy, tym bardziej że córce nie zdarzało się dotąd nie powiadamiać matki o swoich planach. Zaczęła od okolic fabryki. Przeszła jeszcze raz drogę do domu położonego przy Lohestraße, nieco bliżej Dworca Głównego. Po trzech godzinach poszukiwań postanowiła zgłosić się po pomoc do Prezydium Policji. Dotarła tam około czwartej nad ranem. W prezydium spędziła kolejne trzy godziny, opisując całą historię trzem różnym funkcjonariuszom. W końcu, dowiedziawszy się, że policja i tak zacznie szukać Renate po upływie dwóch dni od zaginięcia, postanowiła po raz kolejny przejść drogę z fabryki do domu. Pod zakładem znalazła się, gdy, jak mówi, było już zupełnie jasno i zaczynało robić się bardzo ciepło. Po raz kolejny przeszła drogę z fabryki do domu i przeszukała okolicę. Na próżno. Nie znalazła niczego. Po wielu bezsennych godzinach oczekiwania musiała wrócić do pracy. Na ślad trafiła niespodziewanie w szatni dla pracownic. Gdy sięgała po strój robotniczy, ze zdenerwowania i zmęczenia upuściła klucz do mieszkania, tak że wpadł pod meble. Wsunęła więc dłoń w szparę pod szafką, namacała go i wyjęła. Ku jej zdziwieniu okazało się, że nie jest to ten klucz, lecz inny, ze szklaną plakietką oznaczoną wydrapanym numerem osiem. Znów sięgnęła pod szafkę i tym razem go wydostała. Miała już wychodzić, ale coś ją tknęło. Zawróciła obejrzeć znalezisko. Kurz nie zdążył do niego mocno przylgnąć, doszła więc do wniosku, że nie mógł leżeć długo. Poza tym jego kształt wydał jej się co najmniej dziwny. W każdym razie nigdy nie wiedziała takiego klucza ani też zamka, do którego mógłby pasować. Upewniwszy się, że przedmiot nie należy do żadnej z pracownic, postanowiła go zabrać. Do Schulz & Krencke dotarła następnego dnia, bojąc się, że policja nie podejmie poszukiwań dziewczyny z klasy robotniczej, i to pochodzenia cygańskiego. Twierdzi, że klucz musi mieć coś wspólnego ze zniknięciem Renate. – Skąd ta pewność? – mruknęła pod nosem Klara. Obejrzała kartkę z zapiskami z drugiej strony. Bała się, że ojciec zostawił jej jakąś osobistą, pouczającą notatkę. Ale na szczęście niczego takiego nie znalazła. Wzięła łyk wody. Skrzywiła się, jakby znów piła koniak. Prawdopodobnie zresztą dlatego, że to jednak nie był koniak. Podsumowała notatkę ojca. Dziewczyna cygańskiego pochodzenia nie wróciła do domu z pracy. Zaginęła. Matka nie znalazła śladów. Nic dziwnego, nawet nie wiedziała, jak ich szukać. Dlatego gdy odnalazła dziwny klucz (pewnie do jakiejś szkatułki), od razu pomyślała, że ma on związek ze zniknięciem córki. W sumie nie ma się czemu dziwić. W takiej sytuacji każda, nawet najmniej pasująca rzecz jest ważna dla podtrzymania nadziei. Klara jeszcze nie widziała tajemniczego klucza. Była zbyt przejęta wyjazdem. Po przeczytaniu notatki trochę jej ulżyło. Ojciec nie zostawił jej pisemnej reprymendy za zachowanie. Do tego sprawa była prosta. Dziewczyna, młoda Cyganka… Znajdzie się. Sama. Bo która młoda, wolna jak ptak dziewczyna nie myślała o tym, by wyrwać się choć na chwilę z rodzinnego domu? Która się w życiu nie zakochała i nie marzyła choćby przez moment, by porzucić wszystko dla wielkiej miłości? A może Renate postanowiła zmienić zawód na… lepiej płatny? – Oby się znalazła, jeszcze zanim wrócę. Muszę mieć czas na nacieszenie się zdjęciami – znów mruknęła do siebie. Gerta poruszyła się niespokojnie na swojej leżance. Klara odruchowo przytknęła dłoń do ust, jakby chciała się uciszyć. Postanowiła nie mieć więcej wyrzutów sumienia i cieszyć się wyjazdem. Po cichu przebrała się w wygodniejsze ubranie i znów ułożyła się do snu. 9 Karłowice. 10 Ul. C.K. Norwida. 11 Fabryka mebli Nawrath & Comp. przy ul. Ślężnej.

