wotson

  • Dokumenty43 353
  • Odsłony2 061 353
  • Obserwuję1 390
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 548 673

Nancy A. Collins - Wampy 02 - Nocne życie

Dodano: 2 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 2 lata temu
Rozmiar :623.6 KB
Rozszerzenie:pdf

Nancy A. Collins - Wampy 02 - Nocne życie.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion N Nancy A. Collins
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 2 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 21 osób, 21 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 118 stron)

NOCNE ŻYCIE NANCY A.COLLINS **************** Przekład Joanna Lipińska

Pamięci mojej cioci Emily 1930-2006 Diabeł potrafi przybierać postać budzącą ufność William Szekspir, Hamlet, akt.2, scena 2 (przełożył S.Barańczak)

3 Rozdział 1 Przestronne wnętrza domu towarowego Berg-dorfa Goodmana sprawiały wrażenie niewymuszonej elegancji, tak różnej od undergroundo-wych sklepów i ciuchlandów, w których Cally Monture zwykle robiła zakupy. Właściwie wyglądał bardziej na muzeum, tyle że tu otaczały ją manekiny w sukniach wieczorowych. Cally wraz z nowymi przyjaciółkami ze szkoły przeszukiwała wieszaki, rozglądając się za odpowiednią kreacją na Wielki Bal Rauhnacht i jednocześnie zapamiętując rodzaje materiałów, fasony i kolory używane przez wielkich projektantów. Przy odrobinie szczęścia może uda jej się odtworzyć niektóre z tych cudeniek na swojej maszynie do szycia. —Och! A to co? — Cally uniosła matowoczar-ną dżersejową suknię Dolce & Gabbana bez ra-miączek, z głębokim trójkątnym dekoltem. —Bardzo ładna, ale chyba trochę zbyt odważna, nie sądzisz? - skrzywiła się Bella Maledetto. —Skąd! - orzekła Melinda Mauvais, wysoka, atrakcyjna szesnastolatka o gładkiej skórze koloru mokki i zabójczych jadeitowozielonych oczach. Z całej czwórki wyglądała najbardziej egzotycznie. - Przecież na balu chodzi o to, aby pokazać, jaka jesteś pociągająca! —Ale to nie w moim stylu - upierała się Bella. Cally przewróciła oczami. Bella nie miała za grosz wyczucia stylu, a jej siostra bliźniaczka, Bette, wcale nie była lepsza, zwłaszcza że ubierały się identycznie. Różniły się tylko kolorem wstążek we włosach - Bella miała niebieską, a Bette czerwoną. Na szczęście zdawały sobie sprawę ze swoich niedostatków w dziedzinie mody i poprosiły o pomoc w zakupach Cally i Melindę. Cally postanowiła spróbować z drugą siostrą. —A tobie jak się podoba, Bette? —Uważam, że jest sexy — odpowiedziała dziewczyna. Ponieważ urodziła się dziesięć minut przed Bella, często podkreślała, że jest od niej bardziej dojrzała. —Bello, musisz sobie coś wybrać. W końcu bal jest już w przyszły weekend! — przypomniała Melinda. —A ty? Masz coś na Wielki Bal, Melly? - zapytała Cally. —Jasne. Dzwoniła moja stylistka i powiedziała, że już zrobili poprawki do mojej sukni Va-lentino. Chcesz zobaczyć?

4 —A my? — spytały chórem Bella i Bette. —Może obejrzycie kreacje Very Wangs? — zaproponowała Cally, nim Melinda zaciągnęła ją do działu poprawek. - Dołączymy do was później. —Witam, panno Mauvais - odezwała się sprzedawczyni. Melinda rozpięła pokrowiec na suknię i przyjrzawszy się uważnie zawartości, zerknęła na Cally, która zaglądała jej przez ramię. —I jak ci się podoba? —Jest przepiękna! — Cally przeciągnęła ręką po materiale. Zauważyła, że przy sukni wciąż wisi metka z ceną. Kiedy Melinda odwróciła się, by porozmawiać ze sprzedawczynią, przekręciła metkę i spojrzała na rząd cyfr przed i po przecinku. Ta suknia kosztowała tyle, co trzy raty kredytu za apartament w Williamsburgu, w którym mieszkała z matką. -Czy chciałaby pani ją przymierzyć, aby się upewnić, że wszystkie poprawki są prawidłowe? — zapytała sprzedawczyni. - Nie ma potrzeby - odpowiedziała Melinda i wręczyła kobiecie wizytówkę ojca. — W razie potrzeby zajmie się tym moja krawcowa. Proszę przesłać suknię pod ten adres. —Oczywiście, panno Mauvais. Kiedy wracały do bliźniaczek Maledetto, Melinda zadała pytanie, którego Cally obawiała się przez całe popołudnie: - A ty w co się ubierzesz na Rauhnacht? Cally zastanawiała się, czy powiedzieć, że w ogóle nie została zaproszona na bal debiutan-tek. Ale tak przyjemnie było być traktowaną jak równa. Nie chciała psuć tej chwili ani wprawić w zażenowanie Melindy, podkreślając dzielące je różnice klasowe. —Zdecydowałam się na coś nietypowego — rzuciła od niechcenia, mając nadzieję, że to rozwiąże sprawę. —Świetnie! Znam projektanta? - Nie sądzę - skłamała Cally. - Dopiero zaczyna, ale jest bardzo obiecująca. —Moim zdaniem Rauhnacht jest strasznie seksistowski i okropnie staroświecki - westchnęła Melinda. - No, ale nie powinnam się czepiać, w końcu na Wielkim Balu poznali się moi rodzice. Dziadek Asema przyjechał do Nowego Jorku aż z Surinamu, żeby znaleźć mamie męża. —Twoja mama pochodzi z Ameryki Południowej? Fajnie. Nie wiedziałam. —Moi przodkowie przybyli do Ameryki z Afryki Zachodniej, a nie z Europy i dlatego moim totemem jest pantera, nie wilk. Lilith często wyśmiewała się ze mnie z tego powodu. —Wyobrażam sobie — mruknęła Cally.

5 Po chwili dołączyły do bliźniaczek, uparcie przeglądających dział z kreacjami Very Wang. —Znalazłyście coś odpowiedniego? - zapytała Cally. —Ja tak — odpowiedziała dumnie Bette i wskazała czarną suknię bez rękawów z prostą spódnicą. —Trafiłaś w dziesiątkę, Bette! - Cally przyjrzała się z aprobatą głębokiemu dekoltowi i dopasowanej talii. — A tobie się podoba, Bello? Bella pokręciła głową. —Nie lubię pokazywać tak dużo ciała. —Ale przecież wcale nie musisz mieć takiej samej kreacji jak Bette - zauważyła Cally. -Prawdę mówiąc, uważa się to za bardzo nieele-ganckie. —Ale my zawsze ubieramy się jednakowo — zaprotestowała Bella. — Jesteśmy bliźniaczkami! —To nie znaczy, że jesteście tą samą osobą. Przecież chyba nie jest tak, że obie lubicie dokładnie to samo, prawda? Bella skinęła głową. —Ona uważa, że Johnny Depp jest słodki, a ja wolę Orlanda Blooma. —No właśnie! - Cally się uśmiechnęła. — Może i wyglądacie identycznie, ale w środku się różnicie! I najwyższy czas, żeby inni też się o tym dowiedzieli. Może po prostu wybierzesz coś, co tobie się spodoba, od tego samego projektanta co Bette? W ten sposób będziecie takie same i zarazem różne. Twarz Belli pojaśniała. —Widziałam świetną suknię! Poczekajcie chwilę, przyniosę! Patrząc na oddalającą się Bellę, Melinda pokręciła głową. —Od wieków próbowałam im wyjaśnić, na czym polega moda, a tobie się udało w ciągu jednego popołudnia! Bella wróciła po chwili z czarną satynową suknią na ramiączkach z zebranym przodem, wąską talią i szeroką spódnicą. —Ta podobała się mnie, ale Bette stwierdziła, że jest nudna. —Bardzo ładna - orzekła Cally. —Naprawdę ci się podoba? — upewniała się Bella. — Nie uważasz, że jest nudna? —Moim zdaniem jest bardzo elegancka — odparła Cally. —A wiesz, co by do niej idealnie pasowało? — Oczy Melindy zabłysły. — Te sandały Azzaro na wysokich obcasach, które widziałam na wyprzedaży na dole! — Z twarzy Melindy zniknął uśmiech. — Oho... Idą jędze...

