wotson

  • Dokumenty43 353
  • Odsłony2 119 021
  • Obserwuję1 418
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 614 678

Naomi Novik - Temeraire 03 - Wojna prochowa

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :764.0 KB
Rozszerzenie:pdf

Naomi Novik - Temeraire 03 - Wojna prochowa.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion N Naomi Novik
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 102 osób, 60 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 161 stron)

Naomi Novik Wojna prochowa Tom 3

Prolog Nawet kiedy Laurence spoglądał na ogród nocą, nie potrafił wyobrazić sobie, że jest w domu; zbyt wiele W latarni prześwitywało między drzewami, czerwonych i złotych, zawieszonych pod wygiętymi rogami dachów; odgłos śmiechu za jego plecami niczym obcy kraj. Grajek miał jedno-strunny instrument i wydobył z niego drżącą, kruchą melodię, wplatającą się w rozmowę, która sama przypominała muzykę: Laurence bardzo słabo poznał tutejszy język, więc słowa straciły dla niego znaczenie, gdy do dyskusji włączyło się tyle głosów. Mógł się tylko uśmiechać do tych, którzy się do niego zwracali, i maskować niezrozumienie filiżanką bladozielonej herbaty, a przy pierwszej sposobności przekradł się wokół narożnika tarasu. Oddalony od reszty, postawił do połowy opróżnioną filiżankę na parapecie; napar smakował jak perfumowana woda i Laurence żałował, że nie może napić się mocnej czarnej her¬baty z mlekiem albo jeszcze lepiej kawy, której nie kosztował od dwóch miesięcy. Pawilon wzniesiono na niewielkim skalistym cyplu, któ¬ry wystawał z górskiego zbocza na poziomie zapewniającym względny widok na rozciągający się poniżej ogród cesarski: nie tak nisko nad ziemią jak zwykły balkon, ale też i nie tak wyso¬ko jak grzbiet Temeraire'a, skąd drzewa wyglądały jak zapałki, a ogromne pawilony przypominały dziecięce zabawki. Laurence wyszedł spod okapu i podszedł do poręczy: po deszczu powie¬trze było przyjemnie chłodne, przesycone wilgocią, która, po latach spędzonych na morzu, sprawiała mu więcej radości niż wszystko inne dokoła. Wiatr uprzejmie rozpędził resztki chmur pozostałych po burzy i teraz mgła snuła się leniwie po starych, miękkich i zaokrąglonych kamieniach ścieżek, śliskich, szarych i jasnych w blasku prawie całego już księżyca, a wietrzyk niósł woń przejrzałych moreli, które leżały pogniecione na bruku. Jeszcze inne światło migotało pośród pochylonych starych drzew, słaba biała poświata płynęła za gałęziami, raz mniej, raz bardziej widoczna, zmierzając ku brzegowi pobliskiego jeziora, a towarzyszył jej odgłos stłumionych kroków. Laurence począt¬kowo niewiele widział, lecz niebawem na otwarty teren wyszła dziwna procesja: garstka służących uginała się pod ciężarem prostych, drewnianych mar, na których złożono okryte całunem ciało; za nimi podążała dwójka chłopców z łopatami, którzy rozglądali się nerwowo. Laurence patrzył na to z zaciekawieniem; i nagle drzewa zadrżały, a ich konary rozstąpiły się pod ciężarem Lien, która przecisnęła się na rozległą polanę, zwieszając łeb okolony szeroką krezą i przyciskając skrzydła ciasno do boków. Smukłe drzewa uchylały się przed nią na boki albo łamały, pozostawiając na jej barkach długi welon wierzbowych gałązek. Była to jej jedyna ozdoba: pozbyła się wszystkich rubinów i złotych ozdób i wy¬dawała się dziwnie bezbronna bez klejnotów, które ożywiłyby jej białą, półprzeźroczystą skórę; w ciemności jej jasnoczerwone oczy wydawały się ciemne i zapadnięte. Służący złożyli mary na ziemi i zaczęli kopać dół pod starą, majestatyczną wierzbą. Co jakiś czas głośno wzdychali, odrzuca¬jąc miękką ziemię, a po ich szerokich bladych twarzach spływały ciemne strużki potu. Lien przechadzała się skrajem polany, wyrywała młode drzewka, które tam rosły, i rzucała je na stos. Był tam tylko jeszcze jeden żałobnik, mężczyzna w granatowej szacie, który szedł za Lien. Laurence odniósł wrażenie, że skądś go zna, ale nie zdołał zobaczyć jego twarzy. Mężczyzna stanął przy grobie i w milczeniu obserwował kopiących. Nie było kwiatów ani długiego żałobnego pochodu, jakie Laurence widział na ulicach Pekinu: rozdzierających szaty krewnych i łysych mnichów spowitych

obłokami kadzidła. Ta osobliwa nocna scena mogłaby niemal być pogrzebem jakiegoś biedaka, gdyby pominąć widoczne pośród gałęzi złociste dachy cesarskich pawilonów oraz czuwającą nad wszystkim Lien, podobną do mlecznobiałego ducha, ogromnego i strasznego. Służący nie odwinęli całunu przed złożeniem ciała w ziemi, ale w końcu od śmierci Yongxinga upłynął już ponad tydzień. Dziwny był to pogrzeb następcy cesarskiego tronu, nawet jeśli ten nastawał na życie innych i planował zdetronizować brata. Laurence zastanawiał się, czy wcześniej nie pozwolono na pochó¬wek i czy może nawet teraz ceremonia odbywa się potajemnie. Nieduże ciało zsunęło się w dół i rozległ się głuchy łomot. Lien cichutko jęknęła i ten krótki lament przejął go dreszczem, zanim rozpłynął się pośród szeleszczących liści. Laurence poczuł się nagle jak intruz, choć pewnie pozostawał niewidoczny na tle blasku latarń, a gdyby teraz spróbował odejść, mógłby zakłócić przebieg pogrzebu. Służący zamaszystymi ruchami szybko zasypali grób i nie¬bawem wyrównali i ubili grunt, a o obecności mogiły świadczył tylko spłachetek świeżej ziemi, osłonięty zwieszającymi się nisko wierzbowymi gałęziami. Obaj chłopcy ponownie weszli między drzewa, by nazbierać ściółki, zgniłych liści i igieł, które rozrzucili następnie na grobie, aż w końcu nie sposób już było powiedzieć, gdzie go wykopano. Po skończonej pracy stanęli, zerkając niepewnie na boki, gdyż nie było celebransa, który by nimi pokierował. Lien nie dała im żadnego znaku, tylko przywarła do ziemi, skulona. Wreszcie chłopcy oparli łopaty o barki i znikli między drzewami, okrążywszy białego smoka jak najszerszym łukiem. Mężczyzna w granatowej szacie stanął przy grobie i uczynił znak krzyża na wysokości piersi. Kiedy się obrócił, Laurence ujrzał wyraźnie jego twarz w blasku księżyca: to był De Guignes, francuski ambasador, najmniej spodziewany żałobnik. Głęboka niechęć Yongxinga do wpływów Zachodu obejmowała wszyst¬kich, Francuzów, Brytyjczyków i Portugalczyków, tak więc De Guignes nigdy by się nie wkradł w łaski księcia za jego życia ani nie mógłby przebywać w towarzystwie Lien. Pociągłe, arystokra¬tyczne rysy twarzy, typowo francuskie; to niewątpliwie on, choć nie wiadomo, co tutaj robi. De Guignes pozostał jeszcze przez chwilę na polanie i odezwał się do Lien: z tej odległości można było się tylko domyślić, że zadał jakieś pytanie. Smoczyca nic nie odpowiedziała i wciąż wbijała wzrok w grób, jakby chciała utrwalić w pamięci to miejsce. Po chwili Francuz skłonił się z gracją i odszedł. Lien trwała nieruchomo, muskana cieniami pędzących ob¬łoków i coraz dłuższych cieni drzew. Laurence nie czuł żalu po śmierci księcia, ale obudziło się w nim współczucie, bo przypusz¬czał, że smoczyca nie znajdzie już nowego towarzysza. Długo ją obserwował, oparty o poręcz, aż wreszcie księżyc zsunął się tak nisko, że Lien pogrążyła się w ciemności. Z końca tarasu rozległy się śmiechy i oklaski nagradzające muzykę, która wła¬śnie ucichła. Rozdział 1 G orący wiatr, który dąt leniwie w głąb Makau, nie przy¬nosił orzeźwienia, a tylko wzmacniał słonawy, stęchły portowy odór, smród zdechłych ryb, wielkich brył czar-no-czerwonych morskich wodorostów oraz ścieków z ludzkimi i smoczymi odchodami. Mimo to marynarze zebrali się przy relingach Allegiance, by zaczerpnąć choćby odrobiny poruszo¬nego powietrza; opierali się o siebie nawzajem, aby wywalczyć trochę więcej miejsca. Od czasu do czasu dochodziło do jakiejś gwałtowniejszej przepychanki, która jednak szybko się kończyła w nieubłaganym upale. Niepocieszony Téméraire leżał na pokładzie, spoglądając ku otwartemu morzu spowitemu białą mgiełką, a pełniący wartę awiatorzy drzemali w jego ogromnym cieniu. Laurence, który

pozwolił sobie na zdjęcie munduru, siedział w zgięciu jego przedniej łapy, schowany przed spojrzeniami innych. - Na pewno dałbym radę wyciągnąć okręt z portu - powie¬dział Téméraire, powtarzając te same słowa kolejny raz w tym tygodniu, i westchnął, gdy jego propozycja została ponownie odrzucona: bo rzeczywiście przy bezwietrznej pogodzie byłby w stanie holować nawet ogromny transportowiec do przewozu smoków, lecz przy przeciwnym wietrze tylko by się niepotrzeb¬nie zmęczył. - Nawet bez wiatru mógłbyś przeciągnąć okręt tylko na krótką odległość - dodał pojednawczo Laurence. - Na otwartym morzu kilka mil mogłoby się przydać, ale na razie możemy zo¬stać w porcie i trochę się odprężyć. Płynęlibyśmy bardzo wolno, nawet gdyby udało nam się stąd wydostać. - Wielka szkoda, że musimy czekać na wiatr, skoro wszystko jest gotowe i my także - rzekł Téméraire. - Chciałbym j a k najszybciej wrócić do domu: tyle jest do zrobienia. - Aby to podkreślić, uderzył ogonem o pokład. - Proszę, nie rób sobie zbyt wielkich nadziei - odparł Lau¬rence bez większego przekonania, ponieważ jak dotąd nie zdołał powściągnąć zapędówTemeraire'a i nie spodziewał się, że teraz mu się to uda. - Musisz być przygotowany na pewne opóźnienia, zarówno tutaj, jak i w domu. - Och, obiecuję, że będę cierpliwy - powiedział Téméraire i od razu, nieświadomy, że zaprzecza sam sobie, rozwiał słabe nadzieje Laurence'a na dotrzymanie tej obietnicy, dodając: - ale jestem pewien, że Admiralicja bardzo szybko przyzna nam ra¬cję. Bo przecież skoro załoga otrzymuje pieniądze, to i smokom powinno się płacić. Laurence pełnił służbę na morzu od dwunastego roku ży¬cia, zanim wyrokiem losu z kapitana okrętu przedzierzgnął się w awiatora, więc dobrze poznał dżentelmenów z Admiralicji, którzy nadzorowali działania Marynarki Wojennej i Korpusu Powietrznego, i wiedział, że nie zawsze kierują się poczuciem sprawiedliwości. Wydawało się, że urząd ten pozbawił ich zwykłej ludzkiej przyzwoitości i tym podobnych cech, robiąc z nich pod¬stępne polityczne stwory, tylko podobne do człowieka. Znacznie lepsze warunki życia smoków w Chinach uzmysłowiły Lauren-ce'owi, jak źle sieje traktuje na Zachodzie, lecz nie mógł przecież liczyć na to, że Admiralicja podzieli jego zdanie, szczególnie jeśli wiązałoby się to z jakimikolwiek wydatkami państwa. Laurence w duchu mial nadzieję, że kiedy już wrócą do domu, obejmą służbę nad kanałem i zaczną uczciwie bronić kraju, Téméraire może przynajmniej złagodzi swoje propozycje, jeśli z nich nie zrezygnuje. Nie kwestionował tych dążeń, bo były zupełnie naturalne i słuszne, ale Anglia prowadziła wojnę, i zdawał sobie sprawę, w przeciwieństwie do Temeraire'a, że byłoby bezczelnością domagać się ustępstw od rządu w takich okolicznościach: graniczyłoby to z buntem. Niemniej jednak obiecał pomoc i dotrzyma słowa. Téméraire mógł zostać w Chi¬nach, gdzie cieszyłby się wszelkimi wygodami i przywilejami, które przysługiwały mu jako Niebiańskiemu. Wracał do Anglii głównie ze względu na Laurence'a, a także z nadzieją polepsze¬nia losu towarzyszy broni. Mimo złych przeczuć Laurence nie był w stanie przeciwstawić się wprost smokowi, choć chwilami czuł, że postępuje niemal nieuczciwie, zachowując milczenie. - Mądrze zasugerowałeś, że powinniśmy zacząć od pła¬cy - ciągnął Téméraire, jeszcze bardziej dopiekając sumieniu Laurence'a. Laurence wspomniał o tym wcześniej, gdyż uznał tę propozycję za mniej radykalną od innych wysuniętych przez Temeraire'a, takich jak całkowite wyburzenie niektórych dzielnic Londynu, by móc zbudować ulice na tyle szerokie, żeby mogły się po nich poruszać smoki, albo wysłanie przedstawicieli smo¬ków do parlamentu,

