wotson

  • Dokumenty43 353
  • Odsłony2 185 019
  • Obserwuję1 451
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 719 711

Nalini Singh - Psi i Zmiennokształtni - Uderzenie pokusy (opowiadanie)

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :304.3 KB
Rozszerzenie:pdf

Nalini Singh - Psi i Zmiennokształtni - Uderzenie pokusy (opowiadanie).pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion N Nalini Singh
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 547 osób, 192 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 45 stron)

Nalini Singh Uderzenie Pokusy w: Antologii Zaczarowana Pora Roku Tłumaczenie nieoficjalne: zapiski_mola_ksiazkowego Szczęście. RADA PSY PRÓBOWAŁA KIEDYŚ ZAKAZAĆ ŚWIĄT BOŻEGO NARODZENIA. Było to w roku 2019, cztery długie dziesięciolecia po wprowadzeniu Protokołu Ciszy. Sam Protokół obudził się do życia na skutek obezwładniającego wzrostu incydentów szaleństwa i seryjnych morderstw w populacji Psy. Doprowadzeni do krawędzi wytrzymałości, Psy dokonali wyboru. Tresowali swoje dzieci by niczego nie odczuwały – ani zazdrości, ani nienawiści, a już w szczególności nie radości na myśl o poranku Bożego Narodzenia. I tak w roku 2019 w żyłach polityków Psy chcących zdelegalizować Święta Bożego Narodzenia płynął już jedynie lód. Ponieważ rasa Psy kontrolowała rząd również wtedy, tak jak i robi to teraz, uchwalenie Prawa 5198: Skasowanie Świąt Bożego Narodzenia i Powiązanych z Nim Świąt było niemal pewne. Było jednak kilka niewielkich potknięć. Niektórzy starsi Psy – ci, którzy byli zbyt starzy podczas wprowadzenia Ciszy na to by całkowicie objęła ich tresura – nie byli pewni czy chcą by zakazano świąt. Jednakże starszych było niewielu; ostatnie, niechciane przejawy emocji – przepełnione przeszłością, o której Psy woleli zapomnieć. Zostali zignorowani, ich blednące głosy utopiono w Ciszy większości. Prawo 5198 opublikowano w Dzienniku Ustawowym i życie ruszyło dalej. Tylko, że ludzie i zmiennokształtni, pozostałe dwie części triumwiratu jakim jest świat, nie zwróciły na nie uwagi. Jak zwykle postawiono choinki, kupiono prezenty, a kolędy – śpiewano. Ludzie prowadzący działalność gospodarczą ubijali niezły interes hałaśliwie handlując grzanym winem, ciastami owocowymi i pieczeniami ze wszystkimi nadzieniami. W porównaniu z nimi, prowadzące działalność gospodarczą firmy Psy, które zazwyczaj czerpały zyski z Świąt Bożego Narodzenia ucierpiały na skutek dużego spadku dochodu – Prawo 5198 oznaczało, że nie mogli oni już dłużej reklamować swoich produktów w połączeniu z zdelegalizowanymi świętami. Rada Psy stanęła zarówno przed masową rewoltą innych ras, jak i znaczącą opozycją ze strony biznesu, który wspierał ich wybór. Psy mogli nie odczuwać emocji, ale również nie akceptowali by

uszczerbku w zyskach. Ludzie biznesu nie byli jedynymi, którzy odczuwali negatywny impakt Prawa 5198 – Wymuszający nie mogli znaleźć sposobu na to by ścigać każdego kto naruszył prawo przeciwko Bożym Narodzeniu. Kościoły po prostu działały tak jak gdyby prawo w ogóle nie istniało. Jednakże oni, w swojej uroczystej godności, nie byli najgorszymi przestępcami. Zmiennokształtni, a w szczególności gatunki niedrapieżne, czerpały wielkie rozbawienie w spacerowaniu po ulicach w swojej zwierzęcej formie, ubrani jak renifery świętego Mikołaja. Potem Zmiennokształtni-Konie zdecydowali, iż poniżej ich godności nie jest ciąganie w dwójkach wielkich sań przewożąc zakupowiczów dookoła miasta. W reszcie, Ludzie, najsłabsi z trzech ras – nie posiadający zarówno szczególnych mocy Psy, ani zwierzęcej siły Zmiennokształtnych – w padli na pomysł zabójczego uderzenia. Zmienili nazwę Boże Narodzenie na Dzień Szczęścia. Odczuwanie szczęścia dla Psy było nie do zaakceptowania. Ci, który odczuwali mieli swoje umysły czyszczone do białości, a ich osobowość niszczoną w przerażającym procesie znanym jako „rehabilitacja”. Ale świętowanie szczęścia nie było nielegalne dla nikogo więcej. A jeżeli chcieli to robić przez śpiewanie kolęd, spotykanie się z tymi, których kochają i uczęszczanie na ceremonie ubrani w swoje najlepsze niedzielne rzeczy, no cóż, to również nie było nielegalne. Władcza, śmiercionośna Rada Psy była przyzwyczajona do natychmiastowej posłuszeństwa we wszystkich rzeczach. Jednakże, w roku 2021, Radni przyznali że marnowanie środków Psy na zapewnienie respektowania prawa 5198 nie miało zarówno finansowego lub strategicznego sensu. Prawo to zostało po cichu wycofane. Teraz, jakieś czterdzieści lat później, Boże Narodzenie jest świętem jak żadne inne. I chociaż Dzień Szczęścia przeszedł w niepamięć niedługo po wycofaniu prawa 5198, Zmiennokształtni i Ludzie zawsze wiedzieli że są one jednym i tym samym świętem. Oczywiście, szczęście nie jest gwarantowane przez magię Bożego Narodzenia. Czasem, Kobieta musi walczyć całą sobą, ze soją dumą i furią, swoją miłością i gniewem, całą swoją duszą, aby rościć sobie prawo do szczęścia … lub mężczyzny, przeznaczonego by być jej. Jeden. TAMSYN SPOJŻAŁA NA DRUGI KONIEC KRĘGU STADA NA MĘŻCZYZN i kobiety, którzy stali po przeciwnej stronie. Lachlan, ich alfa, z swoimi włosami zmieniającymi się w biel z powodu mądrości i wieku, mówił coś do Lucas'a, który miał jedynie piętnaście lat już nosił w sobie zapach przyszłego alfy. Przeszłość i przyszłość bok przy boku. Już niedługo pewnego dnia Lucas będzie im przewodził. Wszyscy to wiedzą. Chłopak został umoczony w krwi, jego rodzice zamordowani na jego oczach. Ale on będzie przewodził. Nie miało znaczenia to że nawet gdyby czekali jeszcze dziesięć lat, on i tak były dużo za młody. Tak jak Tamsyn była za młoda w wieku dziewiętnastu lat by być starszą uzdrowicielką stada lampartów CiemnejRzeki. Jej mentorką była matka Lucas'a, Shayla. Atak na rodzinę Lucas'a ukradł im nie tylko ich uzdrowicielkę, ale pozostawił CiemnąRzekę w stanie nieustannego niepokoju. Ale to nie oznaczało, że się poddali. Nie, po cichu budowali swoją siłę, by pewnego dnia mogli zniszczyć ChodzącychWCieniu – stado, które zamordowało tych, którzy należeli do nich. Wiedziała, że Nate będzie jednym z tych, którzy pójdą za łotrowskim stadem kiedy przyjdzie na to czas. Stał wysoki i silny u boku Lachlan'a, jego koncentracja na tym, czymkolwiek to było, co teraz dyskutowali. W wieku dwudziestu dziewięciu lat był jednym z najlepszych żołnierzy stada, i niedługo zostanie Strażnikiem, zajmując pozycję Cian'a gdy starszy mężczyzna przejdzie w stan spoczynku z aktywnej służby. Strażnicy byli pierwszą linią obrony stada. Byli najsilniejszymi,

najinteligentniejszymi, i najbardziej niebezpiecznymi drapieżnikami z nich wszystkich. „Tammy, wróciłaś!” Zdziwiona, odwróciła się od Nate'a prosto w jasnozielone oczy Lys'y. „Dopiero godzinę temu”. Nawet teraz, nie do końca wierzyła że była w domu – te sześć miesięcy, które spędziła ucząc się w szpitalu w Nowym Jorku były najtrudniejszymi w jej życiu. „Więc kurs już się skończył?” „Tak. Przynajmniej ta część.” Mogła dokończyć resztę jej treningu medycznego w pobliskim San Francisco. Większość zmiennokształtnych uzdrowicieli polegało na ich wrodzonych darach, jednak Tamsyn podjęła decyzję by również studiować medycynę konwencjonalną. Był to jeszcze jeden sposób na to, by zrównoważyć jej brak doświadczenia, jej dary uleczania, które jeszcze nie dojrzały do pełnej siły. Odmawiała, by pozwolić na to by jej młodość stała się słabością jej stada. „Nic nie poszło źle w czasie kiedy mnie nie było?” Nienawidziła zostawiać CiemnejRzeki pod opieką kogoś innego, chociaż całkowicie ufała uzdrowicielce, która wkroczyła by pełnić służbę w podczas jej nieobecności. „Maria?” „Wyjechała dziś rano. Ciągnęło ją by wrócić do domu dokładnie tak jak ciebie.” Lysa uśmiechnęła się. „To miło, ze strony stada Marii by nam ją użyczyć, ale cholera, miło mieć cię już z powrotem.” Tamsyn odwzajemniła mocny uścisk swojej przyjaciółki. „Cieszę się że jestem już z powrotem.” Lysa uwolniła ją. „Idź. Wiem, że chcesz nadgonić czas z Nate'm”. „Nie” Zerknęła nad ramieniem. „Jest zajęty z Lanchlan'em”. „Facet jest twoim wybrankiem, dziewczyno. Możesz go odciągnąć.” Wybranek. To słowo sprawiło, że jej serce podskoczyło tak jak robiło to od dnia w którym skończyła piętnaście lat. To wtedy obudził się instynkt łączący wybranków, to wtedy zdała sobie sprawę, że jest jedną z tych szczęśliwych – urodziła się w tym samym stadzie co jej wybranek, znała go od dzieciństwa. „To jeszcze nie jest oficjalne.” Lysa przewróciła oczami. „Jakby to miało znaczenie. Każdy wie, że wy dwoje jesteście sobie przeznaczeni.” Może, ale nie byli nigdzie blisko skonsumowania ich związku. Nate był zdeterminowany by dostała szansę na to by skorzystać ze swojej wolności, zanim się ustatkuje. Tym, czego nigdy nie była w stanie sprawić, było to by zrozumiał, że to on był jej wolnością. Nie chciała być z nim rozdzielona. Ale Nate był silniejszy niż ona. I będąc dziesięć lat starszy, był przyzwyczajony do wydawania rozkazów, do których inni się zastosowywali. „Powinnam się odświeżyć,” powiedziała, odciągając od niego oczy po raz drugi. „Jedyne co zdążyłam zrobić przed przyjściem tutaj to zostawienie moich bagaży.” Szukając go. „Jasne. Zobaczymy się, gdy już się zadomowisz.” Lysa uśmiechnęła się. „Mam o czymś do pogadania z Lanchlan'em.” Kiwając do widzenia, Tamsyn zaczeła przemieszczać się z dużego przejścia otoczonego drzewami, które było miejscem spotkań stada na świeżym powietrzu. NATE WIDZIAŁ PRZYBYCIE TAMMY, CZEKAŁ BY PRZYSZŁA do niego. A teraz odchodziła. „Przepraszam,” powiedział do Lachlan'a, nie przejmując się już obecną dyskusją. Jakiś Psy o imieniu Solias King właśnie robił coś, co najwyraźniej wydawało mu się że jest dyskretnym dowiadywaniem się o zasięg terytorialny CiemnejRzeki i ich zdolności obronnych. Lachlan był całkowicie przekonany, że chciał on ukraść ich ziemię. „To jest ważne – o.” Alfa CiemnejRzeki spojrzał i podążył za wzrokiem Nate'a. Jego grymas zamienił się w uśmiech. „Nic dziwnego, że jesteś rozkojarzony. Chyba nie zobaczymy cię przez