6 —Gdzie? — spytały jednym głosem bliźniaczki i zaczęły obracać głowami jak radarami. —Tam. — Melinda wskazała w stronę ruchomych schodów. Cally poczuła ucisk w żołądku, kiedy zobaczyła Lilith Todd, najpopularniejszą i budzącą największy lęk uczennicę Bathory Academy. Nic nie psuje dnia bardziej niż wpadnięcie podczas zakupów na kogoś, kto ostatnio próbował cię zabić. W odróżnieniu od ich szkoły sklep Goodma-na nie był strefą wolną od wendety. Aczkolwiek prowadzenie wendety przy świadkach, zwłaszcza gdy w okolicy kręcą się ludzie, było źle widziane przez Synod. Zwykle to wystarczało, aby zapewnić wszystkim bezpieczeństwo. Ale gdy ma się do czynienia z kimś tak mściwym i kapryśnym jak Lilith Todd, wszystko jest możliwe. —Co robimy? — zapytały jednocześnie Bette i Bella, a na ich identycznych twarzach pojawił się ten sam wyraz przerażenia. Biorąc pod uwagę, że ich ojciec był zaprzysiężonym wrogiem ojca Lilith, bliźniaczki również niepokoiło to spotkanie. —Nie obawiajcie się — zapewniła je Cally, siląc się na spokojny ton. — Przecież nas jest więcej. —Dziewczyny takie jak Lilith nigdy nie chodzą same na zakupy — mruknęła ponuro Melinda i rozejrzała się po sklepie. — Są jak kobry: jeśli spotkasz jedną, możesz być pewna, że w okolicy jest ich więcej. Same zobaczycie. Cally dostrzegła rudowłosą Carmen Duivel, która zmierzała w ich stronę w towarzystwie dwóch innych dziewcząt. Pierwsza, wysoka jak tyczka i równie chuda blondynka, miała długie włosy zaczesane lekko do góry. Druga była niską, pulchną brunetką z fryzurą na pazia, podkreślającą idealny owal twarzy. —Co to za jedne? — spytała Cally. —Ta wysoka to Armida Aitken, a niska to Lula Lumley — szepnęła w odpowiedzi Melinda. — Z szanowanych rodzin Starej Krwi, choć nie tak potężnych jak rodzina Lilith. Ale Lilith to właśnie lubi najbardziej: przewodzić. —Może lepiej wyjdziemy? — odezwała się niespokojnie Bella. —Mamy takie samo prawo do kupowania tu jak one — orzekła stanowczo Cally. — Wciąż jesteśmy w Stanach, nawet jeśli to Bergdorf. Nie zamierzam uciekać tylko dlatego, że Lilith i jej paczka są w tym samym budynku... —No proszę! — głos Lilith był tak donośny, że zaciekawieni klienci zaczęli się odwracać. — Toż to trzy M: Monture, Mauvais i Maledetto! —A nie cztery M? — Armida Aitken zaczęła liczyć na palcach. — Są dwie Maledetto... —Jak dla mnie można je traktować wymiennie — wysyczała Lilith, zirytowana, że musi tłumaczyć dowcip komuś, kto powinien się z niego śmiać, bez względu na to, czy go zrozumiał, czy nie.

7 Kiedy zbliżyła się do Cally, Melinda i bliźniaczki stanęły za jej plecami. Nawet gdyby chciały uciec, nie miały jak tego zrobić, nie narażając się na oskarżenie o tchórzostwo. —Nie wiedziałam, że do Bergdorfa wpuszczają kundle. — Lilith pociągnęła nosem i spojrzała na Cally tak, jakby była czymś cuchnącym, co przykleiło jej się do buta. —Najwyraźniej muszą, bo przede mną stoją właśnie cztery suki. —Uważaj, co mówisz, Monture — warknęła Carmen. Zrobiła krok naprzód, łypiąc groźnie, ale zatrzymała się, gdy Melinda stanęła ramię w ramię z Cally —To nie szkoła — prychnęła Lilith. — Nie ma tu nauczycieli, którzy mogliby się za tobą wstawić, nówko. —Zabawne, bo właśnie chciałam ci powiedzieć dokładnie to samo — odparła Cally. Lilith zmrużyła oczy. —Nie pasujesz tu, tak samo jak nie pasujesz do Bathory Academy. Nie zamierzamy dzielić terenu z tymi ofiarami losu, prawda, dziewczyny? —Bergdorf należy do nas! — Carmen odrzuciła głowę do tyłu. — Pogódźcie się z tym. —Daruj sobie te akcje jak z Królowej Potępionych dla kujonów — burknęła Cally. — Nas nie przestraszysz. Co zamierzacie zrobić? Polatać wokół stoiska z perfumami? Obsikać wykładzinę w dziale obuwniczym, żeby zaznaczyć terytorium? Odwróciła się i wyciągnęła rękę w stronę manekina w kaszmirowym sweterku. Z jej palca wskazującego wystrzeliła iskra i wypaliła dziurę wielkości dziesięciocentówki w wartym dziewięćset dolarów wdzianku. Armida i Lula wymieniły niespokojne spojrzenia, a Carmen wzdrygnęła się i odruchowo cofnęła o krok. —A teraz... — powiedziała Cally przepychając się przez grupkę dziewcząt — ...mimo że pragnęłabym kontynuować tę fascynującą dyskusję, muszę was opuścić. Mamy coś do załatwienia w obuwniczym. Zatrzymała się dopiero przy ruchomych schodach. —Niech dzięki będą Założycielom, że to już koniec — wyszeptała. —Byłaś niesamowita! — wykrzyknęły chórem Bella i Bette. —Nigdy nie widziałam, żeby ktoś się tak postawił Lilith — zaśmiała się Melinda. — Ona zresztą też nie! —Myślicie, że nie cierpi mnie, bo uważa, że to przeze mnie zginęła jej przyjaciółka? Jak ona się nazywała? —Tanith Graves — przypomniała Melinda. — Nie, nie sądzę. Lilith i Tanith były sobie bliskie, ale nie aż tak. Moim zdaniem ona się ciebie boi.

8 —Boi się? Mnie? —Przecież możesz ot tak przywołać błyskawicę! — Melinda strzeliła palcami. — Nikt inny w naszym wieku tego nie umie. To oczywiste, że się ciebie boi! Cally zerknęła z niepokojem przez ramię. —No nie wiem, Melly. Wydaje mi się, że chodzi o coś więcej, ale nie mam pojęcia, o co... —Bezczelność niektórych przechodzi wszelkie granice! — wysyczała Carmen. — Melinda doskonale wiedziała, że przyjdziemy tu dziś na pokaz! To wszystko jej sprawka! Jestem tego pewna! Zaaranżowała całą tę sytuację! —Nie do wiary! — jęknęła Lilith. — Takie śmiecie jak Monture i Maledetto w Bergdorfie! Czy nie ma już nic świętego? Gdyby Lilith Todd miała wymienić wszystko, czego nienawidzi, lista byłaby bardzo długa. Zawierałaby, niekoniecznie w tej kolejności: szkołę, działania nie po jej myśli, dzielenie się, jej matkę, brzydali, biedaków i kujony. Nie było tylko wątpliwości, kogo umieściłaby na pierwszym miejscu — Cally Monture. Patrząc na swoją półsiostrę zjeżdżającą ruchomymi schodami do działu obuwniczego w towarzystwie żałosnych przyjaciółek, nie dziwiła się, czemu jej ojciec do tej pory nie przyznał się do nieślubnej córki. Wspominając własne dzieciństwo, uświadomiła sobie, że ją traktował bardzo podobnie. Obie rosły jak pieczarki — trzymane w ciemnościach niewiedzy i karmione gównianymi bredniami. Teraz, kiedy się nad tym zastanowiła, postanowiła dodać jeszcze jedną pozycję do swojej listy: kochanego tatuócia. Miała nadzieję, że popołudnie spędzone na poszukiwaniu idealnej sukni na Wielki Bal pozwoli jej zapomnieć o problemach, ale okazało się wręcz przeciwnie. Chociaż świadomość, kim naprawdę jest Cally, wstrząsnęła Lilith do głębi, nie odważyła się nikomu o tym powiedzieć, nawet Jules'owi. Nie mogła też okazać, jak ogromne wrażenie zrobiła na niej ta informacja. Gdyby ktoś z jej tak zwanych przyjaciół wyczuł u niej słabość, wszyscy natychmiast rzuciliby się na nią jak szakale, które atakują rannego lwa. I dotyczy- ło to nawet jej nowej najlepszej przyjaciółki Carmen Duivel. Carmen próbowała zostać jej powiernicą i pierwszym oficerem, jeszcze nim zginęła Tanith, a teraz Lilith nie może zrobić nawet kroku bez nieustannego potoku pytań ze strony rudej. Co robisz? Gdzie idziesz? Czy Jules idzie z tobą? Była irytująca jak parciane stringi, a przebywanie z nią było równie uciążliwe jak noszenie tychże. Lilith musiała utrzymywać świtę, a po śmierci Tanith i przejściu Melindy na Cieniastą Stronę Mocy z jej dawnej paczki pozostała tylko Carmen. Dwie osoby to nie paczka i dlatego wzięła na „jazdę próbną" Armidę Aitken i Lulę Lumley. Jak na razie, marnie to wyglądało... — Musimy się pospieszyć — powiedziała Carmen. — Słyszałam, że Gala będzie tylko przez pierwszą godzinę pokazu. Nie chcę jej przegapić! Po części sklepu wydzielonej na potrzeby pokazu krążyło już co najmniej trzydzieści kobiet. Stałe bywalczynie, młode żony wpływowych mężów i celebrytki gawędziły ze sobą, sącząc koktajle i przeglądając od niechcenia wieszaki z nową kolekcją.

