wotson

  • Dokumenty43 353
  • Odsłony2 185 019
  • Obserwuję1 451
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 719 711

Nalini Singh - Psi i Zmiennokształtni 06 - Naznaczeni przez ogień (nieof.)

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :1.0 MB
Rozszerzenie:pdf

Nalini Singh - Psi i Zmiennokształtni 06 - Naznaczeni przez ogień (nieof.).pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion N Nalini Singh
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 24 osób, 28 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 184 stron)

Nalini Singh Naznaczeni przez ogień. Tłumaczenie nieoficjalne: zapiski_mola_ksiazkowego ZMIANA Zmiana może zabić. Załamać Zniszczyć. Ale może również uratować. Psi wiedzą o tym lepiej niż jakakolwiek inna rasa na ziemi. Razem z wprowadzeniem Ciszy, protokółu, który wymazał ich emocje jednocześnie ratując ich umysły, ta rasa telepatków i telekinetyków, jasnowidzów i uzdrowicieli, rasa zarówno utalentowanych, jak i przeklętych, cofnęła się z pogranicza otchłani. Gdy tak stali wpatrując się w horror, któremu uciekli zadrżeli i obrócili się od niego w drugą stronę. Minęły lata. A gdy Rada Psi zadeklarowała, że ich kiedyś katastroficzny odsetek szaleństwa zmniejszył się do niemal zerowych poziomów, że w Sieci Psi nie było żadnej przemocy, wiedzieli, że podjęli właściwą decyzję. Jedyną możliwą do podjęcia decyzję. Miłość. Szczęście. Radość. Jakie one miały znaczenie, gdy ich ceną była mordercza wściekłość i przemoknięta krwią anarchia? Psi woleli pozostawić te sprawy rasom „zwierzęcym” - i podczas gdy ludzie i zmienni grzebali się w ostrych karbach emocji, Psi ewoluowali do bycia najsilniejszymi istotami na planecie. Zimni. Bezlitośni. Cisi. Ale teraz, w roku 2080, więcej niż sto lat po „cudzie” Ciszy zwierzęce rasy zaczynają powstawać. Zmiana wciąga Psi na powrót w objęcia otchłani. W emocje i chaos … i koszmary. ROZDZIAŁ 1 Mercy kopnęła suchą gałąź leżącą jej na drodze i zmierzyła ją spojrzeniem. „Głupi patyk.” Oczywiście nie była zła na bogu ducha winny patyk – miał po prostu pecha, że leżał na jej drodze. Jej ramiona były opuszczone. Uciekła z Kręgu Stada i nieustannej hulanki świętującej nawiązanie przez Dorian'a więzi bratnich dusz. Moc z jaką jej najlepszy przyjaciel był zakochany przyprawiała niemal o mdłości. Właściwie, wszyscy pozostali Strażnicy zaczynali tak na nią wpływać. „Clay robi maślane oczka do Tally, i

nawet nie będę zaczynać jak zachowują się Luc i Sascha.” No i jeszcze najgorsi zbrodniarze – Nate i Tamsyn. Jak oni śmią nadal po tylu latach być tak szalenie zakochani! „To powinno być sprzeczne z prawem.” Prychnęła. Nie zamierzała nawet myśleć na temat Vaughn'a i Faith. Zdecydowała zamiast tego wybrać się na przebieżkę. Godzinę później, gdy znalazła się wystarczająco głęboko w mocno zalesionym terytorium stada, by nie mogła usłyszeć niczego poza szeptami nocnych stworzeń poruszających się w ciemności, usiadła na gładkim pniu powalonego drzewa i powoli wypuściła z siebie powietrze. Prawda była taka, że nie była zła na żadnego ze Strażników, lub na ich wybranki. Cholera, była tak szaleńczo szczęśliwa z ich powodu, że to aż bolało. Ale była też zazdrosna. Do tej pory każdy już znalazł swoją bratnią duszę. Oprócz niej. „Już. Przyznałam się. Jestem wielką zazdrośnicą.” Wymruczała. Bycie dominującą kobietą w społeczeństwie zmiennokształtnych nie było czymś złym. Kobiety alfy były równie popularne jak mężczyźni. Ale bycie dominującą kobietą w stadzie leopardów, w którym żaden z dominujących samców nie był dla niej atrakcyjny seksualnie było złe. A bycie dominującą kobietą w stanie kontrolowanym przez leopardy i wilki – gdzie ten niewłaściwy poruszał w niej pragnienie – było w skali zła niczym położenie wisienki na torcie. Nie żeby ograniczało ją ich terytorium – Dorian skłaniał ją, by wyjechała poza stan. Sprawdziła, czy może znaleźć kogoś w innych stadach, ale nie mogła się zmusić, by opuścić Ciemną Rzekę. Nie gdy sprawy były takie ryzykowne. Pewnie, życie nieco przycichło od nieudanej próby porwania wybranki Dorian'a, Ashay'i, ale był to naładowany niepokojem spokój. Każdy czekał na następne pęknięcie w ścianie. I nikt nie był w stanie zgadnąć, czy nadejdzie ono od podejrzliwie spokojnej Rady Psi, czy od niedawna agresywnego Sojuszu Ludzi. Ale wszyscy wiedzieli, że ono nadejdzie. A jako Strażniczka Ciemnej Rzeki powinna rozważać ich strategię obronne, pracować nad możliwymi scenariuszami. Zamiast tego zaczynała szaleć z pragnienia. Nie mogła myśleć o niczym poza gorączką jej ciała. Głodu w jej gardle. Szarpiącego pazurami pragnienia znajdującego się w każdej komórce jej ciała. W każdym oddechu. Intymny dotyk był czymś koniecznym dla jej duszy drapieżnika, tak jak las, który nazywała domem, ale sprawy mogłyby nie być takie złe, gdyby nie próbowała przetrawić wrażenia jakie wywarła na niej rozmowa przeprowadzona kilka dni temu z uzdrowicielką stada. Mercy była tą, która poruszyła ten temat. „Istnieje duże prawdopodobieństwo, że zostanę niezwiązana.” „Nie wiesz tego.” Zaczęła Tammy marszcząc brwi. „Możesz spotka...” „To nie o to chodzi. Mogę nie być w stanie związać się z kimkolwiek. Wiesz, że czasami tak się dzieje.” Tammy skłoniła głowę w ostrożnym przytaknięciu. „W przypadku dominujących kobiet jest na to wyższe prawdopodobieństwo, niż w stosunku do dominujących mężczyzn. Chodzi o brak umiejętności, by … się poddać. Nawet swojej bratniej duszy.” I to było z tego wszystkiego najgorsze, pomyślała Mercy. Może każdą swoją komórką pragnąć wybranka, ale gdy się pojawi, i będzie silną, nie przyjmującą żadnego gówna panterą, której potrzebowała, może odmówić uznania go na poziomie koniecznym do zaistnienia prawdziwej więzi wybranków. Och, pragnienie by się związać prawdopodobnie ją przezwycięży, by wzięła go na kochanka, może nawet coś więcej … ale jeżeli jej leopard nie zaakceptuje tak naprawdę jego prawa do niej, może znikać nawet na miesiące wędrówek, i wracać do niego jedynie, gdy nie będzie w stanie zwalczyć tej potrzeby. Był to szczególny rodzaj tortur zarezerwowany dla tych kobiet leopardów, które dusiły się na samą

wizję oddania mężczyźnie jakiekolwiek kontroli nad nimi. I jeżeli okaże się, że jej wybranek nie będzie słabym uległym osobnikiem – nie było szans by ktoś taki ją pociągał, więc nie było takiego problemu – na pewno spróbuje ją zdominować. „Nie potrzebuję wybranka.” Wymruczała wpatrując się w jasny krąg wczesnego jesiennego księżyca. „Ale czy nie mógłbyś zesłać mi jakiegoś miłego, seksownego, silnego mężczyzny, z którym mogłabym zatańczyć? Bardzo ładnie proszę?” Nie miała kochanka od blisko ośmiu miesięcy i zaczynało ją to boleć na każdym możliwym poziomie. „Nie musi nawet być mądry, tylko dobry w łóżku.” Wystarczająco dobry, by rozluźnić napięcie jej ciała co pozwoliłoby jej znowu funkcjonować. Ponieważ dla takiego kota jak ona seks nie był jedynie sprawą przyjemności – chodziło o czułość, o zaufanie, o wszystko co dobre. „Choć w tym momencie wzięłabym nawet zwykły stary gorący seks.” W tym momencie z cienia wyłonił się Riley. „Masz swędzenie kiciu?” Poderwała się na nogi i zmrużyła oczy wiedząc, że celowo pozostawał pod wiatr, by mógł ją podejść. „Szpiegujesz?” „Gdy mówisz wystarczająco głośno by obudzić zmarłych?” Mogła przysiąc, że z jej uszu wydobywała się para. Każdy uważał Riley'a za cichego, praktycznego, przyziemnego. Jedynie ona wiedziała, że miał w sobie cień wredności, która powodowała, że uwielbiał drażnić ją tak mocno, jak tylko potrafił. „Czego chcesz?” Warknęła prosto z serca kobiety i leoparda. „Zostałem zaproszony na ceremonię świętowania więzi Dorian'a.” Posłał jej powolny uśmiech, który drażnił ją, by wzięła na nim odwet. „Dosyć trudno było przegapić jak spaliłaś całe to miejsce. I nie mam tu na myśli koloru twoich włosów.” Jego oczy zawisły na długich czerwonych pasmach opadających wokół jej piersi. Mercy nie zawstydzała się łatwo, ale teraz jej policzki płonęły. Ponieważ jeżeli Riley wiedział, że była w rui – jak pieprzony dziki kot! - to reszta stada wiedziała to również. „I co, poszedłeś za mną mając nadzieję, że obniżę swoje standardy i prześpię się z wilkiem?” Celowo sprawiła, by słowo „wilk” zabrzmiało równie apetycznie co „gad”. Szczęka Riley'a napięła się pod subtelnym zarostem o odcień ciemniejszym niż głęboko orzechowy kolor jego włosów. „Chcesz mnie podrapać, kiciu? No dalej.” Jej dłonie zacisnęły się w pięści. Nie była zazwyczaj taką suką. Ale cholerny Riley miał sposoby, by sprawić że wybuchała wściekłością. „Przepraszam, nie biję bezbronnych szczeniąt.” Zaśmiał się. Dosłownie się zaśmiał. A ona prychnęła na niego. „Co cię tak śmieszy?” „Oboje wiemy, kto tutaj jest osobnikiem dominującym … i nie jesteś nim ty.” Dosyć tego. Była Strażnikiem. Co z tego, że on dłużej był Porucznikiem? To nie zmieniało faktu, że zajmowała takie samo miejsce w hierarchii Ciemnej Rzeki co on wśród Śnieżnych Tancerzy. Wilk przekroczył bardzo cienką linię – a skoro nie mogła mieć seksu, oprze się na przemocy. Czując się bardziej niż tylko trochę rozwścieczona rzuciła się na niego. Riley był na to przygotowany. Przyjął kopniak w udo bez drgnięcia, ale powstrzymał jej cios jedną ręką. Ona już zmieniała swoją pozycję na inną, gotowa wykorzystać każdy jego słaby punkt. Zablokował każdy z jej ciosów, ale sam nie wyprowadził żadnego. „Walcz!” Wrzasnęła. Potrzebowała dobrego, wyciskającego pot treningu – zmniejszyłoby to nieco przeszywającą wnętrzności furię jej pragnienia. Jej obuta stopa uderzyła w jego rzebra. Usłyszała jak stęknął i uśmiechnęła się. „Nie jesteśmy tacy szybcy, wilczku?” „Próbowałem cię nie zranić.” Powiedział blokując następny zestaw ciosów jej ramion. „Nie jestem pieprzoną księżniczką.” Wymruczała celując w najbardziej bezbronną część męskiego

