wotson

  • Dokumenty43 353
  • Odsłony2 061 353
  • Obserwuję1 390
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 548 673

Nalini Singh - Psi i Zmiennokształtni 04 - Moja by ją posiąść

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :1.6 MB
Rozszerzenie:pdf

Nalini Singh - Psi i Zmiennokształtni 04 - Moja by ją posiąść.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion N Nalini Singh
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 65 osób, 54 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 505 stron)

Nalini Singh Moja, by ją posiąść. Tłumaczenie nieoficjalne: zapiski_mola_ksiazkowego

ZAPOMNIENI Gdy Rada Psi zaproponowała w 1969 r. wprowadzenie Protokołu Ciszy, protokołu, który miał zlikwidować wszystkie emocje z rasy Psi, stanęła przed problemem pozornie nie do pokonania – brakiem jedności rasy. W przeciwieństwie do dzisiejszej zimnej i odizolowanej rasy Psi, tamtejsi Psi byli integralną i nierozłączną częścią populacji całego świata. Śnili, płakali, kochali. Czasami, naturalną koleją rzeczy, ci których kochali pochodzili z innych ras niż ich własna. Psi łączyli się w związki bratnich dusz ze zmiennokształtnymi, poślubiali ludzi, rodzili dzieci o mieszanej krwi. Zgodnie z przewidywaniami, ci „nieczyści” z rasy Psi mieli wśród siebie największą ilość zjadliwych oponentów Protokołu Ciszy. Rozumieli oni co skłania ich pobratymców do tego by potępić emocje – strach przed ogromną siłą szaleństwa, przed utratą ich dzieci na rzecz szaleństwa przechodzącego przez ich szeregi niczym powódź – ale rozumieli również, że przez przyjęcie Ciszy, stracą wszystko i wszystkich, których kochali. Na zawsze. Przed 1973 r. obie frakcje trwały w impasie. Większość wybrała pozostanie w Sieci Psi i poddanie swoich umysłów absolutnej ciszy zrodzonej z chłodu egzystencji pozbawionej emocji. Los mniejszości, tych z mieszanym pochodzeniem, bądź z ludzkimi lub zmiennokształtnymi partnerami, nie jest jasny. Większość wierzy, że zostali oni wyeliminowani przez zabójców

Rady Psi. Cisza była zbyt ważna – była ostatnią nadzieją rasy Psi – by zaryzykować rozłam przez kilku rebeliantów. Istnieje również plotka, że rebelianci umarli na skutek masowego samobójstwa. Ostatnia z teorii głosi, że ci dawno zapomniani rebelianci byli pierwszymi z pacjentów nieochotniczej „rehabilitacji” nowo powstałego Centrum, ich umysły wyczyszczone, ich osobowości całkowicie zniszczone. Ponieważ metody Centrum w tamtym czasie były eksperymentalne, pacjenci, którzy przetrwali rehabilitację zakończyli ją w stanie wegetatywnym. Teraz, u zarania wiosny ponad sto lat później, w roku 2080, na ten temat jest jedyny konsensus: rebelianci zostali zneutralizowani w najbardziej finalny sposób. Rada Psi nie pozwala na bunt.

ROZDZIAŁ 1. Talin McKade powiedziała sobie, że dwudziestoośmioletnia kobieta – zwłaszcza dwudziestoośmioletnia kobieta, która widziała i przetrwała to co ona – nie powinna obawiać się czegoś tak prostego jak przejście na drugą stronę ulicy i wejście do baru, by zagadać z facetem. Tylko, że, oczywiście, to nie był jakiś zwykły mężczyzna. A bar był ostatnim miejscem, gdzie spodziewała się, że znajdzie Clay'a, biorąc pod uwagę to co się o nim dowiedziała w ciągu tych dwóch tygodni odkąd po raz pierwszy go namierzyła. Nie wróżyło to dobrze, że zajęła jej aż tak długo by nazbierać w sobie dość odwagi by do niego przyjść. Ale musiała mieć pewność. To co odkryła to, to że Clay, którego znała – wysoki, zły i silny chłopiec stał się kimś w rodzaju wysoko postawionego egzekutora na rzecz stada leopardów mieszczącego się w San Francisco. CiemnaRzeka była niezwykle mocno szanowana, więc pozycja Clay'a mówiła o zaufaniu i lojalności. To ostatnie słowo dźgnęło ją niczym ostrze głęboko w jej serce. Clay zawsze był w stosunku do niej lojalny. Nawet wtedy, gdy na to nie zasługiwała. Przełknęła donośnie, odsuwając od siebie wspomnienia, wiedząc, że nie może pozwolić na to by ją rozpraszały. Dawny Clay już nie istniał. Ten Clay … tego Clay'a nie znała. Wszystko co wiedziała na jego temat to, to, że nie miał żadnych spięć z prawem od czasu, gdy został zwolniony z poprawczaka, gdzie został zamknięty w wieku