9 Lilith spojrzała na stół z przekąskami i próbowała ukryć obrzydzenie. Sam widok tego, co skrzepy nazywały „jedzeniem", wystarczał, aby przyprawić ją o mdłości. Zastanawiała się, jak w ogóle można brać do ust takie ohydztwa. Dyrektor do spraw mody uniosła ręce i rozmowy ucichły — Szanowne panie, dom mody Bergdorf Goodman ma przyjemność powitać przedstawiciela dyrekcji Maison dOmbres na Amerykę Północną, który opowie o ich najnowszej kolekcji pret-a-porter. Na widok wychodzącego na środek wysokiego, dobrze zbudowanego dwudziestokilkulatka Carmen dała Lilith kuksańca w bok. —Przy nim Ollie wygląda jak kelner z McDo-nalda. —Niezły — przyznała Lilith — ale Jules jest przystojniejszy. —Jules jest zabójczo przystojny — zgodziła się Carmen. Co masz na myśli? — spytała Lilith podejrziwie. —Nic, Liii. Tak po prostu powiedziałam. Nieświadomy dyskusji na temat jego walorów, przystojny młodzieniec uśmiechnął się do zebranych kobiet i oznajmił: —Szanowne panie, pozwólcie, że wam przedstawię wspaniałą nową twarz Maison d'Ombres: niezrównaną Galę! Zza jednego ze stojaków na ubrania wyłoniła się oszałamiająco piękna dziewczyna o wysokich kościach policzkowych, pełnych ustach, oczach koloru morza i długich włosach spływających na jej ramiona niczym rzeka karmelu. Długie zgrabne nogi i opalenizna sprawiały, że wyglądała, jakby właśnie wróciła z plaż Ma-libu. Gdy wyszła do publiczności ubrana w bluzkę z żabotem, ciemną spódnicę przewiązaną wstęgą i trencz w pepitkę z podwiniętymi rękawami, fotograf o elegancko przystrzyżonej bródce jak u van Dycka uniósł cyfrowy aparat marki Nikon i zaczął robić zdjęcia. Klientki wznosiły okrzyki zachwytu. Na widok aparatu Lilith i jej świta rozejrzały się niepewnie. Chociaż miało minąć jeszcze kilka lat, nim całkiem utracą możliwość odbijania się w lustrze i utrwalania ich obrazu na fotografii, zawsze zachowywały ostrożność w obecności sprzętu fotograficznego. Fotograf krążył wokół Gali jak satelita, odwrócony plecami do pozostałych kobiet. Mimo to Lilith rozpoznała w nim mężczyznę, który podszedł do niej w D&G kilka tygodni wczesnej. —Co to za paparazzo? — zapytała Lula. —To nie żaden paparazzo, tylko Kristof — odpowiedziała Carmen. —Znasz go? — spytała Lilith, starając się nie zdradzać zaciekawienia.

10 —Nie osobiście. Ale to ten słynny fotograf, który robił rozkładówki z Iman, Kate Moss i Kurkową. Podpisał kontrakt na pracę podczas otwarcia Maison d'Ombres. A propos, co sądzicie o kolekcji? Lilith rzuciła okiem na wieszaki. Ubrania były doskonałej jakości, ale nie powalały atrakcyjnością. —Mogłabym zwymiotować coś ciekawszego — odparła, wzruszając ramionami. — Wspominałam wam, że mam być ostatnią debiutantką przedstawioną na Wielkim Balu? —Kilka razy — odpowiedziała Armida. —Szukam czegoś, co przykuje uwagę wszystkich na sali. W końcu osoba prezentowana jako ostatnia jest bardzo ważna. Wielki Bal nie może się rozpocząć, dopóki nie zacznę pierwszego tańca. Potrzebuję sukni, która podkreśli wagę tego zaszczytu. Mówiąc to, patrzyła na dziewczęta, które podeszły do Gali z prośbą o autograf. Gdy modelka nagryzmoliła swoje imię, jej wielbicielki odeszły, trzymając kartki z jej autografem tak, jakby były cenniejsze od złota. — Słyszałam, że podpisała z Maison d'Om-bres kontrakt na milion dolarów jako ich oficjalna modelka na przyszły rok — wyszeptała Lula. — Rozkładówki w „Elle", „Vanity Fair", „Vogue'u"... — Milion? — Lilith była pod wrażeniem. — Jak myślicie, ile ona ma lat? — Jakieś siedemnaście, może osiemnaście. — Uważacie, że jest ładniejsza ode mnie? — Eee... — Lula nie wiedziała, jak odpowiedzieć. — Oczywiście, że nie! — zaprotestowała Carmen, wkraczając w pustkę wywołaną gafą Luli. — Jesteś od niej dużo ładniejsza! Większość modelek byłaby gotowa zabić, żeby wyglądać jak ty! Gdy Kristof dalej robił zdjęcia, Lilith myślała o tym, że jej bogactwo i popularność nie są jej osobistym osiągnięciem, tylko efektem pozycji jej ojca. Była jak księżyc, który, nie potrafiąc sam świecić, odbija światło słońca. Do tej pory wystarczało jej pozostawanie w orbicie ojca, kąpanie się w blasku jego chwały. Ale teraz, gdy wiedziała, że nie jest jego jedynym dzieckiem, różne sprawy nie były tak oczywiste jak wcześniej. Może nadszedł czas, aby zaczęła błyszczeć własnym światłem. Rozdział 2

