wotson

  • Dokumenty43 372
  • Odsłony1 992 968
  • Obserwuję1 361
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 433 516

Natan Noraj - Czternaście milimetrów życia

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :1.2 MB
Rozszerzenie:pdf

Natan Noraj - Czternaście milimetrów życia.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion N
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 21 osób, 29 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 144 stron)

Więcej na: www.ebook4all.pl

Więcej na: www.ebook4all.pl Redakcja Anna Seweryn-Sakiewicz Projekt okładki Pracownia WV Redakcja techniczna, skład, łamanie oraz opracowanie wersji elektronicznej Grzegorz Bociek Korekta Urszula Bańcerek Wydanie I, Chorzów 2015 Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA 41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c tel. 32-348-31-33, 32-348-31-35 fax 32-348-31-25 office@videograf.pl www.videograf.pl Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o. 01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21 tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12 dystrybucja@dictum.pl www.dictum.pl © Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2015 tekst © Natan Noraj

ISBN 978-83-7835-446-8

Więcej na: www.ebook4all.pl I. Ja tworzę światło i stwarzam ciemności, sprawiam pomyślność i stwarzam niedolę. Ja, Pan, czynię to wszystko. Iz 45, 7 To był jeden z tych rzadkich grudniowych zachodów słońca, które przemieniają śnieg pokrywający korony drzew w płynne złoto. Aleja Panieńskich Skał wypełniała się śladami tych nielicznych spacerowiczów, których przyciągał kopiec Piłsudskiego, błyszczący o tej porze roku jak góra lodowa. Ostatnie promienie słońca delikatnie otulały Las Wolski, przygotowując go na nadejście ciemności. Mężczyzna zapadł się głęboko w fotelu. Przez opuszczone żaluzje do pomieszczenia przedostawały się jedynie wąskie pasemka światła, padając na jego skuloną sylwetkę. Czuł unoszącą się w zastałym powietrzu charakterystyczną, słodkawo-kwaskową woń. Woń strachu. Poddał się. Około półtora metra przed twarzą usłyszał cichuteńkie cyknięcie. Walther P-99. Broń mieszcząca szesnaście naboi w dwurzędowym magazynku. Przez myśl przeszło mu, że nie ma innego wyjścia… że dziś zostanie ich piętnaście. Kiedyś czytał, że w pistoletach tego typu montowane jest specjalne zabezpieczenie, dzięki któremu droga spustu od pierwotnego położenia do momentu zwolnienia iglicy wynosi czternaście milimetrów. Cyk. Trzynaście milimetrów życia. Czas zaczął spowalniać. Kolejne ledwo słyszalne cyknięcia. Mężczyzna zdążył jeszcze pomyśleć o swojej skórze, która za około dwanaście godzin straci wszelkie kolory i zacznie przypominać pergamin. Jedynie w dolnych partiach ciała zaczną uwidaczniać się plamy opadowe. Mięśnie najpierw zesztywnieją, by potem zwiotczeć, rozluźnić się, a on będzie przypominał szmacianą lalkę. Jednak teraz, w nagłym przypływie zrozumienia, już wiedział, że to nie będzie jego ciało, że nigdy tak naprawdę nim nie było. Wyobraził sobie, że o poranku technicy kryminalistyczni rozpoczynają poszukiwanie śladów w organizmie o komicznie wykrzywionej twarzy. Twarzy, której na okazaniu nawet jego żona, Lidia, prawdopodobnie nie rozpozna od razu jako tej należącej do męża. Twarzy, którą później funkcjonariusze z Komendy Wojewódzkiej Policji w Krakowie dopasują do życiorysu, który tak samo nigdy nie był jego, jak ta sterta rozpłaszczonych mięśni mimicznych, którą ktoś opatrzył kiedyś imieniem i nazwiskiem. Nic nigdy nie było jego. Śmierć nie jest zaprzeczeniem życia, a jedynie jego sztuczką, przebiegłą iluzją. Cyk. To był jeden z tych rzadkich grudniowych zachodów słońca, które przemieniają śnieg pokrywający korony drzew w krwistozłotawą ciecz.

* * * – Pieprzony Budda! Głos młodego mężczyzny niósł się echem wzdłuż ścian budynku 102 Szpitala Specjalistycznego imienia doktora Józefa Babińskiego w Krakowie. Mikołaj Messner obserwował tę scenę z nieukrywanym rozbawieniem, opierając się o metalową barierkę, jakieś czterdzieści metrów od głównego wejścia. Z ust zwisał mu tlący się papieros. Chłopak w skórzanej kurtce i modnej, wywiniętej jak u Smerfów czapce wymachiwał dyktafonem niczym batutą, starając się nakłonić do czegoś wyraźnie znudzonego rozmówcę. Messner bacznie przyjrzał się tej drugiej postaci. Wszędzie rozpoznałby tę pociągłą, kościstą, najeżoną zarostem twarz. Daniel Atman. Nie miał żadnych wątpliwości. Ten, po którego przyjechał, opuszczał szpital dokładnie wtedy, kiedy miał to zrobić, zgodnie z cynkiem, jaki Mikołaj dostał od znajomej psychoterapeutki pracującej tu na etacie. Joasia. Tak miała na imię. Już na studiach nazywali ją Matką Joanną od Czubków. Po magisterce drogi wszystkich absolwentów jego roku szybko się rozeszły. Niektórzy, jakJoanna, trafili do publicznej służby zdrowia, niektórzy do prywatnych klinik lub pootwierali własne praktyki, część znalazła powołanie w resocjalizacji więźniów, a jeszcze inni skończyli na zmywaku na Wyspach. I tylko on rozpoczął służbę w policji. Messner, wciąż śmiejąc się w duchu, dogasił starannie peta w śniegu, zawinął go w chusteczkę, włożył do kieszeni i ruszył powolnym krokiem w stronę drzwi, za którymi zniknął przed momentem jego stary znajomy. Mijając obruszonego dwudziestokilkulatka, obdarzył go pełnym politowania spojrzeniem. – Zasrane szajbusy – usłyszał jeszcze za plecami. Budynek 102. 5A, 7F, 9A i 9B. Oddziały; Neurologiczny z Pododdziałem Udarowym, Leczenia Zaburzeń Osobowości i Nerwic oraz dwa psychogeriatryczne. „Kapitalna mieszanka – pomyślał Messner. – Nawet jak na Kobierzyn”. Bywał tu stosunkowo rzadko, wiele lat temu w ramach jakichś szkoleń i kursów, do których nie miał przekonania, i później parę razy ze swoimi studentami z Instytutu Psychologii UJ, ale musiał przyznać, że od jego ostatniej wizyty gmach zmienił się nie do poznania. Z budzącego grozę, pełnego wulgarnych graffiti na ścianach, z obdrapanymi tynkami wokół okiennic i starymi toaletami, stał się po niedawnej renowacji całkiem zachęcająco wyglądającym kompleksem. Jednak mimo to dalej nie rozumiał, co, u diabła, przywiało tu kogoś takiego jak Daniel Atman. Oczywiście słyszał pewne plotki, cała Mogilska od dawna aż od nich huczała. Ale on znał Atmana od lat i nie mógł sobie wyobrazić, jaka siła byłaby w stanie zamknąć na pół roku za murami szpitala byłego śledczego krakowskiego Archiwum X, na którego plecy teraz patrzył. – Już szósty? Aż tak mi się pomieszało pod kopułą, że mój wewnętrzny kalendarz najwyraźniej sfiksował razem z całą resztą. Gdzie masz worek, Miki? Messner usłyszał mrukliwy, lekko ochrypły głos Atmana, pochylającego się nad jednym z pięciu łóżekw dużej sali. Nie odpowiedział. – Miałem nadzieję, że jak zobaczysz, że wracam do środka, to stwierdzisz, że do reszty oszalałem i odpuścisz to, z czymkolwiek tu przyszedłeś. Mamy dość restrykcyjne przepisy odnośnie do wizyt zwykłych obywateli. Niełatwo dostać się tu na pięterko. A u ciebie mimo wszystko nie dostrzegłem długiej białej brody.

