wotson

  • Dokumenty43 353
  • Odsłony2 196 651
  • Obserwuję1 455
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 746 749

Nadia Szagdaj - Kroniki Klary Schulz 3 - Grande finale

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :3.9 MB
Rozszerzenie:pdf

Nadia Szagdaj - Kroniki Klary Schulz 3 - Grande finale.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion N Nadia Szagdaj
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 33 osób, 43 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 127 stron)

Spis treści Karta tytułowa Karta redakcyjna Rozdział I Rozdział II Rozdział III Rozdział IV Rozdział V Rozdział VI Rozdział VII Rozdział VIII Rozdział IX Rozdział X Rozdział XI Rozdział XII Rozdział XIII Rozdział XIV Okładka

Copyright © by Nadia Szagdaj and Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o., 2015 ISBN 978-83-64481-82-6 Projekt okładki: Mariusz Banachowicz Pocztówki zreprodukowane w książce pochodzą z kolekcji prywatnej Redakcja: „Sztuka i Słowo”: Anna Rojkowska Korekta: Bogusława Otfinowska Redakcja techniczna: Adam Kolenda Wydawca: Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o. ul. Sokolnicza 5/76, 53-676 Wrocław www.bukowylas.pl, e-mail: biuro@bukowylas.pl Wyłączny dystrybutor: Firma Księgarska Olesiejuk Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością Sp.j. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. 22 721 30 11, fax 22 721 30 01 www.olesiejuk.pl, e-mail: fk@olesiejuk.pl Skład wersji elektronicznej: pan@drewnianyrower.com

Meine Ruh ist hin, Mein Herz ist schwer, Ich finde sie nimmer Und nimmermehr. […] Mein armer Kopf Ist mir verrückt, Mein aremer Sinn Ist mir zerstückt. […][1] J. W. von Goethe, Grettchen am Spinnrade 1 Gdzież mój spokój, / Serce moje? / Już cię nigdy / Nie ukoję. […] Moja głowa, / Biedna głowa, / Poplątane / Myśli, słowa. Fragment pieśni Małgorzata przy kołowrotku F. Schuberta opartej na Fauście J. W. von Goethego.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym I Poranek zajrzał do kuchni państwa Krencke. Mieszkanie położone na trzecim piętrze kamienicy przy Rosenthaler Straße[2] zwykło rozświetlać się we wczesnych godzinach porannych. Światło wpadało również do niewielkiego pokoju, w którym spała Klara Krencke. Lubiła ten moment, gdy wczesnoranne słońce rozchylało jej powieki, choć bywało nieco nachalne, szczególnie wiosną. Ale zawsze to milsza pobudka niż ta, którą w środku nocy potrafił zaserwować jej ojciec. Szybka, nerwowa, po prostu straszna. Zawsze najpierw rozlegało się głośne, nerwowe pukanie do drzwi. Potem noc wypełniały niepokojące szepty, odgłosy krzątaniny, pośpiesznie wkładanych ubrań, tupanie i szuranie. Państwo Krencke robili wszystko, by nie obudzić córki, ale sam charakter nocnych zrywów sprawiał, że w ułamku sekundy otwierała zamknięte snem oczy i przytomniała. Nasłuchiwała, czy wszystko przebiega tak jak zwykle, czy nikt się nie włamał i nie nastaje na ich życie. Była już na tyle świadoma, że wiedziała, czym obciążone jest życie w rodzinie policjanta. Tym razem jednak obeszło się bez nocnych wezwań. Ojciec wyszedł już co prawda do pracy, ale w normalnym trybie, i zapewne skierował swoje kroki od razu do Prezydium Policji Breslau. Klara usiadła na łóżku. Za parawanem w jej pokoju stała miska z wodą, którą gosposia zawsze zostawiała wieczorem. Twierdziła, że to poprawia powietrze w nocy, a zimna woda z rana zapewnia długotrwałą młodość i świeżość. Zdarzało się jednak, szczególnie w zimie, że rano na tafli pozostawionego na noc „eliksiru młodości” unosiły się paprochy kurzu. Klara ściągała je dłonią, którą następnie wycierała w nakrochmalony ręcznik, i dopiero przystępowała do porannej toalety. Często też wymykała się w koszuli nocnej i szlafroku na korytarz, do ubikacji. Matka nie pozwalała jej chodzić w takim stroju po klatce schodowej. Dlatego musiała korzystać z tego, że Marie Krencke jeszcze śpi, a gosposia krząta się po kuchni, szykując śniadanie. Wtedy nie musiała dawać opinać się ciasnym gorsetem i pół godziny czekać, by zawiązano jej suknię – i to wszystko przy pełnym pęcherzu – tylko po to, by móc pójść do toalety… Przeciągnęła się. Poranek miał dziwny charakter. Czuła niepokój. Było nienaturalnie cicho. Mama musiała kiepsko się czuć. Może, jak czasem w takich wypadkach, będzie spała do południa. Klara siedziała na łóżku, wsłuchując się w niepokojącą ciszę, gdy nagle złapał ją skurcz w łydce. Walczyła z nim przez jakiś czas, wyginając stopę we wszystkie strony. Zacisnęła zęby, bo skurcz był nieznośny i długo nie chciał ustąpić. Kiedy w końcu przeszedł, poczuła inny, nieprzyjemny ból w dole brzucha. Nie znała jeszcze tego uczucia. Poniosła się z łóżka. Ból nieco się nasilił. Poczuła, że coś ciepłego spływa jej po wewnętrznej stronie uda. Niepewnie uniosła koszulę nocną i dotknęła tego miejsca. Zobaczyła na palcach krew. W pierwszej chwili skrzywiła się. Ale zaraz potem niepokój ustąpił miejsca ekscytacji. Wybiegła z pokoju, zapominając o porannej toalecie. – Mamo, dojrzałam! – zawołała do matki już w drzwiach jej sypialni. Marie jeszcze drzemała. – Co się stało? Co… dojrzałaś? – zapytała zaspana. Klara była rozradowana, jak każda nastoletnia dziewczyna, która właśnie dostała pierwszą w życiu miesiączkę, ale przecież nie mogła tego wykrzyczeć na cały dom… – Stałam się kobietą. Przed chwilą! Nie wiem, co robić – dodała półgłosem. Marie natychmiast się rozbudziła. – Tak, tak… – powiedziała i przetarła dłońmi twarz. – Już, poczekaj. Wyszła z pokoju i od razu skierowała się do kuchni. Klara nie słyszała, co powiedziała gosposi. Chwilę później obie weszły do pokoju. – Lepiej, żebyś dziś nie szła do panny Wetzke na lekcje. Dobrze byłoby, żebyś poleżała w łóżku. Bez gorsetu – zadecydowała matka. Była niezwykle poważna.

– Dobrze – odpowiedziała niepewnie Klara. Czyżby dojrzewanie miało się okazać skomplikowane i kłopotliwe? Ona sama z radości zapomniała nawet o bólu. Ale w domu to wszystko zakrawało na jakąś ciężką chorobę, a nie na wielki dzień każdej młodej kobiety. Pół godziny później Klara nadal leżała w łóżku w ciasnej, nie do końca wygodnej bieliźnie wyłożonej watą. Gosposia zarzuciła szykowanie śniadania i szyła dla niej coś, co nazywała podpaską. Klara otrzymała skromny posiłek, po którym nadal czuła głód. Leżenie w łóżku również nie należało do najciekawszych zajęć, dlatego zaczęła się rozglądać za książką. W dodatku znów się położyła, więc nie miała kogo zapytać, kiedy tak właściwie będzie mogła wstać, pójść na lekcje czy zjeść coś konkretnego (czyli kiedy gosposia skończy szyć jej ten nowy element stroju). A Klara nie należała do, cóż… od dziś młodych kobiet, które preferowały wylegiwanie się przez cały dzień. Wstała z łóżka, najciszej jak umiała, i postanowiła zakraść się do salonu, w którym ojciec gromadził książki. Na palcach przeszła przez przedpokój i wyjrzała zza drzwi wiodących do pokoju dziennego. Wewnątrz nikogo nie było. Wśliznęła się i idąc przy ścianie, wciąż na palcach, zmierzała do biblioteczki. Nagle skrzyp taboretu, a następnie ciężkie kroki spowodowały, że zamarła. Przylgnęła do ściany, otworzyła szeroko usta i starała się oddychać płytko i bezgłośnie. Uśmiechnęła się pod nosem. Rozbawiła ją ta sytuacja. Miała swój urok. Pomyślała nawet, że może jej ojciec też czasami tak się przekrada i wstrzymuje oddech, gdy kogoś śledzi. Gosposia przeszła do sypialni Marie Krencke. – Nić mi się skończyła – oznajmiła grubym głosem. – Nie ma zapasowej w przyborniku w komórce? – spytała niezadowolona Marie zachrypniętym głosem. – Cały przekopałam, ale białej nie ma. – A musi być biała? To tylko kawałek szmatki doczepionej pasami do bielizny. – Kiedy te inne takie byle jakie, proszę pani. Może pójdę po białą, dobrą, mocną. Nie chcę, żeby się to panience wszystko rozlazło, zwłaszcza w miejscu publicznym, czy coś. Gosposia państwa Krencke miała szczególny dar przekonywania. Jeśli nie dało się dyplomatycznie, uciekała się do lekkiej słownej przemocy wpływającej na wyobraźnię. – Dobrze, już… niech Martha nie kończy – powiedziała matka, wstając z łóżka. Obie poszły do kuchni. Klara udawała, że nie wie o tajnej skrytce w trzeciej szafce od lewej, na środkowej półce, w puszce po czekoladkach z podobizną Josefa Haydna. Ale po samych odgłosach dało się rozpoznać, że matka wyciąga z niej drobne pieniądze na nici. Nie zastanawiając się długo, Klara chwyciła Fausta Goethego, zapewne dlatego, że mama często śpiewała Małgorzatę przy kołowrotku do melodii Franza Schuberta. Przemknęła do sypialni rodziców. Planowała przestraszyć matkę, by nieco ją rozruszać. W końcu dochodziła już jedenasta, a Marie zachowywała się tak, jakby ściągnięto ją z łóżka w środku nocy. Pani Krencke zamknęła drzwi za Marthą i udała się do kuchni. Klara cicho usiadła na łóżku i czekała na mamę. Przez moment zapomniała nawet o niewygodach bycia w pełni kobietą. Otworzyła książkę, ale tylko niecierpliwie spoglądała na tekst, wcale go nie czytając. Ukłucie w dolnej części brzucha, które nadeszło znienacka, spowodowało, że przymknęła oczy. Wzięła głęboki oddech, potem drugi. Ból nieco ustąpił. Pomyślała, że może powinna była leżeć, tak jak kazała jej matka. Zdecydowała, że kolejny skurcz powinien złapać ją w łóżku, pod pierzyną. Zamknęła książkę i cicho wstała. Podeszła do drzwi, nasłuchując, czy mama wciąż jest w kuchni. Teraz już nie chciała się na nią napatoczyć. Postanowiła uszanować jej wolę i wrócić do własnego pokoju. Wtem rozległo się pukanie do drzwi. Marie wyszła powoli z kuchni, mamrocząc coś pod nosem. – Czego Martha zapomniała…? – przycichła na ostatniej sylabie. – Słucham, o co chodzi? – zapytała innym głosem. Klara wiedziała już, że to nie roztrzepana gosposia, lecz ktoś obcy. – Jest Heinz? – zapytał męski głos. – Nie, już dawno wyszedł do pracy – odpowiedziała matka. W tym momencie Klara usłyszała jej stłumiony krzyk. Niewiele myśląc, wskoczyła do trzydrzwiowej szafy stojącej w rogu pokoju i zamknęła drzwi od środka. Przyłożyła rękę do ust i zamarła. Chwilę potem do salonu wtargnęli dwaj mężczyźni. Przez szparę między drzwiami Klara widziała ich ubłocone buty zostawiające na dywanie brudne mokre plamy. Pomiędzy nimi szamotała się Marie, powłócząc bosymi stopami. Cienki materiał nocnej koszuli zdradzał, że jej kolana wyraźnie się trzęsły. – Taka ładna… – powiedział jeden z mężczyzn. – I zaraz jej nie będzie – dodał. Marie znów zaczęła się szarpać, ale nie mogła wyzwolić się z uścisku. – Faktycznie ładna. Co robimy? – zapytał drugi, ten który ją trzymał. Miał wysoki, drażniący głos. – A za co się nam płaci? – Pierwszy wyciągnął balisong z kieszeni i natychmiast go otworzył. Klara mocniej przytknęła dłoń do ust, starając się nie poruszyć. – Może tak jakaś premia? Wiesz, w czym rzecz? – Pierwszy przytrzymał Marie jedną ręką, a drugą położył na jej

