wotson

  • Dokumenty43 353
  • Odsłony2 061 353
  • Obserwuję1 390
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 548 673

Nalini Singh - Psi i Zmiennokształtni 07 - Blask pamięci (nieof.)

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :969.9 KB
Rozszerzenie:pdf

Nalini Singh - Psi i Zmiennokształtni 07 - Blask pamięci (nieof.).pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion N Nalini Singh
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 20 osób, 21 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 176 stron)

Nalini Singh Blask pamięci. Tłumaczenie nieoficjalne: zapiski_mola_ksiazkowego ŚMIERĆ Śmierć podążała za Zapomnianymi niczym bicz. Bez odpoczynku. Bez litości. Pragnęli odnaleźć nadzieję, gdy opuścili Sieć Psi. Chcieli jedynie zbudować nowe życie z dala od zimnych wyborów ich pobratymców. Ale Psi znajdujący się w Siecie, z sercami zmrożonymi przez pozbawiony emocji chłód Ciszy, odmówili pozwolenia przeciwnikom ich wyborów odejścia w pokoju. Bo Zapomniani, z ich nadziejami i snami o lepszym życiu stanowili blokadę dla celu Psi, jakim była władza absolutna. Uciekinierzy w swoich szeregach mieli sporą liczbę telepatów i specjalistów medycznych, mężczyzn i kobiet obdarowanych psychometrią, jasnowidztwem i posiadających wiele innych umiejętności. Te silne jednostki, ci rebelianci, stanowili jedyne psychiczne zagrożenie dla roznącej potęgi Rady Psi. Więc Rada zaczęła ich likwidować. Jedno po drugim. Rodzina po rodzinie. Ojca. Matkę. Dziecko. Dalej, ponownie, i znowu. Aż Zapomnieni byli zmuszeni by uciekać, by się ukryć. Z czasem, wspomnienia zostały utracone, prawdy zakryte, a Zapomniani niemal przestali istnieć. Ale stare sekrety nie mogą pozostawać wiecznie w ukryciu. Teraz, w końcowych miesiącach roku 2080 podnosi się kurz. Światło zaczyna się przez niego przebijać. A Zapomniani stają u skrzyżowania dróg. Walka oznacza ponowne stawienie czoła śmierci. Możliwe nawet, że będzie oznaczać całkowitą zagładę ich rodzaju. Ale ucieczka … czy to również nie jest odmiana zagłady? ROZDZIAŁ 1 Otworzyła oczy i przez sekundę czuła się tak, jakby świat się poruszał. Te oczy, te które się w nią wpatrywały, były brązowe. Ale był to brąz inny niż ten jaki kiedykolwiek widziała. Miały w sobie

złoto. Plamki bursztynu. I brąz. Tyle kolorów. „Obudziła się.” Ten głos, pamiętała ten głos. „Ćśś. Trzymam cię.” Przełknęła i próbowała znaleźć własny głos. Surowy świst powietrza. Bezdźwięczny. Bez formy. Mężczyzna z brązowymi oczami wśliznął rękę pod jej głowę i uniósł ją, gdy przykładał coś do jej ust. Zimne. Lód. Rozchyliła usta starając się desperacko, by stopić fragmenty lodu w ustach. Jej gardło stało się mokre, ale to nie wystarczyło. Potrzebowała wody. Ponownie spróbowała przemówić. Nie mogła nawet sama siebie usłyszeć, ale on to zrobił. „Usiądź.” To było jak próba pływania przez najbardziej kleisty płyn – jej kości były niczym galaretka, jej mięśnie były bezużyteczne. „Poczekaj.” Niemal sam uniósł ją do pozycji siedzącej na łóżku. Jej serce waliło w piersi. Bijący skrzydłami pojmany w klatkę ptak. Pik-pik. Pik-pik. Pik-pik. Ciepłe dłonie na jej twarzy obróciły jej głowę. Jego twarz pojawiła się w polu jej widzenia, a potem niemożliwie rozmazała się na boki. „Nie sądzę, by narkotyki całkowicie zniknęły z jej systemu.” Jego głos był głęboki, sięgał bardzo głęboko. Prosto do jej bijącego, wystraszonego serca. „Czy masz może – dzięki.” Uniósł coś. Kubek. Woda. Złapała jego nadgarstek. Jej palce niemal ześliznęły się z żywego męskiego żaru jego skóry. Nadal trzymał kubek poza jej zasięgiem. „Powoli. Rozumiesz?” To bardziej był rozkaz niż pytanie. Wydany głosem, który mówił, że przywykł do uzyskiwania posłuszeństwa. Przytaknęła i pozwoliła mu przyłożyć coś do jej ust. Słomkę. Jej dłoń zacisnęła się na jego ręce, była tak spragniona. „Powoli.” Powtórzył. Pociągnęła łyk. Bogaty. Pomarańczowy. Słodki. Mimo cienia żądania w głosie jej ratownika, mogła go nie usłuchać i wypić sok wielkimi łykami, ale jej usta nie pracowały prawidłowo. Lewie mogła pociągnąć najcieńszą ze słomek. Ale było to wystarczająco, by załagodzić podrażnione ciało jej gardła i wypełnić pusty ból w jej żołądku. Od tak dawna była głodna. Przebłysk czegoś w rogu jej umysłu. Zbyt szybki, by mogła to pochwycić. A potem wpatrywała się w te dziwnie przyciągające ją oczy. Ale on nie składał się jedynie z oczu. Miał czyste, niemal ostre linie i złoto-brązową skórę. Egzotyczne oczy. Egzotyczna skóra.

Jego usta poruszyły się. Jej oczy zawisły na nich na dłużej. Dolna warga była trochę bardziej pełna, niż wydawało się, że pasowałoby do jego niezakwestionowanie męskiej twarzy. Ale nie miękka. Nigdy miękka. Ten mężczyzna w całości składał się z twardości i rozkazów. Kolejny dotyk. Palce na jej policzku. Mrugnęła ponownie skupiając się na jego ustach. Próbując usłyszeć. „... imię?” Odsunęła sok i przełknęła. Upuściła dłonie na pościel. Chciał wiedzieć jak ma na imię. To było rozsądne pytanie. Też chciała znać jego imię. Ludzie zawsze wymieniali się imionami, gdy się spotykali. To było normalne. Jej palce zacisnęły się na miękkiej bawełnianej pościeli. Pik-pik. Pik-pik. Pik-pik. Ten bijący skrzydłami o klatkę ptak wrócił, uwięziony w jej piersi. Jak okrutnie. To nie było normalne. „Jak masz na imię?” Jej oczy były przeszywające w swojej bezpośredniości. Odmawiał pozwolenia jej, by spojrzała w bok. A ona musiała mu odpowiedzieć. „Nie wiem?” Dev spojrzał w te zachmurzone orzechowe spojrzenie i dostrzegł jedynie pełen zagubienia strach. „Glen?” Dr. Glen Herriford zmarszczył czoło z drugiej strony łóżka. „To może być efekt uboczny narkotyków. Była dość mocno nimi napełniona, gdy się pojawiła. Dajmy temu jeszcze kilka godzin.” Dev przytaknął, odłożył sok na stolik i ponownie zwrócił swoją uwagę na kobietę. Jej rzęsy już opadały. Nic nie mówiąc pomógł jej zmienić pozycję tak, by leżała płasko na plecach. Chwilę później już spała. Skinął głową w stronę drzwi i wyszedł, Glen podążył za nim. „Co znalazłeś w jej organizmie?” „To właśnie jest zabawne.” Glen postukał w kartę elektroniczną. „Wszystkie składniki chemiczne składają się na zwykłe stare tabletki nasenne.” „To na to nie wygląda.” Była zbyt mocno zdezorientowana, jej źrenice były bardzo mocno powiększone. „Chyba, że …” Glen uniósł brew. Usta Dev'a zacisnęły się. „Jakie są szanse, że sama to sobie zrobiła?” „Zawsze jest taka możliwość – ale ktoś pozostawił ją przed twoim mieszkaniem.” „Wszedłem do środka o dwudziestej drugiej, wyszedłem piętnaście minut później.” Zostawił telefon w samochodzie. Był poirytowany, że musiał przestać pracować, by wrócić do garażu. „Gdy ją znalazłem, była nieprzytomna.” Glen potrząsnął głową. „W takim razie nie mogła mieć wystarczającej koordynacji, by samej przedostać się przez system ochrony – utraciłaby swoje wyższe zdolności motoryczne na długo przed tym.” Walcząc z przypływem gniewu spowodowanym tym jak bardzo bezbronna musiała się czuć, co

mogło zostać jej zrobione w tym czasie, Dev ponownie zerknął do pokoju. Jasne białe światło wiszące nad głową spływało po jej matowych bond włosach i rozjaśniało zadrapania na jej twarzy i ostrze kości prześwitujące przez jej skórę. „Wygląda na praktycznie zagłodzoną.” Zazwyczaj uśmiechająca się twarz Glen'a była ponurą maską. „Nie mieliśmy okazji, by zrobić pełna kontrolę, ale na jej ramionach i nogach są sińce.” „Chcesz mi powiedzieć, że ona została pobita?” Surowa furia pulsowała przez ciało Dev'a, gorąca i pełna przemocy. „Torturowana, tego słowa bym użył. Pod tymi świeżymi są stare sińce.” Dev zaklął pod nosem. „Jak długo potrwa zanim będzie w stanie funkcjonować?” „Całkowite wypłukanie leku zajmie prawdopodobnie czterdzieści osiem godzin. Sądzę, że została nimi jednorazowo odurzona. Gdyby znajdowała się na nich dłużej, byłaby jeszcze bardziej rozwalona.” „Informuj mnie na bieżąco.” „Zamierzasz zadzwonić do Egzekutywy?” „Nie.” Dev nie miał zamiaru spuścić jej z wzroku. „Została porzucona pod moimi drzwiami z jakiegoś powodu. Zostanie z nami, aż odkryjemy co do jasnej cholery się dzieje.” „Dev...” Glen powoli wypuścił powietrze. „Jej reakcja na lek wskazuje, że musi być Psi.” „Wiem.” Jego własne zmysły psychiczne odebrały „echo” pochodzące od tej kobiety. Przytłumione, ale obecne. „Na tym etapie nie stanowi zagrożenia. Ocenimy ponownie sytuację, gdy się ocknie i będzie funkcjonować.” Z wewnątrz pokoju coś piknęło sprawiając, że Glen zerknął na kartę. „To nic takiego. Nie masz czasem dzisiaj rano spotkania z Talin?” Rozumiejąc sugestię Dev pojechał do domu wziąć prysznic i się przebrać. Zegar właśnie wybił szóstą trzydzieści, gdy ponownie wszedł do budynku, który był główną siedzibą Fundacji Światło. Cztery najwyższe piętra zawierały liczbę mieszkań dla gości, dziesięć środkowych pięter było zajętych przez różnego rodzaju biura administracyjne, a piętra poniżej piwnicy zawierały kompleks testowy i medyczny. A dzisiaj – także Psi. Kobietę, która mogła okazać się być ostatnim ruchem Rady stanowiącym próbę zniszczenia Zapomnianych. Ale, przypomniał sobie, teraz ona spała, a on miał pracę do wykonania. „Aktywuj. Kodowanie głosowe – Devraj Santos.” Pusty ekran komputera wysunął się z jego biurka i zapełnił się sporą ilością nieprzeczytanych wiadomości. Jego sekretarka, Maggie, była dobra w oznaczaniu tych, które „mogą-zaczekać” od tych, na które „trzeba odpowiedzieć”, a wszystkie dziesięć wiadomości wyświetlonych na ekranie należało do tej drugiej kategorii. A dzisiejszy dzień jeszcze się nie zaczął. Odchylił się w krześle i zerknął na zegarek. Zbyt wcześnie, by zacząć oddzwaniać – nawet w Nowym Jorku większość ludzi nie znajdywało się przy biurkach przed szóstą czterdzieści pięć. Ale znowu, większość ludzi nie prowadziło Fundacji Światło, a co dopiero mówić o działaniu w roli „głowy” rodziny składającej się z tysięcy ludzi rozsianych po kraju, a także w wielu przypadkach, po całym świecie. Fakt, że pomyślał w tym momencie o Marty'm był nieunikniony. „Ta praca pożre ciebie żywcem, wyssie szpik z twoich kości, a na końcu wypluje cię jak pustą skorupę.” Powiedział do niego jego poprzednik w nocy, gdy Dev zaakceptował funkcję dyrektora. „Ty trzymałeś się tej pracy.” Marty prowadził Światło przez ponad czterdzieści lat. „Miałem szczęście.” Powiedział starszy mężczyzna w swój bezpośredni nie znoszący nonsensów sposób. „Gdy objąłem to stanowisko byłem żonaty, i ku mojej odwiecznej wdzięczności, moja żona została ze mną przez całe to gówno. Ty wchodzisz w to sam, i skończysz zostając sam.”