czternastu lat – za brutalne zamordowanie jednego z… Orrin'a Henderson'a. Ręce Talin zbielały od siły z jaką ściskała kierownicę. Czuła jak krew zalewa jej policzki, gdy serce waliło na wspomnienie strachu. Części Orrin'a, miękkie i mokre części, które nigdy nie powinny być wystawione na powietrze, flecking ją gdy przycupnęła w mroku podczas gdy Clay … Nie! Nie mogła o tym myśleć, nie mogła wracać tam pamięcią. Wystarczającym było, że te koszmarne obrazy – pełne tego gęstego, wdzierającego się wszędzie zapachu popsutego surowego mięsa – nawiedzały ją po zmroku w snach. Nie odda im również godzin dnia. Błyskające biało-niebieskie światła przyciągnęły jej uwagę gdy kolejny pojazd Egzekutywy zaparkował na małym parkingu przy barze. Teraz były tam już dwa opancerzone pojazdy i czterech bardzo dobrze uzbrojonych policjantów, ale chociaż wszyscy z nich wysiedli, nikt z tej czwórki nie uczynił jednego kroku by wejść do baru. Niepewna, co do tego, co się tam działo, została wewnątrz swojego Jeep'a, zaparkowanego na sąsiednim parkingu po drugiej stronie szerokiej ulicy. Na widok samochodów policyjnych pot spływał jej wzdłuż kręgosłupa. Jej mózg już za młodu nauczył się kojarzyć ich obecność z przemocą. Każdy jej instynkt popychał ją do tego, by uciekała. Ale musiała zaczekać, zobaczyć. Czy Clay się nie zmienił, czy nie stał się gorszy … Odczepiając jedną rękę od kierownicy, zwinęła ją w

pięść i oparła o żołądek wypełniony kręcącą się i zwijającą się w nim rozpaczą. Był jej ostatnią nadzieją. W tym momencie drzwi baru otworzyły się z hukiem sprawiając, że jej serce aż podskoczyło. Dwa ciała wyleciały przez nie z hukiem. Ku jej niespodziance, policjanci po prostu usunęli się z ich toru lotu, zanim skrzyżowali ręce na piersi i obdarzyli wyrzuconą parę mierzącymi pełnymi dezaprobaty minami. Dwóch oszołomionych młodych chłopców chwiejnie stanęło na nogach … tylko po to, by ponownie upaść, gdy wylądowało na nich kolejnych dwóch chłopców. To były nastolatki – na pierwszy rzut oka mieli po osiemnaście, dziewiętnaście lat. Oczywistym było, że wszyscy są całkowicie pijani. Podczas gdy ta czwórka leżała na ziemi, najprawdopodobniej jęcząc i życząc sobie śmierci, inny mężczyzna wyszedł z baru o swoich własnych nogach. Był starszy i nawet z tej odległości, mogła wyczuć jego furię, gdy podniósł dwóch z nich i wrzucił na pakę zaparkowanej przed barem półciężarówki, jego włosy w kolorze nieskazitelnego blondu powiewały na bryzie wiejącej tego wieczoru. Powiedział coś do policjantów, co sprawiło, że się zrelaksowali. Ona zaś zaśmiała się na ten widok. Po pozbyciu się pierwszej dwójki, blondyn złapał pozostałą dwójkę za kołnierzyki przy ich karkach i zaczął ich ciągnąć na tył półciężarówki, nie przejmując się, że żwir musiał zdrapywać skórę z wyeksponowanych części ich ciał. Talin skrzywiła się na ten widok. Ci nieszczęśni – i najprawdopodobniej źle się zachowujący – chłopcy jutro będą czuli

sińce i przecięcia razem z ciężkimi od kaca głowami. Potem drzwi ponownie zaczęły się otwierać i zapomniała o wszystkim i wszystkich poza mężczyzną okolonym przez światło przebijające się z baru. Miał chłopca przewieszonego przez jedno ramię, a drugiego ciągnął w taki sam sposób, w jaki wcześniej zrobił to blondyn. - Clay. Był to szept, który wydobył się z jej ust na skutek mrocznego przypływu potrzeby, gniewu i strachu. Wyrósł na wyższego, teraz miał około 190 cm wzrostu. A jego ciało – stuprocentowo wypełniło obietnicę czystej mocy, która zawsze w nim drzemała. Nad tą muskulaturą lśniła jego bogata, obiecująca brązowa skóra z pewną domieszką złotej tonacji. To krew Isl'y, pomyślała Talin, o egzotycznym pięknie mamy Clay'a, która miała pochodzenie egipskie, której wspomnienie nadal było żywe w umyśle Talin nawet po tylu latach. Isla miała skórę koloru gładkiej czarnej kawy i oczy koloru gorzkiej czekolady, ale ona stanowiła jedynie połowę dziedzictwa genetycznego Clay'a. Talin nie mogła z tej odległości dojrzeć koloru oczu Clay'a, ale wiedziała, że mają kolor zielony o odcieniu przykuwającym wzrok, oczy dzikiego kota – nieomylne dziedzictwo pochodzącego od jego ojca. Okolone przez jego cerę i czarne jak węgiel włosy, te oczy dominowały w twarzy chłopca, którym kiedyś był. Przeczucie mówiło jej, że nadal tak jest, przy czym teraz przybrało to zupełnie inną formę. Każdy jego ruch świadczył z krzykiem o jego męskiej pewności siebie. Wydawało się, że nawet nie