kroczu. – Co sądzisz? – Nie sądzę. Załatwmy to szybko. – Załatwię to szybciej, niż myślisz – powiedział tamten, przewracając kobietę na podłogę. Klara nie mogła dostrzec jego twarzy, gdyż zasłaniał ją kołnierz wyświechtanego płaszcza. Marie próbowała się szarpać i krzyczeć. Ale zanim zdążyła wezwać pomocy, napastnik położył się na niej i złapał za gardło. Zaczęła się dusić, kaszleć i charczeć, nie mogąc wykrztusić słowa. – Przytrzymaj ją! – rzucił do wspólnika. – Właściwie… czemu nie? – zgodził się drugi napastnik i przyklęknął obok. Złapał Marie za ręce i podłożył je sobie pod kolana, po czym zadarł jej koszulę nocną do góry i zatkał usta. – To rozumiem – powiedział jego wspólnik i zerwał z niej bieliznę, którą miała pod spodem. Klara zacisnęła powieki. Omal nie popuściła z przerażenia. Z trudem hamowała szloch. – Tylko się pośpiesz – ponaglał kolega. Rozpiął rozporek i obnażył wzwód. Chwycił za członek i zaczął się masturbować. – On to jeszcze nic, poczekaj na mnie – mówił do Marie, podczas gdy drugi gwałcił ją, śliniąc się na jej twarz. Skończył z głośnym stęknięciem i zamienili się miejscami. Kiedy kobieta przestała się bronić, a jej ciało zwiotczało, ten, który był już po, wytarł się w bieliznę Marie i udał się do kuchni. – Czemu już nie walczysz? Podobało mi się… – powiedział napastnik, który został w pokoju. Klara otworzyła oczy i mimo przerażenia szukała możliwości uwolnienia matki i siebie z opresji. Gorączkowo starała się sobie przypomnieć, czy w pokoju jest coś, czym mogłaby wyrządzić złoczyńcy krzywdę. Może lepszym rozwiązaniem byłaby ucieczka i wszczęcie alarmu? Niestety, szafa znajdowała się naprzeciwko napastnika. Klara wiedziała, że ma marne szanse na zrealizowanie swoich planów. W końcu nieco uspokoiła oddech i lekko się poruszyła. Postanowiła zaryzykować. Teraz albo nigdy. – Mamy problem – usłyszała nagle głos wracającego z kuchni drugiego oprawcy. – Jaki? – Ten pierwszy nagle się poderwał. Na podłogę, tuż przed oczami Klary, spadły jej własne podręczniki związane rzemieniem. – Co to ma niby być? – Szpargały tej małej. Wygląda, że nie poszła tam, gdzie miała pójść. – Cholera. – Właściciel noża zapiął spodnie. – To gdzie jest? – Mnie pytasz? Ją zapytaj – wskazał na Marie. Ale ona patrzyła w nicość. Nie reagowała. Właściciel noża potrząsnął nią kilka razy. – Gdzie ona jest?! – krzyczał. Wtedy rozległo się pukanie do drzwi. – Pani Krencke? Jest pani w domu? – Pani Mersch…? Pani Mersch, pomocy! – zawołała Marie. – Zamknij mordę! – wrzasnął właściciel noża i wyraźnie wściekły zamaszystym ruchem przeciął jej tętnicę szyjną. Kobieta odruchowo położyła ręce na ranie. Otworzyła szeroko oczy. W ostatniej chwili odwróciła głowę w stronę szafy. Na jej twarzy zastygł wyraz przerażenia. Klara podniosła dłoń do ust i zacisnęła zęby na palcu. Gorące łzy płynęły po jej twarzy. Patrzyła, jak gaśnie ostatnia iskra życia jej matki. Jak jej nienaturalnie wielkie oczy stają się nieruchome. – Może ona… jest tu? – zapytał ten, który pierwszy gwałcił. – Musimy wiać! – Musimy dokończyć! Musimy znaleźć jej córkę. – Gdyby nie twoja premia, dawno już bylibyśmy po robocie. – Pani Krencke, halo? Starsza pani Mersch z pewnością nie usłyszała wołania Marie o pomoc. Ale była ciekawska i lubiła sprawdzać, co słychać u sąsiadów. – Dokończymy przy okazji, teraz wiejemy – powiedział stanowczo morderca. Obaj cicho przeszli przez przedpokój. Klara nie widziała, co działo się dalej. Wyszła z szafy i na kolanach podczołgała się do martwej matki. Płacząc, odgarnęła włosy z jej twarzy. Nagle obraz w pokoju zaciemnił się. Klara spojrzała na swoje ręce. To nie były dłonie trzynastolatki, lecz niemal trzydziestolatki. Sypialnia Marie zmieniła się w przepastne, ciemne pomieszczenie wchłaniające światło i przetwarzające je w mrok. Dziewczynka przeniosła wzrok na matkę. Marie leżała na wznak i patrzyła na nią. Z przeciętej tętnicy sączyła się krew. – Ktoś, kogo znasz, Klaro – powiedziała nienaturalnym, odległym głosem i złapała Klarę za nadgarstki. – Znasz! Klara otworzyła oczy, głośno wciągając powietrze do płuc. – Pamiętnik… – Jej wargi ledwie się poruszyły, a ciałem wstrząsnął dreszcz. Samotna łza potoczyła się po skroni i wpadła w gąszcz brązowych włosów. Resztki jesiennego słońca muskały ją po twarzy niemal jak w dniu, w którym

zginęła jej matka, choć to dzisiejsze, usiłujące przebić się przez chmury, było blade i senne. Usiadła na łóżku i w końcu się popłakała. Koszmar, który jej się przyśnił, matka mówiąca do niej z zaświatów i zdanie z upiornego listu włożonego między strony pamiętnika należącego do mordercy, który zabrała z miejsca zbrodni kilka miesięcy wcześniej, pogłębiały jej coroczną jesienną melancholię. Usłyszała kroki za drzwiami. Wzięła jeszcze dwa głębokie oddechy i otarła łzy. Pukanie do drzwi pokoju w niczym nie przypominało tego ze snu. Było delikatne, niemal troskliwe. – Klarisso, wstań już, kochanie, bo się spóźnimy. – Miły, ciepły głos nieco ją uspokoił. – Już nie śpię, ciociu. Możesz przysłać gosposię, za pięć minut będę gotowa – odpowiedziała trzęsącym się głosem. – Stało się coś? – zapytała ciotka Madlen. – Nie, nic. Zły sen… – Klara pociągnęła nosem, wciąż walcząc z powracającymi falami łez. – Mogę wejść? – Tak – odparła po chwili zastanowienia. Drzwi skrzypnęły i Madlen weszła do środka. Była bardzo podobna do Marie Krencke. – A co ci się śniło, kochanie? – spytała z troską w głosie. – Moja mama… – odrzekła Klara. – Och, biedactwo. – Madlen przygarnęła ją do siebie. – W ciąży to normalne. Boisz się o swoje dziecko. Żeby ono nie musiało przeżywać takiej traumy jak ty. Pamiętasz, co było, gdy miał się urodzić Fritz? – Pamiętam. – Klara uśmiechnęła się przez łzy. – Trochę czasu spędziłam u cioci. – I właśnie po to masz matkę chrzestną i swój pokój u niej w domu. Zapomnij na chwilę o Breslau i ciesz się wakacjami. – Staram się. Ale nie mogę uwolnić pamięci od… – Klarissa. – Ciotka pogładziła ją po dłoni. Klara tylko jej pozwalała tak do siebie mówić. Na każdą inną osobę na świecie obraziłaby się za deformowanie jej imienia. – Chodźmy razem do kościoła. To nam obu dobrze zrobi. – Wstała i ruszyła w stronę drzwi. – Zaraz zawołam Deborę. – Tak… kościół na pewno bardzo dobrze mi zrobi – bąknęła pod nosem Klara i skrzywiła się boleśnie. – To będzie kolejny listopadowy, cudownie nudny dzień w Schweidnitz[3]. Ale może to i lepiej? 2 Ul. Pomorska. 3 Świdnica.

