wotson

  • Dokumenty43 353
  • Odsłony2 054 727
  • Obserwuję1 386
  • Rozmiar dokumentów64.9 GB
  • Ilość pobrań1 544 917

Nelson DeMille - John Corey 06 - Pantera

Dodano: 3 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 3 lata temu
Rozmiar :2.2 MB
Rozszerzenie:pdf

Nelson DeMille - John Corey 06 - Pantera.pdf

wotson EBooki - alfabetycznie, wg imion N Nelson DeMille
Użytkownik wotson wgrał ten materiał 3 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 27 osób, 33 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 411 stron)

PANTERA NELSON DEMILLE Przełożył Jerzy Malinowski Warszawa 2013

Tytuł​ oryginału The Panther Tłumaczenie​ Jerzy Malinowski Redakcja Magdalena Gołdanowska Korekta Dorota Piekarska Projekt graficzny i okładka Krzysztof Kiełbasiński Skład​ TYPO Copyright © 2012 by Nelson DeMille All rights reserved © Copyright by GWF sp. z o.o., Warszawa 2013 ISBN 978-83-7881-840-3 ul.​ Foksal 17 00-372 Warszawa www.buchmann.pl www.wab.com.pl www.wilga.com.pl Skład wersji elektronicznej: Michał​ Olewnik / Wydawnictwo Buchmann i Magdalena Wojtas / Virtualo Sp. z o.o.

Spis treści Dedykacja Część I: Ma’rib, Jemen Rozdział pierwszy Część II: Nowy Jork Rozdział drugi Rozdział trzeci Rozdział czwarty Rozdział piąty Rozdział szósty Rozdział siódmy Rozdział ósmy Rozdział dziewiąty Rozdział dziesiąty Rozdział jedenasty Rozdział dwunasty Rozdział trzynasty Rozdział czternasty Część III: Ma’rib, Jemen Rozdział piętnasty Część IV: Sana, Jemen

Rozdział szesnasty Rozdział siedemnasty Rozdział osiemnasty Rozdział dziewiętnasty Rozdział dwudziesty Rozdział dwudziesty pierwszy Rozdział dwudziesty drugi Rozdział dwudziesty trzeci Rozdział dwudziesty czwarty Rozdział dwudziesty piąty Rozdział dwudziesty szósty Rozdział dwudziesty siódmy Rozdział dwudziesty ósmy Rozdział dwudziesty dziewiąty Rozdział trzydziesty Rozdział trzydziesty pierwszy Rozdział trzydziesty drugi Rozdział trzydziesty trzeci Rozdział trzydziesty czwarty Część V: Autostrada śmierci Jemen Rozdział trzydziesty piąty Rozdział trzydziesty szósty Rozdział trzydziesty siódmy

Rozdział trzydziesty ósmy Rozdział trzydziesty dziewiąty Rozdział czterdziesty Rozdział czterdziesty pierwszy Rozdział czterdziesty drugi Część VI: Ma’rib, Jemen Rozdział czterdziesty trzeci Część VII: Aden, Jemen Rozdział czterdziesty czwarty Rozdział czterdziesty piąty Rozdział czterdziesty szósty Rozdział czterdziesty siódmy Rozdział czterdziesty ósmy Rozdział czterdziesty dziewiąty Rozdział pięćdziesiąty Rozdział pięćdziesiąty pierwszy Rozdział pięćdziesiąty drugi Rozdział pięćdziesiąty trzeci Część VIII: Ma’rib, Jemen Rozdział pięćdziesiąty czwarty Rozdział pięćdziesiąty piąty Rozdział pięćdziesiąty szósty Rozdział pięćdziesiąty siódmy

Rozdział pięćdziesiąty ósmy Rozdział pięćdziesiąty dziewiąty Rozdział sześćdziesiąty Rozdział sześćdziesiąty pierwszy Rozdział sześćdziesiąty drugi Rozdział sześćdziesiąty trzeci Rozdział sześćdziesiąty czwarty Rozdział sześćdziesiąty piąty Rozdział sześćdziesiąty szósty Rozdział sześćdziesiąty siódmy Rozdział sześćdziesiąty ósmy Rozdział sześćdziesiąty dziewiąty Rozdział siedemdziesiąty Rozdział siedemdziesiąty pierwszy Rozdział siedemdziesiąty drugi Rozdział siedemdziesiąty trzeci Rozdział siedemdziesiąty czwarty Rozdział siedemdziesiąty piąty Rozdział siedemdziesiąty szósty Rozdział siedemdziesiąty siódmy Rozdział siedemdziesiąty ósmy Rozdział siedemdziesiąty dziewiąty Rozdział osiemdziesiąty

Rozdział osiemdziesiąty pierwszy Rozdział osiemdziesiąty drugi Rozdział osiemdziesiąty trzeci Część IX: Nowy Jork Rozdział osiemdziesiąty czwarty Podziękowania Przypisy

Pamięci Joan Dillingham, która przez całe swoje piękne życie zachowała ducha Wikingów.

