wotson

  • Dokumenty43 353
  • Odsłony2 196 651
  • Obserwuję1 455
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 746 749

Nancy Farner - Morze Trolli 03 - Szkoła Bardów

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :1.7 MB
Rozszerzenie:pdf

Nancy Farner - Morze Trolli 03 - Szkoła Bardów.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion N Nancy Farmer
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 16 osób, 20 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 367 stron)

Nancy Farmer Szkoła Bardów Tłumaczenie Grzegorz Komerski

Pangur Ban Ja i Pangur Ban, mój kot. Oto lista naszych psot: on uwielbia myszy chwytać, ja o słów znaczenia pytać. Wolę, niźli pochwal szukać, piórem w księgi swoje stukać. Pangur tego nie zazdrości, chętnie gryząc mysie kości. Bardzo obu nam przyjemnie mieć zajęcie w nocy, we dnie. Gdy przy ogniu zasiadamy Swych rozrywek za ywamy Często jakaś mysz zbłąkana wchodzi w drogę Pangur Bana. Często myśli me na nowo w lot chwytają zwodne słowo On, wpatrzony w mury domu, syty, łowca po kryjomu. Ja, wpatrzony w mury wiedzy, nad mądrością wcią się biedzę. Gdy mysz w kącie dokazuje, jak e Pangur się raduje. Jakie chwile szczęścia miewam,

gdy zwątpienia noc to zwiewam. Wiedziem ywot pośród psot, ja i Pangur Ban, mój kot. Wielkie daje nam to szczęście, ludzkie, kocie, w równej części. Co dzień ćwicząc, Pangur wawy ju mistrzowskiej nabrał wprawy. Słu ąc wiedzy czasu moc, w jasny dzień ja zmieniam noc. Wiersz napisany w VIII wieku przez anonimowego, irlandzkiego mnicha, który skomponował go na marginesie rękopisu, w którym miał przepisywać Biblię. Angielski oryginał na podstawie przekładu Robina Flowera, zamieszczonego w ksią ce „The Irish Tradition", Londyn 1947.

Spis postaci LUDZIE (SASI) Jack: uczeń barda, czternastolatek Hazel: ośmioletnia siostra Jacka, porwana przez hobgobliny Lucy: przybrana siostra Jacka, yjąca w Krainie Elfów Matka (Alditha): matka Jacka, wieszczka Ojciec (Giles Kuternoga): ojciec Jacka Bard: druid z Irlandii; znany tak e jako Smoczy Język Ethne: córka barda i Królowej Elfów Pega: była niewolnica, szesnastolatka Pani Tanner. wdowa po garbarzu, matka Ymmy i Ythli Ymma i Ythla: córki pani Tanner, odpowiednio ośmio — i dziesięcioletnie Brat Aiden: mnich ze Świętej Wyspy Gog i Magog: niewolnicy wioskowego kowala Król Brutus: władca Bebbas Town Ojciec Severus: opat klasztoru świętego Filiana Wulfhilda: zakonnica Allyson: nie yjąca matka Thorgil LUDZIE (WIKINGOWIE) Thorgil: przybrana córka Olafa Jednobrewego, czternastolatka Olaf Jednobrewy: nie yjący słynny wojownik i przybrany ojciec Thorgil Skakki: osiemnastoletni syn Olafa, dowodzący własną załogą Runa, Sven Mściwy, Eryk Zapalczywy, Eryk Pięknolicy: członkowie załogi Skakkiego Egil Długa Włócznia: kapitan i kupiec Bjoem Łamacz Czaszek, najlepszy przyjaciel Olafa Jednobrewego

Einar mijozęby: pirat Większa Połowa i Mniejsza Połowa: bracia słu ący mijozębemu ISTOTY MROKU Bugabu: król hobgoblinów Nemezis: jego zastępca Pan Blewit. hobgoblin, przybrany ojciec Hazel Draugr. mściwy upiór Hobgun: pozbawiona duszy zjawa, karmiąca się cudzą siłą yciową POZOSTALI Shoney: władca morskiego ludu Shair Shair: ona Shoneya Shellia: córka Shoneya i Shair Shair, znana tak e jako draugr Księ ycowy Człowiek: staro ytne bóstwo, wygnane na Księ yc Gnomy: znane te jako landv&ttir, duchy ziemi Pangur Ban: wielki biały kocur z Irlandii Odyn: bóg wojny Ludzi Północy, władca Valhalli, prowadzący Dzikie Łowy JOTUNY (TROLLE) Królowa Gór. Glamdis, władczyni Jotunheimu Fonn i Forath: córki Królowej Gór Schlaup Półtroll: syn Królowej Gór

Rozdział pierwszy ZANOSI SIĘ NA BURZĘ Jacka bolały palce. Dłonie miał całe spękane i pokryte pęcherzami. Dawniej był w stanie cię ko pracować, zupełnie przy tym nie cierpiąc. Wtedy skóra jego rąk była grubsza i chroniła go jak nale y przed szorstką rękojeścią sierpa. Te dni ju jednak minęły. Od dwóch lat nie musiał pracować na roli. Większość tego czasu spędził, ucząc się na pamięć wierszy i brzdąkając co jakiś czas na harfie — oczywiście, wcią daleko mu było do umiejętności, jakimi szczycił się bard, i nic nie zapowiadało, e kiedykolwiek starcowi dorówna. Po skroniach spływały mu stru ki potu. Zmęczoną dłonią przetarł twarz, ale osiągnął jedynie tyle, e do oczu dostał mu się piach. — Przeklęta robota! — krzyknął rozzłoszczony i rzucił sierp na ziemię. — Ty masz przynajmniej obie ręce — zauwa yła Thorgil, która mozoliła się nieopodal. Dziewczyna chwytała pierzaste liście orlicy zgiętym ramieniem i ścinała je no em. Jej prawa ręka była bezwładna, bezu yteczna, a mimo to wojowniczka nie poddawała się. Jacka irytowało to, ale te przepełniało podziwem. — Dlaczego nie mo e tego robić kto inny? — rzucił zrzędliwie chłopak, opadając cię ko na miękką stertę orlicy. — Nawet Thor podejmuje się niewdzięcznych obowiązków, kiedy rusza na wielką wyprawę — odparła spokojnie Thorgil, dorzucając do rosnącego na ziemi stosu kolejne naręcze orlicy. Odwróciła się i podjęła przerwaną na moment pracę. — To nie jest adna wielka wyprawa! To zajęcie dla niewolników! — No tak, ty zapewne sporo wiesz o pracy niewolnika — odgryzła się wojowniczka. Jack poczuł, e jego twarz oblewa jeszcze gorętszy rumieniec. Przypomniał sobie czas, gdy był niewolnikiem w krainie Ludzi Północy. Zdusił jednak w sobie cisnącą mu się na usta ripostę, e tak e Thorgil spędziła dzieciństwo w niewoli. Na domiar złego do dziś przytrafiały jej się regularne napady ponurego nastroju, który kładł się cieniem na wszystkich wokół niej i jak zaraza przenosił z człowieka na człowieka. Tak, to