ciała – tak, tak, nie było to zbytnio sprawiedliwe. Ale Riley sam się o to prosił. O Boże, ale on się o to prosił. „Po kiciusiuj to Kincaid.” „Cholera Mercy!” Złapał jej stopę, gdy już miała się połączyć z jego kroczem i odrzucił ją. Bez żadnego wysiłku. Westchnęła, gdy zdała sobie sprawę z tego dokładnie jak bardzo powstrzymał się. Obróciła się w powietrzu i z łatwością wylądowała na nogach. „Oddam ci jedno.” Powiedział przykucając naprzeciw niej, gdy się okrążali. „Wiesz jak się ruszać … kiciu.” Adrenalina wystrzeliła przez jej ciało niczym gorący płynny ogień. „Przynajmniej lepiej niż nadęty pies pasterski.” Sprawiła, że jej ton był równy, ale pociła się pod przyległą czarną tuniką, w którą się przebrała na tańce. Jej serce biło w szybkim tempie. „Pazury na wierzchu.” Powiedziała, i to było jedyne ostrzeżenie jakie mu dała, zanim się na niego rzuciła. W ogóle się tego nie spodziewała. W jednym momencie już miała poharatać jego twarz – no dobra, tylko, by go podrapała, to przecież nie była walka na śmierć i życie – a w następnym leżała płasko na plecach z nadgarstkami przyciśniętymi do ziemi złapanymi jedną silną dłonią. Uszło z niej całe powietrze, gdy Riley obniżył swoje ciało i przycisnął ją do ziemi. Ten drań był ciężki. Jedynie czyste mięśnie okalające solidne kości. „Poddaj się.” Jego nos niemal dotykał jej. „Chciał byś.” Posłała uśmieszek w jego czekoladowe oczy. „Choć bliżej.” „Żebyś mogła mnie ugryźć?” Błysk zębów. „Najpierw się poddaj. Wtedy przyjdę bliżej.” „Nigdy w życiu.” Gdyby się poddała uznała by tym samym jego dominację, przynajmniej dzisiaj. „W takim razie chyba będę musiał cię do tego zmusić.” „Możesz spróbować.” Uśmiechnęła się, gdy ruszyła ku jego gardłu i niemal je dostała, gdy – używając ruchu, który powinien być nielegalny – przełożył ją na drugą stronę tak, że teraz jej przód przyciskał obsypaną liśćmi ziemię, a jej nadgarstki nadal były zamknięte w jego żelaznym uścisku i przyduszone do ziemi nad jej głową. „Oszust.” „Powiedziała kobieta, która chciała wbić mi jaja do gardła.” Wytknął jej mimo tego, że zlizywał sól ze skóry jej karku w leniwym i bardzo prowokującym ruchu. „Zabiję cię.” Bardziej wysyczała niż powiedziała. Ugryzł ją. W miękkie wrażliwe miejsce między karkiem i ramieniem. Poczuła jak całe jej ciało drży od wewnątrz na ten bezpośredni pokaz dominacji. „Przestań.” Słowo, które się z niej wydobyło zabrzmiało na napięte. Na pewno nie było to odrzucenie, które chciała wypowiedzieć. Zabrał usta z jej ciała. „Przygniotłem cię.” „To wilcze bzdury. Jestem kotem.” „Ale nadal jesteś uwięziona pode mną.” Potarł nosem jej ciało. „I pachniesz tak jakbyś była gorąca, mokra i gotowa.” Jego głos opadał, stał się wilczy. A żar między jej udami obracał się w pulsujące uderzenia bębna. Jej żołądek ścisnął się w ostrej fali pragnienia. Boże, ale ona była wygłodniała, tak zmysłowo wygłodniała. A Riley wziął ją, jego uchwyt był nie do zerwania. W tym momencie leopard nie przejmował się tym, że on nie był kotem. Obchodziło go tylko to, że był silny, seksowny i podniecony. Ku własnemu zaskoczeniu uniosła ciało ku niemu, bez zdawania sobie z tego sprawy. Jej pośladki ocierały się o niego, kusząc i zapraszając jednocześnie. „Powiesz o tym komukolwiek a wyrwę ci serce.”

„Rozmawianie nie jest tym, co mnie w tej chwili interesuje.” Wypuścił jej ręce i pozwolił jej przewrócić się na plecy … tylko po to, by móc rozsunąć jej uda i ustawić swoją erekcję pewnie u jej wejścia. Jedynym co była w stanie zrobić to powstrzymać się od głośnego jęknięcia. Uniósł się na ramionach patrząc w dół wilczymi oczami – czarnymi źrenicami okolonymi pierścieniem bursztynu, który zmieniał się w głęboki brąz jego źrenic świecących w nocy. „Jak ostro?” Jego seksualność była niczym prymitywna siła uderzająca ją w skórę. „Mocno.” Chciała być naznaczona, zużyta aż będzie cała przekręcona i śpiąca od przyjemności. I chciała tego samego dla niego. Złapała jego grube jedwabne włosy, które pragnęła poczuć na swoich piersiach, przyciągnęła jego głowę w dół i pocałowała go warcząc w tyle gardła. Złapał ją za gardo i przycisnął lekko jedną ręką. „Zachowuj się.” Tym razem go ugryzła. Pełne warknięcie wypełniło jej usta, gdy Riley Kincaid poddał się swojemu wilkowi i pokazał jej dokładnie dlaczego jest najstarszym Porucznikiem Śnieżnych Tancerzy. Jej tunika była w kawałkach zanim zdążyła mrugnąć, chwilę później zniknął jej stanik. Jego ręka zacisnęła się na krągłych kształtach jej nagiego ciała, a gdy oderwał swoje usta od jej warg i przesunął się w dół wiedziała, że poczuje zęby. To czego nie wiedziała, to to, że Riley będzie ssał jej sutki tak jakby były jego ulubionymi smakołykami, zanim zatopi te silne zęby w jej delikatne ciało. Jej plecy wygięły się na runie leśnym, a ona złapała się mocno za jego śliskie od żaru ramiona. Gdzie zniknęła jego koszula? Nie obchodziło jej to. Jednym co wiedziała to, to że miała pod swoimi rękami cudowne męskie ciało, i czuła się tak strasznie dobrze. Ignorując jego warknięcie odciągnęła jego głowę od jej piersi i ponownie przygryzła jego usta. Riley miał piękne usta jak na wilka. Chciała go w nie uszczypnąć już od kilku miesięcy. Więc to zrobiła. A potem przesunęła ustami wzdłuż jego szczęki i nad krawędzią jego karku. Sól, mężczyzna, wilk. Wilk. Wróg. Jej kot znowu warknął. Ale to warknięcie było pogrzebane w czystym żarze. Miał pyszny smak. Gdy złapał ręką jej długie do pasa włosy i przyciągnął jej głowę z powrotem po kolejny pocałunek. Nie protestowała. Był równie dziki, jak ten pierwszy. Mokry i głęboki, i otoczony obietnicą surowej seksualnej przyjemności, bez żadnych hamulców. „Teraz.” Rozkazała, gdy się od siebie oddzielili, jej ciało było bliskie wibrowania coraz silniejszym pragnieniem. „Nie.” Przesunął się w dół jej ciała i nagle jej spodnie i figi gdzieś zniknęły. Poczuła pocałunek pazurów po wewnętrznej stronie ud, i wiedziała, że zrobił to celowo. Nie było bólu, nie był to nawet prawdziwy dotyk. Jedynie muśnięcie. Wystarczające by przypomnieć jej kotu, że mógł ją wziąć. Więcej niż wystarczające, by jej podniecenie wystrzeliło do poziomu stratosfery. „Cholerny wilk.” Wydusiła z siebie. Rozsunął jej uda silnymi, szorstkimi dłońmi i przyłożył do niej usta. Krzyknęła. Riley najwyraźniej nie był w nastroju by postępować wolno i łatwo. Mocno ją polizał, pewnymi ruchami, possał, a potem uszczypnął. Orgazm przedarł się przez nią tak ostro, że wiedziała, że jutro jej mięśnie będą protestować. Kontynuował używanie na niej tych ust, tych zębów, aż poczuła jak jej ciało ponownie się spina po niesamowicie krótkim czasie. Ale chciała więcej niż tylko kolejnego wybuchu przyjemności. Chwyciła jego ramiona, przyciągnęła go w górę, wiedząc, że nie byłaby w stanie tego zrobić, gdyby z nią nie współpracował. To byłoby wkurzające … w innej sytuacji. „Zrób to wilku.”

Zrobiła pazurami ślady w dół jego kręgosłupa. Nawet nie jęknął. „Moje imię kiciu. Powiedz moje imię.” „Pan Błotny Badyl, w skrócie Błotko.” Powiedziała, mimo tego, że w tym samym czasie ocierała się o twarde wybrzuszenie jego pokrytej dżinsem erekcji. Szorstkość tej tkaniny dostarczała jej niesamowitych doznań. Naga skóra podobałaby się jej nawet bardziej, ale był niewruszony. „Powiedz to, albo nie dostaniesz dzisiaj dla ciebie kutasa.” Jej szczęka opadła. „Pieprz się.” „Niedługo będziesz to robić.” Ponownie ją pocałował. Była to mieszanina języka i zębów i nieposkromionej męskiej siły. „Teraz” Pchnął w nią pozwalając jej poczuć ciężki mroczny żar, który mogła mieć. „Jak brzmi moje pieprzone imię?” Dalsze warczenie na niego było kuszące, ale jej skóra byłą śliska od potu, a on był nad nią taki wielki, dziki, i smakowity. Chciała mieć go w sobie. Teraz. „Mężczyźni i ich ego.” Wymruczała tylko po to, by go trochę wkurzyć. „Zrób to Riley. Albo znajdę kogoś innego.” Trzymał jej głowę w miejscu przez kolejną długą sekundę zanim obniżył swoją twarz ku niej, te bursztynowe oczy dokładnie mówiły jej dokładnie kto jest w nim u władania w tym momencie. „Coś ty powiedziała?” Ciche, bardzo ciche słowa. Podrapała jego plecy. Tym razem wilk warknął na nią, a następnych kilka minut minęło w furii rozdzieranego ubrania i nieposkromionych pocałunków. Wykrzyków przyjemności połączonych z jęknięciami. I nagle był nad nią nagi. Silny, gorący, piękny. Uniosła się ku niemu czując jak jej oczy zmieniają się w oczy leoparda, gdy położył dłoń na jej udzie, by przytrzymać ją w miejscu i dotknął jej swoją podnieconą długością. Chciała sięgnąć w dól, ale na nią warknął. Normalnie odpowiedziałaby tym samym, ale sprawiał, że czuła się tak cholernie dobrze. Więc oplotła wokół niego swoją drugą nogę i przejechała dłońmi po jego włosach rozkołysując ciało, by wygięło się w górę. „Chcę cię w sobie.” Zaczął się w nią wpychać. Wzięła głęboki wdech. Ten mężczyzna był twardy jak skała i wystarczająco gruby, by sprawić, że jej mięśnie napięły się niemal do granicy bólu. Zadrżała. „Więcej.” Wziął ją na słowo wbijając się w nią z powolnym intensywnie erotycznym skupieniu, które sprawiło, że jej wewnętrzne mięśnie zaczęły dostawać spazmów ekstazy jeszcze zanim był w pełni w środku. A gdy się tam znalazł nigdy nie czuła się tak wzięta w całym swoim życiu. Ale dał jej jedynie kilka sekund do przyzwyczajenia się zanim jego usta ponownie zapanowały nad jej wargami. W tym samym czasie jego ciało uderzało poruszało się w nią i z powrotem z siłą, w której jej leopard cały się kąpał. Wilk, czy też nie, ten mężczyzna był wart tego, by z nim tańczyć. Poruszała się razem z nim, oddając mu pocałunki, przesuwając dłońmi po jego ciele i szczypiąc go w usta tylko dla tego, że mogła. Trzymał ją przygniecioną do ziemi, gdy ją brał, tak jakby wiedział jak cholernie mocno potrzebowała dobrego, ostrego rżnięcia. Gdy znowu dostała orgazmu pochłonął ją z ostrym krzykiem. Cudownym zaciśnięciem się wokół jego grubego żaru i wybuchem gwiazd pod jej powiekami. Światła kontynuowały drgać nawet, gdy powróciła z powrotem na ziemię. Riley nadal był w niej gorący i podniecony. Poruszał się niewzruszonymi mocnymi pchnięciami, które w ciągu kilku chwil pchnęły ją na kolejną krawędź. Tym razem ugryzła jego kark na wilczy sposób, a on w końcu razem z nią przeszedł przez krawędź. ROZDZIAŁ 2 Wcześnie następnego ranka smukła kobieta Psi weszła do restauracji zajmującej się podawaniem