CZĘŚĆ I Ma’rib, Jemen

Rozdział pierwszy Mężczyzna w białych szatach Beduina, zwany Bulusem ibn ad-Darwiszem, znany również pod używanym w Al-Kaidzie pseudonimem an-Numajr – czyli Pantera – zatrzymał się w pobliżu grupy belgijskich turystów. Belgowie – czterech mężczyzn i pięć kobiet – przyjechali mikrobusem z Sany ze swoim jemeńskim kierowcą i jemeńskim przewodnikiem, mężczyzną o nazwisku Wasim ar-Rahib. Kierowca pozostał w klimatyzowanym pojeździe, chroniąc się przed palącym sierpniowym słońcem. Przewodnik, Wasim, nie mówił po francusku, ale dobrze znał angielski, a jedna z Belgijek, mniej więcej szesnastoletnia Annette, też znała angielski i tłumaczyła swoim rodakom wszystko na francuski. – To jest słynna świątynia Bar’an, znana też jako Arsz Bilqis – tron królowej Saby – zwrócił się do grupki turystów Wasim. Annette przetłumaczyła, turyści pokiwali głowami i zaczęli robić zdjęcia. An-Numajr, Pantera, obrzucił wzrokiem ruiny kompleksu świątynnego – prawie pół hektara ścian z brązowego piaskowca, pnących się w niebo kwadratowych kolumn i prażących się w pustynnym słońcu otwartych podwórców. Amerykańscy i europejscy archeolodzy spędzili wiele lat na odsłanianiu i restaurowaniu tych pogańskich ruin, a potem wyjechali z powodu podejrzliwości okolicznych plemion i nasilającej się aktywności Al-Kaidy. Cóż za marnotrawstwo czasu i pieniędzy, pomyślał Pantera. Z niecierpliwością oczekiwał dnia, kiedy zachodni turyści przestaną tu przyjeżdżać, a świątynię i otaczające ją pogańskie ruiny pochłonie na nowo piasek pustyni. Pantera sięgnął wzrokiem poza kompleks świątynny, spojrzał na liche poletka i pojedyncze palmy daktylowe. Wiedział, że dawniej okolica była bardziej zielona i gęściej zaludniona. Potem ze wschodu, z Hadramautu – co oznacza Miejsce Gdzie Przychodzi Śmierć – wkroczyła tutaj pustynia. Wasim ar-Rahib zerknął na wysokiego, brodatego Beduina, zastanawiając się, w jakim celu przyłączył się do grupy belgijskich turystów. Wasim miał układ z szejkiem miejscowego plemienia, Musą, i płacił mu sto dolarów amerykańskich za zgodę na zwiedzanie tego historycznego zabytku. Za te pieniądze kupował też, oczywiście, spokój; obietnicę, że żaden Beduin nie będzie niepokoił, przeszkadzał czy w jakikolwiek sposób naprzykrzał się turystom. Wasimowi nie dawało spokoju pytanie, co w takim razie robił tutaj ten Beduin. Pantera spostrzegł, że przewodnik się mu przygląda i odwzajemnił jego spojrzenie, aż tamten zwrócił się z powrotem do swojej grupy. Tego dnia w świątyni nie było innych turystów; z oddalonej o dwieście kilometrów na zachód stolicy kraju, Sany, docierała tu jedna, góra dwie grupy tygodniowo. Pantera pamiętał czasy, kiedy słynne ruiny przyciągały tu więcej ludzi z Zachodu, ale ostatnio, w związku z doniesieniami o rosnącej aktywności Al-Kaidy w prowincji Ma’rib, wielu turystów trzymało się od tego miejsca z daleka. Uśmiechnął się. Właśnie z powodu takiej sytuacji Belgowie przybyli tu ze zbrojną eskortą składającą się z dwudziestu funkcjonariuszy Narodowego Biura Bezpieczeństwa – paramilitarnej formacji policyjnej, której zadaniem była ochrona turystów na drogach i w odwiedzanych zabytkowych miejscach. Turyści za tę usługę płacili i były to dobrze wydane pieniądze, pomyślał Pantera. Na ich nieszczęście policjantom zapłacono za zniknięcie, co właśnie w tej chwili zamierzali zrobić.

Wasim mówił dalej: – Świątynia jest znana również pod nazwą Świątyni Księżyca i była poświęcona naczelnemu bóstwu królestwa Sabejczyków, Almaqahowi. Kiedy młoda Belgijka tłumaczyła jego słowa na francuski, Wasim jeszcze raz spojrzał na brodatego mężczyznę w beduińskim stroju, trzymającego się zbyt blisko grupy. Chciał mu coś powiedzieć, ale poczuł zakłopotanie i zamiast tego zwrócił się do turystów: – Było to tysiąc pięćset lat przed dniem, kiedy prorok Muhammad oświecił świat i rozgromił pogan. Pantera,​ który również znał angielski, skinął z aprobatą głową, słysząc słowa przewodnika. Przyjrzał się belgijskim turystom. Były to dwie starsze pary, które chyba się znały i którym wyraźnie dokuczało palące słońce. Był też jakiś mężczyzna i kobieta, oboje około dwudziestoletni. Pantera zauważył, że nie mają na palcach obrączek, choć widać było, że są razem – trzymali się za ręce. Jeszcze jeden mężczyzna i kobieta tworzyli parę, a tłumacząca słowa przewodnika dziewczyna musiała być ich córką albo krewną. Zwrócił też uwagę, że z szacunku dla islamskich zwyczajów kobiety zasłoniły włosy hidżabem, ale już nie przesłoniły, jak wypada, twarzy. Przewodnik powinien im zwrócić uwagę, ale on był służącym niewiernych. To byli żądni przygód podróżnicy, pomyślał Pantera. Ciekawscy, pewnie zamożni, zadowoleni z wycieczki poza Sanę, gdzie – jak wiedział – mieszkali w hotelu Sheraton. Mogło się jednak okazać, że wycieczka okaże się trudniejsza i bardziej ryzykowna, niż ich zapewniało biuro podróży. W tej chwili – wyobrażał sobie – być może myślą o swoim komfortowym hotelu, barze i restauracji. Ciekawiło go, czy którykolwiek z turystów myślał o bezpieczeństwie. Byłoby to właściwe. Wasim ponownie rzucił ukradkiem okiem na Beduina, który teraz stał jeszcze bliżej grupki turystów. Intruz nie miał jeszcze czterdziestu lat, choć broda i ogorzała od słońca skóra go postarzały. Wasim zauważył również, że mężczyzna miał przy sobie ceremonialną dżambiję – zakrzywiony jemeński nóż, noszony przez wszystkich mężczyzn na północy kraju. Jego nakrycie głowy – ghutra – nie było specjalnie wyszukane ani zdobione kosztowną złotą nicią, nie był to więc nikt ważny, żaden szejk ani wódz klanu. W takim razie pewnie się tu pojawił, żeby prosić o jałmużnę. Chociaż Wasim zapłacił szejkowi Musie za to, żeby koczownicy trzymali się z daleka, to jeśli Beduin poprosi o jałmużnę, Wasim da mu kilkaset riali i powie, żeby poszedł w pokoju. Wasim ponownie zwrócił się do grupy: – Ta świątynia jest uważana przez niektórych amerykańskich mormonów za miejsce, do którego w szóstym wieku przed naszą erą dotarł z Jerozolimy ich prorok Lehi. Tu właśnie, według mormońskich uczonych, Lehi pochował proroka Izmaela. Następnie zbudował wielki statek dla siebie oraz swojej rodziny i popłynął do Ameryki. Annette przełożyła wszystko na francuski, a następnie przetłumaczyła Wasimowi na angielski pytanie, które zadał jeden z turystów. Przewodnik uśmiechnął się i odpowiedział: – Zgadza się. Jak sami widzicie, nie ma tutaj oceanu. Ale dawniej była tu ponoć wielka woda, chyba rzeka, jeszcze z czasów potopu. Dziewczyna przetłumaczyła i wszyscy Belgowie pokiwali głowami na znak, że zrozumieli. – Proszę za mną – powiedział Wasim. Pokonał czternaście kamiennych stopni i stanął przed sześcioma kwadratowymi kolumnami, z których pięć mierzyło sobie dwadzieścia metrów wysokości, a szósta była w połowie złamana. Zaczekał, aż turyści do niego dołączą i odezwał się: – Jeśli spojrzymy stąd na zachód, zobaczymy góry, gdzie według miejscowych plemion spoczywa Arka Noego. Zajęci fotografowaniem odległych wzgórz turyści nie zauważyli, że brodaty mężczyzna wspina