co, niezależnie od trudności związanych z wprowadzeniem ich do środka, niewątpliwie wypłoszyło¬by z budynku wszystkich posłów. - Wierzę, że wszystko będzie łatwiejsze, kiedy zaczną nam płacić. Wtedy za inne rzeczy będziemy mogli oferować pieniądze, które ludzie tak bardzo lubią; tak jak w przypadku tych kucharzy, których wynająłeś dla mnie. Bardzo ładnie pachnie - dodał, całkiem logicznie: mocny zapach dobrze przypieczonego mięsa przebił się przez portowy smród. Laurence spojrzał w dół, marszcząc brwi: kuchnia znajdowała się bezpośrednio pod pokładem i teraz spomiędzy jego desek wypływały płaskie, szerokie smugi dymu. - Dyer - zwrócił się do jednego z gońców - zobacz, co się tam dzieje. Téméraire polubił chińską kuchnię dla smoków, a brytyjski kwatermistrz nie był w stanie zapewnić mu stosownych dań, gdyż miał tylko dostarczać świeżo zaszlachtowane bydło, tak wice Laurence znalazł dwóch chińskich kucharzy, którzy zgo¬dzili się opuścić kraj w zamian za sowite wynagrodzenie. Mimo iż żaden z nich nie mówił po angielsku, ani trochę nie stracili pewności siebie; zawodowa zazdrość skłoniła okrętowego ku¬charza i jego pomocników do wszczynania bojów przy garach i stworzyła atmosferę współzawodnictwa. Dyer zszedł po schodach na tylny pokład i otworzył drzwi do kuchni: z jej wnętrza buchnął ogromny kłąb dymu i od razu rozległy się okrzyki obserwatorów: „Pali się!" Wachtowy uderzył w dzwon, którego serce zazgrzytało i zabrzęczało nierówno. - Na stanowiska! - krzyknął Laurence i rozesłał swoich ludzi do poszczególnych oddziałów strażackich. Marynarze, którzy w jednej chwili otrząsnęli się z ospałości, popędzili po wiadra i kubły, a kilku śmiałków weszło do kuchni i wyciągnęło bezwładne ciała pomocników kucharza, obu Chiń¬czyków i jednego z majtków, lecz nigdzie nie znaleziono samego kucharza. Ociekające wodą wiadra już podawano sobie z rąk do rąk, a ich zawartość wlewano do wnętrza kuchni; bosman ryczał i uderzał pałką o w fokmaszt, nadając tempo pracy. Spomiędzy desek pokładu wciąż buchał dym, teraz jeszcze gęstszy, a żelazne pachołki na smoczym pokładzie rozgrzały się tak bardzo, że nie sposób było ich dotknąć, co więcej, zapaliła się lina nawinięta na dwa z nich. Młody Digby, bystry chłopak, zmobilizował pozostałych cho¬rążych; młodzieńcy wspólnymi siłami rozwijali pospiesznie linę i posykiwali z bólu, kiedy ich dłonie muskały rozgrzane żelazo. Inni awiatorzy, rozstawieni wzdłuż relingu, wyciągali wiadrami wodę i wylewali ją na smoczy pokład: para buchała białymi obłokami, pozostawiając szarą skorupę soli na wypaczonych deskach, które trzeszczały i jęczały niczym gromada starców. Roztopiona smoła ze spoin płynęła przez pokład czarnymi strużkami, wydzielając słodkawy, gryzący zapach. Téméraire drobi! / miejsca na miejsce, by dać wytchnienie łapom, mimo iż wcześniej rozkładał się z lubością na kamieniach rozgrzanych południowym słońcem. Kapitan Riley nie odstępował zlanych potem, uwijających się marynarzy, dodając im głośno otuchy, kiedy podawali sobie wiadra, lec/, w jego głosie pobrzmiewała rozpacz. Ogień był duży, a pokład mocno wysuszony po długim postoju w skwarze; do tego w ogromnych ładowniach znajdowały się towary, które mieli zawieźć do kraju: delikatna chińska porcelana, zawinięta w słomę i złożona w drewnianych skrzyniach, bele jedwabiu i świeży zapas płótna żaglowego przeznaczonego na naprawy. Ogień musiał pokonać tylko cztery pokłady, aby strawić cały ła¬dunek i przenieść się do magazynu z prochem, a wtedy cały okręt wyleciałby w powietrze. Marynarze z rannej wachty, którzy spali na niższym pokła¬dzie, uciekali teraz pospiesznie na górę, krztusząc się dymem i przerywając szereg podających sobie wodę kolegów: pomimo ogromnych rozmiarów Allegiance nie mógł pomieścić całej załogi na śródokręciu i tylnym pokładzie, kiedy smoczy pokład stał pra¬wie w płomieniach. Laurence przytrzymał się jednego ze sztagów i wspiął się na reling, by odszukać wzrokiem awiatorów wśród kłębiącego się tłumu: większość z nich znajdowała się już na po¬kładzie, lecz nie wszyscy:

Therrows wciąż miał nogę w łubkach po bitwie w Pekinie, a lekarz Keynes siedział pewnie w kabinie, pogrążony w lekturze; Laurence nie zauważył też nigdzie Emily Biblioteka Publiczna w Mońkach M2SLO Wypożyczalnia Roland, jedenastoletniego gońca, której z pewnością nie było łatwo przepchać się przez napierający tłum mężczyzn. Z kominów kuchni popłynął przenikliwy gwizd jak z czajnika, a metalowe nasady kominowe zaczęły się przechylać w stronę pokładu, powoli, niczym sypiące się kwiaty. Téméraire instynk¬townie zasyczał i podniósł wysoko łeb z krezą przyklejoną płasko do karku. Opierał łapę o reling, cały napięty, gotowy do skoku. - Laurence, nic wam nie grozi? - zawołał zaniepokojony. - Tak, nic nam nie będzie. Leć natychmiast - powiedział Laurence i dał znak swoim ludziom, żeby schodzili ze smoczego pokładu; niepokoił się oTemeraire'a, pod którym deski uginały się niebezpiecznie. - Łatwiej będzie ugasić ogień, kiedy już wyjdzie przez pokład - dodał, głównie po to, by dodać odwagi tym, którzy go słyszeli, bo tak naprawdę nie wyobrażał sobie, by udało się ugasić pożar, jeśli smoczy pokład się zawali. - Dobrze, w takim razie pomogę im - odpowiedział Témé¬raire i wzbił się w powietrze. Garstka marynarzy bardziej dbających o własne życie niż bezpieczeństwo okrętu opuściła już na wodę przy rufie jolkę, licząc na to, że oficerowie niczego nie zauważą, zajęci walką z ogniem. Ci uciekinierzy wyskoczyli w panice do wody, gdy Téméraire pojawił się nieoczekiwanie nad łodzią. Nie zwrócił uwagi na ludzi, chwycił jolkę, wepchnął ją pod wodę niczym chochlę, a potem podniósł w górę, tak że nadmiar wody wypłynął wraz z wiosłami. Trzymając równo łódź, poleciał z powrotem na okręt i wylał wodę na smoczy pokład: strumienie wody opadły z sykiem na deski i spłynęły kaskadą po schodni. - Przynieście siekiery! - zawołał Laurence. Spoceni marynarze zaczęli rąbać deski, z każdego nowego przecięcia buchała para, a ostrza siekier ślizgały się na mokrym i nasączonym smołą drewnie. Musieli mocno trzymać się na nogach, kiedy Téméraire raz po raz ich zalewał, ale tylko dzięki nieustannemu napływowi wody można było zdławić gęsty dym utrudniający im pracę. Kilku ludzi zachwiało się i runęło bez zmysłów na pokład, lecz nie było czasu, żeby przeciągnąć ich w bezpieczne miejsce. Laurence pracował ramię w ramię ze zbrojmistrzem Prattem. Machali nierówno siekierami, długie ciemne strużki potu wystąpiły na ich koszule, aż nieoczekiwanie rozległ się głośny trzask i duża część smoczego pokładu zapadła się i osunęła w wypełnioną ryczącym ogniem gardziel kuchni. Laurence zachwiał się niebezpiecznie na krawędzi, lecz jego pierwszy oficer, porucznik Granby, odciągnął go na bok. Zato¬czyli się, a na wpół oślepiony Laurence niemal wpadł w ramiona Granby ego; z trudem oddychał, a oczy piekły go niemiłosiernie. Granby poprowadził go na dół, lecz spadła na nich kolejna porcja wody i strumień zniósł ich na sam dół, tak że zatrzymali się dopiero na czterdziestodwufuntowej karonadzie pokładowej. Laurence podciągnął się na relingu i zwymiotował za burtę; gorzki posmak w ustach nie był tak uciążliwy jak gryzący smród, którym przesiąkły jego włosy i ubranie. Pozostali ludzie opuszczali smoczy pokład, tak więc teraz można było lać strugi wody bezpośrednio na ogień. Téméraire pracował równo, a obłoki dymu kurczyły się: strumienie czarnej wody spływały przez kuchenne drzwi na niższy pokład. Lau¬rence, dręczony nudnościami, był dziwnie roztrzęsiony i odnosił wrażenie, że powietrze, które chwytał

łapczywie w usta, nie wypełnia jego płuc. Riley wydawał polecenia ochrypłym głosem przez tubę, niemal zagłuszany przez syk dymu, bosman zaś całkiem już zamilkł i ustawił ludzi, popychając ich w kierunku luków, tak że wkrótce w zorganizowanym szeregu podawali sobie tych, którzy zemdleli lub którzy zostali podeptani. Laurence ucieszył się, gdy zobaczył, jak wynoszą na górę Therrowsa. Té¬méraire wylał jeszcze jeden strumień wody na dogasające części pokładu, a chwilę później w głównym luku ukazała się głowa zasapanego sternika Bassona, który zawołał do Rileya: - Już nie dymi, sir, a deski nad pokładem mieszkalnym są całe, tylko rozgrzane. Pożar ugaszony. Rozległ się nierówny, lecz płynący prosto z serca okrzyk ra¬dości. Laurence zaczął odzyskiwać oddech, choć wciąż pluł na czarno przy każdym ataku kaszlu. Granby pomógł mu dźwignąć się na nogi. Nad pokładem rozpościerała się dymna mgiełka jak po wystrzale z działa, a gdy Laurence wyszedł na górę, w miejscu smoczego pokładu ujrzał ziejącą dziurę, otoczoną nadpalonymi końcami desek, kruchymi niczym spalony papier. W środku zniszczonej kuchni leżało skręcone ciało nieszczęsnego ku¬charza, z poczerniałą czaszką, kikutami nóg sięgającymi kolan i spalonymi na popiół drewnianymi protezami. Opuściwszy łódź, Téméraire niepewnie zawisł na chwilę w powietrzu, po czym opadł na wodę przy okręcie, ponieważ nie miał gdzie wylądować. Podpłynął bliżej, uczepił się relingu i uniósł łeb nad burtę. - Nic ci nie jest, Laurence? - zapytał zaniepokojony. - A co z moją załogą? - W porządku, wszyscy są - rzucił Granby. Emily, której płowe włosy upstrzone były szarymi plamkami sadzy, przyniosła im dzban z wodą zaczerpniętą z kadzi, stęchłą, nasyconą smrodem portu i smaczniejszą teraz niż wino. Riley wyszedł do nich na górę. - Ale ruina - powiedział, oglądając pogorzelisko. - No cóż, dzięki Bogu uratowaliśmy okręt, ale nawet nie chcę myśleć, kiedy będziemy mogli wyruszyć. - Przyjął ochoczo dzban od Laurence'a i pił długo, zanim przekazał go Granby'emu. - Cho¬lernie mi przykro, ale chyba wszystkie twoje rzeczy zostały zniszczone - dodał, ocierając usta: starsi awiatorzy zajmowali kajuty bliżej dziobu, pod kuchnią. - Dobry Boże - rzekł zamyślony Laurence - i nie mam pojęcia, co się stało z moim mundurem. - Cztery. Cztery dni - oznajmił kiepsko władający an¬gielszczyzną krawiec, podnosząc jednocześnie palce, by mieć pewność, że został zrozumiany. Laurence westchnął i odpowiedział: - No cóż, dobrze. Nie za bardzo pocieszyła go myśl, że teraz i tak nie trzeba się spieszyć, bo przecież naprawa okrętu zajmie co najmniej dwa miesiące, a przez ten czas będzie musiał czekać z załogą na brzegu. - A potrafisz odnowić ten drugi? - zapytał. Obaj spojrzeli na mundur, który Laurence przyniósł na wzór, teraz bardziej czarny niż ciemnozielony, z dziwnym osadem na guzikach, woniejący dymem i morską wodą. Krawiec nie powie¬dział nie, lecz wyraz jego twarzy mówił sam za siebie. - Weź to - odezwał się wreszcie krawiec i wyszedł na za¬plecze pracowni. Po chwili wrócił z innym ubraniem: nie mundurem, ale pi¬kowanym kaftanem, jakie nosili chińscy żołnierze, z rozciętym przodem jak w tunice i krótkim stójkowym kołnierzem. - Och, no cóż... - Laurence popatrzył niepewnie na kaf¬tan. Był uszyty z jedwabiu w jaśniejszym odcieniu zieleni niż jego mundur, ozdobiony złotą i jasnoczerwoną nicią na szwach. Przynajmniej nie był aż tak ozdobny jak oficjalny strój, który musiał nosić wcześniej.