śniadań i kolacji (bez obiadów) na południu San Diego. Usiadła i położyła obok siebie walizkę. Była ubrana w ciemno szarą garsonkę z marynarką, która przylegała do jej tali i spodni z kantem uszytych z tego samego materiału. Kołnierzyk jej koszulki był wyprostowany i bały. Jej paznokcie były przycięte tak by były krótkie i czyste. Kelnerka uśmiechnęła się, ale nie spodziewała się odpowiedzi. Wszyscy Psi – cóż, wszyscy, poza tymi, które ostatnio uciekły – były pozbawionymi emocji robotami. Słyszała plotki, że nie rodzili się tacy, że byli trenowani, by nie odczuwali emocji. Cholerna głupota, gdyby ktoś ją o to zapytał. Co było warte życie bez miłości, bez śmiechu? Tak, owszem po drodze trafiało się trochę łez, ale cóż, takie było życie. Należało je przeżyć. Ale nie powiedziała niczego, z tego co krążyło jej po głowie – Psi nie odczuwali emocji, ale dawali napiwki w dokładnie prawidłowym procencie. To było lepsze niż niektóre sknery, które zmuszały ją, by biegała padając z nóg, a potem zostawiali jej jedynie parę groszy. Każdego dnia wolałaby obsługiwać Psi, zamiast nich. „Co będzie?” Zapytała trzymając staromodny notatnik do zamówień. W ten sposób to miejsce trzymało się w interesie – ludzie przychodzili dla „atmosfery” jak określał to jej szef. Śmiała się z niego – ten stary flirciarz był jej mężem, musiała go trzymać krótko – ale miał rację. Ludzie lubili obrusy w kratkę bardziej niż drewniane stoły, obsługę ludzi zamiast tabeli zamówień wbudowanych w stoły, a nawet starą szafę grającą, którą uruchamiali wieczorami. Dlatego mieli dużo klientów spośród ludzi i zmiennokształtnych. Kilkoro Psi, którzy czasem przychodzili byli głównie osobami podróżującymi na jakieś spotkanie w mieście. Ta wyglądała dokładnie jak jedna z nich. Ładna, z tymi jasnymi zielonymi oczami otoczonymi skórą ładnego delikatnego brązu. Psi bardzo często byli powalający – prawdopodobnie mieszali w genach jeszcze w łonie, pomyślała kelnerka. „Kochanie?” Nalegała, gdy kobieta nadal nie odpowiadała. Kobieta Psi mrugnęła i wpatrywała się w nią. Kelnerka mogła przysiąc, że dostrzegła w jej oczach desperację. I w tym momencie walizka wybuchła. ROZDZIAŁ 3 Riley obudził się znajdując swojego brata, Andrew, siedzącego u podnóża jego łóżka z kubkiem kawy w dłoni i gównianym uśmiechem na twarzy. „Niezła sztuczka, braciszku.” Powiedział. „Wziąłeś prysznic przed pójściem spać. Prawdopodobnie też zamoczyłeś się w strumieniu zanim przyszedłeś do domu.” Riley po prostu czekał. Drew był naprawdę dobry w sprawianiu, by ludzie powiedzieli mu wszystko w odpowiedzi na jego podstępne pytania sugerujące, że i tak już wszystko wiedział. Zrzucał winę przyczyny tego, że tak się działo na to, że był środkowym dzieckiem. Riley uważał, że to przez to, że był mądralą. „Ale zapomniałeś opróżnić pojemnik na pranie.” „Wąchasz teraz pranie?” Uniósł brew wiedząc, że Drew nic nie miał. Jego ciuchy były zniszczone – przyszedł do domu w formie wilka. I zamoczył swój tyłek w mroźnym jeziorze zanim wrócił. „Na prawdę musisz kogoś zaliczyć.” „Och, nie rozmawiamy teraz na temat mojego życia erotycznego.” Kolejny pewny siebie uśmiech. „Twoje jest dużo bardziej interesujące.” Riley nadal leżał na plecach czując delikatny ból na ramieniu. „Dlaczego jesteś tutaj? Powinieneś być w tym tygodniu w Los Angeles.” Drew ostatnio awansował – zajął rolę, która wymagała od niego przemieszczania się po różnych miastach znajdujących się pod kontrolą Śnieżnych Tancerzy i składania raportów bezpośrednio do Hawk'a, ich alfy.

Było to bardzo potrzebne zadanie, i duża odpowiedzialność. Ponieważ Śnieżni Tancerze nauczyli się w śnieżno białym chłodzie ich poprzedniej zimy, że nie każdy wilk był dobry. Nie każdy wilk chronił. Ta lekcja zapadła stadu głęboko w serce i nadal krwawili w jej wyniku. Ale ten ból nie powstrzymał ich przed naprawieniem tego, tak by ta sytuacja nie mogła się już powtórzyć. Stąd nowa pozycja Andrew jako oczu i uszu Hawk'a wśród tych, którzy w innym wypadku mogliby być przeoczeni. Dowodził małą grupą mężczyzn i kobiet, którzy byli absolutnie lojalni wobec Śnieżnych Tancerzy. Ludźmi, którzy prędzej sami wycięliby sobie serce, niż skrzywdziliby niewinną osobę. Łatwo również nawiązywali przyjaźnie i szybko się śmiali. Drew, w szczególności, mógł sprawić, by każdy powiedział mu niemal wszystko. Co sprawiło, że Riley nauczył się być bardzo ostrożnym wobec zupełnie niewinnych pytań swojego młodszego brata. „Zamieniłem się z Kieran'em.” Powiedział teraz Drew. „Chciał uniknąć kogoś w legowisku.” Riley wiedział dokładnie kogo ten żołnierz chciał uniknąć. „Zerwał ze swoją ostatnią dziewczyną.” Fakt, że Kieran technicznie był człowiekiem adoptowanym przez Śnieżnych Tancerzy jako dziecko nie wydawał się stawać mu na przeszkodzie, by zachowywał się jak wilk na polowaniu. „Z tego co słyszałem ta kobieta pragnie krwi.” „Domyśliłem się tego.” Do jego oczu wróciła iskra psoty. „Więc kim ona jest?” „Myślałem, że już wiesz?” Drew jęknął. „Wiem, że zaliczyłeś. To jedynie kwestia czasu, zanim wywącham prawdę.” „Daj sobie siana.” Zaczął wstawać, ale zdał sobie sprawę dlaczego jego ramię piekło. Mercy mocno go wczoraj podrapała. Ludzkiego mężczyznę mogłoby to nieco zniechęcić. Ale sprawiło, że wilk Riley'a uśmiechnął się. Noszenie śladów po jej pazurach było niczym odznaka honorowa – ponieważ znaczyło, że doprowadził ją do takiej przyjemności, że aż się zapomniała. Jeżeli naprawdę byłaby jego kochanką, pokazywałby wszystkim te zadrapania. Ale nie wiedział kim dla niego była. Za wyjątkiem tego, że była kobietą, która sprawiała, że był gorący i napalony dużo szybciej niż jakakolwiek inna. Więc nadal leżał na plecach, brutalnie świadomy tego, że jeden raz mu nie wystarczy. Nawet odrobinę. Jego żołądek zacisnął się. „Odejdź Drew. Niedługo wstanę.” „Hmm, chce żebym sobie poszedł. Dlaczego?” Drew wolno popijał swoją kawę. „Może dlatego, że mała kocica naznaczyła naszego szanowanego porucznika?” Riley ledwie powstrzymał się przed reakcją na komentarz o kocicy. Nie miał zamiaru ukrywania łączącej go zawiłej sytuacji z Mercy – mogła być frustrująca jak jasna cholera, stanowić totalny wrzód na tyłku, ale była również niewiarygodnie silną, seksowną kobietą. Kimś kogo każdy facet byłby dumny mogąc nazwać kochanką. Ale potrzebował czasu, by wymyślić jak się z tym wszystkim uporać. W momencie, gdy ta myśl sformułowała się w jego głowie usłyszał głos Mercy, fragment z jednej z wielu ich sprzeczek. „Matko, Riley, czy ty kiedykolwiek po prostu reagujesz?” „Gdy jest to konieczne.” „Gdy jest to konieczne.” Doskonale odzwierciedliła jego głos. „Nazwałabym cię Psi, ale sądzę że Psi mogliby poczuć się urażeni tą zniewagą.” „Ja czuję.” „Ale twoje uczucia przechodzą przez dziesięć różnych filtrów zanim je wypuścisz.” Przerzuciła przez ramię swoje włosy, które miała związane w wysoko upięty kucyk. „Nie przeszkadza mi to – za wyjątkiem, gdy doprowadzasz mnie do szaleństwa z tymi swoimi planami.” Wypowiedziała słowo „plan” tak jakby było długie na siedem sylab. „Poradzimy sobie z pewnymi sytuacjami, gdy one

zaistnieją. Nie potrzebujemy do tego schematu z zaznaczonymi kolorkami.” Oczywiście nie miał schematu. Mercy po prostu lubiła go drażnić, tak mocno jak to tylko było możliwe. „Myślę, że musisz iść zobaczyć się z Brenn'ą.” Powiedział do Andrew, gdy jego brat nadal się nie ruszał. „Chodzą wieści, że pokłóciła się z Judd'em.” Riley lubił Judd'a, ale był on związany z jego małą siostrzyczką. Więc Riley zarezerwował sobie prawo, by od czasu do czasu nim wstrząsnąć. I użyć go jako przykrywki, by rozproszyć uwagę Drew. „Ze mną nie będzie o tym rozmawiać – idź się upewnić, że nie rozstawia jej po kątach.” Drew wyszedł tak szybko, że aż stworzył za sobą bryzę. Riley zastanawiał się, czy Judd walnie Drew za jego niechcianą – i całkowicie niepotrzebną – interwencję. „Dobrze mu to zrobi.” Wymruczał wstając i skradł kawę, którą jego brat zostawił za sobą. Judd prędzej odetnie sobie ręke niż skrzywdzi Brenn'ę. Tylko dlatego jeszcze żył. Ponieważ Riley nie był Mercy, z jej zapierającą dech w piersi szczerą naturą, on odczuwał wszystko głęboko. A swoją siostrę kochał z siłą, która sprawiała, że regularnie nazywała go nadopiekuńczym niedźwiedziem. Nie obchodziło go to. Stado pomogło – bardzo dużo – ale to Riley'a Brenna szukała po śmierci ich rodziców. To Riley całował jej zranienia i łagodził jej koszmary. Fakt, że była związana nie zmieniał jego prawa, by się o nią troszczyć. Węzeł winy i furii związał się wokół jego serca zaraz po tej myśli. Zeszłej nocy nie śnił, ale miał w sobie ten ból, jak zawsze. Ponieważ prawda była taka, że zawiódł Brenn'ę, gdy potrzebowała go najbardziej. Ten drań Psi Santano Enrique skrzywdził jego siostrę. Skrzywdził ją tak mocno, że niemal ją złamał. „Ale ona się nie złamała. Przetrwała do cholery, a ostatnią rzeczą jakiej teraz potrzebuje jest brat idiota, który się nad sobą użala.” Ponownie głos Mercy. Rzuciła w niego tymi słowami, po tym jak zawarczał na nią o jeden raz za dużo po uratowaniu Brenn'y. Co, by powiedziała, gdyby teraz mogła usłyszeć jego myśli? Sięgnął do tyłu, by dotknąć ramienia. Na jego twarz wypłynął ostrożny uśmiech, gdy stara wściekłość ustąpiła miejsca fali bardzo prymitywnego pragnienia. Gdyby wiedział, że sprawy między nimi będą takie przyjemne, posłałby samokontrolę do diabła i ruszyłby za nią już kilka miesięcy temu. To, pomyślał idąc do łazienki, był błąd, którego już nie powtórzy. Zanim Drew przyciągnął swój żałosny tyłek z powrotem Riley był już ubrany i jadł swoją jajecznicę. „Nie masz widocznych sińców.” Powiedział, gdy jego oczy powędrowały do klaty Drew. Jego brat był postrzelony prosto w serce ostatniej zimy, jego krew stworzyła na śniegu szkarłatne kwiaty – wilk Riley'a nie mógł powstrzymać się od niemal automatycznego sprawdzenia. „Albo Judd był w bardzo dobrym humorze, albo twoje żebra bolą jak jasna cholera.” „Śmiej się jeśli chcesz.” Powiedział Drew, a jego twarz wyginała się w złośliwym uśmieszku. „Ale teraz Brenna też wie, że coś jest na rzeczy.” Świetnie. Jeżeli Drew był wścibski, to Bren była nieustępliwa. „Nie masz własnego życia Drew.” „Więc nie masz nic przeciwko, że wsadzę nos w twoje.” Mercy leżała w łóżku jeszcze długo po jej normalnej godzinie pobudki wpatrując się w sufit swojej chaty. Była obolała jak jasna cholera, naznaczona ugryzieniami, podrapana, i posiniaczona, i miała ochotę mruczeć. Nie, żeby miała mu o tym powiedzieć – kiedykolwiek – ale Riley w łóżku wiedział co robi. Albo na runie leśnym. Wilk nie tylko ujechał ją niemal do nieprzytomności, ale dał jej najlepsze orgazmy jej życia. A to było po prostu zawstydzające. Jej najlepszy seks był z wilkiem. Żałosne. Tylko, że jej ciało mówiło jej, że ma się zamknąć i pławić się w tym uczuciu. Ponieważ, to było przyjemne. Wystarczająco przyjemne, by nawet mogła to powtórzyć. „Nie.” Powiedziała sobie w momencie, gdy ta myśl zawitała w jej głowie. „Raz – a większość nocy zdecydowanie liczy się jako raz – można uznać za błąd. Ale jeżeli zrobisz to znowu, to on zacznie