IV Był piękny lipcowy poranek. Pociąg powoli zbliżał się do Danzig. Powietrze od jakiegoś czasu zdawało się mieć inny zapach. Czuło się rześkość. Klara obudziła się bardzo wcześnie. O dziwo, dawno się tak nie wyspała. Była coraz bardziej podekscytowana. Nie mogła się doczekać, by znów zobaczyć Danzig, w którym dawno już nie była. Zastanawiało ją, jak bardzo się zmienił. Czy przeobrażał się równie dynamicznie jak Breslau? Ostatni raz była tu jeszcze jako panna. Bernard, tradycjonalista i miłośnik tego, co jest mu już dobrze znane, zabierał ich co roku na trzy tygodnie w góry. Tak, Klara bardzo kochała góry… z dołu. Gdy trzeba było się po nich wspinać, do czego Bernard dość napastliwie ją namawiał, tak że nie potrafiła mu odmówić, nienawidziła ich z całego serca. Szczególnie w środku gorącego lata. W tym roku jednak Bernard zapowiedział, że wspólny wyjazd stoi pod znakiem zapytania. Awansował i nie miał czasu na wypoczynek. Łudziła się, że może uda jej się namówić go na wyjazd nad jezioro, do lasu. Na przykład we wrześniu, nawet z początkiem jesieni. Ale milczała, widząc, jak ciężko pracuje. Wiedziała, że i on marzył o tym, by odpocząć. Jednak na razie było to niemożliwe. Bardzo się starał, by udowodnić, że jest godzien nowego stanowiska. Dlatego postanowiła o nic go nie prosić i poczekać, aż sam zdecyduje o urlopie. I oto znienacka, nieco ponad tydzień temu, nadarzyła jej się okazja, i to na wyjazd do ukochanego Danzig. Pomyślała, że to piękny prezent od losu. – Dzień dobry, Gerti – powiedziała pieszczotliwie do gosposi, która właśnie wróciła z wagonu restauracyjnego, niosąc gorącą kawę. – Dzień dobry, proszę pani. Tam już mówią, że dojeżdżamy. Proszę coś zjeść. Coś porządnego, a nie jak wczoraj. – Oczywiście. Dziękuję za kolację. Śniadaniem też nie pogardzę. – Uśmiechnęła się szeroko i po raz kolejny dzisiejszego poranka wzięła głęboki wdech, by nacieszyć się nowymi zapachami. Po śniadaniu kobiety spakowały to, co zdążyły wyjąć z kufra. Niestety, jedzenia niemal w ogóle nie ubyło. Ale to już nie miało najmniejszego znaczenia. Klarę unosiła sama świadomość rozpoczynającej się przygody. Ciekawość dodawała jej skrzydeł, a żądza wrażeń – nadnaturalnej siły. Gdy pociąg wjechał na Danzig Hauptbahnhof12 , pierwsza ustawiła się przy wyjściu. Drzwi pociągu otworzyli tłoczący się przy składzie tragarze. Zamachała na dwóch z nich. Szybko wskoczyli po jej bagaż i wynieśli go na peron. Odprawiła ich, wierząc, że szanujący się dżentelmen, jakim musiał być Ian Seth Oldbase, z pewnością przyjdzie po nią ze swoimi „chłopcami od bagażu”.

