wotson

  • Dokumenty43 353
  • Odsłony2 053 477
  • Obserwuję1 386
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 544 253

Nelson DeMille - John Corey 05 - Powrót Lwa

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :4.2 MB
Rozszerzenie:pdf

Nelson DeMille - John Corey 05 - Powrót Lwa.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion N Nelson DeMille
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 32 osób, 34 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 434 stron)

Ty​tuł ory​gi​na​łu: The Lion Co​py​ri​ght © 2010 by Nel​son De​Mil​le www.nel​son​de​mil​le.net All ri​ghts re​se​rved Po​lish edi​tion co​py​ri​ght © Buch​mann Sp. z o.o., War​saw, 2012 Tłu​ma​cze​nie: Zo​fia Waw​rzy​niak Re​dak​cja: Stu​dio Wy​daw​ni​cze 69 Pro​jekt okład​ki: Krzysz​tof Kieł​ba​siń​ski Skład: Stu​dio Wy​daw​ni​cze 69 ISBN: 978-83-7670-511-8 www.fa​bry​ka​sen​sa​cji.pl Wy​daw​ca: Buch​mann Sp. z o.o. ul. Wik​tor​ska 65/14, 02-587 War​sza​wa tel./fax 22 6310742 www.buch​mann.pl Skład wersji elektronicznej: Virtualo Sp. z o.o.

Spis treści Dedykacja NOTA OD AUTORA CZĘŚĆ I New York i New Jersey 1 2 CZĘŚĆ II Kalifornia 3 4 5 6 CZĘŚĆ III Za miastem 7 8 9 10 11 12

13 14 15 CZĘŚĆ IV Nowy Jork – część południowa 16 17 18 19 CZĘŚĆ V Nowy Jork – Centrum 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32

33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 CZĘŚĆ VI Brooklyn i Manhattan 46 47 CZĘŚĆ VII Manhattan 48 49 PODZIĘKOWANIA Przypisy

Książ​kę de​dy​ku​ję mo​jej ro​dzi​nie – San​dy, Lau​ren, Ale​xo​wi i Ja​me​so​wi

NOTA OD AUTORA Two​rząc An​ty​ter​ro​ry​stycz​ną Gru​pę Za​da​nio​wą (Anti-Ter​ro​rist Task For​ce, ATTF), o któ​rej mowa w tej książ​ce, wzo​ro​wa​łem się na Mię​dzy​re​sor​to​wej Gru​pie Za​da​nio​wej do spraw Prze​ciw​dzia​ła​nia Ter​ro​ry​zmo​wi (Jo​int Ter​ro​- rism Task For​ce), a je​śli było to ko​niecz​ne, ko​rzy​sta​łem z pra​wa pi​sa​rza do od​stęp​stwa od wier​no​ści fak​tom. Mię​dzy​re​sor​to​wa Gru​pa Za​da​nio​wa do spraw Prze​ciw​dzia​ła​nia Ter​ro​ry​- zmo​wi to or​ga​ni​za​cja, w któ​rej słu​żą od​da​ni pro​fe​sjo​na​li​ści, ko​bie​ty i męż​- czyź​ni cięż​ko pra​cu​ją​cy na li​nii fron​tu w woj​nie prze​ciw​ko ter​ro​ry​zmo​wi w Ame​ry​ce. Pro​ce​du​ry pra​cy jed​nost​ki an​ty​ter​ro​ry​stycz​nej, no​wo​jor​skiej po​li​cji, a tak​że in​nych or​ga​nów ści​ga​nia i służb spe​cjal​nych opi​sa​ne w tej po​wie​ści są opar​te na fak​tach, choć nie bra​ku​je ele​men​tów fik​cyj​nych. Nie​któ​re fak​ty i pro​ce​du​ry, o któ​rych do​wie​dzia​łem się w za​ufa​niu, rów​nież zo​sta​ły zmie​nio​ne.

CZĘŚĆ I New York i New Jersey

1 Sie​dzę w su​vie che​vro​le​ta za​par​ko​wa​nym przy Trze​ciej Alei i cze​kam na cel, fa​ce​ta o na​zwi​sku Ko​me​ni We​enie, czy ja​koś tak. To Irań​czyk, któ​ry jest kimś w ro​dza​ju trze​cie​go za​stęp​cy am​ba​sa​do​ra Ira​nu przy ONZ. Do​kład​ne in​- for​ma​cje na ten te​mat mogę prze​czy​tać w ra​por​cie, ale tyle pa​mię​tam bez spraw​dza​nia. Je​śli cho​dzi o inne rze​czy, któ​re pa​mię​tam bez spraw​dza​nia, to na​zy​wam się John Co​rey i je​stem agen​tem Fe​de​ral​nej An​ty​ter​ro​ry​stycz​nej Gru​py Za​da​nio​- wej – ATTF. Kie​dyś by​łem de​tek​ty​wem w Wy​dzia​le Za​bójstw No​wo​jor​skiej Po​li​cji – NYPD, mu​sia​łem jed​nak odejść z po​wo​du in​wa​lidz​twa – pa​miąt​ka po ra​nie po​strza​ło​wej. Choć moja żona twier​dzi, że je​stem rów​nież mo​ral​nie upo​śle​- dzo​ny. Za​czą​łem więc pra​co​wać jako agent kon​trak​to​wy dla fe​de​ral​nych, któ​- rzy dys​po​nu​ją du​ży​mi pie​niędz​mi na wal​kę z ter​ro​ry​zmem, ale nie po​tra​fią ich wszyst​kich roz​sąd​nie wy​dać. ATTF to tak na​praw​dę jed​nost​ka FBI. Pra​cu​ję więc w cen​trum, w biu​rze miesz​czą​cym się przy Fe​de​ral Pla​za 26, z ko​le​ga​mi z FBI, do któ​rych za​li​cza się tak​że moja żona. To cał​kiem nie​zła fu​cha, bywa na​wet in​te​re​su​ją​ca, choć służ​ba w jed​nost​kach rzą​do​wych – zwłasz​cza FBI – to spo​re wy​zwa​nie. Sko​ro mowa o FBI i wy​zwa​niach, dziś moim kie​row​cą jest agent​ka spe​cjal​- na Lisa Sims. Wła​śnie ukoń​czy​ła aka​de​mię FBI w Qu​an​ti​co i przy​je​cha​ła z East Whe​at​field, znaj​du​ją​cym się gdzieś w sta​nie Iowa, więc naj​wyż​sza bu​- dow​la, jaką kie​dy​kol​wiek wi​dzia​ła w ży​ciu, to si​los zbo​żo​wy. Poza tym nie po​tra​fi pro​wa​dzić sa​mo​cho​du po uli​cach Man​hat​ta​nu, ale gar​nie się do na​uki. Dla​te​go sie​dzi na moim miej​scu. – Jak dłu​go bę​dzie​my cze​kać na tego fa​ce​ta? – za​py​ta​ła pan​na Sims. – Aż wyj​dzie z bu​dyn​ku. – Ja​kie ma pla​ny? – Je​ste​śmy tu po to, żeby się tego do​wie​dzieć.