sobie wyobrażać, że ma do ciebie jakieś prawa.” Znała drapieżnych zmiennokształtnych mężczyzn. Lubili kontrolę. I w szczególności lubili, gdy kobiety im ulegały. A Riley był gigantycznym kawałem napełnianego testosteronem neandertalskiego wilka – prawdopodobnie myślał, że jej uległość była jego prawem. Prychnęła. „Nie w tym życiu.” Jęknęła, gdy jej mięśnie zaprotestowały, gdy się obracała. Ostatniej nocy wzięła prysznic, ale gorąca kąpiel zdecydowanie była dzisiaj w planach. I wiadomość. Jeden z członków jej stada z czystej przyjaźni z zadowoleniem przekazałby jej list, ale wtedy zobaczyłby ślady na jej ciele. Mogła wyobrazić sobie ich reakcję, gdyby dowiedzieli się, że uprawiała seks z wilkiem. Śnieżni Tancerze byli ich sprzymierzeńcami, ale leopard i wilk nie mieszali się łatwo. Prawdziwa przyjaźń zajmie cholernie dużo czasu. I, choć seks z Riley'em był świetny – dobra, gorący, małpi, cholernie cudowny seks – on również nie był jej przyjacielem. Przez większość czasu irytował ją przez sam fakt, że oddychał. Podskoczyła, gdy jej panel komunikacyjny odezwał się. Podniesienie przenośnego zestawu słuchawkowego stanowiło wysiłek polegający na rozciągnięciu dłoni i wynurzeniu się z ciepłego kokonu łóżka. „Tak?” „Mercy włącz wizję.” Całe lenistwo z niej uszło. „Babcia?” „Oczywiście, że to ja. A teraz włącz wizję. Pospiesz się dziewczyno. Twój dziadek czeka byśmy mogli jeszcze przed spotkaniem uderzyć w horyzontalne tango.” Mercy zaczerwieniła się. „Zupełnie nie potrzebowałam mieć tego obrazu przed oczami. I nie będzie wizji – jestem nago.” Ale tak naprawdę martwiła się, że sokoli wzrok jej babci wypatrzy punkt, jaki zostawiło na jej szyi ugryzienie Riley'a. „Nie masz niczego, czego ja bym nie miała.” Powiedziała jej babcia. „Babciu.” Uśmiechnęła się mimo wszystko. „Nie jestem jednym z członków twojego stada, więc nie odgrywaj na mnie alfy.” Babcia od strony mamy prowadziła stado Azurowe Słońce w Brazylii. Strażnicy Isabell'i stali przy niej, gdy się starzała, ponieważ w przypadku zmiennokształtnych nie zawsze chodziło o siłę – wiek i doświadczenie liczyło się równie mocno. Nie, żeby jej babcia nie była w fenomenalnie dobrej kondycji. „Nie odgrywam alfy, Mercy, kochanie. Ja jestem alfą.” Powiedziała to ze spokojną pewnością siebie kobiety, która wiedziała kim była ii nic jej nie obchodziło co myśleli inni. „I ta alfa ma dla ciebie prezent.” Każda komórka w ciele Mercy napięła się w stanie podwyższonego alarmu. „Babciu? Coś ty zrobiła?” „Nie bądź taka zmartwiona, kochanie. Wiem, że powiedziałaś, że nie możesz opuścić stada by przyjechać do mnie, żeby sprawdzić, czy któryś z moich Strażników nie nadaje się na twojego wybranka, ale my teraz mamy dosyć spokojny czas, więc wysyłam do ciebie Eduardo i Joaquin'a.” O. Dobry. Boże. „Babciu nie musisz bawić się w swatkę. Znalazłam kogoś.” Z kim mogłaby mieć dziki seks, ale nie sądziła by jej babcia musiała usłyszeć ten fragment. „Naprawdę?” Ostry dźwięk. „Mniej dominującego niż ty?” Powiedz moje imię kiciu. Jej pazury wychyliły się ze skóry grożąc zniszczeniem pościeli. „Nie.” „Jest twoim wybrankiem?” Jej leopard prychnął na ten pomysł. „My dopiero się ...” „Więc nie ma szkody w tym, by mieć szersze pole do wyboru.”

Mercy niemal dusiła swój zestaw słuchawkowy. „Babciu, ja naprawdę nie potrzebuję żadnej pomocy. Nie przysyłaj tutaj swoich Strażników.” Unikanie dwóch bez wątpienia dominujących mężczyzn nie było jej pomysłem na spędzenie dobrego czasu. Zwłaszcza nie, gdy jedyny mężczyzna na którego wydawało się reagować jej ciało był wilk, któremu więcej niż raz groziła śmiercią. „Za późno.” Powiedziała Isabella. „Uzgodniłam to z Lucas'em już kilka dni temu – moi ludzie są już prawdopodobnie na twoim terytorium. A jeżeli nie wyjdzie ci z nimi, mam kilku innych nie związanych Strażników, którzy uważają, że byłabyś świetną wybranką.” Mercy uderzyła pięścią w czoło. „Zaraz odeślę ich z powrotem. Nie potrzebuję związanych z tym komplikacji.” „Oczywiście, że potrzebujesz kochanie. A jeżeli mężczyzna, z którym się spotykasz nie jest w stanie znieść odrobiny konkurencji, powinien wycofać się z gry.” Jej głos zmienił się, stał się czystym głosem alfy. „Potrzebujesz twardego mężczyzny Mercy. W przeciwnym wypadku rozdepczesz jego serce i zjesz je na śniadanie.” „Dzięki.” „To życiowy fakt, kiciu.” Przytłumiony szept. „A jeżeli już mowa o twardych mężczyznach, twojemu dziadkowi wyczerpała się cierpliwość. Pogadamy później, jak już spotkasz Eduardo i Joaquin'a.” Już miała odłożyć telefon na stolik nocny, gdy ponownie obudził się do życia. Tym razem sprawdziła wyświetlacz, by wiedzieć kto dzwoni. „Lucas? O co chodzi?” „Musisz przeprowadzić patrol w Zagajniku. Jest tam coś, czego być nie powinno.” Jej umysł przestawił się w schemat Strażniczki. „Tak jak ostatnim razem?” Wtedy chodziło o rannego uciekiniera Psi, którego odnaleźli. Późniejszy finał tego spotkania niemal zabił zarówno Dorian'a, jak i Ashay'ę. „Nie. Wieść głosi, że w powietrzu jest tam zapach śmierci.” Powiedział Lucas ponurym tonem. ROZDZIAŁ 4 Przez jej żyły przepłynęła lodowata woda. „Psi, człowiek, czy zmiennokształtny?” „Nie ma potwierdzenia – zadzwoń do mnie jak tylko będziesz to wiedzieć. Jeden z Śnieżnych Tancerzy też już jest w drodze, by do ciebie dołączyć.” „Dlaczego?” Jej leopard zjeżył się. „Zagajnik jest na naszym terenie.” „To jeden z ich nastolatków wyczuł coś, gdy przechodził w pobliżu ...” „Cha. Pewnie przyszedł wywinąć jakiś numer.” Powiedziała Mercy. Jako oficjalny łącznik Ciemnej Rzeki i Śnieżnych Tancerzy niewiele było rzeczy, których nie wiedziałaby na temat małej wojny terytorialnej między młodzieżą – i młodymi dorosłymi – kotów i wilków. Wszystko, co dotyczyło obu stad i nie wymagało uwagi alfy przechodziło przez nią … i Riley'a. Ślad po ugryzieniu na jej karku załaskotał w zmysłowej pamięci – mogła niemal poczuć jego usta i zęby na jej wyczulonym ciele. „Cokolwiek poważnego, czym musiałbym się martwić?” To przywróciło ją z powrotem do teraźniejszości i przecząco potrząsnęła głową. „Nie. Po prostu spuszczają parę. Próbują ustalić między sobą hierarchię.” Zarówno Ciemna Rzeka, jak i Śnieżni Tancerze prowadzili zdyscyplinowane stada – ich młodsi członkowie dokładnie wiedzieli jak daleko mogą się posunąć. „Może dam radę przybyć do Zagajnika zanim dostanie się tam Śnieżny

Tancerz.” „Jesteśmy sprzymierzeńcami.” Lucas brzmiał na bardzo cierpliwego. „Bądź miła.” Wiedziała, że wymieniał złośliwości z Hawk'iem, alfą Śnieżnych Tancerzy, za każdym razem, gdy się spotykali. „Będę, jeżeli ty będziesz.” „Zamknij się, jestem twoim alfą. Idź i zobacz co tam się dzieje.” Odłożyła słuchawkę z uśmiechem na twarzy, który szybko zniknął, gdy rozważała co może znaleźć. Pośpieszyła się, by obrzucić twarz odrobiną wody – kąpiel będzie musiała zaczekać, aż będzie miała parę godzin, by się zrelaksować. Choć jej mięśnie nadal były nadwyrężone, nie było to nic co mogłoby ją powstrzymać. Istniały powody, dla których była Strażnikczką – była wysportowana, śmiertelnie niebezpieczna, i doskonale potrafiła rozłożyć na łopatki większość mężczyzn o połowę większych niż ona sama. Ale Riley się do nich nie zaliczał. Jej zęby wyszczerzyły się na wspomnienie tego jak ją przygwoździł do ziemi – może i podobało jej się to zeszłej nocy, ale jeżeli wilk spróbuje to wykorzystać, by zmienić balans władzy w ich relacji Strażnik – Porucznik, sprawy naprawdę przybiorą brzydki obrót. Jej umysł wypełnił się obrazami jego blokującego jej ciosy i próbującego jej nie skrzywdzić. Zdusiła mały przypływ ciepła, który groziła uniesieniem się na powierzchnię. Ponieważ, jeżeli była jedna rzecz, którą wiedziała na temat drapieżnych zmiennokształtnych mężczyzn, była to wiedza, że niezbyt dobrze tolerowali stawianie granic – jeżeli ustąpi parę centymetrów, on weźmie cały kilometr, i zacznie starać się ją bronić na polu walki. Zrobiła niezadowoloną minę z powodu tej myśli, wytarła twarz i poświęciła kilka sekund by zakryć pewien znak, a potem uczesała włosy w wysoki kucyk zanim ubrała się w dżinsy, zwykłą białą koszulkę i trapery. Jej komórka leżała na stoliku nocnym, wzięła ją po drodze na zewnątrz i wsadziła ją do tylnej kieszeni. Jesienne powietrze było świeże, słodkie, niemal zbyt zimne. Wciągała je głęboko w płuca, gdy biegła przekazując kontrolę leopardowi, choć pozostawała w ludzkiej formie. Wiedziała instynktownie, gdzie postawić stopy, kiedy się uchylić, kiedy zmienić kierunek ponieważ łatwiejsza ścieżka leżała odrobinę po lewej lub po prawej. To po prostu było niczym esencja istnienia. Mimo mrocznej natury tego co leżało przed nią, uśmiechała się, gdy pierwszy cień zapachu dotarł do jej nosa. Jej tępo zmniejszyło się, gdy przeszła przez szeroki trakt ziemi znany jako Zagajnik. „Bóg nie byłby tak okrutny.” Ale był. Ponieważ właśnie z przeciwnego kierunku biegł na jej spotkanie Riley. Jego wyraz twarzy miał już teraz znajomy brak wyrazu – sprawiał on, że chciała go dźgnąć igłą tylko po to, by wydobyć z niego jakąś reakcję. Gdyby nie widziała tej samej twarzy wykrzywionej intensywną pasją, pomyślałaby że jest robotem. Dla drapieżnego zmiennokształtnego mężczyzny, zwłaszcza równie dominującego co Riley, był to dosyć mocny popis aktorstwa. „Zbieg okoliczności?” Zapytała z cukierkową słodyczą. Jego oczy – ciemne, intensywne i niezwykle skupione – powędrowały do jej karku. „Nie da się tak szybko wyleczyć ugryzienia.” Jego słowa były opanowane, ale jego szczęka była brutalnie napięta. „Może ja potrafię.” A może miała naprawdę dobry podkład. „Zróbmy to.” Przebiegła w lewą stronę, gdy on pobiegł w prawą. „Cokolwiek?” Zapytała, gdy spotkali się po drugiej stronie nierównego kręgu. „Nie. Kolejny skan.” Zawarczała na niego. „Wiem co robię. Nie wydawaj mi rozkazów.” Te bardzo spokojne oczy nawet się nie zmrużyły. „Dobra.” I już go nie było.