II Kościół Pokoju spowijał półmrok, choć na zewnątrz zrobiło się wyjątkowo słonecznie jak na dość późną jesień. Słabe światło i zaduch w drewnianym pomieszczeniu powodowały, że od pół godziny Klara myślała tylko o jednym: żeby stąd wyjść. Pamiętała ten kościół z dzieciństwa, z czasów, gdy ciotka mieszkała na drugim końcu Schweidnitz w domu rodzinnym. Słynna budowla nie robiła więc na niej tak wielkiego wrażenia jak na przyjezdnych. Gdy była mała, przyjeżdżała z rodzicami do ciotki Madlen i zawsze wspólnie spędzali tu pół niedzieli. Ciotka, której jedynym męskim akcentem w życiu był jej własny, niezwykle religijny ojciec, przychodziła tu codziennie. Ale nie narzucała się ze swoją świętobliwością w dni powszednie. Lecz niedziela… niedziela to co innego. Zawsze mawiała: „Marie, nasz ojciec by tego chciał”, wywołując u siostry przypływ niezrozumiałych dla kogoś spoza rodziny wyrzutów sumienia. Tak, niedziele w Schweidnitz. Zawsze tak samo nudne. – W porządku, kochanie? – zapytała nagle szeptem Madlen, wyrywając Klarę z zadumy. – Ja…? Tak… – Nie do końca zrozumiała ciotkę. – Może jest ci niedobrze? – Nie, na całe szczęście już coraz rzadziej. – Uśmiechnęła się półgębkiem. – Myślałam, że coś jest nie tak. Stukasz nogą w podłogę. – Ciotka jeszcze bardziej ściszyła głos i mrugnęła przyjacielsko. – A, to? Nie, tylko się… rozmodliłam – odpowiedziała Klara i zrobiła uduchowioną minę, która wydała jej się głupia. Oczywiście, że ciotka ją upomniała. Delikatnie, ale jednak. Bo przecież wcale nie stukała w podłogę, tylko w drewnianą podstawę szeregu ław. Dudnienie musiało już przeszkadzać co poniektórym gorliwym ewangelikom. Klara odniosła wrażenie, że ma większą publiczność niż pastor stojący na suto zdobionej ambonie dokładnie naprzeciwko niej. Mówił tak monotonnie i beznamiętnie, że wkrótce zachciało jej się spać. A co za tym szło, dostała napadu ziewania. Rozbolał ją kark, siedzenie zdawało się coraz twardsze i mniej przyjazne. Musiała się czymś zająć, żeby znów nie narazić się na upomnienie. – Ja… je… stem dro… gą… Zmrużyła oczy i starała się przeczytać złoty napis ujęty w przepysznie zdobioną barokową ramę. Nie było to łatwe zadanie, bo litery zlewały się w tym świetle, a do tego odległość robiła swoje. Naprzeciw nawy, w której zajęła miejsce z ciotką, znajdowała się inna, dziś pusta. Zapewne w remoncie. Gdyby jednak siedzieli w niej ludzie, skierowani byliby profilem do nich. Ciekawe, czemu tak… Jedni mieli dobry widok na ambonę, inni na ołtarz. Ci na balkonach nie mogli przeczytać napisów, ale za to byli bliżej sufitu, który można było podziwiać centymetr po centymetrze przez kilka dni bez przerwy. Najgorzej mieli ci całkiem z boku, bo mogli co najwyżej słuchać i ewentualnie obserwować ledwo wystające z tej perspektywy ponad balustradę chóru organowe piszczałki. Oczywiście, kościół był po prostu przepiękny! Tak różnorodny i inny od wszystkich, że trudno było się oprzeć wrażeniu odkrywania go na nowo za każdym razem. Ale ten pastor… chyba ma stanowić przeciwwagę dla przepychu budowli i niezwykłego kunsztu artystów, którzy zrobili wszystko, by wnętrze kościoła Pokoju zrekompensowało surowość jego wyglądu zewnętrznego. Klara zaczęła w końcu liczyć rzeźby: muzyków, aniołków, świętych i innych. Trębaczy, skrzypków, tych z lirami, z krzyżami, chorągwiami. Było ich całkiem sporo. Na ołtarzu, nad głową pastora nudziarza, czyli na szczycie ambony, ponadto parę nad organami i jeszcze kilku przy mniejszych organach, których piszczałki usytuowane były za ołtarzem, niemal pod sufitem. Ale i to w końcu ją zmęczyło. Zadarła głowę, by podziwiać malowidło na suficie, którego nie powstydziłby się sam Michał Anioł. Choć w tym świetle zamazywało się nieco, niczym wcześniej złote litery na granatowym tle w złotej ramie. Gdy tylko zaczęła przyzwyczajać wzrok i odkrywać bogactwo symboliki, pastor kazał wszystkim wstać, zszedł z ambony i stanął przy ołtarzu. Dla Klary od dziecka był to znak, że teraz będzie już tylko lepiej. No, w każdym razie bliżej końca.

Po skończonym nabożeństwie kobiety udały się na cmentarz. Szły powoli. Ciotka lubiła gromadzić kilogramy, przez co szybko się męczyła. Mijały płotki rodzinnych grobowców, drzewa, których liście przybrały różne odcienie ciepłych barw, od burgunda po bladą żółć. – Szkoda, że nie ma Bernarda i Fritza. Całej waszej rodzinie należy się odpoczynek. – Fritz jest w szkole od września, a Bernard ma dyżury w szpitalu. Poza tym mamy przecież zamiar postawić dom w Leerbeutel[4]. – No tak, dzisiejsi młodzi… Gonią za dobrobytem i wiedzą. Zapominają o wartościach rodzinnych. Madlen wpadła w ton, za którym Klara nie przepadała. Co ona – stara panna – mogła wiedzieć o posiadaniu dziecka i męża? O byciu w ciąży? Całe życie miała pieniądze. Ojciec do ostatnich dni ją utrzymywał, a nawet kupił pod koniec lat dziewięćdziesiątych mieszkanie przy Äußere Kirchstraße[5], żeby miała bliżej do kościoła, który sobie tak upodobała. No i oczywiście bliżej do centrum i doniosłych wydarzeń. Obie z Klarą pięć lat temu obserwowały z okien tego mieszkania przejazd cesarza Wilhelma II. Setki wystrojonych w białe ubranka dzieci, policjantów i żołnierzy w odświętnych mundurach, kilometry girland i tysiące proporczyków. Także wtedy Madlen wypominała Klarze, że nie mogła z nią zamieszkać, gdy Fritz był w drodze. Ale ponieważ ona i Bernard byli młodym małżeństwem, mąż Klary po prostu się nie zgodził, by Madlen zaglądała im do sypialni czy kuchni. Początkowo ciotka miała o to wielki żal do chrześnicy. A pomna czasów, kiedy zabito jej matkę, Klara nie potrafiła gniewać się na ciotkę. Jako matka chrzestna przez dłuższy czas po śmierci Marie opiekowała się siostrzenicą, zabiegając o jej względy, pilnując, by wróciła do normalnego życia, zupełnie jakby była jej własnym dzieckiem. Pomagała tam, gdzie Heinrich Krencke nie był w stanie. Jak kobieta kobiecie. – Wszystko się ułoży. Bernard już nie ma tylu dyżurów. Przełożony przydzielił mu sprawny zespół. Teraz operuje tylko najcięższe przypadki – powiedziała, tłumiąc przypływ złości. – Oby jak najszybciej. Dzieci potrzebują ojca. Rzadko dzisiaj zdarzają się tacy jak ten twój… jak Heinz. – Uśmiechnęła się, wymawiając jego imię. – A co u niego? – zapytała, zmieniając temat. Dziwnie się przy tym uśmiechnęła. Dopiero teraz do Klary dotarł fakt, że nie spytała o to przez ostatnie pięć dni, czyli od jej przyjazdu. – Dobrze, dobrze… Opiekuje się pewną rodziną. – Obcą rodziną? A tobą? – Ciotka znów wpadła w pouczający ton. – Mną naturalnie też! Pracujemy razem, przecież ci mówiłam. – To nie to samo! Obca rodzina pod opieką… Co za nonsens. – Już nie taka znów obca – powiedziała Klara na tyle cicho, by Madlen nie chciała wypytywać. Jeszcze gorzej zapewne zniosłaby fakt, że chodzi o samotną kobietę cygańskiego pochodzenia i jej okaleczoną córkę. Do tego między Heinzem a Giseldą wyraźnie coś iskrzyło, więc Klara za wszelką cenę nie chciała wdawać się w rozmowę na ten temat. – Pamiętam jeszcze z dzieciństwa – zaczęła szybko, przerywając wątek pań Kalderasch – że za każdym razem, kiedy szukałyśmy grobu babci, a po jakimś czasie też i dziadka, zawsze w pierwszej kolejności pojawiał się ten z okrągłą płytą. Z nazwiskiem… – Nie czytaj nazwisk z grobów, pamiętaj! – przerwała jej ciotka. – Tak, wiem, to przynosi pecha… Klara miała ochotę złapać się za głowę. Tydzień to najdłuższy czas, jaki była w stanie wytrzymać z ciotką. Nieraz się kłóciły i to ciotka zawsze pierwsza wyciągała rękę do zgody. Dlatego Klara wiedziała, że może na nią liczyć. Z czasem zaczęła znosić jej dziwactwa i przestała się na nią gniewać, choć nadal po siedmiu dniach miała jej dosyć. – I jesteśmy. Żałuj, Klaro, że nie było cię tu w zeszłym tygodniu w środę. W święto zmarłych pastor wygłosił piękne kazanie. Zatrzymały się w głębi cmentarza, za kościołem, przy grobowcu rodzinnym Deckenbachów. Postały chwilę w zamyśleniu. Ciotka odwróciła się do gosposi, która ciągle, niczym duch, podążała za nimi. Nie musiała nic mówić. Kobieta wyciągnęła z wiklinowego kosza dwie róże. Ciotka z namaszczeniem położyła je na ziemistym kopcu usypanym wewnątrz ogrodzonej płotkiem kwatery. Złożyła ręce i na dwadzieścia długich minut pogrążyła się w zadumie. Zmierzały do domu. Klara za każdym razem, kiedy pokonywała drogę z kościoła do mieszkania ciotki, wyszukiwała znane jej od wielu lat punkty. Murzynka stojącego samotnie między oknami na pierwszym piętrze budynku z czerwonej cegły, ozdobny portal z piaskowca z datą tysiąc siedemset trzydzieści osiem umieszczony nad bramą wiodącą na podwórze barokowej kamieniczki, przysadzisty budynek wyższej szkoły dla dziewcząt i w końcu górujący nad innymi na tym odcinku pięknie zwieńczony dom, w którym na drugim piętrze od trzynastu lat mieszkała Madlen. Listopad tysiąc dziewięćset jedenastego roku był wyjątkowo ładny. Powietrze co prawda stało się rześkie, ale po upalnym lecie było przyjemne, a coraz niższe temperatury wcale nie dokuczały Klarze (choć, rzecz jasna, wolałaby, żeby przez cały rok był lipiec).