– Cho​dzi mi o to, co na nie​go mamy? Dla​cze​go go ob​ser​wu​je​my? – Spraw​dza​my, czy jego po​cho​dze​nie czy​ni z nie​go prze​stęp​cę. Brak re​ak​cji. Chcia​łem być ko​le​żeń​ski, więc do​da​łem: – To irań​ski ofi​cer służb spe​cjal​nych dzia​ła​ją​cy pod przy​kryw​ką, pra​cu​je jako dy​plo​ma​ta. Mamy in​for​ma​cje, że od trzy​na​stej za​re​zer​wo​wał sa​mo​chód z kie​row​cą. To wszyst​ko, co wie​my. – Ro​zu​miem. Lisa Sims wy​glą​da​ła na by​strą i wie​dzia​ła, kie​dy nie na​le​ży za​da​wać wię​- cej py​tań. To była ta chwi​la. Była też atrak​cyj​ną mło​dą ko​bie​tą. Na tę ak​cję ubra​ła się dość swo​bod​nie w dżin​sy, spor​to​we buty i li​mo​no​wy T-shirt, któ​ry le​d​wie za​kry​wał pi​sto​let glock ka​li​ber czter​dzie​ści, spo​czy​wa​ją​cy w ka​bu​rze typu mo​tyl. Ja też mia​łem na so​bie buty spor​to​we – nig​dy nie wia​do​mo, kie​dy trze​ba bę​dzie biec sprin​tem – dżin​sy, czar​ny T-shirt i nie​bie​ską, spor​to​wą kurt​- kę, pod któ​rą mia​łem pi​sto​let glock ka​li​ber dzie​więć, ra​dio, kie​szon​ko​wy grze​bień i mię​tów​ki. To lep​sze roz​wią​za​nie niż te sto​so​wa​ne przez agent​kę Sims, czy​li no​sze​nie to​reb​ki. W każ​dym ra​zie był ład​ny, ma​jo​wy dzień. Wiel​ki, zdo​bio​ny ze​gar po dru​giej stro​nie uli​cy wy​bił pięt​na​stą sie​dem​na​ście. Cze​ka​li​śmy na tego typa już od dwóch go​dzin. Am​ba​sa​da Ira​nu przy ONZ mie​ści się na wyż​szych kon​dy​gna​cjach trzy​dzie​- sto​dzie​wię​cio​pię​tro​we​go biu​row​ca przy Trze​ciej Alei, mię​dzy 40. i 41. uli​cą. Po​nie​waż na Man​hat​ta​nie znaj​du​je się sie​dzi​ba ONZ, ta więc dziel​ni​ca to za​- głę​bie po​nad stu za​gra​nicz​nych am​ba​sad, kon​su​la​tów i sie​dzib róż​nych or​ga​ni​- za​cji, a nie ze wszyst​ki​mi z tych kra​jów się kum​plu​je​my. Wie​lu kiep​skich ak​to​- rów uda​je tu dy​plo​ma​tów, a my mu​si​my ich ob​ser​wo​wać, co jest upier​dli​we. Po​win​ni prze​nieść sie​dzi​bę ONZ do Iowa. Nie będę jed​nak na​rze​kać – prze​- cież ob​ser​wo​wa​niem zło​czyń​ców za​ra​biam na chleb. Dziś ja do​wo​dzi​łem na​szym ze​spo​łem, a to gwa​ran​tu​je suk​ces. W ak​cji bra​li tak​że udział czte​rej agen​ci w te​re​nie i trzy sa​mo​cho​dy – jesz​cze je​den suv che​- vro​le​ta i mi​ni​van do​dge. W każ​dym z tych trzech sa​mo​cho​dów sie​dział agent FBI i de​tek​tyw z NYPD, co zna​czy, że przy​najm​niej jed​na oso​ba w po​jeź​dzie wie​dzia​ła, co ro​bić. Prze​pra​szam. To nie było miłe. No i mu​si​cie wie​dzieć, że każ​dy sa​mo​chód jest od​po​wied​nio wy​po​sa​żo​ny: ma mi​ga​ją​ce świa​tła za​mon​to​- wa​ne we wlo​cie po​wie​trza, ko​gu​ta, przy​ciem​nia​ne szy​by itd. We wszyst​kich po​jaz​dach są cy​fro​we zoo​my fir​my Ni​kon z obiek​ty​wem trzy​dzie​ści pięć mi​li​-

me​trów, ka​me​ry Sony osiem mi​li​me​trów, prze​no​śne ra​dia i dru​kar​ki. Wszy​scy mamy ze​staw ubrań na zmia​nę, ka​mi​zel​ki ku​lo​od​por​ne, te​le​fo​ny ko​mór​ko​we Ne​xtel z wbu​do​wa​ną funk​cją wal​kie-tal​kie, cza​sem ka​ra​bin z ce​low​ni​kiem i, w za​leż​no​ści od przy​dzie​lo​ne​go za​da​nia, rów​nież inny sprzęt. Na przy​kład taki mały ga​dżet, z któ​re​go po​mo​cą wy​kry​wa się sub​stan​cje ra​dio​ak​tyw​ne, o czym nie chcę na​wet my​śleć. Je​ste​śmy przy​go​to​wa​ni na każ​dą oko​licz​ność. Tak jest od 11 wrze​śnia 2001 roku. Ale wia​do​mo, że gów​nia​na sy​tu​acja może ci się przy​tra​fić, na​wet je​śli masz an​ty​gów​nia​ną tar​czę. Zo​staw​my su​per​no​wo​cze​sne za​baw​ki, bo i tak naj​waż​niej​szy jest czuj​ny umysł i pi​sto​let. Gdy by​łem gli​ną, czę​sto zaj​mo​wa​łem się in​wi​gi​la​cją, więc zdą​ży​łem przy​- wyk​nąć do pro​ce​dur, ale agent​ka spe​cjal​na Sims za​czy​na​ła się nie​cier​pli​wić. – Może go nie za​uwa​ży​li​śmy – po​wie​dzia​ła. – Nie są​dzę. – Może zmie​nił pla​ny. – Cza​sem tak ro​bią. – Na pew​no ro​bią to spe​cjal​nie. – Bywa i tak. Mi​nę​ło pięt​na​ście mi​nut, któ​re agent​ka Sims wy​ko​rzy​sta​ła na stu​dio​wa​nie mapy ulic i me​tra na Man​hat​ta​nie. – Gdzie pan miesz​ka? – za​py​ta​ła. – Tu​taj, przy Wschod​niej 72 – po​wie​dzia​łem, wska​zu​jąc pal​cem miej​sce na ma​pie. – To nie​da​le​ko stąd – za​uwa​ży​ła, zer​ka​jąc przez szy​bę. – Zga​dza się. Ma pani mapę Iowa? Mógł​bym zo​ba​czyć, gdzie jest pani dom. Za​śmia​ła się. – Za nami jest Au Bon Pain, co to za miej​sce? – za​py​ta​ła po chwi​li. – Ka​wiar​nia. Sie​ciów​ka. – Mogę po​biec po muf​fin​kę? Wpraw​dzie mia​ła na no​gach buty do bie​ga​nia, ale od​po​wiedź i tak brzmia​ła „nie”, choć może, gdy​by pan​na Sims wy​sia​dła z suva, a Ko​me​ni We​enie wy​- szedł​by z bu​dyn​ku i wsiadł do swo​je​go sa​mo​cho​du, mógł​bym za nim po​je​chać, a ją zgu​bić. – John? – za​trzesz​cza​ło ra​dio. – Tak?…