11 Rest Haven było jednym z nielicznych prywatnych cmentarzy w Williamsburgu. Za starym ceglanym murem na czterdziestu arach zieleni stały wyblakłe od słońca marmurowe pomniki. Kuta żelazna brama broniła dostępu wszystkim, którzy próbowaliby sprofanować wieczny sen stałych mieszkańców. Nie znaczy to, że zmarłym, którzy wybrali Rest Haven na ostatnie miejsce spoczynku, nie składano od czasu do czasu wizyt. Prawdę mówiąc, w ciągu ostatnich kilku tygodni stary cmentarz był wyjątkowo często odwiedzany przez pewną parę młodych kochanków, którzy szukali tam schronienia przed światem zewnętrznym. Idąc między nagrobkami, Cally rozkoszowała się zapachem jesiennych liści. Na bezchmurnym październikowym niebie pojawił się cienki półksiężyc, zwiastujący koniec wspaniałego — nawet mimo utarczki z Lilith Todd — dnia. Cally spojrzała na lawendową torbę z Bergdorfa, którą niosła. Zawierała komplet ekskluzywnej bielizny z La Perlą, który kosztował ją prawie trzysta pięćdziesiąt dolarów. Zapłaciła gotówką, wręczając ekspedientce garść dziesięcio- i dwudziesto-dolarówek. Sądząc z min Melindy i bliźniaczek, one nigdy nie płaciły za cokolwiek inaczej niż kartą kredytową. Ale mimo różnic w sposobie życia Cally naprawdę lubiła nowe koleżanki. I wyglądało na to, że one też ją lubią. Tym bardziej więc było jej głupio, że przez cały dzień je okłamywała. Nikt nie lubi oszukiwać przyjaciół, choć czasem po prostu nie ma innego wyjścia, zwłaszcza jeśli chce się pozostać przy życiu. Kłamanie, że została zaproszona na Wielki Bal, nie należało do tej kategorii. Ale największe kłamstwo w gruncie rzeczy było raczej sekretem: jej chłopak był łowcą wampirów. I to nie byle jakim łowcą, lecz Van Helsingiem. Ściśle rzecz ujmując, Peterem Van Helsingiem. Zakochać się w mężczyźnie, którego rodzina zaprzysięgła zmieść jej rasę z powierzchni ziemi... było to mało oryginalne, nie wspominając już, że również bardzo niezdrowe. Ale w chwili, kiedy ujrzała Petera w metrze, poczuła, że między nimi coś jest. Nie wiedziała co, lecz więź była równie silna, jak zakazana. I nie było to jednostronne: Peter również uległ temu przyciąganiu. Okazało się na tyle przemożne, że działając pod jego wpływem, odnalazł ją i powiedział, co czuje. To było tak, jakby mieli w sercach magnesy przyciągające ich do siebie bez względu na to, jak mocno by z tym walczyli. Cokolwiek pchało ich do siebie — chemia, przeznaczenie, pożądanie czy los — Cally nie potrafiła się temu oprzeć. Będąc w połowie człowiekiem i w połowie wampirem, pozostawała rozdarta między tymi dwoma światami, do żadnego tak naprawdę nie należąc. Wszystkie slogany, że dzieci powinny „być po prostu sobą", brzmiały, jakby to było banalnie proste. Ale co, kiedy bycie sobą kończy się pobiciem albo nawet śmiercią? Dopiero przy Peterze zrozumiała, co oznacza bycie sobą. Przed nim nie musiała udawać.

12 Ich spotkania były dla niej radością i zarazem odpoczynkiem. Z nim mogła rozmawiać o wszystkim. Na przykład o tym, jak bardzo interesuje ją, kim jest jej ojciec, i o sprzecznych uczuciach miłości i irytacji, jakie odczuwała wobec matki. Kiedy byli razem, czuła się swobodna i odprężona. Początkowo nie spotykali się często, lecz w miarę upływu czasu potrzebowali siebie coraz bardziej. Teraz — mimo grożącego im niebezpieczeństwa — nie mogli wytrzymać jednego dnia bez spotkania. Zagrożenie związane z ujawnieniem ich romansu wydawało się coraz mniej realne... Cally podeszła do głogu, który strzegł grobów jej dziadków, i spostrzegła rozłożony pod nim koc w czerwono-czarną kratę. Na kocu stał wiklinowy kosz piknikowy w starym stylu. Przystanęła i rozejrzała się. Po chwili zza jednego z nagrobków wynurzył się Peter. Był o kilka lat starszy od Cally, miał zmierzwione rudawe włosy i brązowe oczy. —Pomyślałem, że miło byłoby urządzić piknik, póki pogoda jest jeszcze niezła — powiedział, uśmiechając się z zażenowaniem. —Naprawdę nie musiałeś tego robić... Ale cieszę się, że jednak zrobiłeś! — wykrzyknęła, zarzucając mu ręce na szyję. —Chyba w głębi duszy jestem romantykiem — wyznał, kiedy usiedli na kocu. —A co smacznego spakowałeś? — Cally uśmiechnęła się szeroko i zajrzała do koszyka. —Trochę tego, trochę tamtego — odpowiedział. — Zobaczmy... Mamy butelkę musującego blanc de blanc, owsiane ciasteczka, trufle czekoladowe... —A to co? — zapytała, podnosząc termos z nierdzewnej stali. — Kawa? —Nie — odparł Peter. — To dla ciebie. No, otwórz! Cally odkręciła pokrywkę. Jeszcze zanim zajrzała do środka, poznała zawartość po zapachu. Spojrzała na Petera, który wpatrywał się w nią wyczekująco. —Podoba ci się? — spytał. —Skąd to masz? — wyszeptała zdumiona. —Ze szpitala w Instytucie. Cally zakręciła termos. —Naprawdę ci to nie przeszkadza? —Niczego nie zauważą — zapewnił. — Włamałem się do komputera doktora Willough-by'ego i „poprawiłem" spis magazynowy. Na pewno nie zwróci uwagi na brak kwarty zero plus. Uniósł rękę i wsunął palce w jej krótkie ciemne włosy. Gdy po dłuższej chwili przestali się całować, spojrzeli sobie w oczy.

13 —Jesteś taka piękna. Gdybym tylko mógł pokazać cię reszcie świata. — Peter westchnął i pogłaskał ją po policzku. — Znam pewną małą włoską knajpkę, z akordeonistą, który chodzi po sali i śpiewa, zupełnie jak w Zakochanym kundlu. To trochę obciachowe, ale bardzo romantyczne ... —Brzmi naprawdę cudownie! — Cally uśmiechnęła się i zabrała do otwierania wina. — Ale przecież wiesz, że bez względu na to, dokądkolwiek byśmy poszli, i tak nie mogłabym nic zjeść. To znaczy mogłabym udawać, tak jak uczyli nas w szkole. Musiałabym przesuwać jedzenie po talerzu i od czasu do czasu, gdy nikt nie patrzy, chować trochę do serwetki, tak jak anorektyczki i modelki. — Westchnęła głęboko. — Wiesz, ostatni raz byłam na pikniku w Catskills, w domku letniskowym babci. Wtedy jeszcze mogłam jeść ludzkie jedzenie. —Jesteś pewna, że teraz nie możesz niczego zjeść? — zapytał, częstując ją truflą. Cally pokręciła głową i odsunęła czekoladkę. —Jeśli spróbuję, zrobi mi się niedobrze. Do końca życia jestem skazana na dietę płynną. — Podała Peterowi kieliszek z musującym winem i uniosła swój, wypełniony schłodzoną krwią. — Za nas! —Za nas! — powtórzył toast, lecz w momencie, gdy wzięła łyk, odwrócił głowę. — No to... jak ci minął dzień? —Wspaniale! Ale pewnie nie będą interesować cię szczegóły, bo spędziłam go głównie na zakupach. —Racja — zaśmiał się Peter. — Chyba że podczas tych zakupów wpadłaś na jakieś przystojne młode wampiry. —Żartujesz? Wampirze chłopaki wcale się tak bardzo nie różnią od zwykłych! Ale miałam spięcie z Lilith Todd. Peter zamarł. —Z córką Victora Todda? —Wiesz, kim jest Victor Todd? — zdziwiła się Cally. —Znam wszystkie najważniejsze rodziny Starej Krwi w tym mieście. A zwłaszcza Toddów. —Serio? Wspominałam ci, że Lilith próbowała mnie zabić? —Nie dziwię się — odparł ponuro. — Toddo-wie to wyjątkowe kanalie. Victor zamordował mojego dziadka Lelanda. —Och, Peter. Tak mi przykro — szepnęła Cally, kładąc mu dłoń na ramieniu. —Zabił go na oczach mojego taty. Ojciec miał wtedy mniej więcej tyle lat, co ja teraz. Gdyby nie twoja babcia Sina, on też by wtedy zginął. Tak więc pośrednio właśnie jej zawdzięczam to, że żyję. —Dziwne. — Cally pokręciła głową. — Wciąż nie mogę uwierzyć, że babcia była kiedyś łowczy-nią wampirów. —A czy to dziwniejsze niż fakt, że była czarownicą?