odpowiednie dla niej słowo — pomyślał Jack. Dziewczyna była istną zarazą. Chorobą, która sprawia, e wszystko ółknie i więdnie. Odkąd Thorgil przybyła do wioski, nic nie układało się pomyślnie. Bard musiał się uciec do najstraszniejszych gróźb, by nie zdradziła nikomu, e pochodzi z plemienia Ludzi Północy, niebezpiecznych zabójców, którzy napadli na Świętą Wyspę. Mimo tych zabiegów mieszkańcy wioski i tak traktowali ją podejrzliwie. Dziewczyna za nic nie chciała nosić kobiecych strojów. Łatwo się obra ała. Była ponura i opryskliwa. Krótko mówiąc, stanowiła doskonały przykład córy miecza z dalekiej Północy. A jednak Jack nie zapominał, e Thorgil ma te i zalety — o ile w ogóle mo na powiedzieć, e Ludzie Północy takowe posiadają. Była mę na, lojalna i bezwarunkowo godna zaufania. Gdyby tylko potrafiła czasem choć trochę ugiąć kark! — Jeśli przesuniesz zadek, mogłabym zabrać tę orlicę. Chyba e masz zamiar urządzić tu sobie posłanie — rzuciła. — Oj, zamknij się! — Jack pochwycił sierp i skrzywił się boleśnie, czując, jak pęka jeden z pęcherzy na jego dłoni. Przez długi czas pracowali w milczeniu. Słońce nasycało duszny las strumieniami gorącego światła. Niebo — te jego skrawki, które widzieli między gałęziami — było błękitne i bezchmurne. Napierało na nich niczym odwrócone do góry dnem jezioro — gorące, wilgotne i zupełnie nieruchome. Jack z trudem dawał wiarę słowom barda, który zapowiedział nadejście burzy. Ze zdaniem starca się nie dyskutowało. Bard, przesiadując zazwyczaj samotnie nieopodal swego starego, rzymskiego domu, słuchał ptasich głosów i obserwował, w jaki sposób porusza się morze. Rozległ się głośny hurgot. Jack i Thorgil podnieśli wzrok. Na zaprzę onym w wołu wozie przyjechali dwaj niewolnicy kowala. Chwilę później potę ni milczący mę czyźni przedarli się przez zarośla i zaczęli zbierać przygotowaną orlicę. Stąpali cię ko, chodząc w tę i z powrotem. Nie odzywali się, nie patrzyli nikomu w oczy. Ojciec sprzedał ich w niewolę na targu w Bebba's Town, poniewa , delikatnie mówiąc, nie byli zbyt bystrzy, i Jack często się zastanawiał, co w ogóle mogło zaprzątać ich myśli. Nigdy nie widział, by rozmawiali ze sobą lub z kimkolwiek innym. A przecie nawet zwierzęta myślą. Bard raz po raz pouczał swego ucznia, e wszystkie stworzenia dysponują wielką wiedzą i gotowe są przekazać ją tym, którzy zwrócą na nie

uwagę. Ale co mogli wiedzieć i czym mogli się podzielić ci dwaj niewolnicy, Gog i Magog? Chłopak spojrzał na ich posępne oblicza i stwierdził, e zapewne aden z nich nie myślał o niczym dobrym. Gdy wóz został załadowany, Jack i Thorgil ruszyli do domu. Przez większość czasu mieszkali u barda, ale teraz, ze względu na nadciągającą niebezpieczną burzę, wrócili na farmę nale ącą do rodziców chłopaka. Przez ostatnie dwa lata rozrosła się ona niebywale. Obok domu, stodoły i szopy, gdzie przechowywano zapasy na zimę, ojciec Jacka wzniósł nowy budynek, w którym zamieszkały trzy masywne czarne krowy. Doglądała ich Pega, wyzwolona przez Jacka była niewolnica. Zajmowała się tak e kurami, nowymi owcami i osłem. Koni jednak nie wolno jej było nawet tknąć. Tymi opiekowała się Thorgil i strzegła ich zazdrośnie, szczególnie przed córkami pani Tanner. Na skraju posiadłości, gdzie gleba była zbyt kamienista, by cokolwiek na niej sadzić, wyrastała sklecona z torfu chatynka. Właśnie tam gnieździła się pani Tanner — wdowa po garbarzu — wraz z dwiema córkami. Kobiety nie miały w swej lepiance więcej miejsca ni trzy groszki w strąku. Zjawiły się na farmie rok temu, by pomóc matce Jacka, i nie wróciły ju do siebie. — Mam nadzieję, e ta burza wkrótce uderzy! — zawołała Thorgil i cisnęła kamieniem we wronę. Ptak załopotał skrzydłami i odleciał, zręcznie unikając pocisku. — Powietrze jest takie gęste i duszne! Zupełnie jakbym oddychała błotem. Jack spojrzał w bezchmurne, błękitne niebo. Jeśli nie liczyć złowieszczego bezruchu, wszystko wyglądało jak w ka dy inny dzień na początku lata. — Bard rozmawiał z jaskółką z południa. Powiedziała mu, e prądy powietrzne zmyliły swe szlaki i migrujące ptaki tracą orientację. Dlaczego ty nigdy nie rozmawiasz z ptakami, Thorgil? — Wojowniczka posiadła tę umiejętność w chwili, gdy przypadkowo napiła się smoczej krwi. — One nie chcą mi niczego powiedzieć — odparła. — Mo e gdybyś nie rzucała w nie kamieniami... — Ptaki są głupie — dziewczyna stwierdziła z przekonaniem. Jack wzruszył ramionami. Marnotrawienie posiadanego talentu i jednoczesne pragnienie rzeczy nieosiągalnej — pełnego chwały ycia wojownika — tak, to dla niej