– Cel opusz​cza ob​ser​wo​wa​ny obiekt od stro​ny dzie​dziń​ca i prze​miesz​cza się – usły​sza​łem głos jed​ne​go z agen​tów w te​re​nie. – Pew​nie, niech pani leci – zwró​ci​łem się do Sims. – Ale czy on wła​śnie nie po​wie​dział, że?… – Mo​ment. Spoj​rza​łem na dzie​dzi​niec, le​żą​cy mię​dzy ob​ser​wo​wa​nym bu​dyn​kiem a są​- sied​nim wie​żow​cem, gdzie dwóch z mo​ich lu​dzi po​ma​ga​ło utrzy​my​wać Nowy Jork w czy​sto​ści, zbie​ra​jąc śmie​ci. – Cel zmie​rza w stro​nę Trze​ciej Alei. Ra​dio za​trzesz​cza​ło po​now​nie i ode​- zwał się sprzą​tacz nu​mer je​den. Zo​ba​czy​łem, że nasz cel prze​cho​dzi przez dzie​dzi​niec, a na​stęp​nie idzie da​- lej pod zdo​bio​nym łu​kiem, na któ​rym znaj​du​je się ze​gar. Męż​czy​zna był wy​so​- ki, bar​dzo szczu​pły i miał na so​bie do​brze skro​jo​ny gar​ni​tur w pa​ski. Zwy​kle na​szym ce​lom na​da​je​my ksyw​ki lub kryp​to​ni​my, a po​nie​waż nos tego fa​ce​ta przy​po​mi​nał dziób i krę​cił gło​wą jak ptak, przez ra​dio po​wie​dzia​łem: – Od tej pory cel to Wiel​ki Ptak. Wiel​ki Ptak stał na chod​ni​ku. Na​gle pod​szedł do nie​go fa​cet, praw​do​po​dob​- nie po​cho​dzą​cy z Bli​skie​go Wscho​du. Nie wie​dzia​łem, kim jest ten nowy, ale Wiel​ki Ptak go znał. Wy​glą​da​li na ucie​szo​nych i jed​no​cze​śnie za​sko​czo​nych przy​pad​ko​wym spo​tka​niem, co oczy​wi​ście było cał​ko​wi​tą bzdu​rą. Uści​snę​li so​bie dło​nie i mia​łem wra​że​nie, że coś so​bie prze​ka​za​li. A może tyl​ko uści​- snę​li ręce. Nig​dy nie wia​do​mo. Oni wie​dzą lub po​dej​rze​wa​ją, że są śle​dze​ni i cza​sa​mi po​gry​wa​ją z nami. W każ​dym ra​zie Wiel​ki Ptak ma im​mu​ni​tet dy​plo​ma​tycz​ny i na pew​no nie przy​mknie​my go za uścisk dło​ni z pa​nem z Bli​skie​go Wscho​du. Wła​ści​wie, to mu​si​my ob​ser​wo​wać te​raz dwie oso​by. Wiel​ki Ptak i nie​zna​jo​my po​że​gna​li się i ten dru​gi ru​szył na pół​noc w stro​nę Trze​ciej Alei, a nasz cel stał da​lej. Oczy​wi​ście całe zda​rze​nie za​re​je​stro​wa​ły ka​me​ry, więc być może w biu​rze wie​dzie​li już, kim jest ten dru​gi fa​cet. – Trój​ka i Czwór​ka śledź​cie nie​zna​jo​me​go i spró​bu​je​cie usta​lić jego toż​sa​- mość – po​wie​dzia​łem przez ra​dio. Po​twier​dzi​li. – To chy​ba nie było przy​pad​ko​we spo​tka​nie – za​uwa​ży​ła pan​na Sims. Nie za​fun​do​wa​łem jej sar​ka​stycz​nej od​po​wie​dzi ani na​wet nie prze​wró​ci​- łem ocza​mi. – My​ślę, że ma pani ra​cję – od​par​łem.

Wie​dzia​łem już, że to bę​dzie dłu​gi dzień. Po chwi​li wiel​ki sza​ry mer​ce​des za​trzy​mał się obok Wiel​kie​go Pta​ka. Zo​ba​- czy​łem nie​bie​sko-bia​łe, dy​plo​ma​tycz​ne ta​bli​ce, na któ​rych przed czte​ro​cy​fro​- wym nu​me​rem wid​nia​ły dwie li​te​ry: DM. Z nie​zro​zu​mia​łe​go dla mnie po​wo​- du, we​dług De​par​ta​men​tu Sta​nu, ozna​cza​ją one Iran, ko​lej​ne D, ozna​cza dy​plo​- ma​tycz​ny, i to jest już dla mnie lo​gicz​ne. Kie​row​ca, tak​że Irań​czyk, wy​sko​czył z sa​mo​cho​du, a na​stęp​nie obiegł go do​oko​ła, jak​by ucie​kał przed izra​el​ski​mi ko​man​do​sa​mi. Ukło​nił się ni​sko – mój kie​row​ca też po​wi​nien tak ro​bić – otwo​rzył drzwi i Wiel​ki Ptak wśli​zgnął się na tyl​ne sie​dze​nie. – Wiel​ki Ptak jest mo​bil​ny – krzyk​ną​łem przez ra​dio. Po​da​łem mar​kę i ko​lor sa​mo​cho​du, a tak​że nu​mer re​je​stra​cyj​ny. Dwój​ka przy​ję​ła do wia​do​mo​ści. Tak na mar​gi​ne​sie, Dwój​ka to nie​bie​ski mi​ni​van do​- dge, pro​wa​dzo​ny przez mo​je​go zna​jo​me​go, Mela Ja​cob​sa, de​tek​ty​wa jed​nost​ki spe​cjal​nej NYPD. Ja​cobs jest Ży​dem, na​wet tro​chę mówi po he​braj​sku, co przy​da​je się w trak​cie prze​słu​chań po​dej​rza​nych z kra​jów arab​skich. Kom​plet​- nie wa​riu​ją, gdy sły​szą he​braj​ski i wi​dzą jego Gwiaz​dę Da​wi​da, co jest do​syć za​baw​ne. Dziś part​ne​rem Mela jest Geo​r​ge Fo​ster, agent spe​cjal​ny FBI, z któ​rym kie​- dyś pra​co​wa​łem. Lu​bię go, bo ra​zem nam się zna​ko​mi​cie współ​dzia​ła​ło i wie, że je​stem świet​ny. Mer​ce​des je​chał Trze​cią Ale​ją, kie​ru​jąc się na pół​noc. – Mam za nim je​chać? – za​py​ta​ła agent​ka spe​cjal​na Sims. – Do​bry po​mysł. Wrzu​ci​ła bieg, ru​szy​li​śmy za ce​lem i prze​bi​ja​li​śmy się przez po​tęż​ny ko​rek. No​wo​jor​scy kie​row​cy dzie​lą się na do​brych i mar​twych. Dar​wi​nizm. Pan​na Sims albo za​cznie ewo​lu​ować, albo wy​gi​nie. Sie​dząc na fo​te​lu pa​sa​że​ra, będę ob​ser​wo​wał jed​no lub dru​gie. Irań​ski szo​fer, któ​re​go już kie​dyś chy​ba śle​dzi​łem, za​cho​wy​wał się nie​obli​- czal​nie i nie po​tra​fi​łem po​wie​dzieć, czy je​dzie tak, bo chce nas zgu​bić, czy po pro​stu fa​tal​nie pro​wa​dzi. Tak jak​by prze​siadł się do sa​mo​cho​du pro​sto z wiel​- błą​da. Tym​cza​sem bro​da agent​ki spe​cjal​nej Sims wy​sta​wa​ła po​nad kie​row​ni​cą, któ​rą kur​czo​wo trzy​ma​ła, a jej pra​wa sto​pa ska​ka​ła z ha​mul​ca na pe​dał gazu, jak​by cier​pia​ła na ze​spół nie​spo​koj​nych nóg. Mer​ce​des skrę​cił gwał​tow​nie w 51. uli​cę, Sims je​cha​ła za nim.