Szły w milczeniu. Następnego dnia miały się rozstać. Klara tęskniła już za Fritzem, Bernardem, a nawet Getrude. Ale za każdym razem, gdy miała opuścić starzejącą się ciotkę, zdejmowały ją wyrzuty sumienia. Była całkiem sama. Póki żyła jej siostra, Madlen nie czuła się samotna. Jednak przez ostatnie kilkanaście lat dziwaczała i stawała się coraz bardziej męcząca. Zawsze miała trudny charakter, co nie przysparzało jej sympatii sąsiadów i potencjalnych przyjaciół. Ale teraz było z nią jeszcze gorzej i Klara bała się o nią. Postanowiła częściej do niej dzwonić, szczególnie że w końcu miała już telefon w domu. – Piękne nabożeństwo, nie mogę przestać myśleć o kazaniu – powiedziała nagle Madlen, wyrywając Klarę z zamyślenia. – O tak, racja – przytaknęła młoda kobieta i usiłowała przypomnieć sobie choć jedno słowo z nudnego kazania. W końcu jednak zrezygnowała, licząc na to, że ciotka nie zapyta, który fragment najbardziej się jej spodobał. – Nasz kościół niezmiennie jest tak piękny. – Ciotka pokiwała głową z uśmiechem. – To prawda! – Klara również się uśmiechnęła. Na ten temat miała akurat sporo do powiedzenia, bo przez całe nabożeństwo zaciekle studiowała wnętrze budynku. – Jutro wyjeżdżasz – zmieniła temat Madlen. – Muszę, ciociu. – Kiedy znów mnie odwiedzisz? Mam nadzieję, że nie dopiero wtedy, gdy twoje maleństwo przyjdzie na świat. Nie widziałam Fritza od roku. – Postaram się jak najszybciej. Teraz nie mam żadnych poważnych prac do wykonania. – À propos twoich „prac”… – Madlen spojrzała na nią karcąco. – Wolałabym, żebyś porzuciła swoje dziwne zajęcie. Kobiecie nie przystoi być tym… no… jak to się…? – Detektywem – odparła Klara, nieco zrezygnowana. Interesujące pożegnanie, zaiste… – No właśnie. Kto to w ogóle widział? Żona doktora, matka… A tu takie dziwne pasje. – Wiesz, skąd się wzięły, prawda? Niejednokrotnie ci o tym mówiłam. Złość wzbierająca w Klarze zaczęła przekraczać poziom alarmowy. – Skoro policja dała za wygraną, to znaczy, że sprawa jest nie do rozwiązania – kontynuowała Madlen dziwnie spokojnie, zbyt spokojnie. W końcu chodziło o jej własną siostrę. – Po co te emocje, ciociu? – Klara nie wiedziała, kogo tak naprawdę wycisza. Sama cała się trzęsła z wściekłości. – Obiecałam wszystkim i sobie, i temu maleństwu też – pokazała na swój zaczynający dopiero wystawać brzuch – że dopóki nie urodzę… – Ani potem – przerwała jej ciotka. – Miałam na myśli, żebyś całkiem porzuciła to dziwne zajęcie. To wasze biuro, Heinza i twoje, ściąga klientów tylko przez wzgląd na nazwisko Krencke. W ogóle nie wiem, czy ktoś wie, że Schulz to kobieta. Niech ojciec daje ci czasem kilka marek na ubrania za tę świetnie brzmiącą nazwę. Ale ty się w to już nie mieszaj. Pamiętaj, kim jesteś. – Pamiętam, bardzo dobrze – odparła Klara, znów rozpamiętując swój sen, który od czasu, gdy zaszła w ciążę, pojawiał się częściej niż kiedykolwiek. Wypuściła tylko nadmiar zebranego w płucach powietrza. Zacisnęła powieki i przystanęła na chwilę tuż pod bramą kamienicy, do której szły. – Dobrze się czujesz? – Ciotka zmieniła ton w ciągu sekundy. Naprawdę dziwaczała. – Tak, chodźmy na górę – odparła Klara i obie weszły do bramy. 4 Zalesie. 5 Ul. Kościelna.

III Eleganckie wnętrze sali kominkowej Nord Hotelu[6] wypełniał szmer przyciszonych rozmów. W kominku paliło się kilka polan, a zapach drewna mieszał się z woniami z kuchni dochodzącymi tu wraz z potrawami przynoszonymi przez ubranych na biało kelnerów. Patefon grał walce wiedeńskie Straussa. Na dworze zbierało się na deszcz, więc mimo zapalonych kinkietów robiło się coraz ciemniej. W kącie pomieszczenia w dużym fotelu siedział szczupły, niewysoki mężczyzna. Trudno było powiedzieć, w jakim jest wieku. Szpakowaty zarost, cienie pod oczami i przydymione okulary w grubej oprawie dodawały mu lat. Styl ubioru i żwawość zdradzały jednak, że nie był to starszy pan. Siedział i czekał na kelnera. – Witamy w restauracji hotelu Du Nord – powiedział młody chłopak i natychmiast spłonął. – To znaczy Nord Hotelu… – poprawił się. Nie mógł przywyknąć do nowej nazwy. – Nie sil się, młody człowieku. Przynieś mi ciasto czekoladowe, niewielki kawałek – przerwał mu klient. Nie miał w rękach menu, mimo to wiedział, co się w nim znajduje i na co warto zwrócić uwagę. – Myślę też o kawie – dodał. – Polecam mokkę… – Tak, dziękuję… Nie cierpię mokki. Coś innego? – Może zwykłe latte? – Kelner zaczął się pocić. – Może…? Ale wzmocnione. – Alkoholem? – Nie, dodatkowym espresso… – Mężczyzna przymknął oczy, lekko zniecierpliwiony. – Pijam tylko wino, i to dobre. To z waszych piwnic akurat… znam – powiedział, nie chcąc już dodawać, że źle mu się kojarzy. Jako były współwłaściciel tego miejsca i tak nie powinien był tu przychodzić, choć od tamtej pory wiele się zmieniło. Ale chęć poczucia dreszczyku emocji wzięła górę nad rozsądkiem. – Czy to wszystko? – Nie do końca… Czekam tu na telefon. Nazywam się Clémont. – Rozłożył „Schlesische Zeitung” i zasłonił się nią tak, że nawet młody kelner już go nie widział. – Dobrze – powiedział tylko chłopak do gazety i odszedł w stronę kuchni. Poranek zapowiadał deszczowy dzień. A ten wczorajszy był taki ładny. Aż dziw brał, że to już listopad. W mieście jak zwykle dużo się działo. Pan Clémont interesował się głównie sferą kulturalną. Opera nie wystawiała jednak niczego szczególnie ciekawego, a w teatrach od lat grano oklepane sztuki. Doskonałe, niezaprzeczalnie, ale ile razy można oglądać jedno przedstawienie? Potem przerzucił kilka stron, by przejrzeć nekrologi. Szybko jednak zrezygnował. I tak nie zamierzał iść na niczyj pogrzeb… Pomiędzy licznymi reklamami doszukał się także informacji o nowo otwierających się restauracjach, interesujących inwestycjach budowlanych, wypadku z udziałem dorożki, w którym zginął przechodzień, wspomnienie o morderstwie popełnionym w hotelu Residenz trzy tygodnie wcześniej i o zuchwałej kradzieży w sklepie jubilerskim. Zamknął gazetę i pogrążył się w myślach. Niedzielny spacer po ukochanym Breslau przywoływał wspomnienia. Największa melancholia ogarniała pana Clémonta, gdy rozpamiętywał czasy, w których tu mieszkał. Wspomnienia o tym, co robił i czego nie dokończył… Wtedy co kilka minut przygniatała go świadomość, że musi uważać na każdym kroku, by nie zostać rozpoznanym. Lecz złość mieszała się z euforią. A tę drugą powodowały myśli o zemście, po którą tu przybył. Wkrótce kelner przyniósł latte i ciasto. Pan Clémont odkroił kawałek zdobionym srebrnym widelczykiem. Ten smak przypomniał mu, że są kuchnie, które serwują lepsze specjały niż suflety i ślimaki po burgundzku. Chwilę później przy stoliku obok usiadła przysadzista para. Ona wciąż układała mu rzadkie włosy i wpatrywała się w niego jak w święty obraz. Pan Clémont pomyślał, że gdy mężczyzna wyrazi ochotę na coś soczystego, kobieta będzie mu wycierać usta po każdym kęsie. Choć nie usłyszał, co zamawiają, nie był zdziwiony, gdy po piętnastu minutach na stół wtoczono nocnik musztardy, kiełbasę i golonkę. Obok postawiono michę z „niezwykle aromatyczną” kapustą ze skwarami. Już sam