pewien czas. Będziemy musieli wyśledzić tego idiotę sami.” Śmiech z głębi natury śledził Nate'a wychodzącego z Kręgu Stada, gdy podążał przez drzewa za zapachem swojej wybranki. Dogonił ją w ciągu minuty. W momencie, gdy jego dłoń dotknęła jej pleców, zamarła. „Nathan.” Jej skóra była delikatna pod jego dłonią, a on był bardzo świadomy tego jak łatwo mógłby ją uszkodzić. Z włosami ściągniętymi w długi koński ogon, jej kark wydawał się jeszcze bardziej bezbronny. Potarł swój kciuk o jej miękką skórę. „Kiedy wróciłaś?” „Około czwartej.” Teraz było około piątej trzydzieści i panowała zimowa ciemność. „Gdzie byłaś?” Lampartowi, który był jego drugą połową, nie podobało się to, że nie przyszła najpierw do niego. Odwróciła głowę, zmrużyła oczy. „Nie żebyś zostawił jakąś wiadomość co do swojego miejsca pobytu.” Jego bestia uspokoiła się. Szukała go. Łagodniejąc swój uścisk, przesunął rękę na bok jej karku i przyciągnął ją do siebie. Przyszła, ale jej ciało było spięte obok jego. „Co się stało?” „Juanita była bardzo szczęśliwa mogąc mi powiedzieć gdzie jesteś.” Usłyszał zazdrość. „Jest przyjaciółką i kolegą żołnierzem.” „I twoją byłą kochanką” Bestia chciała warczeć. „Kto ci to powiedział?” „Jestem młodsza od ciebie o dziesięć lat,” odpowiedziała. „Oczywiście, że byłeś już z kobietą. Nie potrzebuję nikogo by mi napisał drogowskaz.” Nastrzępiona krawędź gniewu sprawiła, że jego następne słowa były ostre jak noże. „Nie miałem kochanki od twoich piętnastych urodzin.” Był zdrowym lampartem - mężczyzną w kwiecie wieku. Głód seksualny mu nie służył. Ale również nie robiło tego zdradzanie jego wybranki. „I jeżeli ktoś mówił ci coś innego, to rozerwę mu gardło.” Mrugnęła. „Nikt, nie mówił mi nic innego.” Jej głos był ochrypnięty. „Ale nie lubię świadomości, że miałeś inne kobiety w swoim łóżku, że ciebie dotykały, sprawiały ci przyjemność.” Jej bezpośredniość go zaskoczyła. Tamsyn nigdy do niego tak nie mówiła. „Co dokładnie robiłaś w Nowym Jorku?” Zaborcza wściekłość, która w niego uderzyła była bliska śmiertelnej, szorstka rzecz z pazurami i zębami. Opadły jej usta. „Nie wierzę!” Wyrywając się z jego uścisku szybkim ruchem głowy – ruchem, który sam jej nauczył – stawiła mu czoła, rękami podpierając biodra. „Myślisz, że ja - ” Wydała z siebie mały okrzyk. „Wiesz co, a nawet gdybym, to czyja byłaby to wina?” Splótł ręce, by powstrzymać je od przyciągnięcia jej z powrotem do swojej klatki i udowodnienia jego bestii że ona nadal należy do niego. „Tamsyn.” „Nie. Mam już tego po tond!” Przeciągnęła krawędzią dłoni poniżej podbródka. „Wszystkie inne kobiety w moim wieku biorą sobie kochanków na lewo, prawo i w centrum, a jedyne co mi się dostaje to frustracja!” Jej otwarta potrzeba była prostą prawdą. Nowo dojrzałe kobiety były bardzo seksualne, ich zapach obezwładniający dla młodych mężczyzn. I był również fakt, że gorączka instynktu tworzenia się więzi między wybrankami przesunęła naturalny głód Tammy na wyższy bieg. Mógł posmakować zapach jej pragnienia, wybujałą dojrzałość tylko czekającą na to by się w nią wgryźć – to była zapierająca dech woń, i tylko on miał prawo by ją podziwiać. Nawet sama myśl, że inny mężczyzna mógłby jej pragnąć popychała jego temperament do wybuchowej wściekłości. „Jeśli cię wezmę,” powiedział po cichu, „to będzie to na całe życie.” „Ja to wiem! I akceptuję to. Potrzebuję należeć do ciebie – w każdy możliwy sposób.”

Jego kutas chciał by wziął ją na słowo. Ale ona miała tylko dziewiętnaście lat. Nie rozumiała czym było to do czego się zobowiązywała. On nie był jakimś kotkiem, który będzie za nią chodził z wywieszonym językiem, jak to robili młodzi mężczyźni za młodymi kobietami. On by ją wziął, i by ją zatrzymał. Seksualnie, był dużo bardziej od niej dojrzały, a potrzeby seksualne zmiennokształtnego - pantery jedynie stawały się większe z czasem. „Nie wiesz o co prosisz.” „Cholera Nate, mam już dość pragnienia cię tak bardzo, że nie mogę spać.” Jej dłonie zacisnęły się w pięści przy jej bokach, oczy koloru karmelu płonęły. „Mam już dość zabawiania się sobą do snu.” Jezu. Obrazy, które w niego uderzyły były gorące i pełne erotyzmu i tak szczegółowe, że groziły doprowadzeniem jego bestii do szaleństwa. „Mieliśmy już tą dyskusję wcześniej,” przypomniał jej. „Już w tej chwili masz na sobie zbyt dużo odpowiedzialności,” Morderstwo Shayla'y zmusiło Tammy by przejęła pozycję starszej kobiety – jako uzdrowicielka – w wieku siedemnastu lat. Nigdy nie miała szansy by być nastolatką, by rozrabiać, bawić się i włóczyć. „Widziałem dokładnie jak bardzo źle sprawy mogą pójść jeżeli pantery połączą się zanim będą na to gotowi.” „Nie jesteśmy twoimi rodzicami,” wydusiła z siebie. Zamilkł. „Powiedziałem ci, żebyś nigdy więcej nie wciągała w to moich rodziców.” „Dlaczego nie?” powiedziała trzęsąc się. „Oni są powodem, dla którego tak głupio się zachowujesz. Tylko dlatego że twoja matka była nieszczęśliwa po zdecydowaniu się, by wziąć stałego partnera w wieku osiemnastu lat nie znaczy, że ja będę.” Jego mama była więcej niż nieszczęśliwa. „Ona popełniła samobójstwo.” Jeśli nie dosłownie, to w konsekwencji. Jej picie postępowało do takiego punktu, że nawet jej silna fizjologia zmiennokształtnego nie była w stanie naprawić szkód. „Nie jesteśmy twoimi rodzicami!” Tamsyn powtórzyła załamując głos na ostatnim słowie. „Jesteś moim wybrankiem. A ja twoim. Twoja mama i tata nie mieli ze sobą tego połączenia.” Nie, jego rodzice zakochali się w sobie po staroświecku, nie przyciągnięci do siebie instynktem łączenia się panter w pary. Czasem tak się zdarzało. Chociaż więź wybranków nie była nietypowa, nie każdy zmiennokształtny odnajdywał swoją prawdziwą wybrankę lub wybranka, tą jedyną z którą mógł się połączyć na poziomie, który był prawie psychiczny. „Więź będzie wymagać od ciebie więcej niż niezwiązany nią związek by kiedykolwiek wymagał,” powiedział jej, zdając sobie sprawę z przerażającej furii zwierzęcego głodu jaki do niej czuł. „Nie chcę byś musiała stawiać temu czoła zanim będziesz na to gotowa.” „I to ty jesteś tym, który zdecyduje czy kiedy będę gotowa?” „Jestem starszy i bardziej doświadczony.” Ona miała jeszcze przed sobą lata, zanim go dogoni. Wydawało się że zgrzyta zębami. „Dobra! Ciesz się w swoim małym świadku, gdzie wszystko układa się zgodnie z twoimi planami. Ale nie wiń mnie, kiedy będę miała dość czekania na ciebie!” Obróciła się i zaczęła przemierzać przez drzewa. „Tamsyn.” Użył tonu głosu, który sprawiał, że nawet najbardziej kłótliwi z nastolatków przystawali i zwracali uwagę. A ona nadal szła. „Co do cholery?” Biegnąc za nią, dogonił ją w samą porę by zobaczyć jak jej ciuchy rozpadają się na jej ciele gdy przybierała formę pantery. Zamarł, jak zwykle osłupiały przez jej piękno. Jej skóra była błyszcząca, czarne cętki odcinały się luksusowo na tle złota. Nagle, obejrzała się na ramieniem i posłała mu spojrzenie, które mogło by zostać opisane jedynie jako wyniosłe. Jej oczy były zielonozłote, nie karmelowe, w tej postaci, ale były zdecydowanie kobiece. Zawarczał na niewypowiedziane wyzwanie. Ona szczęknęła zębami w odpowiedzi i popędziła przed siebie. Prawie pobiegł za nią – jego pazury wystrzeliły na wierzch, zanim zdołał wziąć się

pod kontrolę. Gdyby pobiegł za nią w jego obecnym stanie... cóż, już nie narzekałaby że musi sama zabawiać się sobą do snu. O, cholera. Teraz jego umysł był tak pełen wizerunków miękkiego kobiecego ciała i długich pieszczących palców, że istniało niebezpieczeństwo że wyskoczy z własnych spodni. „Cholera.” odwracając się w przeciwnym do nieuj kierunku, pobiegł w stronę pobliskiego wodospadu. Kąpiel w lodowatej wodzie była dokładnie tym czego potrzebował, by wbić sobie trochę rozumu do głowy. Zastanawiał się czy jęczała, gdy doprowadzała siebie do orgazmu. Dwa. TAMSYN PRZEMIENIŁA SIĘ Z POWROTEM W LUDZKĄ FORMĘ NIEDALEKO DOMU rodziców. Jej rodzice mieszkali dość niedaleko Kręgu Stada i to właśnie tam zatrzymała się na pewien czas, jej życie w zawieszeniu – do tej pory powinna już dawno mieszkać z Nate'm. Oczy zamgliły jej się na przypomnienie jego odtrącenia, kiedy wyciągała ciuchy, które ukryła właśnie na taką okazję. Nagość nie stanowiła problemu w stadzie, ale ona i tak stawała się beksą. A tak przynajmniej będzie odzianą beksą. Ubrana, podeszła do drzwi frontowych. Jej mama otworzyła je zanim zdążyła zapukać. Ze swoimi ciemnymi włosami i jasno brązowymi oczami, Sadie Mahaire była starszą, mniejszą wersją Tamsyn. Tamsyn odziedziczyła swój wzrost po ojcu. Jej mamie wystarczyło jedno spojrzenie na jej twarz, by od razu otworzyć swoje ramiona. „Chodź do mnie, kochanie.” Łkając, Tamsyn poszła prosto w objęcia matki. „Nie wiem co mam zrobić, mamo,” powiedziała, wydawałoby się że wiele godzin później. Leżała na kanapie z głową na kolanach mamy i nogami podkurczonymi pod poduszkami. „Ta potrzeba, która mnie do niego przyciąga, rozszarpie mnie na kawałki. Ale … ale wydaje się, że on nie czuje do mnie tego samego.” Świadomość tego przygniatała ją, sprawiała, że czuła się jakby miała krwawiła od środka. „Ale oczywiście że czuje.” Sadie odsunęła włosy Tamsyn z jej twarzy delikatnymi rękoma. „On po prostu miał więcej czasu by się do tego przyzwyczaić.” „Więcej? Jak? Więź obudziła się do życia w tym samym czasie w stosunku do obojga z nas.” Przyszedł do niej pod drzwi w dniu jej piętnastych urodzin i poczuła jak coś w niej z drżeniem się zatrzasnęło, połączenie tak silne, że aż wibrowało przeczuciem że jest czymś właściwym. „Tak, ale ty miałaś piętnaście lat. Twoja seksualność była jeszcze młoda, niedojrzała.” Pamiętała ciężką falę ciepła, która kręciła się jej w żołądku kiedy była w pobliżu Nathan'a, miękki ból w dolnych częściach ciała. „Pragnęłam go nawet wtedy.” „Ale pragnęłaś go jako dziewczyna, nie jako kobieta.” Sadie pocałowała ją w czoło. „On, z drugiej strony, musiał mieć wtedy ciężkie czasy. Ty byłaś jeszcze dzieckiem, a on nigdy nie pozwoliłby sobie na to by ciebie tknąć, ale był również mężczyzną, a jego bestia wiedziała, że jesteś jego wybranką.” Tamsyn zaczęła widzieć to, co próbowała jej powiedzieć matka. „Musiał się nauczyć jak okiełznać pragnienia tworzącej się więzi panter, czekać, aż będę gotowa by im sprostać.” Po raz pierwszy zrozumiała ból jaki musiało mu to sprawiać. „A nie mógłby być z żadną inną kobietą.” „Wybranki nie zdradzają siebie nawzajem.” Sadie westchnęła. „To bardzo dobra rzecz, ale również ciężka do zniesienia kiedy okoliczności nie układają się idealnie. Ale teraz już rozumiesz Nate'a, prawda? On jest tak samo głodny z pragnienia w stosunku do ciebie, jak ty w stosunku do niego – tylko że on miał lata by zbudować mury wokół swoich pragnień.”