Dev nadal pamiętał jak się roześmiał. „Co, masz tak niską opinię na temat mojego czaru?” „Możesz mieć tyle czaru ile zechcesz.” Powiedział Marty z prychnięciem. „Ale kobiety mają w zwyczaju pragnąć twojego czasu. Dyrektor Fundacji Światło nie ma czasu. Ma jedynie wagę tysięcy snów, marzeń i lęków spoczywającą na jego barkach.” Posłał mu spojrzenie wypełnione cieniami. „To ciebie zmieni Dev. Sprawi, że staniesz się okrutny, jeżeli nie będziesz ostrożny.” „Teraz jesteśmy stabilnym zespołem.” Argumentował Dev. „Przeszłość, to przeszłość.” „Drogi chłopcze, przeszłość nigdy nie będzie tylko przeszłością. Jesteśmy w stanie wojny, a jako dyrektor, jesteś generałem.” Dev przepracował trzy lata na tym stanowisku, zanim naprawdę zrozumiał ostrzeżenie Mart'iego. Gdy jego przodkowie uciekli z Sieci Psi mieli nadzieję na zorganizowanie życia poza zimną sztywnością Ciszy. Wybrali chaos zamiast kontroli. Niebezpieczeństwa emocji zamiast pewnej przytomności umysłu i życia przeżytego bez nadziei, miłości i radości. Ale razem z tymi wyborami nadeszły konsekwencje. Rada Psi nigdy nie przestała polować na Zapomnianych. By z nimi walczyć, by utrzymać swoich ludzi w bezpieczeństwie, Dev sam musiał podjąć kilka brutalnych decyzji. Jego palce zacisnęły się wokół długopisu, który trzymał, grożąc jego zmiażdżeniem. „Wystarczy.” Wymruczał ponownie zerkając na zegarek. Nadal zbyt wcześnie, by zadzwonić. Odepchnął fotel, wstał zamierzając nalać sobie trochę kawy. Zamiast tego ku własnemu zdziwieniu znalazł się w windzie jadąc na poziom piwniczny. Korytarze były spokojne, ale on wiedział, że laboratoria już mruczały od aktywności – obciążenie pracą było po prostu zbyt duże, by pozwolić na duży czas bezczynności. Ponieważ, choć Zapomniani kiedyś byli tacy jak Psi, którzy patrzyli na Radę, by nimi przewodziła. Czas i małżeństwa z innymi rasami zmieniły sprawy w ich strukturze genetycznej. Zaczęły pojawiać się dziwne nowe umiejętności … ale również i dziwne nowe choroby. Ale to nie było zagrożenie, które musiał dzisiaj ocenić. Jeżeli mieli rację, nieznana kobieta w łóżku szpitalnym znajdującym się przed nim, była podłączona do samej Sieci Psi. To sprawiało, że była dużo bardziej niż tylko niebezpieczna – była jak koń trojański. Jej umysł był przewodnikiem, przez który można było przekazywać dane lub zaszczepić śmiertelne strategie. Ostatni szpieg, który był wystarczająco głupi, by zinfiltrować Światło zbyt późno odkrył śmiertelnie groźną prawdę – że Devraj Santos nigdy nie zostawił za sobą swojego podłoża wojskowego. Teraz, gdy patrzył na posiniaczoną, podrapaną i wyniszczoną twarz tej kobiety rozważał, czy byłby w stanie skręcić jej kark z zimną krwią, gdyby nadszedł taki czas. Bał się, że jego odpowiedź może być lodowato praktycznym tak. Zmrożony tą myślą, już miał opuścić pokój, gdy zauważył, że jej oczy mocno poruszały się pod powiekami. „Psi nie powinni śnić.” Wymruczał. „Powiedz mi.” Przełknęła krew z języka. „Powiedziałam ci wszystko. Zabrałeś wszystko.” Oczy czarne jak noc z zaledwie kilkoma plamkami bieli wpatrywały się w nią, gdy mentalne palce rozprzestrzeniały się przez jej umysł, przeszywając, drapiąc, niszcząc. Przełknęła krzyk, ugryzła kolejną linię na języku. „Tak.” Powiedział jej oprawca. „Wygląda na to, że rozebrałem cię ze wszystkich twoich sekretów.” Nie odpowiedziała mu, nie rozluźniła się. Robił to już wcześniej. Tak wiele razy. Ale za minutę znowu zaczną się pytania. Nie wiedziała czego chciał, nie wiedziała czego szukał. Wiedziała

jedynie, że się złamała. Nie było w niej już nic. Była popękana, zniszczona, zginęła. „Teraz.” Powiedział tym samym zawsze cierpliwym głosem. „Opowiedz mi o eksperymentach.” Otworzyła usta i powtórzyła to co już wyznała. Kilka razy. Raz za razem. „Przerobiłyśmy wyniki.” Wiedział to od samego początku. To nie była zdrada. „Nigdy nie dałyśmy ci prawdziwych danych.” „Powiedz mi prawdę. Powiedz mi co znalazłyście.” Te palce bezlitośnie wędrowały po jej umyśle wystrzeliwując czerwony ogień, który groził spaleniem jej istoty. Nie mogła się powstrzymać. Nie mogła ich obronić. Nie mogła nawet obronić siebie. Ponieważ przez cały ten czas on siedział niczym wielki czarny pająk wewnątrz jej umysłu, obserwując, ucząc się i nabywając wiedzę. Na końcu, zabrał jej sekrety, jej honor, jej lojalność, a gdy skończył, jedyną rzeczą jaką pamiętała był bogaty żelazny zapach krwi. Obudziła się z urwanym krzykiem na ustach. „On wie.” Brązowe oczy ponownie patrzyły prosto na nią. „Kto wie?” Imię sformułowało się na jej języku, a potem uciekło w mieszaninie jej zniszczonego umysłu. „On wie.” Powtórzyła zdesperowana, by ktoś zrozumiał, to co zrobiła. „On wie.” Jej palce zacisnęły się na jego dłoni. „Co on wie?” Elektryczność przesunęła się przez nie jakby pod jej skórą znajdowało się piekło. „O dzieciach.” Wyszeptała. Jej głowa znowu stawała się ciężka, a przed jej oczy znów wypływała ciemność. „O chłopcu.” Złoto zmieniło się w brąz, a ona chciała na to popatrzeć, ale było już za późno. ARCHIWA RODZINY PETROKOV List datowany na 17 czerwca 1969 r. Drogi Matthew, na dzisiejszym spotkaniu głów rządu, Rada zaproponowała radykalne nowe podejście do problemu przed którym stanęliśmy. Wiedziałam, że to się zbliżało, ale mimo to, nadal ciągle nie mogę sobie wyobrazić jak to będzie działało. Celem tego nowego programu będzie uwarunkowanie, by przyszłe pokolenia Psi nie odczuwały wszystkich negatywnych emocji. Gdybyśmy mogli uleczyć wściekłość jaką byłoby to łaską – można by powstrzymać tak wiele przemocy, ocalić tak wiele żyć. Ale teoretycy poszli jeszcze dalej. Powiedzieli, że gdy będziemy mogli opanować wściekłość, możemy być w stanie kontrolować inne angażujące nas mocno emocjonalne wydarzenia – sprawy, które powodowały pęknięcia prowadzące do chorób umysłowych. Jestem ostrożną optymistką. Bóg wie, że ta rodzina zapłaciła cenę za jej umiejętności o jeden raz za dużo. Z wyrazami całej mojej miłości, Mama. ROZDZIAŁ 2 On wie … O dzieciach. O chłopcu. Dev zmusił się, by zaczekać do dziewiątej, a potem niecierpliwymi dłońmi wystukał numer Talin. Jego ramiona były napięte. Blond kobieta po wypowiedzeniu tych słów ponownie straciła przytomność, ale Dev nie potrzebował wiedzieć niczego więcej – jego przeczucie podpowiadało mu, że odpowiedź mogła być tylko jedna.

„Dev?” Twarz Talin nosząca ewidentne ślady snu pojawiła się na jego przeźroczystym monitorze, jej ziewnięcie nie było zaskakujące biorąc pod uwagę, że w jej części kraju dopiero dochodziła szósta. „Wydawało mi się, że nasze spotkanie miało być o dziesiątej trzydzieści czasu wschodniego.” „Zmiana planów.” Uważnie rozważył swoje następne słowa. Talin była pragmatyczna, ale była również bardzo przywiązana do swoich podopiecznych. „Muszę porozmawiać z Jon'em.” Zrobiła niezadowoloną minę. „On nie zmieni zdania na temat przystąpienia do szkoły Światła. Ale upewnię się, że przeczyta wszystko co przyśle mu Glen, a Psi w stadzie pomagają mu trenować jego umiejętności.” „On jest już zadomowiony w Ciemnej Rzece.” Dev doszedł do tego wniosku po osobistej wizycie w bazie stada w San Francisco. „Sądzę, że to dla niego najlepsze miejsce.” „W takim razie …?” „Jak wiele ludzi wiedziało o tym, że Jon był w laboratorium Psi – po tym jak został porwany?” Ten chłopiec był – genetycznie rzecz ujmując – w ponad czterdziestu pięciu procentach Psi, i urodził się z unikalnym rodzajem umiejętności wokalnych. Jonquil Duchslayq mógł dosłownie namówić ludzi do zrobienia czegokolwiek tylko chciał. Był to dar, za który, by mieć go pod kontrolą wielu byłoby gotowych rozlewać krew. Drobne linie pojawiły się z w kącikach oczu Talin, gdy jej spojrzenie wyostrzyło się. „Oczywiście Ashaya. Była głównym naukowcem.” Ashaya Aleine była teraz związana z leopardem Ciemnej Rzeki i nie zrobiłaby niczego, by sprowadzić niebezpieczeństwo na Jon'a lub inne dzieci Zapomnianych. „Kto jeszcze?” „Nikt żywy.” Głos Talin wibrował echem najczystszej wściekłości. „Clay zajął się Larsen'em, draniem, który eksperymentował na dzieciach. A wiesz przecież, że Rada zniszczyła laboratorium Ashay'i po tym jak uciekła, zabijając wszystkich jej asystentów badawczych.” Lód rozlał się przez jego klatkę, zimny, sztywny, śmiertelnie niebezpieczny. „Jak mocno jesteś tego pewna?” „Ciemna Rzeka ma kontakty w Sieci. Wilki również.” Dodała odnosząc się do najbliższego sprzymierzeńca Ciemnej Rzeki, Śnieżnych Tancerzy. „Nie było nawet jednego szeptu o ocalałych.” Ale Psi, jak Dev wiedział, byli dobrzy w utrzymywaniu sekretów. Zwłaszcza Psi tacy jak Ming LeBon, Radny, który zgodnie z plotkami stał za zniszczeniem laboratorium. „Jeżeli przyślę ci fotografię, czy możesz dowiedzieć się, czy Jon rozpozna tą osobę z czasu swojego porwania?” „Nie.” Padła absolutna odpowiedź. Wyraz jej twarzy był równie nieugięty jak leopardów z jej stada. „W końcu zaczyna zachowywać się jak normalny dzieciak – nie chcę mu przypominać tego co przeszedł w tym miejscu.” Dev znał Talin wystarczająco długo, by wiedzieć, że nie zmieni jej zdania. „W takim razie będę potrzebować numeru Ashay'i.” „Była dosyć podłamana utratą swoich ludzi.” Zamilkła na chwilę. „Po prostu bądź z nią delikatny.” Dev usłyszał to, czego nie powiedziała głośno. „Boisz się, że wyciągnę z niej odpowiedź siłą?” „Zmieniłeś się Dev.” Padła cicha odpowiedź. „Stałeś się twardszy.” Było to oskarżenie, któremu często stawiał czoła w ciągu kilku ostatnich miesięcy. Ty pozbawiony serca draniu! Umieściłeś go w szpitalu! Jak możesz ze sobą żyć? Odkładając to ostre jak brzytwa wspomnienie na półkę, wzruszył ramionami. „To część pracy.” To była prawda, ale nawet, gdyby jutro przestał być dyrektorem Światła, jego umiejętność sprawiłaby dalsze rozprzestrzenianie się zimna w jego duszy. Paradoksalnie, dokładnie ten sam lód sprawiał, że był najlepszą osobą do prowadzenia Światła – wiedział jak myśleli Psi.