Danzig Hauptbahnhof, Dworzec Główny w Gdańsku Dworzec Główny w Danzig nie był tak okazały jak w Breslau. Nie było tu potężnych hal peronowych, rozbudowanych podziemi, cukierni i kawiarni czy takiej jak w jej rodzinnym mieście liczby sklepików. Ale był prześliczny. Klarze szczególnie podobała się strzelista wieża zegarowa i wielkie okno w kształcie półkola nad głównym portykiem. Gdy tylko wysiadła, choć jeszcze nie widziała morza, od razu poczuła jego zapach. Wiedziała, że jest tu, w tym mieście i czeka na nią, jak wiele innych, wspaniałych atrakcji. – Zabrałaś kostium plażowy, Gerto? – zapytała przekornie. – Bo jutro, zanim wieczorem wyjedziemy, pójdziemy nad morze. – Ha, dobre sobie – odpowiedziała gosposia. Jak na prawdziwą Bawarkę przystało, chwyciła się pod boki i zaśmiała głośno. Dziwne, bo gdyby zrobiła to Klara, z pewnością obejrzałoby się na nią pół dworca. Natomiast Gertrude przykuła tylko wzrok sprzedawcy lodów, który popatrzył na nią zalotnie. Odpowiedziała mu tym samym. W końcu miała zaledwie dwadzieścia jeden lat i była niebrzydką dziewczyną. Klara pomyślała, że może i gosposia już trochę przywykła do zmiany klimatu i sama na chwilę zapomni o mężu. – To co teraz robimy? – Gerta wyrwała Klarę z chwilowej zadumy. – Czekamy. Pan Oldbase powinien już tu być i pewnie zaraz nas znajdzie. W końcu wie, jak wyglądam. Obie przysiadły na ławeczce, koło której tragarze pozostawili ich kufer. Rozejrzały się. Wokół panowało podobne zamieszanie jak na Hauptbahnhof w Breslau. Tu jednak wydawało się ono o tyle większe, o ile mniejszy był miejscowy dworzec. Ludzie witali się ze sobą, przekrzykiwali nawzajem, przytulali, odnajdywali w tłumie. Było tu też sporo naganiaczy rozdających ulotki reklamowe hoteli i pensjonatów, a nawet prywatnych kwater. Kilka kramików z jedzeniem i piciem przeżywało teraz prawdziwe oblężenie, podobnie jak dworcowa toaleta. – Trzymaj mocno bagaże. Z pewnością pełno tu złodziei – powiedziała do Gerty, nie odwracając wzroku od nerwowo rozglądającego się podrostka, wyraźnie dającego znaki innemu, w drugiej części hali dworcowej. Klara odruchowo położyła rękę na wieku kufra, choć złodzieje i tak pewnie by go nie unieśli. Po jakimś czasie tłum nieco się przerzedził. Większość pasażerów zniknęła, okrzyki i nawoływania ucichły. Dwóch potencjalnych złodziejaszków też już nie było. Odeszli za samotną starszą kobietą ubraną w drogą jedwabną suknię. W hali pozostali tylko nieliczni pasażerowie, także zapewne czekający na swoich bliskich. – Nie lubię, gdy ktoś się spóźnia na umówione spotkanie – powiedziała Klara, jakby trochę do siebie. Tak trudno było jej przyznać przed samą sobą, że spotkanie wcale nie było do końca umówione. To ona spodziewała się parady powitalnej dla najpiękniejszej modelki w całych Niemczech. Tymczasem przez ten tydzień nie dostała nawet odpowiedzi. Ale tak bardzo chciała wierzyć w to (zupełnie przecież niewiarygodne) zaproszenie, że pominęła ten drobiazg, okłamując Bernarda, że wszystko jest dopięte na ostatni guzik. – Trudno, czekamy – odparła Gerta. Cała ta sytuacja jakby jej nie wzruszała. Wciąż rzucała ukradkowe spojrzenia