Daniel Atman wyciągnął jakiś zwitek spod prześcieradła, wsunął go do wewnętrznej kieszeni płaszcza i odwrócił się wreszcie w stronę Messnera. Piwnozielone zamglone oczy napotkały jego spojrzenie. Atman wyglądał jak połowa osoby, którą Mikołaj pamiętał z pracy jeszcze dwa lata temu. Szczupła, koścista postura z twarzą o mocno zarysowanych skroniach, delikatnych bruzdach przy „nerwowych” ustach, które wydawały się zawsze w ruchu. Dość długie jak na mężczyznę włosy, żyjące własnym życiem, zawsze rozczochrane. I wszystkie mięśnie twarzy jakby w rwanym tańcu, wyginające się od niekontrolowanych tików. To była jedna z nielicznych twarzy, z których Mikołaj niewiele potrafił odczytać. Twarz co chwilę wysyłająca sprzeczne sygnały. Patrzył na Daniela Atmana i zastanawiał się, czy podać mu rękę z suchą informacją, z jaką go tu wysłano, czy pozwolić sobie na lekką, koleżeńską pogawędkę, czy może objąć tego dawno niewidzianego faceta, tak jak robią przecież czasem przyjaciele. Normalni przyjaciele. Ale mowa ciała Atmana nie zdradzała takiej chęci. Wybrał opcję numer dwa. – Twoja terapeutka to moja stara znajoma. Na izbie przyjęć też mnie, o dziwo, kojarzą. Masz papierekod pani ordynator? – Uhm. – I jaką mamy diagnozę? – Kompletny szaleniec. – Atman uśmiechnął się lekko. A może tylko wykrzywił usta w grymasie. Messner znów nie był przekonany. – Czyli wszystko i nic? – Czyli wszystko i nic. Trochę tego, trochę tamtego. Są niby pewne terminy, te, które powtarzają się od lat, ale w gruncie… – A te terminy to…? – Osobowość schizoidalna. Zespół lęku napadowego. Agorafobia. Ale same elementy. – Elementy? – Wygląda na to, że nie mam żadnego konkretnego zaburzenia, ale po malutkim fragmencie z każdego z możliwych zaburzeń. Osobowość schizoidalna: chłód emocjonalny, niechęć do zawierania bliskich związków, preferowanie samotności i brak zainteresowania pochwałami i krytyką, ale czasem lubię zabłysnąć i włącza mi się ekstrawertyzm. Zespół lęku napadowego: nieadekwatne do sytuacji odczuwanie lęku, ale czasem, gdy podobno powinienem go naturalnie odczuwać, jestem Oceanem Spokojnym. Być może nawet byłbym z tego powodu trochę dumny, gdyby nie fakt, że to norma. Sam wiesz najlepiej. Moja ostateczna diagnoza: najnormalniejszy na świecie wariat. Tym razem to Messner się uśmiechnął. Przeczesał palcami czarne włosy, żeby ułożyły się równo. Na bok. – Gdzie twoi koledzy z pokoju? – Bawią się w grupie. – Nie chcesz skoczyć się pożegnać? – Lubię się wymykać przez okno. Poza tym już spakowałem swoje zabawki. – Drżącym palcem Atman wskazał na torbę, przewieszoną przez lewe ramię. – A taknaprawdę to już miałem oficjalne pożegnanie w społeczności. Chodź. Daniel Atman minął Mikołaja, wyszedł na korytarz i skierował się w stronę schodów. Messner ruszył za nim. Znów przyszła mu ochota, żeby poklepać go po plecach, ale się powstrzymał. Na schodach błyszczała folia i unosił się metaliczny zapach świeżo otwartej farby, a grupka

trzech fachowców rozstawiała drabinę, szykując się do malowania. – Podobno mają tu ciekawe zajęcia w ramach terapii. Aśka mi coś wspominała. Rozumiem, że mogę liczyć na prezent z jakichś robótek ręcznych. – Messner odezwał się głównie po to, żeby powiedzieć cokolwiek, żeby przerwać tę chwilę ciszy, która chyba tylko jemu wydała się kłopotliwa. Gdy po odejściu z policji przyjmował pacjentów w swoim gabinecie, zawsze dbał o to, żeby przez pięćdziesiąt minut spotkania było jak najmniej milczenia. I często sam zaczynał rozmowę wbrew temu, czego uczyli go na studiach i warsztatach. Cholera, był zdecydowanie zbyt wrażliwy do tej roboty. I jak na ironię losu jego pacjentami często zostawali właśnie policjanci. Dlatego tym bardziej ucieszył się, kiedy przed kilkoma dniami zadzwonił do niego podinspektor Brunon Bielik z Wydziału Kryminalnego KWP z prośbą o spotkanie i konsultacje. Spotkanie, które przeradzało się ponownie w stałą współpracę. – Na 7F nie mieliśmy aż tak ciekawych, jak mają dzieciaki na zwykłych oddziałach psychiatrycznych. Grilla nam raczej nie rozpalali, do Willi Dyrektorów na przedstawienia też nie chodziłem. Głównie psychorysunek i psychodrama. Na szczęście bibliotekę mają całkiem przyzwoicie zaopatrzoną. Ale odlew gęby z gipsu potrafię zrobić jak mało kto. No i żyrafa z origami to mój popisowy numer. – Atman posłał Messnerowi coś w rodzaju półuśmieszku. Mikołaj stwierdził, że to dobry znak. Być może nawet nieśmiały zwiastun powrotu starych dobrych czasów. Ale nie, z tą konkluzją należało jeszcze trochę poczekać. – Poza tym wjebali we mnie kilogramy psychotropów. – Półuśmieszek nie znikał z ust Atmana. Mikołaj uznał, że z jakąkolwiekkonkluzją należy zaczekać jeszcze długo. – Danny, błagam… – Przepraszam, panie purysto. Mikołaj przypomniał sobie, jak jeszcze dwa lata temu Daniel śmiał się z jego dbałości o czystość językową, mówiąc, że w tym kraju nie przeklinają tylko ludzie bardzo starej daty, niektórzy radykalni katolicy i on, Mikołaj Messner. Święty Mikołaj. Zatrzymali się w holu. Messner zaczekał na Atmana, który podszedł do okienka izby przyjęć i rozmawiał przez parę sekund z kobietą po drugiej stronie cienkiej szyby. Na ławkach siedziała, ściśnięta jak szprotki w konserwie, liczna grupa ludzi. Większość pewnie oczekiwała na którąś z trzech rozmów kwalifikacyjnych, jakie trzeba przejść, żeby zostać przyjętym na terapię w jednym z oddziałów stacjonarnych. Mikołaja zaskoczyła duża liczba potencjalnych pacjentów. Większość z nich nerwowo zaciskała ręce. Wiedział, że poczekalnie w prywatnych gabinetach rzadko bywają puste, a wszyscy jego koledzy i koleżanki po fachu kartki kalendarzy mieli czarne od nazwisk, ale szpitale, mimo wszystko, kojarzyły mu się raczej z zawałami serca i grypą żołądkową. Boże, co się najlepszego dzieje z tym społeczeństwem? Pokręcił z roztargnieniem głową, po czym poprawił fryzurę, przeczesując gęste włosy na lewą stronę głowy. Zobaczył wracającego Atmana, któremu towarzyszyła młoda kobieta o urodzie z rodzaju tych, o których mówi się, że zniewala. Po chwili usłyszał jej miękki głos. – Jakkolwiek to brzmi, mam nadzieję, że już się nie zobaczymy, panie… Danielu? Dobrze pamiętam? – Sam nie jestem pewien. – Atman uśmiechnął się, tym razem wyraźnie, a Mikołaj posłał mu pełne zdziwienia spojrzenie. Atman wyjaśnił: – To taki nasz wewnętrzny dowcip. Oddział

Leczenia Zaburzeń… – Osobowości i Nerwic – dokończył Messner, odpowiadając dwójce szerokim uśmiechem. – To pani Justynka. Do dziś moja prywatna pielęgniarka. A to Mikołaj Messner, stary znajomy. – A to pan Atman. Do dziś mój prywatny oddziałowy Johnny Depp – dodała pielęgniarka. Messner ukłonił się dziewczynie uprzejmie, a gdy ta obróciła się wesoło na pięcie i, kłapiąc kapciami, szła w stronę jednego z korytarzy, nie mógł powstrzymać ruchu gałek ocznych, które jakby mimowolnie podążyły za jej pośladkami. Opiętymi skąpym błękitnym uniformem. Wyszli przed budynek sto dwa. O beżowe tynki szpitala zacinał deszcz ze śniegiem. We wszystkich oknach lśniły powyginane w kółka metalowe pręty. Konieczne zabezpieczenie. Daniel Atman chciał ruszyć drogą w prawo, ale powstrzymała go ręka Messnera, zaciskająca się na jego barku. – Jakimi lekami próbowali cię naprostować? – zapytał, puszczając Atmanowi oko. – Diazepamy, cipramile, asentry, i tak dalej. Całe to gówno. Przepraszam za gówno. Ale to mimo wszystko gówno. Atman wciągnął głęboko w płuca chłodne powietrze. „Jakby wdychał wolność” – pomyślał Messner. Patrzył na charakterystyczny ruch ręki kolegi. Ręki, która wędruje do ust, z powrotem ku dołowi i znów do ust, by znaleźć usprawiedliwienie tej wędrówki w skubaniu bródki. Typowe dla nałogowych palaczy. Albo dla byłych nałogowych palaczy, których mózg zachował w pamięci początkową część tej takczęsto powtarzanej kiedyś czynności. – Zanim przejdziesz do rzeczy, musisz mnie poczęstować papierosem – zgodnie z przewidywaniami kontynuował Atman. – Dwa razy w tygodniu pod opieką niańki mogliśmy niby wychodzić do tesco, ale szybko z tego zrezygnowałem na rzecz tych wszystkich fajnych zajęć, o których ci opowiadała koleżanka. Messner uśmiechnął się kwaśno. Po pierwsze dlatego, że ton starego znajomego nie brzmiał zachęcająco, po drugie dlatego, że zdał sobie sprawę, że musi wreszcie przejść do rzeczy. A to na pewno nie był dobry moment. Zresztą z Atmanem rzadko kiedy dawało się znaleźć dobry moment na szczerą rozmowę. A po trzecie dlatego, że od dawna palił R1, które nie miały prawa zadowolić żadnego nałogowego palacza. Wyciągnął błękitno-białą paczkę. Atman popatrzył na niego, mięśnie mimiczne wykrzywiły mu się dziwacznie, co Mikołaj uznał za oznakę zdumienia. – Iza, stary. Kobieta ma chwilowego bzika na punkcie zdrowego stylu życia i można powiedzieć, że zostałem trochę mimowolnie wciągnięty w ten eksperyment – wytłumaczył. – Nie powinieneś przypadkiem skonsultować z jakimś terapeutą swojego poddańczego stosunku względem żony, panie psychologu? – Atman odpalił papierosa i zaciągnął się zachłannie. – Diagnoza jest prosta: jest jakjest. – Jest jakjest? – Atman szeroko otworzył zmęczone oczy. – Jakbyś przedstawił mi tę diagnozę pół roku temu, podatnicy płacący za mój pobyt zaoszczędziliby trochę pieniędzy. * * * Dochodziła godzina dziewiętnasta, a już nad całym Salwatorem zapadła noc. Dwa cienie kołysały się w blasku księżyca wzdłuż ławki przy ulicy Świętej Bronisławy. Porywisty wiatr zdawał się zasysać i roznosić po mieście parę i słowa, wydobywające się z ust mężczyzn. Mikołaj