Tego wieczoru wraz z Granbym miał zjeść kolację w towa¬rzystwie przedstawicieli Kompanii Wschodnioindyjskiej i nie mógł tam się zaprezentować w niekompletnym stroju czy też dusić się w grubym ubraniu, w którym przyszedł do krawca. Zadowolony, że ma przynajmniej ten chiński kaftan, wrócił do kwatery w porcie i dowiedział się od Dyera i Roland, że w całym mieście nie dostanie odpowiedniego stroju za żadne pieniądze, co go specjalnie nie zdziwiło, bo przecież szacowni panowie nie chcieli wyglądać jak awiatorzy, a ciemnozielony kolor nie należał do specjalnie popularnych w zachodniej enklawie. - Może zapoczątkujesz nową modę - rzekł Granby, na poły rozbawionym, na poły pocieszającym tonem. Sam, chudy i wysoki, nosił mundur odebrany jednemu z nie¬szczęsnych skrzydłowych, których ubrania nie ucierpiały, jako że zostali zakwaterowani na niższym pokładzie. Z nieco przy-krótkimi rękawami i bladą twarzą tradycyjnie przyrumienioną słońcem nie wyglądał obecnie na swoje dwadzieścia sześć lat, ale przynajmniej nie wzbudzał podejrzeń. Laurence, znacznie szerszy w barach, nie mógłby zabrać munduru jakiemuś pod¬władnemu i mimo że Riley zaproponował mu pomoc, nie miał zamiaru pokazywać się w niebieskim mundurze, jakby wstydził się tego, że jest awiatorem, i chciał wciąż uchodzić za kapitana Królewskiej Marynarki. Wraz z załogą został zakwaterowany w przestronnym domu, ustawionym na samym nabrzeżu i należącym do holenderskiego kupca, który chętnie go użyczył i przeniósł się z rodziną w głąb miasta, żeby uniknąć towarzystwa smoka. Z powodu zniszczenia smoczego pokładu Téméraire zmuszony był spać na plaży, ku przerażeniu mieszkańców zachodniej enklawy, a także ku wła¬snej udręce, jako że wybrzeże zamieszkiwały nieduże, irytujące kraby, które uparcie traktowały go jak kamień i próbowały się pod nim ukryć, kiedy spał. W drodze na kolację Laurence i Granby zatrzymali się, żeby się z nim pożegnać. Téméraire przynajmniej pochwalił nowy strój Laurence'a; uznał odcień za bardzo ładny i szczególnie zachwycił się złotymi guzikami oraz szwem. - Dobrze się prezentuje z szablą - dodał, obróciwszy nosem Laurence'a, by mu się lepiej przyjrzeć. Wspomnianą szablę sam mu podarował, więc uznawał ją za najważniejszą część całości. Był to także jedyny element, którego Laurence się nie wstydził; koszuli, którą na szczęście mógł za¬kryć kurtką, za nic nie dało się doczyścić, spodnie pozostawiały wiele do życzenia, pończochy zaś zasłonił wysokimi butami. Kiedy odchodzili, Téméraire zasiadł do kolacji pod czujnym okiem dwóch skrzydłowych i oddziału żołnierzy należących do prywatnych sił Kompanii Wschodnioindyjskiej. Sir George Staunton wypożyczył ich, by strzegli Temeraire'a nie przed niebezpieczeństwem, ale przed zbyt gorliwymi sprzymierzeńca¬mi. W przeciwieństwie do ludzi Zachodu, którzy opuścili domy usytuowane w pobliżu nabrzeża, Chińczycy nie bali się smoków, bo żyli wśród nich od dzieciństwa, a nieliczne Niebiańskie tak rzadko opuszczały cesarski pałac, że gdy ktoś miał okazję któ¬regoś z nich zobaczyć czy wręcz dotknąć, uważał to za zaszczyt i zapowiedź szczęścia. Staunton zorganizował tę kolację, żeby zapewnić oficerom rozrywkę, która by ich oderwała od trosk związanych z nieszcz꬜liwym W7padkiem, zupełnie nieświadomy tego, że wpędzi awia-torów w takie problemy związane z doborem stroju. Laurence nie chciał odrzucać zaproszenia z tak trywialnego powodu i do ostatniej chwili wierzył, że znajdzie jakiś bardziej przyzwoity ubiór, tak więc teraz szedł z ponurą miną, gotowy stawić czoło trudom i drwinom towarzyszy przy stole. Jego pojawienie się przyjęto pełnym zdziwienia, lecz grzecz¬nym milczeniem, przynajmniej na początku; lecz gdy tylko przywitał się z sir George'em i wziął kieliszek wina, rozległy się

szepty. Jeden ze starszych pełnomocników kompanii, dżentel¬men, który lubił udawać głuchego, kiedy uznawał to za stosowne, powiedział bardzo wyraźnie: - Ci awiatorzy i ich kaprysy. Kto wie, co jeszcze im przyjdzie do głowy. Po tych słowach oczy Granby'ego zalśniły od hamowanej złości, a w pomieszczeniu dało się słyszeć też inne, mniej już dyskretne uwagi. - Jak myślisz, co on chce przez to powiedzieć? - zapytał pan Chatham, świeżo przybyły z Indii dżentelmen, który z za¬ciekawieniem przyglądał się Laurence'owi od drugiego okna. Rozmawiał właśnie z panem Grothing-Pyle'em, postawnym mężczyzną, który całą uwagę skupiał na zegarze, nie mogąc się doczekać rozpoczęcia kolacji. - Hm? Och, ma prawo ubierać się jak orientalny książę - od¬parł Grothing-Pyle i wzruszył ramionami, spojrzawszy obojętnie przez ramię. - Tym lepiej dla nas. Czujesz sarninę? Już z rok nie jadłem sarniny. Laurence odwrócił twarz ku otwartemu oknu, tyleż oburzony, co obrażony. Nie przyszło mu do głowy, że ktoś mógłby w ten sposób zinterpretować jego strój; przecież cesarz adoptował go tylko pro forma, by dać możliwość zachowania twarzy Chińczy¬kom, którzy twierdzili, że towarzyszem Niebiańskiego może być tylko ktoś z cesarskiej rodziny, podczas gdy Brytyjczycy ochoczo uznali ten gest za bezbolesne rozwiązanie sporu dotyczącego przechwycenia jaja zTemeraire'em. Bezbolesne przynajmniej dla wszystkich poza Laurence'em, który miał dumnego i władczego ojca i z niepokojem oczekiwał jego gwałtownej reakcji na tę adop¬cję. Oczywiście ta obawa go nie powstrzymała: przystałby na wszystko poza zdradą, żeby tylko nie rozstać się z Temeraire'em. Niemniej nigdy nie pragnął tak wielkiego i dziwnego zaszczytu, więc był zażenowany tym, że niektórzy uważają go za snoba, który ponad własne urodzenie przedkłada orientalne tytuły. Zakłopotanie zamknęło mu usta. Chętnie ubawiłby wszystkich historią swojego niezwykłego stroju, lecz nigdy nie wykorzystałby jej jako wymówki. Odpowiedział krótko na kilka uwag, ale był tak rozwścieczony, że jego twarz pobladła i przybrała odpychający, posępny, niemal groźny wyraz, przez co rozmowy wokół niego prawie całkiem przycichły. Zazwyczaj miał pogodne oblicze i choć nie był mocno opalony, to lata spędzone na słońcu pozostawiły na jego skórze miedziany połysk; te rysy jego twarzy tym bardziej teraz kontrastowały z jej wyrazem. Ci ludzie zawdzięczali jeśli nie żvcie, to przynajmniej fortuny sukcesowi dyplomatycznej misji w Pekinie; porażka oznaczałaby otwartą wojnę i koniec handlu z Chinami, a zwycięstwo Laurence przypłacił rozlewem krwi i utratą jednego ze swoich ludzi. Nie spodziewał się wylewnych podziękowań, zresztą nawet by ich nie przyjął, ale zupełnie czym innym były nieuprzejmość i szyderstwo. - Wejdziemy do środka? - powiedział sir George, wyjąt¬kowo szybko, a przy stole ze wszystkich sił starał się oczyścić nieprzyjemną atmosferę; kamerdyner schodził do piwnicy kil¬kakrotnie i przynosił coraz bardziej wyszukane wina, jedzenie zaś było wyśmienite pomimo ograniczonych zasobów kucharza Stauntona: podano między innymi wybornego smażonego kar¬pia na ragout z małych krabów, a jako danie główne wniesiono dwa upieczone sarnie udźce i półmisek pełen jasnoczerwonej galaretki porzeczkowej. Rozmowa znowu toczyła się wartko; Laurence nie mógł pozostać obojętny na to, że Staunton szczerze pragnie, żeby goście poczuli się swobodnie, .przecież nie należał do ludzi nie¬przejednanych; jego nastrój poprawił się jeszcze bardziej, kiedy przyniesiono doskonałego burgunda. Nikt już nie wspominał o strojach i cesarskich koneksjach i Laurence po kilku daniach tak się rozluźnił, że zdecydował się na nasączony brandy deser biszkoptowo- owocowy z bitą śmietaną, lecz za drzwiami jadalni rozległ się jakiś hałas, a potem coraz bardziej głośną rozmowę przerwał przenikliwy pisk, podobny do krzyku kobiety. Zapadła cisza, kieliszki zastygły w powietrzu, parę krzeseł przesunęło się do tyłu. Staunton wstał, chwiejąc się lekko, i przeprosił gości. Zanim zdążył dojść do drzwi, te otworzyły się gwałtownie i do jadalni wszedł tyłem zaniepokojony słu¬żący Stauntona, potykając się i

protestując głośno po chińsku. Po chwili łagodnie, lecz zdecydowanie odsunął go na bok inny Azjata, ubrany w pikowany kaftan i okrągłą czapkę z ciemnej wełny; odzienie przybysza, typowo chińskie, było zakurzone i pokryte żółtymi plamami, a na jego przedramieniu osłoniętym rękawicą siedział orzeł, strosząc złocistobrązowe pióra i groźnie łypiąc żółtymi oczyma; kłapnął dziobem i przesunął się, wbijając pazury we wzmocnioną osłonę. Przez jakiś czas goście patrzyli na mężczyznę, a on na nich. Wreszcie przybysz, ku zaskoczeniu wszystkich, przemówił po angielsku z nieskazitelnym salonowym akcentem: - Wybaczcie, panowie, że przeszkadzam w kolacji, ale moja sprawa nie może czekać. Czy jest tu kapitan William Laurence? Laurence nie od razu zareagował, oszołomiony winem i zaskoczony. W końcu wstał, podszedł do przybysza i - pod nieprzyjaznym spojrzeniem orła - odebrał od niego owinięty w nieprzemakalny materiał, zalakowany pakiet. - Dziękuję panu - powiedział. Gdy przyjrzał się przybyszowi uważniej, stwierdził, że jego pociągła i wychudzona twarz nie ma tylko chińskich rysów: oczy, chociaż ciemne i lekko skośne, mimo wszystko wskazy¬wały bardziej na mieszkańca Zachodu, kolor skóry zaś, kojarzący się z wypolerowanym drewnem tekowym, więcej zawdzięczał wpływowi natury niż urodzeniu. Obcy skłonił uprzejmie głowę. - Cieszę się, że mogłem pomóc. Nie uśmiechnął się, lecz w jego oku pojawił się błysk su¬gerujący rozbawienie reakcją zebranych, którą zapewne zwykł wywoływać. Przybysz spojrzał po raz ostatni na gości, kiwnął głową do Stauntona i wyszedł równie nagle, jak się pojawił, mijając kolejnych służących, którzy przybyli pospiesznie do pomieszczenia. - Dajcie panu Tharkayowi coś do jedzenia - poinstruował cicho służących Staunton i posłał ich za mężczyzną. Tymczasem Laurence przyjrzał się uważniej pakietowi. Letni upał rozmiękczył wosk, przez co odciśnięty znak stał się w dużej części niewyraźny, a sama pieczęć nie chciała łatwo odejść ani się złamać, tylko ciągnęła się jak miękki cukierek, pozostawiając długie nitki na palcach. Koperta zawierała tylko jeden arkusz papieru, list napisany w Dover przez admirała Lentona w lako¬nicznym stylu oficjalnego rozkazu: wystarczył jeden rzut oka, by zapoznać się z treścią. ...niniejszym poleca się panu udać bez zwłoki do Stambułu i odebrać z Biur Awrama Madena, pozostającego w służbie Jego Wysokości Selima III, trzy Jaja, które za obopólną zgodą są teraz własnością Korpusu Jego Królewskiej Mości, a następ¬nie zabezpieczyć je starannie przed Żywiołami i dostarczyć pod opiekę przydzielonych im Oficerów, którzy będą Was oczekiwać w kryjówce w Dunbarze... Wiadomość tradycyjnie już kończył ponury epilog, „w razie niepowodzenia zostanie Pan wraz ze swoimi ludźmi pociągnięty do odpowiedzialności". Laurence podał list Granby'emu, a ten po chwili przekazał go Rileyowi i Stauntonowi, którzy dołączyli do nich w bibliotece. - Laurence - powiedział Granby - nie możemy tu siedzieć • czekać na koniec napraw, a potem płynąć przez wiele miesięcy. Musimy ruszać natychmiast. - A jak zamierzasz to zrobić? - zapytał Riley, podnosząc wzrok znad listu, który czytał ponad ramieniem Stauntona. - Nie ma w porcie drugiego okrętu, który wytrzymałby ciężar Teme-raire'a choćby przez kilka godzin. Nie dasz rady przelecieć nad oceanem bez odpoczynku. - Przecież nie zmierzamy do Nowej Szkocji, dokąd można dostać się tylko przez morze - rzekł Granby. - Musimy podró¬żować drogą lądową. - Och, daj spokój - rzucił ze zniecierpliwieniem Riley.