widok odstręczał, ale gdy mężczyzna odkroił pokaźny kawał mięsa i włożył go sobie do ust, a tłuszcz natychmiast popłynął mu po brodzie, pan Clémont odwrócił głowę i ledwie powstrzymał odruch wymiotny. Nie chciał nawet sprawdzać, czy żona jegomościa wyciera mu twarz, tak jak to sobie wyobraził. – Panie Clémont, właśnie… jest do pana telefon – wyjąkał młody kelner, bojąc się reakcji tego dziwnego Francuza ze zdecydowanie berlińskim akcentem. Ku jego zdziwieniu klient uśmiechnął się i oparł widelczyk o brzeg talerza, tak by nie zabrano mu niedokończonego ciasta. Liczył na to, że kiedy wróci, para obok będzie już po obiedzie… a właściwie, zważywszy porę, śniadaniu… Podszedł do telefonu obok recepcji. Podniósł słuchawkę i nachylił się do mikrofonu. – Clémont. – Można zaczynać. – Rozumiem. Cieszę się – odpowiedział. – Tylko proszę pamiętać. Chcę przy tym być. – Dam znać, kiedy przyjdzie pora na spełnianie marzeń. – Doskonale. Uprzejmie pozdrawiam. – Wzajemnie – odpowiedział i usłyszał trzask w słuchawce. – Rozmowę przerwano – poinformowała telefonistka. – Halo? Ale pana Clémonta nie było już przy telefonie. Wrócił do restauracji w o niebo lepszym nastroju niż przed pięcioma minutami. Po śniadaniu postanowił wynająć pokój w Nord Hotelu. Taschenstraße, ob. ul. ks. P. Skargi * * * Chociaż Klara wiedziała, co stało się z autorem pamiętnika, który od ponad dwóch miesięcy leżał w szufladzie biurka Bernarda, wciąż bała się wsiąść do pociągu. Droga powrotna z wakacji w Danzig trzy miesiące wcześniej była najgorszą z możliwych w całym jej życiu. Strach przed jazdą koleją nie mijał, mimo że człowiek, który wtedy tak ją urządził, był od pewnego czasu nieszkodliwy. Na razie Klara podróżowała wynajętym automobilem. Choć już niedługo miała mieć własny. Bernard myślał o odległości, jaką codziennie będzie musiał przebyć z nowego domu do szpitala przy Robert-Koch-Straße[7], i wcale mu ona nie odpowiadała, a przynajmniej nie pieszo. Automobil jechał ze Schweidnitz niemal trzy godziny. Klara była wykończona. Na dole, przy wejściu do bramy na Hansa Straße[8], czekała na nią gosposia. – Dzień dobry. Ale się pani zgrzała w tej maszynie – powiedziała, nie wiedząc, jak lepiej wyrazić radość z przyjazdu pani do domu. – Duszno, bardzo duszno… – Klara przetarła zmęczoną i spoconą twarz. Kierowca wysiadł i na spółkę z Gertą chwycił kufer. Poczerwieniał. – O matko, co ona tam ma? – zapytał Gertrude po cichu. – Pan się nie interesuje, tylko niesie. Pierwsze piętro – zganiła go Gerta.

Weszli do domu. Klara, która niemal wbiegła po schodach na górę, teraz okupowała łazienkę. Trzy godziny w dusznym automobilu, z kierowcą płci męskiej, który miał… nieduży zasób słów, niemal ją zabiły! A przynajmniej tak się właśnie czuła. No i jak tu powiedzieć obcemu mężczyźnie (jeszcze z tak niewielkim zasobem słów), że ma się natychmiast zatrzymać, dosłownie gdziekolwiek, bo w ciąży częstotliwość wizyt w toalecie zwiększa się trzykrotnie? Wolała poddać swój pęcherz wielkiej próbie. Udało się, na szczęście. Umyła ręce, twarz. Nie zważając na to, że kierowca wciąż stoi i czeka na pieniądze, odpięła kołnierzyk sukni i kilka guzików, tworząc głęboki dekolt. U ciotki noszenie dekoltów nie wchodziło w grę. Musiał być kołnierzyk… – Już, już – powiedziała do niego, wychodząc z łazienki. W drodze do gabinetu rozpuściła włosy. Gdy wróciła z zapłatą, kierowca gapił się na nią tępo i głupkowato uśmiechał. – Bierze czy nie? – Gerta zaplotła ręce na biuście. Mężczyzna oprzytomniał i przyjął zapłatę. Wychodząc, jeszcze raz obejrzał się na Klarę. Wtedy znów Gerta stanęła w centralnym punkcie jego osobistego kadru i ze złością zatrzasnęła drzwi. – Jak się miewa pani Madlen? – zapytała. – Czy ja wiem… – Klara po raz kolejny przetarła czoło. – Chyba przez ostatnie osiem miesięcy zdziwaczała jeszcze bardziej. Powinnam do niej częściej dzwonić, bo pewnie czuje się samotna. – No, w końcu to już starsza osoba – westchnęła gosposia. Klara zmierzyła ją wzrokiem. – Gerto, ona ma pięćdziesiąt lat! Nie jest znów taka stara. Historia zna przypadki starszych kobiet, które nie zdziwaczały… – Przeczesała wilgotne od potu włosy i poszła do sypialni, by włożyć na siebie coś wygodniejszego. – Ale wiesz co? – zawołała do Gerty, która ruszyła w stronę swego kuchennego królestwa. – Mam takie dziwne wrażenie… – Tak? – Gerta lubiła „dziwne wrażenia”, plotki i tym podobne. – Wydaje mi się… cholerna sukienka. Chodź tu i pomóż mi! Gerta podreptała do sypialni Klary, kręcąc głową i jak zawsze komentując cicho jej słownictwo. – Pani się tak nie opina! – krzyknęła do niej od progu, widząc, że Klara próbuje zapiąć guziki w wyraźnie zbyt ciasnej sukience. – Dzidziuś musi mieć miejsce. – Nie za szybko ten dzidziuś zaczął się rządzić? – powiedziała, rezygnując ostatecznie z sukienki. – Trzeba pójść po pani sukienki ciążowe na strych. – Gerta znów westchnęła. Droga na strych była dla niej tym, czym dla innych podejście na Zobtengebirge[9]. Klara otworzyła szafę. – Trzeba iść do Braci Baraschów[10] po nowe. Nie będę nosić ubrań sprzed siedmiu lat. – Wyjęła z niej jedną z sukienek, które rozluźniały się już pod biustem. Spojrzała na Gertę. – Na co czekasz? Ruszamy! Klara nie mogła się opanować. Dawno nie wpadła w taki amok na zakupach. Nabyła pięć nowych sukni, i to tych z najwyższej jakości materiałów, od znanych krawców. Dorzuciła dwa kapelusze i płaszcz (bo zeszłoroczny już się nie dopinał). W sklepie, w którym zostawiła najwięcej pieniędzy, dodano jej w ramach „prezentu dla przyszłej ślicznej mamy” rękawiczki i etui na pióro. Zamówiła dostawę do domu na osiemnastą. I choć spodziewała się, że zastanie tam Bernarda, wiedziała, że mąż jakoś przełknie rachunek na nieludzko dużą kwotę. W końcu miał zostać ojcem po raz drugi, tak jak chciał. A żona, która mu to dziecko urodzi, musi się przecież w coś ubrać. W dorożce było znacznie przyjemniej niż w automobilu. Klara wciąż wahała się co do zakupu własnego pojazdu. Wspaniale byłoby go mieć. Może nawet udałoby się jej nauczyć nim jeździć! Niezależność i swoboda działania – oto kwintesencja życia. Szczególnie podobały jej się różnorodność modeli i kolorystyka aut, głęboka i soczysta. Przy samej Hansa Straße stały zaparkowane dwa pojazdy, które przyciągały wzrok niemal każdego przechodnia. Ale jeśli one wszystkie były tak duszne i powolne jak ten, którym jeszcze dziś rano jechała, to lepiej korzystać z pociągu. Kiedy w końcu się do niego na powrót przekona. Woźnica zatrzymał się pod zdobną kamienicą z wymyślnymi balkonami. Kiedy Klara regulowała należność (dużo wydatków jak na jeden dzień), Gerta wybiegła z dorożki, by pomóc wysiąść pani. – Bardzo proszę, nie traktuj mnie jak kalekę. To tylko ciąża – powiedziała, gdy zobaczyła gosposię wyciągającą do niej dłoń. Gerta nie odpowiedziała, tylko niewzruszona stała z ręką wyciągniętą w stronę Klary. Ta w końcu skorzystała z pomocy, nie chcąc robić większej sensacji na ulicy, niż to wszystko warte. Od razu poczuła się obserwowana. Może to ktoś w oknie? Może na rogu ulicy, pod sklepem? Może sprzątacze z Technische Hochschule[11]? Rozejrzała się. I właśnie w tym momencie pan Clémont zatopił się w skórzany fotel swojego delage’a w kolorze ciemnego fioletu i zacisnął ręce na kierownicy. Zrobił to powoli niczym wąż, by nie zostać dostrzeżonym. Widział ją tyko kątem oka.

Wiedział też, że jest w ciąży. Nie miał tylko pojęcia, kiedy i jak ją zabije. Wieczorna kolacja mijała w ciszy. Klara nie miała apetytu. W sypialni leżały paczki z nowymi sukniami. Nie mogła się doczekać jutra, by ubrać się w którąś z nich. Zapewne te same suknie, a właściwie ich cena, odebrały apetyt Bernardowi. Jedyną osobą, która zdawała się niczym nie przejmować, był oczywiście Fritz. Ale jako grzeczne dziecko, niepytany, milczał tak jak jego rodzice. Choć od momentu, gdy poszedł do szkoły, miał wiele do opowiedzenia. Bernard postanowił przerwać dręczącą ciszę. – Co u ciotki Madlen? – Ubolewała nad tym, że was ze mną nie było. Klara przechyliła szklankę z mlekiem. Od trzech miesięcy Gerta codziennie przygotowywała jej gorące mleko na kolację. Klara skrzywiła się. – Może i mógłbym pojechać do Schweidnitz, ale znasz moje zdanie – odparł Bernard. – Znam i nie rozumiem, skąd ta niechęć. Mój ojciec mówi to samo. – Przetarła usta serwetką. – „Nie lubię tej baby, Klaro”, powtarza za każdym razem, gdy proszę go, by ją odwiedził. Zadzwoni do niej kurtuazyjnie raz na rok. A ciotka wariuje z samotności. – Nie chcę być nieuprzejmy – Bernard uśmiechnął się z satysfakcją – ale jest w niej coś, co sprawiło, że została sama. I tylko ty znosisz jej fanaberie i wieczne pouczanie. Ja się na to nie piszę. Jestem poważnym człowiekiem, a nie dzieciuchem. – Mówimy o cioci Madlen? – zapytał znienacka Fritz. Jak zawsze udawał, że wcale go tu nie ma i tylko się domyśla, o czym rozmawiają dorośli. – Zjadłeś? – zapytała Klara, marszcząc charakterystycznie czoło. – Owszem. – To idź do swojego pokoju – rozkazała i spojrzała na Bernarda tak, jakby to on zacytował jej ojca, Heinricha, a nie ona sama. Fritz wstał od stołu z półuśmieszkiem i posłusznie się oddalił. – Jacykolwiek by ludzie byli, trzeba im czasem wybaczać… fanaberie – powiedziała nieco ciszej. – Od kiedy jesteś taka skora do wybaczania? – Bernard wycelował w czuły punkt, co rzadko zdarzało mu się robić. Zazwyczaj nie wypominał jej uporu w dążeniu do zemsty na mordercach jej matki. – I nie wyrażaj się przy dziecku. – Jak możesz?! Są sprawy, których nie da się wybaczyć, a nawet nie powinno! Jesteś… złośliwy! – Szukała innego słowa, ale w końcu wybrała to, spośród takich jak: chamski, bezczelny, wstrętny i gruboskórny. – Mam wybitnego nauczyciela… – ironizował. – Nie, to już przesada! Klara rzuciła zmiętą serwetę, trafiając nią w środek talerza z niedokończoną sałatką. Tupiąc, wyszła z salonu. Bernard słyszał, jak wpada do sypialni, trzaska drzwiami szafy, przewraca coś i stuka. Wstał i poszedł sprawdzić, co tam wyprawia. Spotkał się z nią w drzwiach. Widok był dość zabawny. Tak naprawdę zobaczył tylko dół żony, bo góra zasłonięta była ciężką zimową kołdrą, dużą poduszką i jaśkiem. – Co robisz? – zapytał, ledwie powstrzymując śmiech. – Dziś śpię u Fritza – odparła zza pierzyny, która stłumiła jej głos. – Odsuń się. – Dobrze. – Cofnął się posłusznie i zaczął się śmiać. Cieszył się, że go nie widzi. 6 Później hotel Grand, naprzeciwko Dworca Głównego we Wrocławiu. 7 Ul. T. Chałubińskiego. 8 Ul. C. K. Norwida. 9 Ślęża. 10 Obecnie Dom Handlowy Feniks. 11 Politechnika Wrocławska.