„Trzymaj.” Zanotował numer, który Talin wyświetliła na ekranie. „Czy możemy odłożyć nasze spotkanie?” Przytaknęła. „Daj mi znać, czego się dowiesz.” Dev zakończył rozmowę i wprowadził numer Ashay'i. Z jej strony odebrało dziecko o szarych oczach i prostych jedwabistych czarnych włosach. „Hallo. W czym mogę pomóc?” Dev nie sądził, że cokolwiek będzie dzisiaj w stanie sprawić, by się uśmiechnął, ale poczuł jak kąciki jego ust unoszą się na to poważne powitanie. „Czy twoja mama jest gdzieś w pobliżu?” „Tak.” Oczy chłopca roziskrzyły mu się i nagle stały się bardziej niebieskie niż szare. „Robi mi ciasteczka do przedszkola.” Dev nie mógł zbytnio pogodzić się z wizją naukowca Psi Ashay'i Aleine jako matki, która o szóstej piętnaście rano robiła ciasteczka dla swojego małego synka. „Nie powinieneś jeszcze spać?” Zanim chłopiec mógł odpowiedzieć zmarszczona twarz kobiety wypełniała ekran. „Z kim rozmawiasz ...” Jej spojrzenie padło na niego. „Tak?” „Nazywam się Devraj Santos.” Ashaya podniosła syna i przytrzymała go na swoim biodrze. Chłopiec natychmiast wtulił główkę w jej ramię. Jedna mała dłoń rozłożyła się na jej jasno niebieskiej koszuli. Inteligentne oczy obserwowały Dev'a z nieskrywanym zainteresowaniem. „Fundacja Światło.” Powiedziała Ashaya poprawiając mechanicznymi ruchami kołnierzyk piżamki syna. Były to ruchy matki przyzwyczajonej do robienia tego typu rzeczy. „Tak.” „Talin opowiadała o panu.” Założyła za uszy pasemko lokowanych czarnych włosów, które uciekło z jej warkocza. „Co mogę dla pana zrobić?” Oczy Dev'a przesunęły się na jej syna. Rozumiejąc aluzję Ashaya pocałowała chłopca w policzek i uśmiechnęła się. „Keenan chcesz wyciąć trochę ciasteczek, gdy ja porozmawiam z Panem Santos'em?” Chłopiec przytaknął entuzjastycznie. Matka i dziecko na minutkę zniknęli z ekranu, gdy czekał, Dev zastanawiał się, czy on kiedykolwiek będzie trzymał w ramionach swoje dziecko. Prawdopodobieństwo było bardzo niskie – nawet, gdyby zaufał swojemu dziedzictwu genetycznemu, zrobił zbyt wiele, zbyt wiele widział. Nie zostało w nim już nic z łagodności. Twarz Ashay'i wróciła na ekran. Jej oczy były wypełnione pozostałościami śmiechu. „Będziemy musieli się pośpieszyć – Keenan jest bardzo grzeczny, ale to nadal czterolatek sam z masą na ciasteczka.” Wiedząc, że właśnie zmaże tą świecącą radość z jej oczu nie próbował nawet złagodzić ciosu, nie próbował osłodzić możliwych skutków tej rozmowy. „Potrzebuję, by zobaczyła Pani, czy może kogoś rozpoznać.” A potem opowiedział jej o kobiecie, którą znalazł porzuconą przed drzwiami jego mieszkania. Twarz Ashay'i stała się blada pod jej śniadą cerą. „Czy sądzi pan, że ...” „To może nie być nic takiego.” Wtrącił. „Ale jest taka możliwość, i muszę ją sprawdzić.” „Oczywiście.” Jej gardło poruszyło się, gdy przełknęła. „Jeżeli Rada wie na temat unikalnych umiejętności, które manifestują się w dzieciach Zapomnianych, istnieje szansa, że ponownie zaczną na nich eksperymentować.” Zamilkła na chwilę. „Sądzę, że Ming zabiłby je, gdyby nie mógł ich wykorzystać.” Szczęka Dev'a zacisnęła się. Dokładnie tego się obawiał – Rada nigdy nie zgodzi się na istnienie innej gruby z dostępem do mocy psychicznych – a co dopiero niesamowicie silnych

manifestujących się u części jego ludzi. „Czy ta linia jest bezpieczna?” „Tak.” Przesłał zdjęcie. „Ona może nie wyglądać tak jak kiedyś.” Ashaya przytaknęła, wzięła głęboki wdech i otworzyła załącznik. Wiedział w momencie, gdy to się stało, że rozpoznała kobietę ze zdjęcia. Przytłaczająca ulga, gniew i ból – wszystkie te uczucia przelały się po jej twarzy silnymi falami. „Dobry Boże.” Jej palce zasłoniły usta. „Ekaterina. To Ekaterina.” ROZDZIAŁ 3 Rada Psi spotkała się w swojej zwyczajowej lokalizacji – mentalnym sejfie głęboko w Sieci Psi, psychicznej sieci, która łączyła każdego Psi na planecie, za wyjątkiem renegatów. Nieskończona płaszczyzna czerni, każdy umysł Psi był reprezentowany przez pojedynczą białą gwiazdę. Sieć miała w sobie niesamowity rodzaj piękna. Ale oczywiście, ci wewnątrz Sieci nie byli już w stanie rozumieć piękna. Tak jak ich Rada, rozumieli jedynie logikę, praktyczność i ekonomię. Zamknięci wewnątrz solidnych czarnych ścian sejfu. Nikita spojrzała na Ming'a. „Masz coś do omówienia?” „Tak.” Umysł tego Radnego był niczym ostrze, precyzyjny i lodowato zimny. „Byłem w stanie odzyskać część danych, które Ashay'a Aleine zaciemniła przed ucieczką.” „Doskonale.” Głos mentalny Shoshann'y Scott był równie spokojnie elegancki, jak w codziennym życiu. Dlatego to ona była jedną z dwóch publicznych twarzy Rady. Jej „mąż” Henry, ich związek był jedynie fasadą by ułagodzić media ludzi i zmiennokształtnych, był drugą połową tego zespołu. Choć jak Nikita zauważyła, w ciągu ostatnich kilku miesięcy tych dwoje nie pracowało jako zespół. „Cokolwiek, co może nam się przydać?” Ponownie zapytała Shoshanna. „Możliwe.” Ming zamilkł. „Ładuję teraz informacje.” Pasma danych przesunęły się po czarnych ścianach. Srebrny wodospad możliwy do zrozumienia jedynie przez najbardziej potężne umysły Psi. Nikita przyswoiła informacje skanując przez ciche punkty. „To dotyczy Zapomnianych.” „Wydaje się, że ich najnowsi potomkowie rodzą się z umiejętnościami nie widzianymi w Sieci.” Powiedział Ming. „To nie jest dziwne.” Gładki głos Kaleb'a. Nikita uważała go za najbardziej śmiertelnie groźnego członka nie tylko samej Rady, ale całej Sieci. Obecnie, w pewnych sprawach stał się jej sprzymierzeńcem, ale nie wątpiła, że zabiłby ją bez wahania, gdyby okazało się to konieczne. „Radny Krychek ma rację.” Powiedziała Tatiana odzywając się po raz pierwszy. „Wypracowaliśmy praktykę eliminowania mutacji z zasobu genetycznego za wyjątkiem, tych mutacji, które są esencjonalne do funkcjonowania Sieci.” Nikita wiedziała, że ten przytyk był skierowany do niej. Było to przypomnienie nie akceptowanego dziedzictwa genetycznego jej córki. „Oznaczenie E nie jest mutacją.” Powiedziała ze spokojem, który został w nią warunkowany od kołyski. „Empaci są krytycznym komponentem Sieci. Czy może zapomniałaś lekcję z historii?” Ostatnim razem, gdy Rada próbowała powstrzymać powstawanie osób z umiejętnościami oznaczonymi E – niszcząc wszystkie embriony, które wykazywały pozytywny wynik testów na tą umiejętność – Sieć Psi krytycznie zbliżyła się do załamiania.

„Niczego nie zapomniałam” Głos Tatiany był całkowicie pozbawiony intonacji. „Wracając do bieżącej sprawy – usunięcie mutacji spowodowało wzmocnienie naszych głównych umiejętności, sprawiając, że stały się czystsze, ale nieuniknionym skutkiem ubocznym tego działania było zahamowanie rozwoju nowych talentów.” „Czy to naprawdę stanowi problem?” Anthony Kyriakus zapytał jak zawsze rzeczowo. „Z pewnością, gdyby Zapomniani rozwinęli jakieś nowe niebezpieczne umiejętności do tej pory na pewno już użyliby ich przeciwko nam.” „Też doszedłem do takiego wniosku.” Powiedział Ming. „Jednakże, jeżeli nikt nie ma nic przeciwko chciałbym przeznaczyć małą część środków Rady na monitorowanie populacji Zapomnianych w celu zebrania dowodów na istnienie bardziej poważnych mutacji – musimy upewnić się, że oni nigdy więcej nie staną się tym, czym kiedyś byli.” Nie było sprzeciwów. „Nikita.” Powiedziała Tatiana, gdy dane Ming'a zniknęły ze ścian. „Jak przebiega w twoim regionie ochotnicza rehabilitacja?” „Jej tępo jest stabilne.” Pozwolenie populacji wybrać, by mieć sprawdzone warunkowanie – i, jeżeli okaże się to konieczne, poprawione – zamiast zmuszania ich do tego, zebrało bardziej pozytywne skutki niż cokolwiek czego się spodziewała. „ Sugeruję byśmy kontynuowali pozwolenie, by ludzie przychodzili ochotniczo – Sieć już staje się spokojniejsza.” „Tak.” Powiedział Henry. „Wybuchy przemocy ustały.” Nikita nie była w stanie zdemaskować indywiduum, które zaprojektowało ostatni wybuch morderczych publicznych aktów przemocy spowodowanych przez Psi, ale wiedziała, że najprawdopodobniej był to ktoś z tego pokoju. Jeżeli celem tej osoby było skłonienie ludzi do przyklejenia się do Ciszy, on lub ona odnieśli sukces. Ale te krwawe wydarzenia pozostawiły psychiczne echo – Sieć była zamkniętym systemem. Cokolwiek wchodziło do środka, pozostawało w niej. Pozostali Radni wydawali się o tym zapominać, ale ona nie zapomniała. Już budowała swoje tarcze, czekając na moment, gdy zapłacą cenę za ten pełen przemocy fragment strategii. ROZDZIAŁ 4 Sześć godzin po ich wczesnej porannej rozmowie, Dev prowadził Ashay'ę Aleine na piętro medyczne. Jej wybranek, Dorian, szedł przy jej boku z ponurą miną. „Jeżeli Ekaterina została zabrana z laboratorium, gdy zostało ono zniszczone, najprawdopodobniej od ponad pięciu miesięcy była w rękach Rady.” Ashaya wydała z siebie zduszony dźwięk wyrażający jej ból sprawiając, że Dorian przeklął pod nosem. Przyciągnął swoją bratnią duszę do siebie i potarł twarzą o elektryzujące loki jej włosów. „Przepraszam Shaya.” „Nie.” Wzięła głęboki wdech. „Masz rację.” „A jeżeli to prawda, to oni wiedzą wszystko, co ona wiedziała.” Powiedział Dev. Ashaya przytaknęła. „Ming LeBon rozerwałby jej umysł otworem. To on stał za zniszczeniem laboratorium – to na pewno on ją wziął.” Mentalna przemoc byłaby wszechobecna, pomyślał Dev z wybuchem zimnego gniewu. Napaść psychiczna zostawiała ofiarę bez nawet najwęższej ścieżki ucieczki. Bez miejsca, gdzie mogła choćby udawać, że wszystko było dobrze. „Dlaczego mieliby zostawić ją pod twoimi drzwiami?” Powiedziała Ashaya łamiącym się głosem.