Dwój​ka po​ru​sza​ła się Trze​cią Ale​ją, po czym skrę​ci​ła w lewo, w 53. uli​cę i je​cha​ła te​raz rów​no​le​gle do nas, do chwi​li, gdy mo​głem im po​wie​dzieć, co robi mer​ce​des. Pa​ra​da sa​mo​cho​dów ja​dą​cych za ce​lem jest nie​wska​za​na, do​- brze jest wpro​wa​dzić nie​co za​mie​sza​nia. Kie​ro​wa​li​śmy się na za​chód, mi​nę​li​śmy ka​te​drę św. Pa​try​ka i prze​cię​li​śmy Pią​tą Ale​ję. Ob​ser​wo​wa​ny po​jazd je​chał cią​gle przed sie​bie, o czym po​in​for​- mo​wa​łem Dwój​kę. Nie mia​łem po​ję​cia, do​kąd zmie​rzał Wiel​ki Ptak, ale kie​ro​wał się w stro​nę dziel​ni​cy te​atral​nej i Ti​mes Squ​are. To tam zwy​kle jeź​dzi​li ci fa​ce​ci, by po​- zna​wać ame​ry​kań​ską kul​tu​rę, na przy​kład w noc​nych klu​bach i ba​rach ze strip​- ti​zem. W koń​cu w swo​im piasz​czy​stym kra​ju nie mogą li​czyć na ta​kie roz​ryw​- ki. Nie​praw​daż? Na Siód​mej Alei mer​ce​des prze​je​chał na zie​lo​nym świe​tle, my nie, więc utknę​li​śmy za trze​ma in​ny​mi sa​mo​cho​da​mi. Stra​ci​łem go z oczu, ale zdą​ży​łem za​uwa​żyć, że cały czas je​chał pro​sto 51. uli​cą. Włą​czy​łem ko​gu​ta i sy​re​nę. Po​- jaz​dy sto​ją​ce przed nami roz​su​nę​ły się, a pan​na Sims prze​ci​snę​ła się mię​dzy nimi na czer​wo​nym świe​tle i prze​cię​ła ko​rek na Siód​mej Alei. Gdy prze​je​cha​li​śmy przez skrzy​żo​wa​nie, wy​łą​czy​łem świa​tła i sy​re​nę, nadal by​li​śmy na 51. uli​cy. Agent​ka Sims spoj​rza​ła na mnie tak, jak​by ocze​ki​wa​ła na po​chwa​łę. – Do​bra ro​bo​ta – wy​mam​ro​ta​łem. Po​wia​do​mi​łem Dwój​kę o na​szej po​zy​cji. – Ob​ser​wo​wa​ny po​jazd w za​się​gu wzro​ku – do​da​łem. Je​cha​li​śmy przez oko​li​cę zwa​ną Pie​kiel​ną Kuch​nią, gdzie kie​dyś były cał​- kiem przy​jem​ne slum​sy, któ​re wraz z na​pły​wem mło​dych yup​pies ze​szły na psy. Nie mia​łem po​ję​cia, do​kąd je​dzie Wiel​ki Ptak, ale je​śli nadal bę​dzie zmie​rzał na za​chód, to pew​nie kie​ru​je się na most na rze​ce Hud​son. – Może je​dzie do New Jer​sey – po​wie​dzia​łem. Ski​nę​ła gło​wą. Praw​da jest taka, że dzie​więć​dzie​siąt pro​cent ta​kich ak​cji do ni​cze​go nie pro​wa​dzi. Ab​dul po pro​stu urzą​dził so​bie małą wy​ciecz​kę albo sta​ra się od​- wró​cić na​szą uwa​gę od in​nych wy​da​rzeń. A może tyl​ko ćwi​czy tech​ni​ki kontr​- in​wi​gi​la​cji. Cza​sa​mi jed​nak tra​fia​my na trop, na przy​kład wte​dy, gdy ob​ser​wo​wa​ny dy​- plo​ma​ta spo​ty​ka się z ja​kimś zło​czyń​cą. Głów​nie zaj​mu​je​my się ob​ser​wa​cją, rzad​ko aresz​tu​je​my czy prze​słu​chu​je​my, a to dla​te​go, że wię​cej do​wia​du​je​my

się, ma​jąc ich na oku, niż sami po​wie​dzie​li​by nam w po​ko​ju prze​słu​chań. Zresz​tą dy​plo​ma​tów i tak nie wol​no nam prze​słu​chi​wać. Lu​dzie za​ra​bia​ją​cy znacz​nie wię​cej niż ja mogą się do nich do​brać. Nie​kie​dy zda​rza się, że ko​goś aresz​tu​je​my, wte​dy pro​wa​dzi​my prze​słu​cha​- nie, co jest o wie​le za​baw​niej​sze niż śle​dze​nie tych klau​nów. To zna​czy, chcia​łem po​wie​dzieć, że ja się do​brze ba​wię, oni nie. Wy​zna​czy​li​śmy so​bie cel: nie mo​że​my do​pu​ścić do ko​lej​ne​go 11 wrze​śnia albo i na​wet cze​goś gor​sze​go. Na ra​zie się uda​je. Ale już zbyt dłu​go jest spo​- koj​nie. Od tam​tych wy​da​rzeń mi​nę​ło pół​to​ra roku. Mamy szczę​ście, czy je​ste​- śmy do​brzy? Wiem jed​no, zło​czyń​cy jesz​cze się nie pod​da​li, za​tem zo​ba​czy​my. Mer​ce​des je​chał w kie​run​ku rów​no​le​głej do rze​ki Hud​son Dwu​na​stej Alei, któ​ra pro​wa​dzi do New Jer​sey, czy​li tam, gdzie koń​czy się cy​wi​li​za​cja. Nie chcę ura​zić miesz​kań​ców tego sta​nu, ale w tym roku nie szcze​pi​łem się jesz​cze na ma​la​rię. Po​in​for​mo​wa​łem Dwój​kę o na​szym po​ło​że​niu i po​wie​dzia​łem, że kie​ru​je​my się na po​łu​dnie. W tej oko​li​cy znaj​du​ją się głów​nie ma​ga​zy​ny i pir​sy, a więc ko​rek jest znacz​nie mniej​szy i dla​te​go mer​ce​des przy​spie​szył, Sims dys​kret​nie je​cha​ła za nim. Mer​ce​des mi​nął zjazd pro​wa​dzą​cy do tu​ne​lu Lin​col​na i zmie​rzał na po​łu​- dnie, w stro​nę Dol​ne​go Man​hat​ta​nu. – Do​kąd on je​dzie, we​dług pana? – za​py​ta​ła moja part​ner​ka. – Może na je​den z pir​sów. Może umó​wił się na małe ren​dez-vous na sau​dyj​- skim jach​cie, któ​ry prze​wo​zi broń ją​dro​wą. – O kur​cze! – Pro​szę nie prze​kli​nać. – Ja​sna cho​le​ra! – Te​raz le​piej. Mie​li​śmy cał​kiem nie​zły czas, ja​dąc wzdłuż Dwu​na​stej. W lu​ster​ku bocz​- nym zo​ba​czy​łem Dwój​kę i na​wią​za​li​śmy kon​takt wzro​ko​wy. Irań​ski kie​row​ca po​wi​nien już zo​rien​to​wać się, że go śle​dzi​my, ale ci ko​le​sie są tak dur​ni, że na​wet sie​bie nie wi​dzą w lu​ster​ku, a co do​pie​ro ogon. Chy​ba jed​nak zbyt po​chop​nie oce​ni​łem szo​fe​ra, bo na​gle zwol​nił, a pan​na Sims nie do​sto​so​wa​ła pręd​ko​ści, z jaką je​cha​li​śmy – by​li​śmy więc tuż za mer​- ce​de​sem. Wi​dzia​łem gło​wę Wiel​kie​go Pta​ka sie​dzą​ce​go na tyl​nym sie​dze​niu. Roz​ma​wiał przez ko​mór​kę. W pew​nej chwi​li kie​row​ca chy​ba coś mu po​wie​-