Messner zaparkował swojego lexusa LS naprzeciwko kościoła Najświętszego Salwatora. – Z policyjnej wypłatki niełatwo by było uzbierać na taką dorożkę – zaczął Atman, gdy usiedli na wilgotnej od deszczu ławce. Mikołajowi wydawało się, że głos ma jeszcze bardziej ochrypły niż przed godziną, gdy wsiadali do samochodu przed szpitalem. – Nie dziwię się, że odzyskałeś wiarę w psychoterapeutyczny gabinet. – Nigdy się szczerze nie nawróciłem. – Messner uśmiechnął się mgliście. – Ale przez prawie półtora roku byłem kimś w rodzaju praktykującego ateisty. I dzięki temu nie zatęsknię chyba za mundurową emeryturą. – Uhm. – Ale wiesz, Danny… żadna droga zabawka nie zrekompensuje wyrzutów sumienia, jakie mnie nachodziły, gdy widziałem twarze tych ludzi, które przez całe miesiące wyglądały dokładnie taksamo. Dlatego… – No dobrze, Miki, twój wstęp przygnębił mnie wystarczająco, żebym ci uwierzył. Zgaduję też, że nie przygnębiasz mnie z własnej inicjatywy, tylko przysłało cię Archiwum. Najpierw zła – przerwał mu Atman. – Co najpierw zła? – spytał Messner. – Najpierw zła wiadomość. Zawsze najpierw wybiera się tę złą, mając nadzieję, że na koniec dobra osłodzi trochę wrażenie po pierwszej. Twoje słowa. – A skąd wiesz, że w ogóle mam dwie? I że któraś jest lepsza od drugiej? – Messner wydmuchał przez nos dwie smużki papierosowego dymu. Atman nie odpowiedział, postanowił więc kontynuować: – Zła jest taka, że stoimy ze śledztwem w miejscu. Dobra jest taka, że pomożesz nam ruszyć do przodu. – To są dwie złe wiadomości, Miki. A ja mam dla was trzecią. – Atman włożył rękę do wewnętrznej kieszeni płaszcza, coś zaszeleściło, po czym wyciągnął zaciśniętą dłoń, z której powoli wysunął się środkowy palec. – Cudownie. Masz siedem lat, Daniel? – Prawie. I o dziewiętnastej zaczyna się dobranocka, więc mam nadzieję, że mi wybaczysz… Atman wstał, zapiął czarny wełniany płaszcz na wszystkie guziki, podniósł kołnierz i poprawił brązową apaszkę, która zwisała mu zawinięta na szyi. Mikołaj Messner przygładził spokojnie włosy i stanął obokniego. Musiał podjąć jeszcze przynajmniej jedną próbę. – Wiesz, kiedy się dowiedziałem, że po tych wszystkich policyjnych i prywatnych psychoterapeutach wylądowałeś w Babińskim, moją pierwszą myślą było to, że to wszystko jest jakaś jedna wielka podpucha. Oczywiście słyszałem o twoim pobycie w areszcie, o tym, że cię chcieli wrobić, o tym, że odznaki już więcej nie przyjąłeś. Ale cały czas myślałem sobie, że to może kolejny cyrk, że pewnie działasz na 7F pod przykrywką, robisz rozpoznanie. Sam nie wiem, stary… Ale nawet dziś miałem nadzieję, że jak się spotkamy, to powiesz mi, że to jakaś głęboko utajniona akcja i… – Nawet jeśliby tak było, to i tak nie mógłbym ci tego powiedzieć – znów przerwał mu Atman, patrząc na niego bez mrugnięcia okiem. Mgła przesłaniająca jego tęczówki zdawała się coraz gęstsza. – A ty i tak pewnie próbowałbyś to wyczytać z każdego mikrowłókna na mojej twarzy. – I nic a nic nie widzę. Ale zauważyłem coś innego. Spod prześcieradła w pokoju na oddziale

wyciągnąłeś jakiś podejrzanie wyglądający rulonik. Pierwsza opcja jest taka, że pakowałeś do woreczka leki, którymi nie chciałeś się już więcej faszerować. Ale obsługa raczej by do tego nie dopuściła. Druga możliwość jest taka, że pisałeś miłosne liściki z tą pielęgniarką, ale gryzie mi się to z definicją osobowości schizoidalnej. I zostają jeszcze wyjścia, nad którymi mocno się głowię. Albo obudziła się w tobie pasja do poezji albo doskonale wiesz, do jakiej sprawy cię potrzebujemy. Bo to jest silniejsze od ciebie, Daniel. – Jestem pod wrażeniem, Miki. – Atman klasnął dźwięcznie w dłonie. – Prześlę ci moje wiersze mejlem. Dobranoc. – Tę samą bajeczkę wcisnąłeś temu młodemu pismakowi przed szpitalem? Wiesz, że was obserwowałem. Ty zachowywałeś się, jakbyś doskonale znał sprawę, a chłopak wyglądał, jakby właśnie się dowiedział, że Mikołaj jednaknie istnieje. – A nie istnieje? Bo mam wrażenie, że jak najbardziej i na dodatek chce mi mocno przylać w tym roku rózgą. Messner przestąpił z nogi na nogi. Zaczął pocierać dłonią o dłoń, żeby pobudzić krążenie i rozgrzać kostniejące od mrozu palce. Siekące krople deszczu przekształciły się w kryształki śniegu i zamieniały kostkę brukową w biały dywan. Messner czuł w całym ciele zimno porażki. Atman pożegnał się z nim dyskretnym skinieniem głowy i ruchem ręki, który mógł oznaczać zarówno pozdrowienie, jak i kolejny sygnał, żeby dać mu święty spokój. Potem ruszył ulicą Świętej Bronisławy w dół, w kierunku ulicy Królowej Jadwigi, na których to skrzyżowaniu wynajmował mieszkanie. Messner szedł za nim w odległości kilkunastu metrów, jakby jeszcze licząc na jakiś świąteczny cud. Patrzył na Daniela Atmana i czekał. * * * Mijając kościół Najświętszego Salwatora, Atman odniósł wrażenie, że usłyszał z prawej strony za plecami ciche kliknięcie. A potem jeszcze coś dziwniejszego, jakby odgłos pękającego lodu w szklance. Albo śniegu przyciskanego gumową podeszwą do podłoża. Stanął nieruchomo. – Zastanawiałem się, dlaczego Messner zatrzymał samochód sto metrów od mojego mieszkania. Na początku pomyślałem, że chciał pogadać w spokoju gdzieś dalej. Na świeżym powietrzu. Ale tu przecież nigdzie nie ma teraz żywej duszy. Potem pomyślałem, że pewnie w jakiś pedantyczny sposób wybiera miejsca parkingowe. To by do niego pasowało. Ale teraz widzę, że atakujecie mnie z dwóch stron. Dwa ognie. – Atman obrócił się powoli. Policzki i brwi skurczały mu się i rozkurczały karykaturalnie. – Witaj, szefie – dodał. Podinspektor Brunon Bielik był niskim, krępym mężczyzną w wieku około pięćdziesięciu lat. Orli nos wystawał daleko poza resztę gładko ogolonej twarzy. Naciągnięta na uszy zimowa czapka skrywała mocne, obcięte na jeża brunatne włosy. Patrzył na Atmana spokojnym, pogodnym wzrokiem, przełykając cichuteńko ślinę. Obokniego stanął Mikołaj Messner. – Jeśli zechciałbyś rzucić okiem… – Podinspektor podał Atmanowi teczkę. Ten wyciągnął odruchowo rękę, po czym pozwolił, by ta płynnie wróciła do poprzedniej pozycji. Pusta. Bielik kontynuował: – To, czego nie przeczytasz w gazetach, sieci lub nie obejrzysz w telewizji, znajdziesz w środku. Wszystko bez zobowiązań. – To tak jak lubię funkcjonować – odezwał się Daniel Atman. Przeniósł wzrok na Messnera. – Ale opowiem wam dokładnie tę samą bajkę, którą uraczyłem już dziś jedną miłą osobę.