„Jako ostrzeżenie?” „Bardziej jako sposób droczenia się.” Dev uznał przestudiowanie wroga za swój obowiązek. „To wojna psychologiczna.” Dorian przytaknął. „Ming może próbować cię wystraszyć, byś zrobił coś pośpiesznego.” „Wszystkie dzieci Światła są bezpieczne i policzone.” Powiedział Dev po tym jak spędził ostatnich kilka godzin potwierdzając to. „Niestety nadal mamy szary obszar, gdzie są one namierzone, ale nie zgodziły się jeszcze, by zaakceptować naszą pomoc.” Ostatni szpieg Rady wykorzystał ten obszar szarości namierzając dzieci do eksperymentów po tym jak przyszły do biur terenowych, ale zanim zostały bezpiecznie wciągnięte pod parasol Światła. Każda taka śmierć prześladowała Dev'a. Ponieważ Światło było po to, by dawać bezpieczeństwo, by zlokalizować tych Zapomnianych, którzy się zgubili i zostali odcięci od grupy, gdy Rada po raz pierwszy zaczęła polować na ich potomków. Ale zamiast być bezpieczną przystanią te dzieci odnalazły tu jedynie śmierć … a gdy stara Rada Światła siedziała bezczynnie trzymając głowy w piasku. Dev był gotowy ich zabić, za ich ślepotę i odmowę, by dostrzec, że rzeź ponownie się zaczęła. Zgodnie z niektórymi opiniami niemal mu się to udało. Jeden z członków rady dostał ataku serca po tym jak Dev rzucił zdjęcia zmasakrowanych ciał dzieci prosto przed niego. Kilkoro innych było bliskich załamania nerwowego. Ale nikt nie powstrzymał go, gdy przejął władzę, gdy ruszył za szpiegiem mając tylko jedno w głowie. „W tą stronę.” Powiedział prowadząc ich cichym korytarzem. „Tally powiedziała, że ostatnio zawiesiłeś proces rekrutacji.” Dorian rozejrzał się, jego oczy były genialnie niebieskie. Wydawały się nawet bardziej żywe w połączeniu z jego wyróżniającymi włosami koloru białego blondu. „Tym razem też zamierzasz to zrobić?” „By znaleźć te dzieci potrzebują szpiega, a szpieg nie żyje.” Powiedział Dev płaskim tonem. Ashaya zamrugała zerkając z Dorian'a, ale nie odezwała się słowem. Jej wybranek przytaknął. „I dobrze.” Dev użył skanu dłoni, by przeprowadzić ich przez drzwi ochrony. „Nie mogę uzasadnić ponownego zamknięcia programu tak szybko po ostatnim razie, bez solidnych dowodów kłopotów – spędziliśmy bardzo dużo czasu i wysiłku by odnaleźć potomków oryginalnych rebeliantów z ważnego powodu. Są tam dzieci, które szaleją, bo sądzą, że są ludźmi.” Po stu latach Ciszy, Psi pozostających zamkniętych we własnej kulturze, nikt nie wysilał się, by testować obecność umiejętności psychicznych. Nikt nie zdawał sobie sprawy, że niektóre szalone dzieci tak naprawdę słyszały w głowie głosy. Niektóre były uśpionymi telepatami, których dary ujawniły się w okresie dojrzewania. Niektóre były słabymi empatami, były przytłoczone emocjami innych ludzi. A część z nich … część była ukrytymi skarbami, darami powstającymi w wyniku stulecia genetycznych zmian. Zobaczył jak Glen wychodzi z pokoju i pomachał na doktora. Ten szybko do nich przyszedł. Miał ciemne kręgi pod oczami. Dev ocenił pomarszczone ubrania swojego przyjaciela i sposób w jaki jego imbirowe włosy sterczały w niechlujnych kosmykach. „Sądziłem, że jesteś już po zmianie.” Glen przesunął dłonią po włosach bardziej jeszcze elektryzując kosmyki. „Chciałem tutaj być na wypadek, gdyby nasz gość się obudził. Złapałem trochę snu w stołówce.” Przedstawienie wszystkich zajęło tylko kilka sekund, a potem poszli do pokoju Ekaterin'y. Ku zaskoczeniu Dev'a była przytomna i siedziała popijając coś z małego kubka. Zerknął na Glen'a. „Dopiero dziesięć minut temu.” Wymruczał doktor.

Ekaterina spojrzała prosto na Dev'a. Jej oczy ześlizgiwały się z Ashay'i, tak jakby jej wcześniejsza współpracowniczka nie istniała. „Sieci zaczynają się rozmywać.” Jej głos był zachrypnięty. Brzmiał tak, jakby od dłuższego czasu go nie używała … albo tak jakby był złamany w najbardziej brutalny sposób. Dev podszedł w jej stronę i wziął kubek, który skierowała w jego stronę. Dev był złapany w cienie, które krążyły w zielono-złotych głębiach jej oczów. „Jak dużo pamiętasz?” Przełknęła, ale nie przerwała kontaktu wzrokowego. „Nie wiem kim jestem.” To była prośba, choć jej głos nie załamał się, a jej oczy nie rozbłysły. A jednak Dev usłyszał krzyk – cienkie przeszywające wołanie, które uderzyło go prosto w serce. Część jego, mała, ledwie możliwa do zbawienia część, chciała zaoferować jej pocieszenie, ale ta kobieta po prostu przez sam fakt istnienia stanowiła zagrożenie dla jego ludzi. Była Psi. A Psi podłączonym do Sieci nie można było ufać. Bez względu na to, że zachowywała się bardziej ludzko niż jej pobratymcy. Musiał traktować ją jak broń noszącą w sobie ziarno zniszczenia Światła. A gdy to okaże się prawdziwe, będzie musiał podjąć najbardziej śmiertelnie niebezpieczną decyzję … nawet jeżeli zabije to ostatnie resztki człowieczeństwa jakie w nim pozostały. „Ekaterina.” Głos Ashay'i był delikatny, łagodny. Kobieta na łóżku zamrugała i potrząsnęła przecząco głową. „Nie.” „Tak masz na imię.” Powiedział Dev nie pozwalając jej spojrzeć w inną stronę. Zmienne orzechowe oczy zabłyszczały i zgasły, ogień umarł. „Ekaterina nie żyje.” Powiedziała z absolutnym spokojem. „Wszystko nie życie. Nic nie zosta...” Jej zęby zacisnęły się razem, gdy jej ciało zadrżało z bardzo dużą siłą. „Glen!” Złapał ją zanim spadła z łóżka. Dev próbował powstrzymać ją przed skrzywdzeniem samej siebie. Jej kości pod jego dłońmi były niezwykle delikatne. „Powiedz to.” Trzymała usta zamknięte. „Powiedz to.” Nie. Nie. Nie. „Powiedz to.” Nie zmęczył się, nie przestał, nie pchnął w jej umysł. Horror czekania na ból, terror, był w jakiś sposób gorszy niż sama przemoc. „Powiedz to.” Przez pierwsze dni, pierwsze tygodnie trzymała się przytomności swojego umysłu. Ale on nadal nie poddawał się. Jej język był taki gruby, taki suchy. Jej żołądek bolał. Ale trzymała się. „Powiedz to.” Zajęło jej to trzy miesiące, ale zrobiła to. Powiedziała to. „Ekaterina nie żyje.” „Jest nieprzytomna.” Glen poświecił światłem w oczy Ekateriny, gdy leżała bezwładnie na poduszkach. „To może być pozostałość po lekach będących w jej systemie, ale sądzę, że zapalnikiem było jej imię – jakiś rodzaj granatu psychicznego.” „Raczej ich połączenie.” Powiedziała Ashaya po rozwinięciu składników chemicznych pigułek nasennych, które Glen zanotował na karcie. „Nie które z tych składników powodują u Psi utratę pamięci.”

Oczy doktora rozjaśniły się, gdy odnalazł w niej kolegę po fachu. „Tak. Istnieje możliwość, że niektóre leki były używane tylko po to, by wzmocnić inne metody mające na celu złamanie jej psychiki.” Dev wpatrywał się w twarz Ekaterin'y Haas. Była podrapana i posiniaczona. Zastanawiał się, co musiała oddać, by wyjść żywo z tych tortur … co pozwoliła swoim porywaczom umieścić w sobie. Jego ręce zacisnęły się w kieszeniach spodni – jakąkolwiek umowę zawarła, nie uratowało to jej. „To co powiedziałeś zaraz po przyjeździe nie może mieć miejsca.” Wymruczał do Dorian'a podczas gdy doktor i Ashaya byli zajęci. „Shaya chce mieć ją blisko.” Dorian skrzyżował ręce, a jego oczy nie opuszczały bratniej duszy. „To ją zrujnowało, gdy myślała, że Ekaterina umarła.” „Cokolwiek się jej przytrafiło, cokolwiek jej zrobiono, ona już nie jest kobietą, którą znała twoja wybranka. Jesteśmy dużo bardziej przystosowani do monitorowania jej.” Powiedział Dev nie będąc w stanie oderwać własnych oczu o chudej postaci leżącej w łóżku. „A jeżeli okaże się zagrożeniem?” Dev spojrzał mu prosto w oczy. „Znasz odpowiedź na to pytanie.” Dorian był Strażnikiem Ciemnej Rzeki. A stado leopardów nie zajęło swojej obecnej pozycji jako jednej z najbardziej dominujących grup zmiennokształtnych w kraju przez okazywanie słabości … lub łatwe wybaczanie. Wypuszczając delikatnie powietrze Dorian powrócił spojrzeniem do swojej wybranki. „Jeżeli podejmiesz taką decyzję wprowadź mnie w nią. Pozwól mi ją na to przygotować.” Jego głos był szorstki. To był cicho wypowiedziany rozkaz. Dev był bardziej przyzwyczajony do wydawania rozkazów, niż ich przyjmowania, ale Ashaya uratowała życia dzieci Zapomnianych ryzykując własnym. A potem zdemaskowała sekretną perwersję Rady stawiając ją otworem, by wszyscy mogli się o niej dowiedzieć. Zasłużyła na jego szacunek. „To wystarczająco sprawiedliwe.” Jednakże, gdy obserwował jak klatka piersiowa Ekaterin'y unosi się i opada w rytmie, który jemu wydawał się niebezpiecznie płytki, raz jeszcze zastanawiał się, czy będzie w stanie wypełnić ten obowiązek, jeżeli do tego dojdzie. Czy mógłby złamać to ciało, które już tak wiele wycierpiało? Odpowiedź padłą z tej części jego duszy, która była zahartowana w krwi i bólu. Tak. Ponieważ, gdy walczono z potworami, czasami, samemu trzeba było stać się potworem. ARCHIWA RODZINY PETROKOV List datowany na 24 maja 1969 r. Mój kochany Matthew, twój tata mówi, że pewnego dnia będziesz śmiał się z tych listów, które do ciebie piszę. Listy do syna, który w tym momencie w tym samym czasie próbuje ssać oba kciuki naraz. „Zarina, co za matka pisze polityczne traktaty do swojego siedmiomiesięcznego syna?” Tak zapytał mnie David dzisiejszego popołudnia. Wiesz co mu odpowiedziałam? „Matka, która jest pewna, że jej dziecko wyrośnie na geniusza.” Och, jak ty wywołujesz uśmiech na mojej twarzy. Zastanawiam się, nawet gdy to piszę, czy w ogóle kiedykolwiek pozwolę ci przeczytać te listy. Pewnie staną się dla mnie swoistym rodzajem dziennika, ale ponieważ jestem zbyt mocno rozsądna, by pisać „Drogi dzienniku...” zamiast tego piszę do mężczyzny, którym pewnego dnia się staniesz. Mam nadzieję, że ten mężczyzna dorośnie w czasach, które będą dużo mniej burzliwe. Nie zważając na teoretyków psychologi wczesne badania wskazują, że niemal niemożliwe okaże się