się po schodach za nimi. Spostrzegł go za to Wasim i odezwał się do Beduina po arabsku: – Proszę, to prywatna wycieczka… An-Numajr, Pantera, odpowiedział również po arabsku: – Ale ja też chciałbym się czegoś dowiedzieć. Wasim, starając się mówić pełnym szacunku tonem, odpowiedział Beduinowi: – Przecież nie mówisz ani po francusku, ani po angielsku. Czegóż więc możesz się dowiedzieć? – Jestem biedakiem, chciałem turystom zapewnić swoim tradycyjnym strojem trochę atrakcji – odpowiedział po angielsku Pantera. Zaskoczony perfekcyjną angielszczyzną Beduina, Wasim zwrócił się do niego po arabsku: – Dziękuję ci, ale szejk Musa zapewnił mnie… – Proszę – odezwał się znów po angielsku Beduin – pozwól mi pozować do fotografii z twoimi przyjaciółmi z Zachodu. Sto riali za jedno zdjęcie. Annette usłyszała te słowa i przetłumaczyła je na francuski swoim rodakom, sprawiającym wrażenie zaniepokojonych wymianą zdań pomiędzy dwoma Arabami. Dowiedziawszy się, czego dotyczyła rozmowa, turyści się uśmiechnęli i stwierdzili, że to znakomity pomysł – pamiątkowa fotografia, którą zabiorą ze sobą do domu. Wasim ustąpił wobec życzenia swoich klientów i kiwnął na Beduina, żeby robił swoje. Belgowie zaczęli pozować u boku wysokiego, brodatego mężczyzny, najpierw pojedynczo, potem w małych grupkach. Beduin uśmiechał się do każdego zdjęcia i uczynnie krążył wokół świątyni, ustawiając się do różnych ujęć z ruinami w tle. Jeden ze starszych mężczyzn poprosił go o dobycie z pochwy sztyletu, ale Beduin wyjaśnił niemal przepraszającym tonem, że kiedy się już wyjmie dżambiję, trzeba jej użyć. Słysząc tłumaczenie Annette, starszy Belg powiedział do rodaków: – W takim razie nie żądajmy, żeby wyjmował sztylet. – I wszyscy się roześmiali. Tylko Wasim się nie śmiał. Zerknął na zegarek. Wyjechali z Sany o ósmej rano, a mikrobus dotarł do pobliskiego Ma’rib tuż po południu. Jego zdaniem turyści zbyt wolno jedli lunch w restauracji hotelu Bilqis i stąd Wasim musiał czekać długo na szejka Musę, który zażądał dwustu dolarów. – Inne plemiona robią problemy – wyjaśnił szejk. – Muszę im zapłacić, żebyście mogli bezpiecznie wrócić do Sany. Wasim słyszał to już wcześniej i odpowiedział szejkowi jak zawsze: – Turyści już zapłacili ustaloną stawkę w biurze podróży w Sanie i dodatkowo za policyjną eskortę. Nie mogę żądać od nich więcej. A jeśli dam ci więcej pieniędzy, sam nic nie zarobię. – I jak zwykle obiecał: – Następnym razem. Szejk i przewodnik z Sany uzgodnili w końcu stawkę na sto dolarów, ale Wasim postanowił, że następnego razu nie będzie. Droga z Sany do Ma’rib stawała się niebezpieczna; niespokojne były nie tylko plemiona koczowników, ale także to nowe ugrupowanie, Al-Kaida, które pojawiło się w okolicy poprzedniego roku. Byli to głównie cudzoziemcy: Saudyjczycy, Kuwejtczycy, ludzie z sąsiedniego Omanu, a także Irakijczycy, którzy uciekli ze swojej ojczyzny przed Amerykanami. Ci ludzie, zdaniem Wasima, sprowadzą na Jemen nieszczęście i śmierć. I rzeczywiście, szejk Musa powiedział Wasimowi: – Ci ludzie z Al-Kaidy zaczynają stanowić problem. Interesują ich amerykańskie szyby naftowe i amerykańskie rurociągi. Gromadzą się w stado jak wilki i tylko czekają, kiedy uderzyć. – Szejk dodał jeszcze: – Oni są nieprzekupni, mój przyjacielu. Policja was nie ochroni, ale ja tak. Trzysta

dolarów. Wasim ponownie odmówił dodatkowej zapłaty. – Może następnym razem – powiedział szejk, wzruszywszy ramionami. – Tak, następnym razem. – Tyle, że Wasim nie był pewny, czy będzie następny raz. Wasim ar-Rahib, absolwent uniwersytetu, z tytułem magistra historii starożytnej, nie mógł znaleźć pracy jako nauczyciel ani żadnej innej, poza oprowadzaniem wycieczek. Zajęcie było dość dobrze płatne, a zachodni turyści dawali hojne napiwki, tyle tylko, że stawało się ono coraz bardziej niebezpieczne. Coraz bardziej niebezpieczne również dla turystów, choć biura podróży o tym nie wspominały. We wszystkich przewodnikach – napisanych wiele lat temu – znajdowało się takie zdanie: „Nie możecie wyjechać z Jemenu, nie zobaczywszy uprzednio ruin Ma’rib”. Cóż, pomyślał Wasim, przyjdzie im je oglądać bez niego. Wasim​ patrzył na turystów rozmawiających teraz z Beduinem za pośrednictwem dziewczyny. Mężczyzna sprawiał wrażenie zachwyconego, ale było w nim coś dziwnego. Nie przypominał Beduina. Czuł się zbyt pewnie w otoczeniu turystów, no i mówił po angielsku. To dość niezwykłe, nawet jeśli pracował dla Amerykanów przy instalacjach naftowych. Tak​ czy owak minęła już trzecia po południu, a oni nie zwiedzili jeszcze nawet Świątyni Słońca. Jeśli zostaną tu dłużej, ostatnią godzinę podróży powrotnej do Sany pokonają w ciemnościach. A podróż po zmroku nie była dobrym pomysłem, nawet pod eskortą policji. Wasim​ zwrócił się po angielsku do dziewczyny i Beduina: – Musimy​ już wracać. Dziękujemy ci za twoją gościnność. Tymczasem​ Belgowie zażyczyli sobie zdjęcia całej grupy z Beduinem; fotografem miał być Wasim. Przewodnik pomyślał o spodziewanej gratyfikacji, zgodził się więc i zrobił zdjęcia czterema różnymi aparatami. – Jeśli​ dacie temu dżentelmenowi tysiąc riali, będzie dobrze – powiedział potem do młodej Belgijki. Upewnił się, czy dobrze zrozumiała. – To będzie około pięciu euro. Bardzo dobra dniówka dla kogoś takiego jak on. Annette​ zebrała pieniądze i wręczyła je Beduinowi. – Dziękujemy​ panu. Beduin​ wziął pieniądze i odpowiedział: – Bardzo​ proszę. – I dodał: – Proszę powiedzieć swoim rodakom, że Bulus ibn ad-Darwisz życzy im szczęśliwego i bezpiecznego pobytu w Jemenie. Wasim​ popatrzył na północ, gdzie na drodze przez ten cały czas, za pojazdem wojskowym z eskortą policyjną, stał mikrobus. Mikrobus wciąż tam był, ale ciężarówka zniknęła. Wasim nie dostrzegł też żadnego funkcjonariusza Służby Bezpieczeństwa w ich charakterystycznych niebieskich mundurach kamuflujących. Przewodnik​ zadzwonił z telefonu komórkowego do komendanta policji, ale nikt nie odpowiadał. Potem zadzwonił do kierowcy mikrobusu, Isy, prywatnie kuzyna swojej żony. Isa również nie odebrał telefonu. Chwilę​ później przeniósł wzrok na Beduina, który odwzajemnił jego spojrzenie, i wtedy Wasim zrozumiał, co się dzieje. Zaczerpnął głęboko powietrza, tak żeby jego głos zabrzmiał pewnie i odezwał się po arabsku: – Proszę…​ – pokręcił głową – to jest złe… – To​ ty, Wasimie ar-Rahibie jesteś zły – odparł Beduin. – Służysz niewiernym, zamiast Allahowi. – Jestem​ sługą Allaha… – Milcz!​ – Beduin uniósł ostrzegawczo prawe ramię, ale zaraz je opuścił i spojrzał na Wasima