- Dlaczego nie? - zapytał Granby. - Niezależnie od napraw, podróż drogą morską nie wchodzi w grę, bo strasznie długo opływalibyśmy Indie. Tymczasem możemy przelecieć prosto przez Tatarie... - Pewnie, możecie też wskoczyć do wody i popłynąć do samej Anglii - zauważył Riley. - Wcześniej to lepiej niż później, ale później to lepiej niż wcale; na pokładzie Allegiance szybciej dotrzecie do celu. Laurence przysłuchiwał się ich rozmowie jednym uchem, odczytując ponownie wiadomość. Trudno było wywnioskować z typowego stylu oficjalnego rozkazu, czy pośpiech jest faktycz¬nie uzasadniony; ale chociaż smoki mogły potrzebować bardzo dużo czasu na wyklucie się, były nieprzewidywalne i nie tkwiły w skorupie w nieskończoność. - Trzeba też pamiętać, Tom - zwrócił się do Rileya - że rejs do Basry może potrwać nawet pięć miesięcy przy niepomyślnej pogodzie, a stamtąd i tak będziemy musieli podróżować drogą lądową do Stambułu. - I na koniec zamiast trzech jaj prawdopodobnie będziemy mieli trzy smoczątka - dodał Granby. Stanowczo stwierdził, że smoki mogą się niebawem wykluć, a przynajmniej na tyle szybko, że trzeba się z tym liczyć. - Niewiele ras siedzi w jaju więcej niż parę lat - wyja- £n jł - a Admiralicja z pewrnością kupiła jaja, które mają za sobą co najmniej połowę okresu wylęgu: gdyby to były jeszcze młodsze smoki, nie dałoby się określić, kiedy się wyklują. Nie możemy tracić czasu. Nie rozumiem tylko, dlaczego wysyłają nas, a nie jakąś załogę z Gibraltaru. Laurence, nie zaznajomiony dobrze z pozycjami posterunków Korpusu, nie pomyślał o tym wcześniej, i dopiero teraz uznał za dziwne, że to im przydzielono to zadanie, mimo iż znajdowali się o wiele dalej. - Ile zajęłoby im dotarcie do Stambułu? - zapytał zaniepo¬kojony. Nawet gdyby znaczną część wybrzeża kontrolowały francu¬skie patrole, to przecież nie mogą być wszędzie, a pojedynczy smok zdołałby jakoś znaleźć miejsce na odpoczynek. - Dwa tygodnie, może trochę mniej, gdyby się wysilili - od¬parł Granby. - Tymczasem my, nawet w wypadku podróży lądem, będziemy potrzebowali co najmniej paru miesięcy. - Czy w takim razie nie wynika z tego, że nie jest to aż tak bardzo pilna sprawa? - wtrącił Staunton, który z niepoko¬jem przysłuchiwał się ich rozmowie. - Sądzę, że list ten szedł tutaj jakieś trzy miesiące. Tak więc kilka miesięcy więcej nie powinno robić różnicy, bo inaczej Korpus wysłałby po jaja kogoś stacjonującego bliżej. - Gdyby można go wrysłać - rzekł ponuro Laurence. Anglia cierpiała na brak smoków i nie mogła sobie pozwolić na wyłączenie na miesiąc jednego lub dwóch w sytuacji kryzysowej, a już z pewnością nie ciężkiego smoka, takiego jak Téméraire. Być może Bonaparte znowu groził inwazją przez kanał albo atakiem na Flotę Śródziemnomorską, przez co do dyspozycji pozostawał tylko Téméraire i garstka smoków przebywających w Bombaju i Madrasie. - Nie - stwierdził Laurence, rozważywszy te nieprzyjemne możliwości - nie możemy czynić podobnych założeń. Tak czy owak, określenie „bez zwłoki" jest jednoznaczne, a Téméraire może w każdej chwili polecieć. Wiem, co bym pomyślał o kapita¬nie, który po otrzymaniu takiego rozkazu ociągałby się w porcie pomimo pomyślnego wiatru i prądu. Widząc, że Laurence jest coraz bliższy podjęcia decyzji, Staunton wtrącił pospiesznie: - Kapitanie, proszę nie podejmować tak dużego ryzyka. Zaraz zawtórował mu Riley, który znał Laurencea od wielu lat, więc był bardziej bezpośredni: - Na miłość boską, Laurence, chyba nie chcesz popełnić takiego szaleństwa. Ponadto nie nazwałbym oczekiwania na koniec napraw Allegiance ociąganiem się w porcie. Podróż

lądem przypominałaby wyruszenie prosto w sztorm, a tydzień cierpli¬wości zagwarantowałby dobrą pogodę. - Mówisz tak, jakby nasza podróż oznaczała pewną śmierć -zawołał Granby. - Owszem, byłoby trudno i niebezpiecznie, gdybyśmy szli z karawaną i taszczyli towar przez pół świata, ale nikt nas specjalnie nie zaczepi, jeśli zobaczy Temeraire'a. Musimy tylko znaleźć miejsce na odpoczynek w nocy. - I dość jedzenia, żeby nakarmić ogromnego smoka - rzucił na to Riley. Staunton przytaknął mu i spróbował pójść dalej tym tropem: - Chyba nie zdajecie sobie sprawy, jak rozległe i wyludnione jest to terytorium. Wyjął kilka map spomiędzy książek i innych papierów, by pokazać Laurence'owi ten region: nawet na papierze był to bardzo nieprzyjazny obszar, tylko nieliczne punkty niedużych miast urozmaicały połacie jałowej ziemi i rozległe plamy pustyń za górami. Na jednej ze starych i rozlatujących się map ktoś nakreślił staroświeckim odręcznym pismem na żółtej plamie pustyni słowa „tu nie ma wody przez 3 tygodnie". - Proszę mi wybaczyć, że tak zdecydowanie wyrażam swoje zdanie, lecz jest to bardzo niebezpieczny szlak i Admiralicja z pewnością nie pochwaliłaby tego wyboru. - Ale Lenton nie chciałby też zapewne, żebyśmy strzępili sobie języki przez sześć miesięcy - powiedział Granby. - W koń¬cu ludzie podróżują lądem, na przykład ten cały Marco Polo, i to prawie dwa wieki temu. - Owszem, a potem była ekspedycja Fiteha i Newbery'e-go - rzekł Riley. - Przez takie lekkomyślne zachowanie stracili trzy smoki podczas pięciodniowej zamieci śnieżnej w górach... - A ten Tharkay, który przyniósł list - zwrócił się Laurence do Stauntona, przerywając dyskusję, która zaczynała się robić gorąca, bo Riley przemawiał coraz ostrzejszym tonem, a na bladej twarzy Granby ego pojawiły się wymowne rumieńce. - Przecież on przybył tu lądem, prawda? - Mam nadzieję, że nie chcesz stawiać go sobie za przy¬kład - rzucił Staunton. - Jeden mężczyzna może przejść tam, gdzie nie da rady grupa, i obejdzie się bez wielu rzeczy, szcze¬gólnie taki zaprawiony podróżnik jak on. Ale on ryzykuje tylko własne życie, a ty musisz pamiętać, że opiekujesz się niezwykle cennym smokiem, którego utrata miałaby większe znaczenie niż nawet ta misja. - Och, proszę, ruszajmy natychmiast - powiedział niezwykle cenny smok, gdy Laurence przedstawił mu wciąż nierozwiązany problem. - To będzie ekscytujące doświadczenie. - Téméraire siedział na plaży z szeroko otwartymi oczyma w dość chłodnym powietrzu wieczoru, machając entuzjastycznie ogonem w przód i w tył, przez co usypał po bokach nieduże wały z piasku. - A czy¬je to jaja? Może smoków ziejących ogniem? - Boże, żeby tylko dali nam Kazilika - powiedział Gran¬by. - Ale podejrzewam, że będą to zwykłe średnie smoki: co jakiś czas zawiera się takie umowy, żeby dodać trochę świeżej krwi do naszych linii. - O ile szybciej dotarlibyśmy do domu? - zapytał Téméraire, przekrzywiając łeb, tak by jednym okiem spojrzeć na mapy, któ¬re Laurence rozłożył na piasku. - Zobacz tylko, Laurence, jak bardzo musielibyśmy zboczyć, gdybyśmy tam popłynęli, a poza tym ja nie potrzebuję ciągle wiatru, tak jak okręt: wrócimy do domu przed końcem lata. Ta ocena była równie optymistyczna, co nieprawdopodobna, gdyż Téméraire nie potrafił zbyt dobrze rozpoznać skali mapy; ale przynajmniej wróciliby do Anglii przed końcem września, co było na tyle zachęcające, że pozwalało zapomnieć o ostroż¬ności. - To nie jest takie proste - rzekł Laurence. - Dostaliśmy przydział na Allegiance i Lenton założył zapewne, że udamy się tam na pokładzie okrętu. Podróż dawnymi szlakami jedwabnymi może być ryzykowna i nie mów mi - rzucił z przyganą- że nie ma się czym martwić.

- Ale to n i e może być aż tak niebezpieczne - odparł niczym nie zrażony Téméraire. - Przecież nie zamierzam po¬zwolić ci podróżować samemu, będę cię strzegł. - Dobrze wiem, że stawiłbyś czoło całej armii, żeby tylko nas obronić - powiedział Laurence - ale nawet ty nie jesteś w stanie pokonać górskiej zamieci. Wcześniejsza wzmianka Rileya o nieszczęsnej wyprawie przez Przełęcz Karakorum wywołała nieprzyjemne uczucia. Lau¬rence potrafił sobie dobrze wyobrazić, co by się stało, gdyby trafili na burzę: Téméraire przegrałby z mroźnym wiatrem, śniegiem i lodem pokrywającym krawędzie jego skrzydeł poza zasięgiem załogi, która mogłaby go rozkruszyć; oślepieni wirującym śnie¬giem, lataliby w kółko, starając się uniknąć zderzenia ze skalnym zboczem; z powodu dotkliwego zimna smok stawałby się coraz bardziej ociężały i powolny, do tego nie miałby się gdzie schronić w skutych lodem górach. W takich okolicznościach Laurence musiałby wybierać: albo kazać Temeraire'owi wylądować i skazać go na szybszą śmierć, żeby ratować życie załogi, albo pozwolić mu kontynuować lot ku powolnej zagładzie wszystkich: wobec takiej przerażającej perspektywy Laurence mógłby z całkowitym spokojem napawać się myślą o śmierci podczas bitwy. - Tak więc im szybciej wyruszymy, tym lepiej, gdyż łatwo się przeprawimy - stwierdził Granby. - Sierpień jest lepszy niż październik, bo będzie można uniknąć burz. - I zamiast tego upiec się żywcem na pustyni - zauważył Riley. Granby mu się zrewanżował. - Nie chcę powiedzieć - rzucił z błyskiem w oku, który przeczył jego słowom - że ktoś tu zrzędzi jak stara baba... - Bo oczywiście tak nie jest - przerwał mu ostro Laurence. -Masz absolutną rację, Tom. Problem nie w burzach, lecz w tym, że nie zdajemy sobie do końca sprawy z trudności związanych z podróżą. I musimy się im przyjrzeć, zanim zdecydujemy, czy ruszać czy zaczekać. - Jeśli zaproponujesz mu pieniądze, żeby cię poprowadził, on powie oczywiście, że droga jest bezpieczna - rzekł Riley. -A potem może równie dobrze zostawić cię gdzieś w szczerym polu. Także Staunton podjął kolejną próbę wpłynięcia na Lau¬rence^, kiedy ten przyszedł i zapytał o Tharkaya rankiem następnego dnia. - Czasem przywozi nam listy i załatwia sprawy Kompanii w Indiach - wyjaśnił Staunton. - Jego ojciec był dżentelmenem, chyba starszym oficerem, i zadbał o jego wykształcenie. Mimo to nie można na nim polegać, niezależnie od jego dobrych manier. Jego matka pochodziła stąd, była mieszkanką Tybetu, Nepalu czy czegoś takiego, on zaś spędził znaczną część życia w różnych dzikich miejscach. - Jeśli o mnie chodzi, to wolę mieć za przewodnika pół-An-glika niż kogoś, kogo z trudem da się zrozumieć - powiedział później Granby, gdy szedł z Laurence'em uliczkami Makao; po deszczach rynsztoki wciąż wypełniała woda, a góry śmieci pokryła zielonkawa warstwa. - Nie ma co narzekać, bo właśnie taki włóczęga jak Tharkay jest nam potrzebny. Wreszcie znaleźli tymczasową kwaterę Tharkaya: lichy piętrowy domek z opadającym dachem w chińskiej dzielnicy, podtrzymywany głównie przez sąsiednie budynki, wspierające się o siebie nawzajem niczym pijani starcy. Przywitał ich właści¬ciel, który zmarszczył brwi i zamruczał coś pod nosem, zanim ich wpuścił. Tharkay siedział na wewnętrznym dziedzińcu i karmił orła kawałkami surowego mięsa; na palcach jego lewej dłoni wid¬niały białe blizny po ranach zadanych ostrym dziobem podczas poprzednich karmień, a także kilka świeżych krwawiących zadrapań, na które mężczyzna nie zwracał uwagi. - Tak, przybyłem tu drogą lądową - odpowiedział na pytanie Laurence'a - ale panu bym tej trasy nie polecał, kapitanie. Nie jest to wygodna podróż, w przeciwieństwie do rejsu.