zlikwidowanie warunkowaniem wściekłości z naszych młodych. Ale nie to mnie martwi – słyszałam niepokojące plotki, że Rada coraz bardziej i bardziej spogląda w stronę Mercur'ego, sekretnej grupy Catherin'y i Arif'a Aselaja. Jeżeli te plotki okażą się prawdziwe, możemy znajdować się w dużo większych kłopotach niż początkowo sądziłam. Nie żebym miała coś przeciwko Catherin'ie i Arif'owi. Właściwie, kiedyś uważałam ich za przyjaciół i darzyłam jedynie podziwem ich odwagę, za to że przetrwali najgorszą tragedię jaka może spotkać rodzica. Nie sądzę, że przesadą jest stwierdzenie, że są dwoma najbardziej niezwykłymi umysłami naszego pokolenia. I, po spędzeniu znaczącej ilości czasu z nimi obojgiem, wiem jedną rzecz z kategoryczną pewnością – chcą jedynie tego co najlepsze dla naszej rasy. Ale czasami, głębia tego pragnienia – by ocalić, by chronić – może okazać się zaślepiająca i doprowadzić do zniszczenia tego, co chciało się chronić. Mam jedynie nadzieję, że Rada też to dostrzeże. Kocham cię, Mama. ROZDZIAŁ 5 Dwa dni później kobieta, którą wszyscy nazywali Ekaterin'ą wpatrywała się w nieznajomą w lustrze i próbowała zobaczyć to co dostrzegali inni. „To nie ja.” „Nadal nie pamiętasz?” Obróciła się, by odnaleźć mężczyznę, który przedstawił się jako Devraj Santos stojącego w przejściu do łazienki. Ciemne włosy, ciemne oczy … i sposób poruszania, który przypominał jej nienazwanego drapieżnika, gładki, czujny, niebezpieczny ponad wszelką możliwość pojmowania. Ten drapieżnik miał na sobie perfekcyjny grafitowy garnitur. Kamuflaż, pomyślała. Jej najbardziej podstawowe, zwierzęce instynkty szeptały jej, że ten mężczyzna nie był bezpieczny. „Nie. To imię … ono nie jest moje.” Nie mogła do końca wyjaśnić tego co chciała mu powiedzieć. Słowa uwięzły za ścianą, przez którą nie mogła się przebić. „Nie teraz.” Spodziewała się, że zbędzie jej zdanie, ale on zamiast tego oparł się o framugę z rękami w kieszeniach garnituru. „Wolisz coś innego?” Wybór? Nikt nie dał jej prawa do wyboru od … bardzo długiego czasu. Wiedziała to. Ale gdy próbowała sięgnąć po szczegóły, wyślizgiwały się z jej rąk. Były bezkształtne jak mgła, którą czuła na twarzy jako dziecko. Schwyciła się tego fragmentu wspomnienia. Zdesperowana, by odnaleźć choć poświatę tego kim kiedyś była. Jej psychiczne palce niemal zmieniły się w szpony, gdy próbowała rozerwać tą zasłonę. Nic. Jedynie ciemność. „Nie.” Powiedziała. „Tylko nie to imię.” Mężczyzna z cienia go używał. Jego głos ją prześladował. Wypowiadał to imię raz po raz, w kółko. A gdy je wypowiadał zaraz po nim następował ból. Tak wiele bólu. Aż fantomowe wspomnienia sprawiły, że obudziła się szokiem pewna, że ją odnalazł i z powrotem umieścił ją w tej dziurze, w tej nicości. „A może Trina?” Głos Dev'a przywrócił ja do teraźniejszości, do świadomości, że była w obecności mężczyzny, którego tak naprawdę nie znała. Mężczyzny, który może być kolejnym cieniem. „Jest

wystarczająco podobne, by pobudzać twoją pamięć.” Włoski na jej karku stanęły dęba. „Zbyt podobne.” „Kate?” Zamilkła na chwilę, rozważyła jego propozycję. Zawahała się. „Katya?” Skądś wiedziała, że nikt jej jeszcze tak nie nazywał. To sprawiało wrażenie nowości. Było świeże. Żywe. Ekaterina była martwa. Katya żyła. „Tak.” Gdy Dev bardziej wszedł do pomieszczenia po raz pierwszy zdała sobie sprawę z tego jak był duży. Poruszał się z taką śmiertelnie niebezpieczną gracją. Było łatwo przeoczyć fakt, że miał ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu i solidne ramiona, które nosiły marynarkę z pozbawioną wysiłku pewnością siebie. Na jego wysokiej ramie ciała było sporo mięśni – wystarczająco dużo, by bez wysiłku złamać ją w pół. Powinna się bać, ale Devraj Santos miał w sobie ciepło, które sprawiało, że miała ochotę przysunąć się do niego bliżej. Nie był cieniem, pomyślała. Jeżeli ten mężczyzna zdecyduje się ją zabić zrobi to z ostrym pragmatyzmem. Nie będzie jej torturował ani prześladował. Więc pozwoliła mu się zbliżyć, unieść dłoń do jej włosów i przesunąć pasemka między palcami. Zapach jego wody po goleniu wchłonął się w jej skórę, aż jego świeży zapach był wszystkim co była w stanie wyczuć. Jej ciało zaczęło kołysać się w jego stronę na chwilę zanim powiedział. „Musisz to rozczesać.” „Umyłam je.” Podniosła szczotkę walcząc z pragnieniem, które groziło zniszczeniem tej odrobiny kontroli, którą zdołała zebrać do kupy. „Ale są tak splątane, że nie potrafiłam ich wygładzić. Chyba łatwiej będzie je ściąć.” „Daj mi to.” Wyjął jej szczotkę z ręki i popchnął ją w stronę łóżka. Ten drobny dotyk poraził ją. Sprawił, że jej ruchy były nerwowe. Ale zamiast podejść do łóżka usiadła zamiast tego na krześle. „Tutaj nie ma światła słonecznego.” Światło słoneczne. Te słowa przeszły rykoszetem w jej głowie, było to echo echa. Światło słoneczne. Bolesne łomotanie w sercu, ale echo już bladło. Zagubiło się we mgle jej umysłu. „Na powierzchni pada śnieg.” Powiedział Dev. „Ale słońce jest na zewnątrz – jesteśmy po prostu zbyt mocno zagłębieni.” Zaczekał aż usiądzie zanim zaczął rozczesywać jej włosy. Nie wiedziała, czego się spodziewała, ale cierpliwość z jaką rozczesywał jej kołtuny na pewno tym nie była. Jakaś jej mała część wiedziała, że on był doskonale w stanie użyć tych samych delikatnych rąk, by zakończyć jej życie. A jednak nadal siedziała. Jej ciało było bezbronne. Czuła skóra na karku drżała w miejscach, których dotknęły jego palce. Chciała powiedzieć, więcej proszę. Zamiast jednak zdradzić głębię jej pragnienia, zamiast błagać, złapała się boków krzesła. Pod jej dłońmi metal stał się ciepły. Ale bez względu na dotyk to nie było prawdziwe, nie było ludzkie. „Wiem o pewnych rzeczach.” Wypaliła. Nie zamilkł. „Jakich rzeczach?” Ku własnemu zaskoczeniu zaczęła pochylać się w jego stronę. Była tak głodna kontaktu, że jej skóra wydawała się wysuszona, jakby umierała z pragnienia. „Wiem o świecie. Wiem, że jestem Psi. Wiem, że nie powinnam być w stanie czuć emocji.” Ale czuła. Pragnienie, strach, zagubienie, tak wiele rzeczy, które nią szarpało i rozrywało, żądało jej uwagi, pragnęło się wynurzyć. A pod tym wszystkim był terror. Nieskończony. Niemy. Niezmienny. Palce Dev'a dotknęły jej karku, żywe ciepło i ciche żądanie. „Jak wiele wiesz na temat świata? Polityki?” „Wystarczająco. Fragmenty.” Wzięła głęboki wdech. Odkryła, że jego zapach, bogaty i ciemny znajdujący się pod świeżością jego wody po goleniu, znajdował się w jej płucach. To sprawiło, że

jej serce przyspieszyło, a dłonie zrobiły się mokre. „Gdy ludzie mówią, gdy oglądam kanał z wiadomościami, rozumiem. I wiem też inne rzeczy … wiem kim – czym – jesteś. Wiem czym jest Światło. Nie znam tylko siebie. Nic nie wraca.” „To nie prawda.” Pewne ruchy, drobne pociągnięcia na jej głowie. „Śnisz.” Oblał ją puls przerażenia. W jej gardle stanęła gula. „Nie chcę.” „To sposób w jaki twój umysł przetwarza różne rzeczy.” Ręce ją bolały, a ona zdała sobie sprawę, że trzymała się tak mocno, że mięśnie zaczynały ją palić. Zmuszając się, by puścić się krzesła skupiła się na powtarzających się ruchach przechodzących przez jej włosy, uczuciu czesania, agresywnym męskim cieple emanującym od stojącego za nią mężczyzny. „Jestem zagrożeniem.” „Tak.” To, że nie skłamał niemal sprawiło, że poczuła się lepiej. „Co ze mną zrobisz?” „Teraz? Będę trzymał cię w pobliżu.” „Nie rób tego.” Wyrwało się to jej bez przemyślenia. „Ze mną jest coś nie tak.” To poczucie nieprawidłowości było niczym obcy byt w tyle jej czaszki. Fala szeptów, których nie była do końca w stanie usłyszeć. „Wiem.” Nie brzmiał na zbytnio zmartwionego, ale, pomyślała, najprawdopodobniej był mężczyzną, który nigdy nie znał strachu. Ona znała go zbyt dobrze, aż jego kwas splamił każdą jej komórkę. Ale nadal miała swój umysł, choćby miał się okazać uszkodzony. „Chcesz czegoś ode mnie.” Z jakiego innego powodu miałby chcieć utrzymać ją przy życiu, trzymać ją w pobliżu? „Pamiętasz badania, które prowadziłaś z Ashay'ą?” Jasne niebiesko-szare oczy, ciemne włosy układające się w fali dzikich loków, skóra koloru kawy. Ashaya. „Była tutaj?” Jej skóra napięła się, gdy linie uformowały się na jej brwi. „Była tutaj.” „Tak.” Długie, łatwe pociągnięcia przez włosy, które już nie potrzebowały wygładzenia. „Chce, byś zatrzymała się u niej.” Katya trzęsła przecząco głową jeszcze zanim skończył mówić. „Nie.” Strach zacisnął się na jej gardle, brutalne dłonie dusiły ją, aż nie mogła oddychać. Błyski światła przed jej oczami, agonia w klatce piersiowej. Pociągnięcia jej włosów ustały, a ułamek sekundy później Dev kucał przed nią. Położył dłonie na jej rękach. „Oddychaj.” Nie znoszący sprzeciwu rozkaz wydany głosem mężczyzny, który nie znosił sprzeciwu. Wpatrując się w te nie-brązowe oczy próbowała odnaleźć jakieś poczucie równowagi, poczucie samej siebie. „Oddychaj.” Powtórzyła cienkim szeptem, który ledwie był dźwiękiem. „Oddychaj.” Powietrze zagwizdało w jej płucach, nasycone przez egzotyczny smak mężczyzny, który nigdy nie będzie postrzegał jej jako kogokolwiek innego niż wroga. W tym momencie, nie obchodziło jej to. Chciała jedynie utonąć w jego zapachu, aż strach w jej wnętrzu nie będzie niczym innym niż odległym wspomnieniem, zapomnianym snem. Wzięła następny głęboki wdech, rozkoszując się dzikim pobudzeniem się zmysłów w wyniku niewybaczalnego męskiego piękna Devraj'a Santos'a. Pachniał siłą i niespodziewanym szeptem dzikości, bogaty cynamon i wiatry Orientu – rzeczy, które w jakiś sposób znała, jej mózg dostarczał słów by opisać te doznania. Niemal bez podjęcia świadomej decyzji uniosła dłoń do jego grubych jedwabnych włosów. Były miękkie, miększe niż powinno to być możliwe na tym mężczyźnie. „Obiecasz mi coś?” Po raz pierwszy w ciągu wielu lat Dev znalazł się naprzeciw oponenta tak nieczytelnego, nie mógł