14 —Wiedziałam, że była czarownicą. Tego nikt przede mną nie ukrywał. Jestem w połowie wampirem, więc dla mnie bycie czarownicą nie jest wcale dziwne. - No tak. Zapadła cisza. Wreszcie Cally spojrzała z niepokojem na Petera. - Twój tata nadal próbuje mnie znaleźć? - Nie bój się. Nie wie, gdzie mieszkasz ani nic z tych rzeczy - No tak, ale tobie udało się mnie wyśledzić, prawda? - Po włamaniu się do bazy danych zmieniłem treść plików. Według rejestru dla stanu Nowy Jork twoi dziadkowie są teraz pochowani na cmentarzu Woodlawn w Bronxie. Naprawdę nie musisz się niczego obawiać Cally, przysięgam! -Peter uśmiechnął się i ścisnął ją pocieszająco za rękę. - Czy odkryłeś, dlaczego tak obsesyjnie chce mnie dopaść? Pokręcił głową. - To, że jestem jego synem, nie oznacza, że mówi mi wszystko o swoich planach. - Wiem coś o tym... - Cally westchnęła i przytuliła się do Petera. - Myślisz, że jest dla nas miejsce na tym świecie? - Tak — odpowiedział, głaszcząc ją po włosach. - Musi być. Po co byśmy się odnaleźli, gdyby nie było dla nas szansy na szczęście? Świat nie może być tak okrutny. Może uciekniemy gdzieś, gdzie nikt nie będzie wiedział, kim jesteśmy. Albo popłyniemy na jakąś odległą rajską wyspę, gdzie ludzie nigdy nie słyszeli o wampirach ani o łowcach wampirów. Każdego wieczoru będziemy się kochać na plaży. Jak ci się to podoba? —Bardzo. To zupełnie jak sen. — Oparła mu głowę na ramieniu i wyobraziła sobie, jak idą piaszczystą plażą, trzymając się za ręce i podziwiając blask księżyca odbijający się w oceanie. Pocałowała go w szyję i poczuła, że w brzuchu zaczyna ją palić, nie z głodu, lecz z pożądania. Chociaż przez ostatnie tygodnie stawali się sobie coraz bliżsi, jeszcze nie skosztowała krwi Petera w obawie, że straci panowanie nad sobą i wyssie z niego wszystko. Jeśli sam wystawi szyję do miłosnego ugryzienia, będzie musiała to przemyśleć. Ale nie chciała na niego naciskać. W końcu to jego krew. Zdarzały się jednak momenty, kiedy był tak blisko niej, że czuła, jak jego krew tętni w żyłach. Słyszała, jak ta krew krzyczy do niej, kusi, by wzięła choćby jeden łyk... A co by to szkodziło? Przecież wiesz, że on też tego pragnie. .. Cally wzruszyła ramionami, aby odpędzić te myśli. - Wszystko w porządku? - zapytał Peter, nieświadomy burzy w jej umyśle.

15 — Tak — skłamała. — Myślałam właśnie o tym, co powiedziałeś o swoim dziadku. Nie wiedziałam, że między Van Helsingami i Toddami było tak wiele waśni. To zupełnie jak wendety pomiędzy wampirzymi rodzinami. Musisz nienawidzić Toddów. —Tylko tych, którzy na to zasługują — odpowiedział. We foyer swojego apartamentowca Cally zauważyła pana Dithersa, prezesa ich spółdzielni, który właśnie wyrzucał śmieci do zsypu. Idąc szybkim krokiem do windy, modliła się w duchu, aby ta przynajmniej raz była na parterze, a nie gdzieś na siódmym piętrze. Nacisnęła guzik i ku jej uldze drzwi otworzyły się natychmiast. —Panno Monture! Możemy chwilę porozmawiać? Cally odwróciła się i zobaczyła, że pan Di-thers stoi tuż przy niej. Przypominające denka od butelek szkła jego okularów powiększały mu oczy tak, że wydawały się unosić przed twarzą. —Bezpośredni sąsiedzi, a szczerze mówiąc, również ci z pięter powyżej i poniżej, skarżą się na hałas powodowany przez wasz zestaw kina domowego — oznajmił. — Wysłałem już dwa zawiadomienia do pani matki... —Zdaję sobie z tego sprawę, panie Dithers — odpowiedziała Cally. — Naprawdę bardzo mi przykro. Poproszę matkę, żeby tak nie hałasowała. .. —Nie mam nic przeciwko tobie osobiście, Cally. Wiem, że starasz się, jak możesz, ale rozporządzenia dotyczące hałasu są wpisane do umowy spółdzielczej. Jeśli to nie ustanie, za każdą kolejną skargę będę musiał wymierzyć karę w wysokości dwóch tysięcy dolarów. —Nie ma potrzeby podejmowania tak drastycznych kroków — zapewniła Cally. — Zajmę się tą sprawą, obiecuję. —Mam szczerą nadzieję, panno Monture. Kiedy drzwi windy otworzyły się na jej piętrze, Cally stwierdziła z ulgą, że na korytarzu nie słychać dźwięków filmu, który akurat oglądała matka. Weszła do mieszkania. W jadalni z aneksem kuchennym było ciemno, jeśli nie liczyć niebieskawego światła dochodzącego z salonu. —Znów spotkałam pana Dithersa — powiedziała, odkładając torebkę na kuchenny barek.

16 Matka siedziała w salonie na czerwonym aksamitnym szezlongu i wpatrywała się w płaski telewizor plazmowy wiszący na ścianie. Zerknąwszy na ekran, Cally zrozumiała, dlaczego w mieszkaniu jest cicho - jej matka oglądała niemy film EW Muma.ua Nosferatu. - To ja, mamo. Musimy porozmawiać. —Oczywiście, że musimy! — Sheila Monture spojrzała na córkę spod zmarszczonych brwi. -Chcę wiedzieć, gdzie się włóczysz o tak dziwnych porach, młoda damo. Spotykasz się z kimś, prawda? - Znowu piłaś - odpowiedziała Cally. -Wiesz, że nie będę z tobą rozmawiać, kiedy jesteś pijana. Sheila wstała z szezlonga i przez chwilę łapała równowagę. Była w długiej czarnej sukni z obcisłymi rękawami zakończonymi koronkowymi pętelkami na palce przyszytymi do mankietów. Tę powłóczystą suknię i uzupełniającą ją czarną perukę w stylu Morticii Addams wkładała, ilekroć wpadała w obsesję na punkcie swego statusu społecznego w świecie wampirów. Zabawne, biorąc pod uwagę, że była człowiekiem. —To, że śpię, kiedy zwykle wracasz do domu, nie znaczy, że nie widzę, co się dzieje — oznajmiła. — Nie próbuj kręcić z tym beznadziejnym Johnnym Muerto! Nie pozwolę ci stracić szansy na znalezienie porządnego męża tylko dlatego, że zabawiasz się z tym nowokrwistym śmieciem. Cally przewróciła oczami. —Ale mamo, ja brzydzę się Johnnym Muerto! Zostałam wysłana do gabinetu profesora Burke'a właśnie za to, że walnęłam go w grdykę, kiedy próbował mnie pocałować. —Więc skoro nie wymykasz się z nim, to z którym z nówek z Varney Hall się zabawiasz? —Nie widuję się z żadnym chłopcem Nowej Krwi. I kompletnie nie rozumiem, czemu się martwisz. Starocie żenią się tylko ze swoimi, a ja przecież do nich nie należę! —Nie powinnaś tak o sobie mówić — upominała córkę Sheila. — Jesteś równie dobra, jak wszystkie te dziewczyny Starej Krwi, z którymi chodzisz do szkoły. Chłopcy z Ruthvena staliby do ciebie w kolejce, gdyby wiedzieli, kto jest twoim ojcem! —Być może — odpowiedziała Cally, odsuwając rękę matki od swojej twarzy. — Tyle że nawet ja nie wiem, kim jest mój ojciec! —Jest bardzo bogatym i potężnym członkiem społeczności Starej Krwi — zapewniła Sheila. — Tak... zawsze tak mówisz, ale nigdy nie chcesz mi podać jego nazwiska! Niedługo skończę siedemnaście lat i wciąż nie wiem, kim jest mój ojciec! Nie sądzisz, że najwyższy czas, żebyś mi powiedziała? Dlaczego go chronisz? —Wiesz, że nie mogę, Cally. Twoja babka zabroniła mi... — Sheila odwróciła wzrok, nie kończąc zdania. — Kochanie, to dla twojego dobra.