Podniósł w palcach kolejny kawałek, a ptak porwał go łapczy¬wie, spoglądając na nich groźnie z dziobem pełnym ociekającego krwią mięsa. Laurence nie bardzo wiedział, jak się zwracać do Tharkaya, ponieważ nie był on ani wyżej postawionym służącym, ani dżentelmenem, ani tubylcem. Jego nienaganny akcent stał w sprzeczności z marnym strojem i otoczeniem, choć pewnie Tharkay nie mógł liczyć na lepsze zakwaterowanie, ze względu na strój i towarzystwo orła. Sam nie pomagał też w rozszyfrowa¬niu swojego dwuznacznego statusu; jego zachowanie graniczyło z lekką arogancją i było mniej oficjalne, niż Laurence mógłby oczekiwać u nowego znajomego, zupełnie jak u kogoś, kto bun¬tuje się przeciwko traktowaniu go jak służącego. Mimo to Tharkay chętnie odpowiedział na ich wszystkie pytania, a potem, kiedy już nakarmił orła, posadził go na żerdzi z kapturem na głowie i pozwolił mu zasnąć, pokazał im sprzęt, którego używał podczas wyprawy: specjalny namiot do podró¬ży przez pustynię, podszyty futrem, ze wzmocnionymi skórą otworami wzdłuż brzegów, dzięki którym, jak wyjaśnił, można było szybko związać razem podobne namioty, by utworzyć parawan dla wielbłąda albo nawet smoka, chroniący przed pia¬skową burzą, gradem lub śniegiem. Miał też poręczną manierkę, owiniętą skórą i dobrze nawoskowaną, która nie przepuszczała wody, z przywiązanym do niej cynowym kubkiem, w połowie i przy krawędzi poznaczonym kreskami; do tego nieduży kom¬pas w drewnianej obudowie oraz gruby dziennik pełen małych własnoręcznie narysowanych map z uwagami nakreślonymi drobnym i starannym pismem. Wszystkie te rzeczy nosiły ślady użytkowania, ale były dobrze utrzymane; najwyraźniej Tharkay znał się na rzeczy i nie był nadgorliwy, czego obawiał się Riley., - Nie zamierzałem wracać do Stambułu - powiedział, gdy Laurence zapytał go wreszcie, czy zgodziłby się zostać ich prze¬wodnikiem. - Nie mam tam nic do roboty. - A gdzieś indziej masz? - rzekł Granby. - Bez ciebie będzie piekielnie trudno, a poza tym przysłużyłbyś się ojczyźnie. - Otrzymasz też sowitą zapłatę - dodał Laurence. - Ach, skoro tak - rzucił Tharkay, a na jego ustach pojawił się cierpki uśmiech. - Mam tylko nadzieję, że Ujgurzy nie poderżną wam wszyst¬kim gardeł - powiedział zrezygnowanym tonem Riley, po tym jak bezskutecznie spróbował podczas obiadu kolejny raz namówić ich, żeby zostali. - Zjesz ze mną jutro obiad na pokładzie, Lau¬rence? - zapytał, przechodząc na łódź. - Dobrze. Prześlę wam skórę i kuźnię okrętową - zawołał, przekrzykując plusk wioseł zanurzających się w wodzie. - Nikomu nie pozwolę poderżnąć wam gardeł - rzucił nieco oburzony Téméraire. - Chociaż chciałbym zobaczyć Ujgura. Czy to taki smok? - Raczej ptak - powiedział Granby. Laurence miał co do tego wątpliwości, lecz nie chciał opo¬nować, skoro nie był tego pewny. - To plemię - wyjaśnił Tharkay następnego ranka. - Och. - Téméraire był nieco rozczarowany, ponieważ wi¬dział już ludzi. - To niezbyt ekscytujące, ale może przynajmniej są bardzo groźni? - zapytał z nadzieją. - Macie dość pieniędzy na zakup trzydziestu wielbłądów? -zwrócił się do Laurencea Tharkay, gdy wreszcie udało mu się przejść długie przesłuchanie na temat czekających ich uroków podróży, takich jak gwałtowne burze piaskowe czy zamarznięte górskie przełęcze. - Będziemy lecieć - odpowiedział zdezorientowany Lau¬rence. - Téméraire nas poniesie - dodał, podejrzewając, że Tharkay źle go zrozumiał. - Tylko do Dunhuang - rzekł spokojnie Tharkay. - Potem trzeba będzie kupić wielbłądy. Jeden wielbłąd może ponieść dzienny zapas wody dla smoka jego wielkości, a później oczy¬wiście może zjeść tego wielbłąda. - Czy naprawdę nie da się inaczej? - zapytał Laurence, zaniepokojony tym, że stracą tyle czasu, ponieważ liczył na to, iż szybko przelecą nad pustynią. - W razie potrzeby

Téméraire może pokonać co najmniej sto mil dziennie. Z pewnością da się znaleźć wodę przy takich odległościach. - Nie na pustyni Takla Makan - odparł Tharkay. - Szlaki karawan zanikają, a wraz z nimi umierają miasta. Do tego w oa¬zach jest coraz mniej wody. Pewnie znajdziemy jej dość dla siebie i wielbłądów, ale będzie słonawa. Musimy mieć własną wodę, jeśli nie chcesz, żeby twój smok padł z pragnienia. Tymi słowami Tharkay oczywiście uciął dalszą dyskusję. Laurence zrozumiał, że będzie musiał poprosić o pomoc sir George'a, gdyż kiedy opuszczał Anglię, nie spodziewał się, że będzie potrzebował funduszy na zakup trzydziestu wielbłądów i zapasów na podróż drogą lądową. - Nonsens, nie ma o czym mówić - rzekł Staunton, odma¬wiając przyjęcia weksla od Laurence'a. - Myślę, że zgarnę dzięki waszej misji jakieś pięćdziesiąt tysięcy funtów. Obawiam się tylko, że przykładam rękę do waszej zagłady. Laurence, wybacz, że wspominam o tak nieprzyjemnej ewentualności. Nie chcę ci podsuwać fałszywych podejrzeń, ale myśl ta nie daje mi spokoju, od kiedy postanowiłeś wyruszyć. Czy list nie mógł przypadkiem zostać sfałszowany? Zaskoczony Laurence spojrzał na niego, lecz Staunton mówił dalej: - Weź pod uwagę, że rozkaz, jeśli jest prawdziwy, musiał zo¬stać wydany, zanim jeszcze wiadomość o twoim sukcesie w Chi¬nach dotarła do Anglii - jeśli w ogóle tam już dotarła. Pomyśl tylko, jak by to wpłynęło na negocjacje, dopiero co zakończone, gdybyś bezceremonialnie odleciał z Temeraire'em: musielibyście wymykać się z kraju niczym złodzieje, a taka zniewaga oznacza¬łaby niechybnie wojnę. Trudno mi sobie wyobrazić powody, dla których ministerstwo wydałoby podobny rozkaz. Laurence posłał po list i po Granby'ego. Raz jeszcze przyjrzeli się uważnie rozkazowi w słonecznym blasku, który wpadał przez wychodzące na wschód okna. - Niech sczeznę, jeśli znam się na takich rzeczach, ale wydaje mi się, że to jest charakter pisma Lentona - powiedział niepewne Granby, oddając list. Laurence też tak myślał: litery były pochylone i rozchwiane, ale tego typu uchybienia, o czym nie wspomniał Stauntonowi, spotykało się dość często. Awiatorzy zaczynali służbę w wieku siedmiu lat, a ci najzdolniejsi zostawali gońcami jako dziesię-ciolatkowie, zaniedbując naukę na rzecz praktycznych ćwiczeń: jego kadeci narzekali po cichu, że każe im ćwiczyć kaligrafię i uczyć się trygonometrii. - Kto zadałby sobie tyle trudu? - zapytał Granby. - Ten francuski ambasador w Pekinie, De Guignes... Wyjechał jesz¬cze przed nami i teraz pewnie jest w połowie drogi do Francji. Dobrze wie, że negocjacje już się skończyły. - Może stoją za tym francuscy agenci nie tak dobrze poin¬formowani - rzekł Staunton - lub, co gorsza, wiedzący o twoim sukcesie i próbujący wciągnąć cię w pułapkę. Pustynni rozbójnicy chętnie zaatakowaliby was w zamian za pieniądze. I wiadomość pojawiła się dziwnym trafem akurat w chwili, gdy Allegiance został uszkodzony, a ty jesteś zniecierpliwiony nieplanowanym opóźnieniem. - No cóż, nie kryję, że skłaniam się ku tej wyprawie, pomimo wszystkich przeciwwskazań - rzekł Granby, kiedy wracali do swojej rezydencji: załoga rzuciła się już w wir przygotowań i na plaży rosły kolejne stosy pakunków. - Może to i niebezpieczna podróż, ale przecież nie jesteśmy niańkami cierpiącego na kolki niemowlęcia. Smoki powinny latać, a jak posiedzimy tu kolejne dziewięć miesięcy, na pokładzie czy na plaży, to on zupełnie straci zapał bojowy. - Podobnie jak połowa chłopaków, o ile już się nie rozpuści¬li _ stwierdził ponuro Laurence, obserwując wygłupy młodszych oficerów, którzy nie do końca pogodzili się z faktem, że tak niespodziewanie wrócili do pracy, i zachowywali się bardziej niesfornie, niż przystawałoby oficerom na służbie.

- Allen - zawołał ostro Granby - zajmij się lepiej swoją cho¬lerną uprzężą, jeśli nie chcesz, żebym cię nią przećwiczył. Nieszczęsny młody chorąży niewłaściwie zapiął rzemienie uprzęży i teraz długie pasy wlokły się za nim po ziemi, tak że mogły podciąć nogi albo jemu samemu, albo komuś innemu z załogi. Dowódca załogi naziemnej Fellowes i jego podwładni wciąż naprawiali uprząż zniszczoną podczas pożaru: wiele rzemieni zesztywniało i stwardniało od soli, inne zbutwiały lub spłonęły i trzeba było przygotować nowe; także część sprzączek wykrzy¬wiła się z gorąca i zbrojmistrz Pratt w pocie czoła prostował je w rozstawionej na plaży kuźni polowej. - Zaraz zobaczę - powiedział Téméraire, kiedy nałożyli mu uprząż na próbę, po czym wzbił się w powietrze, wzniecając tumany piasku. Zatoczył koło, wylądował i oznajmił załodze: - Proszę, ściągnijcie trochę mocniej lewy pas łopatkowy i wydłużcie podogonie. Kiedy dokonano jeszcze kilku drobnych poprawek, stwierdził, że jest zadowolony. Odłożyli uprząż na czas jego obiadu: otrzymał ogromną krowę upieczoną na rożnie i doprawioną ogromną ilością zielonej i czer¬wonej papryki z przyczernioną skórką, a także masę grzybów, w których zagustował w Kapsztadzie. Laurence odesłał ludzi na obiad, popłynął łodzią na pokład Allegiance i zjadł ostatni wspólny posiłek z Rileyem w wesołej, lecz spokojnej atmosferze. Nie pili dużo, a na koniec Laurence przekazał Rileyowi kilka listów, do matki i do Jane Roland, jako że służbową korespondencję załatwił wcześniej. - Z Bogiem - powiedział Riley, odprowadziwszy go do burty. Słońce ukryło się niemal za domami miasta, gdy łódź Lau-rence'a ruszyła do brzegu. Téméraire ogryzł do czysta wszystkie kości, a załoga wyszła z domu. - Wszystko leży dobrze - oznajmił Téméraire, kiedy znowu nałożyli mu uprząż i załoga zajęła pozycje. Tharkay, w czapce z paskiem zapiętym pod brodą, wspiął się bez trudu i podczepił w pobliżu Laurence'a, u nasady karku Temeraire'a. Z pokładu Allegiance rozległ się niespodziewanie huk armat: oficjalna salwa honorowa, na którą Téméraire od¬powiedział radosnym rykiem, spoglądając na powiewający na grotmaszcie sygnał „pomyślnych wiatrów". Napiął mięśnie, wziął głęboki oddech, od którego rozszerzyła się jego pierś, i wzbił się w powietrze. Port i miasto szybko oddaliły się pod nimi. Rozdział 2 L ecieli szybko, bardzo szybko; Téméraire był szczęśliwy, że może rozpostrzeć skrzydła, nie przejmując się wol¬niejszymi towarzyszami. Wbrew początkowym obawom Laurence'a Téméraire nie wykazywał oznak przemęczenia, jego mięśnie łopatkowe nie rozgrzewały się nadmiernie, tak więc po kilku dniach Laurence pozwolił mu samemu wyznaczać tempo lotu. Zdumieni i zaintrygowani urzędnicy wychodzili im po¬spiesznie na spotkanie, kiedykolwiek lądowali, by zdobyć poży¬wienie w pobliżu odpowiednio dużego miasta. Kiedy zasypywano ich pytaniami i domagano się wypełniania licznych dokumentów, Laurence wkładał ciężką szatę ozdobioną smokami, dar od cesa¬rza, i od razu wszyscy zaczynali kłaniać mu się pokornie w pas: w takich chwilach przynajmniej nie czuł się niewłaściwie ubrany, jak to