To bardzo piękna opowieść. Otóż, panowie, pewna dusza trafia po śmierci do wyjątkowego miejsca. Pustego miejsca. Nie wygląda ono ani jak raj, ani jak czyściec, ani jak piekło, jak wszystkie te miejsca, której kiedyś sobie wyobrażała. I zaczyna się zastanawiać: „Gdzie ja się, do cholery, znalazłam? O co w tym wszystkim chodzi? Zawsze starałam się być dobrą duszą i co mnie tutaj spotyka?”. Nagle wyrasta przed nią wielka góra, a na jej szczycie stoi szatan i trzyma na rękach małe dzieciątko. Jezusa. I tuli to dziecko jakswoje. Dusza nie może tego pojąć i pyta, co to wszystko ma znaczyć. Na to szatan z Jezusem odpowiadają jej wspólnie: „Niepotrzebnie się tym wszystkim przejmujesz. I niepotrzebnie się tym wszystkim tak przejmowałaś za życia. To zawsze była tylko gra. Tylko zabawa”. – Boże Święty! – podinspektor Bielik pokręcił z niedowierzaniem głową. – Widzisz i nie grzmisz? A tobie, Atman, przydałoby się, żeby parę rzeczy dobitnie przekazał. Atman wyszczerzył zęby i podrapał się w bródkę. – Głosem Boga jest cisza, szefie. Przemawia za każdym razem, gdy my zamilkniemy. I właśnie teraz mam wielką ochotę go posłuchać. – Pieprzony Budda – szepnął chwilę później Messner, gdy Atman, obsypywany płatkami śniegu, schodził ulicą w dół. W ciemność. II. Mowa i milczenie. Czujemy się bezpieczniejsi z szaleńcem, który mówi, niż z takim, który nie potrafi otworzyć ust. Emil Cioran Pomimo mrozu za oknami sala wykładowa numer dwieście dwadzieścia trzy w Katedrze Kryminalistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego wypełniona była gęstą, duszną zawiesiną. Kaloryfery pracowały na pełnych obrotach, wypluwając opary ciepłego powietrza. Wszyscy studenci pościągali kurtki i ciepłe swetry, które zwisały teraz z oparć krzeseł. Cała sala pełna była kolorowych męskich T-shirtów i koszul oraz damskich bluzek. Sara poprawiła żakiet i znów objęła wzrokiem wszystkich słuchaczy, by później skupić się na kilku wybrańcach z pierwszych rzędów. Paski, granat, biel, brąz, skóra – puder, fiolet – kok, opaska – Guns N’ Roses, okrągły brąz, buty. Te zajęcia i podobne eksperymenty od lat niezmiennie sprawiały jej wielką radość. Często starała się łamać ustalone przez radę pedagogiczną i MEN schematy, wprowadzając świeże pomysły i formy w codzienną rutynę wykładów i ćwiczeń. Lubiła błyszczące od podniecenia spojrzenia studentów, ich czerwieniące się policzki, gdy wspólnie pracowali nad wyimaginowanymi lub starymi sprawami kryminalnymi, a oni wyobrażali sobie siebie w roli przyszłych biegłych, śledczych lub prokuratorów. Lubiła napięcie uczniów, gdy wybierali się w teren lub na spotkania z osobistościami z branży. To przypominało jej młodą Sarę wiele lat wcześniej, gdy z wypiekami na twarzy zbierała wszelkie dostępne materiały kryminalne, jakie tylko mogły wpaść jej w ręce. Od wujka ze Stanów dostawała nawet anglojęzyczne pisma detektywistyczne w ramach bożonarodzeniowych paczek, jakie zamożna rodzina zza oceanu zawsze adresowała do matki na święta. Nastoletnia Sara wieczorami wyobrażała sobie ich życie. To był jej polski sen o ich amerykańskim śnie. Ale dziś sama była kobietą sukcesu. Miała pasję, talent, pozycję w środowisku, pieniądze i nieustające

powodzenie u mężczyzn. Pomimo wieku, który określała jako „dojrzałe wino”, wciąż mogła się pochwalić pięknym jędrnym ciałem, gęstymi kręconymi włosami, delikatnymi rysami, bez śladu zmarszczek na gładkiej skórze o naturalnej ciemnawej karnacji. Cygańska uroda, tak mówiły o niej koleżanki z uczelni i żadna z nich w życiu nie dałaby jej ponad czterdziestu lat. Sara Kotańska raz jeszcze popatrzyła na swoich studentów, musnęła opuszkami palców srebrny naszyjnik, wzięła głęboki oddech i kontynuowała wykład: – Pamięć ludzka jest zawodna, moi kochani. Ogrom procesów pamięciowych podlega przemianie pod wpływem zebranych doświadczeń, pod wpływem emocji, pod wpływem wyobrażeń, co może prowadzić do powstawania nowych, częściowo fikcyjnych obrazów. – Sara stuknęła palcem w głowę. – A wpływ wyobraźni na percepcję potrafi być zaskakujący. W waszej późniejszej pracy musicie o tym szczególnie pamiętać w kilku sytuacjach: zeznania świadków, przesłuchania podejrzanych, relacje bliskich i takdalej. – Sara wyliczała na palcach. – Ale to tak samo dotyczy waszej pamięci. Musicie nauczyć się wyłapywać i katalogować w głowie nawet takie rzeczy, które pozornie mogą wydawać się nieistotne lub na pierwszy rzut oka nieosiągalne. Zanim wyobraźnia sprawi wam psikusa. À propos rzutu okiem… Bodźce, jakie odbierają oczy, będą w waszej pracy najcenniejsze. Pamięć zapachu, mimo iż jest bardzo bogata – człowiek jest w stanie rozróżnić kilka tysięcy różnych zapachów – jest bardzo krótkotrwała i może być zwodnicza. Rozróżnienie zapachów i określenie ich nazwy jest sprawą niezwykle subiektywną. Znacznie łatwiej odtworzyć w pamięci obraz, a nawet smak lub konkretny dotyk niż zapach. Jeśli w tej sali doszłoby do zabójstwa, prawdopodobnie relacja większości z was odnośnie do tego, co zobaczyliście, byłaby bardzo podobna. Nie identyczna, ale podobna. A z tego, co zarejestrował zmysł węchu? Ktoś może mieć katar, ktoś mocne perfumy, które komuś innemu skojarzą się z jakimś wydarzeniem z przeszłości, komuś może jest duszno i czuje zapach własnego potu. Ja na przykład czuję teraz aromat czarnej parzonej kawy, która stoi na moim biurku. Na zdrowie. – Sara upiła łyk kawy, wśród ogólnego szmeru zadowolenia. – Ale skupmy się na wzroku. Pierwszy rząd po mojej prawej, powstań! – niemal krzyknęła radośnie. Czwórka młodych ludzi usłuchała ochoczo rozkazu i rozległo się szuranie krzeseł o podłogę. Sara już na początku zajęć zastanawiała się nad wyborem grupy do krótkiego testu, ale zdecydowała się na kilkoro z tych, co zwykle. Najbardziej zainteresowanych zajęciami, najsumienniejszych, aktywnie zaangażowanych w działanie Koła Kryminalistycznego. Na prawdziwych zapaleńców, takich jak ona przed laty. Nie, jak ona nadal. Poza tym wiedziała, że jest w tym coś jeszcze. Ta grupka ją podziwiała, adorowała, uznawała za autorytet. A ona to lubiła. – Stańcie dwójkami, tyłem do siebie. Bartek plecami do Soni. Kacper to samo z Darią. Dokładnie tak, dziękuję. Sara podeszła na wysokość pierwszych ławeki zwróciła się do reszty. – Ta czwórka siedziała obok siebie przez ponad godzinę na tym wykładzie. Jeżeli nie urządzili sobie wcześniej wagarów, to u profesora Rylickiego na Ekspertyzie Sądowej również się widzieli. Cała czwórka pokiwała zgodnie głowami. – I teraz proszę was o szybkie odpowiedzi. Jak najszybsze. Pierwszy obraz, jaki stanie wam przed oczami. – Sara popatrzyła na pierwszą parę. – Bartek, zaczynasz. Jakiego koloru eyelinera użyła dzisiaj Sonia? Szybko. – Nie mam pojęcia, czym jest eyeliner – odparł Bartek, przy śmiechu ze strony męskiej