jej pojąć. Przyszedł tutaj, by wyrobić sobie zdanie na temat tego czy była kimkolwiek więcej niż tylko zdolną i sprytną aktorką. Zamiast tego odnalazł ludzką postać swojej pięty Achillesową – kobietę, która wydawała się całkowicie pozbawiona barier, pozbawiona warstw ochronnych. A potem dotknęła go, a on jej nie odtrącił … choć był mężczyzną, który nigdy łatwo nie zgadzał się na dotyk, na drobne intymności, które tak wiele osób uważało za oczywiste. Dev wolał zahowywać dystans. Tylko, że jej dłoń nadal była w jego włosach. Jej skóra była miękka pod jego bardziej szorstkim uchwytem. Nawet teraz musiał walczyć z prymitywnym pragnieniem by bronić, chronić, ratować. Wydawało się, że to co niektórzy nazywali zimnym jak kamień sercem miało jednak w sobie jeszcze trochę ciepła. Ale to ciepło nie było wystarczające, by oślepić go na cyniczną prawdę – ona mogła być najlepszym ruchem jaki kiedykolwiek wykonała Rada Psi. Mogła być bronią stworzoną na miarę, by sprowokować instynkty tak podstawowe, że Dev posiadał nad nimi bardzo niewielką kontrolę. „Co chcesz, żebym ci obiecał?” Zapytał utwardzając się przeciwko prośby o łaskę. Zamiast tego ona ponownie przesunęła dłonią po jego włosach, tak jakby fascynowała ją ich tekstura. „Zabijesz mnie?” Zamarł. „Jeżeli okażę się zbyt połamana, zbyt zużyta, by można było mnie naprawić, zabijesz mnie?” W tej chwili nie było w niej niczego, co byłoby zagubione, pomyślał. Jej zamiar palił się w niej, jasnym, wyróżniającym się ogniem. „Katya ...” „On zrobił coś we mnie.” Wyszeptała napiętym głosem, który był dużo bardziej silny, dlatego że nad nim panowała. „On mnie zmienił. Nie chcę żyć jeżeli będę właśnie tym. Jego … tworem.” Horror na jej twarzy wynikający z niemożliwego do ucieczki zła tego o czym opowiadała owinął się wokół żelaznych tarcz, które więziły jego duszę, grożąc zniszczeniem wszystkiego, co sądził, że wiedział na własny temat. „Jeżeli miałabyś się poddać, zrobiłabyś to już do tej pory.” Powiedział nie będąc w stanie odwrócić spojrzenia od tych oczu usianych złotem i zielenią. Jej dłoń opadła z jego włosów, ale jej oczy nadal spoglądały prosto w niego. Była w nich niezmącona naga szczerość. „Skąd wiesz, że tak się nie stało?” DZIENNIK POKŁADOWY ZIEMIA2: STACJA ŚWIATŁO SŁONECZNE 21 luty 2080 r.: O 09:00 przybyła nowa zmiana personelu. Wszystkie osoby są w dobrym fizycznym i mentalnym stanie. Praca rozpocznie się w ciągu jednego dnia, po tym jak członkowie zespołu zaaklimatyzują się do panujących tu warunków. Radny Ming LeBon poprosił o raport na temat możliwości kontynuowania działań w tym miejscu. Ma on zostać dostarczony razem z końcem tej zmiany. Zgodnie z obecnymi kalkulacjami to miejsce powinno dostarczać cennych składników przez możliwą do przewidzenia przyszłość, ale wszystkie dane zostaną potwierdzone przed ukończeniem raportu. ROZDZIAŁ 6 Godzinę po tym jak Katya zapytała go, czy obieca jej śmierć, Dev pchnął talerz przez stół w stołówce. „Jedz.” Nie dotykając jedzenia przyszpiliła go oczami, które w tym momencie były bardziej złote niż zielone, pasma brązu wypływały od strony jej źrenic. „Dotrzymasz swojej obietnicy?” Wiedział, gdy pogrywano z nim. Ale większość ludzi pragnęła przysług o dużo mniej ostatecznym rezultacie. „Zabiję cię jeżeli okaże się to konieczne.”

Zamilkła na chwilę, tak jakby rozważała jego słowa, a potem podniosła widelec. „Dziękuję.” Gdy jadła w małych, ptasich kęsach zastanawiał się, co on do cholery miał z nią począć. Dev doskonale wiedział czym się stawał, ale nie był – jeszcze nie – takim potworem, który rzuciłby ją na pożarcie wilkom. Ale nie mógł jej też pozwolić stać się dobrze zaznajomioną z Światłem. Katya mogła wyglądać na kruchą, mogła wołać do jego instynktów zrodzonych w mrokach dzieciństwa, które przeszyły jego duszę, ale była Psi – a Psi troszczyli się o ich wygląd fizyczny jedynie po to, by przysłużył się on do osiągnięcia celu. To jej umysł musiał rozważyć – nie można było jej dopuścić w pobliże komputerów, ani jakichkolwiek źródeł danych, a już na pewno nie tych dotyczących ich najbardziej bezbronnych członków. Kobieta znajdująca się w centrum jego myśli potrząsnęła głową i odepchnęła od siebie nadal niemal pełen talerz. „Mój żołądek nie przyjmie więcej.” „Kolejny posiłek za godzinę.” Jej wyraz twarzy pozostał niezmienny, ale wiedział, że jej palce mocno przycisnęły się do powierzchni stołu. „Jesteś przyzwyczajony do wydawania rozkazów.” „I wypełniania ich przez innych.” Nie czynił wysiłku, by skrywać swoją naturę, swoją wolę. To właśnie to doprowadziło go tak daleko, i to obroni Zapomnianych przed morderczymi próbami Rady, by na zawsze wymazać ich z powierzchni ziemi. „Czy jesteś w stanie odpowiedzieć na kilka pytań?” „Przestaniesz, jeżeli nie będę?” „Nie.” Musiał ocenić poziom zagrożenia – zewnętrznie wydawała się równie krucha ja szkło, ale ponownie, większość trucizn, nie wygląda śmiertelnie groźnie. W przeciwieństwie do większości ludzi, którzy stanęli naprzeciw jego ponurego nastroju, ona nie przerwała kontaktu wzrokowego. „Przynajmniej jesteś szczery.” „W porównaniu z?” Potrząsnęła przecząco głową, była to odpowiedź, której mu nie udzieli. „Zadaj swoje pytania.” „Czy jesteś połączona z Siecią?” Mrugnęła zaskoczona. „Oczywiście.” Ale jej ton był niepewny, a jej czoło zmarszczyło się. Zaczekał, gdy jej rzęsy opadły, a oczy poruszały się szybko za delikatnymi powiekami. Chwilę później otworzyły się nagle. „Jestem uwięziona.” Jej palce leżące na stole podkurczyły się, paznokcie wbiły się w lakier stołu. „Pochował mnie w moim umyśle.” „Nie. Gdyby tak było, byłabyś martwa.” Te ostre słowa podziałały jak policzek. Katya szybko uniosła głowę zobaczyła zimny dystans w spoglądających na nią oczach i wiedziała, że od niego nie otrzyma żadnej delikatności. Nie był już Dev'em, który szczotkował jej włosy i pozwolił się dotknąć. Ten mężczyzna nie zawaha się, by wypełnić jej prośbę. Ale ona nie poprosiła o nią tego mężczyzny. Paradoksalnie jego bezwzględność sprawiła, że jej kręgosłup wyprostował się. Uniosła się w jej poranionej duszy nowa fala siły. Tam gdzie zmiękłaby dla Dev'a, nie chciała poddać się i dać satysfakcji dyrektorowi Fundacji Światło. „Tak.” Powiedziała zmuszając się, by powstrzymać panikę. „Tło biologiczne musi się przedostawać.” Logika tego zdania była niezbita – przetrwałaby nie więcej niż kilka minut bez tła biologicznego z neurologicznej sieci, z którą każdy Psi łączył się instynktownie po urodzeniu. „Ale nie sądzę, bym mogła wejść do samej Sieci.” „To nie znaczy, że ktoś nie może znaleźć drogi, by dostać się do twojego umysłu.” Jej żołądek zbuntował się. Utrzymanie w nim tego co zjadła wymagało całej jej siły woli. „Sądzisz, że on już to zrobił.” Wyszeptała wpatrując się w tą pozbawioną litości twarz. „Sądzisz, że nie jestem niczym więcej niż marionetką.”

Idąc z powrotem do swojego biura, po tym jak Katya zaczęła słaniać się ze zmęczenia, pomyślał, ku własnemu zaskoczeniu, że to imię pasowało do niej dużo bardziej niż Ekaterina. Dev rozważał kto mógł znać odpowiedź na zagadkę, którą była Katya Haas. Miał sieć szpiegów i informatorów, która była równie rozległa jak Sieć Psi. Jednakże bezpośredni kanał do tej Sieci, był jedną z rzeczy, której nie udało mu się osiągnąć. Ale, pomyślał, Ciemna Rzeka miała więcej niż jednego Psi pełnej krwi wśród swoich szeregów – były bardzo duże szanse na to, że gdzieś istniała otwarta linia komunikacyjna. Patrząc na szaleńczą energię Nowego Jorku rozważał swój następny krok. Jeżeli Katya została porzucona przed jego domem jako ostrzeżenie, w takim razie władający Siecią Psi już wiedzieli, że była żywa i kontrolowali ją – jak sama to stwierdziła. Jednakże on rozważał też inną możliwość – że została uratowana i zostawiona przed jego domem, bo jej wybawca wiedział, że Zapomniani nigdy nie będą współpracować z Radą. A jeżeli tak było, jakiekolwiek pęknięcie na powierzchni może postawić jej życie w niebezpieczeństwie. „Dev?” Obrócił się, by znaleźć Maggie w przejściu. „O co chodzi?” „Jack tu idzie.” Jej oczy były pełne sypmatii. Wnętrzności Dev'a zacisnęły się. Jego umysł wypełnił się obrazami William'a, syna Jack'a. Ostatnim razem, gdy Dev go widział, Will nadal się śmiał i był energicznym małym chłopcem. Teraz … „Wprowadź go, gdy przyjdzie.” Deszcz ze śniegiem zaczął uderzać w okno, gdy Meggie wycofała się, każde uderzenie było bardziej zimne i chłodne niż poprzednie. Odsuwając się od nagłej ciemności, Dev wrócił do swojego biurka. Do swoich obowiązków. Była jedynie jedna decyzja, którą mógł podjąć jeżeli chodziło o poszukiwanie informacji na temat Katy'i – ona nie była równie ważna jak tysiące Zapomnianych, których obiecał chronić. Była to bezwzględna linia, ale on jej nie przekroczy. Kilka pięter niżej, mając oczy pogrążone w śnie, Katy'a ponownie znalazła się w sieci pająka. „Jaki jest twój drugorzędny cel?” „Zebrać informacje na temat Zapomnianych, odkryć ich sekrety.” „A jeżeli nie uda ci się znaleźć jakichkolwiek użytecznych danych w zaplanowanej ramie czasu?” Strach uniósł się w niej, ale był to przytłumiony. Było to uczucie, które znosiła od tak długiego czasu, że stało się sińcem, który nigdy nie zniknął. „Muszę przesunąć całe swoje skupienie na pierwotne zadanie.” „Jakie to zadanie?” „Zabić dyrektora Fundacji Światło, Devraj'a Santos'a.” „Jak?” „W sposób, który będzie wyraźnie wskazywał, że został zamordowany. W sposób, który nie pozostawi wątpliwości, kto wykonał to zadanie.” „Dlaczego?” To ją nieco wytrąciło z równowagi. „Nigdy nie powiedziałeś mi dlaczego.” „Dobrze.” Padło pojedyncze lodowate słowo. „Twoim zadaniem nie jest zrozumienie, tylko działanie. A teraz powtórz co masz zrobić.” „Zabić Devraj'a Santos'a.” „A potem?” „Zabić siebie.”