bywało, gdy miał na sobie prowizoryczny mundur. Jeśli tylko się dało, unikali skupisk ludzkich i kupowali jedzenie dla Temeraire'a bezpośrednio od pasterzy na polach, a noce spędzali w odosobnionych świątyniach, przydrożnych pawilonach, a raz nawet w opuszczonej placówce wojskowej, gdzie dach dawno się już zapadł i tylko ściany trzymały się jako tako; rozciągnęli dach ze związanych namiotów i rozpalili ognisko ze starych krokwi. - Na północ, wzdłuż pasma Wudang, do Luoyang - powie¬dział Tharkay. Okazał się spokojnym i milczącym towarzyszem podróży. Najczęściej wyznaczał kurs, pokazując po prostu palcem, stukał w kompas przymocowany do uprzęży Temeraire'a i pozwalał, aby Laurence sam przekazał informacje smokowi. Lecz tego wieczoru na prośbę Laurence'a nakreślił trasę na piasku przy ognisku. Téméraire przygląda! się temu z zaciekawieniem. - A potem skręcimy na zachód, w kierunku dawnej stolicy, w kierunku Xian. Laurence'owi nic nie mówiły obce nazwy miast, przedstawia¬nych na siedem różnych sposobów na siedmiu mapach, na które Tharkay tylko zerknął i odsunął lekceważąco. Lecz Laurence mógł śledzić kurs, sprawdzając pozycje słońca i gwiazd, które pojawiały się codziennie w nowych miejscach, gdy Téméraire pokonywał kolejne mile. Miasteczka i wioski, dzieci biegnące za sunącym szybko cie¬niem Temeraire'a, machające do nich, wołające coś niezrozumiale i zostające w tyle; wijące się jak węże rzeki i stare ponure góry po lewej stronie, upstrzone zielonymi plamami mchu i opasane opornymi chmurami przylepionymi do szczytów. Napotykane smoki opadały z szacunkiem na niższe poziomy, by ustąpić drogi Temeraire'owi, i tylko raz smukły jak hart Nefrytowy Smok, jeden z cesarskich kurierów, które latały na dużych wysoko¬ściach, gdzie powietrze było zbyt zimne i rzadkie dla innych ras, zanurkował, witając ich radośnie, pokręcił się przez chwilę wokół głowy Temeraire'a niczym koliber, po czym zniknął równie szybko, jak się pojawił. Podczas podróży na północ noce stawały się coraz mniej duszne i parne i coraz bardziej przyjemnie ciepłe, jak w domu. Téméraire nie miał problemów ze zdobyciem żywności dla siebie i pozostałych, nawet gdy nie spotykali ogromnych wędrujących stad. Gdy do Xian pozostał już niecały dzień lotu, zatrzymali się wcześnie i rozbili obóz nad niewielkim jeziorem. Zaczęli piec trzy zgrabne jelenie na obiad i póki co pogryzali suchary i jedli świeże owoce przyniesione przez miejscowego rolnika. Granby zagonił Roland i Dyera do ćwiczeń z kaligrafii przy ognisku, a Laurence sprawdził ich postępy w dziedzinie trygonometrii. Zadania te stanowiły poważne wyzwanie, gdyż uczniowie wy¬konywali rysunku w powietrzu, zmagając się z siłą wiatru, lecz Laurence z zadowoleniem przekonał się, że w przedstawionych pracach przeciwprostokątna nie jest już krótsza niż pozostałe boki trójkąta. Téméraire, uwolniony od uprzęży, od razu wskoczył do je¬ziora: ze wszystkich stron zasilały je górskie strumienie, a dno zakrywały liczne zniesione z góry gładkie kamienie. Teraz, w końcu sierpnia, jezioro było dość płytkie, lecz udało mu się ochlapać grzbiet, a potem dokazywał i wyginał się energicznie na kamieniach. - Bardzo orzeźwiające, ale chyba już pora najedzenie? - po¬wiedział, wychodząc na brzeg, i spojrzał znacząco na piekącego się jelenia, lecz kucharze pomachali groźnie w jego kierunku ogromnymi hakami z rożna, jeszcze nie usatysfakcjonowani ze swego dzieła. Téméraire westchnął i otrząsnął skrzydła z wody, aż syknął ogień, po czym ułożył się wygodnie obok Laurence'a. - Cieszę się, że nie czekaliśmy i nie popłynęliśmy morzem. Cudownie jest móc lecieć tak szybko, jak tylko się chce, przez długie mile - powiedział, ziewając. Laurence opuścił wzrok. Z pewnością w Anglii byłoby to niemożliwe, bo w ciągu tygodnia przemierzyliby wyspy z jednego końca na drugi i z powrotem. - Kąpiel była przyjemna? - zapytał, zmieniając temat. - Och, tak. Bardzo miłe kamienie - odparł rozmarzony Te-nieraire - chociaż nie było aż tak przyjemnie jak z Mei.

Lung Qin Mei, czarująca smoczyca z rasy Cesarskich, była przyjaciółką Temeraire'a w Pekinie. Laurence obawiał się, że Téméraire będzie po odlocie za nią tęsknił. Teraz jednak wydawało się, że nawiązał do niej bez wyraźnego powodu, bo nie wyglądał na usychającego z miłości. Chwilę później Granby powiedział: - O kurczę. - Wstał i zawołał w stronę obozu: - Panie Ferris! Panie Ferris, niech chłopcy wyleją tę wodę i przyniosą świeżej ze strumienia, jeśli łaska. - Téméraire! - rzekł Laurence, który spurpurowiał na twa¬rzy, gdy pojął, co się stało. - Tak? - Zdziwiony Téméraire spojrzał na niego. - A tobie nie jest przyjemniej, kiedy jesteś z Jane, niż kiedy... Laurence szybko wstał i powiedział: - Panie Granby, proszę zawołać ludzi na obiad. Udawał, że nie usłyszał tłumionego rozbawienia w głosie Granby'ego, kiedy ten mu odpowiedział: - Tak jest, sir. Xian, starożytne miasto, było dawną stolicą kraju, miejscem chlubnych wspomnień, do którego zmierzały nieliczne wozy i osamotnieni podróżni na szerokich drogach porośniętych chwastami. Przelecieli nad murami z szarej cegły, nad ciem¬nymi i opustoszałymi wieżami, nad nielicznymi strażnikami w mundurach i parą ziewających jasnoczerwonych smoków. Z góry można było zobaczyć, jak ulice dzielą miasto na kwa¬dratowe pola, z których sterczały najróżniejsze świątynie albo niepasujące tam minarety, ustawione tuż obok pagód o spicza¬stych dachach. Wzdłuż alei rosły smukłe topole i bardzo stare sosny z kępkami kruchych igieł. Przyjęto ich przed główną pagodą, zebrani urzędnicy w służbowych szatach kłaniali się nisko: wieści o przybyciu angielskich awiatorów wyprzedziły ich, przyniesione zapewne przez Nefrytowego Smoka. Podjęto \ch na brzegu rzeki Wei w starym pawilonie z widokiem na szumiące pszeniczne pola i poczęstowano gorącą mleczną zupą i baraniną; dla Temeraire'a upieczono na rożnie trzy owce. Na pożegnanie urzędnik rytualnie złamał wierzbowe gałązki, życząc im szczęśliwego powrotu. Dwa dni później zatrzymali się na noc w pobliżu Tianshui, w pieczarach wydrążonych w czerwonej skale, pełnych wizerun¬ków nie uśmiechającego się Buddy. Ze ścian wyzierały twarze i ręce, stroje udrapowane na wieki w kamieniu, a od wejścia dobiegał plusk padającego deszczu. Monumentalne postacie spoglądały za nimi poprzez mgłę, kiedy polecieli dalej, kierując się wzdłuż rzeki lub jej dopływów do wnętrza górskiego łańcu¬cha, gdzie kręte przełęcze były niewiele szersze od rozpiętości skrzydeł Temeraire'a. Téméraire z lubością pokonywał je przy pełnej szybkości, wytężając wszystkie siły, tak że ocierał się niemal czubkami skrzydeł o młode drzewka sterczące krzywo ze zboczy, aż któregoś ranka niespodziewany poryw wiatru szarpnął jego skrzydłami i rzucił go niemal na skalistą ścianę. Zaskrzeczał przeraźliwie i w ostatniej chwili zdołał się obró¬cić i oprzeć nogami o niemal pionowe zbocze. Luźne łupkowe okruchy natychmiast się osunęły, a poszycie z trawy i krzewów nie zapewniło wystarczającego oparcia, by mógł utrzymać rów¬nowagę. - Złóż skrzydła! - ryknął przez tubę Granby. Téméraire instynktownie próbował wzbić się z powrotem w powietrze, co tylko pogorszyło sytuację. Machając złożonymi skrzydłami i odbijając się łapami, zsunął się po kamienistym zboczu i wylądował nieporadnie w poprzek koryta strumienia. - Każ ludziom rozbić obóz - zwrócił się pospiesznie Lau¬rence do Granby'ego, odpinając karabińczyki. Wykonał kilka skoków w dół, prawie nie trzymając się uprzęży Przez ostatnie dwadzieścia stóp, po czym przeszedł szybko do głowy Temerairea. Smok pochylił się i ciężko dyszał, a

jego wąsy i kreza drżały, podobnie jak łapy, lecz jakoś ustał, dopóki nie zeszli na ziemię biedni bellmani i załoga naziemna, rozdygotani i obsypani szarym pyłem ze zbocza. Mimo iż lecieli dopiero godzinę, wszyscy ucieszyli się z po¬stoju i rzucili na zakurzoną żółtawą trawę na brzegu, tak jak Temeraire. - Na pewno nic cię nie boli? - zapytał zaniepokojony Lau-rence, gdy Keynes badał dokładnie łopatki Temeraire'a i spraw¬dzał stawy skrzydeł, mrucząc coś pod nosem. - Nie, nic mi nie jest - powiedział Temeraire, który wyglądał na bardziej zawstydzonego niż rannego. Mimo to ochoczo zanurzył stopy w strumieniu, a następnie podsunął je do oczyszczenia, jako że drobne kamyki i brud wbiły mu się pod twardą skórę wokół pazurów. Później zamknął oczy i opuścił łeb, nie przejawiając ochoty na dalszą podróż. - Najadłem się wczoraj i nie jestem specjalnie głodny-oznaj¬mił Laurence'owi, który zaproponował, żeby udali się na polo¬wanie, i dodał, że woli się przespać. Kilka godzin później wrócił Tharkay - jeśli można tak to nazwać, skoro nikt nie zauważył jego zniknięcia - i zaproponował mu tuzin tłustych królików, które upolował z orłem. Normalnie chińscy kucharze zdołaliby przygotować z tego zaledwie kilka kęsów dla smoka, lecz tym razem bardzo się postarali, i udusili je w tłuszczu z solonej wieprzowiny z rzepą i świeżą zieleniną, tak więc Temeraire spożył posiłek z apetytem, do najdrobniejszej kostki, czym zadał kłam wcześniejszemu zapewnieniu. Jeszcze rankiem następnego dnia nieco niepewnie wspiął się na tylne łapy i z wyciągniętą wysoko głową posmakował językiem powietrza, żeby określić kierunek i siłę wiatru. Potem okazało się, że coś jest nie tak z jego uprzężą, nie potrafił tego do końca opisać, ale wymagało to licznych poprawek. Jeszcze później odczuł ogromne pragnienie, a woda zdążyła przez noc zmętnieć i nie nadawała się do picia, tak więc trzeba było ułożyć kamienie w prowizoryczną tamę, aby utworzyć głębszy zbiornik. Laurence zaczął się już zastanawiać, czy nie powinien był kazać Temerairebwi lecieć dalej zaraz po wypadku, lecz wtedy smok oświadczył niespodziewanie: - W porządku, lećmy. Wzbił się w powietrze, gdy tylko wszyscy zajęli miejsca. Napięcie mięśni jego łopatek, które Laurence wyraźnie wy¬czuwał ze swego miejsca, ustąpiło dopiero po pewnym czasie, lecz Temeraire leciał ostrożniej niż przedtem. Dopiero po trzech dniach przelecieli nad Żółtą Rzeką, tak nasyconą osadem, że bardziej przypominała kanał lub przemieszczającą się glebę, żółtobrunatną i pokrytą licznymi kępami trawy, które wychylały się w koryto z żyznych brzegów. Musieli kupić od ludzi z prze¬pływającej barki płachtę surowego jedwabiu i przecedzić przez nią wodę, żeby nadawała się do picia, choć i tak herbata miała gliniasty posmak. - Nigdy nie myślałem, że tak bardzo się ucieszę na widok pustyni, ale teraz jestem gotów ucałować piasek - powiedział kilka dni później Granby. Rzeka została daleko z tyłu, a góry w ciągu popołudnia przeszły niespodziewanie w pogórze i po¬rośnięty krzewami płaskowyż. Z obozu na peryferiach Wuwei widzieli już brązową pustynię. - Można by tu gdzieś spuścić całą Europę i już nigdy jej nie znaleźć - dodał. - Te mapy są bardzo kiepskie - przyznał Laurence, zapisując w dzienniku datę i szacunkowo przebyty dystans; według map Powinni teraz być gdzieś niedaleko Moskwy. - Panie Tharkay -zwrócił się do przewodnika, który przyłączył się właśnie do nich Przy ognisku. - Mam nadzieję, że będzie mi pan towarzyszył jutro przy zakupie wielbłądów? - Jeszcze nie dotarliśmy do Takla Makan - odparł Tharkay. -To jest Gobi. Wielbłądy nie są nam jeszcze potrzebne. Będziemy się posuwać skrajem pustyni, gdzie nie brakuje wody. Ale chyba nie zawadzi zrobić zapasu mięsa na następne kilka dni - dodał, nieświadom tego, w jaką konsternację ich wprawił.