w stronę sprzedawcy lodów. Po pół godzinie na dworcu zrobiło się niemal całkiem pusto. Gerta znudziła się lodziarzem i teraz patrzyła tępo w podłogę dworcowej hali. Kilku tragarzy, którym nie udało się znaleźć okazji na zarobek, stało w kącie sali, z nadzieją spoglądając na kobiety siedzące na ławeczce. W Klarze z kolei narastała niepohamowana wściekłość. Myśli i emocje kotłowały się w jej głowie jak żmije w gnieździe. Czas dłużył się niemiłosiernie. Nie mogła oprzeć się wrażeniu, że cała ta sytuacja nie jest do końca normalna. Najpierw dostaje list o treści tak słodkiej jak nektar, a potem jego autor nie zjawia się po nią na dworcu. Choć przecież zapewniał, że nie może przestać o niej myśleć. Tak, to jego słowa! A jeśli zapomniał? Tak. Jeśli zapomniał, to zdjęcia może sobie podarować. Ona, Klara Schulz, z pewnością nie będzie mu pozować. W przeciwieństwie do swojej tymczasowej przyzwoitki nie zapomniała o stroju kąpielowym i teraz, w porywie gniewu, zamierzała spędzić dwa dni nad morzem, ciesząc się niepowtarzalnym klimatem Danzig. Pan Oldbase może sobie co najwyżej zatrzymać na pamiątkę jej autoportret. W końcu kupił go w szlachetnym celu. Ale przecież… ludzie szlachetni nie postępują tak ze swoimi gośćmi! Nie zostawiają ich na pastwę losu tudzież dorożkarzy w obcym mieście. A co jeśli… – A co jeśli umarł? – pomyślała głośno. – Słucham? – Gerta nawet nie drgnęła. Ona też musiała myśleć o czymś intensywnie. Jej pytanie wcale nie wyrażało zainteresowania. – Nic takiego, głośno myślę – wyjaśniła Klara. – Moim zdaniem to on nie umarł, tylko pracuje. – Wyglądało na to, że Gerta jednak myślała o tym samym. – Niektórzy nie mają wakacji – dodała kwaśno. – Cóż, to możliwe. W takim razie pójdziemy do Grand-Hotel Reichshof13 , rozpakujemy się, a potem odwiedzimy pracusia w jego atelier – zmusiła się do uśmiechu. Kiwnęła na tragarzy i nie oglądając się za siebie, ruszyła szybkim krokiem w stronę hotelu. Reichshof znajdował się nieopodal dworca. Budynek był przyjemny, dość wysoki, zwieńczony ozdobnie. Klarze wydał się jakby naszpikowany detalami, przez co brakowało mu regularności. Wrażenie dysproporcji potęgowało narożne usytuowanie, co jednak było na swój sposób urocze. Smukłość nadawały bryle liczne kolumienki, duże okna i nieregularne zwieńczenia – gdzieniegdzie były to wieżyczki z szpiczastymi hełmami, czasem nadbudowane nad oknami dachowymi kamienne obramowania z ozdobnymi wykończeniami. Każdy detal był inny. Nawet ceglaste wzory różniły się znacząco od siebie, powodując architektoniczny zamęt. Ponieważ Klara prosiła o pokój z balkonem, na pierwszym piętrze, zlokalizowała go, jeszcze zanim weszła do środka (bowiem na pierwszym piętrze od tej strony znajdował się tylko jeden balkon). Na dworze było już gorąco, ale w budynku panował przyjemny chłód. Boj jakby na nie czekał. Nie zdążyły dojść do recepcji, a on już był przy nich, niemal z pośpiechu wyrywając bagaż tragarzom. – Witam szanowne panie. – Recepcjonista uśmiechnął się szeroko. – Schulz – powiedziała Klara, nie odpowiadając na powitanie. Bardzo zależało jej na czasie. Mężczyzna otworzył księgę z rezerwacjami. – Ach, pokój z balkonem na pierwszym piętrze, z prywatną łazienką – uśmiechnął się w wystudiowany sposób. – Proszę, oto klucz. Boj panie zaprowadzi. Klara ruszyła pierwsza. Szła coraz szybciej. Zniecierpliwienie narastało w niej z każdą minutą. U szczytu schodów zatrzymała się na chwilę, oglądając na chłopaka, Gertę i tragarzy, którzy wydawali się być mniej zmęczeni niż ci w Bresalu. – W lewo, proszę pani – odpowiedział boj na niezadane pytanie. Klara pognała w stronę, którą jej wskazał. Gerta, która cieszyła się, że nie musi ciągnąć ciężkiego bagażu, rozkoszowała się lekkością podręcznego kuferka. Szła powoli, starając się nie myśleć o tym, że pani robi się coraz bardziej nerwowa, bo coś idzie nie po jej myśli. Gdy wraz z bojem wdrapali się na schody, Klara stała już w końcu korytarza i