Puls, szum tkaniny, gdy krzyżował nogi. Jego twarz była równie pozbawiona wyrazu, jak gdy ponownie zamykał ją w ciemności, choć błagała i prosiła na klęczkach. „Proszę.” Powiedziała kuląc się, by przytrzymać się jego nóg. „Proszę, nie. Proszę, proszę!” Ale on i tak kopnął ją od siebie i zamknął drzwi. A teraz siedział – bóg na swoim tronie, podczas gdy ona leżała na podłodze – mówiąc do niej tym chłodnym głosem, który nigdy się nie zmieniał, bez względu na to jak mocno krzyczała. „To zadanie jest jedynym powodem, dla którego pozostawiam cię przy życiu.” „Dlaczego ja?” „Jesteś już martwa. Łatwo cię poświęcić.” „A jeżeli zawiodę?” Była tak słaba. Jej kości wydawały się topić od środka. Jak mogła mieć szansę, by zabić jakiekolwiek mężczyznę, a co dopiero takiego, o który posiadał opinię bycia śmiertelnie niebezpiecznym dyrektorem Fundacji Światło? Nie było żadnej natychmiastowej odpowiedzi, żadnego ruchu od pająka, który stał się jedyną żywą istotą w jej wszechświecie składającym się z nieskończonego bólu. Był prawdziwym Psi. Nie wykonywał gestów lub ruchów bez określonego celu. Kiedyś, ona też taka była. Zanim rozerwał jej umysł i przerwał pasma jej warunkowania wymazując wszystkie rzeczy, które czyniły ją tym kim była. Zanim ją zabił. „Jeżeli zawiedziesz Devraj Santos wyeliminuje cię z równania. Koniec, dla ciebie będzie taki sam.” Powiedział w końcu. Katya nagle się obudziła. Jej ubranie było przyklejone do jej skóry. Głowa jej pękała. Strach i horror drapały jej klatkę piersiową, aż skopała koce pewna, że coś siedziało jej na żebrach, miażdżąc jej kości. Nic. Nic, poza szaleństwem. Wepchnęła pięść do ust i zwinęła się na boku walcząc z poszarpanymi fragmentami snu, który oplótł jej ciało w śliskim chłodzie strachu. Ale bez względu na to jak bardzo się starała nie mogła połączyć tych fragmentów, nie mogła zrozumieć co mężczyzna z cienia chciał, by zrobiła. Wiedziała jedynie, że gdy nadejdzie czas … ona to zrobi. Bo mężczyzna z cienia nigdy nic nie zostawiał przypadkowi. A zwłaszcza swoich broni. ARCHIWA RODZINY PETROKOV List datowany na 3 grudnia 1970 r. Mój kochany Matthew, jest tak jak sądziłam – próba warunkowego zlikwidowania wściekłości z naszych młodych zawiodła. Ale to nie jest najbardziej niepokojąca wiadomość. Dzisiaj przeczytałam tajny raport mówiący, że Rada zaczęła rozważać efektywną eliminację wszystkich naszych emocji. Moja dłoń trzęsie się, gdy to piszę. Czy oni nie widzą o co proszą? Co niszczą? Mama. ROZDZIAŁ 7

Trzy dni później Dev otrzymał odpowiedź na swoje pytanie. „Sprawdziliśmy wszystko z naszym źródłem. Oficjalnie jest umieszczona na liście zmarłych.” Powiedział mu Dorian przez panel komunikacyjny. „Ming musiał ją zabrać tuż przed wybuchem. Chyba, że wasz wywiad twierdzi inaczej?” „Nie. W przypadku Ekaterin'y ...” „Katy'i.” Poprawił automatycznie Dev. „Tak.” Strażnik pojedynczo energicznie przytaknął. „Cóż, w przypadku Katy'i, naprawdę wyczyścił swoje ścieżki – najwyraźniej nie ma nawet szeptu na temat tego, że przetrwała eksplozję. Ashay'a zaczyna uważać, że amnezja może być efektem jakiegoś rodzaju blokady psychicznej. Czegoś co powstrzymuje ją przed zdradzeniem się w Sieci.” „Pracujemy nad tym.” Zapomniani zmienili się na przestrzeni lat, ale nadal mieli wśród swoich szeregów telepatów. Nadal posiadali tych, którzy potrafili pracować z umysłami zamkniętymi w mentalnym więzieniu. Dev wiedział to o wiele zbyt dobrze, z bolesną pewnością. „Jeżeli będziesz potrzebować któreś z nas, powiedz tylko słowo. Sascha, Faith, Shaya są gotowe rzucić wszystko, by pomóc Katy'i.” Powiedział Dorian wskazując trzy silne Psi będące w jego stadzie. „Nie mogę tego zaryzykować, dopóki nie będziemy wiedzieli jak bardzo jest niebezpieczna.” Odpowiedział Dev. „Światło może być głównym celem, ale z tego co znam Radę, użyją każdej możliwości, by skrzywdzić kogo tylko mogą. Ciemna Rzeka jest prawdziwym cierniem w ich boku.” To wszystko było prawdziwe. Ale była także inna prawda – prosząc go, by zakończył jej życie, Katya powierzyła swoje życie w jego rękach – nie pozwoli komukolwiek wtrącać się w te relacje. „Dam ci znać, jeżeli dowiem się czegokolwiek więcej.” Dev właśnie się rozłączył, gdy Glen przesłał mu wiadomość z pagerem z piętra medycznego. „Jest gotowa, by ją wypisać.” Doktor powiedział Dev'owi, gdy tylko się pojawił. „Dałem jej kilka butelek suplementów, należy je połączyć z stabilną dietą. Powinna odzyskać siły dosyć szybko.” Ramiona Dev'a spięły się, gdy przypomniano mu dokładnie jak bardzo źle ją traktowano. Ale zmusił się, by skupić się na bieżącym problemie. „Jakiekolwiek informacje na temat jej umiejętności?” „Zgodnie z przeprowadzonymi przez nas testami jest na średnim poziomie siły. Nie potrafię ci powiedzieć, jakie umiejętności posiada, ale z tego co mogę ci powiedzieć, to nie wydaje się obecnie z nich korzystać.” To obniżało poziom zagrożenia, ale … „Musimy trzymać ją blisko, aż dowiemy się dlaczego ją przysłano.” „Nie mogę usprawiedliwić trzymania jej tutaj.” Chłopięca twarz Glen'a nabrała upartych rys, które mogły wielu zaskoczyć. „To wystarczająco miła klinika, ale ona potrzebuje światła słonecznego, świeżego powietrza.” „Nie mogę jej uwolnić Glen, wiesz to przecież.” Tak, to sprawiało, że czół się jak drań. Może jego umiejętność bycia draniem, była przyczyną dla której wybrano go na dyrektora. Metal był darem, a także jego klątwą, ale ta rosnąca warstwa metalicznego lodu oznaczała, że nie wahał się robić tego, co musiało być zrobione. Doktor złapał się za nos. „Przysięga Hipokratesa nie robi różnic w stosunku do przyjaciół i wrogów.” „Wiem. Dlatego masz mnie.” Uścisnął jego ramię i zwrócił się w stronę pokoju Katy'i. „Dev.” Wyraz twarzy Glen'a był zmartwiony, gdy Dev ponownie na niego spojrzał. „Nie możesz cały czas być odpowiedzialny za wszystkie trudne decyzje.”

„Podjąłem się tego zadania, gdy przyjąłem tą pracę.” Albo może podjął je dekady temu. W dniu, gdy gliny znalazły go leżącego na wpół złamanego w rogu sypialni jego rodziców. Tego dnia po raz pierwszy poczuł metal. Po raz pierwszy zaczął wyczuwać zimną inteligencję otaczającej go mechaniki. Glen potrząsnął głową. „To nie musisz być ty. Światło ma radę nadzorczą.” Tak, miało. A teraz ta rada nie składała się z mężczyzn i kobiet, którzy po prostu spojrzą w drugą stronę, gdy realia staną się zbyt trudne, zbyt niewygodne. Ale … „Dobry przywódca nigdy nie prosi swoich oddziałów o zrobienie czegoś, czego sam nie jest w stanie zrobić.” Obrócił się na pięcie i powiedział. „Idź do domu Glen. Prześpij się trochę.” „Nie, dopóki nie będę wiedzieć co z nią zrobisz.” Właśnie wtedy Dev zdał sobie sprawę, że Glen nie ufał mu, że nie skrzywdzi kobiety, która przez samo istnienie, przetrwanie, sięgała do tych jego części, które wolał zostawić w ciemności. To był cios … i pokazywał dokładnie jak mocno zmienił się od mężczyzny, którego Glen po raz pierwszy nazwał przyjacielem. „Jeszcze nie zabrnąłem tak daleko.” Powiedział delikatnie. „Nie … jeszcze nie.” Powiedział doktor, gdy Dev przeszedł przez próg pokoju Katy'i. Znalazł ją siedzącą na łóżku i ubraną w nową parę niebieskich dżinsów i białą koszulkę, na którą zarzuciła ciężką szarą bluzę. Jej długie do ramion włosy zostały upięte w prosty francuski kok, a na jej stopach były trampki, tak białe jakby były prosto z pudełka. Jej usta uniosły się w nieśmiałym uśmiechu, gdy go zobaczyła. „Cześć.” I tak szybko, metal groził wycofaniem się, zostawieniem go otwartym na szalejącą chęć ochrony, która uderzała z brutalną siłę w jego skórę. „Gdzie masz trapery i płaszcz?” Zapytał. Jego słowa były twarde. „Tutaj.” Jej uśmiech zbladł. Poklepała torbę koloru khaki z cichą zaborczością. „Dziękuję za ubrania, i inne rzeczy.” „Maggie je kupiła.” Skinął głową w stronę drzwi, gdy sięgną po jej torbę. „Choć, opuszczasz to miejsce.” Pociągnęła torbę od niego. „Dokąd mnie zabierasz?” Najcieńsza warstwa stali. Nie będąc zaskoczonym opuścił dłoń. „Na razie, do mojego domu w Vermont.” „A co z twoją pracą?” Spojrzał w tą nadal bladą twarz zastanawiając się czy to pytanie było po prostu ciekawością, czy czymś dużo bardziej zdrożnym. Jednakże odpowiedź nie była właściwie sekretem. „Mogę zajmować się sprawami na odległość, jeżeli okaże się to konieczne, mogę dojechać tutaj.” Jego zespół był solidny. Był przyzwyczajony do pracy z nim, bez względu na jego lokalizację. Światło miało dostęp do kilku odrzutowych helikopterów, ale Dev wolał przez większość czasu prowadzić – ta podróż trwała mniej niż trzy godziny w wysoko-prędkościowym pojeździe, i dawała mu czas, by myśleć bez konieczności rozpraszania się. „Dlaczego?” Oczy Katy'i były czyste jak kryształ, gdy spojrzały na niego. Każdy odcień – brązowy, zielony, żółty – doskonale zdefiniowany. „Dlaczego nie zrzucić mnie na głowę komuś innemu?” „Ponieważ nie wiem jak duże stanowisz zagrożenie.” Odpowiedział, i była to prawda. Nie było potrzeby, by wiedziała o kompleksowych, niechcianych emocjach, które w nim wywoływała. Pochowanych wspomnieniach, które na nowo odsłaniała. „Zostaniesz ze mną, aż wymyślę co z tobą zrobić.” „Mógłbyś puścić mnie wolno.” Jej palce zacisnęły się na torbie. „To nie jest możliwe.” „Więc ponownie jestem więźniem.”