dział, bo od​wró​cił się, po​pa​trzył na nas, uśmiech​nął się i po​ka​zał nam środ​ko​- wy pa​lec. Od​wza​jem​ni​łem się tym sa​mym. Ku​tas. – Prze​pra​szam – rze​kła agent​ka Sims, zwal​nia​jąc. – Trze​ba ob​ser​wo​wać świa​tła ha​mo​wa​nia – po​ra​dzi​łem. – Do​brze. Je​śli cel cię za​uwa​ży, to jesz​cze nie ko​niec świa​ta. To się zda​rza w po​ło​wie przy​pad​ków, gdy je​dziesz za kimś sa​mo​cho​dem, rza​dziej, gdy je​steś na no​gach. Wte​dy za​wsze mamy plan B, więc po​in​for​mo​wa​łem Dwój​kę, że je​ste​śmy spa​le​ni. Ka​za​łem Sims zo​sta​wić ich, a Dwój​ce prze​jąć cel. Te​raz za mer​ce​de​sem je​cha​ły już dwa sa​mo​cho​dy, Dwój​kę mia​łem cały czas w za​się​gu wzro​ku. Mógł​bym po​pro​sić o przy​sła​nie ko​lej​ne​go po​jaz​du, ale Irań​czy​cy nie pró​bo​- wa​li uciec ani nas zgu​bić, więc po​sta​no​wi​łem po​cze​kać i zo​ba​czyć, co się bę​- dzie dzia​ło. Na pew​no nas nie zgu​bią, a je​śli uda​ło mi się cho​ciaż po​krzy​żo​- wać ich pla​ny, to dzi​siej​szy dzień mogę za​li​czyć do uda​nych. Zje​cha​li​śmy na dół do West Vil​la​ge i Dwój​ka zgło​si​ła, że obiekt skrę​cił w uli​cę Za​chod​nią. – Chy​ba nas za​uwa​żył – do​dał Ja​cobs. – To pod​jedź i po​każ mu pa​lec. – Słu​cham? – Po​ka​zał mi środ​ko​wy pa​lec. Przez ra​dio do​biegł mnie śmiech. – Obiekt skrę​ca na wjazd do tu​ne​lu Hol​lan​da – zgło​si​ła Dwój​ka. – Przy​ją​łem. Po chwi​li wjeż​dża​li​śmy już do tu​ne​lu. Ja​dąc w tym kie​run​ku, nie trze​ba za​trzy​my​wać się przy punk​tach opłat, bo ich tam nie ma, więc sa​mo​cho​dy po​ru​sza​ły się dość szyb​ko. Po​sta​no​wi​łem po​- dzie​lić się z pan​ną Sims pew​ną cie​ka​wost​ką. – Więk​szość dy​plo​ma​tów nie ma kar​ty prze​jaz​du – nie chcą, by po ich po​- dró​żach po​zo​sta​wał ślad – więc je​śli mu​szą prze​je​chać przez punkt opłat, za​- wsze usta​wia​ją się w ko​lej​ce do kasy go​tów​ko​wej, któ​ra po​ru​sza się bar​dzo wol​no. Je​śli usta​wi się pani na pa​sie do czyt​ni​ka kart, to bę​dzie pani przed nimi, a to by​ło​by nie​po​żą​da​ne. Ski​nę​ła. Wje​cha​li​śmy do tu​ne​lu za Dwój​ką. – Do​kąd on je​dzie, we​dług pana? – po​now​nie za​py​ta​ła pan​na Sims, gdy

wje​cha​li​śmy do tu​ne​lu. Tym ra​zem wie​dzia​łem. – Do New Jer​sey. Ten tu​nel pro​wa​dzi wła​śnie tam – wy​ja​śni​łem. Nie za​re​ago​wa​ła na tę małą pró​bę wy​mą​drza​nia. – Irań​scy dy​plo​ma​ci mogą po​ru​szać się je​dy​nie w pro​mie​niu czter​dzie​stu ki​- lo​me​trów od Man​hat​ta​nu – po​wie​dzia​ła. – Zga​dza się. – Wie​dzia​łem o tym. Nie mia​ła nic wię​cej do po​wie​dze​nia, więc da​lej je​cha​li​śmy w mil​cze​niu. Tu​ne​le pod rze​ka​mi opły​wa​ją​cy​mi wy​spę Man​hat​tan były dla na​szych przy​ja​- ciół z Bli​skie​go Wscho​du ce​lem nu​mer je​den, ale mnie się nie wy​da​je, żeby Wiel​ki Ptak chciał się tu wy​sa​dzić w po​wie​trze. Prze​cież wte​dy nie za​ło​żył​by ta​kie​go po​rząd​ne​go gar​ni​tu​ru. Poza tym, żeby za​lać tu​nel trze​ba mieć fur​go​net​- kę wy​peł​nio​ną ma​te​ria​ła​mi wy​bu​cho​wy​mi. Praw​da? Wy​je​cha​li​śmy z tu​ne​lu i chwi​lę trwa​ło, za​nim moje oczy przy​wy​kły do ja​- sne​go świa​tła. Nie wi​dzia​łem mer​ce​de​sa, ale za​uwa​ży​łem Dwój​kę i po​ka​za​- łem sa​mo​chód na​szych ko​le​gów agent​ce Sims, któ​ra ru​szy​ła jego śla​dem. Dwój​ka po​in​for​mo​wa​ła, że cel znaj​du​je się w za​się​gu wzro​ku. Do​je​cha​li​śmy do Jer​sey City, wje​cha​li​śmy na most Pu​ła​skie​go, skąd mo​gli​- śmy po​dzi​wiać bu​cha​ją​ce dy​mem ko​mi​ny. – Do​kąd on je​dzie we​dług pani? – za​py​ta​łem pan​nę Sims. – Skąd mam wie​dzieć? – od​par​ła, uśmie​cha​jąc się. Zbli​ży​li​śmy się do skrzy​żo​wa​nia z 95. Mię​dzy​sta​no​wą. – Dzie​sięć do​lców, że po​je​dzie na po​łu​dnie. Na lot​ni​sko Ne​wark – do​da​- łem. – A co jest na pół​no​cy? – za​py​ta​ła. – Bie​gun Pół​noc​ny. No jak, za​kła​da się pani? – Co praw​da, od ja​kie​goś cza​su je​dzie na po​łu​dnie, ale nie ma przy so​bie wa​li​zek, chy​ba że scho​wał je w ba​gaż​ni​ku – od​po​wie​dzia​ła po chwi​li na​my​- słu. – Sta​wia pani na pół​noc? – Nie. Moim zda​niem je​dzie na po​łu​dnie, ale nie na lot​ni​sko. Ra​czej do Atlan​tic City. Nie na​dą​ża​łem za to​kiem my​śle​nia, któ​ry po​pro​wa​dził pan​nę Sims do Atlan​- tic City. – Do​bra. Dzie​sięć do​lców – od​par​łem. – Pięć​dzie​siąt.