To ją wkurzyło. I zdała sobie sprawę, że był to dokładnie taki rezultat jaki chciał osiągnąć. Riley dokładnie wiedział jak na nią wpływać. Tak jakby miał specjalny fakultet z wkurzania jej – zamarła, powąchała powietrze i złapała zapach, który sprawił, że jej żołądek zwinął się w supeł. „Cholera.” Przyłożyła dwa palce do ust i zagwizdała. Minutę później dołączył do niej Riley. „Jakiś rodzaj kota.” Powiedział w momencie, gdy się do niej zbliżył. „Zmiennokształtny ryś.” Przykucnęła, by potwierdzić zapach, a gdy potrząsnęła głową … i złapała słaby zapach zapachu „śmierci”, który wystraszył młodzika. Jej dusza zmroziła się, mimo tego, że leopard szeptał jej, że ten zapach nigdy nie należał do człowieka. „Jest tutaj ponieważ w pobliżu jest też populacja dzikich rysiów.” Riley zacisnął ramiona, a jego dłonie zmieniły się w pięści. „Zdziczała.” „Miejmy nadzieję, że nie jest za późno.” Mercy przełknęła i wstała. Zdziczali zmiennokształtni, byli tymi którzy całkowicie poddali się swojej bestii, a ich ludzka połowa z czasem zaniknęła. Gdyby zmieniali się całkowicie w zwierzęta nie miałoby to aż takiego znaczenia – tak, łamałoby to serca, ale tym zagubionym pozwolono by żyć w spokoju. Ale zdziczali byli mądrzejsi i szybsi. I lubili polować na tych, których kiedyś nazywali rodziną. Ale ta … „Riley to dziecko.” Z oczu Riley'a spoglądał na nią wilk. „Znasz ją?” „Rodzina Willow musiała uzyskać zgodę, by przebywać na naszym terytorium.” Drapieżni zmiennokształtni mieli bardzo restrykcyjne zasady. Utrzymywały one pokój. A jedną z najbardziej podstawowych zasad było – nie wchodzenie na terytorium innego drapieżnika bez uzyskania zgody. „Jej rodzice pracują dla firmy, która przeniosła swoją siedzibę do Tahoe.” „Ile lat ma Willow?” „Wydaje mi się, że osiem.” Wzięła głęboki wdech próbując namierzyć źródło blednącego pasma krwi i śmierci. „Coś musiało stać się z jej rodzicami.” Wyciągnęła komórkę i wprowadziła numer Lucas'a, gdy zaczęli podążać za śladem Willow. „Mercy, znalazłaś ...” „To Willow.” Powiedziała do niego. „Musisz wysłać kogoś, by sprawdził dom Baker'ów.” Lucas przeklął pod nosem. „Nathan wcześnie rano wyjechał w tamtym kierunku. Powiem mu, żeby tam zajrzał.” Rozłączyła się, gdy Riley wskazał, że idzie w lewą stronę. Przytaknęła, i cicho niczym leopard okrążyła to samo miejsce z prawej strony, wyczuwając, że Willow była blisko. Ale nie znalazła dziewczynki. Tylko ciało małego dzikiego psa. Małe, ale umięśnione. „Jest bardzo blisko punktu bez powrotu, jeżeli to zrobiła.” Dzięki Bogu, że to było prawdziwe zwierze, a nie zmiennokształtny. Gdyby dziewczynka zabiła człowieka … Od tego punktu nie było już powrotu. Riley przykucnął koło niej. „Dziewczynka nie jadła mięsa. To była czysta wściekłość.” „Biedne dziecko.” Jej serce ścisnęło się – co mogło doprowadzić małą dziewczynkę, by posunęła się do czegoś takiego. „Musi być blisko. Jej zapach jest zbyt silny.” Mercy podjęła szybką decyzję i zaczęła ściągać trapery. „Pójdzie mi z nią łatwiej, jeżeli się zmienię.” Riley przytaknął. „Zostanę pod wiatr.” „Dobry pomysł.” W obecnym stanie wilk jedynie bardziej przeraziłby dziewczynkę, lub jedynie rozwścieczyłby ją. „Obróć się.” Zmiennokształtni nie byli purytaninami w kwestii nagości, ale teraz gdy Riley widział ją nago w bardzo intymnych okolicznościach … cóż, sprawy uległy zmianie. I to ją irytowało. „Powiedziała, obróć się.” Skrzyżował ramiona i oparł się o drzewo, a jego czekoladowo-brązowe oczy obserwowały ją bez mrugnięcia.

O tak, Riley dokładnie wiedział jak podnieść jej ciśnienie. Ale ona nie była kotem bez powodu. „Dobra.” Wzruszyła ramionami i ignorując go zaczęła się przebierać z efektywnością zmiennokształtnego zwijając ciuchy w kulkę i rzucając buty, by zawisły na drzewie. „Ja się tym zajmę.” Głos Riley'a rozległ się tuż za nią. A potem położył dłoń na jej ramieniu. Przeszły nią dreszcze. Elektryczność wytworzona przez ten prosty kontakt nadal przez nią przepływała, mimo tego że strząsnęła jego dłoń. „Nie dotykaj.” Kot mruknął na nią, chcąc więcej, ale ona zacisnęła zęby i trzymała przy swoim, wiedząc, że jeżeli teraz nie ustanowi zasad, Riley będzie popychał, i popychał, aż coś w niej pęknie. Ten facet lepiej odstawiał obsesję niż kilkoro skłonnych do tego leopardów. „Daj mi ubrania.” Jego gniew był cichy, niczym zbierająca się burza pod gładką powierzchnią, którą pokazywał światu. Uznając, że jej brak zgody na przywileje skóry był dla niego niemiłą niespodzianką rzuciła swoje ciuchy w jego ręce … „Dobra, rozgość się.” … i zmieniła postać. Agonia i ekstaza, czysta przyjemność i przeszywający ból. Wszystko skończyło się w ciągu jednej chwili. Riley przyklęknął ściskając znajdujące się na tyle jej karku futro. „Jesteś całą posiniaczona na plecach. Dlaczego do cholery nie powiedziałaś mi, że cię bolało?” Bo w tedy nie bolało, geniuszu. Kłapnęła na niego zębami i odsunęła się dalej, a potem poszła w kierunku rysi. Była świadoma tego, że Riley został lekko z tyłu, gdy zajął się łapaniem jej ubrań, a potem jego zapach całkowicie zniknął. To przypominało jej o czymś. Dziewczynka niezbyt ucieszy się z powodu wyczucia zapachu Riley'a w jej futrze. Zatrzymała się na chwilę by przetoczyć się w świeżych liściach, zgniatając je by oplotły jej zapach w echo mieszaniny lasu. Potem bardzo, ale to bardzo ostrożnie, podeszła do małego zagajnika, który pojawił się na końcu śladu zapachowego. Najpierw zobaczyły ją dzikie rysie. Powitały ją delikatnymi warknięciami, ale gdy nie wydała z siebie, żadnych odganiających je dźwięków zajęły się swoimi sprawami. Willow siedziała pośród grupy kociaków rysiów. Tylko że była od nich większa, a jej oczy były inne, unikatowe. Sposób w jaki się trzymała, w jaki pachniała, to wszystko oznaczało ją jako zmiennokształtną. Mercy podeszła do niej i odgoniła kociaki, będąc jednocześnie ostrożną, by ich nie skrzywdzić. Uciekły, choć kilkoro małpich łobuzów próbowało uszczypnąć ją w nogi. Wystarczyło jedno warknięcie i zniknęły. Willow nie ruszyła się. To również wyróżniało ją spośród nich. Zamiast wyzywać dziewczynkę Mercy usiadła koło niej przyduszając ją do drzewa. Mała figura Willow przy boku Mercy sprawiała wrażenie zimnej. Jej puls nie był podwyższony, tak jak być powinien. Biedny kociak był w szoku. Mercy po prostu tam siedziała. Pozwoliła Willow poczuć, że jest bezpieczna. Chroniona przez kogoś większego i silniejszego, kto jej nie skrzywdzi. Zajęło to trochę czasu, ale małe pogrążone w szoku ciałko nieco się rozluźniło. A potem jeszcze trochę. Poczuła jak dziewczynka wtula się w nią i bierze pełen ulgi wdech – jeżeli Willow ją rozpoznała i szukała u niej komfortu, w takim razie jeszcze można było ją uratować. Pół godziny później Mercy zdecydowała, że już czas na następny krok. Wstała, obróciła się i uszczypnęła Willow w ucho. Kociak rysia wydał z siebie zdziwiony dźwięk a potem wstał na cztery nogi z wielkimi oczami. Mercy zmieniła się patrząc prosto w to ostrożne spojrzenie. Willow nadal była w formie rysia, gdy Mercy przykucnęła, a jej włosy rozlały się kaskadą wokół jej ramion. Cholera, zapomniała zdjąć gumki do włosów. I nie tylko to, po korektorze na jej szyi nie został nawet ślad. Podczas zmiany wszystko się rozpadało. Nawet tatuaże musiały być robione specjalnym atramentem, który wiązał się z ich komórkami w jakiś dziwny sposób, w który nieszczególnie chciała wnikać. Wystarczyło jej, że nie musiała robić swoich dwóch tatuaży na nowo

po każdej przemianie. „Hej, dzieciaku.” Pogłaskała główkę Willow przygładzając te jej słodkie zakończone pędzelkami uszy. Dziewczynka przykleiła się do jej dotyku, ale nadal się nie zmieniała. „Wiem, że jesteś przestraszona.” Powiedziała klękając, tak by mogła wziąć Willow na kolana. „Ale jestem tu teraz, i nie pozwolę nikomu cię skrzywdzić.” Dziewczynka leżała nieruchomo opierając się o jej bicie serca. Gardło Mercy groziło zaciśnięciem z powodu bezbronności dziecka leżącego w jej ramionach. „No dalej Willow. Muszę wiedzieć, kto cię skrzywdził, żebym mogła ci pomóc.” Pogłaskała dziecięce futerko i pocałowała jej mały nos. „Jesteś bezpieczna.” Włożyła w swój głos całą swoją dominującą naturę. Było jej sporo. Była jednym z najważniejszych członków zarówno Ciemnej Rzeki, jak i Śnieżnych Tancerzy. A dla tej dziewczynki oznaczało to, że jej rozkaz był niemal niemożliwy do nie wykonania. „Zmień się.” I Willow tak zrobiła. Mercy nie poruszyła jednym mięśniem w czasie, gdy kociak zniknął w drodze magicznej przemiany pełnej iskier koloru i radości. Chwilę później mała dziewczynka zeszła z jej kolan i przykucnęła naprzeciw niej. Jej oczy były wielkie od cierpienia. „Oni zabrali Nash'a.” „Twojego brata?” Nash, jak wiedziała, był studentem na MIT1 , ale miał przywilej odwiedzania na ziemiach Ciemnej Rzeki. Dziewczynka przytaknęła szybko. „Przyszli i skrzywdzili Mamę i Tatę, a jego zabrali.” Willoł mocno przełknęła. Jasnym było, że bardzo mocno stara się nie płakać. „Mama i Tata nie chcieli się obudzić.” O jasna cholera. „Willow, kochanie.” Przejechała dłonią po włosach dziewczynki koloru ciemnego blondu teraz już ostrożna z dotykiem. Zmiennokształtni w niektórych sprawach byli zabawni. Chociaż kociak mógł nie mieć problemów z przytuleniem się, mała dziewczynka nie pozwoli na całkowite rodzinne przywileje skóry komuś obcemu. „Zawołam teraz przyjaciela. On jest wilkiem.” Willow wpatrywała się w nią. Jej zranienie i terror chwilowo zostały przegnane przez totalne zadziwienie. „Wilk?” „Tak.” Wzruszyła ramionami. „Wiem. Ale on nie gryzie, więc nie martw się.” Kłamczucha. Willow nie wyglądała na szczególnie przekonaną, ale została w miejscu, gdy Mercy zagwizdała. Riley pojawił się w ciągu minuty – razem z jej ubraniami, butami i telefonem. Wdzięczna ubrała się. Gdy Riley ściągnął koszulkę i ofiarował ją Willow, mały ryś nieco się zawachał. „Nie martw się.” Powiedziała Mercy nie będąc w stanie oderwać wzroku od znaków pazurów na jego plecach. „Zapach wilka można łatwo zmyć.” Cholera, podrapała go mocno. Jej policzki zapłonęły, gdy zdała sobie sprawę z tego jak mocno się wczoraj zapomniała. Po kilku kolejnych sekundach Willow nałożyła jego koszulkę. Zakrywała niemal wszystko. Mogli być zmiennokształtnymi, ale czasami, w stosunku do obcych, byli również ludźmi. Dziewczynka wstała i spojrzała Riley'owi w oczy wykazując się odwagą, która sprawiła, że kot Mercy zawarczał w cichej aprobacie. „Dziękuję.” „Proszę bardzo.” Spojrzał na Mercy z pytaniem w oczach. Delikatnie mu przytaknęła. „Jesteś zmęczona kiciu?” 1 MIT to skrót od Massachusetts Institute of Technology – Instytut Technologiczny w Massachusetts. Jego celem jest jednoczesne kształcenie studentów i prowadzenie badań silnie zorientowanych na praktyczne potrzeby społeczne. Badania prowadzone w MIT zapoczątkowały wiele nowych gałęzi techniki. Do najważniejszych można zaliczyć: teleinformatykę, biotechnologię, nanotechnologię.

Willow potrząsnęła przecząco głową. „Dużo odpoczywałam.” Ale przebiegła cholernie daleki dystans od domu. Ale dziewczynka była drapieżnym zmiennokształtnym. Mniejszym niż leopardy, ale jednak nadal była drapieżnikiem. Mieli dumę wtłoczoną w każdą komórkę ciała. A ta mała zarobiła sobie prawo do tej dumy. „Dobrze. Daj mi chwilę i będziemy ruszać.” Wprowadziła numer Lucas'a. „Mercy. Mamy rodziców Willow. Żywych.” „Jak?” „Strzałki ze środkiem nasennym. Bardzo silne.” Krótka przerwa, gdy przedyskutowywał coś z inną osobą. „Para medyków stada mieszka niedaleko i robi im przegląd, ale niedługo powinni już być w drodze. Przywieź kociaka do Tammy.” Rozłączyła się i uśmiechnęła się do Willow. „Twoim rodzicom nic nie jest.” Przez dziewczynkę przepłynęła fala nadziei, za którą podążyła nieufność. „Nie chcieli się obudzić, i naprawdę źle pachnieli.” „Ktoś ich otruł – to sprawiło, że byli bardzo śpiący.” Willow przygryzła wargę. „To strata czasu.” Powiedział Riley. „Zobaczy na własne oczy, gdy tam dotrzemy.” Willow przytaknęła jak mały robot. „W takim razie choć, czas by trochę pobiec.” Zastanawiała się, czy dzieciak zdawał sobie sprawę, że właśnie przyjęła tą samą stronę co wilk. Pobiegła przodem, Willow w środku, a Riley z tyłu. Gdy dziewczynka zaczęła słabnąć Riley po prostu ją podniósł, wsadził sobie na plecy i nadal biegł. Willow trzymała się mocno. Leopard w Mercy warknął w aprobacie – jakiekolwiek były jego winy (a było ich sporo, i urosły do miana legend) – Riley wiedział jak opiekować się niewinnymi. ROZDZIAŁ 5 W Sieci Psi nastąpiła fala reakcji … co to było? Zamach bombowy? Wypadek? Cokolwiek to było sprawiło, że trafiło na pierwsze strony gazet w całym kraju. Ludzie żądali więcej informacji, a ci najbliżej restauracji włączyli lokalne stacje telewizyjne mając nadzieję, że ich dostarczą. Publiczne media były zadziwione tym jak Egzekutywa i Ratownicy zareagowali w ciągu kilku minut. Jednakże ludzki student zdołał nagrać coś kamerą telefonu. Było oczywiste, że w epicentrum znajdowała się kobieta Psi. Nastąpiła fala spekulacji – nie było to nieprzewidywalne, po pełnej przemocy ucieczce Ashay'i Aleine z Sieci – ale zamieszanie w końcu ucichło. Ludzie stwierdzili, że był to odosobniony epizod, najprawdopodobniej wypadek spowodowany przez chemikalia znajdujące się w teczce kobiety. Była naukowcem i badaczem – z dowodów wynikało, że popełniła błąd w osądzie i umieściła dwie groźne substancje w jednym miejscu. Nie było przyczyn, by uważać to za cokolwiek innego. ROZDZIAŁ 6 Mercy i Riley poprowadzili Willow do pojazdu zaparkowanego nieco dalej od chaty. „Zapnij się.” Powiedziała Mercy uruchamiając silnik.