oraz Belgów. Czterej​ mężczyźni i pięć kobiet wpatrywało się w swojego przewodnika, oczekując, że wyjaśni im, co się dzieje. Ewidentnie działo się coś złego, choć kilka minut wcześniej wszyscy uśmiechali się i pozowali do fotografii. Wasim​ unikał pełnych niepokoju spojrzeń turystów. – Czy​ coś się stało? – zwróciła się do niego po angielsku Annette. – Dostał za mało pieniędzy? Wasim​ nie odpowiedział, więc Annette zapytała po angielsku Beduina: – Czy​ coś jest nie w porządku? – Wy​ jesteście nie w porządku – odparł an-Numajr. Pozostali​ zaczęli wypytywać Annette o to, co powiedział, ale ta milczała. W pewnej​ chwili jeden z mężczyzn wyciągnął dłoń i krzyknął: – Regardez!​ Z mrocznych​ zakamarków ruin wyłoniło się nagle i stanęło na dziedzińcu świątyni, poniżej miejsca, gdzie znajdowali się uczestnicy wycieczki, tuzin mężczyzn w beduińskich strojach, z kałasznikowami w rękach. Turyści​ w pierwszej chwili oniemieli, ale kiedy Beduini ruszyli po kamiennych stopniach w górę, jedna z kobiet zaczęła krzyczeć. Wszystko​ rozegrało się bardzo szybko. Dwaj napastnicy wycelowali swoje karabiny w Belgów, podczas gdy pozostali wiązali im taśmą ręce za plecami. – Co​ się dzieje? – krzyknęła Annette do Wasima. – Dlaczego oni to robią? Wasim,​ którego nadgarstki również związano, bał się początkowo odezwać, w końcu jednak zdobył się na odwagę i odkrzyknął: – To​ jest porwanie. Nie bójcie się. Oni porywają dla okupu. Nie zrobią nam krzywdy. Wypowiadając​ te słowa, Wasim miał nadzieję, że to prawda. Porwanie zachodnich turystów przez koczownicze plemię. Rzecz zwyczajna, nazywana „porwaniem gościa”. Spędzą tydzień, może dwa wśród plemienia, póki nie zostanie dostarczony okup. Potem zostaną uwolnieni. Tego rodzaju sytuacje zwykle miały szczęśliwe zakończenie, turystom rzadko działa się krzywda i nikogo nie zabijano, pod warunkiem, że nie interweniowała armia, próbując uwolnić zakładników. – To​ porwanie – powiedziała swoim rodakom przerażona Annette. – Dla okupu. Wasim mówi, żeby nie… – Zamknij​ się – odezwał się po angielsku wysoki Beduin. A następnie zwrócił się po arabsku do Wasima. – To nie jest uprowadzenie. Wasim​ zamknął oczy i zaczął się głośno modlić. Bulus​ ibn ad-Darwisz, Pantera, sięgnął po swój zakrzywiony nóż i stanął za plecami Wasima. Jedną ręką chwycił go za włosy i odchylił mu głowę do tyłu, a drugą przeciągnął ostrzem po gardle i mocno popchnął do przodu. Wasim​ runął twarzą na kamienną posadzkę Świątyni Księżyca. Leżał nieruchomo, a rozpalone słońcem kamienie szybko zabarwiły się od krwi czerwienią. Belgowie​ obserwowali z przerażeniem tę scenę; w końcu część z nich zaczęła krzyczeć, inni płakać. Uzbrojeni​ mężczyźni zmusili teraz Belgów do uklęknięcia. Pantera zbliżył się do Annette, okrążył ją i powiedział: – Nie​ będziesz musiała patrzeć, jak inni umierają. Ciągnąc​ ją za długie włosy, szybkim ruchem odchylił jej głowę do tyłu, poderżnął gardło i ruszył w stronę pozostałych.

Niektórzy​ szlochali i błagali o litość, inni szamotali się daremnie. Daremnie, ponieważ dżihadyści trzymali ich mocno, kiedy Pantera podrzynał im gardła. Nieliczni​ przyjęli swój los spokojnie. Tylko jedna osoba się modliła, starsza kobieta, którą Pantera zostawił sobie na koniec, żeby mogła skończyć swą modlitwę. To interesujące, pomyślał, patrzeć, jak ludzie umierają. Nie​ upłynęły nawet dwie minuty, kiedy było już po wszystkim. Cała dziewiątka niewiernych oraz ich służący Wasim leżeli na posadzce świątyni, a ich krew płynęła strumieniem po starożytnych kamieniach. Bulus​ ibn ad-Darwisz, an-Numajr, Pantera, patrzył na niewiernych, którzy jeden po drugim wpadali w przedśmiertne drgawki, a potem zastygali w bezruchu. Tylko​ jeden, ojciec tej młodej dziewczyny, podniósł się nagle z rękami związanymi na plecach i zaczął zbiegać po kamiennych schodach. Potknął się jednak zaraz i runął twarzą na kamienie, a następnie stoczył po stromych stopniach i zamarł u ich podnóża. – Mam​ nadzieję, że nie był ranny – powiedział Pantera do swoich dżihadystów. Mężczyźni​ wybuchli śmiechem. Pantera​ zerknął na czerwoną od krwi dżambiję i wsunął ją do pochwy. Wziął​ do ręki jeden z aparatów fotograficznych należących do turystów i z uśmiechem na twarzy przeglądał zdjęcia na małym ekranie. – Nabil!​ – przywołał jednego ze swoich ludzi i wręczył mu aparat, każąc zrobić zdjęcia dokumentujące rzeź. – Przyjechaliście​ do Jemenu po przygodę i wiedzę – odezwał się Pantera, patrząc na martwych Europejczyków. – Znaleźliście jedno i drugie. Wspaniałą ostatnią przygodę i wiedzę na temat tej ziemi. Dowiedzieliście się, że Jemen to miejsce, gdzie przychodzi śmierć.