– Za​kład stoi. – Cel kie​ru​je się do wjaz​du na 95. w kie​run​ku po​łu​dnio​wym – usły​sza​łem przez ra​dio. – Przy​ją​łem. Za​tem albo lot​ni​sko Ne​wark, albo Atlan​tic City. Ci go​ście czę​sto jeź​dzi​li do Atlan​tic City, żeby upra​wiać ha​zard, pić i za​ba​wiać się z pa​nien​ka​mi. Nie, że​- bym sam wie​dział coś na ten te​mat. Ale już nie​raz je​cha​łem tam za ja​kimś Ab​- du​lem. Dwój​ka sta​le była w za​się​gu mo​je​go wzro​ku, a oni z ko​lei mie​li na oku ob​- ser​wo​wa​ny po​jazd. – Cel mi​nął zjazd na lot​ni​sko – usły​sza​łem głos Ja​cob​sa. – Może mi pan już wy​pła​cić pie​nią​dze – rze​kła pan​na Sims. – Może je​dzie do Fort Dix – po​wie​dzia​łem. – Bę​dzie szpie​go​wał woj​sko​we obiek​ty. Prze​cież pra​cu​je dla wy​wia​du – przy​po​mi​na​łem. – To po co mu przy​kryw​ka w po​sta​ci szo​fe​ra i mer​ce​de​sa? Nie od​po​wie​dzia​łem. Je​cha​li​śmy dro​gą Ro​ute 95., tu​taj na​zy​wa​ną New Jer​sey Turn​pi​ke, z pręd​ko​- ścią oko​ło stu trzy​dzie​stu ki​lo​me​trów na go​dzi​nę. – Znaj​du​je się już po​nad czter​dzie​ści ki​lo​me​trów od Man​hat​ta​nu, prze​kro​- czył gra​ni​cę – oznaj​mi​ła moja part​ner​ka. – Świet​nie. To co, bę​dzie​my go śle​dzić, czy od razu go za​bi​je​my? – Tyl​ko stwier​dzi​łam fakt. – Za​no​to​wa​łem. – Chy​ba po​wi​nie​nem we​zwać wspar​cie z po​wie​trza – ode​zwa​łem się po chwi​li. Nie za​re​ago​wa​ła, więc za​czą​łem wy​ja​śniać. – Mamy do dys​po​zy​cji sa​mo​lot ob​ser​wa​cyj​ny, któ​ry uła​twia nam pra​cę. Za​czą​łem zmie​niać czę​sto​tli​wość ra​dio​wą, ale pan​na Sims mi prze​rwa​ła. – Za​re​zer​wo​wał po​kój w ho​te​lu Taj Ma​hal. – Skąd pani wie? – za​py​ta​łem, zdej​mu​jąc dłoń z po​krę​tła ra​dia. – Do​sta​li​śmy cynk. – Kie​dy za​mie​rza​ła mnie pani o tym po​in​for​mo​wać? – za​py​ta​łem. – Za​raz po ku​pie​niu muf​fin​ki. Tro​chę mnie wku​rzy​ła. Na​wet bar​dzo. – I co, nie bę​dzie się pan te​raz do mnie od​zy​wał? – za​py​ta​ła po chwi​li. Zga​dła, więc nie od​po​wie​dzia​łem.

– Mu​si​my za nim je​chać, żeby upew​nić się, czy fak​tycz​nie wszedł do ho​te​lu i się za​mel​do​wał – rze​kła. – Nasi lu​dzie już tam na nie​go cze​ka​ją, więc jak go przej​mą mo​że​my wra​cać do mia​sta – do​da​ła. Mil​cza​łem. – Nie musi mi pan od​da​wać tych pięć​dzie​się​ciu do​la​rów – po​wie​dzia​ła. – Wła​ści​wie, to ja za​pra​szam na drin​ka. – Dzię​ku​ję – od​po​wie​dzia​łem, bo prze​cież nie war​to się zbyt dłu​go gnie​- wać. To ty​po​we w FBI. Na​wet gdy​by pa​lił ci się ty​łek i tak by ci nie po​wie​dzie​li. A ko​bie​ty, ta​kie jak pan​na Sims i moja żona, nie tyl​ko są agent​ka​mi, ale tak​że praw​nicz​ka​mi. Nic do​dać, nic ująć. Prze​ka​za​łem Dwój​ce naj​now​sze in​for​ma​cje i po​pro​si​łem Mela i Geo​r​ge’a, żeby trwa​li na po​ste​run​ku w ra​zie, gdy​by się oka​za​ło, że Wiel​ki Ptak jed​nak je​dzie w inne miej​sce. – Skąd o tym wiesz? – za​py​tał Mel. – Póź​niej ci po​wiem. – Bę​dzie​my tu jesz​cze ze dwie go​dzi​ny. Pro​szę mi po​wie​dzieć wszyst​ko na te​mat in​wi​gi​la​cji, cze​go na​uczył się pan, przez ostat​nie czter​dzie​ści lat – po​- wie​dzia​ła po chwi​li pan​na Sims. – Do​brze. Ja mó​wię, pani słu​cha. Py​ta​nia po skoń​czo​nym wy​kła​dzie – od​- par​łem, by jej po​ka​zać, że do​bry ze mnie ko​le​ga i że w po​łą​czo​nych si​łach FBI i NYPD pa​nu​je do​bry na​strój. – A bę​dzie eg​za​min? – Co​dzien​nie. Ski​nę​ła gło​wą. Roz​sia​dłem się wy​god​nie i po​dzie​li​łem się z nią moją roz​le​głą wie​dzą na te​mat tech​nik in​wi​gi​la​cji. Wy​kład prze​pla​ta​łem naj​róż​niej​szy​mi aneg​dot​ka​mi i oso​bi​sty​mi hi​sto​ryj​ka​mi, nie po​mi​ja​jąc ak​cji, któ​re za​koń​czy​ły się fia​skiem. Prze​stęp​cy, któ​rym dep​ta​łem po pię​tach przez wie​le lat, byli dur​ni, ale gdy tra​fi​łem do sił an​ty​ter​ro​ry​stycz​nych, śle​dze​ni prze​ze mnie fa​ce​ci – dy​plo​ma​ci i ter​ro​ry​ści – oka​za​li się nie​co spryt​niej​si. To zna​czy, oczy​wi​ście nie są by​- strzy, ale ule​ga​ją pew​nej pa​ra​noi, po czę​ści dla​te​go, że po​cho​dzą z państw po​- li​cyj​nych, a wo​bec tego zda​ją so​bie spra​wę, że są ob​ser​wo​wa​ni. Moja ka​rie​ra trwa​ła kró​cej i je​stem pe​wien, że wie​dzia​ła o tym, po​sta​no​wi​- ła po pro​stu za​żar​to​wać z mo​je​go wie​ku. Trze​ba przy​znać, że mia​ła po​czu​cie hu​mo​ru, co jest rzad​ko​ścią w tym śro​do​wi​sku.

Zgod​nie z obiet​ni​cą pan​na Sims nie prze​ry​wa​ła, sie​dzia​ła jak za​hip​no​ty​zo​- wa​na, słu​cha​jąc mo​ich opo​wie​ści. Na​praw​dę nie lu​bię się prze​chwa​lać, ale nie​kie​dy nie da się tego unik​nąć. Poza tym, jak już mó​wi​łem, o po​raż​kach też wspo​mnia​łem. Sko​ro mó​wi​my o by​strych zło​czyń​cach, to przez trzy lata pra​cy w si​łach an​- ty​ter​ro​ry​stycz​nych na mo​jej dro​dze po​ja​wi​li się tyl​ko dwaj ge​nial​ni zło​czyń​cy. Je​den z nich był Ame​ry​ka​ni​nem, dru​gi Li​bij​czy​kiem pa​ła​ją​cym nie​na​wi​ścią do Sta​nów Zjed​no​czo​nych. Ten czło​wiek był nie tyl​ko zły i in​te​li​gent​ny, lecz tak​że był spraw​ną ma​szy​ną do za​bi​ja​nia. Star​cie z tym zło​czyń​cą nie po​le​ga​ło na in​- wi​gi​la​cji, wte​dy obo​wią​zy​wa​ła za​leż​ność: my​śli​wy i jego zwie​rzy​na. Cza​sa​mi sam nie wie​dzia​łem, czy je​stem jed​nym czy dru​gim. Ten epi​zod nie za​koń​czył się po​myśl​nie i na​wet je​śli wy​cią​gnę​li​śmy z tego wnio​ski i dzie​li​li​śmy się do​świad​cze​nia​mi, to i tak spra​wa zo​sta​ła za​kla​sy​fi​- ko​wa​na jako ści​śle taj​na. Obo​wią​zu​je za​sa​da ogra​ni​czo​ne​go do​stę​pu do in​for​- ma​cji, co ozna​cza, że w żad​nym wy​pad​ku nie mo​głem opo​wie​dzieć o tym pan​- nie Sims ani ni​ko​mu in​ne​mu. Nie sta​no​wi​ło to dla mnie pro​ble​mu. Wie​dzia​łem jed​nak, że pew​ne​go dnia na​dej​dzie czas ze​msty. Obie​cał mi to.