„Zrobione.” Spojrzała w lusterku w jasne oczy dziewczynki. „Widzisz?” Mimo tego, że Mercy przytaknęła zobaczyła jak Riley się obraca do tyłu nad swoim ramieniem. „Dobra dziewczynka.” Ta lekka wymiana zdań ustaliła ton ich jazdy do domu Tammy i Nat'a. Ale w momencie, gdy otworzyli drzwi, a Willow wyszła z samochodu stała się bardzo cicha. „Nie mogę wyczuć mamy i taty.” Jej ręka zacisnęła się na dłoni Mercy. „Oni mieli większy dystans do pokonania.” Riley powiedział dziewczynce z ostrą szczerością, którą drapieżne zmiennokształtne dzieci doceniały. Większość z nich była bardzo dobra w wyczuwaniu kłamstwa. „Prawdopodobnie będą tutaj w ciągu następnego pół godziny. Idź i coś zjedz w międzyczasie.” Było już dobrze po porze śniadaniowej. „Nie jestem głodna.” Willow kopnęła trawę. Mercy pociągnęła ją za rękę sprawiając, że dziewczynka spojrzała w górę. „Twoja mama pozwala ci opuszczać posiłki?” Przeczące potrząśnięcie głowy. „Więc?” Westchnęła. „Pójdę coś zjeść.” Ale przez całą drogę do domu pociągała nogami … przynajmniej do momentu, gdy wybiegły z niego w ludzkiej formie bliźniaki Tammy skacząc w górę i w dół z powodu tego, że mają Dużą Dziewczynkę, z którą mogą się pobawić. Ich nowy zwierzak, kociak o imieniu Dziki biegł im po piętach zdeterminowany, by nie zostawać w tyle. Wykorzystując fascynację Willow cudownym szarym stworzonkiem bliźniaki praktycznie porwały swoją nową koleżankę obiecując, że pozwolą jej pobawić się z Dzikim. „Kotek dla pary kociaków leoparda?” Wymruczał Riley. Mercy uśmiechnęła się. „Ten kotek uważa, że jest panem wszechświata – Jules i Rome warczą na każdego innego kota, który ośmieli się na nią zamachnąć.” Śmiejąc się z powodu jego wyrazu twarzy skinęła głową na dom. „Upewnię się, czy z Willow wszystko gra.” Gdy przyszła do kuchni znalazła Dzikiego głośno mruczącego na kolanach dziewczynki rysia, podczas gdy Julian i Roman stali po obu jej stronach z małymi rączkami na jej nagich rękach i opowiadali jej wszystkie „niesamowite” rzeczy, które potrafi ich zwierzak. „Twoi chłopcy są cudowni.” Mercy powiedziała Tammy. Instynktownie rozumieli, że Willow potrzebowała, by się o nią zatroszczyć, więc zabrali się za wykonanie tego zadania. Uzdrowicielka uśmiechnęła się w matczynej dumie. „Jadłaś coś?” Mercy przecząco potrząsnęła głową, gdy wybranka Lucas'a, Sascha, weszła do kuchni. „Dzień dobry Mercy. Lucas powiedział, żeby dać ci znać, że jest na dworze.” Zadowolona tym, że Willow znalazła tu opiekę – i najprawdopodobniej będzie również głaskana i rozpieszczana – Mercy wyszła przed dom, by zobaczyć jak Lucas dokładnie przygląda się plecom Riley'a, gdy ten cholerny wilk obrócił się, by wyjąć coś z samochodu. Cholera. Lucas, jak Mercy była doskonale tego świadoma, z pewnością będzie wiedział, że te znaki były zrobione przez pazury leoparda. Ale nic nie powiedział, gdy Riley z powrotem się obrócił z komórką w ręku. „Musiała wypaść mi z kieszeni. Zadzwonię do Hawke'a i dam mu znać co się dzieje.” Lucas przytaknął i odsunął się nieco w stronę domu, by zapewnić Riley'owi trochę prywatności. Zmysł słuchu zmiennokształtnych był niesamowicie czuły, ale to oczy jej alfy martwiły Mercy, gdy podążyła za nim. „Jakieś wiadomości na temat tego co się stało?” „Nate powiedział, że dom najwyraźniej był napadnięty. Brakuje syna, są ślady walki.” Jego oczy zmrużyły się, gdy zmierzył ją z góry na dół. A potem wziął głęboki wdech. „Dobrze, zajęłaś się

tym.” Kategorycznie nie chciała odbywać tej rozmowy. „Tak. Możemy teraz przejść dalej?” „Nie.” W tych inteligentnych zielonych oczach pojawiła się iskra. „Riley ma na plecach pewne interesujące znaki, a ty nagle nie jesteś głodna dotyku. I czy to znak po ugryzieniu widzę na twoim karku?” „Co jedno ma wspólnego z drugim?” Próbowała zbyć temat, ale nie mogła powstrzymać się przed przesunięciem włosów tak, by zasłaniały zbrodniczy znak. Oczywiście Riley musiał ją ugryźć w jakimś widocznym miejscu – była to dokładnie taka rzecz, jaką lubili robić dominujący faceci, pierwsza faza uznawania kobiety za własną. Usta Lucas'a uniosły się w kącikach, dzikie znamiona na jego twarzy – cztery poszarpane linie niczym znaki pazurów jakiejś wielkiej bestii – odstawały w pełnej zdumienia uldze. „Dorian padnie, gdy o tym usłyszy.” Zmierzyła go wzrokiem. „Przysięgam na Boga, jeżeli mu powiesz, to ja ...” Czym do cholery mogła pogrozić alfie? „... powiem Hawk'owi, że chcesz co dziennie wybierać się z nim na łączące was biegi.” Lucas nie przestawał się uśmiechać, ale powiedział. „To jest po prostu wredne Mercy.” A potem spojrzał ponad jej ramieniem. „Ale jeżeli nie chcesz, by ktoś jeszcze o tym wiedział, to załatw Riley'owi koszulkę.” „To nie jest przyznanie się do czegokolwiek.” Powiedziała, gdy pobiegła do domu i złapała zapasową koszulkę z kopczyka, które trzymali tam Strażnicy. Miało to sens, ponieważ dlatego, że Tammy była ich uzdrowicielką często przychodzili do niej zakrwawieni, a czasami nawet w jeszcze gorszym stanie. Koszulka była zwykła, szara, ale gdy rzuciła ją Riley'owi, a on ją założył nagle stała się dużo bardziej interesująca. Ten facet mógł ją wkurzać przez 99% czasu, ale był smakowity. Same twarde mięśnie utrzymywane w ryzach przez męską moc. Czując jak żar odzywa się do życia w jej żołądku mimo jej zaciskającej zęby kontroli obróciła się w samą porę, by dostrzec uśmieszek Lucas'a. „Luc.” „Jestem niczym sfinks.” Obiecał. „A przy okazji, masz gości. Przyjechali wczoraj – zatrzymali się w chacie nie daleko twojego domu.” W jej wnętrzu wystrzelił gniew tłumiąc wszystko inne. „Dlaczego nie powiedziałeś mi, że moja babcia to robi?” Wiedziała, że Lucas i Isabella mieli silną więź łączącą obie alfy. Piętnaście lat temu, gdy Ciemna Rzeka była pod atakiem Chodzących w Cieniu Isabella zaoferowała pomoc, chociaż sama w tamtym czasie borykała się z poważnymi problemami terytorialnymi. W końcu okazało się, że pomoc nie była potrzebna, ale ta oferta nigdy nie została zapomniana. Teraz Lucas skrzyżował ramiona. „Sądziłem, że toniesz. Twoja babcia zaoferowała rzucenie liny ratunkowej.” Ostre słowa. „I może się okazać, że jeden z nich jest twoim wybrankiem.” Jego uwaga zmieniła kierunek, gdy podbiegł do nich Riley. „Hawke jest na bieżąco?” Riley przytaknął. „Skoro jestem już tutaj, będę się tym dalej zajmował. Co znalazł Nate?” Lucas zmierzył go tak samo jak Mercy. „Willow powiedziała coś?” „Tylko to, że zabrali Nash'a.” Powiedziała Mercy odkładając wszystko inne na bok. „Dlaczego ktokolwiek miałby przeprowadzać taką dużą operację tylko po to, by porwać studenta licencjatu?” „Brenna też była studentką licencjatu, gdy porwał ją Enrique.” Powstrzymywana wściekłość Riley'a miała niemal fizyczny kształt. Mercy rozumiała go – Santano Enrique, kardynalny telekinetyk, zabił siostrę Dorian'a, Kylie, i bardzo okrutnie torturował siostrę Riley'a, Brenn'ę. Brenna przetrwała ale była zraniona na sposoby, przez jakie żadna kobieta nie powinna cierpieć. „Riley ma rację.” Powiedziała, a niebiosa nie opadły na ziemię. „To może być kolejny szaleniec, albo może to być coś ściśle związanego z Nash'em.”

Lucas przytaknął. „Rodzice powinni być w stanie powiedzieć nam więcej, ale nie liczcie na ślad zapachowy – ktoś wypryskał mocne perfumy po całym domu.” Oczy Riley'a stały się twarde niczym broń. „To może być sprawka zmiennokształtnego.” Mercy miała nadzieję, że to nie okaże się prawdą. Zdrada wśród ciasnej struktury stada była rzadkością, ale gdy się zdarzała przesyłała lodowaty cios najokrutniejszego bólu przez nich wszystkich. „Musimy wrócić na miejsce zbrodni, po tym jak usłyszymy co Iain i Enid mają nam do powiedzenia.” Spojrzała Lucas'owi w oczy. „Chcę się tym zająć.” „Dla mnie ok.” Lucas przytaknął. „Nate pomaga przeprowadzić Emmett'owi jakiś ważny trening dla Kit'a i innych początkujących żołnierzy. Będzie lepiej jeżeli nadal będzie to kontynuował.” Chwilę później poczuli wibracje zbliżającego się pojazdu. SUV Nate'a niedługo potem zajechał przed dom. Z tylnego siedzenia wysiadło dwoje ludzi, którzy wyglądali tak jakby zostali przeciągnięci przez istne piekło. Mercy usłyszała dźwięk biegnących stóp na sekundę zanim Willow krzyknęła „Mamo! Tato!” i rzuciła się na nich z werandy. Złapali ją w uścisku mogącym połamać kości. Jej tata otulił jedno ramię wokół swojej wybranki a drugim przyciągnął do uścisku swoją małą cureczkę. Mercy odwróciła wzrok od tego prywatnego momentu, ale jej oczy zwróciły się prosto w spojrzenie Riley'a. Czysty elektryczny żar. Utrzymywała wzrok wilka wyzywając go, by powiedział coś. Ale on zachował ciszę, ale te oczy … zawarta w nich intensywność sprawiła, że musiała zdusić uda w instynktownej kobiecej reakcji. Nazywała go błotnym badylem, bo był zawsze tak cholernie spokojny, taki praktyczny, i nigdy nie był narwany. Ale ostatniej nocy nauczyła się, że gdy jego intensywność skupiała się na kobiecie, naprawdę się na niej skupiała. Przedarł się przez nią głód, bardzo silny, ostry i prymitywny w swoje zmysłowości. „Czy jesteście w stanie powstrzymać się przed skoczeniem sobie do gardeł podczas poszukiwań Nash'a, jakakolwiek długo miałyby one trwać?” Suchy ton Lucas'a w żaden sposób nie ukrywał kociego rozbawienia w jego oczach, gdy przerwał kierunek jej wzroku. „A może powinienem zamiast tego martwić się o wasze ubrania?” Riley warknął nisko w gardle. „To nie twoja sprawa.” Jego głos był bardziej wilczy niż ludzki, ciężki od tego samego pragnienia, która miała w swoich pazurach Mercy. „Co?” Zapytał Lucas niewinnie, gdy Nathan zaczął popychać płaczącą rodzinę do środka. „Chodźcie czas zabawy już minął.” Mercy została nieco z tyłu po tym jak Lucas wszedł do środka. „Następnym razem trzymaj koszulkę na sobie.” Wymruczała do Riley'a zdając sobie sprawę z sugestii własnego zdania chwilę za późno. „Następnym razem trzymaj swoje pazury schowane … nie, nie rób tego. Podobało mi się to.” Pauza. „Kiciu.” Poczuła jak te same pazury chcą się wydostać. Utrzymanie ich w ryzach wymagało poważnego wysiłku. „Czym ja się martwię?” Powiedziała zamiast ich użycia, raniąc go do krwi w dużo efektywniejszy sposób. Jeżeli Riley chciał wkurzać kota lepiej niech sprawi sobie zbroję. „Nigdy nie pozwolę sobie być równie zdesperowana – proszę cię, wilk? Wiesz ile lat zajmie mi przeżycie tego?” Jej słowa były tak ciche, że jedynie on miał szansę je usłyszeć. I zostawiła go w jego złości, ale całe jej rozbawienie prysnęło, gdy zobaczyła, jak mama Willow przyciska ją do siebie. „Moje dziecko.” Mówiła całując policzek Willow. „Moje dziecko.” Kolejny pocałunek. Willow przyciskała się do niej jak mała małpka. Miłość łącząca tych troje była niczym coś fizycznego. Jej pierś stała się ciasna od siły tego uczucia.