17 —Ilekroć pytam o tożsamość ojca, zawsze zasłaniasz się babcią — warknęła Cally. — A przecież ona nie żyje już od dwóch lat. Mogłabyś mi podać jego nazwisko, ale prawda jest taka, że nie chcesz! —Cally, kochanie, nie rozumiesz, jak to jest z twoim ojcem... —Nie, nie rozumiem! I chyba nigdy nie zrozumiem! Teraz idę do swojego pokoju! Aha, i nie nazywaj Nowej Krwi „nówkami", dobrze? To niegrzeczne. Jak byś się czuła, gdybym zwracała się do ciebie per „skrzep"? — Cally trzasnęła drzwiami tak mocno, że zatrzęsło się całe piętro. To by było tyle, jeśli chodzi o zachowanie ciszy. Rozdział 3 Lilith Todd wspięła się po potężnych granitowych schodach prowadzących do drzwi Dzwonnicy. Zatrzymała się na moment, by zerknąć na ludzi z jakichś odległych dzielnic, którzy stali po złej stronie aksamitnych lin ze złudną nadzieją, że jakoś uda im się dostać do dziewiętnastowiecznego kościoła przerobionego na najlepszy klub w mieście. Ubrana w różową sukienkę Dolce & Gabbana z gorsetem i czółenka bez palców od Manolo prezentowała uosobienie piękna. Zdaniem Lilith żaden skrzep nie miał zielonego pojęcia o modzie, ale niektóre dziewczyny naprawdę przesadzały. No bo jak można przyjść do klubu w tandetnym czerwonym topie i jeszcze gorszej czarnej spódnicy, kupionej pewnie z dziesięć lat temu u Searsa? Nie, żeby to miało jakieś znaczenie, to żałosne stworzenie na pewno nie zostanie wpuszczone do środka ani dziś, ani żadnego innego dnia. Jej chłopak prezentował się nie lepiej w tym długim fioletowym skórzanym płaszczu. Czy jemu się wydaje, że jest modny? Żałosne... Zasłoniła dłonią usta, aby nikt nie zobaczył jej kłów, gdyby przypadkiem obnażyła je, śmiejąc się z tych ludzi. Przemknęła obok olbrzymiego bramkarza i wmieszała się w tłum ludzi, którzy zebrali się tu, aby kogoś zobaczyć i zostać zobaczonym podczas nocy wypełnionej tańcem, piciem i ćpaniem. Naprawdę potrzebowała czegoś na wzmocnienie, ale chociaż na parterze były co najmniej trzy bary, żaden z nich nie serwował jej ulubionego drinka. Kiedy wspięła się na chór, który obecnie służył za pokój dla VIP-ów, ogłuszająca muzyka trochę przycichła. Zobaczyła swojego chłopaka Jules'a de Lavala, rozpartego na jednej z sof i rozmawiającego z dwoma przyjaciółmi ze szkoły, Siergiejem Savanovicem i Ohverem Drakiem. Z artystycznie zmierzwioną czupryną rudozłotych włosów, wydatną szczęką i błyszczącymi zielonymi oczami przypominał księcia udzielającego audiencji.

18 — Jak minęło popołudnie z Armidą i Lulą? — zapytał. —Jedna to kurdupel, a druga wygląda jak transwestyta — odpowiedziała Lilith, całując powietrze obok policzka Julesa, aby nie zniszczyć sobie makijażu. — Zakupy z nimi przypominają obserwowanie, jak zasycha krew, tylko nie są aż tak zabawne. —Czyli nie przeszły eliminacji? —Tego nie powiedziałam — odparła szybko. — Opowiem więcej, jak dostanę drinka. —Będziesz partnerem Lilith na Wielkim Balu, prawda? — spytał Siergiej, patrząc, jak Lilith kieruje się do baru dla VIP-ów. Nie odrywał wzroku od jej krągłych bioder, przepięknie podkreślonych dopasowaną suknią. Chociaż miał ciemne, pełne głębi oczy poety, ubierał się jak gwiazdorzy rocka i miał porównywalny do nich apetyt na seks. —Nie — odparł Jules. —Czemu? —To wbrew zasadom. Debiutantki nie mogą mieć za partnerów mężczyzn, z którymi łączy je uczucie. A że Liii i ja jesteśmy sobie przyobiecani, nie mogę jej towarzyszyć. Zapytaj Olliego, on też nie może iść z Carmen. —Zgadza się — potwierdził 01iver. Z kręconymi ciemnoblond włosami i chłopięcą twarzą wydawał się niewinny jak szczeniak, dopóki nie spojrzało się w jego figlarne oczy. — Więc komu będziesz towarzyszył na balu, Jules? —To dziewczyny proszą chłopaków, a nie na odwrót. Wiesz o tym. —Nie rozumiem — zdziwił się 01iver. — Chcesz powiedzieć, że żadna dziewczyna jeszcze cię o to nie poprosiła? Ciebie, najprzystojniejszego chłopaka z Ruthven's? —Znacie Lilith, ona się z nikim nie dzieli. — Jules wzruszył ramionami. — Żadna dziewczyna nie odważyła się jej narazić, prosząc mnie na partnera. A ty, Siergiej? Masz już partnerkę? —To zależy — odpowiedział Siergiej, zerkając w stronę Oliyera — od tego, co powie ktoś inny. Zanim Lilith dotarła do baru, jej drink był już gotowy — AB minus zaprawione burbonem, w temperaturze ciała z odrobiną koagulantu, dokładnie tak, jak lubiła. Kiedy pociągnęła pierwszy łyk, mężczyzna stojący obok uśmiechnął się i mrugnął do niej, próbując w ten sposób — jak pewnie sądził, czarujący — ją poderwać. Dobiegał czterdziestki, miał lekką nadwagę, zaczerwienioną od alkoholu twarz i mocno pachniał wodą kolońską. W porównaniu z modnie ubranymi młodymi bywalcami klubu, w których tłum próbował się wmieszać, wydawał się stary i nudny, zupełnie jak makler giełdowy z prowincji. —Jesteś pewna, młoda damo, że dasz sobie radę z takim drinkiem? — zapytał, wskazując napój, który uznał za wino.

19 Lilith zakasłała w dłoń, próbując nie wybuchnąć głośnym śmiechem. —Bez obaw — odpowiedziała, unosząc lekko kieliszek. — Piję to od dziecka. Kiedy odwróciła się, aby dołączyć do przyjaciół, makler, ośmielony wypitym alkoholem, wyciągnął rękę i złapał ją za łokieć. —Tak sobie pomyślałem... Może postawię ci następną kolejkę? Lilith spojrzała na obrączkę, którą mężczyzna miał na palcu, po czym zmierzyła go spojrzeniem tak zimnym, jak lód z samego serca Arktyki. —Jestem tutaj z narzeczonym — odparła kategorycznym tonem. Makler popatrzył na blondyna o sylwetce sur-fera, który siedział nieopodal na sofie i wpatrywał się w niego dziwnie świecącymi oczami, jakby należały do dzikiego zwierzęcia. Młodzieniec uśmiechał się, ale nie był to przyjazny uśmiech. —Przepraszam — powiedział szybko makler i uwolnił łokieć Lilith. —Słusznie — prychnęła. — Wracaj do Connecticut, póki możesz, tatuśku. Makler wrócił na swoje miejsce przy barze i z ponurą miną poprosił o kolejną dolewkę. —Widzieliście tego skrzepa? — rzuciła Lilith, dołączając do grupy. — Seb chyba się starzeje, skoro pozwala komuś takiemu wchodzić do pokoju dla VIP-ów. Ten facet jest obleśny. —Tym bym się nie martwił — odpowiedział Siergiej. Przyjrzał się mężczyźnie przy barze. — Twój wielbiciel jest pewnie przeznaczony do piwniczki. —Mam nadzieję, że to A plus i pije szkocką — westchnął smętnie Jules. — Jedyny dawca ze szkocką, jakiego klub ma teraz na składzie, to B minus. Seb zarzeka się, że gość jest na dożylnej kroplówce z dwudziestojednoletniej glenlivet, ale jak dla mnie równie dobrze mógłby to być zwykły bimber. —O czym gadaliście, kiedy mnie podrywał pan żonaty i dzieciaty? — zapytała Lilith. —O niczym specjalnym — odparł Oliver. — O Wielkim Balu. —Nic mi nie mów! — jęknęła. — Wciąż nie mam odpowiedniej sukni! —Nic dziś nie kupiłaś? — zdziwił się Jules. —Oczywiście, że coś kupiłam! — Lilith przewróciła oczami. — Prześliczne węzełkowe klapki na koturnie Louboutina, naprawdę słodką granatową sukienkę Dereka Lama z guziczkami wzdłuż prawego boku i naprawdę prześliczną pikowaną torbę z niebieskiej lakierowanej skóry, która doskonale do niej pasuje. Po prostu nie znalazłam odpowiedniej sukni na bal. —Przynajmniej nie zmarnowałaś czasu — stwierdził Jules.