czół wagi dwóch chłopców, gdy wrzucił ich na stos już utworzony na pace samochodu. Wyobraziła sobie płynność muskuł, siły, i zadrżała… w absolutnym, niegasnącym strachu. Logika, intelekt, zdrowy rozsądek, to wszystko pękło pod wpływem niepowstrzymanej powodzi wspomnień. Krew i ludzkie mięso, nie kończące się krzyki, mokre, zasysające dźwięki śmierci. I już wiedziała, że nie była w stanie tego zrobić. Ponieważ jeżeli bała się Clay'a jako dziecka, ten Clay całkowicie ją przerażał. Wciskając dłoń do swoich otwartych ust powstrzymała się przed jękiem. I w tym momencie Clay zamarł, a jego głowa poderwała się do góry. Wrzucając Cor'ego i Jason'a na tył bagażnika, Clay już miał się obrócić by powiedzieć coś Dorianowi, gdy pochwycił na drobnej bryzie niemal niesłyszalny dźwięk. Jego zwierzę zastygło w przyczajeniu do polowania, a potem skoczyło z niesamowitością zmysłów leoparda, gdy mężczyzna skanował oczami teren wokół niego. Znał ten dźwięk, ten kobiecy głos. Był to głos martwej kobiety. Nie obchodziło go to. Już dawno zaakceptował swoje szaleństwo. Więc teraz patrzył i patrzył, wciąż szukając. Szukając Tally. Na parkingu po przeciwnej stronie drogi było zbyt wiele samochodów, zbyt wiele miejsc, gdzie duch Tallin mógł się ukryć. Dobrze, że on wiedział jak polować. Zrobił jeden krok w tym kierunku, gdy Dorian klepnął go w plecy i wszedł w jego linię wzroku.

- Gotowy, by uderzyć w drogę? Clay poczuł jak warknięcie buduje się w jego gardle, reakcja ta była na tyle nieracjonalna, że zdołała przywołać jego umysł do względnego porządku. - Gliny? - Przesunął się by ponownie odzyskać widok parkingu naprzeciwko. - Sprawią nam jakieś kłopoty? Dorian przecząco potrząsnął głową, jego blond włosy odbijały refleksy światła lamp ulicznych, które zaczęły się zapalać, gdy ich sensory wyczuły blednięcie dziennego światła. - Oddadzą właściwość, ponieważ w ten incydent była zaangażowana jedynie zmiennokształtna młodzież. I tak nie mają żadnego prawa interweniować w wewnętrzne sprawy stada. - Kto po nich zadzwonił? - Nie Joe. - Poinformował o przekonaniu dotyczącym właściciela baru – członka stada CiemnejRzeki. - On zadzwonił po nas, więc musiało chodzić o kogoś innego komu zdążyli zajść za skórę. Cholera, cieszę się, że Kit i Cory przezwyciężyli ich małą licytację kto jest bardziej wkurzający, ale nigdy nie myślałem, że staną się najlepszymi kumplami i będą nas doprowadzać do szaleństwa. - Gdybyśmy nie mieli problemów z Radą Psi próbującą skrzywdzić stado, - powiedział Clay, - nie miałbym nic przeciwko temu by wrzucić ich na jedną noc do więzienia. Dorian wydał z siebie pomruk wyrażający, że zgadza się z tym osądem. - Joe prześle później rachunek. Wie, że stado pokryje szkody.

- A potem wyegzekwuje go z tych sześciu chuliganów. Clay ponownie wcisnął Cor'ego na ziemię, gdy zdezorientowany dzieciak próbował się podnieść. - Będą odpracowywać ten dług dopóki nie dorosną. Dorian uśmiechnął się. - Sam przypominam sobie, jak zrobiłem w barze piekło i skończyłem ze skopanym przez ciebie tyłkiem. Clay obdarzył młodego Strażnika dezaprobującą miną, choć jego uwaga nigdy nie opuściła parkingu po przeciwnej stronie drogi. Nic się tam nie ruszało poza kurzem, ale on wiedział, że czasami zwierzyna ukrywała się na widoku. Zabawa z pomnik była jednym ze sposobów by okpić drapieżnika. Ale Clay nie był bezmyślną bestią – był doświadczonym i zaprawionym w krwi Strażnikiem CiemnejRzeki. - Byłeś od nich gorszy. Próbowałeś mnie zdjąć ze swoimi ruchami nindży. Dorian powiedział mu coś w odpowiedzi, ale Clay to przeoczył, bo jego uwagę przyciągnął mały dżip, który ostro ruszył z parkingu. - Młodzi są twoi! - I z tym okrzykiem wystartował na nogach za swoją uciekającą zdobyczą. Gdyby był człowiekiem, ta pogoń byłaby czystą głupotą. Nawet dla zmiennego leoparda, miało to niewiele sensu. Był szybki, ale nie wystarczająco szybki, by nadążyć za pojazdem, jeżeli kierowca wcisnąłby gaz do dechy. Jak ona – zdecydowanie ona – teraz robiła.