typowe. Marzeniom o innym yciu poło ył kres parali ręki. Thorgil chciała równie zostać poetką i nawet Jack musiał przyznać, e składała całkiem zgrabne sagi. Śpiewała co prawda gardłowo i zanadto pociągały ją krwawe, pełne śmierci opisy bitew i męczarni, ale jej opowieści zawsze przykuwały uwagę słuchaczy. Gdy nadchodziły długie zimowe wieczory, wieśniacy zbierali się wokół paleniska w domu wodza, gdzie słuchali pieśni i raczyli się gorącym cydrem. Bard grał wtedy na harfie, a kiedy dopadało go zmęczenie, Jack i Thorgil recytowali swoje poematy. Brat Aiden, niewysoki mnich ze Świętej Wyspy, dorzucał historie o Bogu Jezusie, który nakarmił tysiąc ludzi pięcioma rybami i dokonał wielu innych cudów. Główną atrakcją tych spotkań stała się jednak Pega. Dziewczynka miała tak przejmujący i piękny głos, e nawet szalejące na morzu sztormy cichły, by choć przez chwilę jej posłuchać. — Na Thora! Bachory od Tannerki znowu bawią się moimi końmi! — Thorgil puściła się biegiem przed siebie. Jack pospieszył za dziewczyną, by zapobiec niechybnej bójce. Córki pani Tanner były zafascynowane kucykami, przekazanymi rok temu w darze od króla Brutusa. Prawdę mówiąc, nie było jasne, do kogo te konie nale ą — władca dał je w prezencie całej powracającej z Bebbas Town grupie pielgrzymów. Jack uwa ał, e powinny przypaść bardowi, ale Thorgil upierała się, e to ona, jako jedyna pośród nich prawdziwa wojowniczka, ma do nich prawo. — Złazić z nich, parszywe psy! Zmarnujecie mi konie! Thorgil głośno zagwizdała i kucyki gwałtownie zawróciły, strącając z grzbietów swych małych jeźdźców. Potem zatrzymały się przed dziewczyną i zaczęły brykać w miejscu, jak przystało na pełne werwy stworzenia. Jack podbiegł do le ących na ziemi, wyjących wniebogłosy dziewczynek i pomógł im wstać. — Albo się zamkną, albo zaraz będą miały prawdziwy powód do lamentów — warknęła Thorgil, gładząc końskie grzywy. Jack obejrzał dziewczynki i stwierdził, e nic powa nego im się nie stało. Jedna miała osiem, druga dziesięć lat i obie były niezwykle drobne wskutek niedo ywienia oraz szkodliwych oparów unoszących się w starej garbarni, w której mieszkały do śmierci ojca. — Przecie to jeszcze dzieci — napomniał dziewczynę Jack, ocierając połą swej

tuniki brudne, poznaczone śladami łez buzie. — W ich wieku na pewno zachowywałaś się tak samo. — Ja byłam wojowniczką! Córką... — Uwa aj, co mówisz! — rzucił ostro chłopak. Dziewczynki przestały płakać i ciekawie przyjrzały się Thorgil. — No to kto był twoim tatą? — spytała starsza. — Pewnie jakiś stary troll — zachichotała młodsza. Thorgil pochyliła się i podniosła z ziemi kamień, ale małe czmychnęły, zanim zdą yła którąkolwiek uderzyć. — Paskudne bagienne szczurzyce! — mruknęła dziewczyna. — Wystarczy, e raz ci się coś wymknie — przestrzegł Jack. — Jeśli ktoś, kto cię nie lubi, dowie się, e nie jesteś Sasem, to cała wioska obróci się przeciwko tobie. A tak e przeciw mnie i mojej rodzinie. W końcu to my daliśmy ci dach nad głową. — Tylko ten dług powstrzymuje mnie od pokazania im wszystkim, co odziedziczyłam po ojcu. — Thorgil objęła szyję jednego z kucyków, który cmoknął przeciągle, zupełnie jakby posyłał jej końskiego buziaka. Jack — jak zawsze — był pod wielkim wra eniem miłości, jaką dziewczyna wzbudzała w tych zwierzętach. ałował jedynie, e to samo nie tyczyło się ludzi. — Chodźmy do domu — powiedział. — Umieram z głodu, a przez całe popołudnie będziemy musieli zbierać orlicę. — Przeklęta orlica — syknęła Thorgil. — Przeklęte całe bezsensowne i nudne ycie w tej waszej wiosce. Jestem tak głodna, e za jedną zgniłą rzepę rzuciłabym się z urwiska do morza! — Nie sądzę — stwierdził Jack i ruszył do domu.

Rozdział drugi DZIKIE ŁOWY Zły nastrój Thorgil towarzyszył im w drodze do domu. Z kwaśną, skrzywioną miną dziewczyna przyjęła poczęstunek i od razu zaczęła się napychać. — W naszej wiosce mamy zwyczaj dziękować za jedzenie — zauwa yła matka Jacka. Chłopak westchnął w duchu. Tego rodzaju sporom nie było końca. Thorgil skutecznie opierała się wszelkim próbom wpojenia jej choć odrobiny ogłady. — A po co dziękować? — rzuciła naburmuszona. — eby okazać wdzięczność. — Jestem wdzięczna! Przecie jem te pomyje, prawda? Poza tym równie dobrze ty mogłabyś podziękować mi za zbieranie orlicy. Gdyby wszyscy zaczęli sobie dziękować za takie drobiazgi, adnej sprawy nie udałoby się doprowadzić do końca. — Nie o to chodzi — sprostowała cierpliwie matka. — Ludzie lubią, kiedy ktoś im powie dobre słowo. Choćby „dzień dobry" czy „jak się masz?". — A jeśli dzień jest wyjątkowo paskudny albo zupełnie mnie nie obchodzi, jak się miewają inni? — A yj sobie, jak chcesz! — wykrzyknęła matka. — Czasami mam nadzieję, e przypłyną tu kiedyś Ludzie Północy i cię od nas zabiorą! — Wzburzona wypadła na zewnątrz. Jack uniósł brew. Zazwyczaj nie traciła tak łatwo panowania nad sobą. Choć musiał przyznać, e za sprawą Thorgil — zwłaszcza wściekłej Thorgil — nawet zwykle dobrodusznemu i spokojnemu bratu Aidenowi zdarzało się zaplamić przepisywany rękopis. Po chwili usłyszał głos matki, która zastanawiała się z Pegą, w jaki sposób zabezpieczyć zwierzęta przed nadchodzącą burzą. Wszystkie krowy i konie nale ało zapędzić do stodoły. Owce, bardziej od nich agresywne, będą musiały poradzić sobie jakoś na zewnątrz. — Nawet Olaf Jednobrewy mówił ludziom „dzień dobry" — zauwa ył Jack,