„On zostanie strażnikiem mamo,” powiedziała dumna, ale jednocześnie przestraszona. „Wiesz jakiego rodzaju mężczyźni zostają strażnikami. Jego wola była silna jak stal jeszcze zanim dowiedział się o więzi. A teraz jestem prawie pewna, że jest niezłomna.” Potarła dłoń nad swoim sercem, tam gdzie więź była dziko związana w węzeł. Chociaż powinna być instynktownym połączeniem, Nate w jakiś sposób nauczył się ją blokować. Jej zwierzęce serce ciągle sięgało w jego kierunku … tylko po to, by rozbić się o solidny mur oporu. „Oh, dziecko.” Sadie ścisnęła jej ramię i Tamsyn usiadła, ścierając ostatnie dowody swoich łez. „Teraz posłuchaj,” powiedziała jej mama, wyraz jej twarzy przedstawiał najszczerszą miłość. „Wola mężczyzny może być niezłomna dla innych ludzi, ale nie dla ciebie. Ty jesteś jego wybranką. Masz bezpośrednie połączenie do jego duszy.” „Ale on nie chce słuchać. Wyrobił sobie własne zdanie, że będziemy czekać, i czekać, i czekać, i -” Potrząsnęła głową, garbiąc ramiona w geście przegranej. „Wiem, że on myśli w skali lat, nie miesięcy.” A czekanie tak długo doprowadzi ją do szaleństwa. Nie dramatyzowała – brak kontaktu cielesnego między nią i Nate'm, odmowa tego czego pragnęła jej bestia, rodziła fizyczny ból. „I to nie jest tak, jakbym była jakąś małą seksowną istotą, która może go uwieść.” Słowa wystrzeliły jej z ust zanim mogła poczuć się zawstydzona. „Jesteś piękna.” Głos Sadie był pełen matczynej dumy. „Masz odwagę i siłę, i taki silny charakter.” Tamsyn nie miała serca by powiedzieć mamie, że chociaż te zalety mogły być miłe, niezupełnie czyniły z niej nokaut. Jej dłonie były praktycznymi dłońmi uzdrowicielki, jej włosy były zwykłego brązowego koloru, a jej oczy … no cóż, jej oczy były w porządku. Czasem myślała, że wyglądają jak ciemny bursztyn. Ale jaki mężczyzna przejmował by się jej oczami, kiedy kobieta taka jak Juanita ze swoim uwodzicielskim, kształtnym ciałem paradowała dookoła? Tymczasem obraz Tamsyn to tylko same nogi i silne kości. Wyglądała bardziej jak koń niż jak pantera, myślała przygnębiająco. „Jeśli się poddasz,” powiedziała Sadie, biorąc policzki Tamsyn w gładkie dłonie, „będziesz tego żałować przez wszystkie długie i samotne lata, które później nastąpią. I on też. Nathan myśli, że wie co robi, ale głodzenie więzi zniszczy was oboje.” „Jak mam do niego dotrzeć?” „To akurat musisz wymyślić sama.” Jej mama uśmiechnęła się. „Ale dam ci podpowiedź – on jest mężczyzną. I tak go traktuj.” DWIE GODZINY PÓŹNIEJ TAMSYN NADAL NIE MIAŁA POJĘCIA co powinna zrobić. Sfrustrowana więcej niż na jeden sposób, zeszła na dół z zamiarem znalezienia sobie jakiegoś zajęcia, by nie myśleć ciągle o Nate'cie. Może jej mama zmieniała pościel i potrzebowała pomocy. Ale dom okazał się pusty. Sadie zostawiła liścik przyczepiony do tyłu drzwi frontowych. „Twój tata i ja zdecydowaliśmy się iść się trochę po włóczyć.” Tłumaczenie: Wybrali się nakarmić potrzebę ich zwierząt by pobyć w dziczy i bóg wie kiedy wrócą. Może ich nie być całymi dniami. „Świetnie,” wymruczała, użalając się nad sobą. Powłócząc nogami wróciła do salonu, czując początki złego humoru, gdy wyszpiegowała pudełko na stoliku do kawy z napisanym na nim jej imieniem. Kolejny liścik: Tammy, kochanie, pomyślałam, że może byś chciała się tym zająć kiedy masz trochę spokoju (i kiedy jesteś nachmurzona). Przydałyby nam się jakieś nowe. Kocham cię, mama. Kiedy otworzyła pudełko, okazało się że było wypełnione ręcznie robionymi dekoracjami bożonarodzeniowymi. Uśmiechnęła się nie mogąc oprzeć się ich magii. Robiła je każdego roku ze swoją rodziną, aż do tego strasznego dnia kiedy krwawy koszmar zmusił ją do przyjęcia pozycji uzdrowicielki CiemnejRzeki. Były tam aniołki z srebrnego kartonu i koraliki naciągnięte na żyłkę

wędkarską i papierowe lalki z pięknie doprecyzowanymi detalami. Ale tym co przyciągnęło jej uwagę były okrągłe szklane ozdoby. Każdy z metodycznie wymalowanymi scenami z bajek i legend. Większość z nich była wykonana przez Tamsyn i jej mamę kiedy godzinami siedziały bok przy boku, jej tata zadowalał się jedynie „nadzorowaniem”. Uśmiechnęła się. Każda ozdoba przyciągała wspomnienie szczęścia, miłości. Jej ręka odnalazła jeden ozdobiony wizerunkiem biegnącej pantery. Zamarła. Uzdrawianie to nie tylko kości i skaleczenia, Tammy, kochanie. Łzy zebrały jej się w oczach na wspomnienie cierpliwego głosu Shayl'y. Mama Luca'sa była czarną panterą tak jak jej syn. Była również nauczycielką Tamsyn, jej przyjaciółką – przyjaciółką, której rady i wskazówek desperacko brakowało Tamsyn każdego dnia. Ale dzisiaj, w tej chwili, poczuła jakby Shayla stała tuż obok niej, mówiąc jej prawdę którą potrzebowała usłyszeć. Teraz będą drugie Święta Bożego Narodzenia po ataku. Nikt nie był w nastroju, by świętować pierwsze, ale może nadszedł czas by uzdrowić jej rodzinę, jej stado. Nawet jeżeli nie była w stanie uzdrowić samej siebie. Zmrużyła oczy na tą pełną użalania się nad sobą myśl. „Otrząśnij się z tego,” rozkazała sobie. A niech cholera weźmie boczenie się – nie pozwoli idioctwu Nate'a zrujnować jej Bożego Narodzenia. I miała zamiar by się o tym dowiedział. Trzy. SOLIAS KING BYŁ TP-PSY, TELEPATĄ ÓSMEGO STOPNIA. Oznaczało to, że był wystarczająco silny na to by używać kontroli umysłu jeśli by się na to zdecydował. Solias robił już to wcześniej – polityka nie pozwalała na takie uprzejmości jak wysokie zasady moralne. Jego obecny plan też okazałby się o wiele łatwiejszy do wprowadzenia, gdyby mógł wykorzystać swoje zdolności telepatyczne by wymuszać i perswadować. Niestety, zmiennokształtni mieli naturalne tarcze, które były twarde jak skała. Mógłby być w stanie wpłynąć na jednego z nich – i to przy stosunkowo dużym wysiłku – ale nie był w stanie kontrolować całego stada CiemnejRzeki. „Ale to nie powinno być konieczne.” „Co, proszę pana?” zapytał jego pomocnik i syn, Kinshasa Lhosa. „Nic godnego uwagi.” odpowiedział Solias. „Czy masz już szczegóły?” „Tak.” Kinshasa podał je mu. Pomimo swojej młodości, osiemnastolatek był wyjątkowo efektywny. Solias ubił dobry interes kiedy przystąpił do kontraktu reprodukcyjnego z Tp-psy siódmego stopnia, która była matką Knishasa'y. Oboje, Kinshasa i jego drugie dziecko z tego kontraktu miało umysły z umiejętnościami o dużym stopniu, silne w swoich dziedzinach. „Powiedz mi streszczenie” Kinshasa mówił z pamięci, jego skóra bez zmarszczek. „Ziemia, o której mowa jest idealna dla twoich potrzeb. Możesz tam zlokalizować małą stację komunikacyjną i biuro, a potem użyć jej jako bazy do dalszej ekspansji.” „Stado panter?” Solias nie ufał Kinshas'ie – nikomu nie ufał, krewny czy nie. Ale chłopak był niewątpliwie dobry w poszukiwaniu informacji. „Czy stwarzają zagrożenie?” „Nie,” powiedział Kinshasa, w jego tonie przebrzmiewała lodowata pustka Ciszy. „CiemnaRzeka to mała grupa bez rzeczywistej pozycji. Jeżeli podejmowalibyśmy działania przeciwko wilkom TańczocymWŚniegu, to byłaby to całkiem inna historia. Oni są nieco bardziej agresywni.” To dlatego Solias nie przymierzał się do „nabycia” ziemi wilków. „Rozpocznij przygotowania do budowy.” Pantery – zwierzęta wstrząsane emocjami – wyraźnie nie stanowiły zagrożenia.

„Tak, proszę pana.” Kinshasa zatrzymał się. „Jest jeszcze jedna sprawa, proszę pana.” „Tak.” „Rada Psy poprosiła o spotkanie z panem.” Solias przytaknął. „Przekaż mi szczegóły.” Rada była najprawdopodobniej zainteresowana szczegółami jego politycznych aspiracji – władza nigdy nie zmieniała właściciela bez zgody Rady. Jeżeli Solias dobrze rozegrałby swoje karty, może nie tylko przejąć władzę nad San Francisco, mógłby nawet wstąpić w same szeregi Rady. Radni docenią silną rękę w postępowaniu ze zwierzętami. A jeżeli w to wszystko zakończyłoby się z wmieszaniem w to kilka martwych panter, tym lepiej. Cztery. NA WPÓŁ PRZEMROŻONY W LODOWATYM CHŁODZIE WODOSPADU, Nate w końcu wytropił Tamsyn, gdy było już dobrze po zachodzie słońca. To nie tak, że nie wiedział gdzie ona jest. Chodziło o to, że nie był pewien czy mógł stanąć przed nią bez zrobienia czegoś głupiego. Jak na przykład wrzeszczenie, „Co ty do cholery tam robisz?” Jej oczy lśniły nocnym blaskiem, gdy stała na pieniu drzewa kilka niebezpiecznych stóp nad ziemią, w ludzkiej formie. Zupełnie co innego było by, gdyby znalazł ją tak w zwierzęcej formie. To byłoby normalne. Teraz, ta kobieta prychnęła i zaczęła wieszać światełka dokoła i wzdłuż konarów nad swoją głową. „Tamsyn, przysięgam na Boga,” wykrztusił przez zaciśnięte zęby, śledząc jej ruchy, tak by mógł ją złapać, gdyby straciła stabilność, „jeżeli zmusisz mnie bym tam wszedł po ciebie, nie będziesz siadać bez wzdrygania się przez wiele tygodni.” „Nie położysz na mnie ręki, Nathan'ie Ryder,” powiedziała. „Na tym właśnie polega problem, jeśli dobrze sobie przypominam.” Oczywiście miała rację. Wolałby odciąć sobie rękę niż ją skrzywdzić. „Dobra.” Wydobywając swoje pazury, przygotował się do wdrapania się na drzewo i ściągnięcia jej na dół w bezpieczne miejsce. „Ani się waż popsuć moją choinkę.” Zatrzymał się. „Twoje co?” Ta jodła była tak wysoka, że wydawało się, iż dotyka chmur na niebie. Tylko szalona kobieta próbowałaby udekorować coś takiego. Ale zamiast pytać się czy straciła rozum i zaryzykować, że odgryzie mu głowę, zdecydował się wytknąć inny fakt. „Jest jeszcze wiele tygodni do Bożego Narodzenia.” „To duże drzewo.” Nadal kontynuowała chodzenie po gałęziach wieszając światełka. „Jeżeli nie masz zamiaru sobie iść, przynajmniej przydaj się na coś i obwieś drugą stronę. Na dole pod pniem jest więcej światełek. Nie obrażaj mojego kota bawiąc się w łapanie mnie.” Wiedząc, że ma rację co do tego, że jej pantera jest wystarczająco zwinna by zapewnić jej lądowanie „na czterech łapach”, spojrzał w dół, i zaraz tego pożałował. „Skąd wytrzasnęłaś tyle światełek?” Podniósł najcięższy sznur, przewiesił go przez ramię i zaczął się wspinać. „Ludziom spodobał się pomysł gigantycznej choinki.” „Przyciągnie w ten region Psy jak magnes.” Druga raca nic nie wiedziała o sieci legowisk i płaszczyzn stada. Była to jedna z form obrony przed żądzą władzy Psy. „Chcesz ogłosić miejsce Kręgu Stada?” „Nie jestem idiotką.” Słowa te przypominały ostrza. „Światełka są specjalnie niskiego oddziaływania. Nie będzie ich nawet widać na górze drzewka, a co dopiero mówić o wykrywalnym śladzie grzewczym.”