IV Ciemny korytarz Prezydium Policji przy Schuhbrücke[12] nie wyglądał zachęcająco. Gabriel Hübschner szedł niepewnie, czytając uważnie każdy numer i opis pokoju. W Berlinie było przecież całkiem podobnie. Ale lepsze stare swojskie korytarze, nawet jeśli ciemne i zimne, niż obce, które trzeba poznać od podstaw. Mimo półmroku z daleka zobaczył dwie zbliżające się postaci. – Pan do kogo? – krzyknął jeden z mężczyzn. Nadal szli w jego kierunku. On także nie przystanął. – Do pana Roberta Fengla – odpowiedział pewnie. Tak właśnie oswajał nową rzeczywistość. Pewnością siebie. – Do pierwszego nadkomisarza kryminalnego Roberta Fengla – poprawił go drugi, oceniając po głosie, że ma do czynienia z młodym człowiekiem. Dotarli do połowy korytarza i stanęli naprzeciw siebie. – A z kim mam, że tak powiem, przyjemność? – zapytał Gabriela, który zatrzymał się, opierając cały ciężar ciała na prawej nodze, i wpakował ostentacyjnie ręce do kieszeni. Był niemal o głowę niższy od mężczyzny, z którym rozmawiał. Mimo to wyzywająco wbił w niego wzrok. – Z radcą kryminalnym Gabrielem Hübschnerem – odpowiedział spokojnym tonem, patrząc prosto w oczy temu z nich, który go poprawił. Obaj policjanci zbledli. – I nikt pana nie poinstruował? – zapytał retorycznie ten pierwszy. – Oj, głowy polecą… – Tak, tak – powiedział drugi i przełknął ślinę. Od razu pomyślał o swojej głowie. – Prosimy z nami, panie radco kryminalny. Odwrócili się i wyprostowani prężnym krokiem ruszyli, by wskazać mu drogę. Gabriel uśmiechnął się tryumfalnie i poszedł za nimi z głową przechyloną na bok, rękami w kieszeniach, lekko szurając butami. Chwilę później dotarli do gabinetu głównodowodzącego policji Breslau. Być może Fengel już wiedział, że ma gościa, bo gdy tylko sekretarka wstała, odsuwając głośno krzesło, Robert wyszedł ze swojego gabinetu z uśmiechem szerokim jak księżycowy sierp. – Witam w moich skromnych progach. – Podał przybyłemu rękę. Spojrzał groźnie na policjantów i ochoczo zademonstrował swoją władzę. – Wy dwaj. Raporty proszę z interwencji w Monopolu. Na już. – Tak jest. – Obaj niedbale zasalutowali i wyszli, nie oglądając się za siebie. Woleli, by Gabriel zapomniał o ich spotkaniu. – Skromne, nie skromne, ale trzeba się nachodzić, by do pana trafić. Gabriel znów wsunął rękę do kieszeni. Fengel od razu to zauważył, ale szybko odwrócił wzrok. Takiemu gościowi nie należało zwracać uwagi. – Najważniejsze, że już pan jest. – Fengel nie wiedział, jak ma rozmawiać z tym dziwnym, może nawet dwa razy młodszym od niego człowiekiem, który z niezrozumiałego powodu miał wyższy stopień niż on, po tylu latach służby. – Przejdźmy do rzeczy. Powiem panu, co ustaliliśmy w naszej sprawie. – Wolałbym wiedzieć, czego nie ustaliliście. Nawet „Schlesische Zeitung” pisało wczoraj o waszym morderstwie, a właściwie o tym, że nadal jest ono niewyjaśnione. Ile więcej może mi pan powiedzieć dziś? – Gabriel pociągnął nosem i przeczesał włosy palcami. – Myślę, że sporo. Nie wszystko wycieka do prasy, panie Hübschner. – Robert chrząknął nerwowo. – Czytałem akta. Są nieco… tendencyjne. I może dostałem niekompletne? Bo było w nich mniej więcej tyle co w prasie. – Chyba jednak nieco więcej niż w prasie! I nie są tendencyjne. Po prostu wszystkie poszlaki wskazują na… – Panie nadkomisarzu… Gabriel chciał poklepać Fengla po ramieniu, ale choć powstrzymał się w ostatniej chwili, to naczelnik policji i tak odgadł jego gest. To było wprost nie do pomyślenia, jak dziś zachowuje się młody człowiek z Berlina. Starszy policjant nie lubił, gdy go dotykał ktoś obcy. A klepania po ramieniu wprost nienawidził. I ta spoufalająca, bezczelna

formuła komunikacji… Niekulturalna, wprost fatalna. Poczerwieniał, a na jego szyi wyraźnie zarysowały się żyły. Gabriel, niewzruszony, mówił dalej: – Najlepiej będzie, jeśli wraz z aktami sprawy pojedziemy na miejsce zbrodni. – Tak… ma pan rację – odparł Robert i od razu pomyślał, że rześkie powietrze dobrze mu zrobi. Pięć minut w towarzystwie gwiazdy kryminalistyki z Berlina skutecznie zepsuło mu dzień. A ostrzegano go, że Gabriel jest jak arszenik w małych dawkach. Może nie zabija od razu, ale boleśnie odbija się na zdrowiu. Wychodząc, minęli się w drzwiach z pracownicą archiwum. – Mam dokumenty, o które pan prosił – powiedziała do Fengla. – Nie mam czasu. Proszę je przekazać mojej sekretarce – rzucił, nie zatrzymując się. – Co mu się stało? – spytała zdziwiona kobieta. Położyła dokumenty na biurku sekretarki Roberta i przysiadła na jego brzegu. – To ten berlińczyk, którego nam przysłano, żeby pomógł przy sprawie. – Ten Hübschner? – Tak… faktycznie śliczniutki. – Sekretarka uśmiechnęła się, rozmarzona. Dziedziniec wewnętrzny Prezydium Policji przy Schuhbrücke, ob. ul. Szewska W domu państwa Schulzów rozległ się dzwonek telefonu. Klara podskoczyła. Mieli aparat od półtora miesiąca, ale wciąż jeszcze nie była przyzwyczajona do jego odgłosów. Gertrude natomiast lubiła odbierać połączenia. Zrobiła tak i tym razem. – Już proszę. – Klara usłyszała jej głos z przedpokoju. – To było do przewidzenia – burknęła. Zgramoliła się z łóżka, do którego wróciła wczesnym rankiem, upewniwszy się, że Bernard już wyszedł, i w którym spędzała ostatnio dużo więcej czasu niż zazwyczaj. Zanim Gerta zdążyła zapukać do sypialni, Klara była już przy telefonie. Odebrała słuchawkę gosposi. – Halo? – zapytała schrypniętym głosem. – Klara? No, witaj, kochanie… Dlaczego nie dałaś znać…? – Przepraszam ciociu. Pokręciła głową. Faktycznie zapomniała poinformować Madlen, że dotarła bezpiecznie do Breslau. A ponieważ to obiecała, teraz szykowała się na długą moralizującą rozmowę. – Nie zapominaj o mnie – poprosiła tylko Madlen. Klara zupełnie się tego nie spodziewała. Madlen była… smutna? Może bardziej zatroskana. – Nie zapominam! Przepraszam, to przez mój… stan. Nie mogę się na niczym skupić. – Zadzwonię do ciebie za tydzień lub dwa. Wybieram się do Breslau. – To wspaniale! Odwiedzimy razem ojca. – Klara postarała się o ton na wyrost entuzjastyczny. – Dbaj o siebie – powiedziała Madlen i przerwała połączenie.