A potem poczuła wchodzącego za nią Riley'a. Jego żar był niczym fala dzikiego ognia na jej plecach. „Iain.” Powiedziała czując, jak ten ogień wdziera się do jej żył. „Musimy z tobą porozmawiać.” Im szybciej, tym lepiej. „I z Enid też.” W tym momencie do pokoju z kuchni weszła Sascha. „Willow może pójdziesz na chwilę pobawić się z Rome'm i Jules'em. Zaczynają doprowadzać mamę do szaleństwa.” Uśmiechnęła się, ale jej oczy – białe gwiazdy na czarnym aksamicie, oczy kardynalnej, najsilniejszego stopnia mocy Psi – były skierowane na rodziców małego rysia. Mercy poczuła jak przeczucie spokoju i ciepła łagodzi ostrą krawędź strachu i desperacji w zapachu Iain'a i Enid. Nie było to niespodzianką – Sascha była empatką, kobietą urodzoną z umiejętnością by łagodzić emocjonalne rany. Teraz zabrała fragment bólu Baker'ów i zaabsorbowała go wewnątrz siebie. Mercy zastanawiała się, czy zrobienie tego bolało Sasch'ę, ale wiedziała, że bratnia dusza ich alfy nigdy nie wycofałaby się, bez względu na to, gdyby tak było. Iain i Enid w końcu wypuścili Willow, by pięć minut później poszła z Sasch'ą. „Nic jej nie będzie.” Zapewniła ich Mercy zajmując miejsce naprzeciw pary, podczas gdy Lucas i Nathan nadal stali oparci o ściany. Riley jednak przysiadł się obok niej, siadając na krześle okrakiem i opierając ręce o jego ramiona. „Jest silnym dzieckiem.” Powiedział na swój bezpośredni, nie znoszący nonsensów sposób. „Uciekła i schowała się w grupie dzikich rysiów.” Iain uśmiechnął się, jego duma była widoczna. „Myśleliśmy, że ją też porwali.” „Widzieliście kto przyszedł do waszego domu?” Zapytała Mercy próbując zignorować fakt, że udo Riley'a opierało się o jej nogę. Surowy męski żar przepalał się przez jej dżinsy, by obudzić w jej leopardzie żarłoczne seksualne pragnienie. Robił to celowo. Zdecydowanie celowo. Wilk odgrywał się na niej, za to, że zasugerowała, że nie był niczym innym niż tylko wygodnym rozwiązaniem problemu. „Nawet drobiazg może pomóc.” Baker'owie potrząsnęli przecząco głowami. „Spaliśmy.” Powiedziała Enid zachrypniętym od płaczu głosem. „Ale zazwyczaj budzimy się zaraz jak tylko intruz wszedłby na ogród. Ale tym razem … było tak, jakbyśmy zostali od samego początku otruci.” „Enid ma rację.” Iain zmarszczył czoło. „Pamiętam, że walczyłem, by się obudzić, bo byłem pewien, że coś jest nie tak, ale nie mogłem. Widziałem jak nade mną pochyla się czarny cień, poczułem pchnięcie w ...” Podwinął rękaw tak, jakby szukał czegoś. „Poczułem to tutaj.” Przycisnął plamkę w przedramieniu. „Tak jakby ktoś mi coś wstrzyknął. Następną rzeczą jaką pamiętam było obudzenie się w domu, który miał nieprawidłowy zapach, i wiedziałem, że dzieci zniknęły.” „To mógł być jakiś rodzaj gazu.” Zasugerował Nate. „Musimy sprawdzić, jak dostali się do domu.” Enid usiadła bardziej prosto, a w jej oczach było widać niepokój. „Mieliśmy wykonywane pewne prace pod domem kilka dni temu – byłam paranoiczna, chciałam upewnić się, że wszystko tam jest solidne, bo Willow lubi się tam wczołgiwać. Ale mogli wtedy coś ustawić. Jeżeli nie ...” „Ćśśś.” Iain pogłaskał jej głowę. „Jedyni, którzy są winni, to ci dranie, którzy to zrobili.” Mercy żałowała, że nie może dać Baker'om więcej czasu, by oswoić się ze wszystkim co się stało, ale odnalezienie Nash'a musiało być ich priorytetem. „Jeżeli to był gaz, to jak Willow uciekła?” Enid roześmiała się, jej śmiech był urywany z powodu powstrzymywanych łez. „Ostatnio była niegrzeczna. Wymykała się, by pobawić się nocą w lesie. Doprowadzała mnie tym do szaleństwa. To prawdopodobnie uratowało jej życie.” Zakryła ręką usta. „Nie chciałam tego powiedzieć. Nash'owi nic nie jest. Musi mu nic nie być.” „Jestem pewien, że tak jest.” Ton Iain'a był tak pewny, że wszyscy spojrzeli na niego. „Chodzi o jego pracę.” Wyjaśnił im. „Ktoś chciał go z uwagi na jego umiejętności – umysł mojego syna jest genialny.” Kot Mercy stał się uważny widząc związek, który równie dobrze mógłby być iluzją. Ale jeżeli nie

był … „Sądziłam, że jest studentem.” „Nie takim zwykłym – zaczął brać lekcje uczelniane w wieku trzynastu lat.” Duma Iain'a była widoczna, mimo jego zmartwienia. „Już od lat pracował nad własnymi projektami.” „Wszystkie miały coś wspólnego z nanotechnologią.” Powiedziała Enid. W głowie Mercy głośno i wyraźnie dzwonił dzwonek. Obok niej udo Riley'a stało się napięte i wiedziała, że ich myśli biegną identycznymi ścieżkami – trzy miesiące temu wybranka Dorian'a była ofiarą próby porwania przez Sojusz Ludzi. Choć żaden z napastników Ashay'i nie przeżył by to potwierdzić jasnym było, że pragnęli jej wiedzy odnoszącej się do śmiertelnie niebezpiecznego wirusa. Biorąc pod uwagę naturę pracy Nash'a wydawało się to dokładnie taką operacją, jaką mógłby przeprowadzić Sojusz. „Czy znacie szczegóły badań syna?” Zapytała Mercy wiedząc, że musiało to być coś bardzo ważnego, by porywacze zaryzykowali odwet Ciemnej Rzeki – ponieważ będąc na ich terytorium, Baker'owie stanowili część stada. A Ciemna Rzeka nigdy nie zapominała o swoich. Zarówno Enid, jak i Iain potrząsnęli przecząco głowami. „To wszystko jest bardzo tajne.” Powiedział Iain. „Uniwersytet dostał dotację od jakiejś dużej firmy, i właśnie ta firma ma prawo pierwszeństwa do rezultatów ich pracy.” „Ale jego profesor będzie wiedział.” Dodała Enid. „Jestem pewna, że wam pomoże.” „Merce.” Powiedział Lucas. „Może ty i Riley pojedziecie do ich domu. Ja zorganizuję zebranie danych na temat Nash'a, a Enid i Iain sprawdzą, czy Willow coś pamięta.” Poruszenie mięśni ją dotykających, delikatne przesunięcie się tkaniny o tkaninę, które sprawiło, że każdy włos na jej ciele stanął na baczność. Ale tym razem, wilk nie zrobił tego celowo, jego uwaga była skierowana gdzie indziej. „Musimy uważać na nadmierne zawężenie kręgu poszukiwań.” Ostrzegł. Jego furia była widoczna w ostrej kontroli z jaką mówił. Riley, jak Mercy dobrze o tym wiedziała, gardził potworami, które żerowały na słabszych i mniej zdolnych do obrony samych siebie. Była to jedna z niewielu rzeczy, w której się zgadzali. „Może się okazać, że relacje zawodowe poszły nie tak, to może być też konkurencja, cokolwiek. Musimy zbadać wszystkie końce zanim będziemy mieli więcej informacji.” Pozostali wydali z siebie dźwięki potwierdzające jego osąd. Mercy i Riley odjechali po tym jak złapali coś do zjedzenia na szybko. Mimo prób Riley'a, by zachować kontrolę – choć to był jej samochód – to Mercy znajdowała się na miejscu kierowcy. Oczywistym było również, że Riley nienawidził ten fakt z dzikim rodzajem pasji. „Jeżeli nie przestaniesz zaciskać pięści twoje żyły eksplodują.” Powiedziała słodko. „Wezmę to pod rozwagę, Mélisande.” Ledwie powstrzymała się przed ostrym zahamowaniem. „Kto ci to powiedział?” Musiała wiedzieć kogo zabić. Prychnął. „Przeprowadziłem wywiad na twój temat.” „Co?” „Sądziłaś, że Śnieżni Tancerze będą siedzieć na tyłku w czasie, gdy wy koty, ustanowiliście tutaj swoje terytorium?” Biorąc pod uwagę, że ona również wykonała własne przeszpiegi, nie mogła zbytnio się z nim kłócić. Ale … „To imię jest poza zasięgiem. Pod groźbą śmierci.” „Trzęsę się jak osika, kiciusiu.” Wrzasnęła. „Dlaczego żyjesz po to, by mnie wkurzać? Dlaczego?”

Posłał jej uśmiech, który nic jej nie mówił. „Zastanawiałem się zawsze nad jedną rzeczą – dlaczego przystąpiłaś do tego konkursu bikini, gdy byłaś nastolatką?” Jej twarz oblała się mieszaniną gniewu i wstydu. „Jak daleko w tył prześledziłeś mój życiorys?” „Wystarczająco daleko.” Chwila ciszy. „Nie odpowiedziałaś na moje pytanie.” „A ty nie zmieniłeś się w kłąb dymu i nie zniknąłeś. Świat jest pełen rozczarowań.” Samochód wypełniło niskie warknięcie. ROZDZIAŁ 7 Radny Kaleb Krychek przeglądał raporty płynące do niego przez jego połączenie z Siecią Psi, rozległą mentalną sieć stworzoną przez umysły milionów Psi, zatrzymał się na chwilę. Życie „podłączonym” do sieci, bez osłon czy tarcz nie było polecane, ale takie całkowite połączenie, taka obsceniczna otwartość na innych, nie była czymś co kiedykolwiek praktykował. Ale jako Radny, musiał być świadomy wszystkiego w momencie, gdy tylko miało to miejsce. A biorąc pod uwagę fakt, że większość Psi ładowała dane niemal bez przemyślenia, Sieć byłą najszybszym i najbardziej efektywnym zbiorem informacji na świecie. Stąd jego bardzo, ale to bardzo dobrze strzeżone połączenie. „Silver.” Powiedział, gdy kolejny raport pojawił się w jego umyśle, alarmując go na informacje, które aktywowało jedno z jego słów – kluczy. Jego najstarsza stopniem asystentka weszła do pokoju. Była mądra i cechowała się chłodną elegancją mimo fakty, że za oknami Moskwy świat spowity był w ciemnościach. „Tak proszę pana?” „Wyłapałem trzy raporty na temat publicznej przemocy spowodowanej przez Psi w ciągu ostatnich dwunastu godzin.” Powiedział. W jego wypowiedzi najważniejsze było słowo „publiczny” - ponieważ Cisza miała wymazać przemoc wśród ich rasy. „Dowiedz się co się dzieje.” „Tak proszę pana.” Zatrzymała się i zaczekała, aż uniósł głowę znad swojego biurka zanim ponownie się odezwała. „Istnieje drobne prawdopodobieństwo, że w tą sprawę mogą być zamieszani Czyści Psi.” Kaleb rozważył to – działające na rzecz Ciszy skrajne ugrupowanie mogło potencjalnie wymknąć się spod kontroli. A Kaleb nie pozwalał, by cokolwiek znajdowało się poza jego kontrolą. „Czy masz jakieś dowody, by poprzeć tą tezę?” Ponieważ rodzina Silver była szpiegami, gotowymi zdradzić Czystych Psi bez mrugnięcia dlatego, że Kaleb był bardziej wpływowy i przez to miał potencjał, by zaoferować im więcej w zamian. Dla Mercant'ów lojalność wobec kogokolwiek spoza ich rodziny była oparta na wyniku porównania potencjalnych kosztów i zysków. „Nie.” Odpowiedziała Silver. „Jednakże, zapytam członków mojej rodziny, czy słyszeli coś na ten temat. Istnieje również prawdopodobieństwo, że jest to grupowy wybuch.” Nie zapytał się jej skąd o nich wiedziała – nie wybrał Silver jako swojej asystentki z uwagi na jej głupotę. „Sporządź listę wszystkich ostatnich wydarzeń, które pasują do tego schematu. Cofnij się o miesiąc.” Grupowe wybuchy przemocy – gdy rozłam w Ciszy łamał pewne słabe umysły – trwały przez ograniczony czas. Maksymalnie dwa tygodnie. Jeżeli te wydarzenia trwały dłużej muszą poszukać innego wyjaśnienia. W czasie, gdy Kaleb rozmawiał z Silver, inny mężczyzna, znany jako Handlarz Informacji otrzymał prośbę przez adres e-mail'owy znany jedynie tym, którzy wiedzieli gdzie szukać.