Zamiast kląć z powodu porażki, Clay obnażył swoje zęby w bezlitosnym uśmiechu, wiedząc o czymś, czego kierowca tego auta nie wiedział, coś co zmieniało jego pogoń z głupiej na uzasadnioną. Leopard mógł reagować na podstawie instynktu, ale ludzka strona jego natury funkcjonowała równie sprawnie. Co ten kierowca odkryje właśnie … teraz! Dżip stanął z piskiem, prawdopodobnie jedynie o centymetry unikając rumowiska blokującego drogę. To obsunięcie się gleby miało miejsce czterdzieści pięć minut tego. Zazwyczaj CiemnaRzeka już dawno by się tym zajęła, ale ponieważ inne małe obsunięcie gleby miało miejsce niemal w tym samym miejscu niecałe dwa dni temu, postanowiono pozostawić to na miejscu, dopóki obsuwisko – i ściana, z której się zsunęło – mogło zostać ocenione przez odpowiedniego specjalistę. Gdyby była w barze, usłyszałaby ogłoszenie i wiedziałaby, że należy zrobić sobie objazd. Ale jej nie było w barze. Ukrywała się na zewnątrz. Zanim dotarł na miejsce, kierowca podjął próbę nawrócenia. Ale zwlekał, jej panika powodowała, że przeciążyła oprogramowanie sterujące pojazdem. Mógł stąd wyczuć ostre, czyste ugryzienie jej strachu, ale było zadziwiająco znajomy, a jednocześnie niewytłumaczalnie zły zapach czający się za maską strachu, który sprawił, że był zdeterminowany by zobaczyć jej twarz. Ciężko oddychając, ale nie będąc naprawdę zdyszanym zatrzymał się na środku drogi za jej pojazdem, wyzywając ją do tego, by go

rozjechała. Ponieważ on nie miał zamiaru dać jej uciec. Nie miał zielonego pojęcia kim była, ale pachniała niepokojąco jak Tally, i on chciał wiedzieć dlaczego. Pięć minut później, kierowca przestał próbować wycofać samochód. Kurz opadł ujawniając tablice rejestracyjne pojazdu. Ptaki znowu zaczęły śpiewać. A on nadal czekał … dopóki, w końcu, drzwi nie uchyliły się otworem. Szczupła noga okryta w niebieski dżins i czarne długie do kostek buty dotknęła gleby. Jego bestia stała się nieludzko cicho, gdy ręka wysunęła się by szerzej otworzyć drzwi. Piegowata skóra, jedynie muśnięta opalenizną. Mała kobieta wydobyła się z wnętrza dżipa. Nawet całkowicie na zewnątrz samochodu, stała tyłem do niego przez kilka długich minut. Nie zrobił nic by ją zmusić do tego, by się obróciła, nie wydał z siebie żadnego agresywnego dźwięku. Zamiast tego wykorzystał szansę na to by móc wchłonąć jej widok. Była niezaprzeczalnie mała, ale nie krucha, nie łatwa do złamania. Była siła w linii, w jakiej trzymała swój kręgosłup prosto, ale również miękkość, która obiecywała otulenie twardego męskiego ciała. Ta kobieta miała krągłości. Bogate, słodkie krągłości. Jej pośladki doskonale wypełniały tył jej spodni, powodując powstanie głęboko zakorzenionych instynktów seksualnych należących zarówno do kota, jak i do mężczyzny. Chciał gryźć, szczypać, pieścić. Ściskając pięści powstrzymał się by pozostać w miejscu i zmusił swój wzrok do podążenia w górę. Będzie, pomyślał, łatwo podnieść ją

w pasie, tak by mógł ją całować bez skrzywienia karku. A on planował całowanie tej kobiety, która pachniała jak Talin. Jego bestia nie przestawała warczeć, że ona była jego i, w tej minucie, nie czuł się wystarczająco cywilizowany do tego by się z nią sprzeczać. Przyjdzie na to czas później, po tym jak odkryje prawdę na temat tego ducha. A do tej pory, będzie tonął w przypływie dzikiej zmysłowości, w jej znajomym, a jednak nie zupełnie zapachu. Nawet włosy miała w tym samym co Tanlin nietypowym odcieniu – głębokiego palonego blondu przesianego pasmami w kolorze czekoladowego brązu. Sierść, zawsze tak je nazywał. Były bowiem podobne do niewiarygodnych wariacji kolorów w futrze leoparda, było to coś, co niektórzy ludzie z zewnątrz nie zauważali. Jednak dla brata leoparda, te wariacje były tak oczywiste, jak plamy światła. Dokładnie tak jak włosy tej kobiety. Piękne. Grube. Unikatowe. - Talin, - powiedział delikatnie, poddając się całkowicie swojemu szaleństwu. Jej kręgosłup zesztywniał, ale nareszcie, odwróciła się. I w tym momencie cały świat przestał oddychać. ROZDZIAŁ 2. - Witaj Clay. Powietrze ponownie ruszyło w głąb jego ciała z siłą podobną do tego, jakby go ktoś uderzył. Warknięcie zbudowało się w jego gardle, ale nie pozwolił mu się wydostać, silnie świadomy kwasowego zapachu strachu, który wydostawał się od niej falami.