Klara odwiesiła słuchawkę. Zastanowiła się przez chwilę nad słowami ciotki. Może coś jej dolegało? Chorowała i nie chciała mówić o tym wprost? Poszła z powrotem do sypialni. Ułożyła się wygodnie (jeśli to w ogóle możliwe w ciąży) i nakryła kołdrą po uszy. Kilka minut później uznała jednak, że nie da rady spędzić w łóżku ani minuty dłużej. Telefon od ciotki ją rozbił. Nowe sukienki leżały nierozpakowane w pudełkach. Pewnie już dawno by je włożyła, gdyby nie to, że były… ciążowe. Nie lubiła luźnych, niedopasowanych do figury ubrań, nie podobałyby jej się, nawet gdyby nosiła ja sama cesarzowa. Spojrzała bezradnie na pudła. Potem na swój brzuch. Wypuściła powietrze przez na wpół przymknięte usta. Usiadła w fotelu w salonie. Przysięgała Bernardowi, że nie zrobi niczego, co mogłoby narazić zdrowie jej lub dziecka. Czytała książki, trochę szkicowała. Ale nic nie sprawiało jej przyjemności. Najchętniej poszłaby do biura i usiadła z ojcem nad aktami jakiejś pasjonującej sprawy. Albo nieco mniej pasjonującej. Jakiejkolwiek… Dzień był szary i mglisty. Po ulicach Breslau wił się mleczny wąż. Oplatał gotyckie wieże kościołów, pylony mostów i schodził nad rzekę, by tam sennie osiąść, utrudniając pracę kapitanom barek. W jego wnętrzu kolory jesieni blakły, stając się niedosłowne, mało wyraziste. Tętniący życiem w okresie letnim ogród botaniczny opustoszał niemal doszczętnie. Na drewnianych ławeczkach przesiadywali teraz poeci szukający nostalgii – inspiracji do swoich utworów. Wśród wysokich drzew po Scheitniger Park[13] snuli się kompozytorzy słuchający zapadającej ciszy zwiastującej zimę. Malarze wkładali rękawiczki bez palców, by nie tracąc kontroli nad dłońmi, móc przesiadywać godzinami na Dominsel[14] i malować miejskie pejzaże o zmierzchu. Klara wróciła myślami do lata. Może nieszczególnego z uwagi na wydarzenia, które miały miejsce w lipcu. Odegnała fatalne wspomnienia, skupiając się na przyjemnych. Na upałach w nadmorskiej metropolii, podróży, wolności. Myślała też o Breslau, o parceli w Leerbeutel, na której będzie niedługo stał ich nowy wymarzony dom. Przymknęła oczy. Jesień zawsze ścinała ją z nóg, osłabiała. W tym roku było najgorzej, choć pewnie mówiła tak każdego roku. W końcu przysnęła. Po niecałych pięciu minutach ocknęła się nerwowo. Kilka razy przetarła twarz otwartymi dłońmi. Przysięgała, owszem… ale nie pakować się w kłopoty. Pomagać je rozwiązywać to co innego. Dotarła do gabinetu. Oparła się o biurko i zamarła na minutę. W jej głowie myśli toczyły wojnę. W końcu wzięła głęboki wdech i otworzyła pierwszą z szuflad. Pod stosem nieudanych lub niedopracowanych szkiców, które uniosła wierzchem dłoni, wyczuła chłodną skórzaną okładkę. Przeszedł ją dreszcz. W ciągu ostatnich trzech miesięcy robiła wszystko, by zapomnieć o zawartości tej szuflady. Ale nie potrafiła. W końcu ją dopadło. Przyszło po nią jak potworny wyrzut sumienia niedający normalnie żyć. Prawie z obrzydzeniem wyjęła gruby notatnik z biurka i położyła go na blacie. Ujęła okładkę w dwa palce i odchyliła. Ale gdy tylko zobaczyła pożółkłą stronicę zapisaną wąskim pismem, poczuła się tak, jakby otwierała puszkę Pandory. Autor zamieścił w pierwszych akapitach coś na kształt legendy. Mężczyźni – miejsca spisane grubą linią. Kobiety – miejsca spisane cienką linią. Nazwiska lub przezwiska osób współpracujących – grubą linią. Ciekawe nazwiska lub przezwiska, które mogą się przydać – cienką linią. Nazwiska osób, które mogą posłużyć do badań – ołówkiem. Zamknęła pamiętnik. Przełknęła ślinę. Wiedziała, że legenda dotyczy miejsc, w których dokonano porwań lub pochówków, a nazwiska należały głównie do ofiar albo przestępców. – Trzeba było to oddać Robertowi Fenglowi, a nie przynosić tutaj… – powiedziała do siebie. Wyszła z gabinetu. Chwilę później wróciła ze swoją torebką przypominającą raczej teczkę, może nawet pasującą bardziej do jej męża niż do niej. Palcem zepchnęła do niej notatnik i szybko ją zamknęła. Stanęła w drzwiach kuchni, gdzie Gerta od kilku dni krzątała się bez celu. Przetwory były już od dawna zrobione, soki powyciskane, grzyby ususzone, a do pieczenia pierwszych świątecznych pierników zostały co najmniej dwa tygodnie. Na miesiąc przed Bożym Narodzeniem (które rodzina Schulzów obchodziła raczej na świecki sposób) gosposia dostawała szału. Szykowała zapasy, którymi można by wykarmić batalion. Co roku, gdy patrzyła na swoje dzieło sporządzone w przedświątecznym amoku, pytała: „I kto to wszystko zje?”. Dlatego w drugi dzień świąt nosiła gary pełne jedzenia do przytułków lub stołówek dla biedoty. Teraz jednak łaziła tam i z powrotem, doglądając prania, wygładzając ręką wyprasowane obrusy, trzykrotnie upewniając się, że nie ma naczyń do mycia. Brakowało jej Fritza, który często towarzyszył jej w kuchni. Chętnie też zabierała go na spacery, nawet w jesienną pluchę. Teraz czekała tylko, kiedy będzie mogła w końcu odebrać go ze szkoły, zapewniając sobie zajęcie na resztę dnia. – Gertrude, wychodzę… szkicować – skłamała Klara. – Zimno, proszę pani, zimno! Zaziębi się pani i nieszczęście gotowe – powiedziała, po raz dziesiąty zapewne przecierając kuchenny blat wilgotną szmatką. W końcu spojrzała na Klarę. – Ale jak pani ma takie życzenie… –

wyczytała z jej wzroku, że lepiej będzie się z nią zgodzić – to pójdę z panią. – Potrzebuję samotności. – Dobrze, tylko niech pani może coś na siebie zarzuci. – Mam przecież nowy płaszcz. Klara ucieszyła się, że Gerta porzuciła zamiar towarzyszenia jej w… „szkicowaniu”. – I sukienki… bo w koszuli pani chyba iść nie chce? – Gosposia wskazała na jej strój. Klara odłożyła torbę i roześmiała się cicho. – Nie chcę… Chodź, pomożesz mi się ubrać. Przed wejściem do hotelu Residenz zatrzymał się szafirowy opel darracq. Czerwień na twarzy Roberta Fengla była tylko wspomnieniem. Teraz, mimo że nadal był zły, a właściwie rozwścieczony do granic możliwości, wytoczył się z pojazdu blady jak ściana. Gabriel zamknął drzwi automobilu i podszedł do nowo poznanego partnera. – W porządku? – Tym razem naprawdę lekko poklepał go po ramieniu. Nie krył też rozbawienia. Domyślał się, że staroświecki policjant, jakim był Robert, zapewne nadal jeździ dorożką i tylko czasem wsiada do zaparkowanego przed wejściem do prezydium doktorwagena, którym strach było rozwinąć większą prędkość. Ale darracq to co innego. Czterdzieści kilometrów na godzinę, a na prostej drodze nawet pięćdziesiąt! – Tak – odparł nerwowo Fengel, starając się nie zwrócić śniadania. Gabriel jeździł, jakby mu życie nie było miłe. – Mało tu u was automobili – zauważył Hübschner. – W Berlinie pewnie trudno o miejsce postojowe? – ironizował Fengel. Gabriel jedynie kwaśno się uśmiechnął. – Wejdziemy? – zapytał. – Za minutę… Hotel Residenz. Piękny, nowoczesny i po prostu ogromny. Nawet Gabriel, przyzwyczajony do architektury stolicy, raczył przestać się mądrzyć, gdy tylko wszedł do środka. Choć już sama fasada neorenesansowego budynku uchylała rąbka tajemnicy, po wejściu dosłownie odbierało mowę. Słynna Residenz Café, widoczna przez szklane drzwi, urzekała przepychem w dobrym guście. To, co można było tu zobaczyć, jak się poczuć i czego zakosztować, rozbudzało wyobraźnię nawet zmanierowanego berlińczyka postrzegającego delegację do Breslau jak zesłanie do dzikiego miasta na zadupiu Niemiec. – To mówi pan, że denat był… „złotą rączką”? – Hübschner zajrzał w akta, które kazał zabrać, by upewnić się, że niczego nie przekręcił. – Owszem – odparł Fengel. Zaczynał odżywać po przejażdżce. – To… co on tu robił w środku nocy? – Gabriel raz jeszcze rozejrzał się po okazałym holu recepcji. – Pracował – odpowiedział z satysfakcją Robert. – To jedna z tych informacji, które nigdy nie przedostaną się do prasy. Gabriel uniósł jedną brew. Ta informacja akurat niczego nie wnosiła do sprawy. Prawdopodobnie… Robert kiwnął na Gabriela i razem udali się na drugie piętro. Szli dość długo po korytarzach ogromnego budynku hotelu. W końcu dotarli do pokoju, przy którym siedział policjant w cywilu. – Panie nadkomisarzu… – Wstał, by przywitać przełożonego. – To jest pan radca kryminalny Hübschner – powiedział Fengel. – Słyszałem o panu. – Policjant uścisnął wyciągniętą dłoń. – Bardzo mi miło. – Jemu już chyba nie jest tak miło – odparł Gabriel, wskazując na wątłego człowieczka biegnącego do nich z końca korytarza. – Panie komisarzu! – krzyczał już z daleka. Mimo to tłumił głos. Tak jakby nie chciał, by Fengel zamknął mu drzwi przed nosem, jednocześnie pragnąc zataić fakt, że policja w ogóle jest w hotelu. – O nie, to zarządca… – jęknął policjant. Mężczyzna dotarł do nich spocony i zziajany. – Panie komisarzu… – Pan Bobsien… Fengel nie był szczęśliwy ze spotkania. Na dźwięk nazwiska zarządcy Gabriel parsknął śmiechem. – A pan to kto? Bobsien miał na sobie okulary ze szkłami grubymi jak denka kufli od piwa. Docisnął je środkowym palcem, by lepiej trzymały się na nosie. Może źle widział, za to słuch z pewnością miał doskonały. – Ja… – Gabriel wciąż się podśmiechiwał. – Ja jestem… – Chwilę zastanowił się nad brzmieniem własnego nazwiska (którego właśnie z tego powodu nie znosił). Uznał, że Bobsien chętnie zareaguje śmiechem, gdy je usłyszy. Nachylił się więc w jego stronę i dokończył: – Ja tu jestem, ale jakby mnie nie było.