Ta prośba była … niespodziewana. Pomyślał, że może okazać się nawet niemożliwa do spełnienia. Ale Handlarz Informacji był najlepszy w swoim fachu. Nie akceptował możliwości porażki. Podjął decyzję i wprowadził odpowiedź używając bezprzewodowej klawiatury wyświetlonej na jego biurku. Prośba otrzymana. Przelej milion dolarów na konto wyszczególnione poniżej. Poszukiwania zaczną się jak tylko przelew zostanie potwierdzony. Kolejne wynagrodzenie będzie zależeć od liczby godzin przeznaczonych na poszukiwania, i, w tym przypadku, poziomu zagrożenia. ROZDZIAŁ 8 Echo warknięcia Riley'a rozbrzmiało wewnątrz pojazdu. Zadowolona, że w końcu się do niego przebiła Mercy rozluźniła swój chwyt na kierownicy i dosłownie przesunęła swój umysł do trybu pracy. „Odkładając na bok „zbadanie wszystkich luźnych końców”, jakie masz przeczucia dotyczące tej sprawy? Sojusz?” „To nosi ich znak rozpoznawczy – albo to co na jego temat wiemy.” Wpatrywał się przez przednią szybę. Jego wilk był widoczny w tonie jego głosu. I tym razem jego ostrze było śmiertelnie niebezpieczne. „Ta operacja była zaplanowana jak w zegarku. Jedynym błędem była Willow, a nawet to nie jest nic wielkiego. Jest kociakiem, była prawdopodobnie zbyt przerażona, by cokolwiek zapamiętać.” „Ale jeżeli to jest Sojusz, to dlaczego zachowywaliby się w tak głupi sposób?” Nie mogła tego pojąć. „Muszą wiedzieć, że ruszymy za nimi ostro – ostatnim razem zdjęliśmy ich cały zespół.” Riley przez kilka minut był cicho. „Co wiemy na temat Sojuszu?” „Zleciliśmy Keely przeprowadzenie pewnych poszukiwań.” Powiedziała odnosząc się do historyczki stada. „Z tego co znalazła wygląda tak jakby organizacja miała dwa oblicza, ale to drugie – odłam paramilitarny – jest ukryte tak głęboko, że nawet większość ich własnych członków nie ma o nim pojęcia, choć tak naprawdę finansują ich działalność.” „To zgadza się również z naszym wywiadem.” „Nie wiemy jak długo istnieje odłam militarny.” Wyprzedziła dużą ciężarówkę z prędkością, która sprawiła, że knykcie Riley'a zbielały … a leopard uśmiechnął się w złośliwym zadowoleniu. „Ale najwyraźniej zaczynają stawać się bardziej otwarci w swojej działalności.” Część Mercy potrafiła zrozumieć dlaczego ludzie zaczynali zachowywać się w tak agresywny sposób. Bycie uważanym za najsłabszą rasę na planecie musiało boleć. „Nie rozumiem tylko, jak Sojusz mógł upaść tak nisko, by atakować kobiety, dzieci i bezbronne rodzinny?” Wymruczała. „Ich ramię biznesowe zawsze miało na celu integralność.” „I istnieje już od dłuższego czasu.” Riley walnął ręką o tablicę rozdzielczą, gdy wyprzedziła Porsche, które i tak jechało już dużo powyżej ograniczenia prędkości. „Mercy.” Jego dominacja wróciła, była ciemna i nosiła w sobie wielki potencjał. Mocno zaabsorbowała wnętrze samochodu. Ciężko było jej oddychać, ale utrzymała swój ton tak słodki jak tylko mogła, a jej leopard był mocno trzymany w ryzach. „Tak, Riley?” „Ja prowadzę w drodze powrotnej.” „Nie.” „To nie była prośba.” „A ja nie jestem osobnikiem uległym.” Wyszczerzyła na niego zęby, a jej własna moc wystrzeliła w

obezwładniającej fali. „Więc możesz to sobie wsadzić.” Powietrze wypełniło się agresją, która przesunęła się po jej ciele, wzdłuż jej kręgosłupa i do jej gardła. I równie szybko zmieniła się w pragnienie. Wiedział o tym niemal w tej samej chwili co ona, jego wdech był intensywny i całkowicie przesycony męskim erotyzmem. Chwilę później jego podniecenie odzwierciedlało jej własne. „Nie będziemy tego robić.” Powiedziała wymuszając wydostanie się słów przez jej ściśnięte gardło. Bursztynowe oczy błysnęły w jej spojrzeniu peryferyjnym. „Już to zrobiliśmy.” Poczuła się tak jakby tonęła w jego niezakwestionowanej męskości. „Raz.” To było wystarczające, by zmniejszyć ostrość jej pragnienia, by oddać jej z powrotem władanie nad własnym ciałem. „I tak pozostanie.” Wcisnęła guzik, który obniżył szyby w samochodzie. Wziął kolejny głęboki wdech tak jakby delektował się piżmowym zapachem jej mokrego żaru. Jej dłonie zacisnęły się na kierownicy. Gdyby nie była w stanie wyczuć jego własnego podniecenia pomyślałaby, że tylko się z nią droczy. Ale on bardzo zdecydowanie jej pragnął – jego brutalny głód był niczym puls na jej ciele, mocny i niesamowicie męski. „Zatrzymaj się.” Wydała z tyłu swojego gardła niegodny dźwięk. „Prędzej piekło zamarznie.” Wiedziała, że jeżeli to zrobi skończy na Riley'u ujeżdżając go do erotycznej nieprzytomności. Z siedzenia pasażera odpowiedziała jej cisza. Leopard traktował ją pazurami, był bardziej niż gotowy do tego, by zaspokoić swój głód. „Wiesz, że mam rację.” „Chodzi o fakt, że jestem wilkiem, czy o to, że sprawiłem byś jęczała?” Jego słowa były kontrolowane, tak cholernie kontrolowane. Tylko, że puls jego żaru cały czas, nieustannie uderzał w jej ciało. „Chodzi o fakt, że niesamowicie mnie wkurzasz.” Zacisnęła szczękę. „Nie jestem niewolnikiem moich hormonów.” To było przypomnienie dla siebie samej. Siedzący obok niej wilk wybuchnął salwą śmiechu. Blisko, tak blisko. Jego oddech – gorący, ostry, męski – szeptał jej do ucha, gdy powiedział. „Nie znam żadnej kobiety, która bardziej panowałaby nad swoim ciałem niż ty.” Posłała mu spojrzenie spod przymrużonych powiek. „I to sprawia, że na mój widok płoną ci gacie, co?” „Tak.” No dobra, takiej odpowiedzi się nie spodziewała. Pot spłynął wzdłuż jej kręgosłupa, gdy jej ciało walczyło, by poddać się seksualnym płomieniom liżącym każdy centymetr jej ciała. Boże, ale chciała wczołgać się na jego kolana i po prostu spróbować. „Niech zgadnę.” Powiedziała odrzucając na bok niepokojącą głębię jej reakcji. „Marzysz o uległej małej wilczycy ciężarnej i czekającej boso na ciebie w domu?” „A co w tym złego? Twierdzisz, że wasi ulegli członkowie nie mają żadnej wartości?” Och, on celowo ją wkurzał. „Tego nie mówię. Chodzi o to, że ty nie jesteś w stanie znieść kobiety, która jest ci równa.” Celowa pauza. „Nie widzę żadnej w pobliżu.” Była bliska złamania kierownicy. „Zamierzam cię teraz zignorować.” Ku jej zaskoczeniu nie odpowiedział jej nic w zamian. A gdy zerknęła w jego stronę zobaczyła, że miał głowę obróconą w stronę otwartego okna. Jego silna – uparta – szczęka była oprószona lekkim zarostem. Wiedziała, że jego usta mogą się zmienić w bardzo delikatne, jeżeli tylko tego chciał.

Jego włosy lekko unosiły się na bryzie, ale były krótsze niż u większości zmiennokształtnych. Od kiedy uważała to za seksowne? Mrugnęła i zaczęła wpatrywać się przez przednią szybę. To tylko dziwna reakcja chemiczna, powiedziała do siebie. Zbyt długo była bez seksu, a sądząc po dzikości, z jaką ją wziął, Riley również. Podrapali nawzajem swój świąd i tyle. Zrobione. Zakończone. Skończone. Zbyt dużo protestujesz córeczko. To był głos jej matki. Z jakiegoś powodu, za każdym razem, gdy zachowywała się głupio, jej mentalny głos zmieniał się w głos jej mamy. Dobrze, że jej mama nie wiedziała o Riley'u – prawdopodobnie dostałaby zawału. Wilk i leopard? Tak, jasne. Po tym jak jakimś cudem Riley przetrwał prowadzenie Mercy, Riley skłonił głowę w powitaniu żołnierzom, których Nate postawił na warcie przed domem Baker'a i poprosił jednego z nich, by sprawdził pod domem. „Zobacz czy możesz znaleźć coś co wskazuje na to, że do domu wpompowano gaz. Nie dotykaj tego. Tylko sprawdź.” Oczy faceta powędrowały do Mercy. Przytaknęła, a on poszedł sprawdzić. Fakt, że facet natychmiast nie wykonał rozkazu Riley'a irytował go, ale Porucznik w jego wnętrzu był pod wrażeniem. Ci mężczyźni nie wiedzieli jeszcze, że Riley i Mercy zajmowali się razem tą sprawą – gdyby żołnierz posłuchał go od razu zdradziłby brak dyscypliny. „Owen.” Mercy powiedziała do żołnierza, który został na miejscu. „Riley zajmuje się tym razem ze mną.” Owen wykonał dodatkowe przytaknięcie, ale gdy Mercy obróciła się Riley dostrzegł w nim zawód. Dlaczego? Nozdrza Owen'a poruszyły się, a on już wiedział. Facet liczył na to, że będzie tym którego Mercy wybierze, by przerwać swój seksualny post. Wewnątrz niego usta wilka uniosły się, by wystawić na wierzch ostre jak brzytwa zęby. Jego następne słowa wydobyły się z części, którą wydawała się budzić jedynie Mercy. „Gotowa kiciu?” Utrzymał swój ton nisko … na prywatnym poziomie. Jej oczy opadły do jego krocza. Oblizała usta. A on w ciągu kilku sekund stał się wściekle, boleśnie twardy. „Ależ oczywiście Riley. Wejdźmy do środka.” Obróciła się i weszła przed nim, a jej biodra kołysały się w sposób, który był niczym czysta prowokacja. Wilk nie mógł zdecydować się, czy warczeć, czy otworzyć usta w dzikim uśmiechu, uśmiechu drapieżnika, który wiedział, że został przechytrzony. Decydując się pomyśleć na ten temat, poszedł za nią do domu. Trujący zapach perfum, które porywacze rozpylili sprawiał ciężkie wrażenie na jego nosie. Powinien przytłumić słodki zapach podniecenia Mercy. Ale oczywiście tak się nie stało. Ponieważ Mercy była diablicą, która uwielbiała go irytować. No dobrze, stwierdził niechętnie, może ten zapach nie był celowy, ale Dobry Boże, czy ona musiała tak pięknie pachnieć? Chciał zrobić to, czego dokonał zeszłej nocy – schować swoją twarz od tyłu w jej karku i wziąć długi, głęboki smaczek. Jego umysł drażnił go wizerunkiem leżącej pod nim kobiety, złej i dyszącej z podniecenia, ledwie powstrzymywanego dzikiego ognia. By sobie z nią poradzić, by być z nią, będzie musiał spuścić ze smyczy wilka. Nie lubił być poza kontrolą. Ale nie planował również, by Mercy zignorowała szalejący między nimi żar. Obiekt jego myśli spotkał go w środku domu po tym jak wyszła prosto przez tylne wejście i od