CZĘŚĆ II Nowy Jork

Rozdział drugi Gdyby​ Ziemia miała odbyt, mieściłby się on w Jemenie. A skoro​ już mowa o otworach w dupie i o dupkach, mój szef, specjalny agent dowodzący FBI, Tom Walsh, chciał widzieć mnie, Johna Coreya, o piątej piętnaście po południu, i detektyw Corey był już pięć minut spóźniony. Żadne zmartwienie – moja żona, Kate Mayfield, która też pracuje dla Walsha, zjawiła się na spotkaniu punktualnie i bez wątpienia znalazła dla mnie dobre usprawiedliwienie w rodzaju: „John jest dzisiaj w nastroju bierno-agresywnym. Przyjdzie, kiedy poczuje, że dostatecznie wyraźnie dał to do zrozumienia”. Racja.​ Za kolejnych pięć minut. Wyłączyłem komputer i rozejrzałem się po pustym biurze podzielonym na boksy. Pracuję na dwudziestym szóstym piętrze przy Federal Plaza 26, mieszczącym się na dolnym Manhattanie, w cieniu bliźniaczych Wież. Nie… już nie. Wież już nie ma. Za to ja wciąż tutaj jestem. Był​ piątek – mówimy na to federalny piątek – co oznacza, że o szesnastej trzydzieści moi koledzy w walce z terroryzmem, głównie agenci FBI i detektywi NYPD, przedzierali się przez korki na mostach albo w tunelach, albo udali się wypełniać misje specjalne w okolicznych barach i restauracjach. Przy odrobinie szczęścia wkrótce do nich dołączę. Ale najpierw muszę się spotkać z Tomem Walshem, który dowodzi nowojorskimi Siłami Antyterrorystycznymi. W jakim celu pan Walsh chciał się ze mną widzieć? Jego​ e-mail brzmiał: John, Kate, u mnie w gabinecie, 5:15. Sprawa prywatna. Temat Jemen. Jemen?​ Może to pomyłka w druku. Jemex? Nowy rodzaj materiałów wybuchowych? A może miał na myśli „Yes-men”. Za dużo było w tej organizacji przytakiwaczy. Walsh​ nieczęsto określa temat rozmowy jako prywatny – lubi zaskakiwać. Ale kiedy już to zrobi, to chce, żebyś się poważnie, dogłębnie zastanowił, co miał na myśli. Gdybym​ miał to starannie przemyśleć, doszedłbym do wniosku, że Tom Walsh chce przenieść Kate i mnie do działu jemeńskiego. A mamy tu dział jemeński? A może po prostu chce, żebyśmy pomogli mu znaleźć Jemen na mapie. Jest​ jeszcze jedna możliwość… nie, chyba nie zamierzał nas prosić, żebyśmy pojechali do Jemenu. Nie, nie. Byłem tam przez miesiąc, prowadząc śledztwo w sprawie ataku bombowego na USS Cole. Stąd wiem, że Jemen to prawdziwy otwór odbytowy. Wstałem,​ założyłem marynarkę, poprawiłem krawat, wziąłem się w garść i ruszyłem w kierunku gabinetu Walsha. Teraz​ krótka historia tej elitarnej jednostki. Siły Antyterrorystyczne powstały w 1980 roku, kiedy słowo „terrorysta” nie było jeszcze synonimem islamskiego terrorysty. ATTF zajmowało się w tamtych czasach głównie chłopcami z Irlandzkiej Armii Republikańskiej, Czarnymi Panterami, portorykańskimi grupami separatystycznymi i innymi kiepskimi aktorami, którym – parafrazując słowa Williama Szekspira – wydawało się, że cały Nowy Jork jest sceną, a każdy kiepski aktor chce grać na Broadwayu. Dlatego​ pierwsze Siły Antyterrorystyczne sformowano właśnie w Nowym Jorku. W ich​ skład wchodziło dziesięciu agentów FBI i dziesięciu detektywów NYPD. Teraz mamy znacznie więcej ludzi. Dołączyło do nas kilku agentów CIA oraz ludzie z innych służb federalnych i stanowych, a także z agencji wywiadowczych. Aktualna liczba jest tajna, a kiedy ktoś zadaje mi

pytanie, ilu ludzi tu pracuje, odpowiadam: „jakaś połowa”. Eksperyment​ z nowojorskimi siłami antyterrorystycznymi wypadł dobrze i przed jedenastym września pamiętnego roku w całym kraju było już jakieś trzydzieści pięć podobnych oddziałów. Teraz, po tamtych wydarzeniach, ich liczba przekraczała sto. Znak czasów. W założeniu​ teoretycznym, stojącym za powołaniem ATTF, przemieszanie ludzi z różnych organów ochrony porządku publicznego i agencji wywiadowczych miało połączyć różnego rodzaju umiejętności oraz odmienne sposoby myślenia, a więc zbudować pewną synergię i dać lepsze rezultaty. Było w tym trochę racji. Przynajmniej moja żona z FBI i ja z NYPD dogadywaliśmy się ze sobą całkiem dobrze. Rzeczywiście, ludzie się tu lepiej dogadywali, kiedy sypiali ze sobą. Kolejnym​ powodem wciągnięcia miejscowej policji do sił federalnych był fakt, że większość agentów FBI – z moją żoną włącznie – pochodziła z terenów niezurbanizowanych, czyli inaczej z głuchej prowincji. W takim wielkim mieście jak Nowy Jork terytorium najlepiej zna miejscowy glina. Uczyłem świeżo upieczonych agentów FBI, jak posługiwać się mapą metra i zaznaczałem im na niej położenie wszystkich irlandzkich pubów na Drugiej i Trzeciej Alei. Tak​ więc jestem obecnie agentem kontraktowym, czyli cywilem. Jeszcze pięć lat temu byłem w nowojorskiej policji, ale odszedłem z powodu niezdolności do służby, spowodowanej trzykrotnym w ciągu jednego dnia postrzałem podczas pełnienia obowiązków służbowych. Fizycznie czuję się dobrze (psychicznie już może nie tak bardzo), ale znalazły się inne powody, by przejść na rentę. Obecnie, jak wielu innych byłych gliniarzy, robię karierę u federalnych, którzy mają do wydania na walkę z terroryzmem niewyobrażalne miliony dolarów. Czy lubię swoje zajęcie? To miało się wkrótce okazać.