Jasna cholera! Tally się go bała. Równie dobrze mogła wziąć nóż i wbić go w jego serce. - Choć tu Tally. Potarła ręce o swoje uda potrząsając jednocześnie przecząco głową. - Przyjechałam z tobą porozmawiać, to wszystko. - Tak wygląda twój sposób rozmawiania ze mną? Odjechanie? Sam sobie powiedział, by się zamknął, i nie warczał na nią. Była to pierwsza rozmowa, jaką odbyli od dwudziestu lat. Ale on miał wrażenie, jakby rozmawiali wczoraj, było to tak naturalne, tak pozbawione żadnego wysiłku. Za wyjątkiem jej strachu. - Zamierzałaś zatrzymać samochód w jakimś najbliższym czasie? Głośno przełknęła. - Planowałam porozmawiać z tobą w barze. Leopard miał już tego dość. Ruszając się z nieludzką prędkością właściwą swojemu rodzajowi, zatrzymał się o trzy cm od niej, zanim zdążył wziąć oddech do krzyku. - Podobno jesteś martwa. Pozwolił by zobaczyła tkwiącą w nim wściekłość, wściekłość która miała dwadzieścia lat na to by się rozwinąć. Rozwinąć i rozrosnąć aż zmieszała się z każdą żyłą w jego ciele. - Okłamali mnie. - Tak, wiem … wiedziałam. Zamarł z czystego niedowierzania. - Ty, co?

Przez cały ten czas, gdy on ją śledził niczym ducha, był absolutnie pewien, że go okłamano, ale bez wiedzy Talin. Niszczyła go myśl, że była gdzieś tam w świecie myśląc, że on złamał daną jej obietnicę, że do niej wróci. Nigdy, nawet raz nie rozważył możliwości, że ona mogła brać w tym aktywny udział. Oczy koloru burzowych chmur spotkały się z jego spojrzenie. - To ja poprosiłam ich by ci powiedzieli, że zginęłam w wypadku samochodowym. Te słowa wbiły się tak głęboko w jego duszę, niczym wiercenie nożem, że czół jakby miał w niej dziurę. - Dlaczego? - Ponieważ nie dałbyś mi być, Clay - wyszeptała, torturowana przez dziką bestię w tych wielkich szarych oczach okolonych przez cienką oprawkę złota. - Byłam u dobrej rodziny, próbowałam żyć normalnie… - wykrzywiła usta w dziwnym grymasie - … albo na tyle normalnie, na ile byłam w stanie. Ale nie mogłam się zrelaksować, rozluźnić. Czułam jak na mnie polujesz od momentu, gdy tylko wyszedłeś z poprawczaka. Miałam dwanaście lat i nie potrafiłam się ośmielić zamknąć oczu, na wypadek, gdybyś mógł mnie znaleźć w snach! Leopard, który żył w jego wnętrzu obnażył zęby w warknięciu. - Byłaś moja, by cię bronić! - Nie! - Ścisnęła pięści, odrzuceniu przezierało w każdym spiętym mięśniu jej ciała. - Nigdy nie byłam twoja!

Zarówno bestia, jak i mężczyzna, oboje zachwiali się od nieludzkiej siły uderzenia jakim było jej odrzucenie. Większość ludzi myślała, że był zbytnio podobny do lodowato zimnych Psi, że nic nie czuł. W tym momencie, żałował, że nie było to prawdą. Ostatni raz cierpiał tak mocno – jak gdyby jego dusza była wystawiona na tysiące kujących uderzeń bata – w dniu, gdy opuścił korytarz poprawczaka. Pierwszą rzeczą jaką zrobił, było zadzwonienie do Opieki Społecznej. - Przykro mi Clay. Talin zmarła trzy miesiące temu. - Co? - Jego umysł stał się pusty, jego marzenia zostały zmiecione przez ścianę czerni. - Nie. - To był wypadek samochodowy. - Nie! Ta informacja powaliła go na kolana, rozdarła go na kawałeczki od wewnątrz. Ale głębia tego zranienia, tnący, rozdzierający ból, był niczym w porównaniu do tego odrzucenia. A jednak, pomimo krwi, której z niego wydarła nadal chciał – nie, potrzebował – dotknąć jej. Jednakże, gdy uniósł dłoń, skuliła się. Nie mogła zrobić nic co bardziej, niż to byłoby w stanie skrzywdzić jego zwierzęce serce pełne opieki. Walczył z bólem, tak jak zawsze to robił – przez odcięcie się od delikatności i pozwolenie gniewowi na to by zbierał swoje żniwo. Ostatnimi dniami rzadko przestawał być zły. Ale dzisiaj, ból odmawiał ucichnięcia. Przeszywał się przez niego, grożąc, że pogrąży go w krwi. - Nigdy cię nie skrzywdziłem, - wydusił przez zaciśnięte zęby.