Zastanawiał się czy szaleństwo doganiało i jego. „Nie mogę uwierzyć, że prowadzę z tobą tą rozmowę. Jest dziesiąta w nocy.” „Czuj się wolny by odejść, jeżeli już po twojej porze mówienia dobranoc.” Szczypta sarkazmu sprawiła, że się uśmiechnął. Jego kot lubił być blisko Tamsyn, bez względu na jej nastrój. A był zwierzęciem w wystarczającym stopniu by docenić jej pazurki – żadna pantera nie chciała słabej wybranki. „Więc co planujesz na bis? Paradę wielkich przenośnych lampionów? Może moglibyśmy ich użyć by odstraszyć wilki?” „Dobry pomysł.” Mógł usłyszeć uśmieszek w jej głosie. „Nie powinieneś w tym czasie zajmować się różnymi ważnymi strażniczymi sprawami?” „Nie jestem jeszcze oficjalne strażnikiem.” Chociaż już mu przydzielono większość pracy Cian'a podczas gdy ten koncentrował się na swojej roli jako doradca Lachlan'a i trener Lucas'a. „Mam noc wolnego”. „I jesteś tutaj? Co, Juanita była zajęta?” Pozwolił, by usłyszała rumor złości w jego warknięciu. „Czy ty naprawdę oskarżasz mnie o to, że cię zdradzam?” „Nie można zdradzać czegoś, co nie istnieje.” „Tamsyn,” zaczął, zamierzając dotrzeć do niej. Kiedy jego bestia coś sobie uzmysłowiła. „Nadal jesteś zazdrosna o związek, który zakończył się całe lata temu.” Nie mógł zrozumieć dlaczego, nie kiedy było jasne że żył w celibacie odkąd zaczęła się formować więź wybranków. Kilka minut ciszy. „Boli mnie wiedza, że jakaś kobieta miała prawo do pełnych przywilejów ciała w stosunku do ciebie – kiedy ja nie jestem nawet warta prostego pocałunku.” Zamarł z powodu ilości bólu jakie zawierało to proste zdanie. „Nigdy nie porównuj się do żadnej innej kobiety,” powiedział, jego bestia dostawała wściekłości na samom myśl. W jednej chwili, gdy tylko zdał sobie sprawę, że ona urodziła się przeznaczona dla niego, nawet nie mrugnął w kierunku kogoś innego. Nie odpowiedziała mu na to. „Tammy.” „Nie chcę już więcej rozmawiać.” Był pewny, że usłyszał łzy w jej głosie. Wstrząsnęło to nim. Jego silna, piękna wybranka nigdy nie płakała. „Tammy, nie.” „Nie, co? Nie dekorować mojego drzewka w spokoju?” Nutka złośliwości wróciła do jej głosu. „Myślałem ...” Potrząsnął głową z ulgą. „Co następne, po światełkach?” „Ozdoby. One zajmą trochę czasu. Zamierzam namówić dzieci by zrobiły każde z nich.” Z łatwością zeskoczył na ziemię i podniósł ostatni sznur. Wieszanie go zajęło stanowczo zbyt mało czasu chociaż starał się przeciągnąć to w czasie. Tamsyn czekała na niego kiedy zeskoczył po raz drugi. „Dzięki.” Zacisnął dłonie w pięści, aby powstrzymać się od głaskania delikatnej linii jej profilu. „Zamierzasz je włączyć?” „Nie do puki nie będzie gotowa” Włożyła ręce do kieszeni dżinsów. „Lepiej wejdę do środka. Jest chłodno.” Był o krok od przyciągnięcia jej i wyściskania, zrobiłby to dla każdego innego członka stada, który tego potrzebował – dotyk stanowił kamień milowy tego, kim byli. Ale jeżeli dotknął by Tamsyn, nie skończyłoby się to na zwykłym przytuleniu. Wziąłby od niej wszystko, zażądałby na wyłączność przywilejów ciała od stóp do głów spędzając w międzyczasie go nie co więcej na każdej

uwodzicielskiej kobiecej krągłości. Jego głos był szorstki z uwagi na panterę kiedy zapytał, „Co robisz jutro?” „Będę pracować z dziećmi nad ozdobami. Trochę przejrzę notatki na uczelnię.” Obróciła się na obcasie. „Dobranoc, Nate.” Wygiął twarz w grymasie. „Nadal jesteś zła.” „Nie.” Uśmiechnęła się z napięciem. „Ale również nie jestem fanką kar. Może i miałeś lata na to by przywyknąć do opierania się pełnej mocy gorączki tworzącej się więzi, ale ja nie miałam. Więc pomóż mi nieco i trzymaj się na dystans.” „TRZYMAJ SIĘ NA DYSTANS.” NATE PRZECHADZAŁ SIĘ W TĄ I Z POWROTEM NA DŁUGOŚCI salonu. „Trzymaj się na dystans.” Był jej wybrankiem – ona należała do niego – i kazała mu trzymać się na dystans. Coś zawarczało głęboko w lesie który otaczał jego dom, a on zastanawiał się który z członków jego stada biegał dziś w świetle księżyca. Jeśli miałby obstawiać, powiedziałby że to Lucas lub Vaughn, albo może obaj. Obaj nadal byli jeszcze nastolatkami, ale obaj widzieli już śmierć z pierwszej ręki, nosili blizny z powodu strat, których doświadczyli. Teraz czekali by dorosnąć aby mogli zażądać zemsty. A on pójdzie z nimi, kiedy przyjdzie czas na to by zniszczyć ChodzącychWCieniu. Młodsi mężczyźni będą walczyć ze swoimi demonami, ale on będzie walczył o prawo swojej wybranki do tego by była bezpieczna. Coś ciemnego i prawie pełnego przemocy zacieśniło się w nim na myśl o niej, poczucie całkowitego poczucia właściwości wypełniło jego duszę. Była jego, i nigdy nie będzie nikogo innego. To przypomnienie uspokoiło nieco głód jego bestii. Nigdy nie zapomni chwili, w której zdał sobie sprawę z tego kim ona była dla niego. Ponieważ pomimo niedopasowania ich wieku, tego że mieli różnych przyjaciół, poruszali się na różnych poziomach stada. Ale zawsze wiedział kim była, uwielbiał ją w sposób, który był wszystkim co dobre – jej śmiech łagodził ostre krawędzie jego bestii, jej uśmiech sprawiał, że sam chciał się uśmiechać. W noc jej piętnastych urodzin urządzała małe przyjęcie z nocowaniem w domu swoich rodziców. Wpadł do niej życzyć jej wszystkiego najlepszego na urodziny. Nie był to przelotny impuls – przechodzenie obok by sprawdzić czy wszystko z nią w porządku stało się dla niego nawykiem, zwłaszcza w czasie kiedy jej rodziców nie było w domu. Jak tylko otworzyła drzwi, poczuł jak zatrzaskuje się pomiędzy nimi więź. Świadomość tego co się stało przebijała się również przez jej oczy, pełna szoku i radości. Dotknął ją wtedy, wziął jej policzek w swoją dłoń. A ona przytuliła się do jego dotyku, miękka i przyzwalająca, uosobienie wszystkiego czego kiedykolwiek pragnął. Wiedział, że od tamtej chwili ona da mu wszystko o co tylko poprosi. I właśnie to sprawiło, że się wycofał. „Nie dopóki nie będziesz na to gotowa,” powiedział zakańczając ich kontakt. Była to obietnica, której złamania odmawiał. Tamsyn uważała, że był okrutny. Ale ona nie widziała tego, co on widział u swoich rodziców. Jego mama była za młoda, jego tata zbyt wymagający. W ciągu dziesięciu lat zniszczyli jedno drugiego i siebie samych. Wizja zrobienia tego Tamsyn była jego najgorszym koszmarem. Ponieważ on wiedział, że za bardzo przypomina swojego ojca – związanie się z takim mężczyzną jak on nie będzie łatwe. Będzie oczekiwał całkowitego oddania, wymagał całkowitego seksualnego poddania, będzie żądał absolutnej własności.

Dzisiejszej nocy jego ciało pragnęło jej z furią, która była bardziej zwierzęca niż ludzka. Kot pragnął jej już od pierwszego wejrzenia. Dla pantery, pachniała jak dojrzała kobieta już w wieku piętnastu lat, ale człowiek wiedział, że jeszcze nie była nawet w pobliżu bycia na to gotową. Teraz … teraz mógłby ją mieć – jeżeli byłby w stanie patrzeć jej w oczy przez resztę życia z wiedzą, że ukradł jej tą resztkę wolności, która jeszcze jej pozostała. „Nie.” Nie zrobi jej tego. Mogła być sfrustrowana i zła na niego, ale wybaczy mu. To było, to co wybranki zawsze robili. TAMSYN NIE ZAMIERZAŁA WYBACZYĆ NATHANOWI, ŻE ZMUSZA ją by przez to przechodziła! „Nie zniosę tego!” Jej skóra była tak wrażliwa, że wydało się że nawet prześcieradło jest za szorstkie. Ciało między jej nogami było spuchnięte z potrzeby, a był tylko jeden mężczyzna o którego chciała się poocierać, jedyna rzecz którą chciała zrobić. Na nieszczęście, Nate nie chciał się z nią bawić. Po co się dzisiaj pojawił? Żeby ją torturować? Jej bestia stała się pijana tylko od samego jego zapachu, uzależniona od jego dumnego męskiego smaku. Chciała więcej. O wiele więcej. Może właśnie dlatego przyszedł do niej – ponieważ jego bestia też głodowała? Prychnęła. Bardziej prawdopodobne że przyszedł ją zbesztać za to że odważyła obrócić się do niego plecami dzisiejszego popołudnia. Nate był przyzwyczajony do posłuszeństwa. Zwłaszcza z jej strony. Jako piętnastolatka, brała wszystko co on powiedział za świętość. Jako szesnastolatka, były chwile, gdy mu się odcinała ale zawsze w końcu akceptowała jego decyzje. A on nigdy jej nie zawiódł. Był jej skałą … zwłaszcza po tym czarnym dniu dwa lata temu kiedy zawiodła by uratować ojca Lucas'a. „Carlos chciał umrzeć,” Nate wyszeptał jej do ucha trzymając ją mocno gdy płakała nad tą stratą. A potem nadal ją trzymał. „Nie chciał żyć bez Shayl'i.” Nie sprawiło to że przestała odczuwać poczucie porażki, ale zrozumiała. Więź między wybrankami była czymś pięknym, silnym. Oddzieleni, wybranki mogli bez siebie żyć, ale to bolało. Sama wiedziała to aż za dobrze. A nie powinna! W przeciwieństwie do tych, których wybranek został stracony z powodu śmierci, Nate żył, ale odmawiał by ją dotknąć. To było tak niewiarygodnie złe. Zmiennokształtni nie byli jak Psy. Dotyk był dla nich tak konieczny jak jedzenie czy powietrze. Tamsyn nie miała nic przeciwko przytuleniu czy pocałowaniu członka stada, który potrzebował wsparcia. A fakt, że odmawiał jej tego jej wybranek … „Nie obchodzi mnie to,” skłamała w ciemności. „Cholera, oczywiście że obchodzi.” Odrzucając prześcieradła i koce, ześliznęła się z łóżka i poszła po szklankę wody. Lodowato zimnej wody. Boże, bolała ją nawet skóra. Napełniła szklankę, wzięła ją i poszła do frontowego okna. Jej plan – by rozproszyć myśli podziwiając jej drzewko – zniknął w ciągu sekundy, gdy zobaczyła śpiącą panterę na jednej z jego gałęzi. Nie mogła stąd odróżnić jego sierści i znaków szczególnych, ale od razu wiedziała kim był. Nathan. Facet odmawiał wzięcia jej jako swojej wybranki w prawdziwym tego słowa znaczeniu, ale myślał że ma prawo do tego by ją bronić? A cholera by go wzięła. Odłożyła z trzaskiem szklankę i była już w połowie drogi do drzwi kiedy spojrzała w dół na siebie. Miała na sobie starą bluzę. Była Nate'a. Ukradła ją mu w bezwstydnej próbie kradzieży, potrzebowała otoczyć się jego zapachem. Ale chociaż była za duża, rozchodziła się nad jej pełnymi piersiami i sięgała jej jedynie do połowy ud. Może powinna się przebrać. A na dworze było strasznie zimno. Nate i tak pewnie nie doceniłby widoku jej chodzącej na wpół nago – uderzyła się w czoło. „Tamsyn, ale z ciebie czasami jest idiotka.” Oczywiście, że nie doceniłby widoku jej chodzącej na