Rozdział trzeci Mój​ szef i moja żona siedzieli przy okrągłym stole w pobliżu wielkiego okna wychodzącego na południe, z dobrym widokiem na Dolny Manhattan i Statuę Wolności. Widoku nie przesłaniały teraz Wieże, chociaż na oknie przyklejono czarną kalkomanię z zarysem zburzonych budynków i napisem „Nigdy nie zapomnimy”. Nikt,​ włącznie ze mną, nie skomentował mojego spóźnienia, więc zająłem miejsce przy stole. Nie​ do końca lubię pana Walsha, ale jestem pełen szacunku dla tego, co robi i rozumiem, jakiemu stresowi jest poddawany. Chciałbym wierzyć, iż czynię jego pracę lżejszą, ale… cóż, to nieprawda. Zdarzało mi się jednak ochronić jego tyłek i sprawić, że Walsh dobrze się zaprezentował. Od czasu do czasu odwzajemniał mi się tym samym. Dla niego był to rodzaj kompromisu. Dlaczego więc chciał mnie posłać do Jemenu? – Kate​ i ja nie rozmawialiśmy jeszcze na temat mojej notatki – poinformował mnie na wejściu. – Świetnie.​ – Gówno prawda. Kate​ jest agentką FBI i może dlatego lubi szefa. A może lubi go ot tak, po prostu, i może dlatego ja nie lubię jego. Kilka​ słów na temat specjalnego agenta dowodzącego Toma Walsha. Jest młody jak na to stanowisko – po czterdziestce, przystojny, jeśli gustujecie w urodzie manekinów sklepowych, nieżonaty, za to w stałym związku z kobietą równie zaabsorbowaną sobą i narcystyczną co on sam. Dobrze wypadło? Jego​ styl zarządzania polega na tym, że jest nieco powściągliwy wobec swoich agentów FBI, a znajdujących się pod jego komendą detektywów NYPD traktuje w sposób protekcjonalny. Żąda bezwarunkowej lojalności, ale zapomina, że istotą lojalności jest wzajemność. Tom jest lojalny, ale wobec swoich przełożonych w Waszyngtonie; wszyscy pozostali są nic nieznaczący. Nigdy o tym nie zapominam, kiedy mam z nim bezpośrednio do czynienia. Tak jak teraz. Ponieważ​ jednak istoty ludzkie są bardzo skomplikowane, potrafię dostrzec także lepszą stronę Toma Walsha. Jak choćby to, że w naszej ostatniej większej sprawie, dotyczącej libijskiego terrorysty Asada Khalila, pseudonim Lew, Walsh wykazał się fizycznym męstwem, dorównującym wszystkiemu, co zdarzyło mi się widzieć w ciągu dwudziestu lat spędzonych w NYPD i czterech w Siłach Antyterrorystycznych. Gdyby nie ten jeden akt nadzwyczajnej odwagi, kiedy dla ratowania tysięcy niewinnych istnień postawił na szali swoje życie, rozglądałbym się teraz za inną robotą, ponieważ za miesiąc wygasa mój kontrakt. Tom​ przeszedł od razu do rzeczy, mówiąc: – Przejdę​ od razu do rzeczy. – Spojrzał na leżący przed nim e-mail i poinformował nas: – Do objęcia są dwa stanowiska za granicą. – Paryż​ i Rzym? – zainteresowałem się. – Nie​ – odparł. – Oba w Sanie. – I przypomniał mi. – To stolica Jemenu. – Nie​ ma mowy – zapewniłem go. – Wysłuchaj​ mnie do końca. Kate​ powiedziała Tomowi: „Jeśli mój mąż nie jest zainteresowany, to ja też nie”. Oczywiście​ nie powiedziała tego. Za to zwróciła się do mnie: – Posłuchajmy.​

Dzięki,​ partnerze. Kate zawsze przedkłada karierę i kraj nad własnego męża. No, może nie zawsze. Ale często. Mam to wszystko zapisane. Poza​ tym, mój instynkt detektywa mówił mi, że Tom i Kate zaczęli rozmowę beze mnie. Ludzie z FBI trzymają sztamę. Walsh​ mówił dalej: – Jedno​ stanowisko jest dla legata, a drugie dla osoby z ERT. – I dodał: – Oba w Sanie, ale czasem trzeba będzie pojechać do Adenu. W naszej ambasadzie w Sanie nie ma obecnie biura prawnego, stanowisko jest zupełnie nowe, do objęcia od początku przyszłego miesiąca. Tom​ przeszedł do oficjalnego opisu stanowiska, czytając z kartki. Wyłączyłem się. Legat,​ dla waszej informacji, to attaché prawny, przydzielony do amerykańskiej ambasady w stolicy kraju albo do amerykańskiego konsulatu w jakimś większym mieście. W tym przypadku miałaby to być Sana i być może Aden, jedyne dwa miasta, jakie znałem w Jemenie. Kate,​ jak wielu agentów specjalnych FBI, jest prawnikiem, więc ja, jako detektyw, doszedłem do wniosku, że stanowisko legata było przeznaczone dla niej. ERT to skrót od Evidence Response Team – federalnego odpowiednika ekipy kryminalistycznej, doszedłem więc do wniosku, że to miała być moja praca. Byłem​ pewien, że chodzi o zamach bombowy na USS Cole, okręt wojenny zaatakowany podczas tankowania paliwa w porcie w Adenie. Zdarzenie miało miejsce dwunastego października 2000 roku i z tego powodu znalazłem się w Jemenie w sierpniu 2001. Śledztwo w sprawie tego aktu terrorystycznego trwa nadal i nie będzie zakończone, póki wszyscy winni nie zostaną doprowadzeni przed oblicze wymiaru sprawiedliwości. Jeśli​ chodzi o Sanę, stolicę Jemenu, słowo to po arabsku oznacza odbyt. Przy okazji, portowe miasto Aden jest nielepsze. Możecie mi wierzyć na słowo. – Po​ swojej ostatniej wizycie w Jemenie – ciagnął pan Walsh – John wie, że tamtejszy rząd wydaje naszym ekspertom z ERT badającym zamach na Cole tylko czterdziestopięciodniowe wizy. Jeśli jednak wywrzemy odpowiednie naciski, okres ten może zostać wydłużony nawet do roku. Rok?​ Chyba żartujesz? Walsh​ miał własne zdanie na ten temat. – Jemeńczycy​ współpracują, ale nie w pełni. – I wyjaśnił szczegółowo. – Balansują na cienkiej linie pomiędzy naciskami Waszyngtonu a naciskami wewnętrznych i zewnętrznych sił, którym nie podoba się obecność Amerykanów w kraju. Obecnie rząd w Sanie przechodzi fazę antyamerykańską. – To​ nie jest faza, Tom – poinformowałem go. I zaproponowałem: – Może powinniśmy zostać w domu i spuścić na nich atomówkę. Tom​ zignorował moją sugestię i ciągnął wywód. – Praca​ Kate w ambasadzie jest regulowana przez zasady obowiązujące w dyplomacji, może więc tam przebywać dowolnie długo. Pięć​ minut? Wystarczy? – Podsumowując​ – Tom zaczął się streszczać – oboje możecie się szykować na rok. – I dodał: – Razem. – Uśmiechnął się i skomentował: – To chyba nieźle. – Cudownie​ – przyznałem mu rację. Nie omieszkałem jednak przypomnieć: – Nie jedziemy. – Pozwól​ mi skończyć. W takich​ momentach szef zwykle mówi, co się może wydarzyć, jeśli powiesz „nie”, więc Tom przeszedł do rzeczy. – Czas​ spędzony przez Kate tutaj, w Nowym Jorku, zbliża się do naturalnego końca w aspekcie jej dalszej kariery. Prawdę mówiąc, szefostwo Połączonych Sił w Waszyngtonie chce ją tam koniecznie