- Nie potrafię zapomnieć o krwi, Clay. - Jej głos trząsł się, gdy to mówiła. - Nie potrafię zapomnieć. On również tego nie potrafił. - Widziałem twój akt zgonu. - Po tym jak minął pierwszy szok, wiedział, że był sfałszowany. - Ale… Muszę wiedzieć, że jesteś prawdziwa, że jesteś żywa. Tym razem, gdy uniósł dłoń do jej policzka nie drgnęła. Ale również nie schyliła się do jego dotyku, tak jak to robiła jako dziecko. Jej skóra była delikatna, koloru miodu. Piegi tańczyły na sklepieniu jej nosa i wzdłuż jej kości policzkowych. - Nie unikałaś słońca. Obdarzyła go zdziwionym spojrzeniem, które poprzedziło nieśmiały uśmiech, który uderzył go niczym kopnięcie w trzewia. - Nigdy nie byłam w tym zbyt dobra. Przynajmniej w tym aspekcie się nie zmieniła. Ale tyle w niej uległo zmianie. Jego Tally biegła w jego ramiona każdego dnia przez pięć najszczęśliwszych lat jego życia, patrząc na niego jak na jej obrońcę i przyjaciela. Teraz, popychała jego dłoń, aż do momentu, gdy ją opuścił na dół, ciche wielokrotne powtarzanie przez nią odrzucenia było przeszywającym zimnym płomieniem palącym jego duszę. To sprawiło, że jego głos był ostry, gdy powiedział. - Jeżeli aż tak bardzo mnie nienawidzisz, dlaczego mnie odnalazłaś?

Dlaczego nie mogła zostawić mu jego wspomnień - o dziewczynie, która widziała w nim jedynie dobro? Te wspomnienia były wszystkim co mu pozostało do tego by walczyć o to, by pozostać w świetle. Zawsze nosił ciemność w swoim sercu, ale teraz miał ją gotową na poczekaniu w każdej minucie jego świadomości, szepczącą srebrne obietnice spokoju jaki by odnalazł w braku uczuć, braku cierpienia. Nawet silne więzi Stada nie były już wystarczające do tego by go utrzymać, nie, gdy czar przemocy bił w jego świadomości dniem i nocą, godzina po godzinie, sekunda po ciągnącej się w nieskończoność sekundzie. Oczy Talin rozszerzyły się. - Nie nienawidzę cię. Nigdy nie mogłabym cię nienawidzieć. - Odpowiedz na pytanie Talin. - Nie nazwie jej już Tally. Nie była jego Tally, jedynym ludzkim istnieniem jakie kiedykolwiek kochało jego wstrętną duszę zanim został wciągnięty do CiemnejRzeki. To była Talin, ktoś obcy. - Chcesz czegoś. Jej policzki oblały się gorącem. - Potrzebuję pomocy. Nigdy nie mógłby jej odmówić, bez względu na wszystko. Ale słuchał nieporuszony, jego czułość dla niej groziła w przeistoczenie się w coś, co sprawiało że chciał uderzać i sprawiać ból. Jeżeli zdradziłby głębię swojej furii, jeżeli sprawiłby, że znowu by od niego uciekła, mogłoby go to pchnąć poza ostateczną krawędź.

- Potrzebuję kogoś wystarczająco niebezpiecznego by pokonać potwora. - Więc przyszłaś do stworzonego przez naturę mordercy. Znowu drgnęła, a potem wyprostowała się dumnie. - Przyszłam do najsilniejszej osoby jaką kiedykolwiek znałam. Prychnął. - Więc chciałaś porozmawiać. To mów. Spojrzała ponad jego ramieniem. - Czy moglibyśmy udać się w bardziej prywatne miejsce? Jacyś ludzie mogą tu przyjechać. - Nie zabieram obcych do mojego legowiska. - Clay był wkurzony, a kiedy był wkurzony robił się złośliwy. Talin uniosła brodę w geście odwagi, który przesłał promyki pamięci przeżerające się przez jego umysł. - Dobra. Możemy pojechać do mojego mieszkania w San Francisco. - Jak cholera. - Okazjonalnie pracował w biznesowej kwaterze głównej CiemnejRzeki niedaleko Chinatown, ale kwatera główna była zbudowana z myślą o kotach. Nie sprawiała wrażenia, że go więzi. - Cztery lata spędziłem w klatce. - I to nie licząc czternastu jakie spędził w małym podobnym do pudełka mieszkaniu, które on i jego mama nazywali domem. - Nie czuję się zbyt dobrze wewnątrz czterech ścian. Czysty ból przedarł się przez jej twarz, zmieniając burzową szarość jej oczu w bliską czerni okrążoną przez pierścień złotego ognia.