– To radca kryminalny z Berlina. Pomoże nam rozwiązać problem – odparł Fengel. – Panie radco, to jest pan Bobsien, główny zarządca, prawa ręka właścicieli tego pięknego hotelu. – Straszy mi pan klientów, nadkomisarzu. – Bobsien znów ściszył głos. – Nikt nas nie widział, zapewniam pana – odpowiedział Fengel. – Poza tym, jeśli chce pan mieć czyste podwórko, musi pan zacisnąć zęby. – Ile można sprzątać? – Bobsien faktycznie zacisnął szczęki. Z wściekłości. – Cierpliwości. Jesteśmy już blisko. – Tak blisko, że aż ściągacie policję z Berlina, a o waszej opieszałości i moim hotelu pisze „Schlesische Zeitung”? – Bobsien aż się opluł. Hübschner przestąpił z nogi na nogę. Znudził się tą rozmową. Nazwisko Bobsien już go nie bawiło. – Panie zarządco, tu się nie wyciąga królików z kapelusza, tylko pracuje. To jest policja, a nie cyrk objazdowy. Pozwoli pan? – zapytał. Nie czekając na odpowiedź, wszedł do wymienionego w aktach pomieszczenia, zostawiając zarządcę w osłupieniu. Zanim ten zdążył się ocknąć, Fengel poszedł za Gabrielem, zamykając za sobą drzwi. Wewnątrz dało się wyczuć smród, który znał każdy policjant kryminalny. – Leżał tu dwa dni – powiedział Fengel, widząc, że Gabriel przykłada dłoń do twarzy. – Wiem, przeczytałem. Dziwne, nikt tu nie zajrzał? – mówił przez zatkany nos. – Zarządca, którego właśnie pan poznał, założył, że denat po prostu zapił… – No tak, po co zakładać, że ludziom dzieje się krzywda? – Gabriel zbliżył się do okna i otworzył je na oścież. Na gzymsie zauważył opustoszałe gniazdo. – Latem pomieszkiwał tu Falco tinnunculus z młodymi – powiedział, próbując zapomnieć o smrodzie. Wiedział, że to kwestia kilku minut, zanim przyzwyczai się do odoru. – Falko co? – Robert kompletnie go nie zrozumiał. – Pustułka… Taki ptak. Czasem jeżdżę na jeziora pod Berlinem poobserwować ptaki. Wie pan… wyciszyć nerwy. – Otworzył teczkę z dokumentacją sprawy, nie czekając na rozwój ornitologicznego wątku. – A więc tutaj leżał? – wskazał na miejsce obok łóżka. Na dywanie wciąż widniały spore plamy krwi. – Tak jak widać. – Fengel splótł dłonie, opierając je na brzuchu. – Szkoda że nie mamy zwłok… – Sądzę, że po odorze i zdjęciach wie pan, w jakim znajdowały się stanie… To były szybkie oględziny. Gabriel spojrzał na fotografie. Ciało mężczyzny ułożone było w pozycji embrionalnej, przodem do łóżka. Stanął tak, by kadr pokrywał się z tym, co widział. – Rany na głowie… – przerzucił kilka stron i wyciągnął raport patologa – zadane ostrym narzędziem. Ciężkim… to znaczy? – Spojrzał na Roberta. – Rana była głęboka, ale czaszka nie została roztrzaskana. Narzędzie utkwiło w mózgu i dodatkowo uszkodziło tkanki, gdy morderca usuwał je z głowy. – Panie nadkomisarzu, ja rozumiem, co stoi w raporcie. – Gabriel po raz kolejny uśmiechnął się w sposób, który od godziny doprowadzał Roberta do szału. Jakby z pogardą, sarkazmem. – Chcę wiedzieć, co to za narzędzie, bo tego tu – Gabriel uderzył wierzchem dłoni w teczkę – nie ma. – I nie będzie, ponieważ go nie znaleźliśmy – wycedził Fengel przez zaciśnięte zęby. – I patolog niczego nie wymyślił? – Hübschner pokiwał głową z politowaniem. – Owszem, miał pewną teorię. – Zamieniam się w słuch. Radca kryminalny usiadł na dywanie tuż obok plam krwi. Mimo że odór stał się silniejszy, nie zatykał już nosa. Walczył z własnymi odruchami. – Lekarz sądowy stwierdził, że to mogło być jakieś narzędzie stolarskie, które morderca zabrał ze sobą. Jednak z jego przybornika nic nie zginęło, a wśród znanych nam przyrządów nie znaleźliśmy takiego, który mógł zrobić podobną ranę. Tę śmiertelną… – Fengel podkreślił ostatnie słowa. – A gdzie są jego narzędzia? – Część w magazynie – tych nie wolno mu było zabierać. Drugi, mniejszy zestaw w jego domu. – Chciałbym je potem obejrzeć. No właśnie… Co do pozostałych ran… – Hübschner znów sięgnął po zawartość teczki. – Wykrojone długie pasy mięśni, nacięcia tworzące kąt ostry. Hm! Wyciągnął fotografie wykonane przed sekcją, zapewne na podwórzu prosektorium, dla lepszego światła. Zmrużył oczy. Napuchnięte zwłoki musiały być trudnym obiektem oględzin. Mimo to wyraźnie widać było obrażenia zadane według patologa tuż po śmierci ofiary. – Cztery na plecach oraz po dwie na każdym udzie, po dwie na każdym pośladku. Poza tym brak kilku zębów,

pieniędzy, dokumentów. Nie wiadomo także, gdzie podziały się wycięte fragmenty ciała. – I narzędzie zbrodni – dodał Fengel, nie patrząc na rozmówcę. – Panie nadkomisarzu, proszę mnie poprawić, jeśli nie mam racji. – Gabriel zmusił go do skierowania wzroku w jego stronę. – Denat upadł tutaj – pokazał ogromną plamę krwi przy nocnym stoliku obok łóżka. – Wykrwawiał się dłuższą chwilę. Leżał spokojnie, nie bronił się. Od razu stracił przytomność. Głowa musiała być skręcona. Skoro narzędzie było, jak pan mówi, ciężkie, oprawca jeszcze go nie usunął. Tkwiło w głowie. Materiał – dotknął dywanu w miejscu, w którym był czysty – wchłonął krew. Mężczyzna umarł stosunkowo szybko. Mówił jakby trochę do siebie. Fengel kiwał głową. O tym wszystkim wiedział. Chociaż trzeba było przyznać, że smarkacz był spostrzegawczy. – Teraz tak. – Gabriel wstał i wcielił się w rolę oprawcy. – Najpierw wyciął wzory na udach. Potem przewrócił go na brzuch i zrobił to samo na plecach. Potem na pośladkach… – Nie przestawał inscenizować zbrodni. – Tak? W takiej kolejności? – Robert uśmiechnął się pobłażliwie. – Owszem. Im później zrobione cięcia, tym mniej krwi. Proszę spojrzeć. – Wskazał na plamy na dywanie. Fengel pokiwał głową z uznaniem. – Potem odwrócił go do tej pozycji, w której go znaleziono. Denat miał sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu. Ważył dziewięćdziesiąt osiem kilogramów. Zdjęto z niego ubranie. – Nic dodać, nic ująć… – Fengel starał się go nie drażnić, ale ledwo powstrzymywał się od sarkazmu. – Tak… – Gabriel wychwycił ironię w głosie rozmówcy. Czekał tylko na odpowiedni moment, by odpowiedzieć mu tym samym. – To teraz, panie nadkomisarzu, proszę mi wyjaśnić, jak ma się do tego teza, że wszystkiemu winna jest żona denata? – Wszystko na nią wskazuje! – bronił się Fengel. Stracił czujność. Mógł się spodziewać, że Gabriel będzie dążyć do obalenia jego teorii. – Nic na nią nie wskazuje! Od rachitycznej postury, przez nacięcia, które nie tak łatwo zrobić, po ciężkie narzędzie zbrodni… – Miała motyw – wtrącił Robert. – Tak? – Gabriel wyciągnął z teczki część raportu obciążającą podejrzeniami żonę denata. – Rosie Meilnbaum. Bita przez męża – przeczytał głośno. – Naprawdę mocny motyw. Nie była w stanie zaradzić temu, że ją bije, a tu nagle ciężkie narzędzie zbrodni i okaleczenie zwłok wymagające przewracania w tę i nazad! – Głośno wydmuchnął powietrze. Dlaczego właśnie on musiał tu przyjechać? Był w Breslau dwa dni. Dwa dni! I już tęsknił za normalnym, dużym, nowoczesnym miastem. – Kto powiedział, że zrobiła to sama? – Wynajęła kogoś? Wie pan, ile to kosztuje? – Wiem. Wszystko jest możliwe. Mógł być to jej kochanek, którego podpuściła na męża. Płatny zbir fachowo zajmujący się taką robotą. Ktoś z rodziny, kto postanowił się za nią wstawić. Mogła działać z kimś w duecie. Możliwości jest wiele. Dlatego poprosiliśmy o pomoc. – Podszedł do Gabriela i ściszył głos. – Mamy nóż na gardle. To znany hotel. Zginął pracownik. Właściciele obawiają się plajty. Wie pan przecież, jakie ciężkie mamy czasy. Do tego opinia publiczna. Rozumie pan, te cięcia… mogłyby wskazywać na takiego, co nie morduje raz… Trochę mi się ich tu za dużo kręci, rozumie pan? Jednego takiego dopiero co się pozbyliśmy… – A jeśli to jest wielokrotny morderca? – Nie jest – warknął Fengel. – I pan pomoże mi to udowodnić. – Jeśli kobieta jest niewinna, a pan ją zamknie… – Gabriel zmniejszył jeszcze bardziej dystans między nimi – dostanie karę śmierci. Zetną jej głowę za niewinność. Jak pan sobie z tym poradzi? A może to normalne w Breslau? – Pan jest od tego, by dowieść jej winy. Znaleźć wszelkie, nawet najmniejsze poszlaki… – Panie nadkomisarzu – Gabriel znów popatrzył na Roberta pogardliwie – przyjechałem, by pomóc w ujęciu sprawcy, a nie preparowaniu dowodów… – Nie o to pana proszę. – Na pewno? – Gabriel odwrócił się w stronę plam na dywanie. Zmrużył oczy. Przyłożył do ust wyprostowany kciuk, na policzku spoczął palec wskazujący. – Chciałbym zajrzeć do kostnicy. – Pojutrze – odparł Robert. – Dlaczego nie dziś lub jutro? – Bo mamy w prezydium mnóstwo pracy. Może pan śmiało usiąść nad zdjęciami i raportami. Patolog niczego więcej panu nie powie. – Pojadę sam. Proszę tylko powiedzieć gdzie. – Panie radco… – Fengel wyciągnął z kieszeni płaszcza wymiętą paczkę papierosów. – Cenię sobie pański udział w tej sprawie. Wiem też, że jest pan wyższy stopniem, a Berlin… jest stolicą Niemiec! Breslau, jako miasto na