- Jedna pustynia powinna wystarczyć na podróż - powie¬dział Granby. - W tym tempie dotrzemy do Stambułu na Boże Narodzenie, jeśli w ogóle. Tharkay uniósł brwi i rzekł: - Wciągu dwóch tygodni przebyliśmy ponad tysiąc mil. To chyba niezłe tempo. Zanurkował do namiotu, by sprawdzić zapasy. - To całkiem szybko, pewnie, tylko niewiele z tego mają ci, co czekają na nas w domu - rzucił z goryczą Granby. - Przepra¬szam, że tak narzekam, ale rzecz w tym, że moja matka i bracia mieszkają w Newcastle-upon-Tyne. Miasteczko znajdowało się prawie w połowie drogi między kryjówką w Edynburgu i mniejszą bazą w Middlesbrough. Jako główny dostawca węgla dla kraju stanowiło naturalny cel dla Bonapartego, gdyby ten zdecydował się na bombardowanie wybrzeża, czemu byłoby trudno zapobiec przy rozproszeniu sił Korpusu Powietrznego. Laurence kiwnął głową. - Masz wielu braci? - zapytał Téméraire, nie zważając na dobre obyczaje, które powstrzymały Laurence'a przed podob¬nym zaspokojeniem ciekawości: Granby nigdy wcześniej nie opowiadał o rodzinie. - Na jakich smokach służą? - Nie są awiatorami - odpowiedział Granby dość wyzywa¬jącym tonem. - Ojciec handlował węglem, a dwaj starsi bracia pracują teraz u wuja. - To pewnie też jest ciekawa praca - powiedział Téméraire ze szczerą sympatią, nie rozumiejąc tego, co Laurence pojął od razu: przy owdowiałej matce i wuju, który musiał zapewne troszczyć się o własnych synów, Granby został prawdopodobnie wysłany do Korpusu, ponieważ rodziny nie stać było na jego utrzymanie. Siedmioletni chłopiec niewielkim kosztem mógł otrzymać zawód, nawet jeśli nie była to bardzo szanowana pro¬fesja, rodzina zaś oszczędzała na zakwaterowaniu i wyżywieniu. W przeciwieństwie do Królewskiej Marynarki nie potrzeba było żadnych rodzinnych koneksji, żeby dostać tę synekurę, bo zwykle w Korpusie brakowało ochotników'. - Z pewnością stacjonują tam kanonierki - powiedział Lau-rence, zmieniając taktownie temat. - I mówiło się też o tym, żeby wypróbować race Congreve'a jako artylerię przeciwko smokom. - To mogłoby odstraszyć Francuzów: jeśli sami podpalimy miasto, w ogóle nie będą musieli atakować - rzekł Granby, siląc się na typowy dla niego humor, lecz niedługo potem życzył im dobrej nocy i rozłożył się ze swoim posłaniem w kącie pawilonu. Pięć dni później dotarli do Bramy Jiayu, samotnej fortecy na opuszczonej ziemi, zbudowanej z twardej żółtej cegły-wypalo¬nej zapewne z tego samego piasku, który ją otaczał - i okolonej murami trzykrotnie przewyższającymi Temeraire'a i grubymi prawie na dwie stopy. Była to ostatnia placówka między ser¬cem Chin a jej zachodnimi rubieżami, niedawno zdobytymi. Strażnicy byli ponurzy i niechętni, ale, zdaniem Laurence'a, bardziej przypominali prawdziwych żołnierzy niż pogodni młodzi rekruci leniuchujący na posterunkach w pozostałych częściach kraju. Ci tutaj mieli wprawdzie tylko kilka mocno zaniedbanych karabinów, lecz ich miecze z owiniętymi skórą rękojeściami lśniły od długiego używania. Spojrzeli czujnie na krezę Temeraire'a, jakby spodziewali się jakiegoś podstępu, aż wreszcie zniecierpliwiony smok uniósł łeb i prychnął na jednego 2 nich, który posunął się tak daleko, że pociągnął go za kolce. Wtedy strażnicy nabrali trochę respektu, lecz wciąż nalegali na przeszukanie ich bagaży i zainteresowali się jednym z pakunków, który Laurence postanowił zabrać ze sobą, zamiast zostawić na pokładzie AUegiance: był to piękny wazon z czerwonej porcelany, który kupił w Pekinie. Strażnicy przynieśli długi dokument z przepisami dotyczący¬mi eksportu dóbr z kraju, przejrzeli niektóre jego artykuły, kłócąc się najpierw między sobą, a potem z Tharkayem, aż

wreszcie zażądali aktu sprzedaży, którego Laurence nigdy nie otrzymał. Zniecierpliwiony wykrzyknął: - Na miłość boską, to jest prezent dla mojego ojca, a nie towar na handel. Słowa te, po przełożeniu na chiński, wyraźnie udobruchały strażników. Laurence przyglądał się uważnie, jak zawijają z po¬wrotem wazon, ponieważ nie chciał go stracić teraz, kiedy pre¬zent przetrwał atak bandy rozbójników, pożar i trzy tysiące mil lotu. Liczył na to, że wazon ten pomoże lordowi Allendale'owi, wytrawnemu kolekcjonerowi, pogodzić się trochę z adopcją. Wieść o niej z pewnością rozjuszy dumnego człowieka, i tak już niezadowolonego z faktu, że jego syn został awiatorem. Inspekcja przeciągnęła się do późnego ranka, lecz nikt nie miał ochoty pozostawać na drugą noc w tym nieprzyjemnym miejscu: dawna scena wesołych powitań, punkt docelowy kara¬wan szukających bezpiecznego schronienia i podróżników zmie¬rzających do domu, była teraz jedynie ostatnim przystankiem wygnańców zmuszonych do opuszczenia kraju. Wyczuwało się tutaj nutę goryczy. - Dotrzemy do Yumen jeszcze przed porą upału - powiedział Tharkay. Téméraire pociągnął potężny łyk wody ze zbiornika. Wyszli przez jedyną bramę. Z dziedzińca wewnętrznego przez całą szerokość muru ciągnął się ogromny tunel, na którego ścia¬nach, oświetlonych w nierównych odstępach skwierczącymi latarniami, widniały sentencje wypisane atramentem czy nawet wydrapane smoczym pazurem, ostatnie smutne wiadomości ptzed odejściem, modlitwy o litość i możliwość powrotu do domu w przyszłości. Nie wszystkie były stare; na skraju tunelu widniały świeże nacięcia, nachodzące na inne, wyblakłe litery. Temeraire zatrzymał się i przeczytał cicho Laurence'owi: Dziesięć tysięcy // dzieli mnie od twego grobu, Dziesięć tysięcy /* mam jeszcze do przebycia. Rozpościeram skrzydła i wychodzę w bezlitosny żar. Kiedy wynurzyli się z cienia głębokiego tunelu, rzeczywiście napotkali od razu bezlitosny żar i suchą spękaną ziemię, zarzu¬coną piaskiem i drobnymi kamieniami. Już mieli wyruszyć, gdy obaj chińscy kucharze, którzy bardzo posmutnieli po spędzonej tam nocy, choć wcześniej podczas podróży nie wykazywali naj¬mniejszych oznak tęsknoty za domem, odeszli na bok. Każdy z nich podniósł kamyk i cisnął nim o mur, najwyraźniej dość niechętnie. Kamyk Jing Chao odbił się od muru, lecz drugi, rzucony przez Gong Su, ześliznął się po pochyłej ścianie na ziemię. Chińczyk wstrzymał oddech i natychmiast przybiegł do Laurence'a, zasypując go lawiną przeprosin zrozumiałych nawet dla osoby bardzo słabo znającej język chiński: Gong Su nie chciał podróżować dalej. - Mówi, że kamyk nie odbił się, a to oznacza, że on już nigdy nie wróci do Chin - przetłumaczył Temeraire. Tymczasem Jing Chao podawał już na górę swoją skrzynię z przyprawami i naczyniami, a jego spokój był równie głęboki jak niepokój jego towarzysza. - Daj spokój, to tylko bezsensowne przesądy - zwrócił się Laurence do Gong Su. - Zapewniłeś mnie, że nie masz nic przeciwko wyjazdowi z Chin, a ja zapłaciłem ci za szesc miesięcy z góry. Chyba nie spodziewasz się, że dam ci więcej, skoro pra¬cowałeś niecały miesiąc i już chcesz zmienić naszą umowę. Gong Su wciąż recytował litanię przeprosin: pieniądze zosta¬wił w domu u matki, którą opisał jako osobę ubogą i samotną. Laurence miał okazję poznać tę korpulentną i groźnie

wyglą¬dającą damę, a także jej jedenastu pozostałych synów, kiedy wszyscy przyszli pożegnać się z Gong Su w Makao. - No cóż - rzekł w końcu - mogę ci dać trochę więcej na początek drogi powrotnej, ale lepiej udaj się z nami. Czeka cię piekielnie długa wyprawa do domu, niezależnie od kosztów, a poza tym jestem pewny, że wkrótce poczujesz się głupio i będziesz żałował, że uległeś swojemu kaprysowi. Tak naprawdę to z tej dwójki Laurence wolałby się pozbyć Jing Chao, który okazał się bardziej kłótliwy i często wymyślał po chińsku członkom załogi naziemnej, jeśli uznawał, że niezbyt starannie obchodzą się z jego zapasami. Laurence wiedział, że niektórzy zaczynają już po cichu wypytywać Temeraire a 0 znaczenie niektórych słów, by zrozumieć, co się do nich mówi, 1 obawiał się, że sytuacja może się pogorszyć, ponieważ wiele uwag Jing Chao było zapewne obraźliwyeh. Gong Su wahał się jeszcze, więc Laurence dodał: - A może to jedynie oznacza, że bardzo polubisz Anglię i zdecydujesz się tam osiedlić. Tak czy inaczej, myślę, że nic dobrego nie wyjdzie z tego, że przestraszysz się podobnej wróżby i spróbujesz uciec od przeznaczenia. Słowa te wywarły wrażenie, bo Gong Su zastanawiał się jeszcze przez chwilę, a potem wdrapał się na smoka. Laurence pokręcił głową, zdumiony tak głupim zachowaniem, i powiedział do Temeraire'a: - To czysta bzdura. - Och, tak - odparł zdjęty skruchą Temeraire, udając, że nie przyglądał się zgrabnemu otoczakowi, mniej więcej metro¬wej długości, który po ciśnięciu o mur sprowadziłby zapewne oddział zaniepokojonych strażników, przekonanych, że zostali zaatakowani przy użyciu jakiejś machiny oblężniczej. - Wrócimy tu kiedyś, prawda, Laurence? - zapytał ze smutkiem. Zostawiał nie tylko garstkę innych Niebiańskich, jedynych krewniaków, i luksusy cesarskiego dworu, lecz także zwykłe swobody, które Chińczycy przyznawali wszystkich smokom w sposób naturalny, traktując je tylko trochę inaczej niż ludzi. Laurence nie pragnął aż tak bardzo powrotu. Dla niego Chiny były miejscem zatrważającym i niebezpiecznym, bagnem polityki zagranicznej, krajem tak naprawdę budzącym nawet niejaką zazdrość. Nie pragnął tam wracać. Mimo to odpowie¬dział spokojnie: - Kiedy tylko zechcesz, jeśli skończy się wojna. Położył dłoń na łapie Temeraire'a w geście pocieszenia, a załoga kończyła przygotowania do lotu. Rozdział 3 O świcie opuścili zieloną oazę Dunhuang. Dzwonki wielbłądów zabrzęczały płaczliwie, kiedy zwierzęta ruszyły niechętnie przez wydmy, a ich płaskie, włocha¬te kopyta wzburzyły ostre linie zmarszczek, na których łamały się słoneczne promienie. Wydmy przypominały morskie fale przedstawione tuszem na jasnokarmelowym piasku, z jednej strony idealnie białe, z drugiej pogrążone w głębokim cieniu. Co jakiś czas któryś ze szlaków karawan odłączał się