zniecierpliwiona czekała na wskazanie jej drzwi. – To ten za panią – powiedział boj, a ona odwróciła się tak szybko, jakby wykonywała jakąś figurę baletową. Jednak włożenie klucza do zamka okazało się na tyle trudnym zadaniem, szczególnie przy trzęsących się dłoniach, że udało jej się go przekręcić, dopiero gdy chłopak i Gerta byli tuż obok. Pokój był piękny, musiała to przyznać. Pachniał lawendą, której bukiety ustawiono w wazonach. Balkon okazał się niewielką loggią, toteż nie było tu tak jasno, jak Klara się spodziewała. Za to białe meble w części dziennej nieco go rozświetlały. Gerta spojrzała z utęsknieniem na fotele, które wyglądały na miękkie i wygodne. Nie wierzyła jednak, że pani pozwoli jej w ogóle odpocząć, nawet na brzegu krzesełka w loggii. Klara dała chłopcu hotelowemu napiwek. Gdy odszedł, zapaliła światło w łazience. Weszła do środka i rozejrzała się po niewielkim, ale gustownie urządzonym

wnętrzu. – Będę taką mieć w nowym domu. Na Leerbeutel – szepnęła do siebie. Z łazienki przeszła na balkon i rozejrzała się po okolicy. Po prawej szereg równie nieproporcjonalnych co Reichshof kamienic prowadził do dworca, który wydawał się bardziej odległy, niż sądziła. Oparła się o balustradę balkonu. Nie tak miał wyglądać jej wielki dzień w Danzig. Wypuściła z sykiem powietrze. Była zła. A najgorsze było przekonanie, że tylko ona jest winna. Słowa ojca i Fritza mieszały się w jej głowie. Pouczający ton, mówiący, że życie to nie zabawa, i euforia syna nałożyły się na obraz, którego nigdy nie życzyłaby sobie ujrzeć. Zaistniała sytuacja przerosła ją (zgodnie zresztą z tym, co mówił jej mąż). Postąpiła jak dziecko, zachłystując się komplementami nieznajomego mężczyzny. Czuła się podle, ale miała wrażenie, że najgorsze jeszcze przed nią. Postanowiła nie tracić czasu i wyjaśnić sprawę. Nie po to przebyła taki szmat drogi, by spędzić dwa dni w Danzig w niewiedzy, rozczarowana i struta gniewem. – Pójdziemy na dół i nadamy telegram do Bernarda – wchodząc z powrotem do pokoju, zwróciła się do Gerty, która zaczęła już rozpakowywać kufer w nadziei, że uda jej się spędzić nieco więcej czasu w pokoju. – A potem odwiedzimy zakład fotograficzny przy Karpfenseigen. W recepcji Klara zleciła nadanie telegramu. Postanowiła nie informować Bernarda, co się stało. Na wszelki wypadek. Wyszła przed hotel i rozejrzała się. Gerta człapała za nią naburmuszona. Była zmęczona całą tą wielogodzinną jazdą i nie miała ochoty na długie spacery. A ten zapowiadał się na jeden z dłuższych. Ze Stadtgraben14 , które już co nieco poznały, skierowały się na Silberhüte15 . Wiatr niósł wymieszane zapachy słonej wody morskiej i słodkowodnej rzeki, wędzonych ryb i wykwintnych ciast, perfum i ulicznego kurzu. A wszystkie one komponowały się ze sobą w przyjemną, nieznaną woń. Klara szła nieśpiesznie, rozglądając się i kontemplując otoczenie. Na rogu ulicy, za słupem ogłoszeniowym, odnalazły mały kiosk, w którym kupiły plan miasta. Okazało się, że nawet w tym tempie powinny pokonać dystans w dwadzieścia minut. Gdy studiowały mapę, z hukiem przetoczył się tuż obok nich tramwaj elektryczny. – Może podjedziemy? – gosposia zapytała nieśmiało. – Podejdziemy – odparła stanowczo Klara. – Mało ci hałasu terkoczących na torach kół? – Złożyła mapę i ujrzała rozczarowanie na twarzy Gertrude. – Możemy przecież wrócić tramwajem – dodała, by dodać Gercie otuchy. Poszły w głąb Silberhütte, podziwiając w tle budynek Generalkommando16 . Po kilku minutach marszu, ich oczom ukazał się Holzmarkt17 . W jego centrum znajdował