2 Trzy go​dzi​ny po nie​uda​nej pró​bie na​by​cia muf​fin​ki w ka​wiar​ni na Man​hat​ta​- nie, je​cha​li​śmy dłu​gą ale​ją pro​wa​dzą​cą do luk​su​so​we​go ho​te​lu Trump Taj Ma​- hal. Po obu stro​nach alei try​ska​ły fon​tan​ny. Bu​dy​nek ho​te​lu był upstrzo​ny bul​- wia​sty​mi ko​pu​ła​mi i mi​na​re​ta​mi, więc być może Wiel​ki Ptak są​dził, że to me​- czet. Agent​ka Sims uprze​dzi​ła na​szych lu​dzi cze​ka​ją​cych na miej​scu, że cel jest już nie​da​le​ko, żeby mo​gli za​jąć po​zy​cję w po​bli​żu re​cep​cji. Opi​sa​ła tak​że jego strój. – Kryp​to​nim po​dej​rza​ne​go to Wiel​ki Ptak – do​da​ła. – Mo​że​cie już je​chać – po​in​for​mo​wa​łem przez ra​dio Dwój​kę, któ​rej sa​mo​- chód stał w pew​nej od​le​gło​ści od wej​ścia. Mel Ja​cobs i Geo​r​ge Fo​ster zde​cy​do​wa​li jed​nak, że zo​sta​ną – co wy​kra​cza​- ło poza ich obo​wiąz​ki. – Jak chce​cie – rze​kłem. – To wasz pry​wat​ny czas. Ta pra​ca i ta jed​nost​ka mają to do sie​bie, że wszy​scy so​bie ufa​my i wie​rzy​- my, że każ​dy po​dej​mu​je wła​ści​we de​cy​zje. Oczy​wi​ście, są za​sa​dy, ale dzia​ła​- my dość swo​bod​nie i nie przej​mu​je​my się biu​ro​kra​tycz​ny​mi pier​do​ła​mi, któ​re tyl​ko wstrzy​mu​ją pra​cę. Moim zda​niem, nasz ze​spół tak do​brze się zgrał, po​- nie​waż po​ło​wa agen​tów to po​li​cjan​ci z NYPD, któ​rzy tak jak ja prze​szli w stan spo​czyn​ku. A to ozna​cza, że nie za​le​ży nam już na ka​rie​rze, dla​te​go mo​- że​my im​pro​wi​zo​wać i nie przej​mo​wać się tym, że prze​kra​cza​my ja​kieś gra​ni​- ce. No i oczy​wi​ście wno​si​my do gru​py ulicz​ny spryt, na​by​ty pod​czas pra​cy w no​wo​jor​skich dziel​ni​cach. Efek​ty ta​kich dzia​łań by​wa​ją róż​ne, ale zwy​kle osią​ga​my za​mie​rzo​ny cel. Kie​row​ca mer​ce​de​sa od​je​chał bez Wiel​kie​go Pta​ka, któ​ry wszedł do ho​te​lu, z tor​bą po​dróż​ną. Nie mo​gli​śmy po​wie​rzyć suva z po​li​cyj​nym sprzę​tem par​kin​- go​we​mu, więc za​mknę​li​śmy sa​mo​chód i sta​nę​li​śmy przy wej​ściu. – Spra​wa służ​bo​wa. Pro​szę mieć oko na sa​mo​chód – po​wie​dzia​łem, po​ka​-

zu​jąc od​zna​kę. Wrę​czy​łem par​kin​go​we​mu dwie dy​chy. – Oczy​wi​ście – od​parł. We​szli​śmy do prze​stron​ne​go luk​su​so​we​go hal​lu z mar​mu​ro​wy​mi wy​koń​cze​- nia​mi. Wiel​ki Ptak stał przy re​cep​cji dla VIP-ów, za​uwa​ży​łem tak​że dwóch lu​- dzi z Od​dzia​łu do Za​dań Spe​cjal​nych. Na​wią​za​li​śmy kon​takt wzro​ko​wy, czym za​sy​gna​li​zo​wa​li, że przej​mu​ją spra​wę. Wspa​nia​ła wia​do​mość. Już moż​na się na​pić. Nie są​dzi​łem, żeby Wiel​ki Ptak nas roz​po​znał, jako że ta krót​ka wy​mia​na uprzej​mo​ści mię​dzy nami od​by​ła się w pew​nej od​le​gło​ści, więc ra​zem z pan​ną Sims prze​szli​śmy obok re​cep​cji, przy któ​rej stał nasz cel. Wie​dział, że ktoś go śle​dził, ale się nie oglą​dał. Nie po​wi​nien znaj​do​wać się tak da​le​ko od Trze​- ciej Alei, ale zwy​kle nie ro​bi​my z tego pro​ble​mu, chy​ba że ktoś w Wa​szyng​to​- nie zde​cy​du​je in​a​czej. Dy​plo​ma​ci z róż​nych kra​jów mogą swo​bod​nie po​dró​żo​- wać po Sta​nach, ale nie​któ​rzy, na przy​kład Ku​bań​czy​cy, nie mogą opusz​czać No​we​go Jor​ku, a inni, jak Irań​czy​cy, mogą po​ru​szać się w usta​lo​nym pro​mie​- niu. Gdy​bym to ja mógł de​cy​do​wać, to wszy​scy miesz​ka​li​by i pra​co​wa​li w Iowa. Wra​ca​jąc do sed​na spra​wy, z Irań​czy​ka​mi nie łą​czą nas dy​plo​ma​tycz​- ne sto​sun​ki od cza​su, gdy prze​ję​li na​szą am​ba​sa​dę, a jej pra​cow​ni​cy sta​li się za​kład​ni​ka​mi. Te​raz jed​nak są tu​taj, bo na​le​żą do ONZ. Poza tym, po​nie​waż nie wy​sła​li​śmy do Ira​nu na​szych dy​plo​ma​tów, mo​że​my so​bie z nimi swo​bod​- nie po​gry​wać, bo w ra​zie cze​go nie mają na kim wziąć od​we​tu. Choć wła​ści​- wie… nig​dy nic nie wia​do​mo. Wra​ca​jąc do te​ma​tu, każ​de z nas uda​ło się na stro​nę, a na​stęp​nie we​szli​śmy do ho​te​lo​we​go ka​sy​na. – Chce pani muf​fin​kę? – za​py​ta​łem. – Mia​łam panu po​sta​wić drin​ka. Ru​szy​łem w kie​run​ku prze​stron​nej i bar​dzo kom​for​to​wej sali w ho​te​lo​wej re​stau​ra​cji, w któ​rej noc​ną porą rzą​dzi przede wszyst​kim li​bi​do go​ści. Usie​- dli​śmy przy ba​rze. – Był pan tu już kie​dyś? – za​py​ta​ła pan​na Sims. – Chy​ba kie​dyś przy​je​cha​łem tu w in​te​re​sach. Bar​man, wła​ści​wie bar​man​ka, z wiel​ki​mi… ocza​mi za​py​ta​ła, cze​go się na​- pi​je​my. Agent​ka Sims za​mó​wi​ła lamp​kę bia​łe​go wina, a ja, jak zwy​kle, whi​sky De​war’s z wodą. Stuk​nę​li​śmy się szklan​ka​mi, usły​sza​łem „na zdro​wie!” i prze​szli​śmy na „ty”. – Po co tu przy​szli​śmy? – za​py​ta​ła.