20 —Wiesz, pomyślałam, że byłoby miło wpaść dziś do ciebie — zaproponowała Lilith. — Twoich rodziców wciąż nie ma w domu, prawda? Poprzednio tak miło spędziliśmy wieczór... —Możemy tak zrobić, jeśli masz ochotę... — odpowiedział z wahaniem. -Ale... —Ale co? —No wiesz, nie będziemy sami. Ciotka Julianna i wuj Boris szykują swój dom w Hamp-tons na Wielki Bał, więc Xander mieszka chwilowo u mnie. —To lepiej sobie odpuśćmy. I tak nie mogłabym się wyluzować przy Exo kręcącym się po mieszkaniu. Albo wręcz podglądającym przez dziurkę od klucza... — Lilith wzdrygnęła się na myśl o tym, że Exo mógłby zobaczyć ją nagą. — Nie możesz mu powiedzieć, żeby się gdzieś zmył czy co? —Liii, musisz się zacząć przyzwyczajać, że Exo jest blisko ciebie — powiedział Jules. — To w końcu mój kuzyn. Za jakiś czas będzie też twoją rodziną, przynajmniej przez małżeństwo. —Nie przypominaj mi o tym — skrzywiła się Lilith. —Nigdy nie byłem w pałacu Orlocków w Hamptons - wtrącił się Ołiver. — Jak tam jest? —King's Stone jest w porzo. Exo powiedział mi, że zostało zbudowane na wzór zamku ze starego kontynentu. Wuj Boris kazał sprowadzić budulec aż z Karpat. Budynek jest gigantyczny! Jak byliśmy z Exo mali, ciągle bawiliśmy się tam w chowanego. —Mam ochotę na jeszcze jednego drinka — oznajmiła Lilith, unosząc kieliszek i machając nim w stronę Julesa. —Jakoś nie widzę, żebyś straciła nogi w wypadku — mruknął i kontynuował rozmowę z Ołi-verem. Lilith zmrużyła oczy i zacisnęła zęby. Cały Jules! Raz uwodzi ją na wszelkie sposoby, paląc świece, masując plecy i obdarowując biżuterią, a innym razem zachowuje się tak, jakby nie pamiętał nawet jej imienia. Poderwała się z kanapy i sama poszła po drinka. Kiedy dotarła do baru, makler uniósł głowę i spojrzał na nią. Żądzę, która wcześniej tliła się w jego oczach, zastąpił niepokój. To było spojrzenie człowieka, który zorientował się, że jest na niebezpiecznym gruncie, i nie wiedział, jak wycofać się w bezpieczne miejsce. —Coś... w moim drinku — zdołał wykrztusić, zanim nogi się pod nim ugięły.

21 Przy boku maklera pojawił się Sebastian i złapał go pod ramiona, by mężczyzna nie upadł na podłogę. Chociaż ważył nie więcej niż sześćdziesiąt kilo i nosił cudaczne buty na wysokich platformach, nie miał najmniejszego problemu z posadzeniem pijanego maklera z powrotem przy barze. —Andre, Christian, bądźcie łaskawi odprowadzić naszego przyjaciela do piwnicy — zwrócił się do towarzyszących mu napakowanych osiłków. — Quentin, co on pił? —Szkocką — odpowiedział barman. —Świetnie. — Sebastian obnażył w uśmiechu perłowobiałe kły. — Andre, podłącz naszego nowego dawcę pod kroplówkę z bushmills IV —Dziesięcio- czy szesnastoletnią? —Zacznij od dziesięcioletniej. Zastanowię się, czy go podkręcić, jak ustalimy grupę krwi. —Się robi, szefie. Sącząc kolejnego drinka, Lilith obserwowała, jak mięśniacy ciągną skrzepa za gobeliny wiszące wzdłuż ściany, które zasłaniały drzwi prowadzące do wielkiej piwnicy pod klubem. Dla ludzi siedzących na chórze wyglądało to, jakby obsługa wyprowadzała pijanego klienta, ale prawda była zdecydowanie bardziej ponura niż cokolwiek, co mogli sobie wyobrazić.Zastanawiała się przez chwilę, czy wrócić do przyjaciół, ale uznała, że wciąż jest za bardzo wkurzona na Jules'a. Sposób, w jaki na zmianę szalał za nią i ją olewał, sprawiał, że chwilami miała ochotę krzyczeć. Czy on nie zdaje sobie sprawy, jakie to szczęście, że ją ma? Mówił, że nie znosi, kiedy jest o niego zazdrosna, ale wyglądało na to, że wcale nie jest zadowolony także wtedy, gdy ona zazdrości nie okazuje. Nie sposób mu dogodzić. Gdyby jej ojciec nie podpisał małżeńskiego kontraktu z hrabią de Lavalem, rozważyłaby, czy nie rzucić Jules'a na rzecz kogoś oferującego więcej wsparcia. Ale kogo? Przez całe życie myślała o sobie jako o żonie Jules'a i przyszłej hrabinie de Laval. Pomysł, że mogłaby być z kimkolwiek innym, był dla niej równie niewyobrażalny jak myśl o tym, że można się czymś dzielić. —Lilith, kochanie! — Sebastian skupił uwagę na pięknej blond dziedziczce. — Musiałaś się przemknąć za moimi plecami! Przecież wiesz, że nie wolno ci wchodzić do klubu bez dania mi całusa! —Nigdy bym nie zapomniała o czymś takim, Seb! — odparła ze śmiechem i pocałowała powietrze obok jego upudrowanego policzka. —A teraz musisz mi powiedzieć, jak bardzo tęskniłaś od czasu, kiedy byłaś tu ostatnio! Bo tęskniłaś, prawda, skarbie? -Oczywiście, że tęskniłam, Seb. Zawsze za tobą tęsknię.

22 -Chwileczkę! — Sebastian przycisnął palec do słuchawki Bluetooth, którą miał w lewym uchu. — Tak, Tomas, o co chodzi? Naprawdę? Gdzie ona jest? — Co się dzieje? — spytała zaciekawiona Li-lith. — Na chór idzie celebrytka. — Jedna z naszych czy ktoś od nich? — Od nich. Jakaś rozchwytywana młoda modelka, ma na imię Gala. — Gala? — Lilith uniosła brwi. — Widziałam ją dziś po południu na pokazie w Bergdorfie. —Takiej to dobrze! Ja już nie mogę chodzić i na zakupy. Wszystko muszę zamawiać przez sieć. j Chętnie bym jeszcze pogadał, ale muszę się upewnić, czy obsługa wie, że nasza celebrytka nie jest wpisana w kartę dań. A oto i ona! — wykrzyknął Sebastian i odszedł na swoich platformach tak szybko, jak tylko potrafił. Lilith patrzyła, jak podchodzi do modelki i skacze wokół niej jak pies próbujący przypodobać się swemu panu. Gala zdjęła nieciekawe ciuchy Maison d'Ombres, które nosiła na pokazie, i teraz miała na sobie błyszczącą srebrną suknię i bez pleców i pasujące do niej sandałki na szpilkach. Strój doskonale podkreślał jej kształtne, opalone ciało. Lilith zalała fala zazdrości, kiedy uświadomiła sobie, że Sebastian wita się z Galą równie wylewnie jak z nią. Kiedy dziewczyna szła przez salę, podążały za nią spojrzenia wszystkich gości. Gdy usiadła, króciutka spódnica jej sukni podjechała do góry, ukazując bieliznę w tym samym kolorze. Oczy mężczyzn rozbłysły pożądaniem, a kobiet — szczególnie Lilith — zawiścią. —Co się dzieje? — usłyszała głos Jules'a tuż przy swoim uchu. Tak się skupiła na obserwowaniu Gali, że nie zauważyła, kiedy do niej podszedł. —Nic specjalnego. Przyjechała modelka, nazywa się Gail czy jakoś tak. —Serio? — OKver stanął na palcach, aby lepiej widzieć. — Ładna? —Pewnie. — Siergiej przewrócił oczami. — Jest przecież modelką! Oliver dał mu kuksańca w bok. —Idziemy ją obejrzeć? —Nie wiem, czemu podniecacie się jakąś zdzirowatą skrzepową panną — fuknęła Lilith. —A co, zazdrosna? — Siergiej zaśmiał się nieprzyjemnie. —A niby o co miałabym być zazdrosna? Gdyby jej opalenizna była trochę bardziej pomarańczowa, mogłaby wystąpić w konkursie miss mandarynek.