się czternastometrowy obelisk upamiętniający ofiary wojen prowadzonych przez Prusy. Zanim postawiono go w tysiąc dziewięćset czwartym roku, można tu było kupić wyroby z drewna, od gołych desek do ciężkich szaf. Jednak od kiedy plac stał się miejscem pamięci, handel skupił się w okolicznych sklepach oferujących dosłownie wszystko, od jedzenia po drogie ubrania i najlepszy tytoń. Znajdowały się tu również luksusowe hotele, które przekrzykiwały się ozdobnymi szyldami, cennikami, wykwintnymi restauracjami i liczbą prywatnych łazienek w pokojach. Dookoła skweru z pomnikiem stały dorożki, przejeżdżały pojedyncze automobile i kursował tramwaj. Danzig tętniło życiem i kolorami. Poza promenadą czy głównym traktem było to widać właśnie na Holzmarkt. W normalnych okolicznościach Klara z pewnością zarządziłaby przerwę na kawę w jednej z tutejszych restauracji. Jednak tym razem szczególnie się jej śpieszyło. Kobiety skierowały się więc w stronę Altstädtischer Graben18 , rozglądając się i chłonąc atmosferę nadmorskiej metropolii. Nie od razu odczuły, że zapuszczają się w odmienną część miasta. Jednak w miarę upływu czasu szły wolniej, a im bliżej znajdowały się rzeki, tym mniej było tu sklepów, szynków, a nawet ludzi. Choć droga nie była długa, krajobraz prawie znienacka uległ zmianie. Ulica przybrała monotonne barwy, a gwar miasta oddalał się w zastraszającym tempie. Okna budynków były pozamykane. Gdzieniegdzie otwarte bramy ziały nieprzyjazną czernią i pustką. Nierówny bruk zaczął być dokuczliwy. Gdyby kobiety były w Breslau, nie zrobiłoby to na nich takiego wrażenia jak tu – w obcym mieście. W dodatku temperatura ani trochę nie spadła i upał stawał się męczący. Milczały. Według planu powinny teraz skręcić w Rähm19 . Ich oczom ukazały się odrapane budynki z czerwonej cegły. Spojrzały na siebie niepewnie. – To na pewno tutaj? – Klara otworzyła plan miasta i po raz kolejny upewniła się, że idą dobrą drogą. – Kto ma atelier w takim miejscu? – Może zawrócimy? – Gerta zdawał się już realizować własny plan, bo mówiąc to, z wolna odwracała się w kierunku, z którego przyszły. Klara złapała ją delikatnie za ramię. – Nie, Gerto, wyjaśnijmy to. Nie puszczę cię samej. Ty mnie też nie powinnaś teraz opuszczać. – Ale to wszystko jest jakieś dziwne – nie dawała za wygraną Gerta. – Bez obaw. Może i jest dziwne, ale pod kontrolą – odpowiedziała, choć wcale nie była tego taka pewna. Poszły dalej, wzdłuż Rähm, rozglądając się uważnie. Przeszły w stronę Zapfengasse20 , a ich oczom ukazały się budynki

starego browaru. Ulice były coraz węższe i mniej zamieszkałe. Dlatego, gdy dotarły na Karpfenseigen, odetchnęły z ulgą. Zupełnie nie spodziewały się takiego widoku. Nagle wyrosły przed nimi pochylone domki z werandami i ganeczkami, gdzieniegdzie pięknie ukwieconymi. Dało się czuć wyraźny zapach rzeki pełnej ryb. Ze względu na dużą wilgotność drewniane elementy wypaczyły się z czasem, co dawało wrażenie, że budynki pochylają się, niczym starsza osoba wsparta na lasce. Do niemal każdego z nich prowadziły schody. To położenie nad ziemią miało zapewne zapobiegać podtopieniom i nadmiernemu osiadaniu. Kobiety rozejrzały się. W dali dostrzegły mężczyznę w stroju rybackim. Siedział na ganku przy jednym z domów. Klara ruszyła ku niemu, a Gerta podążyła za nią. – Dzień dobry! – zagaiła Klara. – Być może dobry – odparł, nie patrząc na nią. – Szukam atelier pana Oldbase’a – kontynuowała niezrażona. – Czego? Kogo? – Mężczyzna nadal na nią nie patrzył, ale uśmiechnął się pod nosem. Pomyślała, że może