wpół nago. Widok takiej ilości skóry mógłby rozjuszyć jego bestię, skusić go w wystarczającym stopniu by przewyższyło to wolę człowieka. Kąciki jej ust uniosły się w małym uśmiechu. Pięć. WŁOŻYŁA NOGI W PARĘ PUSZYSTYCH KLAPEK, wyszła na zewnątrz i podeszła do drzewa, wiedząc że obudził się w momencie, gdy tylko otworzyła drzwi. „Nathan, złaź stamtąd natychmiast!” Objęła się rękami, świadoma, że ten ruch wyeksponował jej piersi, tworząc między nimi głęboki rowek. Pantera zawarczała na nią, jej zielone oczy były niebezpiecznie jasne. „Ani mi się waż warczeć na mnie,” powiedziała, a jej oddech zamienił się w parę. „Nie masz prawa wybierać sobie które części umowy wybranków chcesz, a których nie. Wszystko albo nic. Idź sobie!” Przebiegł po konarze drzewa i zeskoczył na ziemię tuż przy jej nogach, zapierające dech w piersiach stworzenie które mogłaby głaskać godzinami. Potem otarł się o jej nogi, popychając ją by weszła do domu. Dotyk jego futra o skórę sprawił że zadrżała. „Nie pójdę sobie dopóki się stąd nie zabierzesz.” Miała zamiar się z nim podroczyć, ale już teraz jej pantera drapała jej skórę od środka, tak strasznie wygłodniała, że aż ją to przerażało. Wyszczerzył zęby i wydał z siebie krótki, ochrypnięty pomruk, który miał zwrócić na niego jej uwagę. Jego oczy mówiły jej by zabrała swój mały tyłek do środka, albo on zrobi to za nią. Jej uda zadrżały, ale jakoś znalazła w sobie siłę by tupnąć nogą i wskazać mu ręką drogę do domu. „Wynocha! Idź sobie!” Zaczął iść w stronę jej domu. Zmarszczyła brwi, zastanawiając się co on knuje. Dotarł do drzwi, i obejrzał się za siebie. Nie miała zamiaru się na to nabrać. Ale wtedy, on wszedł do środka. Jej oczy się rozszerzyły, szybko pobiegła do środka, zamykając za sobą drzwi. Pantera siedziała przed chwilowo zgaszonym sztucznym kominkiem, sztuczny system grzewczy był zaprojektowany tak by przypominał prawdziwy blask ognia – ale jednocześnie nie było najmniejszego ryzyka by wymknął się spod kontroli. Spojrzała na nią, jego oczy lśniły nocny blaskiem w ciemności. „Dobry pomysł,” powiedziała, na wpół przemarznięta. Zrzuciła z siebie futrzane kapcie, włączyła sztuczny ogień w kominku. Płomienie natychmiast wystrzeliły do życia. „Brr.” Pocierając o siebie ręce, usiadła obok Nathana. Nie mogła co prawda przez to myśleć rozsądnie, ale to było w porządku. Nate był w jej domu. Był tutaj. I byli sami. Potrząsnął jej ręką swoją głową, a ona zaczęła go głaskać, jej ciało rozgrzało się od środka. „Co tutaj robisz, Nate?” Położył głowę na jej kolanach i lekko zamruczał w odpowiedzi. „To przez to, że nie ma moich rodziców, prawda?” Westchnęła i starała się nie drzeć z powodu jego bliskości. Był tak niebezpiecznie piękny, jego ciało to czyste mięśnie pod jej rękami. „Kiedy zaakceptujesz fakt, że dorosłam? Co?” Brak odpowiedzi. Spokojny rytm jego oddechu powiedział jej, że zasnął. Nie mogła znieść myśli, że mogłaby go obudzić. Łzy zalśniły w jej oczach. Gdyby się przemieniła, oboje byli by kotami i … Nie, pomyślała. Nie użyje przeciwko Nate'owi ich zwierzęcego przyciągania. To od człowieka chciała by dał jej „wolność” i to człowieka chciała przekonać. Zwierze już

wiedziało co jest właściwe. Jeżeli tylko ludzka połowa Nate'a nie weszłaby im w drogę. Za wyjątkiem tylko, oczywiście, że tą jego część też kochała. Wzdychając, zanurzała palce w jego futrze raz po raz. Dopiero długo później skuliła się obok niego i zasnęła. NATE CZEKAŁ BY PODNIEŚ SWOJĄ GŁOWĘ, AŻ BYŁ ABSOLUTNIE pewien, że Tamsyn zasnęła mocnym snem. Ostatnia godzina była jednocześnie bolesna i przyjemna, tortura i odkupienie. Zwierze nie mogło zrozumieć dlaczego nie rościł sobie prawa do niej. Jedna myśl, jedna sekunda by zmienić się w ludzką formę, i mógłby ją wziąć właśnie tutaj na miękkim pledzie. Pokusa była szokująco silna. Była najbardziej wyjątkowym stworzeniem jakie kiedykolwiek widział. Długa, wysoka kobieta. Mógłby spędzić całą noc sunąc rękami w górę i w dół jej gładkich ud – wyeksponowanych przez bluzę, którą ukradła lata temu. Wiedział o tym, oczywiście. Odczuwał przyjemność na myśl o niej okrytej w jego zapachu. A skoro nie widział jej noszącej jej na lewo i prawo, zgadł, chciał, by była wybrała ją na swoją nocną piżamę. Jego pazury wbiły się w pled kiedy jego uwaga skupiła się na jej dumnie podnoszących się piersiach. Nie podlegało najmniejszej wątpliwości – Tamsyn była kobietą w każdym calu. I tak strasznie młodą. Nikt nie pomyślałby nawet, że była ich uzdrowicielką już od dwóch lat. Te kilka stad którym zaufali po morderstwie Shayli – stad zapoczątkowanych przez mężczyzn i kobiety pochodzących z CiemnejRzeki – przysłało starszych uzdrowicieli by dokończyć jej edukację, ale to zawsze do Tamsyn zwracało się stado. Ona była ich, i to jej głęboko ufano. Ponieważ ona nigdy ich nie zawiodła. Pamiętał ją jak miała siedemnaście lat. Jej mentorka była martwa, a wybranek Shayl'i, Carlos, leżał ranny krytycznie. Ich syn, Lucas, nadal pozostawał zaginiony. Tammy była wtedy taka drobna, krucha jak trzcina, myślał że załamie się pod wagą ran umierającego strażnika. Ale ona się nie załamała. Zamiast tego, włożyła każdy cal swoich zdolności w leczenie Carlosa. Nie była w stanie uratować jego życia, ale dała mu siłę by mógł wyszeptać ostatnie słowa – słowa, które powiedziały im, że Lucas wciąż żył. Tammy była kompletnie wycieńczona wysiłkiem by ocalić Carlosa, ale kiedy uratowali bardzo mocno rannego Lucasa, jakimś cudem znalazła niewiarygodnie więcej siły by mu ją oddać. I nie przestawała tego robić przez wiele tygodni. Spała tylko wtedy, gdy Nate ją do tego zmuszał, zmartwiony, że zemdleje z przemęczenia. Nawet wtedy, wyczołgiwała się z łóżka najwyżej po kilku godzinach. Nate musiał ją, aż częściowo porwać. Trzymał ją na swoich kolanach i kazał jej spać. A ona się posłuchała, ufnie zwijając się w kłębek na jego ramionach. Ale dziewczyny, która była tą smukłą trzciną już nie ma. Wyrosła na kobietę odważną i piękną, ale która jednocześnie nigdy nie miała okazji być nastolatką. Pantery ceniły sobie wolność do wędrówki – wielu opuszczało stado i wracało po spędzeniu pewnego czasu w dziczy. On również opuścił CiemnąRzekę na kilka lat kiedy był już nieco starszym nastolatkiem. Tammy nigdy nie miała na to szansy, jej skrzydła zostały podcięte w wieku piętnastu lat. Wycofując się od bujnej pokusy, którą była, używając swoich zębów ściągnął z kanapy kapę i okrył ją nią. W ludzkiej formie byłoby to łatwiejsze, ale nie ufał aż tak sile swojej woli. Wystarczyłby tylko jeden dotyk. A jego wola rozprysłaby się na najdrobniejsze kawałeczki. Zdecydował, że będzie nad nią czuwał z zewnątrz. TAMSYN OBUDZIŁA SIĘ CIEPŁA … I SAMOTNA. TO BOLAŁO. „Mogłabym cię nienawidzić,

Nathan'ie” Wstając otuliła się kapą i wpatrzyła się w sztuczny ogień. Jej zegar wewnętrzny powiedział jej, że jest już rano, coś około szóstej. Pomimo faktu, że zrobiła wszystko co mogłaby przyciągnąć Nate'a, on nawet jej nie pocałował. Czy była dla niego aż tak odrażająca? Zdusiła szloch w gardle. Po raz pierwszy przyszło jej do głowy że opór Nate'a może wynikać nie z jego przytłaczającej troski o nią, tylko z tego, że nie chciał być przywiązany do niej. Jej dolna warga zadrżała. Otuliła się kapą jeszcze mocniej w próżnej próbie by odgonić od siebie histerię. Bycie niechcianą wybranką było koszmarem który wykraczał poza możliwości zrozumienia. Połączenie wybranków nie było małżeństwem, nie było zadurzeniem, nie było połączeniem które można było kiedykolwiek przerwać. Była przywiązana do Nate'a na poziomie dusz. Co więcej, kochała go. Niektórzy ludzie mówili, że nie ma różnicy między więzią i miłością, ale ona wiedziała że jest. Czymś innym było być przyciąganym do Nate'a, a czymś zupełnie innym było uwielbianie go w sposób, który ona to robiła. Kochała w nim wszytko począwszy od jego siły przez śmiech, aż do jego bezwstydnej męskości. Ale co jeżeli, dla Nate'a, więź była po prostu przymusem? Takim, którego nie mógł powstrzymać, ale którego by nie wybrał, gdyby miał wybór? Nie można było powiedzieć, żeby była trofeum, wiedziała o tym, zawsze o tym wiedziała. Dodać do tego fakt, że Nate był starszy, bardziej doświadczony. Może oczekiwał, i chciał znaleźć wybrankę która by mu dorównywała, kobietę która widziała więcej świata niż tylko ich mały zakątek. W przeciwieństwie do tego, Tamsyn zawsze była związana z CiemnąRzeką. Nie miało to dla niej znaczenia. Była kobietą, która lubiła przebywać w domu, pełną serca. Tak było z większością uzdrowicieli. Lubili być blisko swoich ludzi, swoich ziemi. Uzdrowiciele budowali stałe domy na długo przed innymi, przygarniali każdego kto potrzebował ich pomocy, i dbali o tych, którzy byli ich. Miesiące, które spędziła w Nowym Jorku o mało nie wyrwały jej serca, tak bardzo tęskniła za domem. Ale Nate wędrował. Zostawił stado na kilka lat jako nastolatek, i wrócił jako mężczyzna, silny, lojalny i odbiciem dzikich horyzontów w oczach. A co on widział w jej oczach? Dom – spokój, ład, wytrwałość. Nie zbyt ekscytujące. Nic dziwnego, że jej nie chciał! Tamsyn doprowadziła siebie do niezłego stanu, coś co oszołomiłoby tych którzy ją znali, gdy zadzwoniła konsola komunikacyjna. To był kod awaryjny. Mrugnęła i otrząsnęła się do przytomności, sposób myślenia uzdrowicielki przejął nad nią panowanie. „Mów do mnie.” twarz Juanity pojawiła się na ekranie. „Dorian złamał rękę kiedy ćwiczyliśmy obok Kręgu. To wygląda dość paskudnie.” „Nie ruszaj go.” Wstała wyłączając ekran i przebierając się z prędkością światła, chwyciła swoje zapasy na sytuacje kryzysowe i wyszła. Zimne powietrze cięło ją po policzkach, gdy biegła. Wzięłaby samochód, gdyby Dorian nie był tak blisko. Ale w takiej odległości, dzięki jej prędkości zmiennokształtnego była szybciej niż zajęłoby jej dotarcie tam samochodem po koleinach leśnych dróg. Drogi były uszkodzone celowo. Była to kolejna linia obrony przeznaczona po to by nieświadomi goście ugrzęźli. CiemnaRzeka już nigdy nie miała zamiaru dać się złapać z zaskoczenia. Odnalazła Juanit'e kucającą obok Doriana, który siedział oparty o drzewo. Chociaż kobieta wyglądała na zmartwioną, twarz Doriana nie zdradzała niczego. Choć chłopiec ledwo zaczął podawać swój wiek w dwóch cyfrach, był lepszy w ukrywaniu swoich uczuć niż większość dorosłych. „Co robiliście, że złamaliście tą rękę?” zapytała, klękając obok niego. „Karate. Brązowy pas. San-kyu,” odpowiedziała Juanita. Tamsyn nie okrzyczała drugiej kobiety za używanie tak zaawansowanych technik w walce przeciwko chłopcu. Wszyscy wiedzieli, że Dorian nie był dzieckiem. Urodził się utajony co