wspominając nie yjącego ju przybranego ojca Thorgil. — Ale tylko wtedy, kiedy dzień był naprawdę dobry. Olaf nigdy nie kłamał. — Dziewczyna zasłoniła oczy dłonią. — Płaczesz? — Oczywiście, e nie. To przez ten paskudny dym w tej okropnej norze. — Thorgil nie cofnęła ręki. — Chcesz trochę mojego chleba? — A na co mi te twoje zarobaczone resztki? — rzuciła dziewczyna, choć po sposobie, w jaki jadła, widać było, e jest wściekle głodna. Jack stwierdził, e nie ma sensu okazywać jej współczucia. Thorgil uznawała to za oznakę słabości. Jej humory pojawiały się gwałtownie i szalały jak letnie burze, ciskając błyskawice we wszystkie strony, ale jeśli zachowało się wobec niej cierpliwość — i zamknęło uszy na jej obelgi — ciemne chmury wreszcie się rozpraszały. Chłopak nie był pewien, czy woli Thorgil posępną i naburmuszoną, czy prze ywającą jeden ze swych okresowych przypływów radości. Dziewczyna wpadała niekiedy w dziwny, dziki stan ducha, w którym barwy, zapachy i dźwięki przepełniały ją prawdziwą ekstazą. W takich chwilach chwytała go za ramię i zmuszała do wspólnego podziwiania tego, co akurat przykuło jej uwagę. Bard powiadał, e dzieje się tak dlatego, i Thorgil została wychowywana na berserkera, wojownika poświęconego śmierci. Teraz zaś znajdowała się pod wpływem siły yciowej, pochodzącej z noszonej przez nią runy ochronnej. Fakt, e oba te ywioły toczą w duszy dziewczyny wojnę, był więc najzupełniej naturalny. W drzwiach stanęła Pega. W ręku trzymała koszyk z zamkniętą w środku kurą. Jack od razu się rozchmurzył. Pega nigdy nie psuła nikomu humoru. Była niezmiernie yczliwa i zawsze starała się uszczęśliwić innych. Pomagała matce Jacka w gotowaniu, dbała o ziołowy ogródek barda i pilnowała, by brat Aiden regularnie jadał posiłki. Urodziła się w niewoli i była wzruszająco wdzięczna za ka de miłe słowo. Mimo szpecącego połowę jej twarzy znamienia Jackowi wydawała się niebrzydka, a wręcz mu się podobała. Bard twierdził, e dzieje się tak z powodu upiększającego dziewczynę wewnętrznego blasku. Z kolei drzemiąca w Thorgil złośliwość psuła to, co w innych okolicznościach mogłoby przerodzić się w prawdziwe piękno.

— Kury będziemy musieli przenieść tutaj — oznajmiła Pega i odstawiła koszyk pod ścianę. — Powinniście zobaczyć niebo na południu! Jest całkiem szare, choć nie widać na nim ani jednej chmury. — Potrzeba ci pomocy? — zapytał z nadzieją Jack. — Chciałabym, ebyś zaniósł posiłek ludziom pracującym w polu — powiedziała matka, która właśnie otworzyła drzwi ramieniem. Ręce miała zajęte, bo trzymała w nich kolejną kurę. — Nie sądzę, byście mieli jeszcze czas na zbieranie orlicy. Wystarczy spojrzeć na niebo. Wracając, sprawdź ule. Nie uśmiechnęła się i Jack poczuł, e matka niesprawiedliwie uwa a go za wspólnika Thorgil. Przecie to nie jego wina, e nie udaje mu się okiełznać młodej wojowniczki. Nawet Olaf Jednobrewy, by zapewnić sobie posłuch, musiał niekiedy wystawiać ją nad strome urwisko. Niestety, miał te zwyczaj nagradzać ją za wyjątkowo paskudne zachowania. Ludzie Północy cenili sobie tego rodzaju wybryki. Jack i Thorgil załadowali na osła kosze z bukłakami cydru i chlebem. Większość mieszkańców wioski zajęta była pospiesznym zbieraniem siana. Kilka osób, między innymi matka chłopaka oraz ona wodza, dostarczało im jedzenie niezbędne przy cię kiej pracy. W ciągu zaledwie kilku minut niebo nad wioską rzeczywiście znacznie się przeobraziło. Na północy wcią było błękitne, na południu zaś, wyraźnie poszarzało. Co więcej, Pega miała rację — nie było widać ani jednej chmury. — Co to za dziwny zapach? — spytała Thorgil. — Nie jestem pewien — odparł Jack. — Pachnie trochę jak schnące na słońcu ubrania. — To... ładna woń. Sprawia, e mam ochotę biegać i śpiewać. Mo e ta burza oka e się jednak zabawna. — Oblicze dziewczyny nieco złagodniało. To typowe, e cieszy ją coś, co wszystkich innych przyprawia o ból głowy — pomyślał Jack. — Jeszcze nigdy nie widziałem takiego nieba — zauwa ył. — Ja widziałam — odpowiedziała Thorgil. — Byłam wtedy bardzo mała. Matka zaniosła mnie do piwniczki, w której trzymaliśmy warzywa. Chciała zapewnić mi schronienie. Pamiętam, e nakryła mnie własnym ciałem. Później słyszałam wycie psów... A mo e to był wiatr... — Lepiej zajmijmy się obowiązkami — Jack zmienił temat.

Matka Thorgil była niewolnicą zło oną w ofierze na stosie pogrzebowym jej prawdziwego ojca. Wszystkie wspomnienia dziewczyny z tamtego okresu naznaczone były złem. Kiedy tylko udawało się namówić ją na opowieści z wczesnego dzieciństwa, natychmiast popadała w jeszcze gorszy nastrój. Spiesznie chodzili od farmy do farmy, roznosząc jedzenie pracującym na polach i w gospodarstwach ludziom. Podłogi stodół wyło one były kamiennymi płytami pokrytymi warstwą orlicy. Ten gatunek paproci miał ciekawą własność — nie tylko chronił siano przed wilgocią, lecz tak e kaleczył pyski szczurów, co zniechęcało je do odwiedzania budynku. Siano było potrzebne zwierzętom podczas zimy. Gdyby zawilgło, zgniłoby, a wtedy krowy i konie popadałyby z głodu. Świe e siano napełniało powietrze intensywnym, zielonym zapachem. Na wszystkich polach Jack widział pochylonych mieszkańców wioski, koszących i wią ących snopy. Do przewo enia siana wykorzystywano w miarę mo liwości wóz kowala. W tej chwili liczyła się jednak szybkość, chcąc więc zaoszczędzić na czasie, rolnicy nosili snopy na własnych grzbietach. Ci, którzy nie mieli stodół, osłaniali swoje siano przypominającymi wielkie kapelusze sto kami trzciny, co zapewniało mu jako taką ochronę. Kilka miesięcy wcześniej Jack spróbował zaprząc do wozu kucyki Thorgil, ale zwierzęta szarpały się w uprzę y i nie sposób było nad nimi zapanować. Matka i to uznała za jego niedopatrzenie. Jack zupełnie nie znał się na koniach. To Thorgil zyskała sobie ich zaufanie, ale za nic nie chciała przyuczyć ich do pracy na roli. Powtarzała, e jej kuce są wojownikami, nie niewolnikami. Thorgil. Jack widział, jak nieufnie mieszkańcy wioski przyjmują od niej jedzenie, a potem czym prędzej się odwracają, czyniąc na piersi znak krzy a. Osła zostawili w ostatniej stodole i poszli do uli. — Powinniśmy się pospieszyć — powiedział chłopak, spoglądając na ciemniejące południowe niebo. Czy były na nim jakiekolwiek chmury? Coś z pewnością majaczyło w oddali, mimo to powietrze wcią pozostawało nieruchome i martwe. Liście na drzewach zwisały pionowo w dół. Nawet pszczoły wyczuły, e dzieje się coś niedobrego. Zaprzestały swej nieustannej