wie, o co chodzi, tylko droczy się z nią. – Zakładu fotograficznego artysty o nazwisku Oldbase. – Zakładu… – Mężczyzna był zajęty łataniem porwanych sieci rybackich. W zębach trzymał fajkę, która już dawno wygasła. – Na końcu ulicy, pod trójką – wskazał jej kierunek – jest taki jeden rybak, co ma stary aparat w domu. To pewnie ten. Ale on się tak nie nazywa… chyba. Nie wiem zresztą. – Tak… to pewnie ten. Dziękuję – odpowiedziała bez przekonania. „Ma aparat w domu” nie czyniło z Iana Oldbase’a artysty, jakim się mienił (czy też jakim się jej wydawał). Teraz skumulowana wściekłość, która narastała w niej przez ostatnie kilka godzin, sięgnęła zenitu. Postanowiła raz na zawsze zakończyć wątek idioty, który kazał jej tu jechać przez przeszło pół doby i nie raczył przysłać po nią nawet jednego tragarza. – Ale wie pani co? – odezwał się nagle mężczyzna, zanim zdążyła ruszyć z miejsca. Po raz pierwszy odwrócił w jej stronę głowę i zmierzył ją wzrokiem. Zamilkł i rozpromienił się. Odruchowo zaplotła ręce na piersiach. – Dawno go nie widziałem. – Dawno to znaczy ile? – Może od trzech, czterech dni, może od tygodnia, straciłem rachubę. Kupuje u mnie haczyki. Ale ostatnio nie przychodzi. Wiem, że czasem wypływa na dłużej. Może go nie ma? Gerta i Klara znów spojrzały na siebie. – Dziękuję, to cenna informacja. – Klara uniosła dłoń w geście podziękowania. Zamyślona skierowała się pod wskazany przez rybaka numer. Domek nie różnił się od pozostałych. Nie było na nim szyldu z nazwą atelier, jak spodziewała się Klara, ani informacji z godzinami otwarcia. Ani cennika, ani wystawy. Ani niczego, co mogłoby sugerować, że w tym miejscu znajduje się zakład fotograficzny. Gerta postanowiła trzymać dystans, podczas gdy pani wbiegła na schody i głośno zapukała do drzwi. Nikt nie otwierał. Nie było słychać kroków. Wyglądało, jakby dom był pusty. – Nie ma go – powiedziała nieśmiało Gerta, nie chcąc bardziej drażnić pani. – Cicho – Klara przyłożyła ucho do szyby w drzwiach i nasłuchiwała. Zapukała po raz kolejny, a gdy i to nie przyniosło rezultatu, uderzyła kilka razy pięścią. Znów zaplotła ręce na piersiach. – No to poczekamy – powiedziała i usiadła na drewnianych schodach. – Wiedziałam… – westchnęła Gerta i przycupnęła obok niej. Po niemal godzinie spędzonej w milczeniu obie miały dość. Klara wstała zrezygnowana. Gerta ledwo podniosła się ze schodów, mając wrażenie, że upał przykleił ją do drewna. – Idziemy na obiad – zdecydowała Klara. Ruszyła z powrotem w stronę miasta, w żaden sposób nie komentując tego, że nikt się nie zjawił. Gerta bez słowa podążyła za nią, nie chcąc wdawać się w niepotrzebne dyskusje. I tak miała kiepski nastrój. Wróciły na Holzmarkt. W miarę jak się do niego zbliżały, zaczynały odczuwać ulgę z powodu powrotu do cywilizacji. Klara zmierzyła Gertę wzrokiem, oceniając jej strój na całkiem znośny i stosunkowo neutralny. – Gerto, zjesz ze mną – oznajmiła, wskazując na restaurację przy hotelu. Gosposia aż zachwiała się z wrażenia. – Tutaj, tak przy jednym stole? – przetarła czoło dłonią, czego zazwyczaj nie robiła. – Pamiętasz, co powiedział mój mąż? Mamy być nierozłączne. – Uśmiechnęła się tajemniczo. Potrzebowała słuchacza. I nawet wolała, by był kimś, kogo zna i komu ufa, bez względu na to, czy lubi, czy nie. – No, jak pani każe… – powiedziała Gerta. Przysiadły w restauracji hotelu Deutsches Haus. Klara zamówiła zupę z zielonego groszku i pomidory nadziewane farszem mięsno-ryżowym. Gertrude siedziała na brzegu krzesła. Położyła ręce na kolanach i patrzyła w blat.