przenieść. To będzie właściwy krok na ścieżce kariery. Kate,​ która pochodzi z miejsca zwanego Minnesotą, początkowo nie znosiła Nowego Jorku, ale w moim towarzystwie zaczęła go lubić. Dlaczego o tym nie mówi? – Jeśli​ Kate zgodzi się objąć to trudne stanowisko za granicą – ciągnął Tom – Biuro Preferencji umieści jej nazwisko na samym szczycie listy. – I dodał, całkiem niepotrzebnie: – A to znaczy, że po Jemenie będzie mogła wrócić do Nowego Jorku albo wybrać dowolne inne miejsce. Kate​ pokiwała głową. – Jeśli​ ty zgodzisz się na ten przydział – Tom zwrócił się do mnie – twój kontrakt, który, jak wiem, właśnie wygasa, zostanie przedłużony na czas pobytu w Jemenie plus dodatkowe dwa lata. Podejrzewam,​ że to miała być marchewka. Ja chyba jednak wolałem kij – nieodnawianie mojego kontraktu. Tomowi​ musiało przyjść to samo do głowy, bo dodał: – Albo​ po powrocie z Jemenu możesz dostać sponsorowaną przez służby federalne pracę w Wydziale Wywiadu NYPD. Zajmiemy się tym – zapewnił mnie. Wyjrzałem​ przez okno. Ponury lutowy dzień. W Jemenie było słonecznie. Spojrzałem na nieodległy ceglany gmach One Police Plaza. Byłoby miło wrócić do służby, nawet jako pracownik federalny, chociaż pracowałbym w wywiadzie, a nie w wydziale zabójstw. Poza tym wyniósłbym się z Federal Plaza 26, co uszczęśliwiłoby w równym stopniu mnie i Toma. Z okien naszych gabinetów Kate i ja moglibyśmy puszczać do siebie papierowe samolociki. Tom​ najwyraźniej nie miał więcej marchewek ani kijów, więc zadałem mu oczywiste pytanie. – Dlaczego​ my? Miał​ na to gotową odpowiedź. – Macie​ najlepsze kwalifikacje – odparł. I przypomniał: – Już tam byłeś; w Jemenie przyda się ktoś z doświadczeniem. Nie​ skomentowałem. – Wy​ dwoje tworzycie świetny zespół, zresztą mąż i żona lepiej się dogadują. – Nie​ bardzo cię rozumiem, Tom. – Cóż…​ jak wiecie, w niektórych krajach muzułmańskich kobiety mają ograniczone prawa. Kobiety pracujące zawodowo, w dodatku niezamężne, mogą napotykać liczne przeszkody. Ale Kate, jako mężatka podróżująca z mężem, będzie miała o wiele więcej swobody. I będzie bezpieczniejsza – dodał. Ani​ Kate, ani ja nie odpowiedzieliśmy na te słowa, ale odniosłem wrażenie, że praca Kate niewiele miała mieć wspólnego z obowiązkami attaché prawnego ambasady. – O co​ tu chodzi, Tom? – zapytała w końcu Kate. Nie​ odpowiedział wprost. – Możecie​ oboje zostać poproszeni o działania wykraczające poza oficjalny zakres obowiązków. – Mamy​ kogoś zabić? – naciskałem. Nie​ roześmiał się, tylko powiedział: – Oczywiście,​ że nie, wariacie. W rzeczywistości​ nie powiedział nic, a to już mówiło dostatecznie dużo. Tom​ wstał i podszedł do barku. Wrócił z trzema kieliszkami i leczniczą brandy. Napełnił kieliszki, stuknęliśmy się, po czym powiedział: – Na​ zdrowie. – I wypiliśmy. Odwrócił​ się tyłem, zerknął za okno i zaczął mówić jakby do siebie. – W porcie​ w Adenie do okrętu USS Cole podpłynął inny statek, i zamachowcy samobójcy