- Przepraszam Clay. Przeze mnie poszedłeś do więzienia. - Nie pochlebiaj sobie. To nie ty sprawiłaś, że rozdarłem wnętrzności twojego przyrodniego ojca czy urwałem jego twarz. Przycisnęła dłoń do żołądka. - Przestań. - Dlaczego? - brnął dalej, toksyczna mieszanina gniewu i zaborczości przezwyciężyła jego silne instynkty opiekuńcze w stosunku do Tally. Ponownie, przypomniał sobie, że to nie była jego Tally, nie była już dziewczyną, dla której bezpieczeństwa rozdzierał żyły. - Zabiłem Orrin'a podczas gdy ty byłaś w pokoju. Nie możemy tego ignorować, tak jakby to się nigdy nie zdarzyło. - Nie musimy o tym rozmawiać. - Kiedyś miałaś w sobie bardziej silny kręgosłup. Kolor ponownie zalał jej policzki, światło mimo blednącego dnia. Ale zrobiła krok na przód, a z jej postawy wibrował gniew. - To było zanim męska krew rozlała się na mojej twarzy, zanim moja głowa wypełniła się jego krzykami i warczeniem leoparda. Zmiennokształtni drapieżcy mogli polować w absolutnej ciszy - zarówno w ludzkiej, jak i zwierzęcej formie - ale on czuł taką nienawiść tego dnia, że zwierzę w nim całkowicie wypłynęło na powierzchnię. Przez te przesiąknięte krwią minuty był szalonym człowiekiem, leopardem na dwóch nogach. Musieli strzelić w niego zwiększoną dawkę środka uspokajającego by go odciągnąć od zmaltretowanego ciała Orrin'a Henderson'a.

Ostatnią rzeczą jaką widział, gdy leżał na podłodze z twarzą przyciśniętą do nadal jeszcze ciepłej krwi, była Tally skurczona w roku, z twarzą poplamioną krwią i innymi rzeczami, różową i błyszczącą … i szarą, z plamami szarość. Jej oczy patrzyły prosto przez niego, jej piegi były jasnymi kropkami na tle śnieżnobiałej skóry widocznej przez całą tą czerwień. Część z tej krwi była jej własna. Większość należała do Orrin'a. - Kiedyś miałaś więcej piegów na swoich policzkach, - skomentował, złapany w objęcia wspomnienia. Dla niego nie było ono przerażające. Był zwierzęciem w wystarczającym stopniu by nie przejmować się nikim spoza jego stada, zwłaszcza nie tymi, którzy ośmielili się skrzywdzić tych, którzy do niego należeli. A wtedy, Tally i Isla były jedynymi członkami jego stada. Zawsze wiedział, że byłby w stanie zabić by bronić każdej z nich. - Nie zmieniaj tematu. - Nie robię tego. Twoja twarz była ostatnią rzeczą, jaką widziałem zanim mnie zamknęli. - Przesunął palcem po tych jej piegach. - Musiały zblednąć albo przemieścić się w czasie, gdy dorastałaś. - Nie, wcale tego nie zrobiły, - odcięła się, i - po raz pierwszy - brzmiała dokładnie tak jak dziewczyna, którą znał. - Rozmnożyły się i rozsiały. Przeklęte. - Teraz ty jesteś ich właścicielem, - powiedział, rozbawiony jak zawsze przez jej antypatię w stosunku do małych plam pigmentu. - Są twoje.

- Skoro kremy nie sprawiają, że znikną a ja nie chcę poddać się operacji laserowej, wydaje mi się, że owszem. Niemal się rozluźnił, złapany w echo dawno minionej przeszłości. Och, moc, jaką Talin miała nad nim. Mogła sprawić, że by się przed nią płaszczył. Zdanie sobie sprawy z jego kontynuującej się słabości w odniesieniu do kobiety, która uważała jego pełne przemocy serce za odrzucające, sprawiło, że jego następne słowa miały ostrość noża. - Daj mi swoje kluczyki. Wzięła ostrożny krok w tył. - Jest zastały. Mogę ... - Daj mi te pieprzone kluczyki albo poszukaj innego głupca do pomocy. - Kiedyś nie byłeś taki. - Wielkie, nawiedzone oczy, miękkie usta ściśnięte w linię, tak jakby miały powstrzymać emocje. - Clay? Wyciągnął rękę. Po napiętej sekundzie położyła płaski komputerowy klucz na jego dłoni. Większość samochodów była ustawiona tak, by za klucz służył odcisk właściciela, ale z tego właśnie powodu, wypożyczalnie dawały wcześniej zaprogramowany w tym celu klucz, zamiast spędzać pół godziny na zakodowanie odcisku każdego nowego klienta. Oszczędzało to czas, ale pozwalało również złodziejom na kradzież pojazdów. Idioci. - Wsiadaj. Przeszedł dookoła dżipa bez kolejnego słowa i wsiadł po stronie kierowcy. Zanim przestała się boczyć i wskoczyła do środka, on miał już pojazd na chodzie. Dał jej jedynie wystarczająco dużo czasu by