krzątaniny w poszukiwaniu nektaru, a trutnie tańczyły przy wejściach do gniazd, jakby wypatrując niewidocznego przeciwnika. Ule tak e były chronione trzcinowymi czapami, przypominającymi nieco te, którymi osłaniano pozostawione na polach stogi siana. Pszczoły byłyby bezpieczniejsze w budynku, ale przenoszenie gniazd miało na owady bardzo zły wpływ. Musiały więc starać się przetrwać niepogodę na swoich zwykłych miejscach. Wcześniej tego roku ojciec wybudował wokół uli kamienny murek, który powstrzymywał owce przed zbli aniem się do pszczół. Jack cieszył się z tej dodatkowej osłony. — Zachowują się, jakby zapadała noc — powiedział w zamyśleniu. — Prawie wszystkie schroniły się w ulach. Posłuchaj tylko, jak bzyczą! — Wiesz, prawie jestem w stanie to zrozumieć — przyznała Thorgil, przyciskając ucho do jednego z odwróconych koszy. — Ten dźwięk przypomina śpiew ptaków. Czy to nie dziwne? — Pszczoły te są istotami powietrza. Co mówią? — Boją się. Czują bliskość śmierci... Au! — Thorgil uderzyła się dłonią w ucho i odskoczyła od ula. — Uciekaj! Jeśli jedna u ądli, zaraz dołączają do niej pozostałe — poradził chłopak. Ale pszczoły nie ruszyły się ze swojego ciasnego domu. Jack i Thorgil przykucnęli w trawie w bezpiecznej odległości od gniazd i obserwowali owady. Nie wiedzieli, jakiego wroga wyczuły, ale było jasne, e nie mają ochoty się z nim mierzyć. — Patrz! — zawołał Jack z niedowierzaniem. Na południowym niebie pojawiło się mnóstwo wysokich chmur. Mroczna mgła rozproszyła się i rozdzieliła na pojedyncze kłęby oparów, pędzące ku nim z taką szybkością, e chłopak odruchowo rzucił się na ziemię. Pociągnął za sobą Thorgil. Sekundę potem rozpętała się burza. W jednej chwili całkowicie nieruchome powietrze przeistoczyło się w rozszalały huragan, który pchnął ich po trawie. Jeden z uli natychmiast stracił swój trzcinowy daszek i przewrócił się na kamienny murek. Wicher wył tak wściekle, e Jack nie słyszał własnego głosu. Chłopak pełzł po ziemi. Za nim czołgała się Thorgil. Starali się dotrzeć do obórki dla owiec, którą zauwa yli wcześniej po drugiej stronie pola.

Jack nie widział jednak budynku, dopóki błysk pioruna, przy wtórze grzmotu, nie rozświetlił wszystkiego dziką bielą. — Na Thora! — krzyknął chłopak. Jego usta lśniły w świetle błyskawicy. Czołgali się zapamiętale, zamierając za ka dym razem, gdy chmury ciskały kolejny grom. Dotarli do obory i wcisnęli się do środka razem z trzema owcami, które wpadły na ten sam pomysł. Wiatr wdzierał się przez dach i przenikał do wnętrza osłaniającego ich kamiennego kręgu. Na ziemi jednak, spowity w zaduch przepoconej wełny, Jack czuł się niemal bezpiecznie. — Na Thora! — zawołała tym razem Thorgil i wskazała coś palcem. Jack podniósł wzrok i ujrzał kołyszącą się sto kowatą chmurę niepodobną do niczego, co widział dotąd w yciu. Ryczała niczym tysiąc rozwścieczonych pszczół. Poczuł na skórze dreszcze, jakby przebiegło po nim naraz całe mrowisko. Otwór w podstawie sto ka ział snopami wirujących wewnątrz błyskawic, wśród których widać było obracające się w powietrzu gałęzie drzew i coś, co mogło być dachem czyjegoś domu. Po chwili chmura zniknęła. Owce ałośnie zabeczały i zbiły się w ciasną gromadkę. Jack zagrzebał się głębiej między ich ciała, ale Thorgil nieoczekiwanie spróbowała się wydostać poza mur obórki. Podmuch wichru odrzucił ją w tył. Dziewczyna pozbierała się z ziemi i uniosła ręce ku niebu. Jej głos był wśród szalejącej burzy cichy jak cykanie świerszcza, lecz chłopak usłyszał wołanie: — Weź mnie ze sobą! — Na ziemię! — wrzasnął i chwycił ją za nogi. — Nie! Nie! — zaprotestowała głośno, ale pociągnął ją na dół. Zaczęła się opierać i uderzyła go w brzuch. Jack upadł, starając się odzyskać oddech. Thorgil znów z trudem podniosła się na nogi. — Zabierz mnie ze sobą! — krzyknęła raz jeszcze. I wtedy spadł deszcz. Do obórki lunęły całe wiadra wody, wypełniając ją tak, e owce musiały walczyć o powietrze. Zaczęły okładać Jacka kopytami, jedna nawet wspięła się na jego grzbiet. Wichura zwaliła ją na bok i chłopak usłyszał pełne przera enia beczenie. Nie był pewny, jak długo trwała ulewa. Miał wra enie, e upłynęło wiele godzin. Temperatura gwałtownie spadła. Z nieba sypnęło gradem, którego grudy rozbijały się nad