zdetonowali potężny ładunek wybuchowy, który zrobił ogromną dziurę w burcie naszego okrętu. Zginęło siedemnastu amerykańskich marynarzy, a trzydziestu dziewięciu zostało rannych, w tym wielu ciężko. – I dodał: – Wart wiele milionów dolarów okręt przez prawie dwa lata był wyłączony ze służby. To​ prawda. Wydarzyło się to prawie trzy i pół roku temu, a trwające wciąż śledztwo przynosiło niejednoznaczne rezultaty. Evidence​ Response Team – ekipa kryminalistyczna pracująca w Jemenie, już dawno temu zebrała wszystkie ślady, miejsce zbrodni, czyli port w Adenie został zbagrowany, a USS Cole naprawiony i przywrócony do służby. Tak więc ERT był tylko przykrywką, wygodną nazwą, łatwiejszą do zaakceptowania przez niechętne władze jemeńskie. W rzeczywistości ERT w Jemenie zajmuje się przesłuchiwaniem podejrzanych, świadków i informatorów i jest aktywnie zaangażowane w ściganie przestępców. Sam się tym zajmowałem, kiedy tam byłem. Może dlatego Tom wspomniał o wykraczaniu poza zakres obowiązków. A może… miał na myśli coś zupełnie innego. Walsh​ usiadł i wyznał: – Zidentyfikowaliśmy​ osobę, która była mózgiem całej operacji, a nasz wywiad donosi, że ten osobnik wrócił do Jemenu. Nasza ekipa w Jemenie ma za zadanie znaleźć i aresztować tego człowieka. – Spojrzał na Kate i na mnie, i dodał: – Macie wziąć w tym udział. Ponieważ​ żadne z nas nie odezwało się słowem, Walsh mówił dalej. – To​ zadanie będzie wymagało działań poza Saną i Adenem, na terytoriach plemiennych. Zastanowiłem​ się. Terytoria plemienne, znane Amerykanom jako Indian Territory, słynęły głównie z bezprawia. I z tego, że było tam niebezpiecznie. – John​ wie doskonale, że może to być ryzykowne – zauważył Walsh. Właśnie. Teraz już znałem odpowiedź na pytanie „Dlaczego my?” Walsh chciał, żebym zginął. Ale lubił Kate. Więc… może będę samotnie jeździł na wielbłądzie po bezdrożach i szukał tamtego faceta. – Nawet się nie starasz, żeby oferta zabrzmiała atrakcyjnie – zauważyłem. – Nie zamierzam nadużywać lukru – odparł. – Jasne. Doceniam to, Tom. Nie wiem tylko, co my będziemy z tego mieli. – Dlaczego zawsze myślisz tylko o sobie? Poczułem się niezręcznie. Tom wie, jak mnie trafić. – Posłuchaj, Tom – odezwałem się. – Jestem patriotą, żołnierzem na froncie walki z terroryzmem i nigdy nie cofałem się przed niebezpieczeństwem… – Wiem o tym. Oboje jesteście odważni, oddani… – Jasne. Tyle, że wolę niebezpieczeństwa miejskiej dżungli. Jak tu. Byłem tam. – Przypomniałem mu. – Spaliśmy w pełnym rynsztunku, z bronią w ręku. – I zapewniłem. – Nie chodzi mi o własne bezpieczeństwo. Myślę o Kate. Kate, oczywiście, musiała się wtrącić. – Potrafię o siebie zadbać, John. – Oczywiście. – To sobie jedź. – Musicie się zameldować w amerykańskiej ambasadzie w Sanie nie później niż w przyszłym tygodniu – wyjaśnił Walsh. – Dlatego czekam na waszą decyzję do poniedziałku do dziewiątej. Jeśli się zdecydujecie, przekażę wam tajne szczegóły waszego zadania. A kiedy je już poznacie, będziecie zobowiązani podjąć się zadania – dodał. – Innymi słowy, nie wiemy, na co się godzimy, póki nie powiemy tak? – Zgadza się. Jeśli powiecie nie – zapewnił nas – zapomnimy o tej rozmowie, a w waszych aktach

nie pojawią się żadne niekorzystne dla was wpisy. Wasze dalsze kariery będą przebiegać normalnym trybem – dodał. Jasne. Ja będę bezrobotny w Nowym Jorku, a Kate wyląduje w Waszyngtonie. – Ten przydział – ciągnął Walsh – jeśli się zdecydujecie, zapewni wam przyszłość… – Skróci ją? Zignorował mnie i mówił dalej. – … nawet jeśli misja zakończy się niepowodzeniem. A jeśli się wam uda, zarówno wy, jak i pozostali członkowie zespołu, którzy już są w Jemenie, zostaniecie w odpowiedni sposób uhonorowani przez wdzięczne władze. Tyle mogę wam obiecać. Uhonorowani gdzie? Na Narodowym Cmentarzu Arlington? Tom miał też dobre wiadomości. – Wasza misja dobiegnie końca z chwilą aresztowania tego człowieka. Dobra motywacja, żeby uwinąć się w tydzień. Była też jednak druga strona medalu – nasza misja zakończy się, jeśli facet znajdzie nas pierwszy. Tom spojrzał na mnie i powiedział: – Ta misja daje ci wiele okazji do zaprezentowania swoich niekonwencjonalnych metod, które nie zawsze spotykają się z moją aprobatą tutaj, ale mogą okazać się nieocenione tam. Jak miałem to potraktować? Czarna owca sprawdza się na pustyni? – Przemyślimy to – zadeklarowała Kate i zadała Tomowi pytanie: – Czy może się zgodzić tylko jedno z nas? Pokiwał głową. Czułem, co się święci. Gdzie są moje ciuchy z ostatniej wyprawy do Piaskownicy? Tom wstał. Wszyscy wstaliśmy. – Chcę was oboje widzieć u siebie w poniedziałek, o dziewiątej rano. Miłego weekendu! Uścisnęliśmy sobie dłonie i razem z Kate wyszliśmy. – Chodźmy na drinka – zaproponowałem. Nie odpowiedziała od razu. – John, musimy to zrobić – odezwała się wreszcie. – Oczywiście, zjemy też kolację. Dokąd chciałabyś pójść? – Musimy jechać do Jemenu. – A dlaczego nie do Ecco? – Ja jadę. – Świetnie. Mam zarezerwować stolik? – I chcę, żebyś pojechał ze mną. – Nie pozwolę, żebyś piła w samotności. – Słuchasz mnie? – Nie. Zabraliśmy swoje płaszcze, zjechaliśmy windą i wyszliśmy z budynku przy Federal Plaza 26 na Broadway. Na ulicy było wietrznie i zimno, ale ja lubię chłód. Odpowiednia pogoda, żeby się napić. W Jemenie było gorąco, a alkohol był tam zakazany. Na plus mógłbym zaliczyć, jak zauważył Tom, a ja doświadczyłem tego w Jemenie osobiście, to, że nie ograniczała mnie tam biurokracja ani polityczna poprawność, którą przesiąknięty był budynek przy Federal Plaza 26. Tam mogłem być sobą. Wszyscy mogli mnie pocałować gdzieś! Poza tym… Czułem, że kogoś w tej odległej krainie piasków trzeba było stuknąć. To wydawało

mi się interesujące i choć nigdy nie miałem licencji na zabijanie, ani się o nią nie starałem, to potrafiłem sobie wyobrazić sytuację, w której taka licencja mogłaby się okazać niezbędna. Szczególnie po jedenastym września Nagromadziło się sporo spraw do przemyślenia, a najlepiej myśli mi się w barze. Poszliśmy do Ecco przy Chambers Street. – Zaczynamy popadać w rutynę – odezwała się Kate, kiedy przeciskaliśmy się do zatłoczonego baru. – Czas na zmianę. Jakieś wyzwanie. – Chodźmy zatem do innego baru! – Kiedy wrócimy, zaczniemy bardziej cenić nasze życie i pracę. – To prawda. – Tyle że z Jemenu nie wszyscy wracali.