części „widowni”. – Okej, to tylko rozgrzewka. – Sara uśmiechnęła się. – Jakiego koloru ma cień do powiek? Z tego się już nie wywiniesz. Cień do powiekto cień, którym malujesz powieki. Dawaj, Bartek. Cała sala ryknęła śmiechem. – Niebieski. Nie, czarny. Nie, granatowy. – To nie teleturniej. Delikatny fiolet. Teraz Sonia. Równie szybko, tylko wybierz jeden typ, proszę cię. Koszula Bartka. – Prążki. Granatowe i białe. No, może srebrne – odpowiedziała szybko Sonia. – Świetnie, brawo. – Pomagałam mu wybrać… Tym razem chichot damskiej części niósł się po sali. – A pomogłaś mu też wybrać pasek? – zapytała Sara. – Hmmm… Czarny ze srebrną klamrą? – Nie wiem, bo zasłania go koszula, której nie włożył do spodni. Bartku, pokaż nam, co tam masz. Do kobiet znów dołączyli się mężczyźni i głośny śmiech odbijał się od ścian. – Brązowy. – Bartek dumnie podwinął koszulę i zaprezentował wszystkim opalony brzuch. Paska nie miał. – Całkiem przyzwoicie jakna grudzień – zaczepnym tonem powiedziała Kotańska. – Możecie usiąść. Teraz druga para. Kacper, jaką fryzurę ma Daria? – Piękną, jakzawsze. – Kacper puścił oko w kierunku reszty studentów. – To niewątpliwie, ale interesują mnie szczegóły – Grzywka do boku? – Kacper wykrzywił twarz, dając do zrozumienia, że strzela. – Nie mam pojęcia. Przepraszam, Daria, kochanie. Pas. – Daria, czas na rewanż. Jakie oprawki nosi Kacper? – Prawie okrągłe. Grube i ciemnobrązowe. – Świetnie. Dalej. W co jest ubrany? – Czarne spodnie, jakzwykle. Buty… Glany? – Nie. Sama byłam zdziwiona – mówiła Kotańska, wciąż się uśmiechając. – Tenisówki. – No to w życiu bym nie zgadła. I koszulka… Pewnie jednego z tych rockowych zespołów. – Sara kiwnęła głową. – Tylko teraz, którego…? Aerosmith albo R.E.M., albo… – Take me down to the Paradise City, where the grass is green… – zaczęła nucić cicho wykładowczyni. – „Gunsi”, no pewnie – powiedziała Daria. Jej głos już tonął wśród dźwięków przeboju Guns N’ Roses, który podchwycili wszyscy i bawiąc się doskonale, uderzali dłońmi o ławki i wyśpiewywali dalej: – …and the girls are pretty, oh won’t you please take me home… Sara naprawdę lubiła te zajęcia. * * * Daniel Atman miał ochotę pocałować to miasto. Każdym centymetrem ciała chłonął wyjątkową atmosferę Krakowa, tę bliską sercu krakusów mieszankę smogu, spalin i jarzących się

świateł. W rozszerzonych źrenicach odbijało się dalekie życie ulic. Atman zbełtanym wzrokiem patrzył na panoramę Krakowa z tarasu widokowego kawiarni przy kopcu Kościuszki. Cafe Panorama. Pamiętał, że w lecie to miejsce huczało od rozmów przyjaciół przy piwie i karkówce, ale nadchodząca zima skutecznie zapędziła wszystkich klientów kilkanaście metrów niżej, do restauracji Pod Kopcem. Wszystkich poza Atmanem. Obrócił się w stronę kopca, który w świetle bladożółtych reflektorów przypominał babkę z piasku. W 1820 roku rozpoczął się patriotyczny zryw, mający za zadanie postawienie niezniszczalnego pomnika bohaterowi narodowemu, Tadeuszowi Kościuszce. Sypali ochotnicy; chłopi, młodzież, a nawet cudzoziemcy, będący przejazdem w mieście. I skończyli sypać w 1823. Po ponad trzech latach. Atman uśmiechnął się, dziękując im w duchu. Było stosunkowo ciepło jak na początek grudnia. Sporadycznie padający mokry śnieg topniał błyskawicznie w kontakcie z twardą materią. Daniel Atman starał się cieszyć każdym najmniejszym ruchem, jaki mu pozostał. Pogładził rzemyk na lewym nadgarstku, przeczesał mokre włosy, które opadały mu na policzki, i z namaszczeniem odpalił papierosa. Minęło prawie osiem godzin, odkąd dostarczył organizmowi czterysta mikrogramów LSD. Poziom serotoniny stopniowo spadał i wiedział, że już niedługo jego sposób postrzegania rzeczywistości wróci do normy. Do szarości. Delektował się tymi ostatnimi chwilami zdwojonej pracy neuronów, namacalnie czuł w ciele każdy kolor i dźwięk, jakie oferowało mu jego miasto. Widział jakby piksele łączące się w jedno. I znów podziękował w duchu tej jedności. I Rafałowi z narkotykowego, do którego dzwonił dziś rano. – Daniel z tej strony – powiedział, gdy zaspany głos wypowiedział przeciągłe „halooo” po kilkunastu sygnałach. – Atman. – Jezu Chryste! Zaczynam wierzyć w zmartwychwstanie. Co tam, Danny? Kopę lat! – Ja właśnie w sprawie zmartwychwstania. Potrzebuję do tego twojej pomocy. Coś, żeby się na dobre obudzić, jakza dawnych czasów. – Dawne czasy dawno minęły. A nowe czasy nigdy nie są dobre. Szczególnie dla nark… dla wyrafinowanych smakoszy substancji psychodelicznych. Przykro mi, stary. I opowiedział Atmanowi o tym, że bardziej interesujący towar, czysty i w dużych ilościach, to teraz ma tak naprawdę tylko „Warszawka” i może kilka mniejszych miast. Że za Kraków po zmianie kierownictwa w KWP i Komendzie Miejskiej srogo się zabrano, wypowiadając wojnę gangom narkotykowym, które okazały się powiązane z grupami pseudokibiców. A że porachunki pseudokibiców elektryzują całe miasto i zajmują nagłówki w prasie, to harce z wrzucaniem zarekwirowanych partii towaru z powrotem na rynek dawno się skończyły. I że on, Rafał, musi piekielnie uważać, bo kilku jego dobrych kolegów wyleciało na zbity pysklub dostali przeniesienia i obsługują teraz fotoradary. – A twoje prywatne zasoby? Nie wierzę, że nie masz kilku mniejszych kontaktów? – Atman nie dawał za wygraną. – Kurwa, Danny! Mówię ci, że to wszystko przypomina zabawę nastolatka, który w piwnicy pod ultrafioletem stara się wyhodować jeden krzaczekmarihuany w tajemnicy przed babcią… – Rafał… – Ale tak, mam kilku takich zaufanych nastolatków, którym te ziarenka wręczam. W zamian za ochronę. Bardzo prowizoryczną ochronę. – Ale zgaduję, że oni nie wiedzą, że jest taka prowizoryczna. Dalej mieszkasz na Rybitwach?

– Dalej. To dobry rewir na takie małe transakcje. W sąsiedztwie mam same hurtownie i hale produkcyjne. Tu nikt nie robi wjazdów na osiedla. – Uhm… Będę za czterdzieści minut. Zdążysz jeszcze zrobić śniadanie dzieciakom. – Daniel… – zaczął Rafał, ale Atman już się rozłączył. Ostatni raz popatrzył na Kraków, który z każdą minutą stawał się coraz mniej kolorowy, coraz mniej lśniący. Ale nawet na trzeźwo kochał to miasto. Albo raczej kochał i nienawidził jednocześnie, tak jak, przypuszczał, większość mieszkańców. Bezwarunkową miłością darzył tylko tę zachodnią część miasta, gdzie się wychował i gdzie po latach tułania się po różnych zakątkach powrócił. Mało kto używał już dziś tej nazwy – Zwierzyniec. Wola Justowska, Dębniki, Salwator – te obszary miały w sobie cichą magię. Tworzyły specyficzny mikroklimat. Dalej, tam, gdzie kończyły się Błonia, a zaczynał ruch Alei Trzech Wieszczów i szum miasta, magia gdzieś ulatywała. W murach poaustriackiego fortu zgasił chesterfielda i ruszył schodkami w dół. Miasto zasypiało i Atman już czuł, że niedługo zaczną budzić się demony. * * * – Koniec koncertu, moi drodzy. – Sara kontynuowała już z poważniejszą miną. – Wyciągnijcie teraz wszyscy telefony z kieszeni. – Zaczekała chwilę. – Już? Świetnie. Na „trzy” odblokujecie klawiaturę, przekażecie telefon sąsiadowi, który popatrzy na ekran i oceni waszą tapetę. Mam nadzieję, że nikt nie ma tam czegoś, co bardzo chce ukryć. – Zrobiła kolejną pauzę. – Nie słyszę głosów sprzeciwu. Do dzieła. Raz, dwa, trzy. W sali zaszumiało od ruchów rąk, wędrujących tam i z powrotem. Sara patrzyła z zainteresowaniem na uśmiechy studentów. – Dobrze, wystarczy. Oddajcie sobie telefony. – Ruszyła wolnym, dostojnym krokiem wzdłuż rzędów. – Patrzyliście na aparaty kolegów i koleżanek przez około siedem, może dziesięć sekund. Mieliście zwrócić uwagę na tapetę. Co na niej było? Kotańska wyrywko wskazywała palcem na podopiecznych, mijając kolejne ławki. – Pies, prawdopodobnie golden retriever. – Jakieś surrealistyczne bazgroły. – Herb Realu Madryt. – Jakaś dziewczyna. Całkiem, całkiem, Marek, dobry gust. – Bardzo dobrze. – Sara przerwała im szybkim ruchem ręki. – I teraz powtarzam: patrzyliście na telefony około dziesięć sekund. Ilu z was zapamiętało, która była godzina na wyświetlaczu? Jedna trzecia zgromadzonych podniosła dłonie w górę. – Mhmmm… Ilu z was zapamiętało model telefonu? Podobna liczba rąkwyskoczyła w powietrze. – Okej. A ilu operatora sieci, jeśli nazwa była na ekranie? Ilu poziom naładowania baterii? Zgłosiło się sześć osób. Wszystkie sześć z Koła Kryminalistycznego. Dokładnie tak jak przypuszczała. – Myślę, że już rozumiecie, o czym mówiłam wam na wstępie, kochani. Przemyślcie to na spokojnie po zajęciach. Ci, którzy zapamiętali godzinę, wiedzą, że zostało nam piętnaście minut do końca zajęć. Najpierw garść spraw organizacyjnych, żeby i mnie pamięć nie wycięła numeru. –