– Żeby się upew​nić, że Wiel​ki Ptak jest tu po to, by od​dać się ha​zar​do​wi, a nie po to, żeby się z kimś spo​tkać. – Ale prze​cież nasi lu​dzie tu są – przy​po​mnia​ła mi. – A poza tym, je​śli WP za​pro​si ko​goś do swo​je​go po​ko​ju, to na​wet nie bę​dzie​my o tym wie​dzieć. – Ci od za​dań spe​cjal​nych będą wie​dzieć – od​par​łem. Do​brze jest być tam, gdzie coś się może wy​da​rzyć. To nie przy​pa​dek, że znaj​du​jesz się w od​po​- wied​nim miej​scu i od​po​wied​nim cza​sie. – Słu​cha​łaś tego, co mó​wi​łem? – za​py​ta​łem. – Bar​dzo uważ​nie. – Spie​szysz się do​kądś? – Nie. – Świet​nie. Po​cze​kaj​my jesz​cze go​dzi​nę. Wła​ści​wie poza tym, że mu​sia​łem się na​pić, nie było po​wo​du, że​by​śmy tam sie​dzie​li. Oprócz tego by​łem wku​rzo​ny na Wiel​kie​go Pta​ka za to, że po​ka​zał mi środ​ko​wy pa​lec. To nie było dy​plo​ma​tycz​ne za​gra​nie. W koń​cu prze​by​wa w moim kra​ju. Zga​dza się? On jest go​ściem. A ja go tu nie za​pra​sza​łem. – John, prze​pra​szam cię za to, że się z tobą nie po​dzie​li​łam moją wie​dzą. Chcie​li, żeby to wy​glą​da​ło na ty​po​wą ak​cję ob​ser​wa​cyj​ną, pod​czas któ​rej cel nie może się zo​rien​to​wać, że wie​my do​kąd zmie​rza – wy​ja​śni​ła. – Tyl​ko ja o tym wie​dzia​łam, na wszel​ki wy​pa​dek, gdy​by​śmy go zgu​bi​li – do​da​ła. – Do​bra, nie​waż​ne. Nie mia​łem po​ję​cia, kto wpadł na taki świet​ny po​mysł, ale mo​głem się do​- my​ślić, że ma​czał w tym pal​ce agent spe​cjal​ny FBI Tom Walsh, do​wód​ca no​- wo​jor​skiej An​ty​ter​ro​ry​stycz​nej Gru​py Za​da​nio​wej. Walsh ba​lan​su​je na gra​ni​cy mię​dzy ge​niu​szem a idio​tą, a gra​ni​ca ta jest płyn​na. Poza tym jest fa​nem opo​- wie​ści z krę​gu płasz​cza i szpa​dy i dla​te​go nie do koń​ca ro​zu​mie stan​dar​do​we po​li​cyj​ne pro​ce​du​ry. Gdy by​łem gli​ną, ta​kie ta​jem​ni​ce w ze​spo​le były nie​do​- pusz​czal​ne. Ale to zu​peł​nie nowa rze​czy​wi​stość i nowa pra​ca, więc nie bio​rę tego do sie​bie. – Za​dzwoń do lu​dzi od za​dań spe​cjal​nych i do​wiedz się, gdzie te​raz jest Wiel​ki Ptak – po​wie​dzia​łem, zmie​nia​jąc te​mat. Wszy​scy mamy te​le​fo​ny fir​my Ne​xtel, dzię​ki któ​rym, jak już wspo​mnia​łem, moż​na się łą​czyć dro​gą ra​dio​wą – ta​kie wal​kie-tal​kie – więc pan​na Sims po​łą​- czy​ła się z jed​nym z lu​dzi z Od​dzia​łu do Za​dań Spe​cjal​nych i po​in​for​mo​wa​ła, że sie​dzi​my przy ba​rze. Po​pro​si​ła, żeby we​zwa​no nas, je​śli Wiel​ki Ptak opu​ści po​kój i pój​dzie w kie​run​ku ka​sy​na albo gdzie​kol​wiek.

Sie​dzie​li​śmy i ga​da​li​śmy, głów​nie o tym, jak jej się żyje w No​wym Jor​ku, któ​re​go pry​wat​nie nie lu​bi​ła, za to do​ce​nia​ła moż​li​wo​ści za​wo​do​we. Lisa Sims w pew​nym sen​sie przy​po​mi​na​ła mi moją żonę, Kate May​field, któ​rą po​- zna​łem trzy lata temu, pro​wa​dząc wspo​mnia​ną już spra​wę li​bij​skie​go dup​ka. Kate też przy​je​cha​ła do No​we​go Jor​ku z od​le​głych stron i na po​cząt​ku wca​le nie była tym mia​stem za​chwy​co​na, ale po​tem po​zna​ła mnie i te​raz nie wy​obra​- ża so​bie ży​cia w in​nym miej​scu. Po 11 wrze​śnia chcia​ła się stąd wy​pro​wa​- dzić, ale gdy pierw​szy szok mi​nął – obo​je by​li​śmy na miej​scu zda​rze​nia – zda​- ła so​bie spra​wę, że nie mo​gła​by wy​je​chać. Do​brze się zło​ży​ło, bo ja nie za​- mie​rza​łem się stąd ru​szać. Za​mó​wi​łem ko​lej​ne​go drin​ka, a pan​na Sims – te​raz już Lisa – prze​rzu​ci​ła się na ga​zo​wa​ną wodę mi​ne​ral​ną, po tym jak jej po​wie​dzia​łem, że w dro​dze po​wrot​nej to ona bę​dzie pro​wa​dzić sa​mo​chód. Ode​zwa​ła sie jej ko​mór​ka, więc ode​bra​ła i słu​cha​ła uważ​nie. – Do​brze, my już chy​ba bę​dzie​my je​chać – od​po​wie​dzia​ła. – Wiel​ki Ptak sie​dzi sam przy sto​le do ru​let​ki – rze​kła, roz​łą​cza​jąc się. – Jak mu idzie? – Nie py​ta​łam. – Po​pro​si​ła o ra​chu​nek, za​pła​ci​ła i wy​szli​śmy z baru. Skrę​ci​ła w stro​nę re​cep​cji. – Chcę mu się przyj​rzeć – po​wie​dzia​łem. Przez chwi​lę się wa​ha​ła, ale naj​wi​docz​niej od​wo​ła​ła się do mo​je​go do​- świad​cze​nia za​wo​do​we​go i w koń​cu przy​tak​nę​ła. Ru​szy​li​śmy w kie​run​ku ogrom​ne​go ka​sy​na. Lisa skon​tak​to​wa​ła się z czło​- wie​kiem z od​dzia​łu spe​cjal​ne​go, żeby do​wie​dzieć się, gdzie jest Wiel​ki Ptak. Po chwi​li za​uwa​ży​li​śmy go z drin​kiem w dło​ni, sie​dzą​ce​go przy ru​let​ce. Nie in​te​re​so​wa​ło mnie nie​mo​ral​ne za​cho​wa​nie Irań​czy​ka – ka​me​ry wszyst​- ko za​re​je​stro​wa​ły, kie​dyś może się to przy​dać – są​dzę jed​nak, że ci lu​dzie mają nie​rów​no pod su​fi​tem – tra​cą kon​takt z rze​czy​wi​sto​ścią. – Wszyst​ko w po​rząd​ku? – za​py​ta​ła Lisa. – Wi​dzę go. Chodź​my. – Sza​tan opę​tał jego du​szę – za​uwa​ży​łem. – Wła​śnie wi​dzę. – Mu​szę mu po​móc. – John… – Ku​pię tro​chę że​to​nów i za​gra​my. – John… – No chodź. – Wzią​łem ją pod rękę i uda​li​śmy się do kasy, gdzie po​pro​si​-