oznaczało, że nie mógł zmieniać postaci i przybierać formy pantery. Może byłoby to coś co mogłoby spowodować że byłby traktowany inaczej niż wszystkich, gdyby sam nie uczynił swojej misji zostaniem tak niebezpiecznym, by nikt nie odważył się traktować go inaczej niż innego kota. „Pojedyncze złamanie. Czyste,” powiedziała mu. „Miałeś dużo szczęścia.” Wyraźnie niebieskie oczy spojrzały prosto w jej. „Ile minie czasu zanim znowu będę mógł znowu jej używać?” „Tyle ile powiem.” Przyłożyła strzykawkę ciśnieniową do jego ramienia zanim mógł się sprzeciwić mówiąc, że nie potrzebuje znieczulenia. Później, używając przenośnego skanera tkanek wewnętrznych by potwierdzić wnioski swojego daru uzdrawiania, nastawiła złamanie i włożyła rękę w lekki ale wytrzymały gips. Dorian miał normalną siłę i zdolności lecznicze zmiennokształtnego – odzyska zdolność do użytkowania ręki dużo szybciej niż człowiek czy Psy, gdyby znaleźli się w tej samej sytuacji. „Nita, czy mogłabyś zostawić mnie samą na minutkę z Dorianem?” Zerknęła na piękną kobietę. Juanita przytaknęła. „Muszę przejąć wartę obwodu.” „Dopilnuje żeby dotarł do domu.” Dorian zawarczał gdy o nim rozmawiały, ale nic nie powiedział dopóki Juanita zniknęła za drzewami. „Co?” Potrząsając głową na uparte męski wyraz twarzy, Tamsyn przesunęła się by siedzieć lekko za nim. Potem zarzuciła ręce wokół jego karku i pochyliła się by przycisnąć swój policzek do jego. „San- kyu, to trzeci poziom, prawda?” Z dominującymi mężczyznami – albo z młodymi którzy pewnego dnia będą dominującymi – należy postępować delikatnie. Stawianie żądań w stosunku do Doriana nic jej nie da. Zmiękł nieco. „Tak. Rozpocznę czarny poziom w przyszłym miesiącu.” „Imponujące. Kiedy wyjechałam do Nowego Jorku byłeś na pierwszym stopniu brązowego.” Pozwolił jej przytulić się mocniej. Dotyk należał do podstawy serca zdrowego stada. Było to to, co łączyło ich razem, co dawało im ich siłę. Uśmiechając się podniosła dłoń i zaczęła przeczesywać palcami przez niewiarygodnie jedwabiste blond włosy gdy leżał obok niej. „Niedługo przekroczę poziom Juanity.” To była mała, całkowicie normalna przechwałka. Cokolwiek spowodowało, że złamał rękę nie spowodowało to zbyt mocnych siniaków na jego dumie. Uśmiechnęła się. „To kogo wtedy będziesz bił?” To sprawiło, że się uśmiechnął. „Jeśli chcesz pobiję dla ciebie Nate'a” Wydaje się, że całe stado wiedziało jak sprawy miały się między nią a Nathan'em. „Bachor.” „Taa, ale ty mnie lubisz.” Śmiejąc się, pocałowała go w policzek zanim wstał. Poszedł za nią, jego kości pokazywały obietnicę wzrostu, który przewyższy jej przynajmniej o kilka cali. „Uważaj na siebie, Dorian. Jeżeli zobaczę ciebie jeszcze raz tego roku, to zrobię coś paskudnego, jak na przykład powołać się na rangę uzdrowiciela i cię uziemić.” „Tak, jak marzy ci się żebyś mogła uziemić Nate'a – może w twojej sypialni?” „Dorian!” Z psotą w uśmiechu, odsunął się od niej idąc tyłem zanim obrócił się i pobiegł wśród drzew. Trzymała swój uśmiech w ukryciu do puki nie zniknął. Potem pochyliła się i zaczęła zabierać swoje zapasy i sprzęt. Była zadowolona. Jej szkolenie medyczne przydało się dzisiaj. W przeciwnym wypadku zużyłaby energię leczniczą bez żadnego użytecznego celu. To co robiła, pochodziło z

wnętrza jej samej – musiała skierować swoją siłę na leczenie najgorszych zranień … takich jak te od których ucierpiał Carlos. Liście zaszeleściły z jej lewej strony, a kiedy spojrzała w tamtym kierunku zobaczyła nadchodzącą Juanit'ę. „Nie widziałaś może mojego – a, tutaj jest.” Nita podniosła z ziemi zgrabny czarny zegarek. „Zdjęłam go podczas treningu. Ten chłopak jest niebezpieczny, kiedy już zacznie się ruszać.” Przytakując, Tamsyn kontynuowała odkładać swoje rzeczy. Nita była ostatnią osobą z którą miałby ochotę na pogaduszki, zwłaszcza po tym okropnym odkryciu, którego dokonała dzisiejszego poranka. Ale wtedy, druga kobieta ukucnęła obok Tamsyn. „Hey, Tammy. Potrzebuję pewnej rady.” Jej wnętrze uzdrowicielki wynurzyło się na powierzchnię, poskramiając chorą brzydotę zazdrości w drobnym zakamarku. „Coś się stało?” Spojrzała na zmysłową, egzotyczną twarz nie widząc już rywalki, ale członka stada, który mógł potrzebować jej pomocy. „Można tak powiedzieć.” Mrugnęła ciemnym okiem. „Zastanawiam się jak wyciągnąć temat Nate'a bez wtrącania się w nieswoje sprawy.” Sześć. TAMSYN ZAMARŁA. „CO Z NATE'M?” ZMUSIŁA SIĘ by powiedzieć. „Słuchaj” - Juanita stuknęła ręką w jej kolano - „on jest wspaniałym facetem i my spędziliśmy razem trochę fajnych chwil - „ Tamsyn zamknęła swoją torbę i przygotowywała się do wstania. Juanita zatrzymała ją przytrzymując za ramię. „Ale to wszystko. Zabawa. Byliśmy wtedy przyjaciółmi i nadal jesteśmy tylko przyjaciółmi. Nic więcej.” „Dobra. Muszę już iść.” Była taka spragniona dotyku Nate'a, że nawet sama myśl o nim z inną kobietą głęboko ją raniła. Juanita nie wypuściła jej ze swojego uścisku. „Nie słuchasz Tammy. Mówię ci, że ten facet nigdy nawet nie spojrzał na mnie z takim dzikim pragnieniem z jakim patrzy na ciebie. Nigdy nie pragnął mnie tak, jak pragnie ciebie.” Tamsyn zapatrzyła się na drugą kobietę. „Zostawił mnie,” powiedziała z zaskoczeniem dla samej siebie. „Praktycznie podałam mu siebie na srebrnej tacy, a on mnie zostawił. On mnie nie pragnie.” Juanita roześmiała się na to. „Facet pragnie ciebie tak bardzo, że doprowadza do szaleństwa wszystkich nastolatków. Wiesz jacy są wrażliwi na głód seksualny w tym wieku, a w tej chwili, Nate stanowi sześć stóp plus coś tam czystej zwierzęcej żądzy. I nie jest zainteresowany nikim poza tobą.” „Ale -” „Nie ma żadnego ale.” Juanita wstała i zaczekała aż Tamsyn też to zrobi, zanim zaczęła dalej mówić. „Nie mniej mi tego za złe, ale jesteś jeszcze młoda.” A jak inaczej miałaby to przyjąć? „Jestem bardziej dojrzała niż niektórzy ludzie ode mnie starsi.” „Owszem, jesteś. Nie zawahałabym się przyjść do ciebie po radę w tysiącu różnych spraw.” Rzeczowe słowa Juanit'y odebrały Tamsyn wiatr z żagli. „Ale są pewne obszary w których jesteś jak dziecko we mgle.” „Mężczyźni,” wyszeptała Tamsyn, wstyd jak ostrze przeszył jej policzki.

„Owszem. Jesteś jedną z tych szczęśliwych – szybko znalazłaś swojego wybranka, ale wszystko ma swoją cenę.” Juanita nie potrzebowała reszty powiedzieć głośno. „Więc zaufaj mi, kiedy ci mówię, że facet umiera z pragnienia by się w ciebie wgryźć.” Tamsyn bardzo pragnęła jej uwierzyć. „Bardzo dobrze to ukrywa.” „Oczywiście, że tak. Jest uparty i dominujący. Chce to zrobić po swojemu. To ty musisz sprawić by zmienił zdanie. Proszę zrób to zanim doprowadzi wszystkich do szaleństwa.” Tamsyn wzięła głęboki oddech, przełknęła swoja dumę i włożyła swoją wiarę w więzy stada. „Ty masz doświadczenie. Naucz mnie co muszę wiedzieć.” Juanita uśmiechnęła się. „Bałam się, że już nigdy nie zapytasz.” DZIEŃ PO TYM JAK ZOSTAWIŁ TAMMY ŚPIĄCĄ KOŁO OGNIA, Nate wrócił ze spotkania z Lachlan'em by znaleźć przestrzeń wokół jej domu otoczoną dziećmi. I nie wszystkie z nich były małe. „Co ty tu robisz?” zapytał Cian'a, który siedział przy czymś co wyglądało na ławkę i stół ukradziony z tylnego ogródka ich alfy. Starszy mężczyzna uśmiechnął się. „Robię ozdoby świąteczne, a na co to wygląda?” I wrócił do malowania małej szklanej kuli, którą miał w ręce. „Dlaczego?” nalegał Nate. „Jest od ciebie o więcej niż połowę młodsza.” „Próbowałeś się z nią kłócić, kiedy sobie coś umyśli?” Potrząsając głową Cian wrócił do swojego zadania. „A poza tym, to całkiem fajna zabawa. I zainteresowała nastolatków czymś innym niż tworzenie piekła na ziemi, a to sprawia, że nasza praca jest łatwiejsza.” Teraz, kiedy Cian o tym wspomniał, Nate zdał sobie sprawę jak wiele starszych dzieci było tu obecnych. Nawet Dorian z ręką unieruchomioną w gipsie wyglądał na takiego, który się dobrze bawi. Nate obserwował jak chłopak pochylił się by pomóc pięciolatce namalować coś na jej kuli. A kiedy się uśmiechnęła, zrobił to również Dorian. Obracając swoją głowę, Nate znalazł Lucas'a siedzącego z inną grupą małych dzieci. Kilka kociąt próbowało użyć jego ciała jako ramy do wspinaczki, ale z szerokiego uśmiechu na jego twarzy nie wynikało jakby go to martwiło. Zawołał do kogoś innego a oczy Nate'a podążyły za jego spojrzeniem by zlokalizować kolejny niespodziewany dodatek do zgromadzenia Tamsyn. Vaughn. Był jeszcze gorszym samotnikiem niż Dorian. Ale oto i on, cierpliwie pomagający kilku trzylatkom. „Są szczęśliwi,” powiedział zza niego kobiecy głos. Spojrzał na dół. „Dobrze się spisałaś.” Oczywiste zdziwienie wymalowało się na jej twarzy. „O.” Pauza. „Dziękuję.” Wykrzywił się. „Co złego jest w tym, że powiedziałem ci komplement?” „Nic.” Wzruszyła ramionami, jej piersi napierały na miękkość jej czarnego golfu. „Po prostu nie robisz tego zbyt często.” Sięgnął by dotknąć kawałek jej swetra koniuszkami palców. „Co to za materiał?” Sprawiał wrażenie, że aż się prosi o pogłaskanie, przeżywał ciężkie chwile trzymając ręce przy sobie by dokładnie tego nie zrobić. Kreśląc ciało swojej wybranki dłońmi wydawało się najlepszym pomysłem na jaki wpadł w ciągu całego dnia. „Angora.” Wycofała się przed jego dotykiem i wzięła krok w tył. „Chcesz pomalować ozdobę? Albo możesz też pomóc dzieciom.” Nie spodobał mu się dystans jaki między nimi stworzyła. „Co się z tobą dzieje?” Coś przebłysnęło w jej oczach zanim opuściła rzęsy by ukryć swoje wrażenie. „Żyję własnym

życiem. Tego właśnie chciałeś, prawda?” Mały uśmiech. „W końcu zaczynam doceniać to, co próbowałeś mi powiedzieć.” Po tych słowach poszła sprawdzić co się dzieje w grupie chichoczących nastolatek. Nate zastanawiał się czy wyglądał na tak uderzonego poniżej pasa na jakiego się czuł. Wyciągnęła to zahamowanie prosto z niczego. Tyle miesięcy walczyła z nim, żądając by zaakceptował więź między nimi, a teraz nagle sama ustawiała się w szeregu? Jasne. Uwierzy w to, gdy sam zobaczy. Tamsyn dzwoniła do niego każdego dnia z Nowego Jorku – nie mogła się od niego odciąć nawet jeśliby próbowała. Dwanaście godzin prawie samej ciszy później, na długo po tym jak wszyscy inni już sobie poszli, zacisnął zęby i podał jej ozdobę. „To jest ostatnia, która jest skończona.” Wielu wzięło swoje by dokończyć je w domu. „Dzięki.” Powiesiła ją na tym swoim cholernym drzewku zanim zeskoczyła na dół z gałęzi na której przykucnęła. „Myślę, że będzie wyglądać wspaniale, gdy będzie skończone, a ty?” Bez czekania na odpowiedź obróciła się i zaczęła iść ścieżką do swojego domu. „Gdzie idziesz?” Ledwo powstrzymał warknięcie ze swojego głosu. Rzuciła mu zdezorientowane spojrzenie. „Jest ciemno. Idę wziąć kąpiel i zjeść kolację.” Czekał na zaproszenie by do niej dołączyć. Nie nadeszło. „Twoi rodzice jeszcze nie wrócili.” „O, nie martw się.” Jej słowom towarzyszył napięty uśmiech. „Kilka moich koleżanek ma do mnie dzisiaj wpaść.” „Kto?” „Koleżanki. Właściwie, miałbyś coś przeciwko temu, żeby dzisiaj wcale nie wpadać?” zapytała. „Ciężko będzie prowadzić damskie pogaduszki jeżeli będziemy wiedziały, że ty będziesz się tu ukrywał.” Nie łatwo było rozniecić jego temperament. Ale w tej chwili, aż dymił. „Ukrywał się?” Machnęła ręką w powietrzu. „Wiesz co mam na myśli. Nic nam nie będzie. Nawet poprosiłam kilku innych żołnierzy by przewinęli się tutaj podczas ich nocnych wart. Powinieneś iść zająć się swoimi sprawami.” Kilka sekund później zatrzasnęła za sobą drzwi. Nie poruszył się, wrośnięty w ziemię z powodu czystego niedowierzania. Kazała mu spadać. Nikt nigdy nie będzie kazał mu spadać. A już w szczególności nie jego wybranka. Już robił pierwszy krok wzdłuż ścieżki do jej domu, kiedy poczuł, że ktoś wychodzi z lasu za nim. Obrócił się, by zorientować się, że to Juanita. „Co?” Powiedziała jego pantera. „To jest część mojej nocnej warty.” Spojrzała na niego z ciekawością. „A ty co tutaj robisz?” Co to za idiotyczne pytanie? „Opiekuję się moją wybranką.” Juanita skrzywiła się. „Masz wartę na wschodnim obwodzie Nate. Jeżeli chciałeś się zamienić powinieneś o tym powiedzieć Cian'owi. Jeżeli się tam nie udasz, to będziemy mieli tam wyrwę, a wiesz że nas na to nie stać. Zwłaszcza teraz z ludźmi Solias'a King'a węszącymi dookoła.” Wiedział, że miała rację. „Cian bierze pod uwagę wybranków podczas ustalania przydziałów wart.” „Owszem, ale nie rościłeś sobie prawa do Tammy. Pewnie pomyślał, że chciałeś od niej pewnej przestrzeni – robisz się coraz bardziej irytujący.” Jej ton był bezpośredni. „Słuchaj, wezmę za ciebie wschodni obwód, ale i tak już ciągnę podwójna wartę więc wolałabym zostać blisko domu.” Nie było nic, co mógłby jej na to odpowiedzieć. Był jednym z najbardziej doświadczonych żołnierzy w stadzie, i jako taki, miał pracę do wykonania. „Nie pozwól by coś jej się stało.” Było to pół ostrzeżenie, pół groźba. Odpowiedzią Juanit'y była uniesiona brew. „Tammy to nie kociątko. Potrafi o siebie zadbać.”