Sara wróciła do biurka, upiła łyk kawy, sięgnęła po kartkę z wydrukowanym planem rocznym i zaczęła wyliczać: – Mówiliśmy już o wykrywalności przestępstw, schemacie przeprowadzania czynności operacyjno-rozpoznawczych, o oględzinach, pobieraniu materiału, osmologii, okazaniu, przesłuchiwaniu podejrzanego i świadka. W tym półroczu zostały nam zajęcia o szczególnych formach przesłuchania, niekonwencjonalnych metodach śledczych i omówienie kilku wybranych pomyłeksądowych. Przypominam, że sami także rozwiązaliśmy na tej sali kilka trudnych spraw kryminalnych. Dobra robota. W ramach działalności Koła Kryminalistycznego odbyliśmy spotkania z wieloma wybitnymi specjalistami. Dowiedzieliście się co nieco o ekspertyzie pisma i profilowaniu nieznanych sprawców zabójstw od doktora Mikołaja Messnera. Wysłuchaliście wykładów o przestępczości finansowej i terroryzmie od funkcjonariuszy CBŚ. Zwiedziliście areszt śledczy i Centrum Szkolenia Straży Granicznej. Poza tym mam nadzieję, że cały czas czytacie Stulecie detektywów Thorwalda. Myślę, że to były bardzo pracowite dwa miesiące dla większości z was. I jako że jesteśmy z materiałem do przodu, na przyszłych zajęciach chciałabym, żebyśmy popracowali nieco luźniej. Zorganizujemy coś w stylu debaty oksfordzkiej na… hmmm… powiedzmy bardziej teoretyczny i filozoficzny temat. Zrobiła pauzę i chłonęła spojrzenia studentów. Panowała absolutna cisza i wszyscy w skupieniu czekali na ciąg dalszy. Lubiła te momenty. Wydłużała do granic możliwości ten stan, te chwile jakby między wdechem a wydechem. A wszędzie tylko nieruchome twarze, wszystkie wpatrzone wprost w nią. – Moralność – ciągnęła. – Wina. Odpowiedzialność. Usprawiedliwienie zbrodni. Podzielimy się na dwie grupy. Myślę, że dobrym kryterium będzie tutaj płeć. Dowiemy się, czy kobiety – te piękne, wrażliwe stworzenia – są, jaktwierdzą psychologowie, bardziej skłonne do wybaczenia niż mężczyźni, bardziej wierzą w człowieka, w nawrócenie. Kobiety będą miały za zadanie atakować. Przytaczać argumenty za winą, za karą. Zobaczymy, jak wam pójdzie. Mężczyźni odwrotnie. Zostaniecie obrońcami zbrodni. Adwokatami diabła. I chcę, żeby to była swobodna debata. Możecie się chwytać, czego tylko chcecie: religii, biologii, filozofii, statystyk, wszystko jedno. Co wy na to? Wszyscy ochoczo pokiwali głowami. Popatrzyła na pierwszy rząd. – Kacper! Pytanie, na które musisz znać odpowiedź wyrwany z łóżka o drugiej w nocy. Siedem złotych pytań kryminalistyki. – Co? Gdzie? Kiedy? Jak? Czym? Dlaczego? Kto? – wyrecytował. – Takjest. I my skupimy się na szóstym. – Nie cudzołóż – rzucił Kacper i wszyscy znów ryknęli śmiechem. Kotańska zastanowiła się przez chwilę, jak to jest, że ci często prawie trzydziestoletni ludzie, dla których był to być może już drugi kierunek studiów, ludzie w większości pracujący, posiadający już odpowiedzialne i poważne posady, odpowiedzialne i poważne związki, na sali wykładowej, wśród studenckiej braci zawsze zamieniają się w… No właśnie, w kogo? „W dzieci – pomyślała. – W dzieci chcące za wszelką cenę zaimponować innym dzieciom”. Ale ona też chciała imponować tym dzieciom. – Staram się, Kacper – powiedziała po chwili, patrząc, jak jego policzki delikatnie się rumienią. Dźwięczny chichot dalej toczył się między ławkami. – Dobrze, moi drodzy. Dla przykładu dwa argumenty, żebyście zobaczyli, jakto będzie przebiegało. Sytuacja: kobieta wpada

w złość i morduje swoje małe, płaczące dziecko. Kacper, bronisz. – Hmmm, niech pomyślę. Biologia. Gen TPH1. Jego mutacja mogła wpłynąć na agresję, problemy lękowe, psychozy u kobiety. Podobnie z genem 5-HTT. Wina może więc leżeć po stronie wad genetycznych, nie samej kobiety. Po drugie… nie wiem, trauma poporodowa? – Bardzo dobrze, o to właśnie chodzi. Przygotujcie sobie po parę argumentów. A temat, o jakim będziemy mówić, jest bardzo świeży i bardzo elektryzujący. Słyszeliście o zabójstwie w Vita-Leksie? – Sara zrobiła długą pauzę. – Porozmawiamy sobie o tym poćwiartowaniu. To zdanie przygotowała sobie na wielki finisz. Czuła na plecach świecące od przejęcia spojrzenia studentów, gdy wychodziła z sali wykładowej. Wyobrażała sobie, że doświadczają teraz tego, co ona wiele lat temu, gdy czekała na nowe pisma detektywistyczne z Ameryki. * * * Sixto Rodriguez śpiewał z głośnika o czasie srebrnych magicznych statków, kokainy i słodkiej marihuany, podczas gdy Atman leżał z zamkniętymi oczami na kanapie i czuł, że jego dusza kołysze się w rytm muzyki. Mieszkanie przy ulicy Świętej Bronisławy sprawiało wrażenie, jakby zamieszkiwał je bibliofil albo szalony, bez reszty oddany swojej pasji naukowiec. Każdy wolny fragment przestrzeni zajmowały książki, czasopisma, wycinki, fotografie i kartki, zapisane wieloma stylami pisma. Poza kuchnią i łazienką, które wprowadzając się, Daniel zastał nowocześnie wyposażone, mieszkanie mieściło niewielki salon i jeszcze mniejszą sypialnię. Salon zastawiony był teraz komodami i szafami, które pamiętały trzy pokolenia rodziny Atmana. Całość tworzyła wrażenie celowo stworzonego bałaganu, a sam Atman twierdził, że w tym chaosie jest pewien ukryty porządek. Przez pół roku jego nieobecności prawie nic się tutaj nie zmieniło. Prawie. Rachunki płacił za niego brat, Konrad, i raz na parę tygodni zaglądał albo on, albo ojciec, zetrzeć kurze z tych nielicznych dostępnych miejsc i podlać rośliny w donicach. Difenbachię, dracenę i jukę lub – jaklubił mawiać ojciec – Baśkę, Darka i Julkę. Rodriguez śpiewał: Sugar man, you’re the answer, that makes my question disapear, a w głowie Atmana zaczęły się rodzić pytania. Pytania, na które nie chciał szukać odpowiedzi. Rodziły się już od kilku dni, ale Daniel robił wszystko, co mógł, żeby przedwcześnie umierały. Efekt działania LSD już prawie całkiem zniknął i Atman poczuł piekącą ochotę, żeby zniknąć razem z nim. Mózg natychmiast podsunął odpowiedź – opróżnić kilka szklaneczek rumu. Usiadł na kanapie. Przed nim, na małym okrągłym stoliczku, leżały papierosy, zapalniczka, złożone w kupkę papiery i otwarta Księga niepokoju Fernanda Pessoi. Wyjął chesterfielda, odpalił i siwy dym wypełnił ciemne pomieszczenie. Zerknął w kierunku wejścia do kuchni. W jednej z szafek znajdowała się nieotwarta butelka pełna bursztynowego płynu. Wystarczy odkręcić i świat znów nabierze kolorów. Zaciągnął się chciwie. Nie był alkoholikiem, nigdy nie miał problemów ani z alkoholem, ani z jego brakiem. Nigdy też nie pił więcej, niż to było, według jego kryteriów, konieczne. Nic jednaknie działało na niego tak stymulująco, jak kilka kieliszków rumu. Albo śledztwo. A bez jednej z tych dwóch rzeczy władzę nad nim przejmowały upiory; osobowość schizoidalna, napady lękowe, fobie. Tylko w trakcie dochodzenia albo przy odpowiednim stężeniu alkoholu we krwi czuł, że może wszystko, że żyje, że oddycha pełną piersią, że realizuje dokładnie to, po co pojawił się na tym świecie. Poza tym były jeszcze narkotyki. Okazjonalnie. LSD, meskalina, inne substancje z grupy