głową chłopaka. Wielkie kawały lodu raniły szamocące się w wodzie owce. Potem znów chlusnęły strugi siekącego deszczu. Przez cały czas na niebie wykwitały wiązki błyskawic, a nad horyzontem przetaczały się kolejne grzmoty. Wreszcie jednak niebiosa się uspokoiły. Błyskało coraz rzadziej, a huk piorunów oddalił się ku północy. Niebo na południu pojaśniało i zalał je piękny błękit. Jack ostro nie wstał i dopiero teraz mógł ocenić rozmiar zniszczeń. Wszystkie krzewy zostały przybite na płask do ziemi, usłanej gałęziami odłamanymi z rosnących w odległym lesie drzew. Nieopodal zagrody le ała martwa owca, ta sama, która wcześniej wdrapała mu się na plecy. Tak e i Thorgil le ała nieruchomo, rozciągnięta w błocie. A on nawet nie zauwa ył, kiedy opuściła bezpieczne schronienie. — Och, Thorgil! — krzyknął. Wypadł na zewnątrz, podbiegł do niej i wziął ją na kolana. — Och, moja droga, moja kochana! Oczy miała otwarte, ślepo wpatrzone w dal. Nie pokrywała ich jednak śmiertelna mgła. Jack poczuł ulgę i mocno przytulił dziewczynę do siebie. Mgnienie potem przestraszył się, e Thorgil mo e mieć złamane ebro. — Nie chciał mnie zabrać — wyjęczała słabym głosem. — Kto nie chciał? — spytał Jack, pewny, e dziewczyna majaczy. — Zobaczył moją bezu yteczną rękę i zrozumiał, e nie jestem ju córą miecza. Chciał mnie, ale Odyn mu na to nie pozwolił. Och, Freyo, chcę umrzeć! — rozpłakała się Thorgil. Jack zaniepokoił się tym o wiele bardziej, ni gdyby zaczęła nagle przeklinać. — Boli cię coś w środku? — spytał niepewnie. — Nie stało mi się nic, czego nie uleczy szybka śmierć — odpowiedziała głosem, w którym pobrzmiewała nuta jej zwykłej buty. — Ale nawet i wtedy nigdy go ju nie zobaczę. — Kogo? O kim ty mówisz? Nad południowym horyzontem pojawiło się słońce. Po niebie płynęły teraz białe chmury, spomiędzy których wyglądał błękit. — O Olafie Jednobrewym — odpowiedziała Thorgil i głęboko westchnęła. — Był w chmurach, ale postanowił mnie porzucić.

Rozdział trzeci LESZCZYNOWY ZAGAJNIK Jak to mo liwe, e zobaczyła Olafa? — dziwił się Jack. — Powiedziała, e Odyn prowadził Dzikie Łowy, ale ja widziałem tylko chmury i tę... rzecz na niebie. — Ta rzecz, o której mówisz, wygląda mi na trąbę wodną — stwierdził bard, ciskając do paleniska garść suchych sosnowych igieł. Po pomieszczeniu rozeszła się przyjemna woń. Thorgil le ała pogrą ona w głębokim śnie na posłaniu z ususzonego wrzosu. Dzięki nasennemu wywarowi, którym napoił ją starzec, przestała się rzucać i nie próbowała ju rwać sobie włosów z głowy. Na to, by zaciągnąć dziewczynę do domu barda, starając się jednocześnie uchronić ją przed wyrządzeniem sobie krzywdy, Jack musiał poświęcić godzinę, która teraz wydawała mu się najdłu szą godziną ycia. W ciągu ostatniego roku włosy Thorgil znacznie urosły, ona zaś utrzymywała je w zaskakującej czystości. Nad czołem nie zwisała jej ju nierówna grzywka, przycinana no em do oprawiania ryb. Teraz były jasnozłote niczym oświetlony słonecznymi promieniami śnieg. Mimo rozlicznych sińców — których na ciele wojowniczki nie brakowało nigdy — z jej twarzy biła delikatność, której Jack nie miał okazji dostrzec nigdy przedtem. Zmieniła się przez ten rok, pomyślał. Wyrosła i wypiękniała. Odwrócił się, czując, jak na jego twarzy wykwita rumieniec wstydu. A to skąd się wzięło? Przecie wcią była to ta sama, odznaczająca się paskudnym charakterem Thorgil. Co z tego, e wyglądała teraz inaczej? — Nie miałem pojęcia, e trąby wodne mogą powodować takie zniszczenia — zauwa ył starzec, przetrząsając zawartość skrzyni. — Wyrąbała w lesie nową drogę i prawdopodobnie porwała Goga i Magoga. — Co takiego?! — jęknął Jack. Zaraz po burzy pobiegł do domu sprawdzić, czy rodzice są bezpieczni, a wczorajsze popołudnie spędził, pomagając bardowi przygotowywać eliksiry. Teraz był ju ranek, a

wcią jeszcze nie odwiedził wioski. — Syn kowala powiedział mi, e obaj zniknęli. — Mo e uciekli? — zasugerował Jack. Myśl o ludziach wessanych przez niebo wydawała mu się nadto przera ająca. — Obawiam się, e nie. Kowal mówił, e w taką pogodę lubili przebywać na zewnątrz. Tylko wtedy na ich twarzach pojawiał się uśmiech, więc im na to pozwalał. To była ich jedyna przyjemność. I wydaje się, e to był błąd. Gdy burza jeszcze szalała, Jack widział Goga i Magoga siedzących w błocie. Trzymali się jeden drugiego, kołysząc w przód i w tył, z twarzami zwróconymi ku niebu. Ich zęby błyszczały w świetle błyskawic. Wyglądali jakby opanowała ich jakaś dzika rozkosz, której on nie rozumiał ani nie chciał zrozumieć, pobiegł więc dalej tak szybko, jak tylko potrafił. — Gdzie oni są teraz? — Zadr ał. — To zale y od tego, kto prowadził Dzikie Łowy. — Bard ustawił na stole kilka garnuszków, powąchał zawartość ka dego i dokonał wyboru. Wziął z półki sporych rozmiarów moździerz. — O tak! Dzikie Łowy to nie legenda — dodał, ucierając zioła. — A kto je prowadzi, zale y od tego, kto je ujrzy. Jedną z ich ofiar był brat Aiden, zanim uratował go ojciec Severus. Aiden jest przekonany, e widział Pana Lasu i jego sforę. Severus z kolei twierdzi, e ujrzał Szatana prowadzącego armię potępionych. — A Thorgil mówi, e zobaczyła Olafa Jednobrewego — przypomniał Jack. — Jeśli ma rację, mo liwe, e Gog i Magog trafili do Valhalli. To by ją dopiero rozwścieczyło! — Oczy barda zabłysły. — Ale có , Thorgil nie byłaby sobą, gdyby się nie wściekała. — Skoro tak mówisz... Jack w głębi duszy wolałby, eby dziewczyna wpadała w szał o wiele rzadziej, eby była — na przykład — bardziej podobna do Pegi. Nieustanne pertraktacje między Thorgil a nieprzyjaciółmi, których potrafiła sobie przysporzyć jak nikt inny, bardzo go męczyły. A mimo to, kiedy ujrzał ją le ącą obok zagrody dla owiec, przekonany, e zginęła, zupełnie jak ta biedna owieczka... — Nic jej nie będzie — zapewnił bard, posiadający niesamowitą zdolność odgadywania tego, co akurat działo się w duszy Jacka. — A teraz zmieszaj, co mam w