TAMSYN ODŁOŻYŁA PRZEKĄSKI Z TRZĘSĄCYMI SIĘ DŁOŃMI. Nie mogła uwierzyć, że „ignorowała” Nate'a przez cały dzień. Ten wyczyn naciągnął jej nerwy do punku skrajnej wytrzymałości, przyciąganie by do niego się odezwać było tak silne i tak podstawowe jak bicie jej serca. Obsesyjnie powtarzała sobie słowa ich rozstania kiedy usłyszała ciche brzęczenie dzwonka do drzwi, który przeciął się przez jej myśli. Otworzyła drzwi biorąc głęboki oddech. „A, to ty.” Juanita uśmiechnęła się. „Mówiłam ci, że zadziała.” „Był wściekły.” Spojrzała ponad ramieniem drugiej kobiety, mając nadzieję, że zobaczy Nate'a. „Myślałam, że wmaszeruje tutaj i zażąda, żebym -” „Dokładnie.” Juanita wzięła ręce pod boki i potrząsnęła głową. „Jest przyzwyczajony do tego, że żąda czegoś od ciebie i to dostaje.” „Czy nie właśnie to robią wybranki?” „Jasne. Ale on się zachowywał jak dupek z tego powodu. On nie dokońca wychodzi na przód twoim żądaniom, prawda?” Tamsyn zmarszczyła się w obronie Nate'a. „Nie masz -” „Nie waż się go bronić,” rozkazała Juanita. „I nie wycofuj się również. Właśnie dajesz mu posmak jego własnego lekarstwa. To jest dokładnie to co on robił tobie od ponad roku. Zobaczmy jak jemu się to spodoba.” To miało sens, ale Tamsyn nie była żołnieżem, by myśleć o miłości jak o strategii. Ona miała serce uzdrowicielki – delikatne i łatwo wybaczające. „On tego nienawidzi.” „I dobrze.” Druga kobieta uśmiechnęła się. „Jeżeli nie dasz mu dostępu do siebie kiedy tylko ma na to ochotę by nakarmić potrzebę jego zwierzęcia by być blisko ciebie, zacznie być zdesperowany, i to raczej szybciej, niż później. Wtedy cię obskoczy, i buch, wszyscy będziemy żyli długo i szczęśliwie.” Tamsyn przytaknęła. Podobał jej się pomysł bycia obskakiwaną przez seksualnie wygłodniałego Nate'a. „Jeżeli szybko tego nie zrobi, to sama mogę go zaatakować.” Jej wrażliwość na jego bliskość stawała się coraz gorsza, lekki dźwięk jego głosu wystarczał by topniała do wilgotnej gotowości. Juanita uśmiechnęła się. „Daję mu tydzień.” DWIE NOCE PÓŹNIEJ, TAMSYN ZDECYDOWŁA, ŻE JUANITA JEST GENIUSZEM. Nate robił na nią miny z drugiego końca Kręgu Stada, tak silna potrzeba w tych jego niebieskich oczach koloru północy, że miała wrażenie, że jej żołądek sam skręci się w tysiąc węzłów. „Przestań się na niego gapić,” bezgłośnie wymruczała do siebie. W ciągu ostatnich czterdziestu ośmiu godzin nie powiedziała do niego więcej niż cześć, ale jeżeli nie będzie trzymała oczu koło siebie, domyśli się jak bardzo dużo ją to kosztowało by utrzymać jej dystans. Cierpiała bez niego i ten ból pulsował w każdym calu jej skóry … i jeszcze gorzej w dolnych, gorętszych miejscach. Zrywając połączenie jedynie ostatnim wysiłkiem woli, skupiła się na tancerzach w środku Kręgu. Byli częścią improwizowanego zgromadzenia oświeconego przez żółty księżyc w pełni, szczęśliwa dywersja od ogólnej atmosfery ostrożnej gotowości, która nie opuściła CiemnejRzeki od czasu ataku ChodzącychWCieniu. Nie oznaczało to jednak, że ich obronność była w jakiś sposób naruszona. Ci na warcie byli po prostu zmieniani przez członków stada, którzy byli po służbie, tak by każdy mógł dołączyć na trochę do zabawy. To była zabawa – ciepła, przyjacielska, genialnie żywa. Kilkoro ludzi wyciągnęło instrumenty,

muzyka była silna i pełna energii. Klaskała do rytmu bawiących się, kiedy Lucas pojawił się by ofiarować jej swoją rękę, którą przyjęła z uśmiechem. „Uważaj, mam dwie lewe nogi.” Uśmiechnął się, dzikie znamienia na jednej ze stron jego twarzy – znamienia, z którymi się urodził – sprawiały, że wyglądał bardziej jak pantera niż jak chłopiec. „Więc dobrze, że nie jest mnie łatwo zranić.” śmiejąc się pozwoliła mu się pookręcać dookoła w energetycznym tańcu, który wymagał wystarczającej koncentracji, że niemal przestała myśleć o Nate'cie. Kiedy wysoki nastolatek z powrotem przyciągnął ją w swoje ramiona, nie mogła oddychać. „Masz dobry humor,” ciesząc się widząc go zadowolonego chociaż raz. Lucas nosił w sobie ciemność, tyle ciemności. Wiedziała, że będzie tak do dnia, w którym zemści się na tych, którzy ukradli mu jego rodzinę. Był od niej cztery lata młodszy, ale patrząc w jego oczy, widziała nie dziecko lecz mężczyznę. Lukas pewnego dnia będzie alfą o niesamowitej sile, nie miała co do tego żadnej wątpliwości. Przyciągnął ją bliżej, dotykając ją z łatwą koleżeńskością stada. Położyła policzek na jego ramieniu i kołysała się do spokojniejszego rytmu, który zastąpił dudniącą taneczną muzykę. „Więc?” „Więc pomyślałem, że potrzebujesz, żeby cię przytulić.” Jego słowa były bezpośrednie, ton pełen uczucia. „Dziękuję. Potrzebowałam.” Nie było potrzeby by kłamać. Nie w stadzie. „Dorian powiedział, że nie chcesz że byśmy wbili Nate'owi trochę zdrowego rozsądku do głowy.” Wzdychnął, jakby go to zawiodło. „Jesteś tego pewna?” Zaśmiała się z jego droczenia się. „Lubię go w jednym kawałku, ale dzięki za propozycję.” „Chcesz z nim zatańczyć? Bo właśnie zmierza w tą stronę.” Siedem. UŚMIECHNĘŁA SIĘ DZUJĄC BOGATY ZIEMISTY WYRÓŻNIAJĄCY ZAPACH Nate'a zanim mogła odpowiedzieć. Uderzył jej system jak narkotyk. Chwilę później, poczuła ciężką wagę jego dłoni na swoim biodrze. „Luc. Znajdź sobie dziewczynę w swoim wieku.” Lukas wypuścił ją z objęć. „Wydaje mi się wolę seksowne starsze kobiety – dlaczego nie miałbym zatrzymać Tammy, a ty znalazł byś sobie kogoś innego?” Warknięcie Nate'a spotkało się z bezwstydnym śmiechem Lucasa, gdy ten puścił oczko do Tammy i odmaszerował. Nie zwracała zbyt dużej uwagi na tą wymianę zdań, jej całe ciało skupiło się na Nate'cie, gdy położył obie swoje ręce nisko na jej biodrach i przyciągnął ją do swojej klatki piersiowej. „Co ty do cholery masz na sobie?” Powiedział jej do ucha z gorącym oddechem. Myślenie przychodziło jej z wysiłkiem. „Dżinsy i sweter. A co, to przestępstwo?” „Ten sweter jest pomarańczowy i tak mocno wycięty, że widać ci rozstęp między piersiami.” Zmusiła się by się roześmiać. „Nate, dekolt nie jest aż taki głęboki, a ten kolor nazywa się delikatna brzoskwinia, nie pomarańczowy.” Pięknie pasował do koloru jej włosów i oczu, uwypuklając złote refleksy w taki sposób, że nigdy nie myślała, że kiedyś będzie to możliwe. „Jest, kurwa, jak namalowany na twoim ciele, dokładnie tak jak twoje dżinsy.” „Uważaj na swój język, Nathan'ie Ryder.” Powiedziała mocnym tonem i założyła ręce nad jego i zaczęła się kołysać razem z nim. To nie był wykalkulowany czyn – jej ciało po prostu pragnęło kontaktu. „Mam dziewiętnaście lat. Tak właśnie ubierają się kobiety w moim wieku.” Jego oddech zadawał się zatrzymać na chwilę. „Ale ty nie.”

Nie, ona nie. Zawsze wydawało się jej, że nie powinna zaogniać sytuacji między nimi przez celowe bycie uwodzicielską. Ale dzisiaj, ponownie poszła za radą Juanit'y i zaszalała. Dżinsy – kupiła je w Nowym Jorku – kształtowały jej tyłek, i po dobrze nastawionych gwizdach, które zainspirowała u męskiej części członków stada, nie był to zły tyłek. Co do dawno zapomnianego swetra, wiszącego i przydużego kiedy była chudą trzynastolatką, był wykonany z miękkiego, proszącego się o pogłaskanie materiału, który faktycznie sprawiał, że czuła się jakby był namalowany na jej, teraz już kobiecym, ciele. „Zdecydowałam, że był już czas na to by zmienić mój styl.” Znowu poruszyła się ocierając się o niego, wyjątkowo świadoma niewybaczalnego wybrzuszenia jego erekcji. „Zabawić się trochę zanim się ustatkuję, dokładnie tak jak tego chciałeś.” „Przestań.” Ale nie zrobił nic by zatrzymać jej subtelne erotyczne ruchy. „Tego rodzaju zabawa nie jest dobra dla ciśnienia krwi innych mężczyzn.” Przyciągnął ją jeszcze bliżej do siebie. „Oni wiedzą, że jestem twoja,” wymruczała, czując że się czerwieni. „Tylko twoja.” „To dlaczego jesteś ubrana jak zaproszenie?” Chciała powiedzieć – dla ciebie, idioto. „Chciałam poczuć się seksownie.” Wzruszyła ramionami. „Nie miałam wcześniej szansy odkryć tej części mnie.” To, przynajmniej, było prawdą. Pomiędzy uporem Nate'a i jej własnymi obowiązkami, nie miała zbyt wiele zabawy w swoim życiu. A ona tak bardzo chciała się bawić z Nate'm – w głupiutkie, intymne, czułe gry. Jego ręce zacisnęły się. „I co masz zamiar zrobić po tym jak już cała się napalisz tak jak teraz?” Było to na wpół wywarczone pytanie, ale znała go wystarczająco dobrze by wiedzieć, że ta szorstkość była oznaką pragnienia, a nie gniewu. Uniosła swoją głowę, patrząc na niego w górę, gdy on patrzył na nią w dół. „Kupiłam sobie przyjaciela.” Zdawało się, że zatkało go na chwilę. „Przyjaciela?” „A-ha. On wibruje.” Powiedziała szeptem przeznaczonym tylko dla jego uszu. „Myślę, że wypróbuję go dzisiaj.” Jego palce ściskały ją tak mocno, że prawdopodobnie zostaną jej siniaki. Nie obchodziło jej to. Nie kiedy całą ją spalał od ognia, który płonął w jego oczach. „Nie rób tego.” Podniosła zwoje ręce i splotła je za jego karkiem. „Dlaczego nie?” „Twój pierwszy raz nie powinien być z tym czymś.” Wzruszyła ramionami. „Robię się coraz starsza Nathan. Mam swoje potrzeby.” Ciemne, przeszywające potrzeby. Potrzeby, które tylko on mógł zaspokoić. „Obiecaj mi, że nie użyjesz tej głupiej zabawki.” „Nie jest głupia.” Otarła się o jego twardość i usłyszała jak wciągnął oddech. „Chociaż jest mniejsza od ciebie.” „Jezu.” Odciągając jej ręce ze swojego karku, obrócił ją tak, by była obrócona do niego twarzą. „Nie. Używaj. Tego. Czegoś.” To był rozkaz. „Dlaczego nie?” Przycisnęła się bliżej niego, pantera w niej pobudzała pragnienie by droczyć, by torturować. „Wiele kobiet tak robi.” Jego oczy zmieniły się na kocie, pochylił się mówiąc prosto do jej ucha, jego usta drażniły tą nagle bardzo wrażliwą część jej anatomii. „Jeżeli obiecasz, że nie użyjesz jej na sobie dzisiaj,” wyszeptał, „sam ją na tobie użyje.” Nogi groziły, że się pod nią załamią. „Kiedy?” „Najpierw obiecaj.”