tryptamin, specjały, dzięki którym raz na jakiś czas mógł się oderwać, poczuć więź z istnieniem. Zasmakować tego, co rzeczywiste, absolutne, a nieuchwytne w codziennym życiu. Dogasił papierosa, podejmując decyzję. Przyciszył muzykę, wyjął z kieszeni czarnych dżinsów starą nokię, wcisnął B w książce telefonicznej i czekał. – Bielik, słucham. – Dobry wieczór, szefie. – Atman, na Boga, o tej porze?! – Głos podinspektora zdawał się sugerować, że jest już drugą osobą, którą Atman obudził dzisiejszego dnia. Atman usłyszał ciche „z pracy” i odgłos uginających się sprężyn materaca. – Każda pora jest dobra, żeby przekazać dobre informacje – powiedział. – Ale przepraszam, że narażam na zarzuty o zdradę, ze strony żony. – Każda przed pierwszą w nocy. I żona już dawno wybaczyła mi zdrady z wydziałem. Rozumiem, że spodobały ci się akta i zaczynasz od jutra? – Zastanawiam się nad oskarżeniem o włamanie, ale pewnie wykorzystaliście życzliwość mojego brata. A co do samych akt, to mam sporo pytań. I na pewno nie zaczynam od jutra. Muszę się wyspać – powiedział Atman, zastanawiając się już w trakcie, czy za bardzo nie przesadził. Hierarchia to jednakhierarchia. – Jakie to pytania? – Bielikbył już całkiem rozbudzony. – Większość dotyczy raportów niejakiego starszego aspiranta Patryka Filara. Strasznie to chaotyczne. – Messner mówił to samo. Ale Filar to dobry policjant. Trochę narwany, ale… zaangażowany. I w trakcie sprawy przenieśliśmy go do nas z Pierwszego Komisariatu, więc popytasz go osobiście. Ambitny chłopak, pracuje nad sprawą od początku. Zrobił szkolenie w CSP i chcemy go po wszystkim wysłać na kurs FBI do Stanów. – Quantico? – Prawdopodobnie. – Widzę, że masz pupilka, szefie. To chyba wyjątek, aspirant wśród oficerów na kursie FBI? – To zdolny gość. Przyszłość wydziału. I mamy braki w kadrach. Nie bądź zazdrosny, Atman. – Podinspektorowi wróciła zwykła pogoda i głębia głosu. Atmanowi przeszło przez myśl, że gdyby Bielik pracował jako akwizytor, zarabiałby drugie tyle, co w policji. – Nie znam tego uczucia – odpowiedział po chwili mrukliwym półtonem. – Mam dostarczyć jakieś ładne pisemko o zezwolenie na powrót do służby, broń, dostęp do ekspresu do kawy w wydziale, i takdalej? – Sam już sobie przedłożyłem stosowne dokumenty w twoim imieniu. Czekają u mnie na biurku na twój podpis – odparł Bielik. – Dostaniesz też przydział na broń, odbiór z magazynu. A kawę pij, do cholery, przed przyjściem do pracy. Atman odpalił kolejnego papierosa. Czuł mrowienie na całej powierzchni skóry. Już wiedział, że butelka rumu pozostanie dziś nietknięta. – Potrzebuję jeszcze jednego dnia, żeby postudiować materiały. Pojutrze o siódmej mogę zaczynać. Przekaż chłopakom, żeby upiekli tort na mój powrót. – Powoli, Atman, nie wiesz jeszcze najważniejszego. Archiwum pracuje teraz nad czterema sprawami jednocześnie. Chłopaki działają w terenie w sprawie zwłok chłopaka na Zakrzówku

sprzed dwóch lat, pamiętasz pewnie. Pomaga im Stelmach z kryminalnego z Opola. Jest teraźniejsze zabójstwo w Chrzanowie, gdzie wysłaliśmy kilku funkcjonariuszy, a w tle cały czas majaczy sprawa dziewczyny z Wisły z dziewięćdziesiątego dziewiątego roku. – Oskórowana z chirurgiczną precyzją. Nikt w mieście o tym nie zapomniał. – No właśnie. Pojawiły się nowe fakty. Dlatego między innymi wzięliśmy do dochodzenia w sprawie Vita-Lexu Filara. I dlatego wracasz ty. – Nie jestem pewien, czy nadążam, szefie. Mamy pracować we dwójkę? – Macie jeszcze Messnera. A Filar ma kontakty w Pierwszym Komisariacie, jakbyście potrzebowali siły roboczej. I raporty składacie bezpośrednio przede mną. Sprawa stoi w miejscu. Macie ją ruszyć w miarę możliwości szybko, cicho, nieformalnie i… Co w ogóle wiesz o działalności Vita-Lexu? – Niewiele. W zasadzie nic. Prowadzą jakąś sieć barów i sklepów wegańskich, tak? – Ho, ho! Spodoba ci się ta sprawa. W sam raz dla… – Potrzebuję przynajmniej pięciu osób. Takjakzawsze pracowałem – przerwał mu Atman. – Z tobą będą trzy. – Czterech. – Nie mamy ani wykwalifikowanych ludzi, ani pieniędzy, żeby im płacić. Cięcia są wszędzie, Atman. Znajdź sobie wolontariuszy, to możecie działać i w sto osób. Tylko grzecznie, bo zarząd Vita-Lexu już trzyma prawników w gotowości. Przynajmniej ci, którzy jeszcze żyją. – Jeszcze? – Brwi Atmana zadygotały niekontrolowanie. – Pogadaj z Messnerem i Filarem. Mają wstępną teorię, że to ostatnie zabójstwo może być powiązane z machlojkami w firmie, które niedawno wyciekły. Straszny tam teraz bałagan mają. Dzięki Filarowi, po części. No i Messner twierdzi, że… na pewno nie wygląda to na afekt, raczej na zaplanowaną egzekucję, obrażenia świadczą o sadystycznych skłonnościach zabójcy i być może będzie chciał to powtórzyć. W aktach masz raporty technika z miejsca zdarzenia i patologa z Zakładu Medycyny Sądowej. A Messner przygotowuje właśnie profil. W słuchawce zapadła cisza. – Atman, jesteś tam? – zapytał po chwili Bielik. – Uhm. Jeszcze jedno mnie intryguje… Dlaczego sprawę w ogóle przejęło Archiwum? Mogliście to zostawić Śródmieściu i temu Filarowi, skoro to taki golden boy. Bielikodetchnął ciężko. – Po pierwsze, nie przejęło, tylko przejmuje. Po drugie, nie Archiwum, tylko mała grupa specjalna z tobą na czele. Wymyśl sobie jakąś ładną ezoteryczną nazwę, tak jak lubisz. – Atman wychwycił nutkę ironii w głosie podinspektora. – Po trzecie, wiesz, że czasem wkraczamy w te trudne sprawy, gdzie jest mowa o szczególnym okrucieństwie… – I po czwarte? Powiedz mi coś, czego jeszcze nie wiem. – Hmmm… Cztery lata temu w pokoju socjalnym na trzecim piętrze Vita-Lexu znaleziono zwłoki ówczesnego prezesa zarządu. Samobójstwo. – I uważasz, że ma to związekz tą teksańską masakrą? – Ja nic nie uważam. Ja siedzę w papierach. Ale Messner uważa, że być może. A ty masz się tego dowiedzieć. Mamy dwa zgony w wielkiej korporacji i cztery lata wolnej przestrzeni. Wypełnijcie ją.

– Uhm. – Atman wciągnął dym głęboko w płuca. – Wiesz, szefie… Arystoteles twierdził, że cnota to złoty środek pomiędzy dwoma występkami. Tak mi się jakoś skojarzyło. Wiem, że lubisz antycznych filozofów. – Bardzo ładnie, Atman – nieprzekonującym głosem powiedział podinspektor i czekał na ciąg dalszy. W takich gierkach z Atmanem zawsze był ciąg dalszy. – Ale to pierdoły. Cnota jest tylko tam, gdzie jest wybór. A my nigdy nie mieliśmy wyboru. Dobrej nocy. III. Kiedy łamiesz zasady, łam je mocno i na dobre. Terry Pratchett Kilka dni wcześniej Wiedział, że musi coś z tym zrobić. Przed dwoma tygodniami wrócił z Dalekiego Wschodu z nadziejami na odbudowę dawnej pozycji w firmie, a zastał burdel, który znów kazano mu posprzątać. W ciągu czterech lat pobytu w Indiach, Japonii, Laosie i Hongkongu zarobił dla Vita- Lexu więcej niż ktokolwiek od początku działalności spółki. Już od miesięcy powinien siedzieć w fotelu prezesa i popijać ponadpięćdziesięcioletniego macallana, limitowaną edycję szkockiej whisky, którą kupił za prawie dwanaście tysięcy złotych. Miał jeden z wyprodukowanych czterystu dwudziestu egzemplarzy. Ale te skurwysyny znów zdegradowały go do pozycji sprzątacza. I podczas gdy on wypełniał zobowiązania w Azji, w Vita-Leksie nazbierało się tyle kurzu, że nie był pewien, czy tym razem znajdzie się na to odpowiednio gruby dywan. I już nie chciał wiedzieć. Mimo że on także mógł wpaść, postanowił, że pozwoli wszystkim tym paprochom wypłynąć na wierzch i osobiście zadba o to, żeby świat zobaczył ten bałagan. Jego bałagan. Jego wizję. Spojrzał przez okno. Przez Krupniczą w pośpiechu na zajęcia pędziło stado studentów. Jak oni byli poubierani? Za jego czasów to było nie do pomyślenia. Chryste, jak on nienawidził tych darmozjadów. Nierobów na słoikach od mamusi ze wsi. Wypindrzone panienki noszące, pomimo listopada, spódniczki krótsze niż jego bokserki, wytatuowani faceci ze skaczącymi dredami. Za jego młodości tatuaże oznaczały odsiadkę, dzięki temu zwykły obywatel wiedział, że ma do czynienia z recydywistą. A dzisiaj? – Psia ich mać! – zaklął głośno, przesuwając wzrok na sklepy, postój taksówek i szpital specjalistyczny im. Józefa Dietla. Wielkie bladoniebieskie litery kontrastowały z budynkiem. Szyld wciąż przypominał czasy komuny. Jakby tam na górze czas się zatrzymał. Przed główne wejście podjechała karetka na sygnale. Wspomniał Stankiewicza i złote czasy, gdy ten był prezesem. Już po dziewięćdziesiątym roku, po transformacji, Stankiewicz wpadł na pomysł założenia fundacji. Miał odpowiednie dojścia, pozycję i przedsiębiorczą naturę. Rynek był w fazie rozwoju, struktury państwa w budowie, a Stankiewicz wiedział, że być może już nigdy nie będzie lepszej okazji do prania kasy. No i pociągnął go za sobą. A gdy kilka lat później dostali wiadomość od służb, że są na nich skargi i ministerstwo finansów ma zamiar wziąć ich pod lupę, on zaczął akcję tuszowania. I zakończył ją