moździerzu, z porcją masła rozmiarów kurzego jaja. Rozrób potem garść mąki z odpowiednią ilością wody, by powstało sztywne ciasto, ugnieć wszystko razem i utocz z tego kulki wielkości ziarenek groszku. Osusz je przy ogniu. — W którym garnku mam je potem schować? — spytał Jack, który podobne rzeczy robił ju wcześniej. — W tym zielonym, od bólów głowy. Coś podobnego! Ten ogród jest prawie zupełnie zniszczony. Będę musiał zebrać rośliny w lesie. Niedługo potem, zostawiwszy śpiącą Thorgil w domu, ruszyli ście ką. Bard wdział swój lepszy płaszcz i zapiął go ciasno, by ochronić się przed błotem i spadającymi z drzew kroplami. Siwa broda kołysała mu się na piersi, a na nogi wzuł jasnobrązowe wysokie buty sznurowane z przodu. Bard był co prawda stary, ale z rzadka tylko podpierał się laską z drewna czarnego jesionu. Potrzebował jednak pomocy Jacka przy niesieniu eliksirów i harfy. Chłopak wyczuwał siłę yciową, wibrującą w powietrzu wokół laski, i ogarnął go al. Dawniej i on posiadał taki magiczny przedmiot. Miał równie runę ochronną, o ile w ogóle mo na powiedzieć, e taką rzecz się „ma". Runa przechodziła z rąk do rąk, podą ając śladem swego przeznaczenia, nieodgadnionego dla nikogo, kto próbował uczynić ją własną. Gdy odchodziła, nie wracała ju nigdy. Jack westchnął w duchu, przypominając sobie jej ywe złoto, na którym wyryto podobiznę Yggdrassila. Zanim trafiła do niego, przez wiele długich lat strzegła barda, a potem — w chwili słabości, którą wspominał teraz ze złością — sam oddał ją Thorgil. Pola były dziwnie nagie i przywodziły na myśl oskubane kurczaki. Wiele domów utraciło dachy. Woda spływała zboczami wzgórz. Strumienie łobiły w ziemi nowe koryta, tu i ówdzie słońce odbijało się w kału ach. Jack obejrzał się na dom barda, przycupnięty niebezpiecznie na nadmorskim klifie. Ten akurat budynek zniósł burzę doskonale. Chłopak nie wiedział, czy nale y to zawdzięczać magii starca, czy zwykłemu przypadkowi, niemniej dom trzymał się skał mocno jak mał a. Przeszli przez wioskę, rozdając potrzebującym lekarstwa i dobre rady. W domu kowala bard zagrał na harfie, by poprawić nastrój mieszkańców. — Gog i Magog byli prawie jak moje dzieci, no, mo e trochę bardziej pochmurni i nie

tak urodziwi — powiedział kowal, patrząc na swoich przystojnych synów i piękne córki. — Bardzo do nich przywykłem. Spali na sianie z krowami, a jeśli w pobli u zjawiał się wilk, zaczynali głośno muczeć, tak e nigdy nie straciłem nawet jednego cielaka. Na Boga, będzie mi ich brakowało. Biedne, bezmyślne stworzenia. Pracowali dla ciebie za marne okruchy suchego chleba, pomyślał Jack. Bard grał. ona kowala tupała do rytmu, a Colin — najmłodszy z synów — skoczył do zaimprowizowanego tańca. A jednak — zastanawiał się chłopak — gdyby Gog i Magog nie trafili tutaj, kto wie, jak potoczyłyby się ich losy. Mo e nawet skończyliby jako niewolnicy w kopalni ołowiu. Tutaj przynajmniej nacieszyli się, mucząc z krowami i podziwiając błyskawice. Czym e jest szczęście? Jego myśli uleciały ku Thorgil, która miała nadzieję na śmierć w bitwie. Potem pomyślał o swym ojcu, Gilesie Kuternodze, yjącym kolejnymi rozczarowaniami, a tak e o ojcu Severusie, uwielbiającym lodowate kąpiele i długie posty. Elfy z kolei yły wyłącznie przyjemnościami, co wydawało się sensowne, poniewa były skazane na zniknięcie u kresu czasu. Szczęście to jednak wielka zagadka — stwierdził w duchu Jack. Bard wyrwał go z zamyślenia i ruszyli w dalszą drogę. Z pozostałych po burzy potoków wzbijały się pasma mgły. Na zniszczonym polu zginał się wpół strach na wróble. — Nawet i on na nic się zdał — zauwa ył Jack, gdy brnęli przez rozmiękłą ziemię. — Krukom Odyna nie zaimponuje zwykła słomiana kukła — odparł bard. Poszli dalej, by przyjrzeć się zniszczonym polom owsa i jęczmienia. Wedle mieszkańców z wioski zniknęła połowa owiec, choć było prawdopodobne, e większość wróci. Kury i bydło przetrwały burzę w budynkach. Tak e i koniom Thorgil nic się nie stało. Córki pani Tanner ukryły je w swej ziemiance, gdy tylko ujrzały nadciągające czarne chmury. Był to zdumiewający wyczyn, jeśli pamiętać o tym, e miejsca wewnątrz było za mało dla nich samych. Dziewczynki zmusiły kucyki, a eby się poło yły, po czym same, wraz z matką, rozciągnęły się na ich ciałach. W niewielkiej przestrzeni duszno było od ludzkich i zwierzęcych ciał, ale przynajmniej nikt nie ucierpiał. — To znaczy, e mamy prawo na nich jeździć. Zasłu yłyśmy sobie na to — oświadczyła starsza z dziewczynek, gdy odwiedzili je Jack z bardem.