23 —Tak czy inaczej, jest sexy — orzekł Siergiej. —Być może — warknęła Lilith. — Przepraszam, ale muszę przypudrować nos. W odróżnieniu od toalety na dole, ta na górze nie miała lustra nad umywalką. Normalnie Lilith wzięłaby ze sobą którąś z dziewczyn, aby mogły sobie wzajemnie poprawić makijaż, ale Tanith nie żyła, Melinda zdradziła, a Carmen miała już serdecznie dość jak na jeden dzień. Bez pomocy nie odważyła się nałożyć więcej szminki, zwłaszcza że wcale nie przyszła tu poprawiać makijażu. Miała po prostu dość słuchania zachwytów nad jakąś lalkowatą modelką. W tym momencie do damskiej toalety weszła Gala we własnej osobie. Minęła Lilith, nie poświęcając jej nawet jednego spojrzenia, po czym zniknęła w jednej z kabin. Lilith odkręciła kran i udawała, że myje ręce. Gdy po chwili usłyszała dźwięk spuszczanej wody i drzwi do kabiny znów się otworzyły, wyciągnęła trochę papierowego ręcznika i zaczęła starannie osuszać dłonie, których w rzeczywistości nawet nie zamoczyła. Potem odsunęła się, robiąc miejsce modelce. —Widziałam cię na pokazie — zagaiła. —Tak? — odparła Gala znudzonym tonem i skupiła się na myciu rąk. —Tak się zastanawiałam... Mogę cię o coś spytać? Gala skinęła głową, ale wciąż nie raczyła choćby zerknąć na Lilith. —Co sądzisz o Kristofie? Modelka zakręciła wodę i wreszcie podniosła wzrok. W jej spojrzeniu było coś groźnego, czego Lilith wcześniej nie dostrzegła. —O Kristofie? —No wiesz, pytam, czy jest dobry? Zastanawiam się, czy przyjąć propozycję i pozować dla niego... —Ty miałabyś pozować dla Kristofa? — Gala zmierzyła ją wzrokiem, jakby Lilith była starą szmatą. — Skarbie, jest taki magazyn, który nazywa się „Vogue". Może go przejrzyj, zanim postanowisz marnować czas Kristofa. Wychodząc z łazienki, Gala miała wrażenie, że słyszy warkot złego psa. Ale to przecież niemożliwe. Co jakiś pies robiłby w nocnym klubie na Manhattanie? Gala wynajęła już pośrednika handlu nieruchomościami, który miał jej znaleźć mieszkanie bardziej pasujące do statusu supermo-delki, ale na razie, mieszkała z dwiema innymi modelkami ze swojej agencji w apartamencie w Chelsea.

24 Kiedy wysiadła z taksówki, przez chwilę zdawało jej się, że ktoś kryje się w cieniu przy wejściu do budynku. Jęknęła przerażona, ale gdy rozejrzała się ponownie, sylwetka zniknęła. Niech cię, Skyler, chyba nie opchnąłeś mi znów jakiegoś świństwa zamiast porządnego towaru, pomyślała ponuro, otwierając frontowe drzwi. W poniedziałek rano miała sesję z Kri-stofem i ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowała, było osiemnastogodzinne delirium z różowymi słoniami. Kristof nienawidził, gdy modelka pojawiała się na sesji zmęczona i z podkrążonymi oczami. Czym innym jest udawanie w świetle fleszy, że spędza całe noce na zabawie, a czym innym wyglądanie, jakby właśnie wróciła z trzydniowej domówki. Przechodząc obok skrzynek pocztowych, znowu miała dziwne wrażenie, że ktoś ją obserwuje. Zerknęła przez ramię, ale nikogo nie dostrzegła. Mimo to nie mogła oprzeć się poczuciu, że ktoś jest tuż za nią. Cholera, Skyler! Znów przesadziłeś! Wcisnęła guzik windy i usłyszała, jak ta zaczyna zjeżdżać z któregoś z górnych pięter. Czekając, skupiła myśli na tych wszystkich ładnych rzeczach, które sobie kupi za pieniądze z kontraktu z Maison d'Ombres. Mnóstwo czasu spędziła na pozowaniu z drogimi samochodami, ubraniami, butami, perfumami i biżuterią, a teraz wreszcie będzie ją na nie stać. Całkiem nieźle jak na dziewczynę, która ledwo skończyła ogólniak w Ledbetter w Teksasie, z kiepską maturą i odrobiną zabójczych genów na koncie. Drzwi windy otworzyły się, ukazując ciemną kabinę. Gala pomyślała, że przepaliła się żarówka, ale gdy weszła do środka, pod jej stopą zgrzytnęło szkło. Ktoś stłukł lampę. Szybko wyszła z windy. Na samą myśl, że mogłaby dać się tam zamknąć, przeszedł ją dreszcz. Przecież ten, kto stłukł żarówkę, mógł nadal czaić się w ciemnym wnętrzu kabiny. Przeklinając pod nosem, zaczęła wspinaczkę na piąte piętro. Budynek był przedwojenny, a schody wytarte przez pokolenia mieszkańców wędrujących po nich w górę i w dół. W jej nowym domu, gdziekolwiek by był, coś takiego nie miało prawa się wydarzyć. Supermodelki nie chodzą po schodach. Gdy dotarła na trzecie piętro, usłyszała odgłos kroków na podeście nad nią. Wyjrzała za poręcz i popatrzyła w górę szybu pomiędzy schodami. Ku swemu zaskoczeniu dostrzegła kogoś patrzącego na nią z piątego piętra. Natychmiast się cofnęła i gorączkowo zaczęła grzebać w wielkiej torbie Gucciego. Odetchnęła z ulgą, gdy jej palce zacisnęły się na telefonie komórkowym. Już miała wykręcić 911, kiedy przyszło jej do głowy, że dzwonienie na policję to chyba nie najlepszy pomysł. Była nieletnia, pijana i po narkotykach. Nie miała pewności, czy rzeczywiście widziała kogoś patrzącego na nią z góry, była natomiast przekonana, że nie przejdzie badania alkomatem. Pewnie coś jej się przywidziało. W końcu jest naćpana.

25 Zebrała się na odwagę i ponownie wyjrzała za poręcz w górę klatki schodowej. Nikogo. Schowała komórkę z powrotem do torby i kontynuowała wspinaczkę. Kiedy dotarła na podest, usłyszała głośny łopot, po czym dostrzegła coś dużego i ciemnego. Nim zdążyła zareagować, zaczęły ją bić olbrzymie skórzaste skrzydła. To, co ją zaatakowało, przyciągnęło jej twarz do swojej, stanowiącej ohydne połączenie nietoperzej i ludzkiej: krótki, przypominający ryj nos, świdrujące oczka i olbrzymie kły. Gala krzyknęła i uniosła ręce, próbując się osłonić przed potwornym widokiem. Kiedy obróciła się na pięcie, złamał jej się obcas, straciła równowagę i zaczęła spadać ze schodów. Zatrzymała się na podeście, z nogami wykrzywionymi jak u popsutej lalki. Jęknęła z bólu, uniosła głowę i zamarła. Napastnik przysiadł nad nią jak sęp. Otworzyła usta do krzyku, ale była tak przerażona, że zdołała wydać tylko zduszony jęk. Przerażająca gęba potwora nagle się rozpłynęła i Gala ujrzała przed sobą twarz pięknej młodej dziewczyny o zimnych błękitnych oczach i długich miodowoblond włosach. —Nikomu, kto będzie się do mnie tak zwracał, nie ujdzie to na sucho — warknęła dziew-czyna-nietoperz. Uśmiechnęła się, ukazując dwa białe kły, które robiły się coraz większe, im dłużej się uśmiechała. — Kristof jest mój, dziwko. Nim zatopiła kły w gardle Gali, rozległ się dźwięk otwieranych drzwi. —Kto tam jest? — zapytał męski głos. Dziewczyna-nietoperz poderwała głowę, sycząc z wściekłości. I równie szybko jak się pojawiła, zniknęła. Na jej miejscu stał teraz starszy mężczyzna, w którym Gala rozpoznała jednego ze swoich sąsiadów. Był w luźno zawiązanym szlafroku i trzymał w dłoni kij do hokeja. —O Boże! — wykrzyknął. — Wezwę pogotowie! Gala uniosła wzrok i zobaczyła, że dziewczyna-nietoperz zwisa z sufitu niczym potworny żyrandol nad głową dobrego samarytanina i uśmiecha się z demoniczną radością. Dopiero w tym momencie mogła zacząć krzyczeć.