powodzeniem. Jak zawsze. Potem założyli Vita-Lex i dopóki Stankiewicz żył, on pozostawał jego wiernym psem. Ale pan dobrze go traktował i rzucał mu kości tak duże, że nigdy nie zależało mu na niczym więcej. Aż do dzisiaj. Dzisiaj on przywoził kości z Azji swoim nowym panom z zarządu. A oni już tych kości nawet nie chcieli. „Banda idiotów! – pomyślał. – Banda niekompetentnych idiotów!”. Polkowski, Noga, Dyluk, Luty. Prezes Dariusz Luty z całą tą jego misją przemianowania Vita-Lexu w cholerne Opus Dei. I ten nowy sukinsyn, który wkradł się w łaski Lutego, odcinając go od należnego mu koryta. Barski. Lucjan Barski. To nazwisko przewijało się w jego życiu, odkąd pamiętał. Nawet Stankiewicz coś o nim kiedyś wspominał, w latach osiemdziesiątych bodajże. Ale czy to on wprowadziłby go do firmy? Raczej wątpliwe. Ta data zbiegała się niby z datą jego śmierci, ale… nigdy mu o niczym takim nie wspominał. Barski, pieprzony szaman. Usłyszał o nim ponownie, będąc w Indiach i Hongkongu. O jego wybitnej karierze, niekonwencjonalnym podejściu do pacjentów, cudownych lekarskich zdolnościach. Potem dowiedział się o jego powrocie do kraju przed trzema laty i o tym, co teraz widział na własne oczy. Vita-Lex zamienił się w zasraną sektę. Oczywiście, za czasów Stankiewicza mogłaby to być świetna przykrywka, joker do zagrania na nosie prasie i ministerstwu. Ale Luty traktował to jak powołanie i czyniąc z Barskiego polskiego Deepaka Choprę, naraził się na śmieszność w oczach opinii publicznej. Ale najgorszy był fakt, że właśnie to okazało się strzałem w dziesiątkę; ludzie przyjeżdżali z całego kraju. I kasa się, niestety, zgadzała. Ich kasa. Przebijające się przez gęste chmury blade słońce obwieszczało dobiegający finał złotej polskiej jesieni. Ulicami wciąż gnali studenci i taksówkarze. Przez okno zauważył trzy postaci wchodzące do budynku Vita-Lexu. „Pewnie klienci – pomyślał. – Albo spóźnieni słuchacze jednego z tych prozdrowotnych wykładów Dyluka”. Jedni z ostatnich. Na pewno. Już on zadba o to, żeby dni Vita-Lexu były policzone. I tego skurwysyna Barskiego też. Na łysej czaszce pojawiła mu się pulsująca żyłka. Otarł pot z czoła, obrócił się, wyszedł z gabinetu, trzasnął drzwiami i skierował się do pokoju socjalnego po mocną kawę. Na zamkniętych drzwiach wciąż dygotała blaszka z nazwiskiem: Kamil Biernacik, przedstawiciel. * * * Patryk Filar pchnął drzwi wejściowe do głównej siedziby Vita-Lexu i stanął w nich, żeby przepuścić prokurator rejonową, Marię Cytrus. Potem wcisnął się przed wchodzącego za nią młodszego aspiranta Igora Adamka i, puszczając mu oko, szepnął: – Hierarchia, młody. Parter budynku był urządzony w nowoczesnym stylu, dominowało szkło, metal i stonowane barwy, głównie odcienie bieli i czerni. Wyjątkiem był krwistoczerwony dywan, który Filarowi skojarzył się z ekskluzywnymi hotelami na Zachodnim Wybrzeżu Stanów. Brakowało mu tylko złotych poręczy i głowy lwa przy recepcji. Na lewej i prawej ścianie holu znajdowało się po troje drzwi wejściowych do sal terapeutycznych i wykładowych. Oboknapisu „recepcja” w kilku językach pięły się w górę schody. Po drugiej stronie stała winda, nad którą świeciło się światełko z cyfrą zero. – Dajcie mi jeszcze kwadrans. Rozejrzę się po tym przybytku ducha – prokurator Maria

Cytrus zwróciła się do policjantów. – Trzymajcie chłopaków w gotowości. Sami możecie sobie poczytać broszury. Dowiecie się, jakrozniecić „Wewnętrzny Ogień”. Maria uśmiechnęła się do Filara i podała mu ze stojaka przy wejściu ulotkę o spotkaniu z południowoamerykańskim uzdrowicielem. Filar popatrzył na nią spode łba, ale usta jakby same złożyły się w życzliwy grymas. Lubił tę drobną blondynkę. Lubił w niej tę charakterystyczną zadziorność, niepasującą do subtelnej, pastelowej aparycji. Lubił to, że nie przeszkadzała komisariatowi w robocie, że miała do nich pełne zaufanie i zjawiała się tylko wtedy, kiedy było to naprawdę konieczne. Nie potrzebowała błysku fleszy, pochwalnych artykułów w gazetach, tylko dobrze wykonanej pracy. Dobrze wykonanej przez niego. Poza tym wyjątkowo łatwo przychodziło jej wypisywanie aktów oskarżenia, zatrzymań, rewizji i takdalej. W tym przypadku aż za łatwo. Bo nie licząc zeznań kilku osób, w tym jednej kluczowej, która na dodatek spędziła tydzień w szpitalu, i nadania przez komisarza wyraźnego priorytetu dla sprawy, to nie mieli niczego konkretnego. Kilka poszlak, podejrzeń, jego intuicja, tyle. – Będziemy mieć oko na Dyluka. Zgodnie z harmonogramem na stronie powinien prowadzić właśnie wykład. – Filar wskazał na pierwsze drzwi po prawej. – Na pierwszym piętrze są zajęcia z jogi, jakby pani prokurator miała ochotę się trochę porozciągać przed akcją. Maria Cytrus błysnęła zębami i skierowała się w stronę windy. Filar z Adamkiem wyciągnęli odznaki i pomachali nimi w stronę recepcjonistki, która kiwnęła beznamiętnie głową. Widziała ich już trzeci raz w tym tygodniu. Patrzyła jeszcze przez chwilę, jak te dwie sylwetki – wielka, muskularna, barczysta Filara i niska, drobna, szczupła Adamka – znikają za obitymi suknem drzwiami, chwyciła słuchawkę telefonu i wybrała numer wewnętrzny. – Tych dwóch znów coś węszy na parterze. – Jakich dwóch? – Bert i Ernie, cholera, nie pamiętam, jak się nazywają, ale miałam dzwonić, jak coś się będzie działo, to dzwonię. Przyprowadzili ze sobą prokuratora. – Odłożyła słuchawkę na widełki, myśląc, że już dawno powinna znaleźć inną pracę. Patryk Filar i Igor Adamek zajęli miejsca stojące na samym końcu wielkiego audytorium. Filar ze zdziwieniem zauważył, że sala pęka w szwach. Główne światła były pogaszone, a poruszające się pulsująco reflektory – nakierowane na postać w garniturze znajdującą się na środku niewielkiej sceny. Na przemawiającego do gąbczastej główki mikrofonu Adama Dyluka. – Jeżeli wszyscy ludzie mieszkaliby w sąsiedztwie ubojni, ten wykład nigdy nie musiałby mieć miejsca – mówił płomiennym głosem. – Każda żywa istota posiada świadomość. Każda żywa istota odczuwa stany przyjemności i cierpienia. Czy ktokolwiek z was tu obecnych świadomie naraziłby na ból i męki swojego psa lub kota, którego trzymał wcześniej na kolanach? Z którym bawił się w ogródku? My, ludzie, fałszywie wrażliwi na cierpienie, oportunistyczni bojownicy o wolność, tłoczymy zwierzęta w betonowych halach, nie pozwalamy oglądać im słońca, oddzielamy płaczące dzieci od ich matek. Karmimy je, faszerując hormonami, tylko po to, żeby je mordować i tymi martwymi ciałami napychać później własne żołądki. To krwawa i przerażająca rzeź. Zwierzęta nie rodzą się po to, żeby je zabijać. Nie są własnością człowieka! Wsłuchajcie się w głos sumienia, być może usłyszycie w głębi duszy ich płacz. Młode cielęta są brutalnie zarzynane już kilka dni po narodzinach i przemielane na paszę dla naszych zwierząt domowych lub wykorzystywane do produkcji serów. Uważacie, że nabiał jest konieczny dla zdrowej diety? Człowiek jest jedynym, powtarzam, jedynym stworzeniem na ziemi, które pije