— O tym będziecie musiały pomówić z Thorgil — stwierdził starzec. — Ech, tej dziewusze wydaje się, e wszystko nale y do niej. A kim był jej ojciec? — rzuciła opryskliwie dziewczynka. — Gdzie jest jej rodzina? — Wszyscy mówią, e zachowuje się jak Ludzie Północy — dodała młodsza siostra. Bard zwrócił się ku nim tak gwałtownie, e obie a się skuliły i matka chwyciła je za ramiona. — Co wy sobie myślicie?! Nie wolno pyskować bardowi! — krzyknęła kobieta. — Natychmiast na kolana i błagajcie go o wybaczenie. Naprawdę nie wiem, co się z nimi stało po śmierci ojca. — Pchnęła dziewczynki na ziemię. Przeprosiły głośno. Jack nie był tym zdziwiony. eby zrozumieć, dlaczego barda nazywano Smoczym Językiem, wystarczyło jedno spojrzenie. Starca obawiali się nawet władcy Ludzi Północy. Dziewczynki jednak powiedziały na głos tylko to, o czym wszyscy inni szeptali po kątach. Matkę Jacka odnaleźli przy ulach. Przetrwały jedynie dwa gniazda. Reszta kolonii umierała z chłodu i wilgoci. Pszczoły pełzały po ziemi, zmagając się ze zlepiającym odnó a błotem. Matka rozpaliła w pobli u ognisko — w takiej odległości, by dym nie zaszkodził owadom. Rozło yła te dokoła kawałki chleba z miodem. Pszczoły chętnie gromadziły się wokół jedzenia. — To ostatnie pszczoły z królewskiej rodziny — powiedziała ze smutkiem. — Sprowadzili je tu Rzymianie. Kobiety z mojego rodu strzegły ich od niepamiętnych czasów. adna saska pszczoła nie dorównuje im siłą i pracowitością. Obawiam się, czy przetrwają zimę. Bard zagrał na harfie i matka zaśpiewała, rzucając drobny czar, który uspokajał podenerwowane zwierzęta. Jej głos dziwnie przypominał senne brzęczenie pszczół. Opowiadała owadom o nadchodzących słonecznych dniach, świe o rozkwitłych kwiatach i ciepłym wietrze. — Ile ci zostało świec? — spytał bard, oddając harfę chłopakowi. — Wiem, co masz na myśli — odrzekła matka. — Zbiory zostały zniszczone i jeśli mamy prze yć tę zimę, musimy mieć coś na wymianę za zbo e. Wszystko, co mam, jest twoje.

— Wiedziałem, e zawsze mogę na ciebie liczyć, Alditho — powiedział starzec i serdecznie uścisnął jej dłonie. Następnie bard i Jack poszli do ukrytego w cieniu dębów leszczynowego zagajnika. Las usiany był gałęziami i innym śmieciem ale ocalał. W plątaninie konarów i sękatych korzeni otwierały się miejscami dziwne, wąskie ście ki, usłane kwiatkami dzwonków. Mieszkały tu rozmaite stworzenia — długouche zające, borsuki, kryjące się w półmroku wilki, a nawet niedźwiedzie. Było to tajemnicze, przepełnione mocą miejsce, do którego nie nale ało nieroztropnie wchodzić po zmroku. Liście pobłyskiwały nieziemską poświatą. Powietrze pachniało cudownie świe o. — Zupełnie jakby burzy wcale nie było — powiedział z zachwytem w głosie Jack. — Leszczynowe lasy są pod ochroną — wyjaśnił bard. — W Szkole Bardów, gdzie, co wspominam tylko przy okazji, byłem jednym z lepszych uczniów, ka dego z nowo przyjętych pozostawiano w takim zagajniku samego na noc. Rankiem nauczyciele pytali delikwenta, co widział. Nie masz pojęcia, jak niektórzy z chłopaków się skręcali, próbując powiedzieć to, co według nich starzy bardowie chcieli usłyszeć. Jeśli kłamali, odsyłano ich precz, bez prawa powrotu. — Za coś takiego? — mruknął Jack, przypominając sobie wszystkie kłamstwa, jakich się dopuścił, by nie dostać od ojca w skórę. — Słu ba yciu to powa na sprawa — przypomniał bard. — A co ty zobaczyłeś, panie? — ośmielił się spytać Jack. Starzec rzadko odpowiadał na pytania, które dotyczyły jego samego. Podniósł laską zwieszającą się nisko gałąź i rzekł: — W tej chwili widzę borowiki. — Grupka sporych grzybów o białych nó kach i brązowych kapeluszach otaczała pień drzewa. — Mamy szczęście, chłopcze. Zjemy wspaniałą kolację. Jack pochylił się i zaczął zbierać grzyby. Bijący od nich intensywny zapach ziemi sprawił, e pociekła mu ślinka. — W leszczynowych lasach skupia się siła yciowa — ciągnął bard, odgarniając kolejne gałęzie. — Wyrastają w pobli u granic pomiędzy dziewięcioma światami, a w cieniu ich liści kryje się wiele sekretnych ście ek. Prawdziwy bard potrafi je odszukać. Jack poczuł ukłucie strachu, zadr ał i od razu spróbował się opanować. Jego

doświadczenia z innymi światami były raczej złe. Ale te zdarzały się chwile — jak ta, gdy wraz z Thorgil odnaleźli dolinę Yggdrassila — tak wspaniałe i pełne chwały, e na ich wspomnienie łzy same cisnęły się do oczu. Wtem przyszła mu do głowy okropna myśl: a jeśli bard go w tej chwili sprawdza? Mo e nadszedł czas, kiedy miało się okazać, czy jest prawdziwym bardem, czy te nale y go odesłać do pielenia grządek rzepy i ścigania owiec o czarnych pyskach? Jack rozejrzał się w nadziei, e liście rozstąpią się i uka ą mu tajną ście ynę. Nie zobaczył jednak niczego. Zwykły las, pełen mchów i porostów. Ni sze gałęzie drzew rosnących bli ej granicy pól zostały obcięte, by mogły się lepiej rozrosnąć te większe i proste, z których plotło się płoty. Z wysoka rzuciła mu złe spojrzenie wiewiórka. Zwierzątko wściekle wymachiwało ogonem. — Co widzisz? — spytał cicho bard. Chłopak poczuł, jak ściska go w gardle. Plamy słonecznego światła rozlewały się na osłaniających ich liściach. Drozd otworzył dziób i zaśpiewał. Pajęczyna delikatnie zadr ała na wietrze. — Widzę... och, do diaska! Nic nie widzę. Nie, to nie tak. Widzę wiewiórkę, uka, drozda i pajęczynę, ale nie widzę niczego wa nego. Nigdy nie zostanę prawdziwym bardem! — A có mo e być wa niejszego od wiewiórki, uka, drozda i pajęczyny? — spytał starzec z powagą. — Ale... — Jack podniósł wzrok. — Właśnie tak. Odkąd zacząłem cię uczyć, starałem się wpoić ci zdolność dostrzegania rzeczy takimi, jakie są. Dopóki nie posiądziesz tej umiejętności, nie ma nadziei, byś mógł sięgnąć wzrokiem dalej. Pewnego dnia, ju wkrótce, zechcę, byś tu przenocował. Jack przełknął nerwowo ślinę. W dziennym świetle las wydawał się spokojny i bezpieczny, ale chłopak zdawał sobie sprawę, e po zmroku mo e tu być zupełnie inaczej. — Spytałeś mnie, co ujrzałem, kiedy zdawałem egzamin w Szkole Bardów — podjął starzec. — Za pierwszym razem napotkałem podobne stworzenia co ty — je a, nietoperza, łanię z jelonkiem. Ale za drugim... — urwał.