od głów¬nego traktu i odchodził na północ albo na południe w miejscach naznaczonych kopczykami z kości, uwieńczonych wielbłądzimi czaszkami o pustych oczodołach. Tharkay skierował pierwsze¬go wielbłąda na południe, a reszta karawany podążyła za nim: zwierzęta wiedziały, co trzeba robić, czego nie dało się powie¬dzieć o ich niedoświadczonych jeszcze jeźdźcach. Temeraire dreptał z tyłu niczym nieproporcjonalnie duży pies pasterski, w odpowiedniej odległości, by nie płoszyć wielbłądów, lecz na tyle blisko, aby powstrzymać każdego, kto by zechciał ruszyć w drogę powrotną. Laurence spodziewał się strasznych upałów, lecz tak daleko na północy pustynia nie trzymała tak bardzo ciepła: w południe zalewał ich pot, za to godzinę po zapadnięciu zmroku dopadał przenikliwy chłód, a podczas nocy beczułki z wodą pokrywał biały szron. Orzeł żywił się jaszczurkami w brązowe cętki i ma-jvrni myszami, które wyglądały jak cienie przemykające między kamieniami. Temeraire systematycznie uszczuplał karawanę o jednego wielbłąda, pozostali zaś pożywiali się cienkimi i twar¬dymi paskami suszonego mięsa, przeżuwając je długo, i mętną herbatą, z której robili ohydny, lecz pożywny zaczyn, mieszając ją z owsianą mąką i palonymi pszenicznymi ziarnami. Beczułki bvły zarezerwowane dla Temeraire'a, ludzie mieli własny zapas w bukłakach, które napełniali co jakiś czas wodą z niedużych niszczejących studni, przeważnie słonawą, albo z płytkich sta¬wów zarośniętych tamaryszkiem, którego korzenie gniły w bło¬cie, przez co woda, żółtawa, gorzka i gęsta, ledwo nadawała się do picia nawet po przegotowaniu. Każdego ranka Laurence i Temeraire zabierali w górę Tharkaya, by rozejrzeć się w terenie i wybrać najlepszą dro¬gę dla karawany, mimo iż zawsze horyzont zasnuwała drżąca mgiełka ograniczająca widoczność. Góry Tienszan, widoczne na południu, wydawały się unosić nad niewyraźnym mirażem, jakby niebieskie szczyty były oddzielone od ziemi i wyrastały z zupełnie innej płaszczyzny. - Co za samotne miejsce - powiedział Temeraire, choć samo latanie mu się podobało: wydawało się, że żar słońca dodaje mu jeszcze lotności, być może oddziałując na pęcherze powietrzne, dzięki którym smoki potrafią latać, przez co bez większego wysiłku można było utrzymać się w powietrzu. Wraz z Laurence'em często się zatrzymywał: Laurence mu czytał albo Temeraire recytował wiersze, które próbował tworzyć °d czasu pobytu w Pekinie, gdyż poezję uważano tam za bardziej stosowne zajęcie dla Niebiańskiego niż rzemiosło wojenne. Kiedy słońce zachodziło, lecieli dalej, by dogonić karawanę, kierując S1ę za płaczliwymi dzwonkami wielbłądów rozbrzmiewającymi w zapadającej ciemności. - Sir - powiedział Granby, który podbiegł do Laurence a, kiedy ten wylądował z Téméraire 'e m - jeden z ludzi zniknął, kucharz. Wznieśli się natychmiast w górę, by przeszukać okolicę, ale nie znaleźli biedaka. Wiatr, pracowity gospodarz, zamiatał ślady wielbłądów niemal natychmiast po ich przejściu, tak więc jeśli ktoś zgubił się na dziesięć minut, gubił się na wieczność. Té¬méraire leciał nisko, nasłuchując dzwonka, lecz nic nie usłyszał. Szybko zapadał zmierzch, a wydłużające się cienie wydm zlewały się w jednostajną ciemność. - Już nic nie widzę - powiedział zasmucony Téméraire. Pojawiały się pierwsze gwiazdy i widać było tylko skrawek księżyca. - Jutro znowu go poszukamy - powiedział Laurence, aby go pocieszyć, lecz w głębi duszy nie miał nadziei. Wylądowali przy namiotach, a Laurence pokręcił głową, kiedy dołączył do pozostałych przy ognisku. Z ochotą wziął kubek z gęstą herbatą i ogrzał zmarznięte ręce i stopy przy niskim, drżącym ognisku. - Gorzej, że straciliśmy wielbłąda - powiedział Tharkay. brutalnie, ale szczerze, po czym odwrócił się, wzruszając ra¬mionami.

Rzeczywiście Jing Chao nie zaskarbił sobie niczyjej sympa¬tii. Nawet Gong Su, jego ziomek, który znał go najdłużej, tylko ciężko westchnął, a potem zaprowadził Temeraire'a do wielbłąda, którego tego dnia dla urozmaicenia upiekł nad dołem z liśćmi herbaty. Nieliczne oazy, które mijali, były niezbyt miłymi miejscami, mieszkańcy zdawali się nie tyle nieprzyjaźni, ile skonsternowani wizytą obcych. Na placach targowych życie toczyło się leniwie i powoli, mężczyźni w czarnych czapeczkach palili i pili przypra¬wioną korzeniami herbatę, przyglądając im się z zaciekawieniem. Tharkav odbywał co jakiś czas krótkie rozmowy po chińsku i w innych językach. Ulice były w opłakanym stanie, przeważnie zasvpane piaskiem i poryte głębokimi koleinami wydrążonymi przez gwoździe z kół wozów. Kupili migdały i suszone owoce, słodkie prasowane morele i winogrona, napełnili bukłaki czystą wodą z głębokich studni i ruszyli dalej. Wielbłądy zaczęły postękiwać wczesnym wieczorem, co było pierwszym ostrzeżeniem; kiedy wartownicy przyszli do Lauren-ce'a, gwiazdy na niebie znikały już za nisko płynącą chmurą. - Niech Téméraire napije się i naje do syta, bo to może trochę potrwać - powiedział Tharkay. 'Dwóch członków załogi naziemnej podważyło deka dwóch drewnianych beczek i zmiotło chłodne trociny z nabrzmiałych skórzanych toreb w nich złożonych, a potem Téméraire opuścił łeb, tak by mogli wlać mu do pyska mieszankę wody z lodem: po prawie tygodniu praktyki nie uronił nawet kropli, tylko za¬cisnął mocno szczęki i podniósł głowę, by wszystko przełknąć. Uwolniony od ciężaru wielbłąd przewrócił oczami i zaczął bronić się przed oddzieleniem od towarzyszy, lecz na nic się zdały jego wysiłki. Pratt i jego pomocnik, krzepcy mężczyźni, zaciągnęli go za namioty. Gong Su przeciął mu szyję i zręcznie podstawił miskę, by zebrać krew. Téméraire zabrał się do jedzenia bez większego entuzjazmu, jako że zaczynał mieć dość wielbłądziego mięsa. Granby wyznaczył skrzydłowych i chorążych do przykrycia pozostałych piętnastu wielbłądów, a ludzie z załogi naziemnej mocowali mocniej namioty. Już warstwa drobniutkiego piasku chłostała grzbiety wydm, kąsając dłonie i twarze ludzi, mimo iż pracowali z postawionymi kołnierzami, a usta i nosy owinęli chustami. W ciepłych, podszytych futrem namiotach, które słu¬żyły im tak dobrze w zimne noce, zrobiło się piekielnie duszno, kiedy upchnęli w nich wielbłądy; równie gorąco było w cieńszym skórzanym pawilonie, w którym schronili się z Temeraire'em. A potem nadeszła burza piaskowa: ze wściekłym sykiem, który w niczym nie przypominał odgłosów deszczu, napierała nieustannie na skórzane ściany namiotu. Nie dało się jej zigno¬rować; świst wznosił się i opadał nieoczekiwanie, od szeptu po wrzask, budząc ich nieustannie, tak że ich twarze nabrzmiały zmęczeniem. Ze względów bezpieczeństwa zapalili tylko kilka latarni w namiocie. Kiedy zaszło słońce, Laurence siedział przy głowie Temeraire'a niemal w ciemności, nasłuchując wycia wiatru. - Niektórzy mówią, że karaburan to dzieło złych duchów -odezwał się w półmroku Tharkay, zajęty wycinaniem skóry na nowe pęta dla orła, który siedział skulony w klatce. - Jak się dobrze wsłuchacie, to usłyszycie ich głosy. I rzeczywiście w wyciu wiatru pobrzmiewały niskie, zawo¬dzące jęki, podobne do pomruków w obcym języku. - Nie rozumiem ich - powiedział Téméraire, bardziej zaintrygowany niż przestraszony, ponieważ nie bał się złych duchów. - Co to za język? - To nie jest język ludzi ani smoków - odpowiedział poważ¬nie Tharkay. Chorążowie słuchali jego słów, starsi mężczyźni udawali, że nie słuchają, a Roland i Dyer podpełzli bliżej, sze¬roko otwierając oczy. - Ci, którzy słuchają tego zbyt długo, tracą orientację i błądzą: zostają po nich tylko białe kości, ostrzeżenie dla innych podróżnych.

- Hm - mruknął sceptycznie Téméraire. - Chciałbym zo¬baczyć demona, który potrafiłby mnie zjeść. Rzeczywiście musiałaby to być ogromna bestia. Usta Tharkaya drgnęły. - Dlatego nie ważyły się nas tknąć; na pustyni rzadko widuje się smoki tej wielkości. Awiatorzy przysunęli się do Temeraire'a i nikt nawet nie wspomniał o wyjściu na zewnątrz. - Słyszałeś o tym, że smoki mają własny język? - zwrócił się szeptem do Tharkaya Téméraire trochę później, kiedy więk¬szość łudzi zapadła w drzemkę. - Zawsze myślałem, że języków uczymy się tylko od ludzi. - Durzagh to język smoków - powiedział Tharkay. - Zawiera dźwięki, których ludzi nie potrafią wymówić: wam łatwiej jest naśladować nasz głos niż odwrotnie. - Och! Nauczysz mnie? - zapytał z zapałem Téméraire. Niebiańskie, w przeciwieństwie do innych smoków, zacho¬wywały umiejętność szybkiego uczenia się języków po pobycie w jaju i wczesnym dzieciństwie. - Na niewiele ci się zda - odparł Tharkay. - Używa się go tylko w górach Karakorum i Pamirze. - Nie szkodzi - odparł Téméraire. - Bardzo się przyda, kiedy wrócimy do Anglii. Laurence, rząd nie będzie mógł utrzymy¬wać, że jesteśmy tylko zwierzętami, skoro stworzyliśmy własny język. - Spojrzał na Laurence'a, oczekując jego aprobaty. - Nikt o zdrowych zmysłach nie zlekceważy takiego ar¬gumentu - zaczął Laurence, lecz przerwał mu Tharkay, który parsknął śmiechem. - Wręcz przeciwnie - rzekł. - Będą cię uważać za zwierzę właśnie dlatego, że mówisz językiem innym niż angielski, albo przynajmniej uznają cię za mało ważne stworzenie: lepiej cię potraktują, jeśli przybierzesz wzniosły ton. - Kiedy wypowiadał ostatnie słowa, przeciągnął samogłoski, co obecnie było bardzo modne w towarzyskich kręgach. - Dziwny sposób mówienia - stwierdził Téméraire z po¬wątpiewaniem, po tym jak powtórzył z podobną intonacją parę zdań. - Nie mogę uwierzyć, że to, jak ktoś wypowiada słowa, może odgrywać tak ważną rolę, a poza tym musi być bardzo ciężko tak wciąż się tego uczyć. Czy można wynająć tłumacza, żeby mówił jak trzeba? - Tak. Nazywa się ich prawnikami - odpowiedział Tharkay i roześmiał się cicho. - Na pewno nie polecałbym ci naśladowania tego sposobu mówienia - rzekł Laurence, kiedy już Tharkay ucichł. - W naj¬lepszym razie możesz zrobić wrażenie jedynie na kimś z Bond Street, jeśli wcześniej by nie uciekł. - To prawda. Lepiej wzoruj się na kapitanie Laurensie -rzekł Tharkay i skłonił głowę. - Bo dokładnie tak powinien mówić dżentelmen, z czym zapewne zgodziłaby się każda ważna osoba. Jego twarz była niewidoczna w cieniu, lecz Laurence odniósł wrażenie, że tamten kpi z niego, może nawet bez złośliwości, choć i tak było to irytujące. - Widzę, że przestudiowałeś ten temat, Tharkay - powie¬dział chłodno. Tharkay wzruszył ramionami. - Konieczność była najlepszym nauczycielem, choć suro¬wym - powiedział. - Spotkałem ludzi, którzy odmówili mi praw, nie podając nawet stosownej wymówki, żeby mnie definitywnie odprawić. Przekonasz się, że sprawy toczą się powoli - zwrócił się do Temeraire'a-jeśli zamierzasz postawić na swoim: ludzie, którzy mają władzę i przywileje, niechętnie się nimi dzielą. To samo wielokrotnie powtarzał Laurence, lecz słowa Thar¬kaya zabrzmiały bardziej przekonująco dzięki nucie cynizmu. - Nie rozumiem, dlaczego oni nie chcą być sprawiedli¬wi - powiedział Téméraire niepewnie, z niepokojem, a Laurence stwierdził, że chyba jednak nie chciałby, aby smok wziął sobie do serca jego radę.