mogła się zapiąć pasami zanim wycofał, zawrócił i udał się dokładnie tam skąd przyjechała. Bar był na obrzeżach Napa, blisko masywnych lasów, które okalały ten region, lasów, które były częścią terytoriów CiemnejRzeki. Ruszył ku chłodnej prywatności tych drzew, robiąc co mógłby zignorować pikantny kobiecy zapach kobiety, która siedziała tak blisko niego. I choć ten zapach był tak intrygujący, nadal było z nim coś nie tak, coś co sprawiało, że jego leopard czuł się zagubiony. Ale w tym momencie, nie był w najmniejszym stopniu w nastroju by analizować swoją reakcję. Funkcjonował na czystej adrenalinie. - Gdzie jedziemy? - zapytała dziesięć minut później, gdy zjechali z drogi w cienie wielkich świerków, które dominowały w tym terenie. - Clay? Zawarczał nisko w gardle, zbyt mocno na nią wkurzony by przejmować się byciem miłym. Talin czuła jak włosy na tyle jej karku unoszą się w prymitywnym ostrzeżeniu. Clay zawsze był nieco mniej cywilizowany. Nawet uwięziony w klaustrofobicznej przestrzeni kompleksu mieszkaniowego na którym się spotkali jego furia była utrzymywana pod powierzchnią przez okleinę z jego cichej intensywności, poruszał się jak drapieżnik na polowaniu. Nikt nigdy nie ośmielił się próbować zastraszyć Clay'a, nawet chłopcy, którzy byli dwa razy od niego starsi, ani agresywni członkowie gangów, którzy żyli po to by terroryzować, ani nawet byli skazańcy. Ale to było wtedy - jego obecne zachowanie było czymś innym.

- Przestań starać się mnie przestraszyć. W odpowiedzi dosłownie kłapnął na nią zębami, powodując, że aż podskoczyła. - Nie muszę się starać. Jesteś przerażona tak, że mało nie zrobisz w gacie. Mogę wyczuć twój strach i jest to pieprzona zniewaga. Zapomniała o tym aspekcie jego zdolności zmiennokształtnego. Przez więcej niż dwadzieścia lat żyła pośród ludzi i niedrapieżnych zmiennokształtnych, celowo zwiększając przestrzeń pomiędzy nią i Clay'em. Ale co w nią wstąpiło? Oto tu była, dokładnie tam skąd zaczęła … straciwszy wszystko co kiedykolwiek miało jakieś znaczenie. - Powiedziałeś to za pierwszym razem, kiedy się spotkaliśmy. Był tym dużym, wysokim, niebezpiecznym chłopcem, a ona była bardziej niż przerażona z jego powodu. Całe jej krótkie życie ludzie ją krzywdzili, a on wydawał się dokładnie taką osobą, która mogłaby też to zrobić. Więc trzymała się na dystans. Ale tego dnia, gdy widziała jak upadł i złamał swoją nogę na podwórku ich kompleksu - śmietnisku, nie parku - nie była w stanie zostawić go, by cierpiał samotnie. Tak przerażona, że jej zęby groziły tym, że zaczną grzechotać, poszła do salonu i telefonu. Orrin był na kanapie, nieprzytomny. Jakimś cudem dała radę wykonać zakazany telefon na zewnątrz - po pogotowie. Potem, otworzyła drzwi i pobiegła posiedzieć z Clay'em aż do momentu, gdy przyjechała pomoc.

Nie był szczęśliwy. Miał dziewięć lat, w porównaniu z jej cennymi i całkowicie mogącymi się wysłowić trzema, był stworzeniem całkowicie niebezpiecznym. - Warczałeś na mnie i powiedziałeś, że lubisz miażdżyć kości małych dziewczynek. To była jej sztuczka, to wspomnienie. Potrafiła pamiętać wszystko co się jej przydarzyło od momentu urodzenia, a czasem nawet wcześniej. W ten sposób również nauczyła się mówić jeszcze przed innymi, i czytać, zanim nauczyła się mówić. - Powiedziałeś, że pachnę jak miękka, soczysta, pyszna zwierzyna łowna. - Nadal tak pachniesz. Ten komentarz sprawił, że rozpromieniła się mimo swojej czujności. - Clay, przestań. Zachowujesz się jak niedojrzały nastolatek. Udawało mu się również nasilić jej strach - czy on chociaż zdawał sobie sprawę z tego jak był onieśmielający? Duży, niewiarygodnie silny, i taki cholernie zły, że gdy zwrócił na nią swoje spojrzenie czuła jakby uderzył w nią podmuch wiatru. - Dlaczego? Równie dobrze mogę mieć trochę rozrywki z tej wizyty. Torturowanie ciebie ujdzie w tłoku. Zastanawiała się, czy czasem nie popełniła błędu. Clay jakiego znała, był dziki, ale był po stronie dobra. Co do tego mężczyzny, nie była tego taka pewna. Wyglądał jak czysty drapieżnik, bez honoru czy