Była słaba, taka słaba, kiedy chodziło o niego. „Obiecuję, że jej dzisiaj nie użyję.” Uszczypnął ją w chrząstkę ucha, i właśnie wtedy zdała sobie sprawę, że tańcząc przesunął ich w najdalszy zakamarek Kręgu Stada, dobrze poza zasięgiem tymczasowych świateł. Za skomlała i przytrzymała się jego. „Nate.” „Ćśśś. To już nie potrwa długo, kochanie.” Jego ręka gładziła ją po plecach, sztywny brak elastyczności w jego ciele, którego wcześniej tam nie było. „Potrzebujesz jeszcze trochę więcej czasu.” Odruch wymiotny przetrząsnął się przez nią. „Nate, powiedziałeś, że ty ...” „Kiedy czas będzie właściwy.” I znowu to samo, ta pełna spięcia powściągliwość … jak gdyby z jej kapitulacją on odnalazł kontrolę. Gniew i ból zmieszały się w jej wnętrzu we wrzący kwas. „Dobrze,” powiedziała odsuwając się od niego, „że obiecałam nie użyć go tylko dzisiaj.” „Tamsyn.” „I,” kontynuowała, „już drugi raz nie dam się nabrać na tą brudną sztuczkę.” Zaczęła wycofywać się z powrotem do Kręgu. „Mam dość bycia droczoną i zostawiania mnie spragnioną. Jutrzejszej nocy wezmę sprawy we własne ręce.” WEZMĘ SPRAWY WE WŁASNE RĘCE. Nate gapił się w swoją poranną kawę, a potem na rozpiskę wart którą właśnie otrzymał od Cian'a. Wprowadzając kod strażnika na konsoli komunikacyjnej czekał na pojawienie się twarzy Cian'a. „Na czym, do cholery, jesteś? Ta rozpiska to jakiś żart!” Był tak wściekły, że posłał starszeństwo i rangę do diabła. Cian zamrugał. „Słyszałem, że chciałeś być na obwodzie, daleko od Tammy.” „Nie przypominam sobie bym cię prosił o tą szczególną przysługę.” Drugi mężczyzna skrzywił się na jego ton. „Jawnie unikałeś jej za każdym razem kiedy polowała na ciebie.” Zmarszczył się. „Chociaż wydaje się, że ostatnio przestała to robić.” Ta obserwacja sprawiła, że wnętrze Nate'a groziło wybuchem. Pantera w nim, nie była teraz zachwycona Tamsyn. Mężczyzna również. Oboje chcieli ugryźć. Dominować. Oznaczyć. „Zamień mnie z Juanitą.” „Jesteś tego pewien?” Cian wykrzywił się. „Nie jesteś zupełnie w najlepszym nastroju. Chcesz być w pobliżu Tammy?” To była obraza – tak jakby kiedykolwiek mógł ją skrzywdzić. „Gdybym chciał twojej rady, to bym o nią poprosił. Zamień nas.” „Dobra.” Cian wzniósł ręce w powietrze. „Powiem Nicie.” „I od tej pory pilnuj własnego nosa.” Wyłączając konsolę skończył swoją kawę i wyszedł. Był głodny, ale pomyślał, że Tammy będzie coś miała – była najlepszą kucharką w CiemnejRzece. Jego nowy obszar warty był w bezpośrednim obszarze Kręgu Stada i uwzględniał, spośród kilku innych, dom Tammy. Podczas jego pierwszego przejścia wydawało się, że nadal śpi, ale podczas drugiego przejścia złapał ostrą świeżość herbacianych liści. A ponieważ pozostał w ludzkiej formie podejście do jej tylnych drzwi i zapukanie nie było problemem. Wiedział, że musiała go wyczuć, ale wyjrzała podejrzliwie przez okno kuchenne zanim otworzyła drzwi z warknięciem. „Co ty tu robisz?”

Okay, więc nadal była zła. Jego kutas pulsował na wspomnienie zdarzeń, które doprowadziły do ich kłótni. Chciał położyć swoje ręce na słodkich krągłościach jej pupy, przyciągnąć ją do siebie, i tak ją wycałować by posłać w diabły jej zły nastruj. „Dzień dobry tobie również słoneczko,” zdołał powiedzieć przez dławiący uchwyt pragnienia. Bycie tak blisko niej było torturą, ale i tak było to o niebo lepsze niż dystans który między nimi utrzymywała przez ostatnie kilka dni. „Jesteś tylko głodny.” Prychnęła i odwróciła się zostawiając otwarte drzwi. Wszedł by znaleźć ją przy blacie, tnącą kromki chleba z tego co wyglądało na bochenek domowej roboty. Zmusił się by stać z boku, zamiast iść za nią i pochylić się by powąchać jej smakowity kobiecy zapach unoszący się wzdłuż linii jej gardła. „Dzisiaj tylko chleb?” Podniosła nóż i wskazała w jego kierunku. „Chcesz zostać nakarmiony, czy nie?” „Uwielbiam chleb.” Wiedział jak ugłaskać swoją wybrankę, kiedy potrzebowała być ugłaskana. Jego umysł natychmiast podchwycił obraz i popłynął z nim, podnosząc jego głód ponad poziom wybuchowości. „Czemu jesteś w połowie naga?” Miała na sobie jego starą koszulę do piłki nożnej i te śmieszne puchate różowe kapcie. Seksowna i cudowna. Zabójcze połączenie. „Pilnowałam własnego nosa w swoim własnym domu. To ty jesteś tym który zdecydował się mnie nachodzić.” Walnęła trochę masła na kanapkę chleba i pchnęła w jego kierunku. Zdecydował się nie prosić o dżem. „Zła noc?” „Nate,” powiedziała bardzo cicho, chwytając rękami krawędź blatu. „Czy przyszedłeś tutaj pożerać mnie wzrokiem?” Odłożył w połowie zjedzony kawałek chleba. „O czym ty do cholery mówisz?” „Dobrze wiesz o czym mówię!” Obróciła się i szturchnęła go w pierś chudym palcem. „Patrzcie, mogę sprawić, że głupia dziewica Tammy Mahare jest taka napalona, że nie wie gdzie jest góra. Mogę zostawić ją wzdychającą do mnie i odejść, tak jak gdyby to nie miało znaczenia!” „Hej.” Złapał ją za rękę, ale mu się wyrwała. „Nie miałem nic takiego na myśli. Nie miałem również dobrego całonocnego snu.” „A, to sprawia w takim razie, że wszystko jest w porządku!” Wzniosła ręce w górę. „Jesteśmy oboje nieszczęśliwi. Hiphip-cholera-hura!” Nie dało się nie zauważyć sarkazmu. Ociekał z każdego słowa. „Co się z tobą ostatnio dzieje?” Udało mu się uwięzić ją przy blacie. „Nic!” Popchnęła go, ale on był silniejszy. „Idź sobie. Idź sobie i zostaw mnie w spokoju. Nie rozumiesz? Ile razy muszę ci to powtarzać?” „Nie masz prawa tego robić – jesteś moją wybranką.” Przestała z nim walczyć, czuła się jakby miała kamień w sercu. „Nie Nate, powiedziałam ci już wcześniej, nie masz prawa wybrać, które części więzi wybranków chcesz zaakceptować, a które nie. Na tyle, na ile bierzemy pod uwagę twoje zachowanie, ja nie jestem twoją wybranką. Jestem po prostu kolejną mało interesującą młodą kobietą.” „Nie bądź idiotką.” „Nie jestem. Jestem seksualnie sfrustrowana.” Zmrużyła oczy. „Ale rozmawialiśmy już na ten temat wczorajszej nocy, to akurat można łatwo zmienić.” Kłapnął zębami. Jak mogła w ogóle brać pod uwagę by zastąpić go jakimś mechanicznym przedmiotem? Męska duma, czyste pragnienie, i ostre pragnienie spowodowało wybuchową kombinację. „Seks? To o to tak naprawdę chodzi?” Przycisnął ją mocniej, przyciskając miękkość jej ud jego własnymi.

Zamiast się wycofać, przybliżyła się do niego. „Tak! Tak! Tak! Wystarczająco jasno dla ciebie?” „Dobra.” Chwytając ją w pasie podniósł ją na blat rozszerzając szeroko jej kolana tym samym ruchem. Coś upadło na podłogę i się pobiło, ale gówno go to obchodziło. „Chcesz się pieprzyć, to będziemy się pieprzyć.” Szczypta niepewności przemknęła po jej twarzy. „Nate -” Zamknął dłoń na gołej skórze jej górnej części ud. „Wycofujesz się? Nie chcesz mnie teraz, kiedy przyszło ci stawić czoła rzeczywistości?” Jej dolna warga zadrżała. „Nie w ten sposób,” wyszeptała. „Dlaczego jesteś taki okrutny?” Jego wnętrze obrońcy nie mogło znieść widoku jej wzroku tak emocjonalnie poranionej, ale musiał to z nią wyjaśnić. Nie mógł znieść bycia popychanym w sposób w który popychała go ciągle od swojego powrotu z Nowego Jorku. „Staram się ci coś ofiarować – staram się ciebie kochać w jedyny sposób w jaki wiem jak, a ty to odrzucasz ponieważ jesteś napalona na seks?” To go raniło. Jej wolność była największym darem jaki mógł jej dać. W niektóre dni, koszt jaki od niego to wymagało groził doprowadzeniem go do morderstwa. „Nie, Nathan, nie.” Zebrała jego twarz w swoje ręce. „Ja po prostu pragnę cię tak bardzo – całego ciebie – że mało nie oszaleję. Potrzebuję twojego śmiechu. Twojego towarzystwa. Potrzebuję zasypiać koło ciebie, i byś budził się kiedy ja się obudzę. Potrzebuję cię każdą cząstką siebie.” „To skończ z tą gadką o seksie. To nie ty.” Jej ręce opadły z jego ramion. „To nie ja?” Delikatne pytanie. „Nie. Ty jesteś ciepła, praktyczna i lojalna. Nie biegasz dookoła obnosząc się jak -” Złapał się zanim powiedziałby coś niewybaczalnego. „Pozwól, że za ciebie dokończę – jak suka w rui – to właśnie chciałeś powiedzieć, prawda?” Osiem. „CHOLERA, TAMMY, NIE PATRZ TAK NA MNIE” TYM RAZEM TO ON BYŁ TYM, który ujął jej twarz w dłonie – jej kręgosłup był sztywny, ale nie potrafiła ukryć bólu w swoich oczach. „To wszystko, sposób w jaki mówiłaś i się ubierałaś, to nie jest normalne dla ciebie i dobrze o tym wiesz.” Popatrzyła na niego prosto przez swoje rzęsy. „Tak. Nie wiem co ja sobie wyobrażałam.” Jego bestii nie spodobała się pustka w jej głosie. Reagując instynktownie pochylił się, aż ich czoła stykały się razem. „No co ty, gdzie jest moja słodka Tammy?” Tęsknił za kobietą, która stała się jego najbliższym przyjacielem na przestrzeni lat, za tą przy której mógł całkowicie się nie pilnować. To było coś, czego nie był w stanie zrobić od dnia w którym zaczęła na niego tak naciskać. „Tamsyn?” „Nic mi nie jest i jestem również spóźniona.” Posłała mu drżący uśmiech, potem popchnęła go delikatnie w klatkę piersiową. „Niektóre z dzieci będą tu niedługo, by dokończyć swoje ozdoby. Lepiej się ubiorę. Pogadamy później, dobrze?” „Jesteś pewna, że nic ci nie jest kochanie?” Jego pantera krążyła wewnątrz czaszki, warcząc, że coś jest nie tak. „To tylko ból głowy. Brak snu, wiesz.” Wzruszyła ramionami żartując z wcześniejszego punktu zapalnego. Kiedy jej usta wygięły się w głębszym uśmiechu, pantera uspokoiła się. „Tak, wiem.” Śmiejąc się pomógł jej zejść z blatu, potem przeniósł ją nad masą z połamanego słoika z dżemem leżącego na podłodze. „Idź się przebrać. Ja to posprzątam i pójdę kontynuować