Jej uwaga mocno go uderzyła. Dźgnęła w poczucie honoru, które jakoś do tej pory zdołał zachować. Zastanawiał się, czy nadal będzie je miał, gdy to wszystko się skończy. „Nie, jesteś wrogiem.” Tym razem wziął od niej torbę nie czekając na jej zgodę. Katya obserwowała szeroką ścianę oddalających się pleców Dev'a i zmusiła się do zejścia z łóżka. Po raz pierwszy od obudzenia się w tym miejscu nie czuła strachu, terroru, ani zmartwienia. Zamiast tego paliło się w niej coś innego, było gorące, ostre i pełne przemocy. „Ruszaj się.” Padł rozkaz z przejścia. Ta surowa nowa emocja wystrzeliła wysoko, musiała walczyć, by odnaleźć swój głos. „Jedziemy pociągiem?” „Nie. Jedziemy samochodem. Ja prowadzę.” Podeszła do niego, a potem razem z nim przeszła korytarz świadoma tego, że skracał swoje kroki, by dostosować się do niej. Jego wielkie ciało poruszało się z gracją, która powiedziała jej, że nigdy nie będzie w stanie poruszać się wystarczająco szybko, by mu uciec. Mimo wszystko pojawił się w niej puls podekscytowania, który rozświetlił jej umysł – samochód, to musiało mieć coś wspólnego z samochodem. Gdyby miała samochód mogłaby znaleźć … Kolejny czarny ekran, jej pamięć odcięła się tak jak źle dostrojony panel komunikacyjny. Paznokcie wbiły się w delikatne ciało jej dłoni tak mocno, że poczuła jak jej skóra pęka. Rozluźniając palce z wysiłkiem, uniosła rękę, by spojrzeć na jedną dłoń. Te linie życia, były jej. Ale były też inne linie. Cienkie białe linie, które przecinały jej skórę bez przełamania jej, za wyjątkiem czerwonych krwawych półksiężyców, które właśnie stworzyła. Jak powstały te linie? Jej głowa zaczęła bębnić przytłumionym, ciężkim tempem. Wpatrywała się w nie zdeterminowana, by odkryć prawdę, bez względu na to jak brzydką. Ciepłe męskie palce złapały jej dłoń. Zdumiona uniosła głowę – by spojrzeć w niezadowoloną minę Dev'a. „Nie wymuszaj tego.” Rozkazał ściskając jej palce. „Glen powiedział, że wspomnienia wrócą, gdy będzie ich pora.” Nie zabrała swojej dłoni z jego, mimo pełnego siły chaosu emocji. Gdy ją dotykał, czuła się prawdziwa, jak żywa istota, a nie duch. „Nie mogę nic na to poradzić. Nienawidzę tego, że nie wiem kim jestem.” „Nienawiść – to silne słowo.” Przeprowadził ją przez parę automatycznych drzwi. „Emocje przychodzą ci z łatwością?” „Tak.” Przełknęła, gdy zatrzymał się przed windą. „Jest pewna granica tego co może znieść umysł. Potem, rozpada się.” Biorąc ze sobą linie warunkowania. Drzwi windy otworzyły się, a Dev popchnął ją do środka. Zrobiła jeden krok przez przejście zanim zamarła. Oddech uwiązł jej w gardle. Jej kręgosłup stał się tak napięty, że dosłownie nie mogła się ruszyć. Ręka Dev'a zacisnęła się wokół jej, i przez chwilę obawiała się, że wciągnie ją do środka. Był tak dużo większy, tak dużo silniejszy, że nigdy nie byłaby w stanie go powstrzymać. Strach był niczym pięść w jej gardle. Blokował jej dopływ powietrza. A potem puścił jej dłoń, by opleść rękę wokół jej tali wyprowadzając ją z windy i wciągając z powrotem do korytarza. „Nie musisz tam wchodzić.” Jedna dłoń ujmowała tył jej głowy, gdy mówił tym głosem ostrym niczym papier ścierny. A jednak sposób w jaki ją trzymał … Jej całe ciało zaczęło się trząść. Terror zmienił się w bolesny rodzaj ulgi. Nie zatrzymując się, by pomyśleć zakopała twarz w jego klacie, a jej ręce owinęły się wokół niego. Szorstkie słowo. Tąpnięcie torby uderzającej o podłogę. A potem jego własne ręce owinęły się wokół niej z siłą, która mogła wywołać sińce. Chciała więcej. Chciała rozebrać go do skóry i dotknąć bicia jego serca. Przekonać się, że on istniał. Że ona istniała. Głęboko w środku była przerażona, że to tylko

kolejna nasycona szaleństwem fantazja. Jej umysł próbował wymyślić coś, by wypełnić niekończącą się próżnię. „Ćśś.” Powiedział delikatnie do jej ucha. Gorący podmuch jego oddechu był kolejną zmysłową tarczą. Ośmieliła poruszyć się dłonią i położyła palce na boku jego szyi. Czuła jego silny i stabilny puls pod opuszkami palców. Prawdziwy. Taki prawdziwy. „Nie mogę znowu być w pudełku.” Ostatnie było szeptem wypowiedzianym w przypływie wspomnienia. „Tam nie ma światła, dźwięku, dotyku, Sieci.” Jak w pustce może być tyle bólu? Ale był przeszywający, agonalny, nieskończony ból – ból, który zmienił ją z istoty żywej w coś gorszego niż zwierze. „Było tak jakbym nie istniała.” Dev stał nie poruszając się pod wpływem ostrożnego dotyku Katy'i. To co opisywała było jedną z najokrutniejszych form tortur znanych człowiekowi. Nie zostawiała ona śladów, ale niszczyła ofiarę od środka – pozbawienie bodźców zmysłowych. Zostaw myślącą, żywą istotę bez tła przez wystarczająco długi czas, a umysł zacznie się łamać, zwracać się do środka wędrując tak daleko wewnątrz, że wielu nigdy nie wracało z powrotem. A bycie odciętym od Sieci dla Psi … Zablokował falę litości, zanim mogła się ona unieść. Ponieważ deprawacja zmysłów nie miała jedynie na celu skrzywdzenie ofiary do tego stopnia, aż rozpadnie się ona. Mogła być użyta w dużo bardziej złowieszczym celu – do złamania jednostki, a potem zbudowania jej lub jego na nowo zgodnie z wymaganiami torturującego. Katya mogła być dokładnie tym, czego się obawiała – tworem Ming'a. Sińce, zadrapania, zagłodzenie, to wszystko prawdopodobnie nie było niczym więcej niż najbardziej przekalkulowanym rodzajem kamuflażu mającym na celu sprawienie, by wydawała się słaba, by wywoływała litość … i opiekuńczość. Ale nawet rozumiejąc tą ciemną prawdę, nie mógł jej puścić. Nie gdy dreszcze nadal przeszywały tą niesamowicie szczupła figurę. Jeżeli ścisnąłby ją zbyt mocno, pomyślał, mógłby ją złamać. Kości Psi same w sobie były dużo bardziej łamliwe niż ludzkie, a ona do tego była zagłodzona – tylko dlatego, że był to kamuflaż nie znaczyło, że nie czuła każdego ciosu, każdego kopnięcia, każdej godziny głodu. Świadomie wysilił się, by poluzować swój uścisk, ale w momencie, gdy to zrobił ona zaczęła tak mocno się trząść, że pomyślał, że się rozpadnie od wewnątrz. Przyciągając ją bliżej przesunął dłoń aż leżała pod jej kokiem na miękkiej skóry jej karku. Ta skóra sprawiała wrażenie łatwej do posiniaczenia pod jego dużo bardziej szorstkim dotykiem, ale ona uspokoiła się na skutek tego kontaktu. Więc trzymał ją w ten sposób mrucząc pozbawione słów sygnały wsparcia, gdy jej palce delikatnie przesuwały się po jego pulsie a jej ciało niemal się w niego wtopiło. Uspokojenie jej drżenia zajęło dziesięć długich minut. Ręka na jego karku ześliznęła się i na dłużej zatrzymała się na węźle jego krawatu. Wstrzymał oddech, gdy jej rzęsy uniosły się, by ujawnić oczy nie wypełnione strachem jak się tego spodziewał, ale z niemal niemożliwym spokojem. „Przetrwałam to. Muszę być silniejsza niż sama sądziłam.” Wiedział, że to był niebezpieczny krok na teren wroga, ale nie mógł powstrzymać dumy, którą czuł z jej powodu … była to mieszanina emocji, prymitywna w swojej intensywności. „Tak.” „Tak.” Odepchnęła się od jego klaty i wyszła z objęć jego ramion. „Wiesz – czasami pamiętam, że byłam ścigana przez panterę.” Zmiana tematu przez chwilę go zaskoczyła. A potem zrozumiał. „Chcesz, żebym się dowiedział, czy to mogło się wydarzyć naprawdę?” Nadal czuł odcisk jej ciała na jego ciele. Ciche oznaczenie, które niepokoiło go na najgłębszym poziomie. „Jeżeli możesz. Muszę wiedzieć, czy mogę zaufać rzeczom, które mam w głowie.” Potarła dłońmi o przód dżinsów. „To jest po prostu dziwna rzecz do pamiętania. Może wszystko co pamiętam to fantazja.”

Dev tak nie uważał. Znał jedną zmiennokształtną panterę – ale co do cholery Lucas Hunter, alfa Ciemnej Rzeki, robiłby ścigając Katy'ię w swojej agresywnej zwierzęcej formie? „Sądzisz, że dasz sobie radę ze schodami.” Zamilkła na chwilę. „Tak mi się wydaje. Ze schodów zawsze jest jakieś wyjście.” To powiedziało mu więcej na temat jej pojmania niż cokolwiek innego. Jego mięśnie napięły się w wściekłości, która nie miała ujścia, pochylił się by podnieść jej torbę, a potem wyciągnął w jej stronę dłoń, w geście, który nigdy nie sądził, że przyjdzie mu z łatwością. Przyjęła ją natychmiast, zachowując się zupełnie inaczej niż Psi, którym wiedział, że była. Cicha rasa nigdy nie dotykała, jeżeli mogła tego uniknąć. Mówili, że kontakt dotykowy był równią pochyłą, która mogła prowadzić do zmysłowości w innych obszarach życia. Ale Katya otwarcie pragnęła kontaktu. Tam nie było światła, dźwięku, dotyku, Sieci. Zacisnął palce na już znajomym jej cieple i otworzył drzwi na klatkę schodową trzymając je otworem, aż do momentu, gdy przytaknęła na znak, że da radę. A choć ściskała jego dłoń tak mocno, że mógł dostrzec jej każdą żyłkę, nie zatrzymała się nawet raz w ich drodze na górę – nie był pewien czy choćby oddychała, aż do momentu, gdy wyszli do przestronnego lobby. Jej westchnienie, gdy zobaczyła krągłe łuki atrium sprawiło, że na nowo docenił piękno budynku. W sprytnym objawie projektowania powierzchnia kwadratowa parteru była szersza niż górującego nad nią biurowca otoczonego panelami słonecznymi. Architekt użył dodatkowej powierzchni, by wprowadzić światło do portierni – zaokrąglone szklane łuki pokrywały zarówno wejście, jak i dużą wyspę zajmowaną przez recepcjonistów. Jako część zwiększającą stopień eko tego budynku, zieleń pięła się nad szkłem. Była zdrowa i bujna. Znajdowała się pod kolejną ochronną warstwą szkła. Rezultat końcowy był taki, że w bezchmurne dni jak dziś przejście przez portiernię przypominało przejście przez skąpane w słońcu przejaśnienie. Ale architekt posunął się jeszcze dalej, używając sprytnego rozmieszczenia szkła i luster zoptymalizował zużycie naturalnego światła. Ta pomysłowość nie tylko minimalizowała zużycie sztucznego światła, pozwalając by Światło miało więcej energii słonecznej, którą mogło sprzedać sieci miasta, ale również kąpało cały obszar w złotej poświacie. Ta poświata oświetlała twarz Katy'i pieszcząc przeźroczyste piękno jej skóry, gdy wpatrywała się zachwycona. „Tu jest tyle światła.” Sięgnęła dłonią tak jakby chciała go dotknąć. „Jest tak jasno.” Obserwował ją, jego wnętrzności były napięte od gniewu, który nie miał nic wspólnego z tym, że była wrogiem, a wszystko – ze złem, które uwięziło ją w ciemności. Nikt nie miał prawa, by niszczyć w ten sposób inną żywą istotę. Nikt. A jednak … wiedział, że za każdym razem, gdy „łączył się” z metalem – a teraz – i z maszynami wykonywał kolejny krok w stronę tego rodzaju pozbawionej emocji mentalności, która dawała zielone światło najgorszego rodzaju torturom. Ostatnim razem, gdy rozmawiał ze swoja prababcią May'ą ujęła jego dłonie w swoje i prosiła, błagała go, by osłaniał się tarczami, by „został człowiekiem”. Ale tak jak empaci nie mogli powstrzymać się przed odczuwaniem emocji, Dev nie mógł nie czuć otaczającego go metalu. Metal był jego tarczą. A jeżeli ta tarcza pomału kradła jego człowieczeństwo … była to cena, którą był gotowy zapłacić za bezpieczeństwo swoich ludzi. Jego oczy spoczęły w tym momencie na Katy'i i coś w nim sprzeciwiło się czemuś co do tej pory było absolutnie akceptowalne. Jej twarz nadal unosiła się w stronę światła, a dłonie wisiały luźno po jej bokach. Prosta przyjemność emanowała z każdego jej centymetra, aż kusiło go, by sięgnąć i dotknąć, sprawdzić, czy mógł zaabsorbować tą radość w siebie. Niebezpieczna, pomyślał, była niebezpieczna na tyle różnych sposobów.